Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Józef Dajczgewand, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Józef Dajczgewand, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 stycznia 2008

Zapraszamy na koncert "Republiki" i Kaczmarskiego z okazji 40 rocznicy "Dziadów"

Najpierw "Śmierć na pięć" - specjalna dedykacja dla Jerzego Zawieyskiego, katolika, pisarza i homoseksualisty. Jako jeden z przedstawicieli katolickiej grupy Znak - wszedł do Sejmu PRL i do Rady Państwa. "Gdy w marcu 1968 roku milicja brutalnie pobiła studentów, Zawieyski wspólnie z innymi posłami Koła Znak napisał tekst interpelacji poselskiej w ich obronie. Miesiąc później odpowiedział na nią premier Józef Cyrankiewicz, po czym posłów Znaku ordynarnie zaatakowali z trybuny Józef Ozga-Michalski i prawa ręka Gomułki - Zenon Kliszko. Zawieyski odpowiedział wspaniałą, godną mową. Brał w obronę ofiary politycznej nagonki ostatnich miesięcy: studentów, posłów Koła Znak i pisarzy, a zwłaszcza pobitego przez "nieznanych sprawców" Stefana Kisielewskiego. Gdy skończył, na sejmowej sali rozpętała się burza. Posłowie z komunistycznego nadania nie szczędzili mu najgorszych obelg, nikczemnych pomówień, obrzydliwych wrzasków." Zrzekł się funkcji w Radzie Państwa, zaszczuwali, go, aż dostał udaru mózgu. Zginął 17 czerwca 1969 r.po wypadnięciu z 4 piętra szpitala. Oficjalna wersja uznała jego śmierć za samobójstwo, lecz liczne poszlaki wskazują, że mogło być to morderstwo polityczne. Piosenka "Smierć na pięć" jest ostatnim utworem zaśpiewanym i nagranym przez Grzegorza Ciechowskiego.

"Nasza klasa" Kaczmarskiego....

Nie pytaj o Polskę

(Lepsze, niż te wszystkie zadęte akademie i obdzielanie się nawzajem orderami.
Wspólcześni słuchacze uważają, że to piosenka "dla wszystkich emigratoss" którzy
są tacy głupi, że ciągle jeszcze mówią po polsku;))

http://pl.youtube.com/watch?v=WItEokvwSJs

To nie karnawał
ale tańczyć chcę
i będę tańczył z nią po dzień

to nie zabawa
ale bawię się
bezsenne noce senne dnie

to nie kochanka
ale sypiam z nią
choć śmieją ze mnie się i drwią

taka zmęczona
i pijana wciąż
dlatego nie

NIE PYTAJ WIĘCEJ MNIE

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chce
zasypiać w niej i budzić się

te brudne dworce
gdzie spotykam ja
te tłumy które cicho klną

ten pijak który mruczy coś przez sen
że PÓKI MY ŻYJEMY ona żyje też

NIE PYTAJ MNIE
NIE PYTAJ MNIE
C0 WIDZĘ W NIEJ

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chcę
zasypiać w niej i budzić się

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

I dalej:

Moja krew - to wykonanie... ten bunt... Jeden z komentarzy: " To wykonanie jest jak bomba atomowa. Ludzie, którzy tam wtedy byli przeżyli coś wielkiego. Gdzie oni są?"

Republika Biala Flaga - o Stronnictwie Białej Flagi. Ale jak on nap...dalał po fortepianie... Jeden z komentarzy: " Yes! Teraz produkuje się tylko 'gówno'
Muzyka została już stworzona"

Lawa - wulkany wstają, warczą lawą ... i jeden by drugiego zalał. I tak zaczęła się transformacja w Polsce. "Pozytywne, mimo wszystko" - pisze ktoś w komentarzu.

Mamona - Nam się to kojarzy z Agorą, czyli tym, co zostało z Mojej Krwi. Komentarz jakiś taki w podobnym kierunku: "taaa , słuchać i płakać teraz to se można usłyszeć : " łłłoooo , jak ja jej to powiem(...) że muszę żyć życiem towarzyskiem ,łoo łoo " czy jakoś tak"

Odchodząc - Komentarz: "mój chłopak poprosił mnie bym przekazała jego rodzicom że chce by ta piosenka była puszczona na jego pogrzebie. Powiedziałam i została puszczona..." No cóż. Gdyby nie to, co było w ostatnich 40 latach, to i parę pogrzebów byłoby mniej. Jakoś im znaleźć miejsce, na półce czy parapecie...

Dzień Niepodległości. Ani ja, ani ty. - Michnikowi i jego drużynie:)

I na pocieszenie: póki się oddycha... Republika Marzeń :)

Spotykamy się 30 stycznia o godz 21.00 pod Pomnikiem Mickiewicza.

[mirror na Salonie24]


aa

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

niedziela, 7 czerwca 2009

Samotność długodystansowca

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz
Frasyniuk: "Biegnę przez tłum, tłum się rozsuwa, ubecy za mną, skręcam w lewo, w prawo. I nagle słyszę: Wła-dek, Wła-dek. Wszyscy mnie przecież znali. Tłum skanduje i bije brawo. Rozumiesz? Dotarło do mnie, że znalazłem się w kretyńskiej sytuacji. Jest kilkaset osób, może tysiąc, i oni się cieszą, że ich Władek taki dzielny i szybko biegnie. Dla nich to były zawody sportowe. ... W sierpniu ,88, w drugiej fali strajków, chciałem im uciec, ale mnie skręcili i znowu posadzili."

Sporo prawdy w jego wspomnieniach. Ludzie się bali, trudno było wynająć mieszkanie, bo często, jeśli właściciel dowiedział się, żeś z opozycji, to z mety wyrzucał na bruk. Nie dlatego, że przeciwnik, lecz ze zwyczajnego strachu, obawy przed rewizjami czy milicyjną nyską pod domem. Całym majątkiem Bogumiły w drugiej połowie lat 80tych był plecak na plecach i to, co się w nim zmieściło. Człowiek miewał często poczucie zawieszenia w powietrzu, oddzielenia od świata... bycia trędowatym. Izolacja bywała trudniejsza do udźwignięcia, niż - w sumie klarowne - relacje z ówczesnym wrogiem. Czasem w zwykłych, codziennych sytuacjach ludzie reagowali na ciebie, jak na nosiciela śmiertelnej zarazy. Bali się i uciekali, jak najdalej się da...

Identyczne samopoczucie miał Józef na początku lat 1970tych. Pamiętał Warszawę z 1968 roku, roznamiętnioną i radosną, mimo represji. Ale nie do takiej Warszawy wrócił. Na parę dni przed wyjściem z więzienia administracja miasta Łodzi zabrała mu mieszkanie po rodzicach, zresztą, do dziś nie odzyskane, nie miał co ze sobą zrobić. Poszedł do sąsiadów, przyzwoitych ludzi, pogrzebał w rzeczach, które im się udało dla niego uratować i przechować, i wsiadł w pociąg do Warszawy.

Szedł przez opustoszałe miasto. Na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego robił się wokół niego pusty krąg. W knajpkach chętnie odwiedzanych przed więzieniem, traktowanych jako punkty spotkań towarzyskich - teraz skuleni ludzie o znajomych twarzach wychodzili, gdy on wchodził. Więc idziesz sobie Marszałkowską i masz wrażenie totalnego, śmiertelnego mrozu. Mrozu i pustyni. Równie dobrze można było być niemową, nie było z kim i o czym rozmawiać.

Problemy z noclegami. Ławka w parku? Z czego żyć? Ówczesna opozycja, sama połamana przesłuchaniami i więzieniami, nie bardzo się interesowała kolegą. Za to bezpieka - owszem. Ciągnął za sobą "ruską obstawę", jak ją nazwał wiele lat później Władysław Frasyniuk, a jedynym człowiekiem, który z nim w akademiku rozmawiał bez okazywania na wszelkie sposoby, że ta rozmowa jest wymuszona, był prowokator, który złożył propozycję zamachów bombowych.

Znaleźli się wtedy dzielni ludzie, którzy dali Józefowi mieszkanie i jedzenie. Wiele lat później w dokumentach IPN znalazły się dokumenty. Zarówno ten o odebraniu mieszkania, jak i ten z rozkazem SB, by wszystkich, którzy mu udzielą schronienia, nękać przesłuchaniami. Taka taktyka SB wystarczała i później, w latach osiemdziesiątych. Samotność i i poczucie emocjonalnego mrozu, o których przypomina sobie Frasyniuk, dotykały wielu opozycjonistów drugiej połowy lat 1980tych, tym bardziej, że ówczesna opozycja, podobnie jak ta z lat 1970tych, w sporej swej części była opozycją połamaną, pokonaną przez strach. W końcówce lat 19980tych zafunkcjonowało zjawisko "opozycji kościelnej", tj. takiej, której działalność ograniczała się tylko do uczestnictwa w mszach oraz śpiewania patriotycznych pieśni, i która bardzo nerwowo reagowała na inne propozycje, czy to składane przez Frasyniuka, czy Piniora, a dotyczące tak prostych czynności, jak złożenie kwiatów pod pomnikiem Solidarności.

Sytuację w drugiej połowie lat 1980tych zmieniła dopiero wrocławska Pomarańczowa Alternatywa. Jej największym sukcesem jest nie to, że zgromadziła ludzi z poczuciem humoru, którzy potrafili zorganizować miasto wokół oczyszczającego śmiechu z komuny i własnego losu, lecz to, że odebrała komunie ulicę, a nawet areszty. Ludzie nie tylko, że przestali się bać uczestnictwa w imprezach nie akceptowanych przez komunę, lecz nawet zaczęli się ustawiać w kolejkach do aresztanckich bud, które obstawiały całą ulicę Świdnicką. Oprzytomnieli na tyle, by sobie zdać sprawę, że traktowanie aresztantów zależy od tego, ilu ich jest. W pewnym momencie śpiewanie radosnych, opozycyjnych pieśni na korytarzach Komendy Wojewódzkiej MO we Wrocławiu, nabrało charakteru beztroskiego pikniku. A potem narosła fala strajków 1988...

Wrocław miał szczęście do liderów, bo zarówno Pinior i Frasyniuk są rówieśnikami. Byli chyba najmłodszymi przywódcami Solidarności w kraju i każdego z nich otaczało stado małolatów. To nie całkiem prawda, kiedy Frasyniuk powiada "dla nich... to były zawody sportowe". Dla nas często też. W 1988 Frasyniukowi nie udało się uciec, a drużyna Piniora zadzierała nosa do góry, że Pinior uciekł.

Ruska obstawa stała pod jego drzwiami, ale w pewnej późnej godzinie nocnej znudziło im się, a może chcieli porozmawiać nie będąc podsłuchiwani, i zeszli na dół. Pinior zgarnął Bogumiłę, która wtedy spała u niego na podłodze w kuchni, i udał się schodami na strych, a potem przez okienko na dach, szczytami dachów przedostali się na drugi koniec ulicy, zeszli na dół, i tyle ich było widać. Innym znów razem Frasyniuk wykonał kaskaderski skok z okna prosto na siodełko podstawionego motocykla, i to jego drużyna zadzierała nosa.

Dziś można się zastanowić, na ile owe małoletnie drużyny wymuszały na swych uwielbianych wodzach kaskaderskie wyczyny, w wyniku których mogli stracić życie, i czy to w ogóle było mądre. Jedyne, co usprawiedliwia, to to, że owe drużyny też chętnie ze sobą konkurowały na dzikie eksperymenty. Jak jedni się wspięli na komin elektrowni, by na jego szczycie zawiesić transparent, to drudzy koniecznie musieli wspiąć się z transparentem na budynek KC. A Józef, bywało, też się świetnie bawił. I w wojnie o rękawiczki na przysposobieniu wojskowym, i wtedy, gdy zorganizował pierwszy w Polsce happening uliczny, polegający na wdarciu się sporej grupy młodzieży na marsz pierwszomajowy i rozwinięciu transparentów wymalowanych pastą do zębów prosto w twarz w Gomułce.

Frasyniuk przypomina sobie zdziwienie funkcjonariusza SB, że nie jest człowiekiem połamanym i dodaje "bo w życiu jest odwrotnie, niż głosi Kościół, że cierpienie uszlachetnia. Nieprawda - wiem, że wykrzywia." Ano, prawda, wspomnienia o cierpieniu też potrafią wykrzywić. Czy to prawda, że samotność była aż tak głęboka, jak to wmawiają nam złe wspomnienia? - "Więc skończmy uprawiać megalomanię, że cały naród bohatersko walczył z komuną. I przestańmy wmawiać młodzieży, że wolność zawdzięczają tym, co się teraz pokazują bez przerwy w telewizorze." - powiada Frasyniuk - "Powiem brutalnie. "Solidarności" nie było w Gorzowie, Radomiu czy w Tarnowie. Nawet nie mogło być. W mniejszych ośrodkach milicja ją tam w miesiąc likwidowała. Podziemna "Solidarność" była mocna tylko w czterech regionach: w Gdańsku, Wrocławiu, Warszawie i w Nowej Hucie, bo już nie w Krakowie."

W pewnym sensie to prawda. Telewizję przepełniają dziś styropianowi kombatanci, którym aż chce się przypomnieć komentarz Piłsudskiego, gdy zobaczył kłębiący się tłum kombatantów - legionistów: "Ach, gdyby wtedy tylu ich było..." Ale złe wspomnienia kłamią. Jednak opozycjoniści znajdowali jakiś dach nad głową i na ogół nie sypiali pod mostami, a w w fali strajkowej 1988 Bogumiła woziła ulotki do Wałbrzycha, do nieistniejącej, zdaniem Frasyniuka, górniczej Solidarności, na ich wyraźne zamówienie. W Katowicach i Zagłębiu Miedziowym też była, bynajmniej nie na spotkaniach autorskich... Aż tak źle nie było. I na początku lat 1970tych, i w końcówce lat 1980tych.


materiały:
Teresa Torańska, Frasyniuk, nie bądź taki kozak, Gazeta Wyborcza, 6 czerwca 2009.

sobota, 24 marca 2007

Deklaracja lustracyjna

My, niżej podpisani, świadomi odpowiedzialności za złożenie niezgodnego z prawdą oświadczenia, po zapoznaniu się z treścią ustawy z dnia 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944-1990 oraz treści tych dokumentów (Dz. U. Nr 218, poz. 1592, z późn. zm.), oświadczamy, że nie pracowaliśmy, nie pełniliśmy służby ani nie byliśmy świadomymi i tajnymi współpracownikami organów bezpieczeństwa państwa w rozumieniu art. 2 i 3a powołanej ustawy.

  • Józef Dajczgewand
  • Piotr Malawski
  • Józef Pinior
  • Bogumiła Tyszkiewicz

Od red: W związku z wymogami ustawy z dnia 18 października 2006 osoby decydujące się na stałą współpracę z Planetą Terra zobowiązane są złożyć deklarację lustracyjną o powyższej treści lub o czasie i charakterze takiej współpracy, o ile miała ona miejsce. Publikacje jednorazowe, polemiki, interwencje oraz powiadomienia o wydarzeniach nie wymagają spełnienia takiego obowiązku. W przypadku byłych współpracowników publikacji podlega jedynie, że takowa miała miejsce, pozostałe informacje nie zostaną opublikowane. O przyjęciu lub odrzuceniu tekstu lub propozycji stałej współpracy decyduje jakość tekstów, a nie fakt współpracy.

wtorek, 13 stycznia 2009

Hamastan

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

W trzecim tygodniu wojny cały biznes w Gazie został „wyzerowany”, jak to barwnie określają sami Palestyńczycy. Ludność cywilna wychodzi z domów tylko po to, by stanąć w kolejce po żywność i ryzykuje przy tym życie. Szerzy się dezercja w szeregach około ośmiu tysięcy członków Hamasu i policji, którzy zostali zostawieni sami sobie z ogólnym rozkazem, by wystrzeliwać rakiety na Izrael i walczyć. Rozkaz wydali liderzy i dowódcy Hamasu, sami ukrywający się w bunkrach właściwie od pierwszego dnia wojny i nie bardzo troszczący się o zachowanie bieżącego kontaktu z własnymi siłami bezpieczeństwa. Wysoko wyszkolone, elitarne bojówki Hamasu, szacowane przed wojną na około 3,500 osób, utraciły co najmniej 550. Zabity został również komendant Al Kaidy na teren Gazy, Ghassen Maqdad.

Video (drastyczne)

-przestrzelone kolana
-tzw Siły Wykonawcze Hamasu rozprawiają się ze "zdrajcami"
-transmisja live z zabijania członka Fatah
-to samo
-a potem ich zabija
-mord masowy
-Hamas strzela do tłumu zgromadzonego z okazji rocznicy śmierci Arafata
-milicja Hamasu strzela do cywili
-strzelają do pogrzebu
-strzelają do wesela
-zabijają chrześcijan
-Al Kasam i Policja Hamasu rozstrzeliwuje rodzinę Dormisz. na jednym z ujęć widać z bliska człowieka w trakcie umierania
Tymczasem na witrynie YouTube zaczęły się pokazywać filmy ukazujące „prawdziwą twarz Hamasu”. Jeden z nich, dokumentujący dramatyczną scenę aresztowania członków Fatah, być może został wykonany ukrytą kamerą przez jednego z członków Hamasu, który po prostu miał już dość. Tak to przynajmniej wygląda, ujęcia robione są z perspektywy kogoś, kto idzie obok konwoju więźniów, a ruchy kamery umożliwiają dostrzeżenie, że obok konwoju idą wyłącznie członkowie milicji Hamas. Bijąca z kadrów otwarta przemoc i okrucieństwo bardzo przypominają klimat okrucieństwa i przemocy emanujący z obrazów, jakie rejestrowały ukrytymi kamerami członkinie organizacji RAWA w Afganistanie za rządów Talibów. Skojarzenie powstaje także dlatego, że afgańskie filmy i dokumentacja docierały na Zachód, ale niemal nikt im nie wierzył, nawet działaczom praw człowieka często nie mieściło się w głowie, że obraz radośnie uśmiechniętego Taliba z przerzuconą przez ramię wiązką obciętych ludzkich stóp może nie być sfabrykowany. Świat wtedy nie dojrzał nawet do pierwszego zrozumienia, czym jest islamizm, w powszechnym użyciu był język „kulturowych różnic”, któremu często towarzyszyła skłonność do oskarżania o kulturowy imperializm osób aplikujących standardy zachodnich demokracji do opisu egotycznych społeczeństw. Podobnie dzisiaj, wyidealizowany obraz Palestyńczyka, walczącego z okrutnym najeźdźcą o prawo do samostanowienia, tymże samym ludziom często nie pozwala dostrzec, że Hamas kamieniuje kobiety, celowo okalecza lub zabija opozycję polityczną, a w miejscach zatrzymań torturuje ludzi, niekiedy aż do śmierci. Raporty palestyńskiej Niezależnej Komisji Praw Człowieka z Ramallah długo mijały bez echa, gdyż opinia publiczna Zachodu – szczególnie w Europie - była zbyt głęboko przeświadczona, że szlachetni Palestyńczycy nie mówią źle o innych szlachetnych Palestyńczykach, a jeśli tak czynią, to w złych intencjach i z izraelskiej inspiracji.

Prawdę o rządach Talibów upowszechniła dopiero wojna w Afganistanie. Podobnie prawdę o Gazie ujawnia dopiero wojna w Gazie. Ale nie tylko o Gazie i nie tylko o Bliskim Wschodzie. Wojna i zainicjowane przez Egipt negocjacje w sprawie zawieszenia broni ujawniły prawdę o skomplikowanej sieci wzajemnych relacji i o stanach zapalnych, podminowujących Bliski Wschód po Zimnej Wojnie, ale także prawdę o skostnieniu i głębokiej ignorancji Zachodu, który niekiedy zdaje się nie zauważać, że Zimna Wojna już dawno temu się skończyła, i najwyższy czas po niej posprzątać. Miarą zmian, jaka się w dokonała świadomości publicznej po 9/11, ale też miarą wzajemnego braku zrozumienia Bliskiego Wschodu i Zachodu jest to, że dziś arabski liberalny intelektualista Omran Salman, wydawca reformistycznej witryny Aafaq.org, krytykuje szefa Parlamentu Europejskiego za retorykę „różnic kulturowych”. 20 grudnia 2008 w trakcie pobytu w Omanie pełen dobrych intencji Hans-Gert Poettering powiedział, że arabskie demokracje muszą ewoluować od środka, uwzględniać lokalne wartości i tradycje, i że nie można wywierać na region Bliskiego Wschodu presji, by adoptował system demokratyczny w europejskim stylu. „Cóż mają znaczyć takie deklaracje, że system demokratyczny nadaje się wszędzie na świecie, prócz państw arabskich? ... To Niemcy po II wojnie światowej byli w szybkim tempie zdolni zaadaptować się do siłą narzuconej demokracji, a Arabowie nie? - pyta rozeźlony Salman, oskarżając Potteringa o ukryty rasizm i egoistyczne myślenie, które „w rzeczywistości tłumaczy się tak, że lepiej nie wywierać presji na demokratyzację [bliskowschodnich] dyktatur, ale spełniać ich życzenia w zamian za umowy, pieniądze i zyski, a ludzie mogą iść do piekła.” Jeśli komuś podoba się stanowisko Salmana w odniesieniu do dyktatur na Bliskim Wschodzie i zdolności funkcjonowania arabskich społeczeństw w systemie demokratycznym, powinien tą samą miarą mierzyć także Hamas. Islamizm nie jest „lokalnym kolorytem” ruchu narodowowyzwoleńczego. A właśnie tego zrozumienia dzisiejszym, zachodnim obrońcom praw człowieka często po prostu brak.

Negocjacje z Hamasem

Niewiele by było wiadomo o okolicznościach negocjacji pokojowych zainicjowanych przez Egipt, gdyby nie to, że oficjalni przedstawiciele egipskich władz zaczęli udzielać wywiadów dziennikarzom, w tym z „Jerusalem Post”. W piątek 9 stycznia liderzy Hamasu z Gazy po raz pierwszy zasygnalizowali gotowość uczestnictwa w negocjacjach na temat zawieszenia ognia bez żadnych warunków wstępnych i otrzymali zgodę na opuszczenie Gazy. Delegację stanowili Jemal Abu Hashem, który rzadko pokazuje się publicznie, Salah Bardaweel, lider frakcji parlamentarnej Hamasu oraz Heiman Ta'a, członek kierownictwa militarnego skrzydła Hamasu. Po dotarciu do El Arish w północnym Synaju zostali przetransportowani egipskim samolotem wojskowym do Kairu. W sobotę dołączyło do nich dwóch kolegów z Damaszku: szef operacji specjalnych Imad al Alami oraz członek politbiura Muhammad Nasser. Osobno do Kairu dotarł Mahmoud Abbas, prezydent Autonomii Palestyńskiej i zarazem przywódca Fatah. Negocjacje miały się rozpocząć w sobotę, organizował je minister wywiadu, generał Omar Suleiman i jego doradcy.

Rozmowy zapowiadały się całkiem dobrze, ale wtedy Khaled Meshaal, lider Hamasu zamieszkały na stałe w Damaszku, spuścił na stół negocjacyjny bombę. W oświadczeniu transmitowanym przez damaskańską telewizję wezwał Hamas do kontynuowania walki, aż Izrael zakończy ofensywę, wycofa się z Gazy i otworzy wszystkie przejścia. Również od Egiptu zażądał otwarcia przejścia, oświadczył, że Hamas nigdy nie zaakceptuje żadnych restrykcji na swoje zbrojenia, żadnych prób blokady Korytarza Filadelfijskiego (główna trasa przemytu broni do Gazy); zagroził też, że jacykolwiek obserwatorzy międzynarodowi czy wojska rozjemcze zostaną potraktowane jak „siła okupacyjna”. Zażądał zwołania szczytu państw arabskich, na który już wcześniej ani Egipt, ani Arabia Saudyjska nie wyraziły zgody, oraz wezwał świat arabski do intifady. Innymi słowy zażądał od Izraela całkowitego i natychmiastowego poddania się, a od Egiptu eksterytorialnego „korytarza” służącego nieskrępowanym zbrojeniom, i to uczynił warunkiem wstępnym nie pokoju, ale chwilowego zawieszenia ognia, wcale przy tym nie ukrywając, że jego celem jest remilitaryzacja Gazy i przygotowania do zapowiedzianej intifady.

I teraz przychodzi kolej na innych graczy. Przedstawiciel władz egipskich powiedział „The Jerusalem Post”, że „Irańczycy wysłali do Damaszku pilną misję, jak tylko usłyszeli o egipskiej inicjatywie zawieszenia broni”. Emisariuszami byli spiker irańskiego parlamentu Ali Larijani oraz Said Jalili z irańskiego wywiadu. W Syrii spotkali się właśnie z Khaledem Mashaalem i sekretarzem generalnym Islamskiego Dżihadu, Ramadanem Shallahem - „Irańczycy zagrozili Palestyńczykom wstrzymaniem dostaw broni i finansowania, jeśli zgodzą się na zawieszenie ognia z Izraelem. Iran chce walczyć z Izraelem i USA, ale pośrednio. Robią to za pomocą Hamasu w Palestynie i Hezbollahu w Libanie.” Zdaniem Egipcjan Teheran jest gotów na wojnę z Izraelem „do ostatniego Palestyńczyka” i dlatego stosuje podwójne standardy – z jednej strony nawołują do dżihadu, ale z drugiej – przywódca duchowy Iranu Ali Khamenei zakazał irańskim ochotnikom przyłączać się do walki przeciwko Izraelowi.

W podobnym tonie wypowiedział się Karam Jaber, wydawca egipskiego tygodnika Roz Al-Youssef – jego zdaniem Hamas znalazł się między syryjskim kowadłem a irańskim młotem – Iran zakazywał Hamasowi negocjować z Izraelem zawieszenie broni, a w tym samym czasie Syria szantażowała liderów Hamasu mieszkających w Damaszku, i dodał, że „historia tego Hamasowi nie zapomni, że spowodowali śmierć i zniszczenie Palestyńczyków. My mamy nadzieję, że Hamas się czegoś z tej lekcji nauczy i zrozumie, że toczy destrukcyjną wojnę na rzecz Iranu i Syrii”

Co myślą Arabowie?

W samej Gazie, w arabskich siedliskach Jerozolimy i w West Banku, coraz głośniej mówi się, że kierownictwo Hamasu siedzi w bunkrach, a samo wysyła cywili (i szeregowych członków Hamasu) na śmierć, i że są gotowi do walki z Izraelem „do ostatniego cywila”. Świat arabski ma coraz mniej cierpliwości dla Hamasu. Egipski analityk Magdi Khalil powiedział „Jerusalem Post”, że podziela pogląd Autonomii Palestyńskiej oraz egipskich władz, że za wojnę w Gazie jest odpowiedzialny Hamas. „Od momentu gdy przejęli władzę w Gazie” - dodał - „zamienili ten obszar w piekło. Narzucali ludziom rozmaite restrykcje, a nawet uniemożliwili pielgrzymki do Mekki.” Stwierdził też, że służby egipskiego wywiadu miały rację, kiedy ostatnio opisały Hamas jako „grupę gangsterów”. O poziomie niechęci do Hamasu świadczą też komentarze użytkowników witryny Al Jazeera, zamieszczone pod relacją z pamiętnego wystąpienia Khaleda Meshaala. Redakcja Al Jazeery, która do tej pory dopuszczała do publikacji niemal wyłącznie propalestyńskie wypowiedzi, dziś godzi się na i na takie komentarze, które adresują Hamas jako „bandę troglodytów”, „hipokrytów”, „pozbawionych rozumu” i „szaleńców”.

„Hamas odniósł sukces w ujawnieniu całemu światu czym jest” - pisze czytelnik z Nigerii - „Pokazali, że są bandą pozbawionych rozumu marionetek kontrolowanych z zewnątrz przez maniaków. Skoro dalej mówią o „zwycięstwie,” mimo, że już ponad 800 Palestyńczyków zostało zabitych, to sami pokazują, jak bardzo są obłąkani i pozbawieni rozumu.” Ibrahim z Iranu pyta: „czemu liderzy Hamasu cynicznie wykorzystują cywili i narażają na straty, kiedy sami się ukrywają 500 mil od Gazy albo pod ziemią? Skończcie odpalać te rakiety i miejcie trochę współczucia dla cywili, których narażacie.” Magnai z Mongolii dziwi się „dlaczego Hamas wzywa Arabów do walki z Izraelem? Gdyby Hamas nie wystrzeliwał rakiet na Izrael, to by się nic nie wydarzyło. Dlaczego liderzy Hamasu chowają się w bezpiecznych miejscach i wzywają swoich ludzi do walki do ostatniego człowieka? Skandal. Jeśli chcą, to niech sami umierają. A teraz chcą w swój problem wciągnąć cały arabski świat. Nie wystarczy im krwi niewinnych Palestyńczyków?” Kropkę nad i stawia N. Dias z Arabii Saudyjskiej: „Khaled próbuje zostać kolejnym herosem arabskiego świata, jak kiedyś Saddam Hussein, kiedy powiedział „to jest bitwa, matka wszystkich bitew”. Khaled Meshal może sobie dużo mówić z Syrii, w swoim eleganckim garniturze, kiedy w Gazie umierają niewinni ludzie. Niczego się nie nauczył od Saddama.”

Co myślą w Europie?

Opinia publiczna Zachodu dryfuje w podobnym kierunku, a nawet z podobnych powodów. Strach przed islamizmem spowodował, że zachwiało się tradycyjnie proarabske podejście Europy do konfliktu izraelsko- palestyńskiego. Jak to zauważa Lawrence Wright w rewelacyjnym wykładzie i książce o korzeniach i filozofii Al Kaidy, cichą przyczyną, nie wypowiadaną głośno przez nikogo, jest – zdaniem Wrighta – różna sytuacja muzułmańskiej ludności w USA i Europie. Jego zdaniem Ameryka, z jej tradycją szybkiego wchłaniania kolejnych fal emigracji, chyba jednak prezentuje arabskim Amerykanom jakąś ofertę życia i życiowego awansu; mimo ostracyzmów, jakie ich dotknęły po 9/11 - radykalny islamizm praktycznie nigdy w USA nie zafunkcjonował. Europa z jednej strony proarabska, umożliwiała Arafatowi zakładanie biur na terenie Europy czy nawet organizowała jego ucieczki (francuska marynarka pomogła mu uciec z Tripoli w 1983), ale z drugiej strony swoją sympatię do Arabów zdawała się rezerwować głównie dla tych, co mieszkają poza terenem Europy. Między innymi na tym tle wybuchły zamieszki we Francji, zainicjowane przez arabskich Francuzów w drugim i trzecim pokoleniu, skazanych na życie w gettach, na marginesie francuskiego społeczeństwa. Islam, islamizm, dla ludzi żyjących w poczuciu obcości i odrzucenia, a zarazem nie posiadających żadnych, innych korzeni - stawał się często sposobem na zdobycie jakiejś własnej tożsamości. Także u ludzi wykształconych i także u zadeklarowanych wcześniej ateistów. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania – wszędzie istnieją komórki radykalnego islamizmu, wokół radykalnych przywódców duchowych, ale też na uniwersytetach i w kręgach biznesu. Stąd zdumiewające awantury, połączone z groźbami śmierci, o karykaturę Mahometa w Holandii, albo nieudana próba porwania samolotów w Londynie i wysadzenia ich w powietrze nad Atlantykiem, w wykonaniu ludzi starannie wykształconych i pozornie nie posiadających żadnych powodów do buntu i radykalnych czynów. W tym miejscu godziwie byłoby się zgodzić z Wrightem, który po drobiazgowych badaniach źródeł terroryzmu Al Kaidy formułuje konkluzję, że nie o starcie cywilizacji chodzi, a wykorzenienie i wyobcowanie w obrębie tychże cywilizacji. Wbrew apokaliptycznym wizjom aroganckiego Huttingtona i szalonej Fallaci, ofiarami islamistycznego terroru padło więcej wyznawców islamu, niż chrześcijańskiego Zachodu.

Badania Pew Global Attitudes postaw w konflikcie izraelsko- palestyńskim zdają się świadczyć, że ciche topnienie postaw propalestyńskich dokonuje się w Europie już od pewnego czasu. Ankieta z 2006 wskazywała 38 procent poparcia dla Izraela, co oznacza prawie podwojenie wyniku w ciągu dwóch poprzedzających lat i 10 proc. przewagi nad respondentami wskazującymi poparcie dla Palestyńczyków. W Niemczech sympatię do Izraela wskazało 37 procent respondentów, co oznaczało 13-punktowy wzrost od 2004 roku oraz niemal dwukrotną przewagę nad postawami propalestyńczykami. Karim Bitar z Międzynarodowego Instytutu Stosunków Zagranicznych w Paryżu uważa, że proces ten zaczął się po zamachach na World Trade Center. Francuski intelektualista Dominique Moisi twierdzi wręcz, że europejscy politycy byliby szczęśliwi, gdyby Izrael zniszczył Hamas i na jego miejsce wstawił Fatah, i że widać bardzo wyraźnie, że koncepcja palestyńskiej państwowości właściwie niemal znikła z języka europejskiej polityki na rzecz dyskusji o pomocy humanitarnej i ekonomicznej.

Co myślą w Stanach Zjednoczonych?

Po drugiej stronie Atlantyku odbywa się proces odwrotny. Wraz z wyborem Baraka Obamy pojawiły się dosyć wyraźnie artykułowane nadzieje na ponowne otwarcie negocjacji prowadzących do powstania państwa palestyńskiego. Zbigniew Brzeziński w wywiadzie słynnym w amerykańskiej blogosferze z tego, że zamordował prowadzącego program Joe Scarborough'a stwierdzeniem „You know, you have such a stunningly superficial knowledge of what went on that it's almost embarrassing to listen to you” (na skutek czego jego córka Mika, współredaktorka programu, usiłowała schować się pod stół), przypomniał o przerwanych negocjacjach w Tuba. Zwrot nastrojów dotyczy także amerykańskich Żydów – jak to określają izraelscy publicyści, powoli wyczerpuje się ładunek „naiwnego patriotyzmu”. Możnaby więc zaryzykować stwierdzenie, że obie strony konfliktu palestyńsko – izraelskiego mogą mieć własne powody, by się obawiać długotrwałych trendów i zmian w opiniach publicznych, obie też mogą w tych zmianach dostrzec własne powody do satysfakcji. Robert Marquand z The Christian Science Monitor sugeruje, że obserwujemy zbliżanie się stanowisk po obu stronach Atlantyku. Jeśli tak jest, byłaby to bardzo dobra nowina dla procesu pokojowego, jako że zbliżanie stanowisk ma zawsze pozytywny wpływ na negocjacje. Byłaby to także bardzo dobra nowina dla obu bezpośrednich stron tego konfliktu, gdyż – choć się nazywa konfliktem izraelsko – palestyńskim, ani chwilę takim nie był. To konflikt bliskowschodni, który swoim zasięgiem – i ewentualnymi konsekwencjami – obejmuje miliony ludzi żyjących na obszarze wielu państw Bliskiego Wschodu, i dlatego nigdy nie mógł – i nigdy nie będzie rozwiązany bez mocnego udziału społeczności międzynarodowej. Innymi słowy, pokoju na Bliskim Wschodzie nie będzie, póki społeczność międzynarodowa nie porozumie się co do tego, co o nim myśleć.

Źródła:
Real Face of Hamas, the Murderer Of Palestinians, YouTube video, uploaded 4 sty 2009
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz, Hamas, Fatah, palestyński miraż i wojna, Planeta Terra, 5 styczeń 2009

Khaled Abu Toameh, Iran warns Hamas not to accept Egyptian truce proposal, The Jerusalem Post, Jan 12, 2009

Robert Marquand, Israel finds more sympathy in Europe, The Christian Science Monitor, 08.01.2009

Khaled Abu Toameh, From house arrests to executions - Hamas moves against Fatah 'collaborators' in Gaza. The Jerusalem Post, Jan 4, 2009

Mark Finkelstein, Zbig Brzezinski to Scarborough: 'So Stunningly Superficial, It's Almost Embarrassing To Listen To You', News Busters, 30 gru 2008

Hamas: Gaza war ends peace process, AlJazeera,

Meshaal Intervenes to Stop Hamas-Gaza from Succumbing to a Ceasefire, DEBKAfile Special Analysis, January 10, 2009

piątek, 18 lipca 2008

I kto tu jest polieznym idiotą?

"PiS nie postawił żadnych wyraźnych warunków. Z drugiej strony wiadomo, że koncernu medialnego takiego jak ITI nie da się bojkotować w nieskończoność - to oczywista oczywistość." - pisze Łukasz Warzęcha. Czyżby? Od kiedy to partie negocjują z koncernami medialnymi, przedstawiają swe warunki lub zanoszą do nich podania? To się odbywa inaczej. Jak ktoś nie chce, to do studia nie przychodzi. Jeśli właściciel studia nie chce, to nie zaprasza. Łukasz Warzęcha, wyzywając swoich rozmówców od polieznych idiotów z Olimpu swego dziennikarskiego stołka, jest najlepszym dowodem na to, że środowiskom medialnym w Polsce po prostu odbija się megalomańską czkawką.

Media nie są graczami politycznymi, nigdzie na świecie. Media komercyjne nie mają żadnej misji, oprócz komercyjnej. Nie są również reprezentantami głosu publicznego, czy publicznego sumienia - od kiedy to biznes kierujący się kategoriami zysku reprezentuje jakiekolwiek sumienie, oprócz własnego, i jakikolwiek głos, oprócz własnego? To już prędzej partie maja związek z opinią publiczną, a nie media, dzięki demokratycznym mechanizmom wyborów i członkostwa. Wszędzie na świecie rozmaite media maja swoje profile, sprzyjają bardziej jednym, czasem bardziej innym partiom, ale uważają, żeby nie przesadzić z własnymi inicjatywami w zakresie czarnego pijaru przeciw wrogom swych ulubieńców. To się, u licha, inaczej robi...

Media w USA łatwo dadzą się podzielić na bardziej lewicowe lub bardziej prawicowe, ale ich publicystyka rzadko przypomina monotonne bicie w bęben. W NYT znajdziesz publicystów prawicowych, poważnie traktujących to, co się dzieje w Partii Konserwatywnej, a w WSJ - lewicowych publicystów specjalizujących się we wszystkim, co dotyczy Partii Demokratycznej czy europejskiej lewicy. Nie dlatego, że media amerykańskie są jakoś szczególnie moralne i przejęte własną, informacyjną misją, a ze względu na własny, biznesowy interes. Naprawdę to bez znaczenia dla TVN, że żadna debata w najbliższej kampanii prezydenckiej nie będzie zorganizowana w ich studiu? Żadna w wyborach parlamentarnych? Ich dotychczasową rolę przejmie po prostu Polsat i media publiczne...

Co do PiS, to nie ma sensu dziś prorokować czy, oraz ile na tym stracą; coś stracą na pewno, gdyż zawsze lepiej jest występować w większej ilości programów niż mniejszej. Ale, z drugiej strony, cóż Łukasz Warzęcha opowiada o budowaniu wizerunku PiS w TVN i odbijaniu elektoratu polieznych idiotów? (Swoją drogą, cóż za pogardliwe określenie telewidzów TVN...) Jeśli ma jakiś konkretny pomysł, to niech tej partii podpowie, jak budować wizerunek w programach z Kubą Wojewódzkim oraz jak namówić specjalistów od przekazu wizualnego na portalu ONET (własność tego samego koncernu), by z pliku zdjęć ilustrujących to, co mają do powiedzenia, nie wybierali z regularną monotonią tych z pięknie przypudrowanym Tuskiem i tych ze świecącymi nosami działaczy PiS.

Lukasz Warzęcha zarzeka się, że jego wpis "był zatem tekstem z gatunku analizy praktyki politycznej" i dodaje skromnie o różnicy między nim samym oraz jego dyskutantami: "Uderzył mnie kompletny rozdźwięk pomiędzy istotą mojego tekstu a tymi wywodami. Z jednej strony było pytanie o praktyczne skutki, pytanie z dziedziny prakseologii, z drugiej - patos i emocje." Komentarze TVN w wczorajszych "Faktach" wyglądały na wyprodukowane z głębi takiego samego poczucia skromności. Otóż mecz między dowolną partią polityczną a dowolnym koncernem medialnym w ogóle do dziedziny polityki nie należą. To są różne podmioty, nastawione na różne cele i oceniające własną praktykę wedle wielce odmiennych kryteriów. Być może dzięki bojkotowi TVN PiS przegra najbliższe wybory (choć nie należy przesadzać z szacowaniem wpływów tego koncernu na elektorat jako przemożny). Ale być może im wyszło, że lepiej złamać otaczającą ich czarną propagandę teraz, po to, by zwiększyć szansę na wygraną w wyborach następnych. To również nieprawda, że moment ogłoszenia bojkotu jest niedobry. Wręcz przeciwnie. Koncern ITI ma teraz cale wakacje na ochłonięcie i zastanowienie się nad galopującą zniżką kursu akcji Agory - koncernu, który przed ITI popełnił ten błąd, że się zidentyfikował z jedną opcją polityczną i bił wszystkie inne.. Być może życiu publicznemu w Polsce wyjdzie to na dobre...

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 5 lipca 2008

Zmarl Krzysiek Markuszewski

Z żalem zawiadamiamy, że 2 lipca zmarł

Krzysztof Markuszewski


historyk, dziennikarz, pisarz. Współpracownik opozycji jeszcze sprzed Sierpnia 80. W stanie wojennym redaktor, szef kolportażu i publicysta tygodnika "Miś" oraz "Robotnika MRKS". Drukarz, kolporter, łącznik oraz organizator produkcji ulotek, broszur i pism podziemnych. Współpracownik Radia "Solidarność" i redaktor naczelny "Magazynu Robotnika". Autor artykułów zamieszczanych w wielu pismach i audycji emitowanych w RWE. Krzyś był jednym z założycieli Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Od 2003 roku wchodził w skład Zarządu SWS i był jednym z najaktywniejszych jego członków.

Krzyś był autorem dwu wydanych drukiem powieści i jednej wydanej tylko w Internecie, licznych opowiadań, dokończonych i nie. Jedna z jego powieści, ta, która nigdy nie wyszła drukiem, jest do ściągnięcia w dziele Książki w "Kontratekstach", z którymi długo współpracował, pisując m.in. pod pseudonimem Jan Prowincjusz.

Żegnamy Cię Krzysiu

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 1 stycznia 2005

O nas

Współgospodarzami tego bloga są Józef Dajczgewand- legenda Marca 68 oraz Bogumiła Tyszkiewicz, onegdaj uczestniczka Pomarańczowej Alternatywy. Pisujemy wspólnie nie tylko tutaj. Klikając na jedno z nas na liście autorów trafisz na nasze teksty. Możesz też zobaczyć osobne strony założycieli Planety Terry klikając na Józefa Dajczgewanda lub Bogumiłę Tyszkiewicz. W miarę upływu czasu blog zmierza ku witrynie wielu autorów. Klikając w menu na rss/autorzy możesz zobaczyć naszych stałych współpracowników oraz subskrybować rss bloga każdego ze stałych autorów z osobna. Pełna lista wszystkich autorów wraz z wyszukiwarką ich tekstów jest dostępna w menu bloga (po prawej stronie).


Jeśli chcesz publikować u nas swoje teksty na stałe lub dorywczo, napisz na jeden z adresów email:
boguty@gmail.com, jdatsh@gmail.com

sobota, 15 września 2007

Trzy dziewczynki pod liśćmi paproci

Matka była w takiej desperacji aby uratować swoje dzieci, że trójka z nich zmarła. Ale przeżylo jedno. Człowiek nie chce sobie wyobrażać tej drogi przez Bieszczady, choć obrazy same się pchają przed oczy.
Koci gułag.

Szacunek dla Rokity za jego ostatnie słowa jako polityka. Nim też wstrząsnęło. Ale to nie tylko Rosja. UE milczy, bo dba o regularność dostaw gazu. Uszczelnianie granic UE....

Tylko dlaczego Polacy muszą przeżywać takie horrory?

Racjonalizm bez serca jest straszny. Trzeba się przestać bać wyrazu empatia.

Jedna nawet nie miała butów.
Świeczkę dla każdej
['] ['] [']

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 14 września 2007

Ostatni dzwonek dla SLD żeby wystąpić z LiD

Kiedy okazało się, że łączone wyniki Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony są gorsze, niż przy samodzielnym starcie, Lepper pożegnał się z LiS. Teraz identyczną decyzję musi rozważyć Olejniczak co do LiD. Kwaśniewski okazał się niewypałem. Nie tylko dlatego, że „jego osobista popularność nie przekłada się na wyniki wyborcze LiD”, jak to elegancko ujął Leszek Miller w „Dzienniku” z 13 września 2007, ale też dlatego, że popularność Kwaśniewskiego ostatnio jest naznaczona coraz wyraźniejszym odcieniem negacji także w lewicowym elektoracie. Nie tylko dzięki wywiadowi dla niemieckiego "Vanity Fair", w którym inspiruje inne państwa do interwencji w Polsce. Polityka nie znosi śmieszności. Zły to szef sztabu wyborczego, z którego śmieją się, że nad pracę nad wygraną swojej partii przedkłada zarobienie 100 tys dolarów na kolejny ekstrawagancki zegarek. Na pewno swoim przykładem nie zmobilizuje elektoratu, także przecież posiadającego rozmaite zajęcia, choć może nie tak dochodowe.

W jednym z wystąpień na antenie TVP3 politolog z Uniwersytetu Śląskiego dr Marek Migalski stwierdził, że w tych wyborach spodziewa się wyższej frekwencji niż w ostatnich. Prognozował, że nawet około 48 proc uprawnionych do głosowania może się stawić przy urnach. Nie tylko dlatego, że wyborcy – wbrew ich własnym deklaracjom na rzecz polityki spokojnej i zrównoważonej – lubią polityczne jatki i chętniej skłonią się do stawienia przy urnie dzięki awanturom niż dzięki nudnym, niemedialnym debatom. Migalski spodziewał się też powrotu elektoratu lewicowego, który, jego zdaniem, w poprzednich wyborach został w domach, obniżając ogólną frekwencję, zniechęcony do afer gospodarczych rządu Millera oraz podziału formacji na SDPL i SLD. Zdaniem Migalskiego, elektorat ten ma teraz LiD -jednolite ugrupowanie, na które może głosować, więc do urn wróci. I tu się chyba myli.

Jeśli dzisiaj jakieś napięcia między zwolennikami SDPL a SLD istnieją, to nie są one wynikiem dramatycznych różnic programowych. Wspólny start obu ugrupowań z jednej listy nie budzi światopoglądowych zastrzeżeń, tu Migalski mógłby mieć rację, że taka lista dostałaby wyborczą „premię” za współpracę. Ale inaczej mają się sprawy mariażu SLD z byłą Unią Wolności, która własnego elektoratu już właściwie nie posiada. Elektorat lewicowy, wychowany na antybalcerowiczowskiej retoryce, może nie mieć chęci, by głosować na listę z ludźmi Balcerowicza.

Rafał Ziemkiewicz ironizuje w swoim blogu po konwencji programowej lewicy „Otóż, proszę państwa, mówiono na tej konferencji (przypomnę: programowej) o szeregu bardzo ważnych, konkretnych, programowych postulatów lewicy: normalności, obronie demokracji, przewadze urody działaczy LiD nad działaczami PiS. Ale nie powiedziano ani słowa o sprawiedliwości społecznej, wyrównywaniu szans, podnoszeniu zasiłków etc. Proszę państwa, to był pierwszy w RP zjazd liczącej się partii politycznej bez socjalnej demagogii! Oby wszyscy wzięli z lewicy ten przykład.” Z sumy programów Unii Wolności i SLD wychodzą co najwyżej politycy ładnie opaleni pod kwarcówką. Lewicowemu elektoratowi coraz bliżej do opinii Ziemkiewicza czy Millera, który powiada, że "samo SLD dzisiaj dostałoby tyle samo co LiD, albo nawet więcej głosów", niż do optymistycznej opinii Migalskiego, a o mobilizacji potencjalnych wyborców LiD oraz ich chęci pójścia do urn świadczą najlepiej wyniki badań opinii publicznej, które umiejscawiają tą koalicję na granicy wejścia do parlamentu.

Czas na decyzje się kurczy. Olejniczak stoi przed dramatycznym wyborem. Może brnąć w to, co jest, licząc, że jednak jakoś uda się pokonać próg wyborczy dla koalicji, choć to się wydaje coraz bardziej wątpliwe. Albo SLD może zdecydować się na wystąpienie z LiD i rejestrację własnej listy, którą skonstruuje tak, by dostać od swoich wyborców premię za współpracę, a nie naganę za nijakość. Czy to pozwoli lewicy przetrwać w Polsce? Nie. Bez bardzo radykalnych zmian i tak będzie to ich ostatnia kadencja parlamentarna. Ale liczenie na to, że „jakoś to będzie” może spowodować, że zabraknie nawet tej ostatniej kadencji.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

czwartek, 3 grudnia 2009

Czyż nie do władcy więc państwo należy?

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
Ksenofont, snując rozważania co zrobić z prawomocnym władcą, który zaczyna łamać prawo, pisze: "tyrania to najwyższa władza rządzenia, która nie liczy się ani z wolą poddanych, ani z istniejącym ustawodawstwem, ale jest sprawowana wedle samowoli panującego". Według Ksenofonta i wielu późniejszych myślicieli, rządy większości, którym nie towarzyszy poszanowanie prawa państwowego, uwzględnienie woli obywateli oraz uszanowanie praw mniejszości, to tyrania. Innymi słowy, demokracja tym się różni od tyranii, że demokratyczna większość dobrowolnie "posuwa się", czyniąc na scenie publicznej miejsce tym, którzy nie chcą się z większością identyfikować.

Immanentną cechą demokracji jest metoda consensusu i zasada samoograniczania się większości. W tyraniach obie te zasady są zniesione. To rozróżnienie odnosi się nawet do wojen: dziewiętnastowieczne wojny epoki wiktoriańskiej bywały krwawe, okrutne i niesprawiedliwe, ale cele i zakres wojny oraz dalsze koleje losów jeńców wojennych wyznaczało coś, co by można było nazwać przekonaniem o fundamentalnej wspólnocie ludzkiego gatunku - epoka wiktoriańska przestrzegała Konwencji Genewskich! W wypadkach, gdy je naruszano, elity ówczesnego świata potrafiły nazwać zło - złem. W obu dwudziestowiecznych wojnach, w Holokauście, w Gułagu, w utopiach negatywnych Orwella koegzystencja jako wartość, jako dobro samo w sobie, jest w ogóle nieobecna. Podstawowym, pierwotnym wyborem zbiorowości, narodów, ale i indywidualnych ludzi jest decyzja, jakimi zasadami moralnymi chcemy się kierować: tymi, wywodzącymi się z demokracji, czy tymi, wywodzącymi się z tyranii. Wszystko inne wypływa z tego pierwszego wyboru: społeczeństwa będą otwarte lub zamknięte; w firmie pracodawca będzie stosował mobbing jako technikę zarządzania lub nie; w rodzinie mąż będzie katował żonę i dzieci, lub nie.

W Polsce znów pojawiły się dowcipy polityczne: "Donald Tusk po pijaku powoduje kraksę. Co na to PO? Odpowiedź - Powołuje komisję śledczą do spraw zbadania stanów upojenia alkoholowego wszystkich premierów w Polsce, poczynając od Bieruta". Przewodniczącym parlamentarnej komisji śledczej do zbadania afery hazardowej, w której uczestniczyli członkowie rządu Platformy Obywatelskiej, został Mirosław Sekuła z Platformy Obywatelskiej, bo Platforma ma parlamentarną większość. Zbigniew Wassermann z PiS w brzydki sposób został wyrugowany z prezydium komisji, bo Platforma ma większość (tu Platformie dzielnie sekundował przedstawiciel lewicy Bartosz Arłukowicz, który głosował przeciwko Wassermanowi, odwzajemniając się tym sposobem za wcześniejsze poparcie jego kandydatury do prezydium przez Wassermana i Beatę Kempę z PiS). Następnie Platforma podjęła próbę całkowitego wyrugowania dwojga przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości z komisji, ale im nie wyszło - nie dlatego, że zastanowili się, co czynią, lecz dlatego, że poseł z lewicy już tego nie wytrzymał psychicznie i z większości zrobiła się mniejszość. Aferzysta Zbigniew Chlebowski po krótkim urlopie (twierdzi, że był z rodziną na wakacjach) wrócił do parlamentu, przywitany uściskami rąk innych parlamentarzystów PO i bez cienia zażenowania na pulchnych policzkach oświadczył, że teraz będzie pracował w komisji budżetowej, czyli tam, gdzie wcześniej nabałaganił. Nikt jednak się tym nie przejął, gdyż komisja śledcza dyskutowała właśnie nad urządzeniem konfrontacji szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego z byłym szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariuszem Kamińskim - nie dlatego, że komisja podejrzewa, że Jarosław Kaczyński również uczestniczył w tajnych spotkaniach organizowanych przez Chlebowskiego na cmentarzach i stacjach benzynowych, a Kamiński to ukrył, a dlatego, że Platforma ma w komisji większość. Większościowa pozycja Platformy Obywatelskiej jest często ostatecznym, zamykającym dyskusję argumentem objaśniającym bieg spraw w parlamencie, rozmaitych komisjach i urzędach. "Tak być musi, bo na tym polegają rządy większości w demokracjach" pada z telewizyjnego okienka przynajmniej raz dziennie. Z większościowym przymusem zgadzają się posłowie wszystkich partii, komentatorzy i publicyści z wszystkich opcji, a także, niestety, profesorowie. Do dzisiaj nikt publicznie nie zauważył, że takie większościowe zasady obowiązują nie w demokracjach, a w ustroju bolszewickim, który właśnie dlatego się nazywa tak, jak się nazywa. Wolter pisał "Stale odmawiam krótką modlitewkę 'Boże, ośmiesz moich wrogów.' I dobry Bóg przychylał się do mojej prośby." Największym wrogiem polskich elit są polskie elity, stąd wiadomo, o co się codziennie modlą.

Dzień Święta Nauki 2 grudnia przypadł w 2009 roku na środę. Środek tygodnia, połowa rządów Donalda Tuska, półmetek transformacji ustrojowej. Przemawiając do studentów - stypendystów premier Tusk wspomniał o własnym pokoleniu, którego "szczytem marzeń było wejść do lepszego towarzystwa" - tj. zachodniej cywilizacji. Pochwalił studentów za "wygraną w ich pierwszym wyścigu" (zdobyli stypendia naukowe) i scharakteryzował resztę ich życia jako wyścig - "Będą wam mówić, że sam udział w wyścigu jest wartościowy, ale to nieprawda. Biorących udział w wyścigu trzeba szanować, ale mówię wam, liczy się tylko zwycięstwo. Trzeba zawsze liczyć na to, że się zwycięży. Mówię wam, trzeba walczyć o swoje, a niektórzy z was będą potem przez nas wszystkich podziwiani".Termin "walczyć o swoje" powtórzył kilkakrotnie i z naciskiem. Od powstania Stanów Zjednoczonych przesłania wszystkich amerykańskich prezydentów, wygłoszone do młodzieży w analogicznych sytuacjach, językiem zdecydowanie mniej zmilitaryzowanym, zachęcały raczej nie do walki, a do pracy i uporu w dążeniu do wytyczonych celów, i nie do "walki o swoje" a do dbałości o siebie, o swoją rodzinę i swoją wspólnotę polityczną, która to katagoria w przemówieniu polskiego premiera w ogóle się nie pojawiła, a w wypowiedziach i działaniach innych przedstawicieli Platformy Obywatelskiej pojawia się głównie w formule negatywnej, wykluczającej - a to w apelach o odbieranie babciom dowodów osobistych, żeby nie mogły uczestniczyć w wyborach i głosować na przeciwników PO, a to w rozmaitych zachętach do pastwienia się nad członkami PiS czy uwagach na marginesie wyraźnie dających do zrozumienia, że Prawo i Sprawiedliwość to inny naród niż naród Platformy Obywatelskiej.

Polskie elity nie wiedzą co to Konwencje Genewskie nie tylko w odniesieniu do wojny, ale i w bitwach politycznych, w dyskursie publicznym, w nauce i w obyczajach. Mariusz Kamiński wyleciał z roboty, bo wykrył aferę hazardową, w tym przeciek z kancelarii Donalda Tuska. Dwaj naukowcy z IPN (Cenckiewicz i Gontarczyk) napisali książki, które nie podobają się politykom z PO - problemową o Wałęsie i źródłoznawczą o Aleksanrze Kwaśniewskim. W konsekwencji większość parlamentarna Platformy Obywatelskiej wyznaczy większość członków nowego ciała kontrolującego prezesa IPN i publikacje IPN, zwanego "Radą Instytutu Pamięci Narodowej" oraz wprowadzi ułatwienia do procedury wyrzucania prezesa IPN z roboty. W trakcie konferencji prasowej PO zapowiadającej te zmiany padła też liczba historyków z IPN, którzy nie nadają się do roboty w IPN, oraz uzasadnienie dlaczego się nie nadają: jest ich około dziesięciu, a wylecą za "promowanie wizji historii politycznej", która nie podoba się Platformie Obywatelskiej. Robotę w IPN zapewne zachowają ci historycy, którzy wiedzą, że nie powinno się publikować prac - ani problemowych, ani źródłoznawczych - o tym, że SB odnotowywała niektórych prominentnych uczestników życia publicznego jako agentów. Za to dzięki Platformie Obywatelskiej każdy obywatel będzie mógł zajrzeć do archiwów IPN i osobiście przeczytać, z kim Adam Michnik oraz niżej podpisani uprawiali seks i na co chorowali. Zapewne w imię wolności badań naukowych oraz "odpolitycznienia Instytutu Pamięci Narodowej, długo wyczekiwanego przez społeczeństwo", które w demokracjach zostałoby nazwane raczej mobbingiem sankcjonowanym przez państwo lub wymuszanym przez państwo ekshibicjonizmem - być może rzeczywiście długo wyczekiwanym, ale nie tyle przez społeczeństwo, co przez portal plotkarski "Pudelek", który dzięki inicjatywie ustawodawczej Platformy Obywatelskiej znalazł się właśnie u wrót raju. Politycy PO przedstawiający dziennikarzom projekt tych zmian zaprosili ich do zadawania pytań słowami "także dziennikarzy z Prawa i Sprawiedliwości", co spowodowało, że dziennikarka z TOK FM przed zadaniem pytania zadeklarowała swoją przynależność partyjną, pragnąc zapewne zagwarantować sobie prawo do zadawania pytań Platformie Obywatelskiej także bez wyraźnego zezwolenia ze strony polityków Platformy Obywatelskiej.

Dystans cywilizacyjny między Polską a USA, polskimi a amerykańskimi elitami politycznymi, nie da się wytłumaczyć amerykańską przewagą technologiczną, przewagą w wykształceniu czy bogactwie materialnym. Przeczą temu Indie, kraj biednych ludzi, którzy potrafią to samo, co Europejczycy epoki wiktoriańskiej: wiedzą, co to jest demokracja, a gdy jej zabraknie, potrafią to nazwać tendencją antydemokratyczną. Indyjski noblista Amartya Sen pisze" Rozwój polega na usuwaniu różnego typu zniewoleń, które pozostawiają ludziom niewielki wybór i niewielkie szanse realizacji przemyślanego działania. [...] Wolność ludzka jest zasadniczym celem rozwoju, ale to centralne jej znaczenie jest wzbogacane przez skuteczność, z jaką jedne rodzaje wolności wspierają swobody innych typów." Być może obecną wiekszość w Polsce stanowią ludzie podziwiający Donalda Tuska za to, że w wyścigu do stołka premiera okazał się największym i najbardziej żarłocznym szczurem, ale hipotetycznie przynajmniej powinna istnieć w Polsce i taka mniejszość, która wolałaby go podziwiać za skuteczność w promowaniu swobód poszerzających ludziom zakres ich wyborów życiowych.

W schyłkowych czasach "dyktatury proletariatu" pewien wrocławski robotnik, członek Tajnej Komisji Zakładowej Solidarności, użył terminu "lumpenproletariusz" dla opisania mentalności ówczesnego szefa Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR w jego zakładzie. Jego zdaniem był to człowiek interesujący się wyłacznie przywilejami, znajomościami, talonami na pralki i lodówki, i dlatego niegroźny dla "Solidarności".

- "To tacy ludzie"- powiedział z pogardą - "którzy wychowali się w domach, gdzie zadrukowanego papieru brakło nawet do podcierania tyłka, i którzy sami nie kupili w życiu ani jednej książki". Melchior Wańkowicz do swego polemisty: "Wymieniłem się z panem myślami i teraz czuję pustkę w głowie." Immanuel Kant pisze w tej samej sprawie "nie należy oczekiwać ani pragnąć tego, by królowie filozofowali lub filozofowie zostawali królami, ponieważ posiadanie władzy nieuchronnie niszczy sąd rozumu". Innymi słowy, w wyścigu do "lepszego towarzystwa" czy w "walce o swoje" nie decyduje posiadana wiedza, ilość zdobytych stypendiów naukowych czy przeczytanych książek, tylko inne talenta, których nie idzie wytrenować w trakcie zabiegów o jak najlepsze stopnie w indeksie. Sukces w biegu maratońskim, ale też i w nauce, polega nie na zwycięstwie nad innymi, a na pokonaniu siebie, własnych słabości. Generalizacje są niebezpieczne: Donaldowi Tuskowi może wydaje się, że szczytem marzeń jego pokolenia było wydostanie się z "towarzystwa gorszego" do "lepszego towarzystwa", ale może jakaś mniejszość w jego pokoleniu nie dzieliła ludzkości na towarzystwa gorsze i lepsze, tylko marzyła o wolności dla wszystkich... ktoś przecież napisał "Posłanie do Narodów Europy Środkowej i Wschodniej" i jakaś młodzież to posłanie czytała z wypiekami na twarzy... I tak zapewne jest też w pokoleniu obecnej młodzieży.

Zapolska wyraziła powszechną wśród jej współczesnych pogardę dla drobnomieszczańskich ambicji państwa Dulskich, ale czy rzeczywiście Dulscy są aż tak okropni? Epoka PRL zniszczyła całkowicie uwarstwienie społeczne i sprowadziła całe społeczeństwo do poziomu lumpenproletariatu, dla którego marzenia Dulskich byłyby symbolem awansu społecznego. U schyłku rządów generała Jaruzelskiego jedni pasjonowali się ilością uścisków ręki pierwszego sekretarza, inni emocjonowali się "nazwiskami" u których się osobiście było, by zebrać ich podpis pod listem protestacyjnym. Nie byłoby państwa Dulskich bez przyjemnej epoki wiktoriańskiej, która ich powołała do życia. Wiek XIX to Balzac, Stendhal, Zola, France, Dickens, Henry James, Poe, Mark Twain, Rosjanie - od Gogola do Tołstoja i Czechowa, Polacy - Norwid, Prus, Conrad (ważna część jego życia przypada na wiek XX, ale pisarstwo jest zanurzone w wieku XIX). Dulscy są niezbyt mądrzy, a ich pomysły na życie malutkie, ale to setkom i milionom Dulskich, a nie wielkim pisarzom, wiek XIX zawdzięczał swoją stabilność. Donald Tusk wygłosił swoje przemówienie z zamyślonym obliczem, od czasu do czasu przerywając wypowiedź pełnym namysłu "mmm...". Postawa i ton głosu godny Sokratesa, a plótł trzy po trzy jak potłuczony - co razem składało się na scenę jakby żywcem wziętą z komedii Zapolskiej. Ale on sam i jego partia to bardzo pocieszający dowód, że po dwudziestu latach od transformacji polska tkanka społeczna odbudowała się przynajmniej w warstwie drobnomieszczańskiej, i że czas wspólnot politycznych przełomu wieków XX i XXI biegnie, być może, w odwrotną stronę, niż na przełomie wieków XIX i XX - wtedy od wielkich pisarzy i etyki owocującej Konwencjami Genewskimi świat zmierzał ku totalitaryzmom i powszechnemu mordowi. Teraz oddalamy się od totalitaryzmów - ku epoce wiktoriańskiej? Trzeba przeczekać. A niech Donald Tusk i jego partia "walczą o swoje", na zdrowie. Niech przerabiają Instytut Pamięci Narodowej na konkurencję dla portalu "Pudelek". Niech z tytułu profesorskiego dedukują apolityczną mądrość jego dumnego posiadacza. Demokracji i myśli demokratycznej jest w Polsce tyle, ile u nas mieszczaństwa, bo w ogóle demokracja to mieszczański pomysł, i nie ma co stresować się stanem rzeczy, który jest, jaki jest. Być może, zalew idiotyzmów z szklanego ekranu trochę denerwuje, u Ksenofonta nie idzie znaleźć dobrej rady na sytuację, gdy władzę w państwie zdobywają państwo Dulscy, nie ma też mieszczańskich salonów, gdzie możnaby się odstresować, ale, z drugiej strony, może wystarczy poczekać, a pojawi się Tomasz Mann... tymczasem dedykując zwycięskiej większości ten oto dialog z "Antygony":

KREON: Sobie czy innym gwoli ja tu rządzę?
HAJMON: Marne to państwo, co li panu służy.
KREON: Czyż nie do władcy więc państwo należy?
HAJMON: Pięknie byś wtedy rządził [...] na pustyni.

czwartek, 6 września 2007

Starotestamentowa Polska

To dobrze czy źle, że Polska jako jedyny kraj europejski opowiada się przeciwko ustanowieniu Europejskiego Dnia przeciw Karze Śmierci? - pyta Bogna Janke. Sądząc po odpowiedziach o "urojeniach socjalistycznego eurokołchozu", powinna konsekwentnie zadać swoim respondentom następne pytanie, czy uważają, że Polska jest jedynym państwem w Europie, w którym mieszkają chrześcijanie?

Argumenty, że tylko lewica może być przeciwko karze śmierci, są chyba refleksem jakieś mentalnej i moralnej zapaści, w którą popada polskie społeczeństwo. Kodeks Hammurabiego jest mniej więcej takim samym wyrazem cywilizacji jakości życia, o której ostatnio się wypowiadał obecny papież, jak i oparty na Koranie kodeks republik islamskich.

Przerażające, że w XXI wieku można szukać uzasadnień moralnych dla kary śmierci w Starym Testamencie, spisywanym, mówiąc oględnie, w czasach, które minęły jeszcze dawniej niż czasy, gdy powstawały te fragmenty Koranu, które zalecają kamieniowanie niewiernych żon i podrzynanie gardeł niewiernym.

Nasza odpowiedź na pytanie, które sugerujemy Bognie Janke, brzmi następująco: nie, Polska nie jest jedynym państwem europejskim, w którym żyją chrześcijanie. Przeciwnie, jest jedynym, które przebywa mentalnie w czasach, gdy Chrystus się jeszcze nie narodził. A skoro się nie narodził, to logiczną konsekwencją tego stanu rzeczy jest, że ani jednego chrześcijanina w Polsce nie ma.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 1 stycznia 2005

Józef Dajczgewand

Film "Komandos ze Sztokholmu":

















Kontakt: jdatsh@gmail.com

Galeria
:


Ostatnio zanotowałem sobie w InFormacji:


Archiwum sieciowe

Bazę tekstów z wyszukiwarką pełnotekstową znajdziesz klikając tutaj. Poniżej -- lista z ostatnich paru miesięcy. Przetrzymując dłużej myszkę nad tekstem wyświetlisz początek notki o tekście. Klikając na tytuł obejrzysz materiał, klikając na znak # przejdziesz na notkę o stronie. Jeśli oryginału strony już w sieci nie ma, klikasz na #, wchodzisz na notkę, a tam klikasz na linka "My copy".


czwartek, 3 lipca 2008

Planeta Terra w New York Times

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Dziękujemy wszystkim czytelnikom, to dzięki Wam, Waszym odwiedzinom i systematycznym powrotom automat New York Times'a wrzucił Planetę Terra do polecanych stron w rubryce "Polish Navigator" w kategorii witryn polskojęzycznych na stronie o Polsce (adres poniżej).

Co prawda zamiast tytułu zamieścili nazwisko jednego z autorów, ale gdy zobaczyliśmy, że Gazete Wyborczą wpisali jako "Gazeta Wyzbora" to nam to przestało przeszkadzać. Zorientowaliśmy się w sytuacji tylko z powodu nagłej i znaczącej ilości wkliknięć z USA. Za jakiś czas pojawią się tam inne strony, ale i tak bardzo nam przyjemnie:)

Żeby zobaczyć dowód rzeczowy w formacie .jpg kliknij na zamieszczoną tu miniaturkę. Jeśli większy obrazek będzie i tak za mały, kliknij na niego w dowolnym miejscu, a otworzy się oryginalny format.

http://topics.nytimes.com/top/news/international/countriesandterritories/poland/index.html


Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 8 września 2007

Sun Tzu, sztuka walki

Sięganie po nagą przemoc jest zawsze oznaką końca jakiejś formacji. Tak było z Jaruzelskim. Sięganie po fałszerzy pieczątek i zeznań jest przemocą w warunkach demokratycznych, oznaką końca formacji LiD-GW. Ale to nie zmienia obrazu społecznego, że rozmaite elektoraty istnieją i jakoś się będą organizować.

Dziennik opublikował bardzo interesujące badanie opinii publicznej na temat numerków RP. Respondenci odpowiadali, czy się opowiadają za II, III, IV RP czy może by chcieli V RP. Najwięcej pozytywów było dla V RP, najmniej - dla III RP. I to jest realna sytuacja formacji LiD-GW.

Sun Tzu powiada: szczur, zapędzony do narożnika, będzie gryzł. Nie zapędzaj wroga na pole śmierci. Jeśli go okrążyłeś, otwórz furtkę, przez którą część ucieknie. Przyjmij przysięgę żołnierzy wroga, a po przysiędze traktuj jak swoich. Włącz ich w odbudowę państwa.

Mihnikoidy teraz bronią Stalingradu.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 16 czerwca 2007

Lewicowa racja stanu (tortury).

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

Charles-Maurice de Talleyrand, reprezentant Francji na kongresie wiedeńskim, ostentacyjny wiarołomca, malwersant i łapówkarz oraz symbol politycznego cwaniactwa w obiegowej opinii Francuzów, powiedział kiedyś, że bagnetami można dokonać wszystkiego — nie można jednak na nich siedzieć. Polska lewica udowadnia właśnie, że jest od Talleyranda bardziej wyćwiczona i może, nawet na narzędziach tortur.

Dick Marty z Rady Europy wymienia z nazwiska w swoim raporcie czterech Polaków, jako tych, co wiedzieli i wyrazili zgodę na tajne więzienie CIA w Szymanach, w którym prawdopodobnie torturowano więźniów: byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Marka Siwca, byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, byłego ministra obrony Jerzego Szmajdzińskiego i byłego szefa WSI Marka Dukaczewskiego. Ale to ci dwaj pierwsi wywołują największą burzę.

Dzięki taktyce "Siwiec albo śmierć" deputowanych z SLD Marek Siwiec jest dziś wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego z ramienia Europejskich Socjalistów (PES), przyczyną kuluarowych kłótni między eurodeputowanymi o to, kto się zgodził na taką kompromitację lewicy europejskiej, oraz powodem niemal jawnej uciechy chadeków z upokorzenia lewicy.

W Polsce istnieje już sporo interesujących inicjatyw lewicowych, np. "Krytyka Polityczna" wydała ostatnio "Przewodnik polskiej lewicy". Ale środowisko Sierakowskiego, jak i podobne środowiska, nie ma żadnego wpływu na scenę polityczną. Zresztą, zdaniem eurodeputowanego Józefa Piniora, lewicy parlamentarnej w Polsce w ogóle nie ma. Możnaby się z nim zgodzić. Jej miejsce zajmuje na scenie politycznej LiD i kolejny Polak z raportu Marty'ego - Aleksander Kwaśniewski, z jego żelazną gwardią z rady programowej, czyli, kto wie, może przyszłościowy premier oraz jego ministrowie, o ile uzyskają dobry wynik w wyborach i wejdą w sojusz z PO.

Przy okazji ujawniania szokujących zdjęć z tortur w Abu Gharib okazało się, że fotografie były znane amerykańskim kongresmanom już w 2004 roku, ale wtedy zapadła decyzja o ich utajnieniu. Nie wiemy, jaki jest rzeczywisty stan prac związanych z raportem. Na przykład, czy Marty podawałby do wiadomości publicznej dane wywiadu, gdyby się nimi posługiwał? Wiemy za to, że Dick Marty jest sędzią, i to szwajcarskim sędzią, z ogromnym dorobkiem oraz honorowymi nagrodami, w tym amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości. Jego obecny raport jest drugim, ale niekoniecznie ostatnim. Sędziowie na ogół wiedzą co robią, wymieniając ludzi z nazwiska, a sędziowie szwajcarscy słyną z ostrożności i umiaru.

Komentując wojnę o pierwiastkowy system liczenia głosów Aleksander Kwaśniewski zacytował prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego "Polska jest za wielka, by umierać za pierwiastek" i dodał od siebie: "Czy my - do diabła - mamy być specjalistami od umierania? W Europie będą nas cenić, jeśli będziemy specjalistami od budowania." - A czy będą nas cenić, jeśli zostaniemy specjalistami od tortur? Zdając sobie sprawę z zagrożenia "Gazeta Wyborcza" proponuje w artykule z 9 czerwca pt. "Racja stanu (tajne więzienia)" powołanie komisji złożonej z "niezależnych od władzy ludzi, uznawanych za autorytety przez rozmaite środowiska polityczne w Polsce i - co ważne - za granicą", która ma "sprawę zbadać". Dwie z trzech osób proponowanych przez GW: Dariusz Rosati i Bronisław Geremek - swego czasu głosowały przeciwko przyjęciu raportu komisji PE, a Kwaśniewski wymieniał niedawno Geremka jako swego współpracownika.

To, że osoby wymieniane w kontekście raportu o tajnych ośrodkach CIA w ogóle mogą występować w Polsce jako sztandary lewicy, świadczy, że żelazna obręcz elity z 89 roku jest dalej nienaruszona. Ale i tak jest to mniej szokujące niż tytuł wspomnianego artykułu z Wyborczej.

Dzięki inicjatywie republikanina McCaina torturowanie ludzi zostało oficjalnie uznane za sprzeczne z racją stanu oraz prawem USA. Za to na pewno jest racją stanu w Uzbekistanie, państwie wymienianym na tej samej liście tajnych więzień CIA, co Polska. Ich uosobieniem jest prezydent Karimow, odpowiedzialny za masakrę w Andijan w 2005 roku oraz torturowanie ludzi, polegające między innymi na wrzucaniu więźniów własnych i amerykańskich do basenu z wodą, w którym pływały szczury, przypiekaniu prądem elektrycznym, a także gotowaniu żywcem w wielkim kotle. Czy to zgodne z prawem tego państwa czy nie, to nikogo nie obchodzi. I taki konkretnie wybór mają dziś polskie elity: opinia McCaina co do tego, jaka jest racja stanu własnego państwa, albo opinia Karimowa.

W wyniku ujawnienia sieci tajnych więzień - ponoć przez samych agentów CIA, którzy podrzucili informacje prasie w obawie, że to i tak się wyda, a mogą zostać jedynymi oskarżonymi w tej sprawie - przed Białym Domem pojawiły się pikiety z transparentami "Bush, jak smakuje ludzkie mięso?" Amerykańska opinia publiczna miała wtedy do dyspozycji mniej informacji, niż zawiera raport Marty'ego. Zawsze może być gorzej, niż jest. Oby więc podobne pikiety nie pojawiały się w przyszłości z okazji zagranicznych wizyt polskiego premiera.

mirror: http://autostopem.salon24.pl/19370,index.html

piątek, 24 sierpnia 2007

Taniec chochołów

Tam u nich wszystko jest pseudo... Michnik, pseudomoralista bez zasad. Kwaśniewski, pseudowykładowca bez dyplomu. Frasyniuk, pseudoprzywódca bez partii. Olejniczak, pseudoeuropejczyk bez języków. Elity, twórcy i dzieci III RP, czyli -"republiki demokratycznej - gdzie wszyscy obywatele mieli równe prawa, gdzie obowiązywała niezawisłość sądów powszechnych i Trybunału Konstytucyjnego,.. gdzie kompromis i tolerancja były cnotami, a fanatyzm i mściwość pozostawały w niełasce." Ten nostalgiczny opis Michnika wystarczy w kilku miejscach uzupełnić o "pseudo", a fałszywa nuta przestanie nam brzęczeć w uchu i stanie się w ogóle zrozumiałe, dlaczego wyborcy tak masowo się od tego raju odwrócili plecami.

Właśnie widać, jak Wraca Nowe. Powrot do raju powszechnej tolerancji i braku mściwości wyznacza tytuł artykułu Mirosława Czecha w Gazecie Wyborczej "Musi być sąd nad PiSem". "Patologie PiS-owskiego rządzenia muszą być ujawnione i napiętnowane." - nawołuje autor - "Dobro Polski wymaga, by opinia publiczna poznała prawdę o bohaterach tej opowieści i ich metodach. Dla ukarania winnych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców." Sam język tego tekstu sytuuje się w pobliżu języka propagandy komunistycznej z okresu PRL-u, czyli nowomowy. Dla dobra Polski, w całym okresie istnienia PRL, zawsze należało ujawnić zasłuchanemu ludowi prawdę o wrogich knowaniach sługusów imperializmu, kosmopolitów i burzycieli ładu i porządku społecznego, właśnie dla ukarania innych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców. W zasadzie możnaby rzec, że ujawnianie, piętnowanie i przestrzeganie było głównym zadaniem ówczesnych elit partyjnych i dziennikarskich. Jakie szczęście, że Redakcja Gazety Wyborczej nie posiada piwnic nadających się na więzienia, bo - sądząc po tekście - Czechowi się właśnie w głowie roi, że każdą dłoń uniesioną nad Polską by chętnie odrąbał.

Powrót do raju demokratycznych wartości, republikańskich cnót i skłonnych do poświęceń mężów stanu też już się zaczął. Jak informuje "Dziennik", pseudokomitet wyborczy LiD będzie miał siedzibę w pięciogwiazdkowym hotelu Ritz-Carlton w Waszyngtonie. To stamtąd Aleksander Kwaśniewski, pseudoszef pseudosztabu wyborczego LiD, będzie organizował pseudokampanię wyborczą swojej pseudopartii. Oczywiście, w przerwach między przedpołudniowym zarabianiem 100 tys. dolarów w miesiąc, a popołudniowymi masażami, wizażystkami i lampami kwarcowymi, które zrobią z niego polityka ładniejszego od Olejniczaka.

"Tak jak historyczną zasługą przywódców formacji komunistycznej było przekonanie własnego elektoratu do Polski demokratycznej, rynkowej, suwerennej i prozachodniej, tak ich historyczną winą była tolerancja dla obyczaju zawłaszczenia państwa przez koterie partyjne i milczące przyzwolenie na korupcję."- powiada Michnik. Ale czemu nazywa PiS "formacją braci Kaczyńskich", a formację komunistyczną nie zaopatrza w żadne nazwiska? Kto milczał o koteriach zawłaszczających państwo, a kto te koterie organizował?

Dzisiaj LiD ma 7 proc, ale biorąc pod uwagę jak się do wyborów szykują, w dniu wyborów może się okazać, że LiD nie przekroczy progu wyborczego, bo nawet ich dzieci nie będą chciały na nich głosować bez wysokiego odszkodowania za poniesione z tego tytułu szkody moralne. Rakowski, który wyniósł sztandar PZPR, to jeszcze nic, bo ten sztandar był wart tyle, co i sama PZPR. Ale owym bezimiennym może uda się wejść do historii jako ci, co zamordowali lewicę w Polsce. Bo to mogą być ostatnie wybory, w których zafunkcjonuje jakaś lewicowa lista, nawet taka pseudo.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Hamas, Fatah, palestyński miraż i wojna.

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

Wystarczy kilka godzin, by świecka epoka Gazy minęła bez śladu … dziś kończy się herezja. Dzisiaj walka toczy się między Islamem a niewiernymi i zakończy się zwycięstwem wiary. [Po swoim zwycięstwie] Hamas otworzy ramiona dla [członków] sił bezpieczeństwa, aby powrócili do wiary, gdyż Islam jest szczodry dla niewiernych [którzy się nawrócą]. My dzierżymy prawdę, a oni [reprezentują] fałsz…. jakże byśmy mogli nie walczyć przeciwko tym, którzy zbezczeszczają świętość Allacha, zabijają kleryków i wyprzedają palestyńską sprawę, tym, co bluźnili w domach modlitwy, palili meczety, egzemplarze Koranu i pomoce edukacyjne [do nauczania Islamu], a także zabijali bojowników islamskich? Będziemy prowadzić dialog z tymi [ludźmi] tylko przez celowniki naszej broni” - Kto to powiedział, kiedy i o kim?

Słowa te padły w trakcie zbrojnego przejmowania kontroli nad strefą Gazy, w czerwcu 2007 roku. Wypowiedział je zabity ostatnio w ataku izraelskim na Gazę szejk Nizer Rayan, który często – także w polskiej prasie - bywał opisywany jako “profesor prawa islamskiego” i “uczony”. Niewiernymi, którym obiecywał dialog za pomocą celowników, byli Palestyńczycy z Fatah, a raczej ogólnie, Palestyńczycy opowiadający się za świeckim państwem.

Przemoc wobec Palestyńczyków jest głęboko wpisana w historię Hamasu. Po swoim uformowaniu w 1987 jako zbrojne ramię zdelegalizowanego później stowarzyszenia al-Mudżammat ul-Islami Hamas zajmował się głównie zwalczaniem bardziej pokojowo nastawionych Palestyńczyków, których uznał za przeszkodę w przyszłym dżihadzie przeciwko Izraelowi. Od pobić do tortur i morderstw, rozmaite źródła podają rozmaite szacunki, ale najczęściej powtarza się, że w czasie pierwszej intifady zamachowcy z Hamasu zabili co najmniej kilkudziesięciu Palestyńczyków. Proklamując prymat szariatu nad prawem cywilnym Hamas stosuje chłostę, a czasem zabójstwo za zdradę (także małżeńską), pijaństwo, narkotyki, a także “niemoralne prowadzenie się”. Torturuje nie tylko wrogów, ale i swoich, niewystarczająco posłusznych. Mosab Hassan Yousef, syn jednego z prominentnych liderów Hamasu szejka Hassan Yousef, nie tylko, że tą informację potwierdza, ale twierdzi też, że na własne oczy widział, jak liderzy Hamasu osobiście torturowali członków tej organizacji.

Hamas przejął kontrolę nad Gazą za pomocą około 10 tysięcy bojówkarzy, w tym około 6 tysięcy policjantów z uformowanych przez rząd Hamasu Policyjnych Sił Wykonawczych oraz około 4 tysięcy uzbrojonych członków Brygad Izz al-Din al-Qassam. Siły Hamasu były dobrze wytrenowane w toku niemal dwuletnich szkoleń, zorganizowane w quasi-militarne formacje i znakomicie wyposażone w broń, w tym karabiny snajperskie, wyposażenie noktowizyjne, granatniki, moździerze, środki komunikacji i niezliczoną ilość amunicji. Po drugiej stronie Fatah, lojaliści Abbasa i tamtejsze narodowe siły bezpieczeństwa liczyły razem 60 tysięcy ludzi, ale większość z nich nigdy nie przeszła wojskowego treningu, byli słabo uzbrojeni, głównie w lekką broń i mieli tylko nieznaczne zapasy amunicji. Praktycznie można tą sytuację opisać jako wystąpienie jednostek elitarnych przeciwko cywilom. Dzięki fatwom, edyktom religijnym, które zdefiniowały Fatah jako heretyków i zdrajców, zabijanie Palestyńczyków przez Palestyńczyków stało się możliwe: Hamas traktuje Fatah jako “mortadin”, czyli tych, którzy opuścili Drogę Islamu po śmierci proroka Mahometa. Następca Mahometa kalif Abu Bakr wydał edykt, który nie tylko pozwala, ale wręcz zachęca do zabijania “mortadin”. I to właśnie zapowiadał swoim ziomkom uczony profesor Nizer Rayan. To samo zapowiada statut Hamasu: śmierć Izraelowi, z powołaniem się na Koran i “Protokoły mędrców Syjonu” oraz śmierć mortadin, gdyż Palestyna, która ma powstać w miejsce startego z mapy Izraela, ma być państwem islamskim, w którym obowiązuje szariat.



Pełzająca wojna domowa

Dziennikarze opisujący stan rzeczy wewnątrz Autonomii Palestyńskiej używają oględnych określeń: “konflikt”, “napięcia”, “starcia”, ale w rzeczywistości to długotrwała, pełzająca wojna domowa, która niekiedy wybucha gorętszym płomieniem, i w której rannych nie liczy nikt, a liczba zabitych jest co najmniej dwukrotnie wyższa, niż od początku nalotów izraelskich na cele Hamasu w Gazie do chwili obecnej. Szóstego czerwca 2007 roku agencja Reuters podała, że od zwycięskich dla Hamasu wyborów w styczniu 2006 w wyniku walk wewnętrznych zabito 616 Palestyńczyków. Roczny raport Palestyńskiej Niezależnej Komisji Praw Obywatelskich z siedzibą w Ramallah za rok 2006 podaje, że w walkach frakcyjnych zabito 345 Palestyńczyków, a w pierwszych pięciu miesiącach 2007 kolejnych 271. Raport za 2007 tejże komisji, przemianowanej tymczasem na Niezależną Komisję Praw Człowieka, już prawie w całości poświęcony jest dramatycznym konsekwencjom konfliktu Hamas – Fatah. Jego autorzy oceniają, że był to najgorszy rok z dotychczasowych dziejów Autonomii Palestyńskiej. Zapewne w raporcie o roku 2008 napiszą, że jednak może być jeszcze gorzej.

Żadna ze stron tego konfliktu nie ma czystych rąk, nie tylko Hamas, ale i Fatah ma swoją niechlubną historię, ale wydaje się, że podejście do procesu pokojowego, a przede wszystkim wizja przyszłego państwa palestyńskiego dzielą ich naprawdę. Niemniej do animozji politycznych między Hamasem i Fatahem systematycznie dopisywano zwyczajne rachunki krzywd i wołania o pomstę. Dobrym przykładem takich cyklicznych, wzajemnych rewanżów i przemocy, charakteryzujących pierwszą połowę 2007 roku, są wydarzenia z drugiej połowy stycznia w obozie dla uchodźców w Jabalya, kiedy to eksplodująca na poboczu drogi bomba poraniła siedmiu członków przejeżdżającego tamtędy Hamasu. W odwecie już kilka godzin później Hamas odpalił rakiety na dom Nabila Jarjir z Fatah. Kiedy rannego mężczyznę sąsiedzi wieźli do szpitala, rajderzy Hamasu zatrzymali ich auto i zabili Jarjira strzałem w głowę. I znowu, nim upłynęła godzina, pojawiło się oświadczenie “Ci, co zabili Jarjija, zostaną ukarani”..

Ale najgorsze wydarzyło się w połowie roku i później. 15 maja rozpoczęła się pierwsza tura tego, co się dzieje teraz: na ponad 200 rakiet wystrzelonych z terenu Gazy Izrael odpowiedział atakiem z powietrza. Wcześniej Hamas przeszmuglował do Gazy ogromną ilość broni, w tym ręcznej, która miała być użyta przeciwko Izraelowi, ale spora jej część została użyta przeciwko Palestyńczykom. W ciągu tylko 4 dni najgorętszych walk w czerwcu 2007 roku zginęło co najmniej 116 osób, a 550 zostało rannych. W listopadzie 2007 roku ustawieni na dachach domów, uzbrojeni w broń maszynową bojówkarze Hamasu otworzyli ogień do 200-tysięcznego tłumu przybyłego na zorganizowany przez Fatah miting upamiętniający trzecią rocznicę śmierci Arafata. Zabito co najmniej 6 osób, raniono ponad 80, a jakaś liczba osób została stratowana w trakcie panicznej ucieczki. W sierpniu 2008 w obozie uchodźców Sadżaija policjanci Hamasu otoczyli zabudowania klanu rodzinnego Heles, sympatyzującego z Fatahem. W wyniku starcia zginęły 4 osoby, a co najmniej 30 osób cywilnych, w tym dzieci, zostało ranne lub ciężko ranne. 1 stycznia 2008 rozpoczął się od ośmiu osób zabitych w walkach Hamasu z Fatahem; lista ofiar starć wewnątrzpalestyńskich wydłużała się stale aż do wybuchu obecnej wojny w Gazie i nawet wtedy nie została zamknięta.



Rok 2007 – najgorszy w historii Autonomii Palestyńskiej

Do 345 Palestyńczyków zabitych w walkach frakcyjnych w 2006 roku, kolejny doroczny raport Palestyńskiej Komisji Praw Człowieka dodaje kolejnych 585 zabitych w roku 2007, w tym 346 bezpośrednio w trakcie walk frakcyjnych, co razem daje 691 osób zabitych w walkach Hamasu z Fatahem tylko w ciągu dwóch lat - z czego niemal wszyscy zostali zabici na terenie Gazy, a aż 190 w czerwcu 2007, a ponad 900 ogółem. W liczbie dotyczącej 2007 roku 529 osób zostało zabitych od kul lub środków wybuchowych, Wśród zabitych było 87 dzieci i 45 kobiet, w tym 18 kobiet zabitych w tak zwanych “honorowych zbrodniach” (zabójstwo kobiety w przekonaniu, że naruszyła honor rodziny, dobre obyczaje, etc). Raport podaje kolejnych 41 przypadków śmierci z powodu “niedostępności zasobów bezpieczeństwa publicznego” co prawdopodobnie oznacza brak pomocy medycznej dla osób rannych lub chorych oraz kolejnych 11 “zaginięć obywateli z nieznanych przyczyn”. Kolejnych 5 stwierdzonych przypadków śmierci miało miejsce w instytucjach bezpieczeństwa na terenie Gazy i West Banku, w tym 2 przypadki śmierci z wysokim prawdopodobieństwem w wyniku tortur i okrutnego traktowania na terenie Gazy. Komisja otrzymała ogółem 491 zażaleń na naruszenie prawa obywateli do fizycznego bezpieczeństwa, najczęściej na okrutne traktowanie czy tortury w trakcie zatrzymania lub śledztwa, co jest najwyższą liczbą tego rodzaju zażaleń od 1996 roku.

Nieznana jest liczba rannych w tym czasie oraz trwale okaleczonych. Walki toczono za pomocą każdej dostępnej broni, z zamachami bombowymi włącznie, przez obie strony konfliktu. Przede wszystkim w czerwcu 2007 “popełniano bardzo poważne naruszenia praw człowieka, szczególnie przeciwko prawu do życia i fizycznego bezpieczeństwa, prawa rannych i chorych do ochrony i opieki medycznej oraz prawa do wolności osobistej” – podaje Raport na stronie 50 - “Miały także miejsce zabójstwa pozasądowe, traktowano ludność cywilną jako cele i używano ją jako żywych tarcz, a w trakcie operacji zbrojnych używano cywilnych konstrukcji, takich jak domy mieszkalne.” Raport nie podaje ilości tego rodzaju incydentów, ale musiało ich być wystarczająco wiele, by w jednym z zaleceń dla władz palestyńskich znalazło się i takie: “Rozwinąć specjalne standardy co do otwierania ognia przez członków rozmaitych sił bezpieczeństwa w celu zwalczania intensywnego używania siły w odniesieniu do cywili”. Szczególnie przed przejęciem władzy przez Hamas, o wypadki śmierci w wyniku starć zbrojnych można oskarżać obie strony, do pewnego stopnia również i później, choć stroną kontrolującą sytuację jest niewątpliwie Hamas.

Oprócz zabójstw miały też miejsce przypadki terroru psychicznego, ograniczanie praw i wolności obywatelskich. W tym względzie sytuacja pogorszyła się na obu terytoriach palestyńskich, choć dużo poważniej na terenie Gazy. Rząd Hamasu zakazał członkom Fatah noszenia broni w miejscach publicznych. We wrześniu w miejsce dotychczasowej Najwyższej Rady Sądownictwa powołał Najwyższą Radę Sprawiedliwości w Strefie Gazy, co w ograniczyło jurysdykcję sądownictwa Autonomii tylko do West Bank. Wymieniano też istniejące kadry wymiaru sprawiedliwości, szczególnie na najwyższych stanowiskach, przez co, oraz ze względu na zamachy, w drugiej połowie roku sądy Gazy i jej prokuratury w ogóle przestały działać, a los osób zatrzymywanych poważnie się pogorszył: często aresztowań dokonywały instytucje, które w ogóle nie mają uprawnień, wielu zatrzymanym nie podawano powodów zatrzymania, wielu stawiano fałszywe zarzuty kryminalne, wielu uniemożliwiano komunikacje ze światem zewnętrznym, w tym rodzinom i adwokatom. Osoby przetrzymywano nie tylko w przeznaczonych do tego celu aresztach i więzieniach, ale w rozmaitych pomieszczeniach służb bezpieczeństwa i militarnych. Dokładna liczba tych miejsc nie jest znana. Przeszukiwano osoby i pomieszczenia, w tym pomieszczenia mieszkalne, bez nakazu lub przez instytucje do tego nie przewidziane.

W 2007 roku palestyńskich dziennikarzy zatrzymywano, bito, napadano, a nawet zabijano. Media były używane do szerzenia nieprawdy lub szkalowania osób publicznych. Instytucje akademickie, kafejki internetowe, sklepy sprzedające kasety video i CD były wysadzane w powietrze. Ogromna ilość takich incydentów spowodowała, że organizacja Reporterzy bez Granic umieściła Autonomię Palestyńską (Gaza i West Bank, jako całość) na 158 miejscu wśród 169 krajów indeksu mierzącego poziom wolności prasy i wolności słowa.

Nagminnie naruszano też prawo do wolności zrzeszania się i zgromadzeń: atakowano pokojowe zgromadzenia i przemarsze, wesela, stowarzyszenia, organizacje społeczeństwa obywatelskiego, związki zawodowe i biura partii politycznych. Popełniano przestępstwa przeciwko wolności wyznania, atakując meczety, kościoły chrześcijańskie i miejsca modłów innych wyznań. Znacząca liczba obrońców praw człowieka, tak osób indywidualnych, jak i organizacji (w tym także autorzy omawianego tu raportu), została poddana intensywnym prześladowaniom: grożono im bronią, konfiskowano sprzęt, dokumenty, a nawet karty identyfikacyjne, fabrykowano przeciwko nim rozmaite oskarżenia, zakazywano wstępu do ośrodków zatrzymań lub grożono, że już z nich nie wyjdą, organizowano przeciwko nim kampanie publiczne i snuto podejrzenia.



W trakcie wojny z Izraelem

Palestyńczycy przywitali dzień 1 stycznia 2008 roku śmiercią ośmiu osób zabitych w walkach Hamasu z Fatahem, a 1 stycznia 2009 roku zabitymi i rannymi w wyniku izraelskiej akcji wojskowej. Ale to wcale nie znaczy, że walki wewnętrzne ustały, przeciwnie - od początku operacji wojskowej Izraela milicja Hamasu nasiliła prześladowania członków Fatah, którzy podają, że co najmniej 75 członków tej organizacji zostało postrzelonych w nogi, podczas gdy innym połamano ręce. Strzał w nogi był specjalnością Hamasu już w trakcie zdobywania władzy w Gazie: przestrzeliwano kolana bronią przystawioną do nogi pod specjalnym kątem, aby mieć pewność, że ofiara już nigdy nie będzie chodzić. Tak został potraktowany np. Wisam Abu Jalhoum z obozu Jabalya, który nieostrożnie wyraził zadowolenie z ataków powietrznych Izraela na cele Hamasu.


Fahmi Za'arir, rzecznik Fatah z West Banku, oskarżył Hamas o wykonanie egzekucji na nieznanej liczbie więźniów z Fatah oraz o zastrzeleniu na ulicy co najmniej dwóch członków Fatah przez milicję Hamasu, zaraz po wypuszczeniu ich z więzienia. Zabici nazywali się Nasser Muhana i Saher al-Silawi. Członkowie Fatah, którzy poszli na ich pogrzeb, zostali w konsekwencji mocno pobici przez hamasowską milicję, oskarżającą ich o kolaborację z Izraelem. Potwierdza się również informacja o zabijaniu więźniów. Źródła zbliżone do Hamasu podały w ten weekend, że wykonano egzekucje na co najmniej 35 Palestyńczykach przetrzymywanych w rozmaitych instalacjach wojskowych Hamasu, zatrzymanych na podstawie podejrzeń, że mogą kolaborować z Izraelem. Źródła te cytowały liderów Hamasu mówiących, że decyzja o zabiciu podejrzanych o współpracę z Izraelem zapadła z powodu obaw, że Izrael może spróbować ich uwolnić podczas ofensywy lądowej, i że na co najmniej połowie z nich wyrok wykonywali krewni milicjantów Hamasu zabitych w atakach powietrznych Izraela na skutek informacji przekazywanych Izraelowi przez “kolaborantów”.

Przedstawiciel Hamasu z miasta Gazy oświadczył, że istotnie siły bezpieczeństwa podjęły “szeroko zakrojoną akcję prewencyjną, zmierzającą do uniemożliwienia Fatahowi siania anarchii i chaosu” oraz potwierdził, że wielu członków Fatah zostało postrzelonych w nogi, “by mieć pewność, że nie pomogą Izraelowi”. Dodał, że wg. informacji docierających do jego rządu, prezydent Mahmoud Abbas instruuje swoich lojalistów, aby podjęli działania przeciwko Hamasowi: “Zabijemy ich wszystkich jeśli spróbują pomóc Izraelowi obalić nasz rząd. Publicznie powiesimy Mahmouda Abbasa i [byłego szefa bezpieczeństwa Fatah] Muhammada Dahlana jeśli spróbują wjechać do Gazy na izraelskich czołgach”. Według Hamasu Fatah jest winien podwójnie: zdradzili religię, a teraz zdradzają Gazę. Oficjele i sympatycy Hamasu publicznie oskarżają już nie pojedyńcze osoby, a Fatah jako całość, o spiskowanie z Izraelem, włącznie z koncepcją, że atak izraelski został cichcem uzgodniony przez Izrael i władze z West Banku, a jego celem jest przywrócenie władzy Abbasa nad Gazą.

W ramach akcji prewencyjnej na kilkudziesięciu kolejnych członków Fatah nałożono areszt domowy z obawy, że mogą wykorzystać sytuację dla odzyskania kontroli w Gazie. Decyzja o areszcie domowym została wydana przez wzbudzający największy strach “Aparat Bezpieczeństwa Wewnętrznego”. Ogólna liczba Palestyńczyków zabitych, ranionych i okaleczonych w wyniku “działań prewencyjnych” nie jest znana i prawdopodobnie już nigdy nie zostanie poznana, gdyż z dużym prawdopodobieństwem można spodziewać się, że ofiary te zostaną dopisane na konto Izraela.

W czasie, gdy Hamas aresztuje członków Fatah, policja West Banku pozwala na demonstracje solidarności z Palestyńczykami z Gazy, ale aresztuje natychmiast wszystkich próbujących rozwijać białozielone flagi Hamasu lub wznosić okrzyki popierające Hamas. “Fragmentaryzacja ruchu palestyńskiego naprawdę frustruje populację” – mówi Qais Abdul Karim z West Banku, członek Palestyńskiej Rady Legislacyjnej, który nie należy ani do Fatah, ani Hamasu - “Nie ma jedności w ruchu narodowym i nie ma jedności na ulicy. Te ataki [izraelskie] tylko pogłębiły podziały. A powinno być odwrotnie.” Być może to owa frustracja jest powodem, że palestyńskie protesty poza strefą Gazy były słabsze, niż się spodziewali analitycy.

Państwo palestyńskie nigdy nie było tak wielkim mirażem, jak teraz. I to nie dlatego, a przynajmniej nie tylko z powodu Izraela…


źródła:

The Status of Human Rights in Palestine, 2007. 13‘th Annual Report, Niezależna Komisja Praw Człowieka, Ramallah, 2008.

Ronny Shaked, Gaza clashes are over values, way of life and future Palestinian identity, YnetNews, 02. kwiecień 2007

Palestinian Public Opinion Poll No (30), Palestinian Center for Policy and Survey Research (PSR), 3-5 grudzień 2008

Khaled Abu Toameh, Palestinian Affairs: Touted as traitors, The Jerusalem Post, 1 styczeń 2009

Son of Hamas Leader Gives Glimpse Into Terror Organization, Fox News, 3 styczeń 2009

Khaled Abu Toameh, Hamas moves on Fatah 'collaborators, The Jerusalem Post, 4 styczeń 2009

Griff Witte, Fatah, Hamas division widens, The Pittsburgh Post Gazette, 4 styczeń 2009

Muslims Against Sharia. Islamic Reform Movement - blog