sobota, 10 grudnia 2005

Bronisław Świderski: Andrzejowi Osęce w odpowiedzi

Z tekstu p. Osęki dowiedziałem się, że osobiście obawia się braci Kaczyńskich, ks. Rydzyka i lustracji, nie wiem jednak, dlaczego kładzie mnie pomiędzy te osoby i sprawy. Naprawdę nie mam nic wspólnego z długim szeregiem wrogów redaktora "Gazety Wyborczej". Jestem człowiekiem niezależnym - także od Adama Michnika. Od 35 lat żyję poza Polską i jak każdego, przede wszystkim interesuje mnie to, co dzieje się w miejscu zamieszkania.

Pan Osęka uważa za dowód mojej wrogości określenie Michnika jako "wielkiego człowieka, który zagubił rację", ale bynajmniej nie protestuje, gdy Michnik nazywa innych "kanaliami", "naganiaczami", "ludźmi rynsztoka"... Ale nie chcę krytykować p. Osęki. Zbliżają się bowiem święta, a wraz z nimi czas na prezenty. Chciałbym więc położyć pod choinką p. Osęki myśl St. J. Leca: "Nie twórzcie sobie bogów na swoje podobieństwo!". Adamowi Michnikowi zaś, wielkiemu, milczącemu tematowi naszej dyskusji, życzę, aby pod drzewkiem znalazł raczej krytycznego przyjaciela niż rój zależnych od siebie zwolenników.


BRONISŁAW ŚWIDERSKI
"Rzeczpospolita" Nr 288, 10.12.2005

czwartek, 8 grudnia 2005

Jarosław Markiewicz: Wolny przechodzień

więc pomóż im znaleźć wygodne łóżko
w bezpiecznej przestrzeni umysłu,
twoje czarne i białe krowy na kamienistym
zboczu, pięknookie, nie mogą powstrzymać
produkcji mleka z miłości do cielęcia,
może domyślają się,
że chodzi też o mięso
i na wszelki wypadek dają mleko.

Bramy snu otwarte,
a dalej ciemność,
idą przecież śnić twój sen,
daj im trochę jasności i mleka
na samym początku przyszłości,

bajko,

bądź dobra dla swojego ludu.

*

W samo południe słońce ogrzało mi głowę
i wyrwało z automatyzmów
prowadzenia samochodu,
przyłapałem się na gorączkowym poszukiwaniu
kamienia, który toczył Syzyf,
przecież musi tu gdzieś być,
na którymś wzgórzu lub w dole, to obojętne,
po prostu zostawił go w tym miejscu,
gdzie rozwiązał kompleks Syzyfa,
a kiedy zbliżał się do rozwiązania,
obserwował swój umysł,
żeby nie przeoczyć tej chwili,
obserwując umysł, pierwszy raz pomyślał,
że to obca istota, która mieszka pod dnem
czucia
przestraszył się bardzo, pobiegł do psychiatry,
pan musi wszędzie z tym kamieniem,

*

Tysiąc lat odchodzi za wzgórza,
mury stoją w słońcu,
dziewczyny wodzą się po ścieżkach
wypatrując czegoś, czego nie chcą widzieć,
spragnione,
ta gra wprowadza je w śnienie,
(gro, bądź dobra dla swoich graczy,
bo przecież większość i tak nie wygrywa)
czy o to chodzi Łowcy Wrażeń,
czesze góry i zbiera
nieznaczne drżenia,
mimowolne ruchy bioder i traw,
dymu z komina,
zawadiackie wymachiwanie ogonem,
bo przybiegł pies i patrzy mi w oczy
- patrzy czy widzę to, co on widzi -
przesuwające się nad górami wzory
i działania,
coś co nie w pełni przed sobą
samo się odsłania

*

Obrazy, którymi niebo patrzy
w głąb mojego czoła,
nie zatrzymują się we mnie,
oglądam je i puszczam,
mógłbym powiedzieć - wydalam,
a w dole
dali
widzę
jak zdziwione niebo znowu bierze je
do swego oka odbytu

*

.Słońce jest coraz bliżej,
wiatr coraz mocniejszy,
karp wigilijny po żydowsku,
powietrze i ogień podchodzą
jak woda,
cicho, ale z trzaskiem,
nic zrozumiałego,
garb podniebienia biegnie
jak połówka wielbłąda,
zapukałem w ścianę,
żeby przestała tak świecić z zachwytu
jak głupia,
ale nie było ściany,
więc co tak stukało pod palcem
jak skórka chleba,
głupoto, bądź dobra dla swoich głupków.

*

Droga jest gorąca,
napięta pod asfaltem, wygięta na pagórkach,
biegnie po horyzont,
jej miłosne drżenie
przenosi się na kierownicę,
którą obściskuję od południa,
to drżenie jest miłosnym wyznaniem,
drżenie jest modlitwą bytu

*

Szukają przejścia
między moimi oczami,
a chcą trafić do siebie,
szukają drogi
w bruzdach skóry twarzy,
którą porastałem niechętnie,
targując się z bogami
o skórę tygrysa,
tygrysy,
bądźcie dobre dla swoich wyznawców,
wszyscy oni są jadalni

*

W mózgu słyszę czekanie-tykanie,
o piątej nad ranem,
kiedy przemykam przez wioski,
na odkrytej platformie ciężarówki,
na workach cementu,
kierowca jest pijany,
cement kradziony,
domy malowane,
kobiety w łóżkach

*

W ciemności twarz
zaczęła świecić błogością
neapolitańskiej żółci,
a on zamiast chłonąć to światło,
łapać je do butelki,
chwytać w pole magnetyczne
a może do garnka z pokrywką,
zaczął kombinować,
czy to reflektor czy lusterko,
z którego to okna,
i kto to może być:
anioł czy demon,
a może zazdrosny wielbiciel -
wtedy minęło
tych kilka chwil
i jej twarz zgasła
na zawsze
Twarzy,
bądź dobra dla tych, którzy cię noszą
przyklejoną do nigdy przez nikogo
nie widzianej twarzy,
czy to jest ta twarz,
którą się zakłada
do rozmowy z Bogiem,
być może, odpowiada
Radio Erywań,
w grę wchodzą też inne możliwości.
*

piątek, 25 listopada 2005

Józef Pinior: Tajne ośrodki odosobnienia w Europie

Panie Przewodniczący! W związku z artykułem Dany Priest w The Washington Post z dnia 2 listopada br., podającym informacje o istnieniu tajnych więzień CIA w Europie Wschodniej, chciałem poruszyć dwie sprawy. Tak zwane "tajne więzienia CIA" pozostają poza jakąkolwiek jurysdykcją sądową nie tylko instytucji międzynarodowych, ale także wymiaru sprawiedliwości USA - zarówno amerykańskiego sądownictwa cywilnego jak i wojskowego. Ten fakt już sam w sobie narusza podstawowe wartości demokratyczno-liberalne, które stanowią fundamenty Ameryki, Unii Europejskiej jak i sojuszu transatlantyckiego.`

Tajne więzienia CIA oraz stosowane metody przesłuchiwania w ośrodkach, w których przetrzymuje się osoby podejrzane o działalność terrorystyczną, budzą sprzeciw opinii publicznej, w tym także wielu polityków republikańskich w USA. Świadectwem tego może być ostatnia inicjatywa senatora Johna McCaina blokująca stosowanie tortur oraz metod zbliżonych do tortur w takich ośrodkach.

Druga sprawa dotyczy ewentualnego położenia tajnych ośrodków odosobnienia CIA w Państwach Członkowskich Unii Europejskiej i państwach będących na drodze do członkowstwa. Taka sytuacja podważa podstawowe traktaty europejskie. Unia Europejska ma wszelkie prawo, aby domagać się od Państw Członkowskich, w tym od mojego kraju - Polski, poważnego ustosunkowania się do tych zarzutów, ponownego zbadania sprawy i wyjaśnienia wszystkich okoliczności związanych z lądowaniem więziennego boeinga CIA na terytorium Polski.

*wystąpienie w trakcie debaty na temat tajnych ośrodków odosobnienia w Europie, poniedziałek, 14 listopada 2005 r. - Strasburg

--

Wątek na forum: czy żołnierze USA mogą torturować więźniów?

niedziela, 13 listopada 2005

Bronisław Świderski: Trzy tożsamości

Poproszono mnie o wypowiedź w bardzo intymnej sprawie. Mianowicie tożsamości. Ile ich posiadam? Jak mają się do siebie? Czy wzbogacają swego nosiciela? Czy też, odwrotnie, są dlań źródłem nieustającej udręki?

Odpowiadam z miejsca: mam trzy tożsamości. Choć wcale nie jestem pewien, czy "mam" je naprawdę. Raczej to one zamieszkały pewnego dnia we mnie, zupełnie nie troszcząc się o administracyjne meldunki. I odtąd mnie mają. A oto, jak do tego doszło.

Pierwsza tożsamość powstała chyba pod wpływem książek traktowanych zbyt serio. Nie tych, które były w domu, ani tych nawet, które zalecała szkoła. Myślę w pierwszym rzędzie o książkach wypożyczanych w bibliotece "dla dzieci i młodzieży" przy ulicy Litewskiej w Warszawie: o utworach Karola Maya, o sowieckich opowieściach o "prawdziwym człowieku", a także o książkach Sienkiewicza, Hłaski i Hemingwaya. Myślę również o Dziadach - ale na scenie, gdyż nie lubiłem ich jako szkolnej lektury. Wydaje mi się dzisiaj, że zarówno te (oraz inne) książki, jak i sposób ich odbioru ukształtowały moją polską tożsamość. Wówczas, w latach 60., czytałem książki "gorąco", dosłownie. Nie odróżniając literatury od polityki, ekonomii czy socjologii. Czytałem je z zaczerwienioną twarzą, a palcami tak mocno ściskałem stronice, że nierzadko (i ku strapieniu matki) trzeba było odkupywać zniszczone egzemplarze.

Czy dobrze robiłem, tak źle traktując słowa? Podobnie przecież czynili inni. W literaturze znajdowano wówczas wszystko - być może dlatego, że w rzeczywistości pozatekstowej trzeba się było poruszać bardzo ostrożnie (właśnie: UB, cenzura). W biało-czarnym królestwie literatury staczano boje o rzeczywistą władzę, historię, ekonomię. Rozróżnienie na to, co jest dobre, a co złe, wydawało się naprawdę łatwe.

Walcząc obok Winnetou, Kmicica, filomatów i Iwana Nikulina, sowieckiego matrosa, nie wiedziałem, że istnieje rzeczywistość od ich walki odległa. Gdzie zaletą nie jest zwycięstwo, a kompromis. Gdzie literatura nie zastępuje nie-książki, co pozwala chyba lepiej rozwijać się ekonomii, polityce - i literaturze właśnie. Polski romantyzm dopełniał (czy tylko dla mnie?) głębokie przesłanie ideologii radzieckiej: brak respektu dla prawa. I tu, i tam lekceważono legalizm, a chwalono przemoc. Nie raziło mnie to wtedy. Państwo prawa miałem poznać później. Ostre podziały na patriotów i "złych Polaków", jakie tworzyła polska literatura romantyczna, na proletariat i kapitalistów, jakie budowali komuniści, na katolików i "ateuszy", co robił Kościół - nie wydawały mi się bynajmniej związane z określoną świadomością czy z jednym narodem. Przeciwnie, głęboko wierzyłem, że były właściwe wszystkim ludziom. Nie sądziłem, że mogłem być (także) jednostką, a nie (tylko) częścią kolektywu, zwalczającego inne grupy i narody.

Szkoda, że nic nie wiedziałem o innych światach, bo właśnie wtedy zacząłem pisać. Na początku były to niewielkie recenzje w kilku pismach warszawskich. Wkrótce nadszedł rok 1968 i w polskich gazetach pojawiły się słowa będące oficjalnym tabu chyba od końca drugiej wojny: "prawdziwy Polak", "syjonista", "piąta kolumna" etc. Ponieważ jak najbardziej uważałem się za prawdziwego Polaka, poszedłem do redakcji żydowskiej gazety "Fołk Sztyme", by - jako Polak właśnie - zgłosić chęć pisania dla nich. Mój gest miał znaczenie symboliczne: prawdziwy Polak nie może przecież uchylać się od wyboru. On zawsze staje po stronie poniżonych i krzywdzonych. Przyszło mi to o tyle łatwo, że - wbrew dzisiejszej mitologizacji roku 1968 (że niby "zła partia uwiodła niewinny naród") - wcale nie było wówczas trudno odróżnić, kto miał, a kto nie miał racji.

Żydowska gazeta wydrukowała kilka recenzji. Byłem ogromnie zdumiony ich odczytaniem. Wzięto mnie bowiem za Żyda! Zarówno redakcja, jak i czytelnicy (i co ważne dla moich losów: także UB) byli przekonani, że zbłąkany syn nareszcie schronił się u siebie przed atakiem wroga. Co więcej, matka wyznała mi wówczas - po raz pierwszy - że jej matka była Żydówką.

Mój Boże - co za klęska! Przecież chciałem udowodnić moją polskość! Zastrzyknąć świeżą energię mej słowiańskiej świadomości... i oto, postępując wedle przykazań polskich autorytetów, stałem się anty-Polakiem! (Pomijam tu wątek nie byle jaki i bynajmniej nie odosobniony: tragedię mojej matki, która całe życie ukrywała, kim była - przed swymi dziećmi, przed znajomymi i przed sobą samą. Czy powodował nią strach przed antysemitami? Czy lęk przed wspominaniem tragicznych losów rodzinnych, które łączyły się z obrazem śmierci?) Taka jest geneza mojej drugiej tożsamości. Nie znając ani słowa po żydowsku lub hebrajsku, nic nie wiedząc o kulturze ani o religijnych zwyczajach, o świętach Żydów, stałem się jednym z tych, o których nie miałem najmniejszego pojęcia. Ta sprawa nareszcie poruszyła leniwą wyobraźnię gamonia.

Zacząłem rozważać rzeczy dotąd odsuwane. Dlaczego matka nigdy nie ceniła Boga katolików, uważając Go za zbyt swobodnego, zbyt łatwego. "Robią źle, po czym dostają rozgrzeszenie przy spowiedzi", twierdziła. Jej pesymizm, pesymizm kobiety doświadczonej całkowitą utratą kilkudziesięcioosobowej rodziny w Oświęcimiu, zbliżał ją do Boga Starego Testamentu. On łączył się z Oświęcimiem. Umiał karać swoich i obcych. Nie stawał ponad ludzką etyką wymiany. Za dobro płacił dobrem, nieposłuszeństwo odpłacał złą monetą. On znał życie lepiej od swego młodszego, chrześcijańskiego imiennika, zalecającego postawę bezwarunkowego wybaczania. Co właśnie nie odpowiadało matce. Bo cóż mógł Bóg przebaczenia ofiarować kobiecie, która straciła wszystko? Ale nie była zupełnie odporna na katolicyzm. Przecież prawie całe życie mieszkała w Polsce. Z katolicyzmu przejęła chyba figurę Szatana, względnie rzadkiego gościa w Starym Testamencie. Tam Szatan pozostaje często w dobrych stosunkach z Bogiem, rozmawia z Nim i układa się, chociażby w sprawie Hioba. Szatan chrześcijański był zaś niepartnerski, oddzielony od Boga linią mroku. Nieprzebłaganie zły. To jego imienia potrzebowała matka, by dobrze opisać faszystów i antysemitów.

Stary Bóg matki był mi pod wieloma względami obcy. Jednym z powodów było Jego częste uczestnictwo w życiu codziennym swych wyznawców. Religia żydowska jest przede wszystkim religią rodzinnego kolektywu. Ja zaś byłem wówczas sam, poza Polakami, którzy mnie nie chcieli, i poza Żydami, o których nic nie wiedziałem. Ponadto nie mieliśmy wspólnego języka. Jak więc mógłbym naśladować modlitwy Żydów? Ich ruchy podczas spotkania z Bogiem? Modlący się Żydzi poruszają całym ciałem, jakby namiętnością słów i fizyczną ekspresją członków chcieli wymóc na Nim ustępstwa. Taki Bóg wydawał się być prawie dialogującym Żydem, partnerem... Był to Bóg, który bardziej mówił "do" niż "wewnątrz" ludzi i który respektował suwerenność ludzkiej woli. Który miał także czas, by wysłuchać odpowiedzi. Może dlatego wśród Żydów urodzili się tacy filozofowie dialogu, jak Buber, Rosenzweig i Lévinas?

W marcu 1968 ukarano mnie miesięcznym "zesłaniem w sołdaty", a w kwietniu wyrzucono z Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie studiowałem socjologię. Prorektor obiecał, że nigdy nie będę studentem w Polsce. Ponieważ nie miałem powodów, by mu nie wierzyć, a o pracę także było niełatwo - postanowiłem wyemigrować. Przyjechałem do Danii jako nie-Polak (przypomnę, że rząd polski odebrał nam polskie obywatelstwo wbrew wszelkim umowom międzynarodowym; rozporządzenia tego nie anulowano - o ile wiem - do dzisiaj). Ale Duńczycy mieli inny pogląd na sprawy tożsamości. Część emigrantów zgłosiła się do gminy żydowskiej - tych uznano za Żydów, którzy w Danii są naturalną i potrzebną częścią społeczeństwa. Inni, którzy, jak ja, nie wstąpili do gminy, uznani zostali za Polaków - skoro z Polski przyjechali. I jeżeli od czasu do czasu bywam w Danii dyskryminowany - to dlatego właśnie, że jestem uważany za Polaka. Co znaczy: za obcego. Lecz także jako Polak zacząłem pracować na uniwersytecie. Poproszono mnie kiedyś, bym napisał o dziejach polskich Żydów. Pracując nad artykułem, właściwie po raz pierwszy zapoznałem się z ich losem. Kultura polska uchylała się od zetknięcia z tą kulturą, żyjącą i rozwijającą się przecież na tym samym obszarze. (Gdybyśmy zaniechali podręczników o kulturze polskiej, a zaczęli pisać o kulturze na ziemiach polskich - jakimż bogactwem mogłaby się Polska poszczycić!) Kultura żydowska była silnie zwrócona ku Słowu, ku religii i teologii, a jednocześnie związana z codzienną egzystencją. Nawet w małych sztetlach zawsze był ktoś, kto wiedział, co działo się w Niemczech, w Anglii, we Francji. Nie mogłem zrozumieć powodów, dla których Polacy lekceważyli to źródło inspiracji i wiedzy, tę możliwość dialogu. Zapewne i Żydzi nie byli bez winy, ignorując potencjał i możliwości kulturalne Polaków, co poświadcza na przykład Isaac Bashevis Singer.

Pierwszym wstrząsem, jaki zanotowała w Danii moja tak dziwnie zdwojona tożsamość, było niezbite doświadczenie, że tutaj nie mówi się po polsku! Domyślałem się tego i wcześniej, ale zrozumiałem dopiero, gdy rzecz poznałem na własnej skórze. Sprawa jest naprawdę przerażająca. Na czym bowiem polega proces uczenia się obcego języka? Na naśladownictwie. Uczyłem się, powtarzając za nauczycielką, za wchodzącymi do autobusu i do sklepu, a nawet za tym mężczyzną, który popchnął mnie na ulicy i (chyba?) przeprosił. Czy mogłem moje najgłębsze, osobiste doświadczenia wyrazić w słowach podebranych innym? Powtarzanych chórem przez 30 uczniów, z których każdy był tak odmienny? A więc w słowach z pewnością nie-moich? Bardziej autentyczna wydała mi się postawa milczenia. Ale milcząc niełatwo kupić bilet autobusowy czy buty, a nawet kawałek dobrego mięsa u rzeźnika lub chleb u piekarza za rogiem, nawet jeżeli piekarz jest Włochem. Musiałem zatem posługiwać się językiem nieautentycznym i bardzo długo słyszałem moje duńskie wypowiedzi jako echo słów dawniej wypowiedzianych. Przez ludzi, których nie znałem. Czy ja, Polak (dla Duńczyków) i Żyd (dla niektórych Polaków), miałem zostać skazany na egzystencję echa?

Wśród wybawicieli największy dług mam wobec Sörena Kierkegaarda. To na nim rosła moja trzecia, duńsko-protestancka tożsamość. Gdy w Bibliotece Uniwersyteckiej, 10 lat po przyjeździe, zacząłem czytać Duńczyka, zbliżył mnie do niego raczej "żydowski", nieuleczalny sceptycyzm mojej matki niż wiedza o polskim katolicyzmie. Niewiara matki, by ktokolwiek, a zatem i Bóg, mógł być jednostronnie i prostodusznie dobry. A także czytelny, zrozumiały.

Kierkegaarda czytałem jako filozofa dialogu. Jako tego, kto chyba pierwszy opracował teorię komunikacji estetycznej, etycznej i religijnej. Kto rozważał, jakie warunki pozwalają na wypowiedź "pośrednią", a jakie na "bezpośrednią". Kto skrupulatnie wyjaśniał, kiedy i jak człowiek może odpowiedzieć na ciche i często niejasne Boże słowo. Kierkegaard uczył mnie, by nie unikać wypowiedzi "z drugiej ręki", gdyż nie można dobrze odróżnić wypowiedzi zapożyczonych od własnych, chętnie uznawanych za "autentyczne". Jego kunsztowna konstrukcja pseudonimów podkreślić miała "nieautentyczność" ludzkiej wypowiedzi i skłonić czytelnika do namysłu nad znaczeniem słowa dla naszego współ-obcowania. Podział na język "swój" i "obcy" stracił znaczenie. Przekonywałem się coraz bardziej, że i po polsku często mówiłem "nieautentycznie". Że, na dobrą sprawę, wszyscy powtarzamy. Co więc było "moje"? "Mój" mógł być tylko błąd: syntaktyczny lub semantyczny, źle postawiony przecinek, błędnie akcentowany wyraz. To bezlitosne doświadczenie prowadziło do pytania: gdzie "zaczyna" się człowiek? Czy jest nim tylko, gdy obraca swym narodowym językiem? Czy odnaleźć go można dopiero na poziomie świadomego korzystania z bogactwa kultury - czy może już na poziomie błędu, luk w znajomości swej tradycji? Gdy posługuje się świadomością cząstkową? Rozmyślając nad tym, stawałem się (chyba) bardziej tolerancyjny.

Oczywiście, bywa niekiedy, że każda z moich trzech tożsamości chce się "wypowiedzieć" w tym samym czasie i na ten sam temat. Co wówczas począć? Komu dać pierwszeństwo? Jakie słowo uznać za "moje"? O to także pytałem Kierkegaarda. Podpowiadał, że mówić należy we własnym imieniu. Nie grupy lub narodu. Chronił zatem przed fanatyzmem. Za pomocą terminów inderlighed (uwewnętrznienie) oraz tilegnelse (przyswojenie) skierował moją uwagę nie na co, ale jak się mówi. Przysłuchuję się odtąd moim słowom: jeżeli są mówione z przekonaniem i poświadczają moje doświadczenie, zgadzam się na nie. Bez względu na to, czy są głosem tożsamości nr 1, 2 lub 3. Uznaję je bowiem za tożsame ze mną.


Pierwotnie opublikowano w: "ZNAK. Miesięcznik" 490 (3) 1996, s. 36-40

---

Bronisław Świderski, ur. 1946. Od 1970 w Kopenhadze. Związany z Uniwersytetem Kopenhaskim. Publikacje po duńsku, angielsku, szwedzku, polsku i rosyjsku. W Polsce współpracuje m.in. z "Res Publiką Nową", "Zeszytami Literackimi", "ExLibrisem". Tłumacz (m.in. "Powtórzenie" S. Kierkegaarda 1992). W kwietniu 2005 ukazała się jego książka Gdańsk i Ateny (IFiS PAN). Ostatnio napisał dla Rzeczpospolitej (12.11.05 Nr 264) esej "Ja sztandar" o Adamie Michniku.

sobota, 12 listopada 2005

Bronisław Świderski: Ja, sztandar

Co sprawiło, że gnębiony w Peerelu Michnik miał rację, zaś Michnik zwycięzca ją zgubił? Dlaczego więziony górował nad prześladowcami, a jako współtwórca partii i rządów, przyjaciel prezydentów i premierów, redaktor naczelny wpływowej gazety - stał się obiektem masowej krytyki i żywej niechęci? Historia, która w okresie komunizmu była mu posłuszna jak zakochana dziewczyna, poszła za innym, a on pozostał w miejscu

Adama Michnika poznałem w 1964 lub 1965 roku. Jedno z pierwszych spotkań: wpadłem na niego przypadkiem na Marszałkowskiej, obok nas pełno ludzi, a Michnik woła: - Wiesz, na Biurze Politycznym Gomułka skarżył się, że na uniwersytecie są jakieś warchoły, a Kliszko odpowiada: towarzyszu Wiesławie, Michnik to nie warchoł, to świadomy przeciwnik władzy socjalistycznej!

Krzyczał to na najludniejszej ulicy w Warszawie, gdzie, jak sądziliśmy, na każdym rogu stali tajniacy.

Sztandar zwija się na końcu

Michnik był dla nas przedstawicielem lepszego świata, nawoływał do spontanicznej wymiany myśli, do życia w grupach przyjacielskich, gdzie nie trzeba się bać represji dorosłych. Czy spowodował to jedynie niezwykły urok 18-letniego wówczas chłopca, a zatem dla władzy "nikogo"? Ułomnością despocji jest to, że lubi ciszę, zatem krzyk odważnego człowieka usłyszą wszyscy. Ten człowiek mówił także w naszym imieniu. Dlatego władza ze wszystkich sił starała się zamknąć mu usta. Chciałbym opowiedzieć o tym, jak wysoką cenę Michnik gotów był zapłacić za swoje - i innych - prawo do swobodnej wypowiedzi, do antykomunistycznego okrzyku.

W 1968 roku zostałem wyrzucony z Uniwersytetu Warszawskiego za "działalność polityczną". Przedtem ukarano mnie między innymi pobytem w karnej kompanii. Nie mogłem znaleźć pracy. Także rodzice obawiali się mojej działalności. Postanowiłem zatem wyjechać z Polski. Chciałem opowiedzieć o tym Adamowi. Spotkaliśmy się w strugach deszczu, w pokrytym czarnymi kałużami parku Ujazdowskim. Ja, tchórz, miałem powiedzieć mojemu dowódcy, że za chwilę zdezerteruję. Michnik niedawno wyszedł z więzienia, nie zawiązywał butów, jego sznurowadła tonęły w kałużach.

- Wyjeżdżam - powiedziałem w końcu. - Co o tym myślisz?

Odpowiedział, że szanuje zarówno decyzję wyjazdu, jak i postanowienie, aby pozostać. Powiedział, że według niego jeszcze długo w Polsce będzie źle, brak nadziei, ucisk. Zatem ten, kto chce wyjechać, powinien to zrobić.

- No, a ty - spytałem - nie myślisz o wyjeździe?

Odpowiedział zdaniem, którego nie zapomnę:

- Sztandar zwija się na końcu. Dla mnie sprawa była przegrana. On chciał być sztandarem zwyciężonych.

Kanalie i ultrasi

Przypominam o tej przygodzie, bo nadal myślę o owym sztandarze - o ujmowaniu siebie samego jako postaci symbolicznej i historycznej. Postać "ze sztandarem" była zapewne konieczna we "frontowych" potyczkach z komunizmem. Co pozostało z niej dzisiaj? A może ten sztandar na dobre przyrósł do dłoni Michnika?

Powiedzenie, że jest się sztandarem, przywołuje pojęcie romantycznego geniusza, człowieka wybranego - bynajmniej nie w wolnym głosowaniu, ale przez ponadjednostkowe absoluty: Historię? Ojczyznę? może Los... Tutaj niepotrzebna jest demokracja, która sceptycznie zakłada, że słuszność jakieś opinii ujawni się dopiero po zapoznaniu się z wieloma głosami. Dyskusja ze "sztandarem" nie jest przecież możliwa. Sztandar jest jak wykrzyknik - wzywa, rozkazuje, skłania do posłuszeństwa. Ten sposób komunikacji, charakterystyczny dla języka wojska i policji, jest niedemokratyczny. W Internecie można znaleźć drastyczne przykłady tego rodzaju wypowiedzi Michnika, jak choćby owo słynne "Odpieprzcie się od generała!" (chodzi oczywiście o gen. Jaruzelskiego). Dobrymi ilustracjami są także tytuły jego najnowszych esejów, zarówno wzorcowe "Kanalia, kanalia, kanalia!" ("Gazeta Wyborcza", 14 maja 2005), jak i te, które mają siłę wykrzyknika: "Ultrasi rewolucji moralnej" ("GW", 16 kwietnia 2005), "Kiedy milczenie jest błotem" ("GW", 7 września 2005), "Smutek rynsztoków" ("GW", 10 września 2005) i "Naganiacze i zdrajcy" ("GW", 17 września 2005). Nazwanie innych kanaliami, ludźmi z rynsztoka, naganiaczami lub zdrajcami uniemożliwia rozmowę. Uważny czytelnik usłyszy tutaj echo innej retoryki, głoszonej przez wychowanego na romantycznych lekturach polityka, konspiratora i żołnierza - Józefa Piłsudskiego. On także używał inwektyw do opisu życia politycznego.

Ale powiedzenie "ja - sztandar" to nie tylko podkreślenie racji. To także symbol siły. Michnika nigdy nie zadowalało posiadanie moralnej lub intelektualnej racji. Zawsze, za jej pomocą, sięgał po siłę polityczną. Taka postawa ma długą tradycję i właśnie do niej, mniej lub bardziej świadomie, odwołuje się Michnik.

Racja i władza

W pierwszej księdze "Państwa" Platona ma miejsce spór Sokratesa z niewątpliwym sofistą Trazymachem, ideologiem władzy. Trazymach dowodzi, że sprawiedliwa racja mocno trzyma się siły, a nawet się z siły politycznej wywodzi. Sokrates, który nie pragnął władzy, broni autonomii sprawiedliwości - "matki wszystkich racji". Trazymach na to: ten, kto ma władzę, posiada także rację, a gdy jej nie ma, to i tak ma rację, bo dzięki przemocy może nie-rację obrócić na własny pożytek.

Tak mówi, stwierdzi Władysław Tatarkiewicz, przedstawiciel sofistów, którzy byli pierwszymi w historii "nauczycielami życia publicznego". Sofista jest bowiem - doda polski filozof - "na wpół dziennikarzem, na wpół profesorem". Wydaje się, że Michnik za sofistami twierdzi, iż istnieje związek władzy z racją, choć on woli zacząć od racji. To zwycięska racja ma podporządkować sobie siłę polityczną.

Michnik dzieli też z sofistami przekonanie, że racja rodzi się podczas sporu. Aby powstała, musi mieć przeciwnika. Jest ona dzieckiem walki na argumenty. W ogniu bitwy odbija ciosy i sama je zadaje - gwałtownie, boleśnie, nie zawsze zważając, że w erystycznym zapale uderza poniżej pasa. Nie unika słów ostrych jak nóż ani kaleczących epitetów. Sofistyka Michnika polega na tym, że stwarzając swoje racje, pragnie w istocie uzyskać legitymację dla popieranej przez siebie siły politycznej. Władza i racja splatają się w jego pisarstwie w mocny łańcuch; władza kieruje racją, racja sięga po władzę.

Czy analizując retoryczne chwyty autora "Z dziejów honoru w Polsce", potrafimy odpowiedzieć na pytanie: co sprawiło, że gnębiony w Peerelu Michnik miał rację, zaś Michnik zwycięzca ją zgubił? Dlaczego więziony i prześladowany górował nad prześladowcami, a jako współtwórca partii i rządów, przyjaciel prezydentów i premierów, redaktor naczelny wpływowej gazety - stał się obiektem masowej krytyki, ba, żywej niechęci, sądząc po internetowych reakcjach na jego artykuły?

Zbyt proste byłoby stwierdzenie, że lubimy prześladowanych, a niechęć okazujemy możnym tegoświata. Wszak żadna władza nie wynagrodzi Michnikowi tych okaleczeń biografii, jakie otrzymał w ciągu czterdziestu lat życia w PRL. Co zatem spowodowało, że jego argumenty, dawniej tak mocne, stały się kruche i nieprzekonywające? A może w PRL racja Michnika nie polegała na tym, co mówił, lecz, że - po prostu - był? Działając, wzbogacał "scenę publiczną", odbijał się od"głosu oficjalnego", stwarzał przesłanki dialogu.

Czytelnika przeglądającego dzisiaj książki i artykuły Michnika z czasów jego antykomunistycznej aktywności uderzy wyrażone w nich przekonanie, że to opozycja ma realną siłę, posiada bowiem rację moralną. Ta argumentacja wpłynęła na wielu, lecz jednocześnie ignorowała zależność większości obywateli od systemu, pomijała codzienny wysiłek przeciętnego Polaka, który, aby przeżyć, aby mieć pracę i mieszkanie, musiał mniej lub bardziej współpracować z systemem. Ujmując egzystencję Polaka w kategoriach wyłącznie moralnych (za lub przeciw kłamstwu, za lub przeciw honorowi, za lub przeciw podłości itd.), projektował Michnik współrodaków trochę na wyrost, jakby ludzkie działania dotyczyły tylko spraw ducha... Racja moralna nigdy nie przegrywa - to realna siła przegra, gdy się tej racji sprzeciwia - uparcie twierdził autor sławnego "Listu do Kiszczaka". Stąd zapewne polityczna obsesja Michnika - posiadanie racji, która, choćby po długim okresie, obdarzy jej właściciela udziałem we władzy. Skupiony na argumentacji etycznej - bo chyba nigdzie w jego tekstach nie można napotkać rozbudowanej ekonomicznej i socjologicznej analizy rozwoju Polski - potrząsając wybuchową mieszaniną cytatów z obszaru literatury pięknej, historii i polityki, zamkniętych w pojemnej butli eseju, pragnie nas przekonać, że to właśnie argument moralny jest siłą niezwyciężoną. Przewrotnie powtarza rozumowanie Trazymacha: skoro ma się rację, to ma się - a przynajmniej powinno mieć - także i władzę...

Popatrzmy zatem, jak Michnik korzysta z retoryki sofistów. Dobrym przykładem jest szybkie przejęcie terminologii Zachodu, wykorzystanie jej do nakreślenia własnego portretu. Obok komunistów, którzy z dnia na dzień przywłaszczyli sobie szyld "socjaldemokratów", obok opozycjonistów, którzy nazwali siebie "liberałami", Michnik występuje jako przedstawiciel "demokracji".

Czy Michnik jest demokratą?

Wydaje się, że w polskiej debacie niefrasobliwie mylone są ze sobą dwa typy idealne: dysydenta-przeciwnika niedemokracji oraz demokraty. Jestem zdania, że walka z tyranią, z komunizmem, działalność konspiracyjna, tworzenie podziemnych pism i organizacji, tajnych związków zawodowych itp. nie jest wystarczającą legitymacją demokratyczną. Innych bowiem umiejętności i cech potrzebuje tropiony, walczący z tyranią bojownik, a innych demokrata, który sprawdza się w jawnej działalności politycznej, zgadza na wyborczą porażkę i nie wycofuje z gry. Ci, którzy szczodrze (nad)używają zachodnioeuropejskich pojęć, czynią z nich uzasadnienie prawa do uczestnictwa we władzy ("skoro nazywamy się tak samo, jak politycy Zachodu..."). Lecz przywłaszczając sobie zbyt szybko nazwy tworzone na Zachodzie przez wieki, polscy politycy unieważniają rzeczywistą tożsamość współczesnego Polaka, który nie żyje już w epoce komunizmu, ale wciąż jeszcze nie w demokracji (zmniejszająca się od 1989 roku liczba wyborców - czyli demosu - coraz bardziej osłabia rodzącą się demokrację).

Stąd tak powszechne jest poczucie zawiedzionych nadziei. Mieszkańcy Polski nadal podlegają nieopisanemu dotąd przez politologów prawu transformacji, gdzie wciąż jest wiele starego (komunizmu) i co nieco nowego (kapitalizmu, demokracji). Nazywanie siebie "demokratami", "liberałami" czy "socjaldemokratami" i porównywanie się z zachodnimi "odpowiednikami" jest intelektualnym nadużyciem i utrudnia dyskusję nad wadami i zaletami aktualnego procesu przemian tego niepokojącego okresu "pomiędzy".

Powtórzmy: walka z niedemokratyczną tyranią i działalność w demokracji to dwa różne sposoby istnienia polityka. Pierwsza wymaga bezkompromisowości i umiejętności konspiratorskich, druga - stałej skłonności do kompromisu i jawnego przedstawienia swoich idei i ich przesłanek. Postawa demokratyczna sprawdza się nie jako idea - każdy może nazwać się demokratą - ale jako polityczna praxis, żmudne przyciąganie wyborców, układanie się z nimi, przekonywanie. Walczący z antydemokracją konspirator nie może zapytać społeczeństwa o swoją legitymację, bo tyrania nie uznaje badania opinii publicznej i wolnych wyborów. Konspirator nie jest wybrany - jest (samo) mianowany. Sądzi, że skoro wypowiada się "za miliony", to ma rację. Ale kontynuowanie takiej postawy w demokracji jest błędem, tutaj pojawia się bowiem wiele racji i każda z nich jest w najlepszym razie połowiczna. A tego Michnik nie chce uznać - jego retoryka pragnie zagarnąć całą prawdę i nie chce jej dzielić z nikim.

Pogrobowiec inteligencji

Michnik nie potrafi wyjść poza mit inteligencji, która powstała pod zaborami jako grupa prześladowana. Stała "na czele narodu", walczyła z okupantami, ale i żądała dla siebie bezwzględnego posłuchu. Frontowość owa została zachowana w okresie komunizmu, gdy powstać miała "nowa inteligencja" dążąca do zniszczenia tej "starej" i niosąca na swoim sztandarze idee marksizmu. Michnik jest najwspanialszym spadkobiercą inteligenckiej tradycji i - jak sądzę - jej pogrobowcem. Kontynuuje apele romantyków-powstańców i dysydentów XX wieku, wzywających wszystkich Polaków, aby zjednoczyli się w walce przeciwko wspólnemu wrogowi. Współcześni ideologowie partii demokratycznych czynią odmiennie: odwołują się do racjonalnie pojętego interesu obywatela i proponują mu różne recepty polityczne i ekonomiczne - a zatem "dzielą" społeczeństwo.

Choć Michnik był posłem, zdecydowanie woli fotel redaktora wielkiej gazety, skierowanej do "wszystkich światłych Polaków". Jego moralistyczna, "na wpół dziennikarska, na wpół profesorska" retoryka wzywa każdego, aby podporządkował się prawdzie, sprawiedliwości, patriotyzmowi, gdyż są to wartości obowiązujące wszystkich. Będąc zaś politykiem, musiałby opowiadać się za programem partyjnym, który jest zawsze partykularny, skierowany do jednej, z reguły niewielkiej grupy wyborców. Te dwie retoryki - "łączenia" i "dzielenia" - są tak różne, że romantyczne pragnienie osiągnięcia politycznej jedności w demokracji jest po prostu anachronizmem. Dla Michnika demokracja to wciąż "ideologia jedności", a nie, jak się uważa na Zachodzie, technika władzy. Polski autor pragnie odmienić świadomość Polaków za pomocą słów, a nie poprzez zmianę zasad produkcji i dystrybucji, norm gry politycznej itd. Bywa zatem Michnik oskarżany o uprawianie "antypolityki" - o efektowne podkreślanie wagi moralności, sprawiedliwości i prawdy, a zaniedbanie dyskusji o konkretnych programach ekonomicznego i społecznego rozwoju. A przecież jego "antypolityka" ma całkiem polityczne cele: mobilizuje emocjonalne poparcie dla tych partii politycznych, które zdobyły sympatię Michnika. I atakuje przeciwników.

Tylko bajki są czarno-białe

Dzisiejszy Michnik stanął w pół drogi, choć swoją muskularną retoryką chce sprawić wrażenie, że wciąż maszeruje na czele. Pisze chętnie o historii - bliższej i dalszej, Polski i innych krajów. Chyba zupełnie zniknął Michnik-zuchwały projektant przyszłości - choćby jako autor idei o porozumieniu Kościoła z inteligencją laicką ("Kościół, lewica, dialog"). Nie szkodzi, że ostatecznie to porozumienie się nie powiodło i że równie chybiona była inna utopia - wizja komunistyczno-dysydenckiego "pojednania", stworzona razem z Włodzimierzem Cimoszewiczem ("O prawdę i pojednanie"). Dla społeczeństwa ważne są idee szkicujące jego przyszłość. Oczywiście, w esejach historycznych Michnik proponuje nam morał na dzisiaj, dla współczesnego Polaka - ale nie jest on bynajmniej przedstawiony jako polemiczny. Moralistyczny ton esejów żąda od czytelnika, aby przyjął je w całości i bez dyskusji. Czy można się więc dziwić, że wielu Polaków czyta te teksty jak bajki, Bo tak jak one, są eseje Michnika utrzymane w dwóch barwach: czarnej i białej. Przypomnijmy raz jeszcze tytuły z ostatnich miesięcy: "Czy będziesz dostatecznym łajdakiem?" ("GW", 30 kwietnia 2005) , "Kanalia, kanalia, kanalia!", "Smutek rynsztoków", "Naganiacze i zdrajcy"... Kanalie są tu przeciwstawione antykanaliom, łajdacy - ludziom prawym, rynsztokowcy - szlachetnym, naganiacze - ludziom dialogu. Wśród tych"polskich grzechów" brak, co ciekawe, tak poruszających Polaków spraw, jak korupcja, nepotyzm, nadużycie władzy.

Pozytywnymi bohaterami eseju "Naganiacze i nieobywatelskie postępki" ("GW", 25 września 2005), przeciwstawionymi ludziom złym i nieprawym są między innymi Jan Paweł II i Czesław Miłosz, określani jako "wielcy ludzie". Z romantyzmu płynący kult "wielkich ludzi", pełnych wiedzy i tolerancji, przeciwstawiony został ławicy ludzi podłych, których Michnik nie wymienia z nazwiska - bo sam, jak powiada, nie chce być naganiaczem!

Podobnie czyni w esejach przywołujących Francję wielkiej rewolucji i restauracji, Napoleona i Stendhala. Kończy artykuły morałem, w którym powraca do dzisiejszej Polski. Jednak ani razu nie powie, w którego z żyjących polskich polityków celuje. Zapewne liczy na domyślność czytelnika, ale osiąga coś wręcz przeciwnego. Ten chwyt retoryczny ma bowiem ważne konsekwencje. Skoro kategorie "kanalii", "naganiacza" czy "zdrajcy" nie mają konkretnego adresata, pasują do każdego, kto się z Michnikiem nie zgadza. Sam nie chcąc być "naganiaczem" wobec konkretnych osób, uderza we wszystkich, którzy myślą inaczej.

A przecież demokracji potrzebna jest konkretna dyskusja. Gdyby bowiem "wielcy ludzie" znali całą prawdę, niepotrzebna byłaby ani rozmowa, ani sama demokracja. Wystarczyłoby zapytać owych ludzi o prawdę i - jak to dawniej bywało - posłusznie "wcielać ją w czyn". Wolna dyskusja równych nie jest jakimś ozdobnikiem demokracji, ale jej podstawowym warunkiem. Dlatego zachodni demokraci polemizują i z papieżami (np. w sprawie aborcji), i z politykami, i z ludźmi pióra.

Z nami lub przeciw nam

Kanon "wielkich ludzi" jest u Michnika dość nieoczekiwany: jest tu miejsce i dla Kuronia, i dla Jaruzelskiego, dla papieża i generała policji... Są tu także politycy zagraniczni. W rozmowie z socjologiem Thomasem Cushmanem, zatytułowanej "Anti-totalitarianism as a Vocation" ("Dissent Magazin", wiosna 2004), powiada Michnik, że bezwzględnie popiera Busha i jego wojnę przeciw Saddamowi Husajnowi, ponieważ "Irak był państwem totalitarnym". Cushman pyta wówczas, czy nie można krytykować amerykańskiego ataku na Irak. Zirytowany Michnik woła: "Po której jesteś stronie,". Na co Cushman odpowiada: "czyli to jest albo, albo... jesteś z nami - lub przeciwko nam,". Michnik potwierdzi: "Niestety, tak".

W swoich wypowiedziach nie potrafi Michnik wskazać konkretnych korzyści, jakie odniosła Polska, wysyłając żołnierzy do Iraku. Nie dyskutuje także, czy udział w krwawej wojnie zgodny jest z chrześcijańskimi wartościami Polaków. Jego stanowcze, wraz z Vaclavem Havlem i Gyorgy Konradem, stwierdzenie, że Bush ma rację, wywołało dyskusję na Zachodzie. Michnik zdaje się sugerować, że obecny, kryzysowy stan zachodniej demokracji, niepotrafiącej rozwiązać problemów bezrobocia, napięć rasowych i religijnych, a uciekającej się do siły wojskowej, wymaga zarówno całkowitego poparcia Busha, jak i użycia podobnej, "żołnierskiej" retoryki do opisu Polski (choć ta strategia oddala polskiego eseistę od krytycznie myślących Amerykanów i Polaków). Cushman przypomina w rozmowie, że Michnik stanowczo odrzucił użycie siły przeciwko "totalitarnemu" komunizmowi, co zaimponowało światu. Michnik i jego obrońcy odpowiadają na to: "Jaruzelski zawarł ugodę z opozycją i sam rozmontował dyktaturę, a Husajn, o ile wiadomo, nie miał w planach Okrągłego Stołu". Czy to prawda? Przecież, po pierwsze, właśnie nic nie wiemy o planach Husajna, a z całą pewnością można dzisiaj stwierdzić, że gdyby Amerykanie postawili go przed alternatywą: sąd albo Okrągły Stół, Husajn z radością zasiadłby do Stołu, który w Polsce ocalił komunistów (także Jaruzelski wybrał Stół, gdy okazało się, że stan wojenny nie zlikwidował opozycji). Po drugie, zapytajmy: no, dobrze, ale gdyby Jaruzelski nie chciał Okrągłego Stołu, czy należałoby wówczas wprowadzić do Polski wojska amerykańskie (niektórzy powiedzą: rosyjskie), jak to uczyniono w Iraku?

"Człowiek dialogu"

Zobaczmy zresztą, jak Michnik rozumiał "nieużycie przemocy" wobec komunistów. W czwartym numerze "Zeszytów Literackich" z 1983 roku w tekście "Czego chcemy i co możemy" pochwalił ideę kompromisu z władzą, bowiem "to z kompromisowego stosunku do rzeczywistości wynika postulat ujawnienia mechanizmu destrukcji władzy, który doprowadził do bicia studentów w marcu 1968, do masakry w grudniu 1970, do ścieżek zdrowia w 1976. I z tego również postulatu kompromisowości wynika konieczność zdjęcia pancerza nietykalności z tych wszystkich ludzi, którzy są odpowiedzialni za te fakty, czy są w partii, czy w rządzie, w policji, czy w aparacie propagandy".

Michnik kończy artykuł cytatem z Orwella: "raz się skurwisz, kurwą pozostaniesz". Jego ówczesna "kompromisowość" żądała zatem jawności i kary; tym różni się od Michnikowej kompromisowości po 1990 roku. Dawna "kompromisowość" była prosta, z języka żołnierska, zrozumiała dla wszystkich. Po1990 roku pojęcie "kompromisu" zastępuje coraz częściej wieloznaczna kategoria "dialogu". Co ciekawe, nie wyklucza ona radykalnych, frontowych sformułowań. Równocześnie z nimi, w eseju "Naganiacze i nieobywatelskie postępki", Michnik skreśli taki (auto?) portret "człowieka dialogu": "Kim jest człowiek dialogu? Do czego dąży? Otóż człowiek dialogu dąży, aby wroga zamienić w przeciwnika, a przeciwnika w partnera... oznacza to gotowość uznania, że nie jest się posiadaczem całej prawdy, gotowość do przyjęcia cudzej racji, do zmiany własnego stanowiska". Ale czy jest to rzeczywiście stanowisko Michnika? Czy istotnie chce tego, kogo wpierw nazywa "zdrajcą", "naganiaczem", "człowiekiem z rynsztoka", zamienić w partnera?

Niestety, te oświadczenia, drukowane w Polsce i poza jej granicami (na przykład w "Letters from Freedom"), nie znajdują pokrycia ani w postawie samego eseisty, ani w polityce redakcyjnej "Gazety Wyborczej", gdzie zamieszcza się chyba wyłącznie teksty popierające Michnika, tak iż zasadnicza z nim polemika musi być prowadzona na innych łamach. Przedstawianie siebie jako "człowieka dialogu" jest jedynie erystycznym chwytem: skoro głośno mówię, że jestem za dialogiem, to moi przeciwnicy muszą być jego wrogami...

Zimne ognie

Ważny, jeżeli nie dominujący w pisarstwie Michnika, jest nurt, który można nazwać "moralistyką literacko-historyczną". Zbudowany został na fundamencie romantycznego przekonania, że Historia ma swój "sens-morał", który objawia się ludziom wybranym.

Michnik lubi łączenie rozważań historycznych z literaturą piękną. W niedawnym szkicu "W poszukiwaniu utraconego sensu", mówiącym o 25. rocznicy Sierpnia '80 ("GW", 27 sierpnia 2005), miesza swoją niechęć do zwolenników lustracji i listy Wildsteina z głosem Wojciecha Kuczoka, autora powieści "Gnój", kończącej się apokaliptyczną wizją szamba, które zalewa fikcyjne postacie. Po cytacie z powieści, napisze Michnik: "Plugawienie rewolucji solidarnościowej i jej bohaterów przez esbeckie archiwa to dla jednych czyn heroiczny, dla drugich zaś - to granat ciśnięty w szambo: jednych zabije, innych okaleczy, wszystkich zasmrodzi". W ten sposób autor prozy, mówiącej o domowej tyranii, stał się zakładnikiem historiozofa. Michnikowi nie przeszkadza, że w powieści ani słowem nie mówi się o esbecji i lustracji. Nie pyta nawet, czy jej autor jest za ową lustracją czy przeciw niej...

Niedawno nurt rozważań historycznych został wzmocniony kilkoma esejami o literaturze francuskiej XIX wieku - przywołanej, aby ponownie opowiedzieć o Polsce. Z melanżu cytatów literackich i faktów historycznych wydobywa eseista morał historii, niepodatny ani na weryfikację historyka dziejów, ani badacza literatury. Bowiem ten morał jest gdzieś pomiędzy obszarami różnych nauk, do przyjęcia na słowo. W szkicach: "Ultrasi rewolucji moralnej", "Czy będziesz dostatecznym łajdakiem?" i "Kanalia, kanalia, kanalia!", przywołuje Michnik Francję jakobińską i napoleońską, fakty historyczne ilustrując scenami z powieści Stendhala. Oczywiście, buduje w ten sposób sugestywny nastrój. Ale czy pogłębia naszą wiedzę o tym okresie i o powieściach? Jego metoda jest prosta i głosi, że sens naszego życia można wydobyć z przeszłości. "Nasz świat - napisze w początkach szkicu "Czy będziesz dostatecznym łajdakiem" - wydaje się nam trywialny, ciężki, tchórzliwy. Niemal każdy z nas przeżywa rozczarowanie. Tak jak wtedy, w epoce Stendhala, w epoce restauracji, która nastąpiła po Wielkiej Rewolucji Francuskiej i wielkim Napoleonie".

Czy naprawdę można tak prosto stwierdzić, że owe dawne francuskie pytania są także naszymi,współczesnymi? Być może to zdanie byłoby przekonywające jako konkluzja drobiazgowej analizy obu epok. Jako założenie wstępne jest jedynie chwytem eseistycznym i to nierzetelnym, bo niepopartym dowodem. Budzi to zdumienie historyka: czy rzeczywiście generał Jaruzelski jest Napoleonem XX wieku? Czy jeden Okrągły Stół to już restauracja (w dodatku francuska)? Także badacz literatury powinien być czujny, gdy obserwuje Michnikowe przeskoki, który raz cytuje słowa Juliana Sorela, bohatera "Czerwonego i Czarnego", aby w następnym akapicie powiedzieć: "tak mówi Stendhal - jakobin".

To, skądinąd nienowa, próba wydobycia z literatury "jednego głosu" - czyli ideologii powieści, poprzez utożsamienie słów bohatera i autora. W trakcie takiej lektury zapoznany zostaje skomplikowany związek zachodzący między postacią a twórcą. Wydaje się warte przypomnienia, że represjonowany przez stalinizm Michaił Bachtin przeciwstawił się ideologicznemu czytaniu literatury pięknej, głosząc - wbrew badaczom radzieckim, którzy utożsamiali postawę głównego bohatera z politycznymi intencjami autora - ideę wielogłosowości w powieści. Szukając jednoznacznego morału i łącząc w jedną wypowiedź głos autora i bohatera, Michnik staje raczej po stronie ideologicznej interpretacji i odrzuca demokratyczną w istocie propozycję Bachtina, dla którego nawet słowo bohatera o sobie jest niejednoznaczne, sprzeczne wewnętrznie.

Dziwi wreszcie, że w spisie literatury, umieszczonym po każdym artykule o XIX-wiecznej Francji, Michnik wymienia książki dawne i jedynie w języku polskim. A przecież co rok powstają nowe, inspirujące prace o Stendhalu - o rewolucji francuskiej nie wspominając. Problematyczny związek słowa bohatera i słowa odautorskiego u Stendhala omawiany jest na przykład w rocznikach "Année Stendhalienne" i w pracy F. Manziniego "Stendhal's Parallel Lives" (Oxford, 2004) - jej tytuł powinien wzbudzić niepokój Michnika, który, jak się zdaje, widzi w postaci francuskiego pisarza także swój portret, gdy pisze: "kochamy Stendhala... za brak zakłamania, za szczerość wobec siebie, za godność wobec łajdactwa, za poczucie własnej wartości, wolne od narcyzmu i pustoszącej megalomanii" ("Kanalia, kanalia, kanalia!"). Dowolne mieszanie ze sobą faktów historycznych i literackich, ideologiczne utożsamienie słowa bohatera z wypowiedzią odautorską i brak prezentacji najnowszej wiedzy nie odpowiada normom współczesnej myśli humanistycznej.

Owo nieposzanowanie pracy historyka dziejów i badacza literatury można także nazwać chwytem sofistycznym, mającym na celu osiągnięcie z góry założonego efektu. A jest nim morał, choćby przedstawiony we wspomnianym wyżej eseju i tyle mówiący o Polsce XXI wieku: "W naszym świecie nie ma dziś wielkiej idei Wolności, Równości i Braterstwa. Nie ma też wśród nas Napoleona i jego obietnicy wielkiej chwały. Nie wierzymy już w mężów opatrznościowych. Zostaliśmy też skutecznie wyleczeni z wiary w ład absolutnej sprawiedliwości. Ale to nie oznacza zgody na powszechne draństwo i absolutną niesprawiedliwość. Przecież Julian Sorel wciąż znosi upokorzenie, wciąż rośnie w jego sercu uraza, zawiść i nienawiść do świata beneficjentów - do naszego świata".

Co tutaj dziwi najbardziej? To, że Michnik, który wszak chce nas, swoich czytelników, uleczyć z "codziennej nikczemności, nadętego kłamstwa i podłej intrygi", w tych esejach zupełnie nie wskazuje palcem aktualnego adresata-sprawcy owych podłości. Owszem, nie obawia się przepisać imion i nazwisk łotrów z powieści Stendhala, choćsą wśród nich groźni politycy i generałowie. Ale czytelnik nie napotka ani jednego nazwiska polskiego niegodziwca z lat 1990 - 2005.

I nagle rozumiemy, że szybkie połączenie odległych epok, zdarzeń, ludzi i gatunków wypowiedzi w istocie pozwala Michnikowi na użycie języka, który nikomu nie szkodzi - z nim samym włącznie. Choć miota gromy, nie uderza nimi w nikogo. To naprawdę ciekawe, że w epoce komunistycznego, autentycznego niebezpieczeństwa Michnik nie bał się nazwać swoich wrogów po imieniu, zaś w niegroźnych czasach polskiej demokracji, gdy lwem może być - i bywa - każdy, nawet ten, kto bał się choć pisnąć w Peerelu, opisuje on swoich przeciwników zdaniami wyjętymi z XIX-wiecznej, francuskiej powieści!

Jak zatem mamy naprawić Rzeczpospolitą? Kogo obawia się dzisiaj Michnik, który kiedyś potrafił samotnie stanąć wobec wszechwładnego imperium, Czy boi się, że wskazując palcem obecnych winowajców, straci swoją rację - czy siłę? Bardzo chciałbym usłyszeć odpowiedź Adama Michnika.

Dramat zwycięzcy

Słabością wielkich ludzi jest chyba to, że zawsze pozostają sobą. Niezależnie od zmiany epok i okoliczności. W klęsce i w zwycięstwie. Potrafimy zrozumieć i współczuć tragedii ofiar historii. Ale chyba nie rozumiemy dramatu zwycięzcy. Michnik wygrał z komunizmem, mając, w 1990 roku, 44 lata - i przeżył. Zniknął wróg, stracił znaczenie front walki. Ale jak ma żyć człowiek przez tyle lat przyzwyczajony do istnienia jednego i drugiego? W dodatku żyje dalej ze świadomością, że największy triumf odniósł w przeszłości - i że z pewnością nie może już liczyć w życiu na nic podobnego. Z nawyku, a może dlatego, że inaczej nie potrafi, powtarza dawne sformułowania, odtwarza stare gesty. Ma nowych przyjaciół (często są to dawni wrogowie) i nowych wrogów (którzy jeszcze niedawno byli przyjaciółmi). Wciąż próbuje trzymać w górze ten sam sztandar, który niegdyś przyniósł mu tyle uznania. Ale Historia, która w okresie komunizmu była mu posłuszna jak zakochana dziewczyna, obecnie zachowuje się jak kapryśna kobieta. Poszła za innym, a on pozostał w miejscu.

Michnik zagląda zatem w przeszłość, aż do rewolucyjnej Francji, w nadziei, że tam odnajdzie Historię, i być może ponownie narzuci jej swoją wolę, skoro nie może tego uczynić wobec teraźniejszości. Ale... nie znajduje nic. Oto dramat zwycięzcy. Niekwestionowany sztandar polskich dysydentów nie stał się sztandarem demokracji. Czy tylko dlatego, że demokracja nie potrzebuje sztandaru?


BRONISŁAW ŚWIDERSKI
"Rzeczpospolita" Nr 264 z 12.11.2005

czwartek, 10 listopada 2005

Plotkies o sraniu

"Przedmówcy wielce szanowni, ja w temacie Zimanda: "człowiek nie prawa uciekać z miejsca, w którym nasrał " jest stwierdzeniem zgoła zdumiewającym. Analizując je w sensie dosłownym, stoi ono w skrajnej sprzeczności z tzw. rzeczywistością lub naturą: wszystko co żyje, jeśli tylko może, z miejsca owego ucieka. Także i człowiek od zarania dziejów swoich, gdzie indziej żył, jadł, spał i kochał, a gdzie indziej defekował. Przyjemność z zabawy własnym g......em znanym jest medycynie objawem wielkiej mózgu niedojrzałości, jak u niemowlaków, albo ciężkiego tego mózgu uszkodzenia, jak u zupełnie rozpadniętych psychotyków lub smutno rozmiękczonych starców.

Zatem ustalanie prawa natury, tak zupełnie z życiem i natura sprzecznego, skłania do zadumy lub co najmniej brwi zmarszczenia. Gwoli sprawiedliwości, należy również odnieść się do powyższego zdania w jego sensie moralnym, potraktować jako głęboką metaforę, jako przykazanie moralne tylko przez niedopatrzenie w Dekalogu nie zawarte. I znów brew się marszczy i myśl skupia nad świeżością intelektualną i elegancją formy ujęcia zasady moralnej odpowiedzialności za konsekwencje własnych poczynań. Nie wszystko jednak miażdżąca krytyka z mojej strony będzie; otóż Zimandowskie zdanie owo w całej swojej dosłownej, a i metaforycznej głębi, doskonałym jest wywiadu Głowińskiego skrótem. Bo zadziwiające w tym wywiadzie są w kolejności: brak perspektywy w omawianiu wydarzeń sprzed lat bez mała czterdziestu, ignorancja, jeśli o podstawowe fakty chodzi, oraz jakże mocna potrzeba moralnego g...nem się umazania."

Emigracja marcowa ma swoją gazetę, nazywa się Plotkies (nawiasem mówiąc, poziom intelektualny artykułów publikowanych w Plotkies zdecydowanie przewyższa poziom GW) To z dyskusji w Plotkies pochodzi cytowany fragment, komentarz czytelnika. Redaktorzy GW nie mają do Plotkies dostępu, postanowiliśmy więc im donieść o pełnej zakłopotania dyskusji o niesalonowych czynnościach fizjologicznych, która się tam odbywa. Czytelnicy Plotkies nie są obyci z analną poetyką motłochu srającego do rynsztoka tak, jak czytelnicy Gazety Wyborczej. Najlepszym dowodem jest, że krajowi czytelnicy tej metaforyki w ogóle już nawet nie skomentowali, a czytelników Plotkies mocno oszołomiło i dyskutują o sraniu... chyba po raz pierwszy w dziejach tej gazety pojawił się tak niesalonowy temat. Redaktor Plotkies sumituje się i przeprasza czytelników za pytanie "Czy nasraliśmy w Polsce?" i tłumaczy, że to nie jego wina, tylko treści wywiadu Teresy Torańskiej z Michałem Głowińskim pod tytułem "Polskie gadanie", jaki ukazał się w magazynie "Duży Format" nr 19 z 23 maja. Wyjaśnia, że "Duży Format" to taki dodatek do gazety, która się nazywa "Gazeta Wyborcza", a Teresę Torańską reklamuje jaki znaną dziennikarkę, specjalistkę od wywiadów z prominentami PRL żydowskiego pochodzenia oraz tematu "...tak popularnego w prasie p.t. "okazuje się, że jestem Żydem (wcześniej tego broń Boże nie wspominałem)". A na zakończenie swojego tekstu pisze: " W prasie polskiej natomiast ukazał się ciekawy artykuł "z drugiej strony płotu" ukazujący jak Torańska prowadzi swoje wywiady" i podaje linka do artykułu Antka Zambrowskiego w Antysocjalistycznym Mazowszu z 9 czerwca 2005.

Nawiasem mówiąc, z innych doniesień i komentarzy w Plotkies można było się domyśleć, że Teresa Torańska zaszczyciła swoją osobą tegoroczny zjazd w Aszkelonie (to są takie zjazdy emigracji marcowej), gdzie, możnaby podejrzewać, prowadziła dyskretne poszukiwania żydowskich komunistów, żeby zrobić z nimi kolejny wywiad i ogłosić w polskiej prasie na dowód, że za komunizm odpowiadają Żydzi, którzy z Polski wyjechali w 1968 roku. Poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem, ale wszyscy się do niej grzecznie uśmiechali. Jakiś czytelnik nazwał ją specjalistką od "teorii żydokomuny". Teoria, faktycznie, ciekawa, bo skoro za PRL odpowiada emigracja marcowa, to dlaczego po ich wyjeździe PRL nie padła i niby kto nią rządził? Ludzie Honoru?

Albo na przykład Morel, osobnik narodowości komunistycznej pochodzenia żydowskiego, który z Polski uciekł dopiero w 1992 roku, jak mu się katowicka prokuratura dobrała do skóry... Według teorii "marcowej żydokomuny" Morel jest niewinny, co więcej, swoją sowitą pensję, a potem emeryturę, pobierał jak najbardziej słusznie. Skądinąd jego prawą polskość zaświadczył osobiście pogromca marcowej żydokomuny, Mieczysław Moczar. Także narodowości komunistycznej, z pochodzenia Ukrainiec. W archiwach IPN znajduje się jego wysoce pozytywna opinia o Morelu, że to dobry komunista, były partyzant z oddziałów Mieczysława Moczara. A Wojciech Jaruzelski, kumpel Moczara narodowości komunistycznej pochodzenia polskiego, bynajmniej tego błędu Moczara nie naprawił. Wręcz przeciwnie, w stanie wojennym wręczał bilety w jedną stronę nadmiernie dokuczliwym działaczom "Solidarności" dowolnego pochodzenia, Morelowi płacąc emeryturę.

"...Emigracja marcowa od początku budziła we mnie wątpliwości". I żeby już jasno podkreślić co myśli o emigracji marcowej, to [Głowiński] cytuje powiedzonko Romana Zimanda ".. człowiek nie ma prawa uciekać z miejsca gdzie nasrał". Dalej jest też o postawie niektórych emigrantów, których spotykał za granica "...Ale to były tez często wspomnienia byłych właścicieli Polski Ludowej, którzy nagle przypomnieli sobie, ze są Żydami, i zauważyli, ze w Polsce mówi się antysemickim językiem". - przytacza inny czytelnik i komentuje: "Ironią losu jest to, że mnie się to kojarzy z językiem moczarowskiej propagandy. ... Sprawa ma może też inny wymiar, bardziej ogólny. To już nie pierwszy raz ktoś z obecnych Żydów mieszkających w Polsce w skandaliczny sposób przejeżdża się po temacie Żydzi, komunizm, udział Żydów we władzach PRL. Ale to chyba pierwszy raz, że ktoś z tych Żydów w Polsce tak wyraża się o emigracji marcowej."

Ten czytelnik się myli. Nie pierwszy raz, i to raczej pewna prawidłowość, a nie wyjątek. Prawidłowość, która co nieco mówi o naturze ludzkiej. Jeśli powiesz, że winni są nieobecni, to jesteś z założenia niewinny, bo zostałeś. A któż by nie chciał być uważany za niewinnego? Jakże to ludzkie... i tym bardziej zrozumiałe, że w Polsce właśnie trwa lustracja.

Ale jest coś więcej. Chodzi o znaczenie terminu "asymilacja". Któryś z moczarowców napisał w wspominkach o salonowej zabawie zwanej "oswajaniem Żyda". Zapraszało się delikwenta na jeden z "wieczorów czwartkowych" u Mieczysława Moczara, stawiało pod palmą i... oswajało. A to lampką wina, a to podawaniem ręki, a to poklepaniem po plecach. Celem zabawy było doprowadzenie do sytuacji, że Żyd wychodził z przyjęcia zadowolony, że został przez moczarowców zaakceptowany. Jedną z ofiar takich zabaw był Adam Schaff, napisał we wspomnieniach, że po pewnym przyjęciu, na którym moczarowcy miło z nim rozmawiali, doszedł do wniosku, że wcale nie są tacy źli, a nawet całkiem kulturalni...

Tej zabawie odpowiadała praktyka społeczna, w której chodziło nie tylko o to, co kto mówi, ale nawet bardziej o to, co NIE mówi. Można było na przykład zostać Prawdziwym Polakiem z awansu społecznego, pod pewnymi warunkami. Głowiński spełnił jeden warunek, mówiąc Teresie Torańskiej, że emigranci marcowi "zawsze mu się wydawali podejrzani", i obwiniając ich za PRL. Potwierdził tym sposobem tezy słynnego przemówienia Gomułki o piątej kolumnie, a o to przecież chodzi, no nie? Nawiasem mówiąc, "zawsze mi się wydawali podejrzani" to jest termin, ktorego Głowiński nie wpisał do swojej książki "Marcowe gadanie" o PRLowskiej nowomowie, aż dziw, bo to jest bardzo żywotny termin. Niedawno użył go Bugaj przepytywany przez dziennikarzy Rzeczpospolitej o Henryka Szlajfera i dodał, że w związku z tym "zawsze go obserwował." Kolejny termin, którego w tej książce nie ma, a który się często pojawiał na zebraniach POP w ustach działaczy odcinających się od zakażonych stonką ziemniaczaną. Do książki o marcowym gadaniu należałoby wpisać także wypowiedż samego Głowińskiego, że emigranci marcowi będąc na emigracji "nagle przypomnieli sobie, ze są Żydami". Bo raczej to im przypomniano, i nie po znalezieniu sie na emigracji, tylko przed. W w ogóle to mam też wątpliwości co do terminu "emigracja", bo na przykład Human Rights Watch inaczej określa ofiary czystek etnicznych i wypędzeń....

Drugi warunek, również przez Głowińskiego spełniony, to wstydliwość w zakresie własnego pochodzenia. To jest trochę nielogiczne, pisze, że "to" nie miało dla niego żadnego znaczenia, a równocześnie, że w jego domu nigdy "o tym się nie mówiło". A czemu nie, skoro tak bez znaczenia?

"Facet wyszedł z szafy po 50 latach i trochę mi przypomina tego Japończyka, który ukrywał się w dżungli 30 lat po wojnie. Mnie się słabo robi, jak patrzę na tych, co sobie teraz przypominają, że byli Żydami." - to czytelniczka Plotkies. Ale ona nie wie co było dalej, i w związku z tym nie rozumie, że Prawdziwy Polak z awansu społecznego mógł mieć z tym pewien problem na moczarowskich salonach... O "tym" się nie mówiło, jak nie mówi się na salonach, że się posiada francę. Chyba, że się miało pecha, i WSZYSCY o tym wiedzieli. Wtedy zostawała otwarta droga awansu na Prawdziwego Polaka poprzez udowodnienie własnego Prawdziwego Patriotyzmu. (co wcale nie oznacza, że wszyscy "wstydzący się" bywali na moczarowskich salonach, raczej, że taki był efekt wygranej moczarowców w 68 roku w świadomości społecznej: przyjęcie moczarowskiego punktu widzenia na samego siebie).

Głowińskiego można spokojnie nazwać Prawdziwym Patriotą, bo kiedy Żyd obwinia innych Żydów za komunizm, to brzmi to wiarygodniej, niż kiedy Żydów obwinia Maciej Giertych. Specyfiką Prawdziwego Polskiego Patrioty jest również to, że się nie kłopocze o szczegóły i nazwiska - winni są zbiorowi "ONI". Co zresztą ma jeszcze taki skutek, że rozmywa winy, bo skoro winni są WSZYSCY, to jak ścigać za zbrodnie komunistyczne tego czy owego pana lub panią, w kraju lub za granicą? I jak ścigać takich, co mogą pokazać papier, że są nie-Żydami, krew z krwi?

Nawiasem mówiąc, Adam Michnik udowodnił swój patriotyzm już dawno, kiedy napisał, że Czeslaw Kiszczak i Wojciech Jaruzelski (obaj moczarowcy) są Ludżmi Honoru, a całkiem niedawno swój patriotyzm udowodniła Gazeta Wyborcza jako całość.

4 października 2005 padł ostatni Mur Berliński Europy. Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok, że obywatele polscy wyjeżdżający na podstawie tzw. dokumentów podróży po Marcu 68 nigdy nie utracili polskiego obywatelstwa. "Witajcie w domu, jesteście Polakami" - tak napisali forumowicze na portalu "Agory" (spółka wydająca GW) po przeczytaniu aż dwóch artykułów na ten temat w Rzeczpospolitej z 17 października i kolejnego 18 października. Na forum Świat, słynnym z bójek polsko- żydowskich, nie znalazł się ANI JEDEN post kwestionujący zasadność tego wyroku. Reakcje "wojujących z Żydami" były takie, że "ale ten i ten Żyd piszący na forum i tak jest pacanem" Albo, że teraz będzie sposób na zlustrowanie emigracji.... Ale wyroku nie kwestionował nikt. Polska jagiellońska wreszcie wygrała z PRL.

Z Gazetą Wyborczą było inaczej. 17 października można było się dowiedzieć z jej łamów, że posłanka Renata Szynalska była pijana. 18 października - że SLD nie popiera żadnego z prawicowych kandydatów na prezydenta, prokurator Mariusz Szewczyk z Lublina trzasnął w sądzie drzwiami i za to dziennikarz ukarał go tytułem "prokurator trzask - prask", że generał Wojciech Jaruzelski na procesie dotyczącym kopalni "Wujek" pochwalił generała Czesława Kiszczaka za rozsądek i stwierdził, że pluton specjalny strzelał spontanicznie w powietrze, a rozstrzelani górnicy przypadkowo znaleźli się na linii strzału. 19 października - że Donald Tusk wpadł do Szczecina z gospodarską wizytą: "aula Uniwersytetu Szczecińskiego wypełniona była po brzegi. Nie wszyscy się mieścili, stali na schodach. Brawa. Gorące przyjęcie" słów, że Rzeczpospolitej Polskiej grozi upadek niepodległości na skutek agresji hitlerowca Kaczyńskiego na Polskę, albo nawet gorzej: "I RP upadła po utracie przez Polskę niepodległości, II RP po agresji Hitlera na Polskę. Aż dreszcz mnie przechodzi, co chciałby ktoś nam zafundować, powołując IV RP". Ani słowa o wyroku NSA. Trudno uwierzyć, że GW tą wiadomość przeoczyła: o tym wyroku pisały światowe media, a o pijanej posłance - nikt, prócz Gazety Wyborczej.

IV RP zafundowała na starcie delegalizację postanowień rządu Gomułki o odbieraniu obywatelstwa osobom wypędzanym z Polski w 68 roku. Już dobitniej państwo polskie nie mogło wyrazić, co sądzi o epoce oraz ideologii Moczara. To zmienia bardzo wiele, właściwie wszystko. Skończyli się "ONI". Teraz jesteśmy "MY", i wspólnie możemy sobie stawiać rozmaite pytania oraz informować się nawzajem. Na przykład, po Polsce od lat jeździ pewien esbek i wiesza tablice oraz organizuje uroczyste akademie "ku czci" emigracji marcowej. Niewykluczone, że swego czasu brał udział w ich wyrzucaniu... Szkoda bardzo, że emigracja marcowa nie ma o tym zielonego pojęcia, bo zapewne by się wkurzyli. Głos marcowych emigrantów jest dzisiaj integralną częścią polskiej opinii publicznej, a teoretycy "żydokomuny" już nie mają możliwości zamykania ust komukolwiek.

Najwyższy czas jakoś połączyć te forumowe dyskusje. Między innymi po to, żeby forumowicze portalu gazeta.pl mogli poinformować forumowiczów Plotkies, że też mają dosyć tematyki analnej... albo też wyspowiadać forumowiczów Plotkies z ich straszliwych zbrodni komunistycznych, popełnianych na prominentnych stanowiskach studentów ówczesnych polskich uniwersytetów. A przy okazji ci, którzy rzeczywiście uciekali przed odpowiedzialnością i używali emigracji marcowej jako swojej tarczy propagandowej, lub też ci, wysyłani wraz z marcowcami na "z góry upatrzone placówki" w różnych państwach świata w ramach działalności operacyjnej PRLowskiego wywiadu, też stracą swój dotychczasowy listek figowy. I dobrze.
-

piątek, 30 września 2005

Ludomir Garczyński-Gąssowski : Gojskie wybory

Miało być inaczej. Wybory miała wygrać Platforma (PO) i to ona miała nadawać kształt przyszłej koalicji. Koalicja PO-PIS miała zdobyć większość konstytucyjną i przeprowadzić zmiany ustrojowe (redukcję ilości posłów, likwidację Senatu i tp).

Miało być inaczej. Post(czy wprost)-komuniści mieli zniknąć ze sceny politycznej. Podobnie jak PSL (post-ZSL).

Miało być inaczej. Główną siłą opozycyjną w nowym parlamencie miała być LPR. Ogłaszane co pięć minut sondaże nie miały co do tego wątpliwości. Sondaże kształtują rzeczywistość, ale (na szczęście) nie do końca.

Jest jak jest. Wybory wygrała partia braci Kaczyńskich PiS (Prawo i Sprawiedliwość) zdobywając 27% razem z 24% procentami PO (Platformy Obywatelskiej) stanowi to 51% co się przekłada na ok. 60% miejsc w Sejmie.

Trzecie miejsce zajęła Samoobrona RP z 11,4% bijąc o promil (0,1%) SLD. Co dla SLD było sukcesem, a dla Samoobrony porażką. Do końca liczenia głosów nie było pewności, czy I-szą siłą opozycji będzie SLD, czy Samoobrona. Padło na tę ostatnią. Nie będzie tym razem problemu z wicemarszałkowaniem w Sejmie, bo Lepper zapowiedział, że nie zgłosi siebie. (Chyba, że zmieni zdanie).

Piąte miejsce zajęła LPR (Liga Polskich Rodzin) - 7,7%, wyprzedzając nieznacznie PSL - 6,9%. Co znów było dla PSL-u sukcesem, a dla Ligi porażką. Tym dotkliwszą, że lider LPR Roman Giertych o mało co ”nie załapał" się do Sejmu – tak mało głosów uzyskała Liga w Warszawie. Reszta towarzystwa do Sejmu nie weszła: SdPl (Borowskiego) – 3,75%, Partia Demokratyczna (dawna Unia Wolności z przyległościami) - 2,7%. O tyle to przykre dla PD, że ponizej pułapu 3% nie zwraca się partii wydatków związanych z kampanią wyborczą.

Ruch Patriotyczny (Macierewicza i Olszewskiego), utworzony ze zjednoczenia Ruchu Odbudowy Polski i Ruchu Narodowo-Katolickiego, uzyskał 1,5%, Platforma Wyborcza J. Korwin-Mikke’go tyleż samo. Reszta to już promile.

Nawiązujące jawnie do antysemickich fobii ONR-u: Polska Partia Narodowa (Leszka Bubla) – 0,29%, a Narodowe Odrodzenie Polski (B. Tejkowskiego) – 0,06%. Sześć dziesiątych promila! Hasła antysemickie ”prawdziwych Polaków” nie były chodliwe w tej kampanii. Rekord pobiły: Stronictwo Pracy i Społeczni Ratownicy uzyskując po 0,01%. Wszystkie te partie skrajnej prawicy miały razem niecałe 2,5%, razem z Platformą JK-Mikke’go 4%, czyli gdyby nawet się zjednoczyli, to i tak do Sejmu by nie weszli. Tym razem nie będzie problemu pokrzywdzonych przez ordynację. Wyborcy po prostu je odrzucili.

Opisane na wstępie całe zamieszanie spowodował w dużej mierze Ojciec Rydzyk i jego media. Ojciec-Dyrektor uznał PiS za mniejsze zło (choć raczej nie przepada za braćmi K.) Telewizja Trwam w ostatnim czasie parokrotnie wyemitowała osławione dzieło Jacka Kurskiego: film "Nocna zmiana"; po filmie następowała dyskusja z udziałem Macierewicza, Olszewskiego i innych bohaterów owej ”nocy teczek”. W dyskusji podkreślano (niezupełnie zgodnie z prawdą) "wredną” rolę Tuska i ”godne” zachowanie się Jarosława Kaczyńskiego owej nocy. Film ten emitowano także dwukrotnie w sobotę przedwyborczą, łamiąc ciszę wyborczą. W sumie udało się odebrać trochę procent Platformie i dodać PiS-owi. Przy okazji urwano trochę LPR-owi i pogrążono partie ”proradiomaryjne”: Dom Ojczysty i Ruch Patriotyczny.

Sytuacja w Senacie jest podobna do tej w Sejmie. Majorytet mają PiS (46) i PO (34), siedmiu senatorów ma LPR, trzech Samoobrona i dwóch PSL, SLD nie ma ani jednego. Indywidualnie weszli Maciej Płażyński, Bogdan Borusewicz i Kazimierz Kutz.

Może i dobrze się stało, że zwycięstwo PO-PiS-u nie było tak miażdzące, jak przepowiadano. Może i dobrze się stało, że premier nie będzie z Krakowa.

Wydaje się, że mamy w Polsce po raz pierwszy koalicję nie z przymusu, ale ze wspólnoty interesów, i to dobrze jej i nam wszystkim wróży.

Na PiS głosowała Polska Wschodnia, na PO Polska Zachodnia. Małe miasta i ludzie z niższym wykształceniem to wyborcy PiS-u. Duze miasta i ludzie z wyzszym wykształceniem to wyborcy PO. Tak w kraju, jak i w USA. Platforma wygrała w Nowym Jorku, a przegrała w Chicago.

Sztokholm, 27 września MMV

środa, 21 września 2005

Irena Lasota - komandoska roku 2005

ZDJECIE FATWY i PRZYZNANIE HONORU
Autor: komandos0
Data: 21.09.05, 00:23

NINIEJSZYM ZDEJMUJE SIE FATWE Z OSOBY IRENY LASOTY NALOZONA PRZEZ ADAMA MICHNIKA W ROKU 1970.JEDNOCZESNIE PRZYZNAJE SIE IRENIE LASOCIE HONOR KOMANDOSKI ROKU.
komandos0

Re: ZDJECIE FATWY i PRZYZNANIE HONORU LASOCIE
Autor: akri
Data: 21.09.05, 01:40

Zawiadomilem Lasote. Ona jeszcze nie umie sie zalogowac. Mowi ze ten kto nalozyl Fatwe niech zdejmuje.

Rozpisuje konkurs PT: "Jak Michnik i jego druzyna nakladali Fatwe na Lasote".

Wchodzac do konkursu musisz napisac kto, oddalony o nie wiecej niz 6 miejsc od Michnika, probowal usunac Lasote z zycia towarzyskiego i historii.

Najlepsze szesc odpowiedzi dostanie w nagrode ksiazki z ksiegozbioru Lasoty. Sprobujemy tez opublikowac ksiazke z psychologii spolecznej i humorystyczna "Michnik i jego druzyna".

Henryk Grynberg: Oskarżenie.

Pod koniec stycznia Gomułka kazał zdjąć Dziady, ponieważ publiczność ostentacyjnie oklaskiwała wszystkie kwestie antyrosyjskie. Po ostatnim przedstawieniu kilkuset studentów poszło pod pomnik Mickiewicza i złożyło kwiaty. Studenci Michnik i Szlajfer opowiedzieli o tym korespondentowi Le Monde. Irena żebrała na uniwersytecie podpisy pod petycją protestacyjną i przesłała do Sejmu. Minister szkolnictwa wyższego relegował Michnika i Szlajfera z uniwersytetu. Irena, która pracowała na pół etatu w Wiedzy Powszechnej, siedziała cały dzień przy maszynie i przepisywała ulotki wzywające studentów na wiec - po dziesięć przebitek naraz.

Ósmego marca w południe, kiedy przed biblioteką uniwersytecką zbierali się studenci, na Krakowskim Przedmieściu i Oboźnej parkowały autokary z napisem "Wycieczka". Irena wskoczyła na ławkę, żeby odczytać rezolucję i z tej ławki widziała, jak przez główną bramę od Krakowskiego wjechało sześć autokarów, z których wysypali się mężczyźni w kożuchach i grubych czapach. Szybko wykrzyczała protest przeciw decyzji ministra, a za nią Sawicki i Górecki przeciw zdjęciu Dziadów. Tymczasem "wycieczkowicze" utworzyli kordon i zaczęli spychać studentów na tyły biblioteki, w stronę Pałacu Kazimierzowskiego i Oboźnej. Studenci cofali się, wołając: "Rektor! Rektor!". Prorektor Rybicki wyszedł na balkon i oznajmił: - Wiec jest nielegalny, macie piętnaście minut, żeby się rozejść.

Odpowiedziały mu gwizdy.

- Dobrze, przyślijcie delegacje.

Poszli na górę w sześcioro. Równocześnie profesor Bobrowski zaczął pertraktować z "wycieczką". Rybicki spokojnie wysłuchał delegatów. - Dobrze, porozmawiamy o tym wszystkim w poniedziałek - powiedział.

- W poniedziałek my już będziemy w więzieniu - odpowiedziała Irena.

- Ależ skąd... - uśmiechnął się dobrotliwie Rybicki, ale nie umawiał się na żadną konkretną godzinę, tylko z kimś się komunikował przez telefon: - Tak, tak, nie, nie, już, już...

Tymczasem profesor Bobrowski doszedł do kompromisu z "wycieczkowiczami": oni odjadą, a studenci rozejdą się, i kiedy Irena wyszła na balkon ogłosić, że zbiorą się ponownie w poniedziałek o dwunastej, kordonu już nie było i studenci zaczynali się rozchodzić. Nagle od Oboźnej wbiegli "wycieczkowicze" w waciakach i wyciągnęli z rękawów pałki, a od głównej bramy ZOMO-wcy i cały dziedziniec zabarwił się na niebiesko. Rzucali się w kilku naraz na każdego, kogo mogli dosięgnąć, bili, kopali, ciągnęli dziewczyny za włosy do samochodów. Studenci uciekali w stronę budynków, ale drzwi były pozamykane i czyhali przy nich tajniacy, którzy już od paru tygodni "chodzili na uniwersytet". Nagle Irena widzi, jak przez opustoszały plac idzie Andrzej Zabłudowski. Szedł spokojnie, niespiesznym krokiem. Przy drzwiach rektoratu zagrodzili mu drogę tajniak i mundurowy, obaj z pałkami w ręku. Przyjrzeli się jego twarzy, która nawet pięciu minut nie przetrwałaby po aryjskiej stronie, i zaczęli bić. Mundurowy po głowie, z góry na dół, a tajniak poziomo, w nerki i brzuch. Irena wybiegła z balkonu. W gabinecie już nikogo nie było, na korytarzu tez nie, cały budynek opustoszał.

Wyprowadziła słaniającego się Andrzeja przez furtkę od strony kościoła Wizytek. Kluczyli po ulicach, dzwonili do znajomych, ale telefony nie odpowiadały, odwiozła wiec Andrzeja taksówką i o zmierzchu wróciła do domu. Mo słuchał Wolnej Europy i wszystko już wiedział. Piotr czuwał na klatce schodowej. Irena nawet nie zdjęła płaszcza, tylko usiadła i czekała.

- Już idą - powiedział Piotr.

- Je t'en pris, fais attention... - prosiła ją Marie.

Dwaj cywile zawieźli ją do Mostowskich i wepchnęli do celi wypełnionej pijanymi prostytutkami. Padła na siennik i natychmiast zasnęła. Rano ci sami dwaj cywile wyprowadzili ja przez hol pełen ZOMO-wcow. Jeden podbiegł do niej.

- To ta kurwa, co wczoraj mówiła!

- Daj, to ja kopne w dupę! - zawołał drugi. Cywile ja zasłonili. [...]



***Fragment książki Henryka Grynberga Memorbuch spisany z strony Przeglądu Polskiego:
http://dziennik.com/www/dziennik/kult/archiwum/od07do12-00/pp08-18-5.html

środa, 22 czerwca 2005

Andrzej Szmilichowski: Echa ubrudzonej przeszłości

Dwadzieścia i więcej lat temu wszystko wydawało się proste, ludzie Systemu byli jasno zaadresowani, jednolici, najczęściej prostaccy i z reguły ubrudzeni. Gdy nadszedł czas Rzeczpospolitej pochylili się jej do ręki i poczęli służyć, niektórzy naprawdę dobrze, co poczęło budzić wahania u nie ubrudzonych. Czy nie osądzam pochopnie człowieka? Tak różni się od swego wizerunku sprzed lat!

W zakamarki ludzkiego współczucia wpada się niezwykle łatwo, wiedzieli o tym dobrze starzy Grecy wymyślając tragedię. Ale nie zapominajmy o jednym, funkcjonariusz Zła zrobi wszystko aby przedstawić się światu jako agent Dobra działający w łonie Zła. Cóż, można to nawet zrozumieć, ludzka sprawa, ale jedno wiemy z doświadczenia wieków i musimy o tym stale pamiętać, - donosiciel, to obrzydliwe ucho, jakby nie ufryzował swego życia sługi, pozostanie szpiclem, cholerną jemiołą!

Eksploatacja obudzonego przez historię entuzjazmu i zaufania, umiejętne pozyskiwanie przyjaciół, kontrolowana przyzwoitość, oraz inne maski, są elementarnym wyposażeniem wirtuozów sztuki przetrwania. A co charakterystyczne i wcale nie pozbawione realnych i zauważanych w codzienności cech, latami uprawiana dwulicowość i zahartowane długotrwałym treningiem luki pamięci, pozwalają im, owym ekwilibrystom etyki, uważać siebie za ludzi przyzwoitych i godnych szacunku. Kwadratura koła i drogi panie Dante śmiechu warte, co Pan wie o piekle!

Andrzej

sobota, 21 maja 2005

Tadeusz Nowakowski: Komandos ze Sztokholmu

(obszerne fragmenty wywiadu z Józefem Dajczgewandem dla Nowej Gazety Polskiej)

... ludzie którzy angażowali się w jakąś ideę, nie widzą szczegółów, są oślepieni tą ideą. I strasznie trudno jest im tłumaczyć, że tutaj dzieją się straszne rzeczy. Oni wtedy odpowiadają: Nie, nie, to są tylko drobne rzeczy. Generalnie wszystko rozwija się w dobrym kierunku...
J.Dajczgewand.

Tadeusz Nowakowski: Komandos ze Sztokholmu

Tadeusz Nowakowski: Co skłoniło cię by poprosić o wgląd do swojej teczki w Instytucie Pamięci Narodowej?

Józef Dajczgewand: Sądzę, że duża część mojego życia mieści się właśnie w informacjach, które są zawarte w teczkach. Przez 20 lat nie mogłem jechać do Polski, to dotyczyło zresztą większości emigrantów marcowych. Wielu z nas miało poczucie krzywdy. Marzec był dla nas momentem odzyskania wewnętrznej wolności i pałki policyjne tego nie zmieniły. Nawet wręcz przeciwnie. Im więcej pałek, tym większa była reakcja w całej Polsce. Nie tylko w "Warszawce", ale całej Polsce. Takim centrum były akademiki studenckie. Ja od samego początku byłem zaangażowany w "komandosach" i w jakiś sposób wycięty z historii Polski, historii Żydów polskich, z egzystencji. Może więc szukałem w tych teczkach jakiejś prawdy o tamtych czasach.

TN: Z jednej strony zostałeś - jak to określasz - wycięty, ale przecież Twoje nazwisko na trwałe zapisało się w historię powojennej Polski. "Dajczgewandy" to pojęcie, które wszyscy chyba interesujący się tym okresem historii, słyszeli...

JD: Nazwisko to nie jest osoba. Nazwisko było używane by straszyć ludzi, a ja nie jestem osobą, która komukolwiek zagraża. [...] Nie uważałem tego systemu za system, który daje ludziom żyć, oddychać i mówić to co myślą. To był system, który zmuszał do zachowań schizofrenicznych, do szczucia jednego na drugich, wzajemnej agresji, donosicielstwa. Do najgorszych, najbardziej podłych ludzkich cech.

TN: Ale przecież wy nie chcieliście obalić ten system, tylko go zmienić...

JD: Ja nie wiem. To jest kwestia: kto? Byłem starszy niż inni, już na piątym roku studiów, i przeszedłem pewną ewolucję od momentu, kiedy byłem u walterowców, w żydowskich drużynach harcerskich. Po przeczytaniu dokumentacji historycznej zmieniłem swój światopogląd, zwłaszcza po lekturach mówiących o Gułagu. Mną to wstrząsnęło. Nie wiem jak inni... Część literatury zabronionej dostawałem od przyjaciół, którzy jeździli za granicę. Czasami udawało się także otrzymać zezwolenie do korzystania z takiej literatury w bibliotece uniwersyteckiej. Studiowałem historię socjalizmu u prof. Schaffa na filozofii. Wydał mi zezwolenie na piśmie i w ten sposób mogłem czytać wszystkie "Kultury" paryskie. Szybko więc doszkoliłem się... Przeraziło mnie to wszystko. Przeraziło.

TN: Nie wiedziałeś o tym wcześniej?

JD: Tak, ale znaliśmy to od strony praktycznej. Brakowało nam szerszej i głębszej wiedzy by to zrozumieć. Intelektualnych środków. Studiowałem logikę i to był dobry trening.

TN: Czy to, że tak patrzyłeś na świat, nie jest winą w jakimś stopniu np. Jacka Kuronia, który był swego rodzaju twoim idolem młodości?

JD: Nie. Myślę, że wszyscy byliśmy trochę przesiąknięci tą schizofreniczną mową-trawą. Mogliśmy się z tego śmiać, a niektórym wpadało nawet do głowy, żeby to reformować. Kuroń chciał to reformować, ale za każdą próbą reformowania szedł do więzienia. Potem musieliśmy czytać jego listy z więzienia i zastanawiać się, jak to jest z tą partią, która nawet listu otwartego nie jest w stanie zaakceptować.

TN: Ale wytłumacz mi. Do Polski dotarłeś z Sowietów. W Sowietach twoja rodzina znalazła się nieprzypadkowo. Nic to ci nie dawało do myślenia?

JD: To, co wiedziałem od moich rodziców, dało mi przerażający obraz Rosji komunistycznej. Tylko, że ludzie, którzy angażowali się w jakąś ideę, nie widzą szczegółów, są oślepieni tą ideą. I strasznie trudno jest im tłumaczyć, że tutaj dzieją się straszne rzeczy. Oni wtedy odpowiadają: Nie, nie, to są tylko drobne rzeczy. Generalnie wszystko rozwija się w dobrym kierunku. Więc mamy taką sytuację: rzeczywistość pozbawiona szczegółów i masa propagandowej struktury. Ale oczywiście była też i ta część społeczeństwa, wyrosła z tradycji AK-owskich, katolickich czy innych religijnych, w tym żydowskich, która doświadczyła na własnej skórze to zło i myślała inaczej. Ale oni się bali, bo system był taki jaki był.

TN: Czyli wy się nie baliście, uznając, że to co robicie jest z pożytkiem dla systemu?

JD: To trudno wytłumaczyć. Ja mogę mówić tylko o sobie. To, co Adam Michnik twierdzi, to inna sprawa.

TN: Ale przecież coś was łączyło? To wy wspólnie byliście bohaterami Marca: "michnikowcy" i "dajczgewandowcy"...

JD: Łączyła nas chęć poznania prawdy. I łączyło nas to, by nie dać się zgnoić oprawcom i systemowi.

TN: Czy można było poznać prawdę wybierając tę drogę, jaką ty wybrałeś?!

JD: Przynajmniej poznać efekty, jakie ten system za sobą niósł. [...]

TN: Czy mieliście już taką świadomość, że jesteście opozycją? Czy takie pojęcie już wśród was obowiązywało?

JD: Tak. Szczególnie Uniwersytet był miejscem gdzie była baza dla opozycji. Prowadzący później ze mną rozmowy ubek mówił mi: My wiemy o was wszystko, jest was 200 osób, które my otoczyliśmy kordonem sanitarnym. Dzisiaj czytam to w moich teczkach. Wiedzieli dużo... Nie wszystko, ale bardzo dużo. Byliśmy kontrolowani ze wszystkich możliwych stron. Po przeczytaniu własnej teczki mam wrażenie, że prowadzono wobec nas jakby wielką operację wojskową. W stosunku do mnie była to operacja "Agat 2". Moją osobą zajmowało się siedem osób. Było takie natłoczenie agentów, i to wśród moich przyjaciół, że oni zaczęli donosić sami na siebie.

TN: Miałeś to odczucie już wtedy, że jesteś tak inwigilowany?

JD: Tak.

TN: To byli twoi przyjaciele?

JD: To byli ludzie, którzy starali się zdobyć moje zaufanie. To było ich zadanie bojowe.

TN: Czy z tych dokumentów, które widziałeś, wiesz dokładnie o kogo chodzi?

JD: I tak i nie. To znaczy z jednej strony oni są zakodowani i trudno mi po tylu latach dokładnie to zweryfikować. Ja poza tym nie szukam agentów. Mnie nie interesują agenci. Mnie interesują ich szefowie. Interesuje mnie system.

TN: Ale ludzkie jest, że każdy nas chciałby zweryfikować, czy ci którzy podawali się za naszych przyjaciół, byli nimi w rzeczywistości?

JD: Nie, nie ja. Ja przyjąłem taką zasadę: nawet jeśli ktoś pracował dla bezpieki to można go było przerobić na naszą stronę. To czasami dawało efekty.

TN: Historia podwójnych agentów nie jest przekonywująca.

JD: To nie byli podwójni agenci. Ludzie, którzy przeżyli Marzec, którzy brali w tym udział, nie mogli być takimi samymi agentami w stylu moczarowskich dręczycieli. Do mnie zgłaszało się wiele osób, które mówiły, że były "zapraszane" na rozmowy, i pytały się co mają mówić. Zresztą, jak czytam te moje teczki, te raporty, to muszę stwierdzić, że są one miejscami po prostu zabawne i śmieszne. Niektórzy ludzie mają dużo talentu "literackiego". To dzisiaj nadaje się na film. Po tym jak to przeczytałem, wydaje mi się, że jest teraz czas by do tego powrócić. Do tych czasów. Do 1966 roku, w którym ówczesne Ministerstwo Bezpieczeństwa zlokalizowała grupę o nazwie "Nowe Formy". Chcę wrócić do tych "Nowych Form", do tej części komandosów, z którymi ja dobrze się czułem. Spotkać się z nimi na nowo w Polsce...

TN: Czy oni chcą jeszcze o tym myśleć?

JD: Myślę, że warto się spotkać i zobaczyć, jak bardzo się zmieniliśmy. W naszej grupie była zasada, że każdy mówi za siebie. Myśmy nawet uważali, że jak ktoś powtarza tezy kolegi, to jest to podejrzane. Naszą koncepcją było: czas samemu zacząć myśleć. To co nas łączy, to wspólna dola.

TN: Długo czekałeś na swoją teczkę, więcej niż pół roku. Byłeś bardzo niespokojny...

JD: To był rodzaj tortury...

TN: Co cię najbardziej niepokoiło?

JD: Po pierwsze co dostanę. I nie dostałem całości, tylko fragmenty. Moja teczka jest "wyczyszczona" z wielu okresów.

TN: Dlaczego?

JD: Nie będę spekulował. Nie wiem kto miał te dokumenty i kto miał do nich dostęp. Może one dotyczą także innych osób z którymi ja miałem kontakt... Przecież w moją sprawę wmieszanych było masę osób. A części z nich w teczce nie ma. Mało jest o Adamie Michniku... Podejrzewam, że może ktoś starał się część dokumentów schować...

TN: Dowiedziałeś się coś nowego o sobie?

JD: Zaczynam mieć sympatię do siebie samego. Zapomniałem o wielu rzeczach, a teczki mi przypomniały. Minęło tyle czasu... Teraz nagle sobie uzmysławiam co się stało np. 27 stycznia 1970 roku. To rzeczy fantastyczne. Tu jest taki dokument, w którym ktoś donosi na mnie, że po wyjściu z więzienia byłem bardzo podejrzliwy, i że go zdekonspirowałem, a on był agentem naprawdę, i skarżył się na mnie do SB... to jest jak z Mrożka. Rzeczywiście widziałem go w Kronice Filmowej, gdy był na wiecu z Gomułką i to dało mi wiele do myślenia. Wtedy mu to powiedziałem. Później, przypominam sobie, rozmawialiśmy jednak życzliwe, bo mam szacunek dla wrogów. Uznaję zasady fair play. [...]

TN: Te dokumenty, które otrzymałeś, kończą się na 1970 roku. Trudno uwierzyć, że później nie prowadzono dalszej inwigilacji. Przecież już będąc na emigracji, w Szwecji, nadal miałeś bliskie kontakty z opozycją w Polsce. Co się z tym stało?

JD: Trzeba porozmawiać z panem Petelickim. (gen. Sławomir Petelicki. Kadrowy oficer wywiadu MSW, pracował w latach 80-tych jako dyplomata w Sztokholmie. W roku 1999 oskarżany był o próby infiltrowania sztokholmskiego Biura Solidarności - dop. TN). Z chęcią bym się z nim spotkał. Dzisiaj nic do niego nie mam, ale w owych czasach był naszym przeciwnikiem.

TN: Miałeś z nim jakiś kontakt w Sztokholmie?

JD: Nie, ale jacyś ludzie od Petelickiego starali się ze mną nawiązać kontakt. Czasami zgłaszali się z bardzo dziwnymi sprawami. Ale nie przykładałem do tego jakiejś większej wagi. Pobyt na Zachodzie rozluźnił mnie od tej wschodnio-europejskiej paranoi, a przecież Sztokholm to miejsce gdzie były wszystkie wywiady. To była taka Casablanca. Wymieniało się informacje, Szwecja była dość otwartym krajem na wszystkie strony. STASI, KGB, SB...

TN: Czyli trafiłeś dobrze?

JD: Można tak powiedzieć. Myślę, że te informacje na mój temat gdzieś są, tylko że one już nie były w gestii Służby Bezpieczeństwa, a kontrwywiadu. Jak wyszedłem z więzienia to miałem w "ich" terminologii pseudonim "Agat 2", to pewnie po moim przyjeździe do Szwecji byłem już "Agat 3".

TN: Jak dotarłeś do Szwecji?

JD: Przyjechałem do Ystad promem we wrześniu 1970 roku. I znalazłem się w Lund, gdzie spotkałem ludzi, którzy przyjechali tutaj wcześniej. Część z nich znałem z Warszawy, z Łodzi. Nagle okazało się, że było tam też sporo osób z małych miasteczek. Wtedy dopiero można było przekonać się, jak ta cała żydowska Polska wyemigrowała. Ja już po wyjściu z więzienia zorientowałem się, jak pusto się zrobiło w Łodzi. Tam nie było już ani jednego Żyda. Żydowska szkoła została zlikwidowana. To smutny obraz miasta, w którym swoją karierę zaczął robić Moczar. To było coś potwornego, gdy w ciągu trzech miesięcy władze łódzkie postanowiły zrobić miasto wolne od Żydów.

TN: Czyli historycznie drugi raz. Najpierw Niemcy zlikwidowali getto...

JD: Dokładnie. Łódź była zawsze miastem wielu narodów. To miasto, które przeżyło straszną tragedię.

TN: Jak wyglądał ten pierwszy okres twojego pobytu w Lund?

JD: W latach 70-tych mówiło się "czerwony Lund". Znalazłem się nagle w świecie, z którego wyjechałem. I to w świecie, gdzie nagle czarne stało się białym. Młodzież sama zaczęła domagać się tego by wprowadzano zamordyzm, żeby wprowadzać jedyny słuszny porządek na świecie. Świat zwariował. Albo może nastąpiła osmoza. To było wszystko naznaczone tymi wydarzeniami '68 roku na Wschodzie i Zachodzie. To był czas, gdy młodzież w Szwecji myślała, że na Zachodzie biją murzynów, więc dobrze jest importować tę demokrację wschodnią, bo tam jest równość. Mówili: Przecież tam na Wschodzie nikt nie protestuje poza paroma osobami... To był dziwny okres, próbowałem z nimi rozmawiać, tłumaczyć, ale to było bez sensu. Później zresztą wyjechałem do Sztokholmu i tutaj było już trochę inaczej. Od połowy lat 70-tych rozpoczęła się moja współpraca z ruchami opozycyjnymi w Polsce. To już były inne wyzwania i inne czasy.

TN: Twoje pierwsza słowa do mnie, po tym jak otrzymałeś swoją teczkę, to było stwierdzenie, że ta prawda zawarta w twoich aktach jest po prostu okropna. Co miałeś na myśli?

JD: Zdałem sobie sprawę jak bardzo społeczeństwo było kontrolowane przez aparat władzy. Jak bardzo wyrafinowanych środków używano by ludzi "upolować". Byliśmy przecież tylko obiektem różnych zabiegów. Albo nam zamykali usta, albo nas wyrzucali z mieszkań lub pracy. To był wyrafinowany system "tortur" psychicznych. To jest rzecz, o której nigdy nie należy zapominać. Jeśli ta wiedza zniknie, to następne pokolenie będzie musiało zaczynać wszystko od początku. Będą się nas pytali: dlaczego was wsadzono do więzienia, ukradłeś coś? Nie, napisałem książkę, napisałem list do kogoś... Dlatego warte jest pielęgnowanie pamięci o tym, nie dlatego aby się straszyć, żeby wieszać innych na latarniach z zemsty, ale dlatego, żeby ten totalitarny system, w tej lub innej postaci, więcej się nie powtórzył. Stąd pomysł by reaktywować "Nowe Formy". Kontaktuję się ze wszystkimi ludźmi, którzy brali udział kiedyś w tych spotkaniach, a nawet chętnie spotkam się z tymi towarzyszami, którzy donosili. Interesujące jest co się z nimi stało, jak oni widzą tę sytuację dzisiaj. Jak oceniają to, co robili wtedy. Ja walczyłem z systemem i zawsze byłem zafascynowany jak on funkcjonuje. Wroga nie należy lekceważyć.

TN: Czy chcesz się dowiedzieć, czy Marzec był do uniknięcia?

JD: Chcę się dowiedzieć czy jest taki punkt, od którego wszystko mogło się potoczyć inaczej. Czy istniała jakaś alternatywa. Bo to daje szansę na tę "nową formę" integracji społecznej, a nawet międzynarodowej, jeśli pomyślimy o relacjach polsko-żydowskich.

TN: Czy myślisz o takiej alternatywie, że po tym punkcie zwrotnym, w 1969 roku, Dajczgewand byłyby ministrem np. edukacji, a Michnik premierem?

JD: Nie, władza zaczęła mnie mierzić, gdy zacząłem studiować filozofię. Wtedy uczyłem się o tym, co dzieje się z ludźmi, gdy na palcu mają pierścień władzy. Jak u Tolkiena. Wydaje im się, że to oni mają władzę, ale tak naprawdę to władza ma ich. Wychowałem się na Tolkienie. To bajka, która uzmysłowiła mi rzeczywistość w której żyjemy. Chcesz władzy, to władza cię znajdzie.

TN: To szukanie punktu zwrotnego to dość filozoficzne podejście do historii...

JD: Działania w przeszłości mają kolosalny wpływ na teraźniejszość. Gdyby ktoś zastrzelił Adolfa Hitlera, to mielibyśmy dziś zupełnie innych świat. Gdyby Wałęsa nie przeskoczył przez płot, też mielibyśmy inny świat.

TN: Ale Hitlera nikt nie zastrzelił, a Wałęsa płot przeskoczył...

JD: Ale jak cofniemy się w historii to znajdziemy źródła możliwości, które zostały zaprzepaszczone. Mam wrażenie, że 1968 rok to tsunami wolności, które przeszło przez cały świat i nie skończyło się. Ten proces trwa i nadal się rozszerza. Gruzja, Ukraina, Syria...

TN: Odnoszę wrażenie, że Marzec jest dla ciebie punktem dużo ważniejszym w życiu niż dla wielu marcowców, którzy Polski po 1968 nie opuścili. Twoje życie zostało zdeterminowane i przez Marzec i przez emigrację.

JD: Może. Myśmy nigdy do tej pory nie spotkali się wszyscy razem. Myślę o tej grupie, w której ja byłem. Ale czuję, że w nich też coś odżywa, jak we mnie. Czyli jest wiele rzeczy niedopowiedzianych.

TN: Czy nie jest to swego rodzaju kombatanctwo?

JD: Nie. Nie mam takiego uczucia. Nie o to zresztą chodzi.

TN: Jesteś jedną z osób, które najbardziej ucierpiały po Marcu. Nie tylko twoją osobę wykorzystywano w propagandzie, twoje nazwisko, ale siedziałeś w więzieniu i byłeś jako chyba jedyny torturowany... Co się stało, że zdecydowałeś się wyjść wreszcie z cienia? Przez niemal wszystkie lata na emigracji unikałeś dziennikarzy. Ja jeszcze kilka lat temu chciałem zrobić z tobą wywiad, wtedy odmówiłeś.

JD: Chyba jest właściwy czas. Czasami mam odczucie, że coś jest za wcześnie. Należy mieć cierpliwość. Z pewnymi rzeczami nie należy się spieszyć. Kiedyś przychodzi właściwy moment. Teraz jest taka sytuacja, że wiele rzeczy się stało, które powodują, że moja bariera myślenia rozszerza się. Widzę te „nowe formy”.

TN: Czy to jest coś wywołane listą Wildsteina?

JD: Wildstein na pewno ten proces przyspieszył i pokazał, że jest jakiś istotny element, który jest ważny dla naszego mentalnego zdrowia. Ludzie byli zniecierpliwieni i stąd czasami tak histeryczne reakcje.

TN: Ale rozumiesz również te histeryczne reakcje i czym zostały one wywołane?

JD: Tak, oczywiście. Mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy ciągle ktoś zamykał usta innym. Tymi teczkami szantażowano w rozmaity sposób. Ale to jest mniej ważne niż to, że naprawdę coś się pozytywnego wydarzyło.


Rozmawiał: Tadeusz Nowakowski

--

Tadeusz Nowakowski - znakomity dziennikarz, m.in. współpracował z Radio Wolna Europa.

środa, 26 stycznia 2005

Auschwitz-Birkenau

dr FrÖid: oświecenie a ciemności

nie łatwo jest być oświeconym...
potrzeba do tego świecy i źródła światła, może być zapalniczka czy też jakaś myśl jasna...
...słońce nie pasuje bo znika problem ze świecą żarówka i oświecenie następuje jako produkt uboczny bez jakiegokolwiek wysiłku oświeconego.
no cóż..
warto zapytać dlaczego jest lepiej być oświeconym a nie ukrytym w mroku ?
oświetlona osoba jest widoczna , wchodzi na pierwszy plan, a także przemieszczając się oświetla ciemne zakątki naszej rzeczywistości...
zalety ciemności są widoczne... ułatwiają oświecenie... no i przy porządnej i subtelnej iluminacji można uzyskać specjalne efekty jak świetlane postacie, hologramy czy halucynacje


zalety ciemności
można się w niej ukryć, działa na wyobraźnię, ciekawi...
mrok świeci? brakiem światła i sprowadza całą rzeczywistość do tej samej postaci
oświęcimia świecy i oświecenia

postOswiecimski, Re: JAS NO ... ...
wszystko jest takie jasne że oślepia
ciemność wchodzi w związek ze światłem
powstają wszelkie odmiany szarości
Ujawnia się PRZESTRZEŃ co zawiera nas wszystkich
widoczna i Jasna...
Światło Oświęcimia to Ciemność !!!
love, Re: JAS NO ... ...
poeta
oślepiony
ciemnością
płacze
nurkowanie z rekinami, Re: JAS NO ... ...SwiatłoWzor Oswiecimski


nieba_nalne zło łez źródło
na aquanecie terra

Epictetus, Re: JAS NO ... ...SwiatłoWzor Oswiecimski
...
woda życia
dla umarłych
co widzisz to JEST
a czego nikt nie widzi
można śnić
:}(.){: , Re: }sEn o SENSIe
terran, Re: życie trwa i jeszcze nie zginęło...

dopoki sie żyje
czego mi brak
postaram się
uzupełnić
szeregiem
postaci historycznych
a także fikcyjnych
oczy pełne łez
emituja swiatło

jak wpadłem raz nieopatrznie w kartezjanizm
zrobiono ze mnie początek systemu koordynatów
katrezjanczycy maja 3 oczy każde pilnuje jak pies 000
wyje na osie czysty terror... prawdziwy matiRuski;)
panie i panowie koordynaci i koordynatki
prawda jest taka każde z was jest 000
tak jak ja nim jestem nawet ci 999 czy 666
to zera z ogonkami ?, z zawartością...
zero nie jest puste
ma swoją wielkość
000 SOLAR PLeXus