piątek, 24 listopada 2006

Józef Pinior: Soros w Brukseli zachwycał się Unią, źle mówił o Rosji

Filozof i finansista, jeden z najbogatszych ludzi na Ziemi, z błyskiem w oku mówi spokojnym głosem o swoich sukcesach i porażkach, o tym, że czuje się jako Amerykanin patriotą europejskim i dostrzega w Unii Europejskiej model dla Globalnego Społeczeństwa Otwartego.

Określa siebie jako "bezpaństwowego męża stanu" i uderza swoją młodzieńczością. Patrzę z podziwem, na tle starych mebli w Hotelu Renaissance w Brukseli, parę kroków od Parlamentu Europejskiego, na energię tego 75-letniego uchodźcy z Europy Środkowowschodniej. Mędrzec. Słowo właściwie już nie używane w dzisiejszej polszczyźnie.

No bo kogo nazwiemy dzisiaj w Polsce mędrcem, bez narażenia się na śmieszność, albo na gorszące spory czy rzeczywiście dana osoba zasługuje na to określenie? Soros podziwia Unię Europejską, czuje się w rozmowie, jak bardzo zawiódł się na Rosji. Mówi bez ogródek, że Rosja staje się państwem autorytarnym, w którym państwo przez ogromne fundusze próbuje podporządkować sobie organizacje społeczeństwa obywatelskiego.

Niby organizacja jest społeczna, nie mająca nic wspólnego z instytucjami rządowymi, a tak naprawdę prowadzona przez ośrodek prezydencki. Przestrzega przed taktyką Gazpromu w Azji Centralnej. Znowu, firma jest kapitalistyczna, ma w nazwie "Uzbek" czy "Kazach", ale większościowe udziały są w rękach firm prywatnych reprezentujących interes Kremla.

Soros przeznaczył na ratowanie nauki i naukowców w Rosji na początku lat dziewięćdziesiątych 100 milionów dolarów. International Science Foundation, która operowała tym funduszem wypłaciła ponad 25 tysięcy grantów 500-dolarowych naukowcom w Rosji. To były pieniądze na przeżycie, które jak obliczono, wystarczały wtedy, w czasach hiperinflacji w Rosji na utrzymanie rodziny przez okres mniej więcej roku. Pozostała reszta funduszu została przeznaczona na projekty badawcze.

Ma świadomość, że czynił dobro. Wie także, że wiele razy przegrał. Lubi powtarzać za Kowaliowem: "całe swoje życie walczyłem o stracone sprawy". Zawsze powołuje się na swojego ojca i Karla Poppera. Pamiętam jak go poznałem w 1993 r., w Szkole Nauk Społecznych prof. Amsterdamskiego w Polskiej Akademii Nauk. Mówił wtedy o swoim ojcu, o esperanto, o marzeniach i wizjach tamtego pokolenia. I Popper, mistrz, którego książka "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" ukształtowała go na całe życie. Relacja pomiędzy Popperem i Sorosem, jak w szkołach filozoficznych w starożytności.

"Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" dotarło do mnie po raz pierwszy w podziemiu, wiosną w 1982 r. Adam Lipiński, który wtedy prowadził grupę wydawniczą w ramach Regionalnego Komitetu Strajkowego, zgłosił się do mnie, że ma coś ekstra, właśnie Poppera, że ma filozofów, profesjonalnych tłumaczy i że chce to wydać, i powinno to być sfinansowane z podziemnych 80 milionów Solidarności.

Rzecz jasna byłem zapalony do tego pomysłu. To był czas, kiedy nikomu z nas nie przyszło do głowy, że będziemy politykami z zawodu, raczej realizowaliśmy swoje pasje intelektualne, pragnęliśmy doprowadzić do demokratycznego przełomu, bardziej myśleliśmy o świecie w kategoriach Arendt czy Poppera, walki totalitaryzm-demokracja niż walki wyborczej o miejsca w parlamencie, i do tego jeszcze z różnych ugrupowań politycznych. Otrzymałem pierwsze przetłumaczone rozdziały. Oczywiście nie znałem nazwisk tłumaczy, nie wiem do dzisiaj, czy to było tłumaczenie, które potem wyszło w serii klasyki filozofii PWN. Jakkolwiek by było, zgromadziłem dzieła Platona, oryginał Poppera i jeszcze jego inne książki, i właśnie te przetłumaczone rozdziały, aby spędzić na tym miesiąc kompletnie odcięty od świata. Pragnąłem się zanurzyć w filozofii, przemyśleć parę problemów, wrócić do kwestii, którymi żyłem przed wybuchem Solidarności. To nie było możliwe przed końcem sierpnia.

Lato to był gorączkowy okres, przygotowywanie do strajku generalnego, nieustanne spotkania z aktywem, podziemnym i nadziemnym. Szaleństwo konspiracji. Z Władkiem Frasyniukiem, Basią Labudą i Piotrkiem Bednarzem przyjęliśmy taką zasadę, że kontaktujemy się jedynie w sprawach najważniejszych, stykamy się jak najmniej, aby aresztowanie kogoś z nas nie doprowadziło do aresztowania reszty.

31 Sierpnia 1982 r. prawie powstanie we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku, ale reszta kraju raczej spokojna, bez większych akcji, które mogłyby wymusić na władzy ustępstwa. Stało się dla nas jasne, że nie będzie przesilenia, że czekają nas miesiące, może lata w podziemiu i w konspiracji.

Pomyślałem, czas na Poppera. Hrabia Latalski, znalazł mi w głębokiej konspiracji mieszkanie u górali w jednej z wsi wokół Zakopanego. Latalski, człowiek AK, jeden z najciekawszych ludzi, jakich poznałem w życiu, pełen pogardy dla PRL ale otwarty, chłonny świata, intelektualista ufał tylko góralom, środowisku, które świetnie znał z przedwojennego, elitarnego liceum dla chłopców. Książki pojechały osobno, gospodarze wiedzieli, że przyjeżdża ktoś z Warszawy popracować w spokoju naukowo. Parę dni później, o ile dobrze pamiętam 5 września, w nocy, w czasie sprawdzania tekstu Platona do tekstu Poppera włączyłem radio, Wolną Europę i usłyszałem o aresztowaniu Frasyniuka. Wiedziałem, że z Wrocławia jest w drodze po mnie auto, bo taki był scenariusz specjalnej grupy operacyjnej obliczony właśnie na taką sytuację. Spakowałem wszystkie książki do osobnej walizki. Wziąłem ze sobą rzeczy osobiste i te tony notatek, które robię zawsze przy okazji czytania tego typu dzieł. O świcie na drodze do Wrocławia, miałem świadomość, że coś już się bezpowrotnie skończyło, że nie ma odwrotu od polityki, że tezy Poppera trzeba teraz przełożyć na walkę, odpowiedzieć na cios ciosem, udowodnić, że Solidarności, jak wtedy, na naszych ulotkach, nie da się upokorzyć i zniszczyć.

Patrzę teraz w Hotelu Renaissance jak Soros szykuje się do skoku po moim pytaniu o nowe przywództwo Partii Demokratycznej, po ostatnich wyborach w USA. Tak, to go najgłębiej porusza, jego głos staje się bardziej zdecydowany, nie jest już głosem filozofa, raczej męża stanu, który poszedł na wojnę z prezydentem Ameryki. Filozofia i polityka. Następna runda. Wybory prezydenckie w 2008 r. Nasze czasy.

środa, 22 listopada 2006

Koniec historii czy koniec sekularyzmu? (fragment)

Koniec historii celebrowano w XX wieku dwukrotnie, za każdym razem, kiedy upadał system totalitarny. Raz po II wojnie światowej, drugi raz w latach 1990tych. Intelektualiści pisali, że nastąpił koniec ideologii faszystowskiej i komunistycznej - przekonani, że zaraz nadejdą czasy pragmatyzmu, w których polityka stanie się przedmiotem debaty, argumentu i rozumu, a nie wiary, projekcji czy totalnych wizji. Po upadku Bloku Wschodniego wydawało się, że czasy polityki ideologicznej skończyły się na zawsze.

Ale predykcje te okazaly się fałszywe. Świat sprawia niespodzianki. Nadzieja, nawet nazwana przewidywaniem, dalej pozostaje tylko zbiorem życzeń adresowanych do świata, a świat tych życzeń wcale nie musi spełniać. Ludzkość obciąża jej przeszłość - to trochę tak, jakby informacja raz wytworzona przez Człowieka, nie znikała już nigdy, zawsze gotowa do nowego zastosowania. Wiedza o tym, że totalitaryzm jest możliwy, odmieniła ludzkość, choć ona nie chce o tym pamiętać. To jest pierwsze źródło niespodzianek.

Drugim źródłem są emocje związane i budzone przez przypadki, zdarzenia losowe. Nie kontrolujemy własnych emocji, zaskakują nas z równą siła jak i świat zewnętrzny. Nie tylko się z tymi niespodziankami godzimy, ale nawet nie chcemy poddać własnych emocji władzy rozumu. Być może w polityce bylibyśmy bardziej pragmatyczni, kontrolując własne emocje, ale co by się stało z zakochiwaniem od pierwszego wejrzenia? Seksem? Irracjonalną i bezwarunkową miłością rodziców i dzieci?

Trzecim źródłem niespodzianek jest arbitralność własnych preferencji i upodobań, także upodobań intelektualnych. Ekspansja ludzkiej wiedzy w niczym nie przypomina darwinowskiego modelu rozwoju, w którym z małpy, poprzez stałe ulepszenia, w końcu otrzymujemy homo sapiens. Podobnie mylne jest postrzeganie jej poprzez tradycję jako żródło i przyczynę ciągłości. Rozwój cywilizacji prędzej się daje opisać jako ciąg katastrof. Po każdej z nich świat jest zupełnie inny niż przedtem i inne w nim obowiązują mechanizmy.

Mamy dowody przed oczami. Przepisy miejskie Londynu zawierają mnóstwo anachronizmów wynikających z fałszywych predykcji, których fałszywość polegała dokładnie na tym, że warunki bieżące traktowane były jako podstawa ekstrapolacji w przyszłość. W przedywaniach zarówno utopijnych jak i dystopijnych miało być tak samo jak teraz, tylko więcej. Rozsądnym przewidywaniem w XIX wieku wydawało się że ludzi będzie więcej, i w związku z tym więcej będzie się przemieszczać z miejsca w miejsce. Dlatego, przewidując kłopoty, jakie wynikną z gór nawozu końskiego zanieczyszczającego ulice w wieku XXstym, urzędnicy miasta Londynu tworzyli plany jego utylizacji, a potem, gdy pojawiły się pierwsze automobile, przepisy, aby przed samochodem biegł goniec z chorągiewką, co miało uprzedzać właścicieli dyliżansów, że ich koń może się zaraz spłoszyć na widok warczącej i śmierdzącej maszyny z wariatem za kółkiem. Tymczasem przydarzyła się katastrofa i samochody opanowały świat.

Czwartym źródłem jest mylenie rozsądku i rozumu. Człowiek rozsądny korzysta z własnych i cudzych doświadczeń, i na tej podstawie organizuje swoje życie. Ale już nie jest rozumnym osąd, że tych doświadczeń wystarczy, by kontrolować przyszłość, choćby tylko wyobraźnią. Rozumnym zachowaniem jest przygotować się na niespodzianki.

Piątym źródłem niespodzianek jest nasz antropocentryzm. Wszystko, co badamy, prędzej czy później się do nas upodabnia, bo badając świat, projektujemy na niego siebie samych, nasze zmysły i nasze zdolności postrzegania. Wszyscy bogowie są antropoidalni, niekoniecznie postacią, ale moralnością i motywacją. Nadczłowiek Nietschego jest w rzeczywistości tylko współczesnym mu człowiekiem, wzbogaconym o więcej, którego to więcej okazuje się być na tyle dużo, że nadczłowiek pokonuje Boga. Paradoks polega na tym, że zarówno Bóg jak i Człowiek są jedynie bohaterami opowieści toczącej się w umyśle filozofa, jego projekcjami na sferę własnej niewiedzy, a ta bitwa odbywa się tylko w jego umyśle, bez większego związku z nie tylko z światem zewnętrznym, ale nawet z tym, co w jego własnej, wewnętrznej sferze niewiedzy może być. Filozof, nieporadny w poznawaniu siebie, projektuje świat....

Jeśli niespodzianka jest osnową historii, to jej wątkiem - paradoks. Nie przez przypadek "Koniec historii" Francisa Fukuyamy i "Starcie Cywilizacji" Huntingtona - dwie książki, prezentujące diametralnie różne, sprzeczne wizje dnia dzisiejszego i przyszłości - ukazały się w latach 1990tych w dystansie mniejszym niż trzy lata między obiema publikacjami. Obie, ta dystopijna i ta utopijna, zostały równie entuzjastycznie przyjęte przez opinię publiczną, obie też stały się intelektualnymi bestsellerami.

Epokę lekkoducha Clintona możnaby przyrównać do czasów międzywojnia, kiedy opinia publiczna, wyczerpana kryzysem gospodarczym i pamięcią o horrorze I wojny światowej, zatonęła w marzeniach produkowanych w hollywoodzkiej "fabryce snów". Również po upadku komunizmu ludzkość zapadła w marzycielski sen o liberalnym dobrobycie i powszechnej, szczęśliwej przyszłości. Realnych powodów do samozadowolenia aż tak wiele nie było: Blok Wschodni zawalił się sam, a żaden inny światowy problem nie został załatwiony. Polska wstąpiła do NATO, ale raczej sama sobie to zawdzięcza i niezdecydowaniu Rosji, niż jakiemuś szczególnemu zapałowi czy wizji strategicznej Zachodu. Nie udały się nawet reformy ONZ, która to instytucja do dzisiaj jest zamrożona w swej ewidentnej, zimnowojennej indolencji decyzyjnej i finansowej. Ale tym chętniej zachodni intelektualiści pisali, że "trzecia fala demokratyzacji" w Europie Środkowej i Afryce jest bezpośrednim sukcesem Zachodu, a nie tamtejszych społeczeństw, i tym chętniej oglądano prezydenta, który trawkę "pali, ale się nie zaciąga", gra na trąbce i daje się przyłapywać na uprawianiu seksu. I tak obie książki składają się na paradoksalny obraz lat 90tych, ich optymistycznie - pesymistyczną senność: Fukuyama bardzo dobrze wyraził pogodnie beztroską stronę tamtej epoki, a Huntington - ówczesne poczucie zagrożenia i przeczucie, że w końcu ktoś przyjdzie i zapyta, czy zapłaciliśmy za bilet na ten seans. Można więc powiedzieć, że nad latami 90tymi unosił się nie tylko dym marihuany, którego Clinton nie wdychał, ale też dym z World Trade Center, który świat się jednak spodziewał nabrać w płuca: albowiem żadne babie lato nie trwa wiecznie.

Obie książki zawierają jednak wizję liberalnego i zsekularyzowanego Zachodu, i takiejże jego przyszłości, obojętnie, pokojowej czy wojennej, która się okazała zupełnie nietrafna. Dekadę później wszyscy już dostrzegają powrót religii do polityki, i to na sposób, który dla wielu okazał się bolesny.

Muzułmanie opanują świat? Z utopii w dystopię.

Na pierwszy rzut oka widać islam, a szczególnie ideologię polityczną, islamizm, odpowiedzialną nie tylko za terror i przemoc w wielu punktach zapalnych globu ziemskiego, ale też obwinianą przez jakąś część intelektualistów o spowodowanie kryzysu samego Oświecenia. Czy Huttington ma rację? W lipcu 2006 senator Newt Gingrich, były spiker Kongresu USA, połączył akty terroru oraz konflikty zapalne w Korei Północnej, Libanie, Palestynie, Iraku, Iranie, etc., i podsumował, że trzecia wojna światowa już trwa. Ralf Dahrendorf w "The End of Secularism?" postrzega islamizm jako główne źródło cenzury i autocenzury w zachodnich mediach i kulturze. Więcej nawet, jego zdaniem islamski fundamentalizm spowodował, że "oświecone kraje świata stały się niepewne swoich wartości, nawet samego Oświecenia. Rozprzestrzenił się moralny relatywizm, który doprowadził do tego, że wiele osób zaakceptowało tabu wszystkich grup religijnych w imię tolerancji i wielokulturowości." Akceptacja ta prowadzi jego zdaniem do autocenzury, nie publikuje się karykatur Mahometa i nie wystawia opery Mozarta Idomeneo.

Rzeczywiscie, wątek Mozarta jeszcze jawniej wskazuje na zjawisko autocenzury niż awantury wokół karykatur Mahometa: berlińska policja oświadczyła niemieckiej agencji prasowej DPA, że nie odnotowała do tej pory żadnych gróźb pod adresem berlińskiej Deutsche Oper, ale 26 września 2006 jej dyrektor Kirsten Harms ogłosiła, że rezygnuje z 4 wystawień Idomeneo planowanych na listopad "ze względu na możliwe zagrożenie dla twórców i widzów ze strony terrorystów islamskich". Przedstawienie w reżyserii Hansa Neuenfelsa zawierało między innymi obraz króla Idomeneo, który wkracza na scenę niosąc ścięte głowy Neptuna, Jezusa, Buddy i Mahometa.

Decyzja Kirsten Harms o zdjęciu z afisza opery Mozarta w sytuacji, gdy nikt się tego nie domagał, kontrastuje z postawą gazet, które się odważyły na przedruk karykatur Mahometa, mimo, że ze strony fundamentalistów islamskich padały niedwuznaczne groźby. Pierwotnie kontrowersyjne rysunki pojawiły się w duńskim "Jyllands - Posten," potem w norweskim "Magazinet", jako jedne z pierwszych na solidarnościowy przedruk zdecydowały się "France Soir", włoska "La Stampa", Hiszpański "El Periodico" oraz niemieckie "Berliner Zaitung" i "Die Welt", które przedruk opatrzyło komentarzem, że "demokratyczne prawo do wyrażania poglądów obejmuje również prawo do bluźnierstwa." W Polsce już 4 lutego na solidarnościowy przedruk zdecydowała się "Rzeczpospolita". Jej ówczesny redaktor naczelny Grzegorz Gauden napisał w zamieszczonym równolegle oświadczeniu:

"Decyzja duńskiego dziennika, który to pierwszy uczynił, nie uwzględniała wrażliwości wielu ludzi; zdecydowano się na żart z tego, co dla nich święte. Media europejskie są pluralistyczne. Niektóre z nich prowokują, obrażają, nie przejmują się przekonaniami, wiarą, inne stają zdecydowanie w obronie wartości, religii i Boga. Dzieje się tak, bo dla Europy, dla cywilizacji zachodniej wolność słowa jest wartością fundamentalną. Ci, którzy czują się dotknięci, uważają, że jest nadużywana, mogą dochodzić swoich racji także w sądzie. I jest to jedyna akceptowana w świecie demokracji droga. [...] Po publikacji prywatnego dziennika w małym kraju europejskim państwa islamskie odwołują swoich ambasadorów i domagają się przeprosin od polityków. W wolność mediów w Europie usiłują ingerować politycy państw islamskich. Publicznie palone są flagi Danii, a terroryści grożą zamachami i porywaniem obywateli krajów, w których wolne i niezależne od państwa dzienniki w imię solidarności opublikowały karykatury. Wolna prasa i wolne państwa nie mogą ulec temu szantażowi. Doszło do najpoważniejszego w ostatnim czasie zderzenia między dwiema wielkimi kulturami. Spór dotyczy fundamentalnych dla nas wartości. Prawa do wolności, w tym swobody wypowiedzi. Zdecydowaliśmy się przedrukować te karykatury, bo całkowicie odrzucamy metody, do których odwołali się islamscy przeciwnicy publikacji. Wolności wypowiedzi trzeba bronić. Także wtedy, kiedy nie zgadzamy się z ich treścią."

I tak oto świat Zachodu po World Trade Center ponownie asocjuje przestrzeganie zasady wolności słowa na własnym terytorium z potrzebą odwagi: po raz ostatni dokonywał tego rodzaju asocjacji w czasie II wojny światowej, w odniesieniu do terenów pod okupacją niemiecką. W Europie Środkowej skojarzenie swobody wyrażania myśli z postawą heroiczną jest świeższej daty, dotyczy komunizmu. Karykatury Mahometa zbudowały most między rozrzuconymi w czasie wyspami zbiorowych podświadomości Zachodu, po którym, jak po autostradzie, pędzą wszelkie możliwe lęki, stereotypy wroga i wojenna mobilizacja. Bramą dla tego strumienia podświadomości stał się esej nieżyjącej już włoskiej dziennikarki Oriany Fallaci, ponoć częstego gościa obecnego papieża. Jej "Wściekłość i duma" stała się manifestem programowym dla wielu ludzi, niemal tak, jak "Koniec historii" Fukuyamy był manifestem programowym elit władzy ostatniego dziesięciolecia XX wieku: "Czy nie zdajecie sobie sprawy, że ludzie tacy jak Osama ben Laden czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci tylko dlatego, że pieprzycie się, kiedy macie ochotę, gdzie macie ochotę i z kim macie ochotę? Nawet to was nie obchodzi, idioci? Dzięki Bogu jestem ateistką" - pisze Fallaci i wzywa ochotników do stawienia się w punktach werbunkowych, przygotowujących Zachód do wściekłej, dumnej i totalnej wojny z islamem.

Jak zawsze w takich sytuacjach, wojennym mobilizacjom towarzyszy militaryzacja języka we wszystkich dziedzinach życia, wyrażająca się pewną nadreprezentacją takich pojęć, jak honor, lojalność, odwaga, dezerterstwo, zdrada. Także w odniesieniu do sytuacji, które w demokratycznym, pokojowym społeczeństwie nie wymagają szczególnej brawury, by im stawić czoła. Wyrazy z żołnierskiego plecaka i z pola bitwy wślizgują się do codziennego użytku tak podstępnie, że niemal nikt nie dostrzega ich kontekstualnej śmieszności czy absurdalności. I tak Richard Dawkins w eseju "Bronię ateistów" opisuje dziwny świat Stanów Zjednoczonych dnia dzisiejszego, w którym ateistów prześladuje strach niemal obłędny: "w głębi duszy wiedzą, że są ateistami, ale boją się do tego przyznać nawet własnej rodzinie, a niekiedy nawet samym sobie" - bo jak nazwać tak silne poczucie zagrożenia nawet ze strony własnej rodziny? - a wyjście z szafy wymaga postawy żołnierskiej, takiej niemal, jak na polu bitwy: "bycie ateistą to dążenie całkiem realistyczne, a zarazem śmiałe i chwalebne."

Orianie Fallaci odpowiada Rick Agon esejem "Kilka słów od cywila," w którym autor odmawia udziału w krucjacie i oświadcza, że choć też jest dumnym Europejczykiem, to zdaje się, że wartości będące dla Fallaci tytułem do dumy, dla niego są powodem do wstydu: "Fallaci żywi przekonanie, że jeśli będzie pisać o sraniu i kurwieniu się, a swoich polemistów nazwie kutasami, to wywoła wrażenie wielkiej szczerości wypowiedzi. Osobliwy przesąd, jak na personę mianującą się strażnikiem cywilizacji europejskiej. [...] Tekst bardzo ostro sprzeciwia się akceptowaniu muzułmanów w społecznościach Zachodu ('nie ma u nas miejsca dla muezinów, minaretów, fałszywych abstynentów, dla ich pieprzonego średniowiecza')." - pisze Agon - "Fallaci prowadzi krytykę z pozycji osoby nazywającej zwierzętami ludzi nie potrafiących poprawnie sformułować zdania współrzędnie złożonego. Osoby troszczącej się by nieokrzesani imigranci nie "osrali Kaplicy Sykstyńskiej, rzeźb Michała Anioła i fresków Rafaela".

"Na tym właśnie polega różnica między nami." - powiada dalej Agon - "Ona - ateistka, jak sama pisze, lubi rzeźby i obrazy Chrystusa, ma kota na punkcie ikon. My - katolicy, mamy kota na punkcie samego Chrystusa. Chrystusa, który pod względem kultury osobistej i rozeznania w arkanach dobrego tonu bardziej przypominał uciekiniera z Bangladeszu niż Chrystusa z ikon, rzeźb i obrazów. [...] Z Ewangelii wyłania się obraz człowieka, którego styl bycia bardziej przypominał ajatollaha niż wielbiciela 'sztuki, kultury i piękna', przedmiotu westchnień włoskiej dziennikarki. Jeśli Fallaci chce wiedzieć jaki zapach naprawdę można by nazwać Chrystusowym, niech w upalne południe zbierze całą swoją odwagę i powącha albańskiego imigranta."

biblio:

1. David Postman, Gingrich says it's World War III
2. Ralf Dahrendorf: The End of Secularism?
3. BBC: Beheaded prophet opera dropped.
4. Oświadczenie Grzegorza Gaudena w sprawie karykatur Mahometa, Rzeczpospolita 04.02.2006r.
5. Richard Dawkins, Bronię ateistów. Gazeta Wyborcza 13 listopada 2006. Tekst pochodzi z najnowszej książki Dawkinsa „The God Delusion” („Bóg urojony”), która ukaże się w Polsce w wydawnictwie CiS w 2007 roku.
6. Oriana Fallaci. Wywiad z sobą samą. Apokalipsa - Siła rozumu - Wściekłość i duma. Wyd. Cyklady 2005.
7. Rick Agon, "Kilka słów od cywila", Virtual Vendea, październik 2001,

piątek, 17 listopada 2006

Józef Pinior: Co zrobić ze Strasburgiem?

Traktat Amsterdamski umiejscawia Strasburg jako główną siedzibę Parlamentu Europejskiego: parlament musi obradować w Strasburgu na 12 posiedzeniach plenarnych w ciągu roku. W praktyce oznacza to konieczność przenoszenia się raz w miesiącu z Brukseli do Francji na tygodniowe posiedzenia. Z punktu widzenia budżetu Unii oznacza to poważne koszty.


Z punktu widzenia posła taka podróż to ogromna strata czasu, bezsens przewożenia papierów, dokumentów, książek, gazet, słowników, z których, na co dzień korzysta się w pracy parlamentarnej. Te rzeczy przewożone są w specjalnych skrzynkach w kilku ciężarówkach pomiędzy Brukselą a Strasburgiem. Właśnie pakuję taką skrzynkę po zakończonej sesji – każdy poseł i każdy urzędnik parlamentu posiada taką skrzynie na swoje dokumenty. Czeka mnie ponad godzinny surrealizm przekładania całego warsztatu pracy do tej właśnie skrzynki, aby moje „biurko” czekało na mnie w poniedziałek rano w Brukseli przygotowane do pracy. Obraz karawany ciężarówek to ulubiony motyw eurosceptyków. „Latający cyrk” w języku mediów antyeuropejskich w całej Europie. Posłowie jednak robią wszystko, aby doprowadzić do jednej siedziby Parlamentu Europejskiego. Problem w tym, że parlament nie może tego zmienić samowolnie, gdyż ta sprawa zapisana jest w traktatach a więc miejsce obrad parlamentu mogą zmienić jedynie państwa członkowskie. I to jednomyślnie w sytuacji, kiedy nie ma konstytucji i w każdej sprawie jest potrzebna zgoda 25 państw członkowskich Unii. Dotychczas żadne państwo członkowskie nie podniosło tego problemu. Na ostatnim szczycie UE w Wiedniu w czerwcu br. kwestię jednej siedziby parlamentu próbował poruszyć jego przewodniczący Josep Borrell. Jednak jeszcze przed szczytem, Kanclerz Austrii, pełniący obowiązki przewodniczącego Rady Europejskiej, Wolfgang Schüssel zapowiedział, że kraje UE nie mają zamiaru zmieniać tej decyzji.

Strasburg to wielki symbol Europy. To w tej części kontynentu na polach bitewnych pierwszej wojny światowej zginęło kilka milionów mężczyzn. Europa już nigdy się z tego nie podniosła – w efekcie dwudziestowiecznych wojen siła ciężkości cywilizacji zachodniej, militarna, gospodarcza i naukowa przeniosła się do Ameryki. Strasburg jest jednocześnie pięknym symbolem pojednania i odrodzenia Europy. Miasto, które dzieliło Francję i Niemcy, stolica Alzacji, która była terenem starcia dwóch żywiołów narodowych stało się po drugiej wojnie miejscem pojednania francusko-niemieckiego, zostało wybrane przez przywódców europejskich na siedzibę Rady Europy. Wielki symbol Europy wolnej, demokratycznej, antytotalitarnej. Zawsze, kiedy tutaj przemawiam jestem wzruszony. Nasi ojcowie i dziadkowie spotykali się tutaj naprzeciwko siebie jako żołnierze, my spotykamy się tutaj jako obywatele. Powiedziałem to parę miesięcy temu w BBC w starciu z brytyjskim posłem antyeuropejskim Robertem Kilroy-Silk.

Była gwiazda BBC, potem poseł w zajadle antyeuropejskiej partii UK Independence Party, partii, która tworzy w PE z Ligą Polskich Rodzin jedną grupę polityczną „Niepodległość i Demokracja”. Kirloy-Silk, dzisiaj zresztą już poseł niezrzeszony, był w tym programie agresywny, argumentował, że nasze, polskie poparcie dla Unii wynika jedynie z powodów merkantylnych, ot, płacą im na budowę metra w Warszawie z podatków brytyjskich obywateli to są zadowoleni. Po mojej wypowiedzi o okopach z pierwszej wojny światowej był wyraźnie zmieszany, czuł, że traci początkową sympatię dziennikarza prowadzącego z nami rozmowę.

Przemawiałem dzisiaj na temat łamania praw człowieka w Iranie. Podkomisja Praw Człowieka w Komisji Spraw Zagranicznych jest terenem mojej głównej aktywności w parlamencie. Iran jest szczególnym przypadkiem dyktatury. Państwo dumne ze swojej cywilizacji i świadome miejsca w dzisiejszym świecie. System irański nie jest rzecz jasna demokracją liberalną, ale tym niemniej jest to system na swój sposób pluralistyczny, z prawdziwymi sporami w parlamencie i z autentycznymi– aczkolwiek ograniczonymi – wyborami. Głupotą polityczną jest wrzucanie Iranu do jednego worka z Koreą Północną czy z Afganistanem rządzonym przez Talibów. Postawa UE w stosunku do Iranu powinna być wysublimowana, z jednej strony krytyczna w stosunku do władz i reżimu teokratycznego, z drugiej wiarygodna dla inteligencji irańskiej. Mówiłem o szykanach w stosunku do studentów, o uniemożliwianiu studiowania na wyższych uczelniach osobom podejrzanym o niezależną działalność polityczną. Przygotowując wystąpienie, przy studiowaniu raportów Human Rights Watch na ten temat przypomniały mi się lata siedemdziesiąte w PRL. Samotność postaw opozycyjnych, obojętność większości społeczeństwa, strach w oczach dziewczyn w akademiku „Dwudziestolatka” na Pl. Grunwaldzkim we Wrocławiu, w 1978 r,. kiedy próbowaliśmy kolportować własny samizdat „Zeszyty Kulturalne”. Andrzej Bursa zadedykował jedno ze swoich opowiadań „wszystkim tym, którzy stanęli przed martwą perspektywą własnej młodości” (cytuję z pamięci). Przemawiałem w parlamencie i myślałem o 17 studentach w Teheranie, o których wiedzą organizacje praw człowieka, którzy nie zostali dopuszczeni na wyższe uczelnie.

Przy cynizmie dzisiejszej polityki, przy tej nieprawdopodobnej obojętności klasy politycznej w Polsce w stosunku do debaty europejskiej, wiem, że dla całej rzeszy Irańczyków rezolucja Parlamentu Europejskiego jest symbolem nadziei, świadectwem zaangażowania w ich obronie. Gdyby udało się sfinansować, jak to proponujemy w rezolucji, programy radiowe i telewizyjne w języku farsi, UE mogłaby realnie przyczynić się do zmian politycznych w Iranie, stać się jeszcze jednym dowodem na słynne „soft power” Europy, o którym od kilku lat rozpisuje się namiętnie politologia amerykańska.

sobota, 11 listopada 2006

Jednostki naturalne

...z pewnością zachowają one znaczenie przez wszystkie czasy i dla wszystkich cywilizacji, nawet pozaziemskich lub nie stworzonych przez człowieka, tak więc można nazwać je jednostkami naturalnymi... M.Planck
Nieskonczoność liczb pierwszych, nazwijmy ją alef zero, zawarta jest w większej nieskończoności liczb całkowitych, powiedzmy, alef jeden, a ta w nieskończoności liczb rzeczywistych, alef dwa, i tak dalej, istnieje cała hierarchia nieskończoności, nieskończoność przestrzeni nieskończoności wyrażana ciągiem alef zero, alef jeden, alef dwa, alef trzy... Czy bóg posiada własną wolę?

Jeśli istnieje bóg0, to musi istnieć bóg71, bóg milion, bóg trylion. Nie ma żadnej, ostatecznej nieskończoności, a więc nie ma i Boga. Skoro nie istnieje prawdziwa kreacja, to nie ma też prawdziwej rzeczywistości. Ta rzeczywistość, którą znamy, jest czymś mniej niż snem, gdyż śnienie musi mieć swego ostatecznego śniącego. W tym kontekście "Ja" to nonsens, nawet dla alef centylion. Być może prawdziwa rzeczywistością jest matematyka, ale pod warunkiem, że nie jest płodem umysłu, a po prostu Jest. Coś takiego mówi się na ogół o bogach, ale matematyka nie może być Bogiem: co prawda matematyka nie jest rzeczą, jak np. drzewo czy foton, ale z drugiej strony jest przecież problem czasu. Można sobie wyobrazić Boga jako bezczasowy ocean pierwotnej - a zarazem ostatecznej - matematyki, ale niewiele z tego wynika, gdyż bez czasu nie ma kreacji. A może "bezczasowy" to nie to samo, co "wieczny"? Kot jest Buddą... Mruczy, cholernik. Ma chęć mnie upolować;)

Image Hosted by ImageShack.us

"When a fish swims, it swims on and on, and there is no end to the water. When a bird flies, it flies on and on, and there is no end to the sky. There was never a fish that swam out of the water or a bird that flew out of the sky. When they need just a little water or sky, they use just a little; when they need a lot, they use a lot. Thus, they use all of it in every moment, and in every place they have perfect freedom.

Yet if there were a bird that first wanted to examine the size of the sky, or a fish that first wanted to examine the extent of the water, and then tried to fly or swim, it would never find its way. When we find where we are at this moment, then practice follows, and this is the realization of the truth. For the place, the way, is neither large nor small, neither self nor other. It has never existed before, and it is not coming into existence now. It simply is as it is."
1. Dogen Zenji (1200-1253), Shikantaza.
2. Kreacja par.