Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 marca 2008

Michał Moszkowicz: Kompleks Antygony


Najcięższą karą obok kary śmierci w Starożytności było wygnanie. Czuję się więc wygnańcem, a nie zwykłym emigrantem, który opuścił kraj z własnej woli. Trudno powiedzieć, czy żałuje, z perspektywy czasu, że wyjechałem. Emigracja zrobiła ze mnie emigranta zawodowego, ponieważ postanowiłem pisać o tej emigracji, a więc o sobie. Pozostając w Polsce byłbym zupełnie innym człowiekiem. Miałbym tę samą historię, co cały naród polski. Od 1969 roku, kiedy wyjechałem, zdarzyło się w kraju tyle niezwykłych rzeczy, że gdybym został byłbym z pewnością innym człowiekiem. Nie mogę wrócić do Polski, bo całe moje życie jest związane ze Szwecją. W cichości ducha czuję się jak Hiob, który swoim nieszczęściem zaświadczył miłość do Boga. Moim zadaniem na emigracji było zaświadczenie o naszej krzywdzie, dlatego nie byłem w Szwecji szczęśliwy.

Minęły już dwa pokolenia od chwili, kiedy wyjechaliśmy z Polski. 40. lat, ten sam czas, który nakazał Mojżesz swojemu ludowi czekać zanim wejdą do Kanaan, żeby otrząsnąć się ze wszelkiego niewolnictwa. Och, przestaliśmy już być niewolnikami, mamy dzieci i wnuki, ale szczęśliwi nie jesteśmy. Najpewniej szczęśliwsi od nas są ci, którzy wyemigrowali do Izraela. Są teraz pełnymi Żydami, a Polskę noszą w sobie głęboko w sercu. We mnie jest zadra niespełnienia. Jakiś zerwany most w mojej duszy, który nie pozwala mi być w pełni sobą. A więc kim, Polakiem, Żydem, Szwedem? Do mojego wnuka Elliota muszę mówić po szwedzku, ale moja miłość rwie się do języka polskiego. Podobno w Starożytności najzdolniejsi byli mieszańcy. Nasza emigracja dokonała właściwie cudów, są wśród niej profesorowie, językoznawcy i nawet aktorzy, ale czy jesteśmy szczęśliwi?

Tak, żałuję, że wyjechałem z Polski, bo w kraju byłbym innym człowiekiem, może skrachowanym, może nieszczęśliwym, ale pełnym. Jednocześnie nie żałuje, że mnie „wypchnięto z tramwaju”, bo w Polsce musiałbym żyć z mimowolnym piętnem, że jestem naznaczony, że jestem Żydem. 40 lat temu opuściliśmy kraj naszego dzieciństwa, który wciąż dla większości z nas jest naszą ojczyzną. Ojczyzną, która wyrządziła nam niebywałą krzywdę, skrzywdziła nas, dlatego nasz stosunek do Polski jest ambiwalentny. Miłość połączona z niechęcią – freudowska trauma. Odyseusz wrócił do swojej Itaki po wielu przygodach i nieszczęściach. Bo to była jego ojczyzna. Tylko tam mógł czuć się u siebie. My, po 40. latach, po wielu przygodach i nieszczęściach, możemy wrócić do Polski jako wolni ludzie. W myślach, w sercu i jako ludzie z krwi i kości. Myśmy się zmienili, ale Polska również się zmieniła. Krzywda „Marca 68” została po wielokroć naprawiona i przeżyta.

Wydaje mi się, że niczym w „Modlitwie” Natana Tenenbauma” Bóg uchronił nas od pogardy i nienawiści. 4o lat to rzeczywiście kawał życia, zbudowaliśmy tutaj nasze domy, nie jesteśmy już niewolnikami. Czy możemy przebaczyć nasze krzywdy naszym winowajcom? Nie, nie musimy nikomu wybaczać, ponieważ działali w systemie totalitarnym. Nie musimy nikomu wybaczać, ponieważ nowe pokolenie Polaków doskonale rozumie jaką krzywda została nam wyrządzona. Nasz los przypomina los Antygony, musimy pogrzebać w sobie skrzywdzonych, naszych braci i nasze siostry.

Nie żałuję tego, że wyjechałem z Kraju, po prostu dlatego, że zostałem z niego bezprawnie wygnany, ale, powtarzam, gdybym został, byłbym innym człowiekiem. Wygnanie jest straszliwą karą, zmienia duszę wygnańca. Chciałbym wrócić, ale ciąży na mnie 40 lat emigracji. Wiem, że Polska w ostatnich latach radykalnie się zmieniła. Może wróciłbym do obcego kraju. Ale w sercu miałbym wciąż obraz Ogrodu Saskiego, Pałacu Błękitnego i Krakowskiego Przedmieścia.


"Plotkies" nr 35, Marzec 2008

Michał Moszkowicz
pisarz

piątek, 20 kwietnia 2007

Andrzej Szmilichowski: Chaotyczne sny ludzi ranek budzi

Każdy człowiek śni, ale nie wszyscy sny pamiętają. Wiele ludzi ma sny, w których czują się bezradni i nie wiedzą co z sobą począć w pogłębiającym się, niepokojącym chaosie. Co oznaczają sny, czy są projekcją stresów którym jesteśmy poddawani, majakami pracującego na jałowym biegu mózgu, a może są czymś zupełnie innym? Tłumaczenia fenomenu snów można mnożyć: medyczne, mistyczne, wróżbiarskie (krążące po świecie senniki egipskie) i tak dalej. Poznajmy jeszcze jedną koncepcję, jest równie dobra jak każda inna.

Uszkodzone dusze

Pełne chaosu sny mogą być skutkiem wizyt duchowych bytów, które przy transformacji doznały uszkodzenia. Pewna ilość dusz, przy przekraczaniu granicy świata materialnego, traci z jakichś powodów podświadomość lub świadomość, które odłączają się i gdzieś znikają. Podświadomość ma w swojej dyspozycji bank pamięci, gdy więc znika, pozostawia osamotnioną świadomość, a ta pragnąc czegoś dokonać zawodzi, gdyż brak jej pamięci. Z kolei dusza pozbawiona świadomości jest jak dziecko we mgle, podświadomość nie wsparta intelektem świadomości nie wie co ze sobą począć, krąży bez celu, plecie bzdury na seansach spirytystycznych, hałasuje, straszy.

Te uszkodzone duchowe byty mogą zawłaszczać nieświadomie ciała innych ludzi, w jakiś sposób wyciszać rdzenną podświadomość i zajmując jej miejsce produkować owe chaotyczne i często bezsensowne senne majaki.

Precz intruzie

Takimi niekompletnymi i zdezorientowanymi duszami wydają się być poltergeisty i inne zjawy, które ludzie niekiedy widują w starych domach, w szpitalach, na cmentarzach. Brak im świadomości lub podświadomości, i zaniepokojone niezrozumiałym stanem w którym się nagle znalazły, poszukują ratunku w świecie fizycznym, jedynym świecie który znają, nie zdając sobie sprawy, że go bezpowrotnie opuściły. A jeśli znajdą jakąś psychiczną szczelinę, napotkają osobę po ciężkich przejściach lub medialnie wrażliwą, wsuwają się w jej ciało uważając, że nie czynią nic złego, są przekonane iż to ich własne ciało. Dokonując takiego „zaboru” usypiają niejako pierwotną podświadomość i rozsiadają się wygodnie w „swoim” ciele.

Dawno temu i zupełnie przypadkowo, uświadomiłem sobie obecność tych nieproszonych lokatorów i ogromnie mnie to irytowało. Wypowiadałem im stanowczo lokal, wyklinałem, przemawiałem do rozsądku, argumentowałem: Popatrz jak wygląda ciało do którego wszedłeś, to przecież nie twoje ciało! Kim jesteś intruzie! Wynoś się w tej chwili! Precz! Co ja się z nimi nawojowałem!

Dopiero pewien stary norweski różczkarz, gdy mu o tych kłopotach opowiedziałem, uspokoił mnie. Co się handryczysz? – mówił. Zostaw je w spokoju, przecież ci tak znowu bardzo nie przeszkadzają! Wyświadcz im tą uprzejmość i pozwól być w twoim ciele. Są biednymi, zagubionymi i zdezorientowanymi duszami. Daj im trochę czasu, a odsapną, nabiorą sił i sobie pójdą!

I tak się stało, uspokoiłem się i tylko od czasu do czasu sprawdzam czy nie ma nowych. Dziś myślę, że to nawet dobry uczynek. Jak przygarnąć bezdomnego.

Wymodlić zło

Takie i podobne wywody napotykają najczęściej protesty. To jakieś wymysły, bzdury, produkt czystej imaginacji i nic więcej!

Może. Być może są to tylko działania ludzkiej życzeniowej wyobraźni. Ale nie zapominajmy, że to co wiemy o psychice i jej możliwościach, o sposobach i rodzajach wymiany informacji, o światach zamieszkałych przez inteligentne istoty na wyższym niż nasz poziomie rozwoju i w innych wymiarach, nie pozwala na żadne kategoryczne stwierdzenia.

Nasza dotychczasowa wiedza o obszarach istnienia pozamaterialnego jest minimalna, prawie żadna. Poza tym, z natury rzeczy nie ma możliwości empirycznych doświadczeń, a innego dowodu nie nauczyliśmy się jeszcze akceptować.

Stale jednak poszukujemy, a nie mogąc znaleźć rozwiązań na drodze empiryki, posługujemy się myśleniem. Na przykład: Czy negatywna modlitwa (pod „modlitwa” rozumiem aklamację nie koniecznie religijną), modlitwa służąca jednemu celowi - szkodzeniu, może działać, czy w ogóle może istnieć? Czy może funkcjonować w świecie stworzonym przez dobrego Boga, działająca spirytualnie możliwość czynienia krzywdy drugiemu człowiekowi?

Biblia w wielu miejscach mówi o klątwach. Jezus przeklął drzewo figi i uschło, apostoł Paweł uczynił magika ślepcem, profeta Eliza spowodował, że niedźwiedzie zjadły czterdzieścioro dwoje dzieci, ponieważ naśmiewały się z jego łysiny. Klątwa jest orężem kahunów haitańskich, słyszy się przy różnych okazjach o skutecznych działaniach wiedźm, szamanów, bab zamawiających.

Modlitwa może nieść w sobie negatywne konsekwencje. Zanosząc modły o czyjeś zdrowie, jednocześnie prosi się o uśmiercenie milionów bakterii, prosząc o uzdrowienie z raka, prosimy o zniszczenia tkanek rakowych. Prośba: Boże spraw aby to stanowisko otrzymał mój syn! Jest jednocześnie prośbą aby nie otrzymał go nikt inny. Jakby nie było, klątwy czy negatywne modlitwy (co na jedno wychodzi) są wołaniem do Boga o jego gniew na coś lub kogoś.

Może modlitwa (jak wszystko co nas otacza) ma swoją tak pozytywną jak i negatywną stronę? Fenomen polaryzacji obserwujemy na co dzień, obejmuje wszelkie aspekty życia, taka jest logika ludzkiego istnienia – awers rewers. Może więc i modlitwa działa w obie strony, może uzdrawiać i może zabijać? To mieściłoby się w ludzkiej logice.

Bezmyślna energia

Nie będzie chyba wielkim błędem gdy założymy, że energia stwórcza, pra-energia, nie jest ani dobra ani zła. Rozumowanie dopuszczające taki podział wydaje się być emocjonalne i lokalnie ziemskie, produkt inteligencji tej planety. Załóżmy, że ludzkości się powiodło i Dobro zwyciężyło, czy nie naruszylibyśmy w ten sposób niezbędnego balansu? Konstrukcja pozbawiona przeciwwagi chwieje się.

Pójdźmy tym tropem krok dalej. Czy być tak może, że owa energia, powołana do istnienia jakimś aktem, jest bezmyślna? Nie myśli, działa tylko! Może w tym tkwi najgłębszy sens posiadania przez człowieka wolnej woli myślenia i działania? Mamy w ręku dwusieczny miecz i możemy z niego korzystać jak sobie chcemy.

Mój świat jest w moich rękach

Życie w którym bierzemy udział, a przede wszystkim jak się w nim zachowujemy, wygląda tak, jakbyśmy byli na poziomie psucia zabawek. Przed nami, miejmy nadzieję już niedaleko, następny etap – rozumnej nimi zabawy.

Dla części ludzi drugi etap już się rozpoczął, przestali psuć, ale daleko im jeszcze do zrozumienie w jakiej zabawie biorą udział. Gdy do tego etapu dotrzemy, gdy zrozumiemy powszechnie na czym zabawa polega i do czego ma doprowadzić, może okazać się, że żadne podziały nie istnieją.

Ta druga strona medalu, negatywna strona, wydaje się równie potrzebna jak dobra. Zło, wydając pojedynek Dobru, prowokuje nas, stawia w pozycji wyboru, aktywizuje do działania. Może jednym z założeń ludzkiego istnienia jest, abyśmy byli prowokowani, a alternatywność jaka nas zewsząd otacza, to dany nam przywilej? Umiejętność odczuwania zła może być jednym z tych darów, daje wszak szansę uczenia się na błędach, zapobiega stagnacji. Przyjmując możliwość takiej koncepcji, alegoryczny Raj byłby stagnacją, przynajmniej z perspektywy istotek psujących zabawki. W końcu jeżeli na błędach się uczymy, co znaczy grzech?

Chcemy tak żyć jak żyjemy

Pozwalając sobie na takie dywagacje, zbliżamy się nieuchronnie do myśli, iż świat jest precyzyjnie taki jaki chcemy aby był. A to, że jesteśmy z niego zadowoleni albo niezadowoleni, jest naszym własnym wyborem, osobistym oprogramowaniem.

W budowie osobistego świata oczywiście pomagają i służą radą rodzice i bliscy, nauczyciele, tradycje, religie, idee, ale nawet jeśli sobie tego w pełni nie uzmysławiamy, ponosimy za swoje życie wyłączną osobistą odpowiedzialność.

Odpowiedzialność za stan umysłu i duszy tu i teraz, w konkretnym momencie życia, ponosimy sami i nie ma co się zasłaniać protezami: religią w której wzrastamy, ideą w którą wierzymy, lub tym czym najbardziej lubimy się zasłaniać - niezależnymi od nas okolicznościami. Wszelkie zależności i powiązania budujemy sami i sami odpowiadamy za wszystko: nie idee, nie religie, nie Jezus i Matka Boska, nie Budda, nawet nie sam Pan Bóg w niebiesiech – m y s a m i, po to otrzymaliśmy od Niego wolną wolę myśli i działania.

To wcale nie jest najprzyjemniejsza perspektywa, być w takim sensie i rozmiarze dorosłym. Przyzwyczailiśmy się kaprysić, zwalać winę na innych, zmyślać, udawać. A przede wszystkim umiemy narzekać, jesteśmy specjalistami w zanoszeniu pretensji do losu iż niesprawiedliwie nas traktuje. To zaś prowadzi prostą drogą ku naszej ulubionej konstrukcji - zrzucanie z pleców odpowiedzialności za własne uczynki i życie.

A gdy życie przypiera do muru tak, że już sobie z nim poradzić nie jesteśmy w stanie, wtedy dopiero budzi się częstokroć pragnienie oczyszczenia duchowego. Spoglądamy pokornie w niebo, pochylamy główkę i z głębi swego strachu, szepczemy paciorek za paciorkiem i bijemy się w piersi. A następnie podnosimy z klęczek w przekonaniu, żeśmy czegoś dokonali. Anioły muszą świetnie się bawić obserwując nas!

Uzmysłówmy to sobie raz jeszcze. Precyzyjnie wszystko w czym uczestniczymy, życie, jest Boskim produktem, ale to my sami ponosimy za nie wyłączną odpowiedzialność. Oznacza to między innymi, że w najgłębszej warstwie świadomości wiemy, że wybraliśmy je sami, chcemy tak żyć jak żyjemy. A fakt, iż tego sobie na poziomie świadomości nie uzmysławiamy i popłakujemy uważając iż krzywdzeni jesteśmy, unaocznia tylko skuteczność tresury, jakiej z własnej woli się poddaliśmy. W snach również.

czwartek, 5 kwietnia 2007

Andrzej Szmilichowski: Koń Kaliguli a sprawa polska

Fiodor Dostojewski - wielce niestety utalentowany literacko polakożerca, napisał, że marzenia zawsze się spełniają, ale często w zdeformowanej postaci, dlatego czasem tak trudno je rozpoznać. Słuszne spostrzeżenie i gdy zajrzeć z drugiej strony lustra, prowadzi w kierunku myśli, którą kiedyś sobie zanotowałem: Nic tak dobrze nie robi pisarzowi, w ogóle człowiekowi, jak upokorzenie, bo go otrzeźwia.

Moi rodacy uwielbiają wynosić szybko w górę. A podejmują ten wysiłek tylko po to, żeby mieć przyjemność zepchnięcia w nicość. Przeżyło to wielu i nie tylko w Polsce.

Bywają upokorzenia i Upokorzenia, upokarzający i Upokarzający. Co czuł Bułhakow kiedy pisał cały chory i załamany, lukrowaną pochlebstwami i na kolanach, sztukę o Stalinie? A Stalin mu nie pozwolił wystawić i mruczał: Nie wiedziałem, że to taka swołocz! Co czuł Chruszczow, gdy Stalin kazał mu w swojej podmoskiewskiej willi-bunkrze rozebrać się do naga i tańczyć? Chruszczow rozebrał się, tańczył, Stalin patrzył, klaskał w dłonie, śmiał się, a w końcu powiedział: No popatrzcie sami! I takie paskudztwo rządzi światem!

Co czuli rzymscy senatorowie, gdy zasiadł wśród nich koń Kaliguli? Co niemiecki cesarz, gdy musiał klęknąć przed papieżem. A co węgierski kompozytor Bartok, kiedy umierał wynędzniały i zagłodzony w nowojorskiej taksówce?

Autor „Trzech Sióstr” Czechow, napisał kiedyś o swoim ukochanym narodzie, że Rosjanie kochają przeszłość, nienawidzą teraźniejszości, i boją się przyszłości. Boją się przyszłości tak dalece, że nie zauważają kiedy staje się teraźniejszością której nienawidzą, a po chwili przeszłością do której tak tęsknią.

Ładnie powiedziane i dokładnie to samo można by powiedzieć o Polakach, ale żadnemu polskiemu pisarzowi to dotychczas do głowy nie przyszło.

Tragizm emigracji, jej poczucie humoru i jej wzdęcia. Tragizmu? Nie zawsze i nie dla każdego emigranta. Patriotyczne i inne wzdęcia? Wśród starszego pokolenia (które z definicji jest mądre) na porządku dziennym! Wiedział o tym Schopenhauer, gdy w swoich Aforyzmach pisał: „Najmniej wartościowym rodzajem dumy jest duma narodowa. Kto bowiem się nią odznacza, zdradza brak cech indywidualnych.... każdy żałosny dureń, który nie posiada nic na świecie, z czego mógłby być dumny, chwyta się ostatniej deski ratunku, jaką jest duma z przynależności do danego narodu. Z wdzięczności gotów jest bronić rękami i nogami wszystkich głupstw, jakie ten naród reprezentuje”.

Gombrowicz wniósł również do tematu swoje długoletnie doświadczenia emigranta, przygnębiająco ale jakże celnie dokumentując je w „Dzienniku” a parodiując w Ferdydurke, przedrzeźniał rzeczywistość i przedrzeźniał siebie. Schopehauer, które także wiele udawał i przedrzeźniał, notuje, że wśród cudzoziemców nie ma takich, którzy mieliby ochotę udawać Niemców. Najchętniej udaje się Francuzów i Anglików.

Japończyków albo naftowych Arabów też niejeden by chciał udawać, ale nie wychodzi. Mnie zaś, i to dwukrotnie, tu w Sztokholmie, wzięto za.... Belga! Bez sensu, no i co mi z tego? Czy znaleźliby się cudzoziemcy, poza Ukraińcami, Rumunami, Wietnamczykami, którzy mieliby ochotę podgrywać Polaków? Witkacy, za życia przez rodaków raczej nie rozpieszczany, powiedział: „Jest tylko jedna rzecz gorsza od urodzenia się garbatym, to jest urodzenie się garbatym artystą w Polsce!”.

Być polskim pisarzem za granicą? Czysty koszmar! Że przypomnę Wilhelma Kostrowickiego, bliżej znanego czytelnikom jako Guillaume Apolinaire. Czuł się Polakiem ale pisał po francusku, oraz robił wszystko aby zostać Francuzem.

Tragedia czy tragikomedia? Samorodek aktorski i pisarski, król życia Himilsbach, opowiadając o rozruchach na Krakowskim Przedmieściu w 1968 roku, gdzie nasz sztokholmski Dajczgewand i inni stawiali na sztorc kosy, obserwował poczynania milicji i kręcił w zdumieniu głową: Paranoja! Schizofrenia! Wołają: Ognia! I leją wodą!

Sylwek z Markiem idąc późną jesienią roku 1975 burym i mokrym Sztokholmem zastanawiali się, gdzie mają wypić piwo które z sobą tachali. A że byli nad wodą, a na wodzie byli jachty, Sylwkowi wpadła do głowy myśl, że nikomu nie ubędzie, jak na jachcie puszki otworzą, co też uczynili. Sylwek wygniótł łokciem szybkę w drzwiach, włożył rękę i zaprosił Marka do środka. Ale zdążyli wypić tylko po łyku, ponieważ w wybitym okienku pojawiła się lufa karabinu, potem druga i na jachcie zaroiło się od wojska. Marek, dziecko Warszawy i akowców krzyknął: Powstanie! i począł szukać barykady, ale go dzielna dragonia zatrzymała.

Okazało się, że pomost zamkowy był, a jacht, który im do piwa pasował jak ulał, do króla należy. Sylwek nawet próbował wytłumaczyć dzielnym dragonom północy, a znał język szwedzki płynnie, co zaszło: My widzieć kurwa drzwi bum szlus, otwarte! To kom in pilnować kungen jacht żeby nikt capcarap, forszto? Nie zrozumieli szlachetnych intencji. Związali. Oddali w ręce policji.

W taki oto sposób dwóch Polaków zostało upokorzonych.

ASz

środa, 4 kwietnia 2007

Andrzej Szmilichowski: Zrzucanie skóry

Urodziłem się, jak większość Polaków, w rodzinie katolickiej, typowo zamocowanej w potoczności i automatyzmie wiary chrześcijańskiej. Socjalni katolicy, jeśli można tak powiedzieć.

Ojciec bardzo był wierny nakazom i rytuałom wiary. Codziennie rano odmawiał pacierz, wieczorem robił to z modlitewnikiem w ręku, przystępował raz w miesiącu do komunii, oraz surowo przestrzegał obowiązku niedzielnej mszy świętej, a mama i ja za nim. Zmarł mając 44 lata, zniszczyła go wojna i oflag w Murnau. Babcia dreptała codziennie koło południa do kościoła z nieodłączną torebeczką w ręku.

Czas biegł i jak wąż skórę zrzucał kartki z kalendarza. Babcia umarła i część mojego katolicyzmu odeszła wraz z nią. Pożegnałem mamę, moje dzieci stały się kobietami i mężczyznami. Dziś żyjemy, katolicyzm i ja, w miarę przyjaźnie.

Ważny impuls mojego życia nadszedł wraz z odkryciem świata książek. Wydawało mi się wówczas i myślę tak do dziś, że to świat bez granic. Książka zastąpiła swoją duchową przestrzenią moje potrzeby religijne.

Kiedyś rzuciłem się na głębokie wody prozy Huxleya i „Kontrapunkt” zafascynował mnie. Huxley uświadomił mi, że można czerpać naukę z porażek, a przeciwności pomagają dojrzewać. Był, jeśli tak można powiedzieć, higienistą mojej dorastającej duszy. Chłonąłem książki, a najcenniejsi w nich – tak wówczas uważałem – byli sami pisarze. Tacy prawdziwi, tacy prawdomówni i wspaniali, herosi wprost! Śniłem, aby zostać pisarzem.

Następnie odkryłem religie dalekiego wschodu i zauroczyły mnie. Były tak inne niż katechiczny katolicyzm. Idee buddyzmu niczego ode mnie nie żądały, niczym nie groziły, na nic nie skazywały. Apelowały tylko do mojej duszy, do rozumu, i namawiały łagodnie – nie krzywdź, kochaj, myśl, bądź.

Próbowałem przez długie lata różnych rzeczy: medytacji zen i innych, ćwiczeń oddechowych i tak dalej, ale buddystą nie zostałem. Może rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem jest być, tylko być, zastanawiałem się? Być porządnie tu i teraz, bez wielkich oczekiwań, bez marzeń na wyrost?

Wszystko jest tym czym jest, ponieważ nie może być czym innym. Żyjemy w przemijającej chwili, wszystko się zmienia i my akceptujemy te zmiany poprzez bycie tu i teraz. Na dobrą sprawę nie mamy nic naprawdę własnego, a to co nas trzyma przy sobie pozorne jest i niestałe.

Nie zostałem mistrzem zen, nie zostałem mistrzem reiki, nie zostałem mistrzem niczego. Ale stałem się bardziej człowiekiem. Jestem inny niż byłem na początku drogi, a jednak stale ten sam. Drzewo przyrasta nieznacznymi milimetrami i choć wyrastają mu w końcu potężne konary, ciągle jest dzieckiem maleńkiego ziarenka.

Czytałem z pasją o spirytyzmie, parapsychologii, okultyzmie, ale z czasem literatura ta wydała mi się monotonna, mówiła na dobrą sprawę stale o tym samym. Dzisiejsze trendy i idee o pozaziemskich istotach ze światła i nie ze światła, kręgach zbożowych, duchowych podróżach astralnych, channelingach, interesują mnie niewiele, choć staram się śledzić wszystko uważnie. Tak już jestem skonstruowany, że trudno mi uwierzyć w coś tylko dlatego, że medium, guru, mistrz, pisarz, ksiądz, postulują iż tak właśnie jest jak mówią. Muszę doświadczać sam i może dlatego coraz bardziej odsuwam się od głównych szlaków.

To nieznane i duchowe napotykamy na codzień obcując z materią. Wierzę fizykom kwantowym (są bliscy poznania tajemnicy wszystkiego) gdy mówią, że materia składa się w gruncie rzeczy z pustki. Wierzę w twoją i moją duszę, wierzę w ich głębie przed którą mistycy wszelkich czasów z takim respektem pochylali głowy.

Im jestem starszy, tym mam więcej zrozumienia dla chrześcijaństwa, ale prawdę mówiąc nie interesuje mnie do jakiej religii ktoś czuje się przywiązany. Lubię myśl, że najważniejsze znajduje się w ciszy. Poza słowem i obrazem, poza znaczeniem i socjalnymi rolami, wewnętrzny nagi człowiek.

Nie wierzę aby Boga – jeśli można tak nazwać Stworzenie Wszystkiego, interesowały religie, do których ludzie czują takie przywiązanie (nie chcę przez to powiedzieć, że są niepotrzebne, przeciwnie, są bardzo potrzebne). Myślę, że patrzy głębiej, bezpośrednio w serce, obserwuje jakie uczucia tam mieszkają i jak się wyrażają. Przypuszczam, że o powodzeniu i karierze duszy, decyduje znajomość siebie tu i teraz, osobista ocena jakimi zasobami się dysponuje.

I jeszcze jedna ważna sprawa – skromność. Dobrze mieć świadomość, że żyje wśród nas wiele ludzi o wysokim poziomie duchowości, ludzie których dusze dźwięczą jak najczystszy kryształ, a których nigdy nie interesował aktywny udział w życiu duchowym. Jak także zdawać sobie sprawę, że wielu duchowymi nauczycielami rządzi ego, a dusze ich nie dźwięczą niczym. Oraz pamiętać, że Zło istnieje i jest potężne. Nie zapominajmy o tym, smakując złociste plastry boskiego miodu.

Chciałbym nauczyć się być człowiekiem w pełni, istotą żyjącą życiem. Chciałbym umieć otwierać ramiona i kochać bez warunków, dawać bez zamysłów, brać bez wstydu. Przypominają się przeczytane gdzieś słowa: wystarczy tylko siedzieć, trawa rośnie sama.

sobota, 11 listopada 2006

Jednostki naturalne

...z pewnością zachowają one znaczenie przez wszystkie czasy i dla wszystkich cywilizacji, nawet pozaziemskich lub nie stworzonych przez człowieka, tak więc można nazwać je jednostkami naturalnymi... M.Planck
Nieskonczoność liczb pierwszych, nazwijmy ją alef zero, zawarta jest w większej nieskończoności liczb całkowitych, powiedzmy, alef jeden, a ta w nieskończoności liczb rzeczywistych, alef dwa, i tak dalej, istnieje cała hierarchia nieskończoności, nieskończoność przestrzeni nieskończoności wyrażana ciągiem alef zero, alef jeden, alef dwa, alef trzy... Czy bóg posiada własną wolę?

Jeśli istnieje bóg0, to musi istnieć bóg71, bóg milion, bóg trylion. Nie ma żadnej, ostatecznej nieskończoności, a więc nie ma i Boga. Skoro nie istnieje prawdziwa kreacja, to nie ma też prawdziwej rzeczywistości. Ta rzeczywistość, którą znamy, jest czymś mniej niż snem, gdyż śnienie musi mieć swego ostatecznego śniącego. W tym kontekście "Ja" to nonsens, nawet dla alef centylion. Być może prawdziwa rzeczywistością jest matematyka, ale pod warunkiem, że nie jest płodem umysłu, a po prostu Jest. Coś takiego mówi się na ogół o bogach, ale matematyka nie może być Bogiem: co prawda matematyka nie jest rzeczą, jak np. drzewo czy foton, ale z drugiej strony jest przecież problem czasu. Można sobie wyobrazić Boga jako bezczasowy ocean pierwotnej - a zarazem ostatecznej - matematyki, ale niewiele z tego wynika, gdyż bez czasu nie ma kreacji. A może "bezczasowy" to nie to samo, co "wieczny"? Kot jest Buddą... Mruczy, cholernik. Ma chęć mnie upolować;)

Image Hosted by ImageShack.us

"When a fish swims, it swims on and on, and there is no end to the water. When a bird flies, it flies on and on, and there is no end to the sky. There was never a fish that swam out of the water or a bird that flew out of the sky. When they need just a little water or sky, they use just a little; when they need a lot, they use a lot. Thus, they use all of it in every moment, and in every place they have perfect freedom.

Yet if there were a bird that first wanted to examine the size of the sky, or a fish that first wanted to examine the extent of the water, and then tried to fly or swim, it would never find its way. When we find where we are at this moment, then practice follows, and this is the realization of the truth. For the place, the way, is neither large nor small, neither self nor other. It has never existed before, and it is not coming into existence now. It simply is as it is."
1. Dogen Zenji (1200-1253), Shikantaza.
2. Kreacja par.

niedziela, 23 stycznia 2005

An Exhibition of Surprising Structures Across Dimensions

Gdyby czas płynął w drugą stronę, jakże byłoby pięknie...

Zaczyna się od tego, ze kilku gości przynosi cię w skrzyneczce i oczywiście od razu trafiasz na imprezę. Żyjesz sobie spokojnie jako starzec w domku. Stajesz się coraz młodszy. Pewnego dnia dostajesz odprawę w postaci grubszej gotówki i idziesz do pracy.

Pracujesz jakieś 40 lat i poznajesz uroki życia.

Zaczynasz pić coraz więcej alkoholu, coraz częściej chodzisz na imprezy, no i coraz częściej uprawiasz seks.

Gdy już masz to opanowane, jesteś gotów, żeby trafić na studia. Potem idziesz do szkoły. Coraz mniej od ciebie wymagają, masz coraz więcej czasu na zabawę.

Robisz się coraz mniejszy, aż trafiasz do... no, wiadomo dokąd, gdzie pływasz sobie przez 9 miesięcy, wsłuchując się w uspokajający rytm bicia serca.

A potem nagle - bęc!! Twoje życie kończy się orgazmem.

Image Hosted by ImageShack.us