poniedziałek, 28 stycznia 2008

Tajemnica Grossa wyjaśniona.

Wszystko stało się jasne po przeczytaniu dodatku Plus-Minus z 26 stycznia pod znamiennym tytułem "Oko w oko z tłuszczą", zawierającego mnóstwo informacji o Grossie, zebrane przez Piotra Zychowicza. Podejrzewamy mianowicie, że Jan Tomasz Gross nie jest Żydem- Polakożercą, tylko Polakiem głęboko przywiązanym do tradycji ratowania Żydów, który pragnie dorównać swojej matce, ratując Adama Michnika i Gazetę Wyborczą przed gotowym do pogromu, nazistowskim motłochem.

Z artykułu wynika, że ciężko przeżył wyjazd z Polski. Prof. Jadwiga Staniszkis wspomina, że jako bardzo młody człowiek, w kilka lat po przyjeździe do USA, zupełnie posiwiał. Potem biegał ze znaczkiem Solidarności w klapie i pisywał niezłe teksty o Polsce pod sowiecką okupacją. I może byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie to, że zaraz po upadku komuny przyjechał do Polski i podjął próbę zamieszkania na stałe. A szczęśliwe osadzenie na stałe w staronowym miejscu w głównej mierze zależy od otoczenia.

Z treści artykułu nie należy wykluczyć, że redaktorzy z GW pokazali mu pisemka Bubla w jakimś kiosku Ruchu. Gwoli sprawiedliwości, nie było trudno takowe znaleźć, gdyż w tamtych czasach, świeżo po upadku Urzędu Cenzury na Mysiej, każdy się radośnie zajmował dystrybucją każdej informacji, nawet najdurniejszej, a każda próba odmowy była poczytywana za deklarację solidarności z nieistniejącym urzędem. Dzięki informacyjnemu rozpasaniu zaopatrzyliśmy się zresztą w tamtych czasach, właśnie w w kiosku Ruchu, w literaturę rozrywkową pt. "Protokoly Mędrców Syjonu" - i poczuliśmy się świetnie, jako władcy świata. Tylko Grossowi ktoś musiałby to wytłumaczyć, bo po tylu latach on już po prostu Polski, ani postkomunizmu - nie całkiem rozumiał.

Mogli mu też pokazać jedną czy dwie z demonstracji bezrobotnych obrzucających śrubami Urząd Rady Ministrów (w którym wtedy rozmaite stanowiska zajmowali przyjaciele redaktorów z GW). I mogli mu wytłumaczyć, że to narastanie faszyzmu, jak w Niemczech za Hitlera. Bo co innego mogli powiedzieć ciemniakowi, który tam pewnie składki na "Solidarność" przez lata zbierał? Że spowodowali 40procentowe bezrobocie, żeby zostać czerwoną burżuazją!?

"Wystarczy przejrzeć roczniki „Gazety Wyborczej” z pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości, żeby się zorientować, jak ówczesną rzeczywistość widziało środowisko, w którym obracał się Gross. Wydawać by się mogło, że niebawem mają wybuchnąć pogromy, a Polska zaraz stoczy się w otchłań skrajnie nacjonalistycznej dyktatury" - pisze Zychowicz. Barbara Toruńczyk potwierdza jego ocenę mówiąc nawet dzisiaj, że "wtedy Gross oko w oko zetknął się z tłuszczą. Wychodząc z domu na ulicę, mógł się czuć jak podczas łapanki".

Gross czytał Gazetę Wyborczą i spotykał z jej redaktorami na gruncie prywatnym. Nie można wykluczyć, że mógł na przykład poczuć się bardzo źle, powtórnie zostawiając przyjaciół w niebezpieczeństwie, tym razem w obliczu neonazistowskiej nawały. No i postanowił im pomóc, jak najlepiej potrafił. Odezwały się wszelkie objawy PTSD (post traumatic stress disorder). A umie głównie pisać. I tak został Chruszczowem Gazety Wyborczej. Parę lat później opublikował pierwszą z serii kontrowersyjnych książek o polskim antysemityzmie pt. "Upiorna Dekada". Zawarł w niej nawet wyjaśnienie swojej postawy: gdyby Polacy bardziej się postarali, choćby tak jak jego matka, nie zginąłby żaden Żyd. A ponieważ Polacy się nie bardzo starali ratować Adama Michnika, jego redakcji, i jego przyjaciół z Urzędu Rady Ministrów czy Unii Wolności, to on się starał coraz bardziej, i pisał coraz bardziej dramatyczne książki o polskich antysemitach. Żeby w końcu obudzić Polaków takich, jak jego matka.

I tak docieramy do "Strachu".

Koniecznie poprzedzonego "Piosenką Kata" Grzegorza Ciechowskiego z kapeli "Republika", która opowiada o tym, jak Prawa Ręka Moczara zdobyła władzę w Polsce po nieudanej grze wstępnej w Marcu68 oraz wypowiedzią Adama Michnika o antysemityzmie, referacie Chruszczowa oraz spoglądaniu w głąb własnej historii i świadomości, z której zresztą wynika, że jeśli chodzi o jego własną historię i świadomość, to zanurkował aż po jej dno. Ktoś to skomentował, że Gross grzeszy pychą. Ale to nie on się poczuł nowym wcieleniem Chruszczowa, to Adam Michnik został Najlepszym Przyjacielem człowieka, który pisuje referaty wstrząsające połową Azji i całą Europą Środkową.

Bo Adam Michnik jest geniuszem. Ma dziś po swojej stronie równocześnie Chruszczowa Euroazji do spraw polskiego antysemityzmu oraz Prawą Rękę Moczara, a zarazem aparatu, który naszego Chruszczowa z Polski wypędził. Potęga..! Wyobrażasz sobie, jakiego to talentu wymaga!? Tylko musi się pilnować, żeby się nie pomylić, jak idzie na przyjęcie, z którym Najlepszym Przyjacielem, w którym towarzystwie się pokazać, i co mówić. I na pewno czuje się z tym bardzo dobrze. Prawdziwy Przyjaciel Prawa Ręka Mieczysława Moczara trochę zakłócał pozycję społeczną drużyny Adama Michnika przed 40 rocznicą Marca, szczególnie w oczach tych emigrantów, co nie mają sklerozy i pamiętają, że jednak to nie bracia Kaczyńscy ich wypędzili z Polski. Teraz jest już wszystko w porządku. Chruszczow Euroazji do spraw ujawniania polskiego antysemityzmu uwiarygadnia drużynę. Dlatego drużyna poczuła się bardzo dobrze i opublikowała artykuł z tytułem sugerującym, że to Michnik w pojedynkę wywołał Marzec. W tym roku przerósł nawet świętych (dotychczas) Kuronia z Modzelewskim, którzy występują już tylko jako mało znaczące tło jego bohaterskiego wyczynu. W tekście występuje jeszcze parę osób, jako pomocnicy i wykonawcy tego, co Jego Geniusz wymyślił, mniej więcej na takim samym poziomie znaczenia, co Kuroń z Modzelewskim.

Drużyna pojawi się na salonowej imprezie w Teatrze Narodowym z okazji 40tej rocznicy Marca jako jedyni poprawni politycznie Polacy, udzieli kilku wywiadów międzynarodowej prasie i być może tymi wywiadami załatwi sobie przy okazji parę kredytów w zagranicznych bankach, jako jedyni w Polsce ludzie, którzy dorastają do standardów, do jakich zachodnie demokracje są przyzwyczajone. A potem wszyscy razem pojadą na przyjemne emerytury na Karaibach, w miłym poczuciu, że są wzorowymi obywatelami, a jak ktoś myśli inaczej, to im na pewno tej kasy i pozycji zazdrości. Cóż za wspaniałe życie!

Co tymczasem się stanie z Chruszczowem wojowników z antysemityzmem z Gazety Wyborczej?

Jeśli założyć hipotezę, że całą swą wiedzę o Polsce Gross czerpie z Gazety Wyborczej, (co niewykluczone, bo tylko GW go uczciła specjalnym serwisem) - to wskazówką mogą być dwa artykuły w GW. Pierwszy to wywiad Aleksandry Klich z Bożeną Szaynok pt. "Gross - moralista, nie historyk" z 26 stycznia 2008.

Specjalny raport GW o Grossie zawiera aktualnie mniej informacji o samym Grossie, niż ten jeden artykuł w Rzeczpospolitej, za to więcej o Narodowym Odrodzeniu Polski, które szczerze Grosssa nie cierpi i bywa ze swoimi transparentami na jego wszystkich spotkaniach, a także wyeksponowany artykuł Michnika o pogromie kieleckim. Po tytułach sądząc, NOP to potężna organizacja, zagrażająca polskiej demokracji parlamentarnej. Natomiast Bożena Szaynok akurat książkę Grossa skrytykowała, ale - sądząc po artykule - sama reprezentuje dosyć mniejszościowe stanowisko, że światy Polaków i Polskich Żydów w ciągu tysiącletniej koegzystencji się niemal nigdy nie stykały i są wzajemnie sobie obce.

To stanowisko nie wyjaśnia ani Juliana Tuwima, ani żydowskich wojsk królewskich w czasie wojen kozackich, ale współczesnemu emigrantowi, wypędzonemu w okropnych okolicznościach wiele lat temu, może sugerować jakieś dziwne koncepcje. Co nie znaczy, że zgłaszamy jakiekolwiek pretensje do Barbary Szaynok, której ta koncepcja zapewne ułatwia badania naukowe odrębności między obiema kulturami. Ale istnieją rozmaite teorie, a w trakcie pobytu Grossa akurat ta została wyeksponowana - i można podejrzewać, że autor "Strachu" się z nią zapoznał. Człowiek o poglądach niekonserwatywnych ma wolność wyboru co do utożsamiania się z narodami. Przyzwoity człowiek utożsami się z narodem prześladowanym. Dlatego syn polskiej matki w Polsce, o której myśli, że jej zagraża nazistowska nawała, prędzej się utożsami z zagrożonymi mniejszościami, niż z nazistowskim motłochem. Jeśli jest człowiekiem energicznym, dostanie też impuls do energicznego działania...

Drugi sygnał, to relacje GW z spotkań z Grossem w rozmaitych miastach. Tradycyjnie zaczynają się od przytoczenia treści transparentów NOP. Szczególnie obszerna dyskusja odbyła się na forach Agory po spotkaniu w Krakowie. Zdaniem uczestników, relacje GW sugerują, że spotkanie miało półgodzinne opóźnienie z powodu zagrożenia bezpieczeństwa. Wszechobecny NOP był i tam, ponoć GW, jak żadna inna gazeta, uhonorowała ich nie tylko fotografią transparentu, tuż obok relacji z spotkania, ale też promocją wodzów po nazwisku. Według relacji uczestników rzeczywiście w bezpiecznej odległości od wejścia stała grupa około 10 pryszczatych wyrostków z transparentem, natomiast pod wejściem na teren uniwersytetu kłębił się nie NOP, a tłum studentów, których ochroniarze spotkania nie chcieli wpuścić na egzamin. Profesora, który miał ich egzaminować, też nie wpuścili, ktoś nawet napisał, że grozili mu przemocą, czyli, tłumacząc na zrozumiały język, że go walną, jak się będzie pchał. Podobno profesor usiadł na schodku, powiedział studentom, że w takim razie mają zaliczenie, pozbierał indeksy i wszystkim wpisał pozytywne oceny.

Ale Gross widział z drugiej strony drzwi kłębiący się tłum. Części się udało przedrzeć. W trakcie spotkania autor "Strachu" się ponoć dosyć dziwnie zachowywał, odpowiadając jednosylabowo "tak" lub "nie" na zadawane pytania lub oddając mikrofon komuś innemu. Ale co się dziwić. Jeśli myślał, że na salę przedarli się naziści, to po co miał z nimi gadać. A potem obejrzał poświęcony sobie serwis i się upewnił, że słusznie robi, że nie gada.

Po pełnej emocji podróży zapewne wróci do spokojnego, amerykańskiego domu, i zacznie pisać kolejną książkę. Może zawrze w niej przeżycia ze spotkania literackiego z neonazi na krakowskim uniwerku, które nie skończyło się pogromem tylko dzięki ochroniarzom. Oraz oczywiście o bohaterskim Adamie Michniku i jego redakcji, mieszkających w kraju wypełnionym po brzegi faszystami i antysemitami, którzy ich nienawidzą i pragną zakatrupić. Po publikacji Adam Michnik dostanie parę zaproszeń na wykłady w USA, żeby sobie odpoczął od dziczy. I tak się to kręci.

A potem nasz Chruszczow zapewne przyjedzie do Polski promować swoją kolejną książkę i też z nikim nie będzie gadał, chyba, że po angielsku. Jeśli zrobi jeszcze parę spotkań literackich z Adamem Michnikiem jako cicerone po Polsce, to co prawda osiwieć po raz drugi nie osiwieje, ale zawsze jeszcze może wyłysieć.



PS. Uwaga odautorska: na wypadek procesów wyraźnie stwierdzamy, że tekst jest zamieszczony pod tagiem "humor" i niczyich stanów emocjonalnych nie badaliśmy, stąd to tylko nasze dywagacje. Ale co do tego, że Prawa Ręka Moczara była Prawą Ręką Moczara, i łączenie wojny z antysemityzmem z taką przyjaźnią jest surrealistyczne, to będziemy woleli pójść do więzienia, niż się tego wyprzeć.

[ mirror na Salonie24 ]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

niedziela, 27 stycznia 2008

Zapraszamy na koncert "Republiki" i Kaczmarskiego z okazji 40 rocznicy "Dziadów"

Najpierw "Śmierć na pięć" - specjalna dedykacja dla Jerzego Zawieyskiego, katolika, pisarza i homoseksualisty. Jako jeden z przedstawicieli katolickiej grupy Znak - wszedł do Sejmu PRL i do Rady Państwa. "Gdy w marcu 1968 roku milicja brutalnie pobiła studentów, Zawieyski wspólnie z innymi posłami Koła Znak napisał tekst interpelacji poselskiej w ich obronie. Miesiąc później odpowiedział na nią premier Józef Cyrankiewicz, po czym posłów Znaku ordynarnie zaatakowali z trybuny Józef Ozga-Michalski i prawa ręka Gomułki - Zenon Kliszko. Zawieyski odpowiedział wspaniałą, godną mową. Brał w obronę ofiary politycznej nagonki ostatnich miesięcy: studentów, posłów Koła Znak i pisarzy, a zwłaszcza pobitego przez "nieznanych sprawców" Stefana Kisielewskiego. Gdy skończył, na sejmowej sali rozpętała się burza. Posłowie z komunistycznego nadania nie szczędzili mu najgorszych obelg, nikczemnych pomówień, obrzydliwych wrzasków." Zrzekł się funkcji w Radzie Państwa, zaszczuwali, go, aż dostał udaru mózgu. Zginął 17 czerwca 1969 r.po wypadnięciu z 4 piętra szpitala. Oficjalna wersja uznała jego śmierć za samobójstwo, lecz liczne poszlaki wskazują, że mogło być to morderstwo polityczne. Piosenka "Smierć na pięć" jest ostatnim utworem zaśpiewanym i nagranym przez Grzegorza Ciechowskiego.

"Nasza klasa" Kaczmarskiego....

Nie pytaj o Polskę

(Lepsze, niż te wszystkie zadęte akademie i obdzielanie się nawzajem orderami.
Wspólcześni słuchacze uważają, że to piosenka "dla wszystkich emigratoss" którzy
są tacy głupi, że ciągle jeszcze mówią po polsku;))

http://pl.youtube.com/watch?v=WItEokvwSJs

To nie karnawał
ale tańczyć chcę
i będę tańczył z nią po dzień

to nie zabawa
ale bawię się
bezsenne noce senne dnie

to nie kochanka
ale sypiam z nią
choć śmieją ze mnie się i drwią

taka zmęczona
i pijana wciąż
dlatego nie

NIE PYTAJ WIĘCEJ MNIE

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chce
zasypiać w niej i budzić się

te brudne dworce
gdzie spotykam ja
te tłumy które cicho klną

ten pijak który mruczy coś przez sen
że PÓKI MY ŻYJEMY ona żyje też

NIE PYTAJ MNIE
NIE PYTAJ MNIE
C0 WIDZĘ W NIEJ

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chcę
zasypiać w niej i budzić się

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

I dalej:

Moja krew - to wykonanie... ten bunt... Jeden z komentarzy: " To wykonanie jest jak bomba atomowa. Ludzie, którzy tam wtedy byli przeżyli coś wielkiego. Gdzie oni są?"

Republika Biala Flaga - o Stronnictwie Białej Flagi. Ale jak on nap...dalał po fortepianie... Jeden z komentarzy: " Yes! Teraz produkuje się tylko 'gówno'
Muzyka została już stworzona"

Lawa - wulkany wstają, warczą lawą ... i jeden by drugiego zalał. I tak zaczęła się transformacja w Polsce. "Pozytywne, mimo wszystko" - pisze ktoś w komentarzu.

Mamona - Nam się to kojarzy z Agorą, czyli tym, co zostało z Mojej Krwi. Komentarz jakiś taki w podobnym kierunku: "taaa , słuchać i płakać teraz to se można usłyszeć : " łłłoooo , jak ja jej to powiem(...) że muszę żyć życiem towarzyskiem ,łoo łoo " czy jakoś tak"

Odchodząc - Komentarz: "mój chłopak poprosił mnie bym przekazała jego rodzicom że chce by ta piosenka była puszczona na jego pogrzebie. Powiedziałam i została puszczona..." No cóż. Gdyby nie to, co było w ostatnich 40 latach, to i parę pogrzebów byłoby mniej. Jakoś im znaleźć miejsce, na półce czy parapecie...

Dzień Niepodległości. Ani ja, ani ty. - Michnikowi i jego drużynie:)

I na pocieszenie: póki się oddycha... Republika Marzeń :)

Spotykamy się 30 stycznia o godz 21.00 pod Pomnikiem Mickiewicza.

[mirror na Salonie24]


aa

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 26 stycznia 2008

Lewicy w wielkim kryzysie o hodowli brojlerów

"Na wczorajszą prezentację raportu Olejniczak zaprosił przewodniczących rad wojewódzkich Sojuszu. Mają przenieść debatę w partyjny teren" - pisze Wojciech Załuska w artykule "Lewica w wielkim kryzysie" (GW, 24 styczeń 2008) W miarę upływu lat coraz trudniej pamiętać, że tradycją Gazety Wyborczej są jednak opozycyjne pisemka, a nie "Trybuna Ludu" zatrudniająca sprawozdawców ze szkoleń lektorów przy Komitecie Centralnym. Lektor to był taki zawód, dziś poza skansenem nieistniejący, dzięki któremu jakaś grupa ludzi zarabiała pieniądze na życie przenosząc w teren "aktualne zagadnienia marksizmu leninizmu", a inna - informując o tym procederze opinię publiczną za pomocą wysoce swoistego języka.

Ze sprawozdania opublikowanego w Gazecie Wyborczej wynika, że dzisiaj aktualnym zagadnieniem jest kryzys lewicy, a teren będzie się zajmował debatami na temat, jak przenieść na konkrety hasło "Wolność człowieka i solidarność między ludźmi". Kierownictwo amerykanskiej Partii Demokratycznej miałoby w ogóle poważne trudności ze zrozumieniem koncepcji "przenoszenia debat w teren" - głównie dlatego, że ma biurokratyczną samoświadomość i wie, że zadaniem partyjnej biurokracji jest organizowanie maszyny wyborczej, a nie sterowanie wewnątrzpartyjnym propagitem i pseudointelektualnymi "debatami". Życie intelektualne w Partii Demokratycznej kwitnie, ale nie dzięki partyjnym lektorom wysyłanym z Waszyngtonu w głęboki teren stanu Iowa.

O czym, jak, kiedy i z kim

Wolność człowieka, tak samo jak wolność wewnątrzpartyjna, realizuje się między innymi poprzez samosterowność jego życia intelektualnego. Temu służą think tanki. Debatują o czym chcą, jak chcą, kiedy chcą i z kim chcą. Sam termin pojawił się po II wojnie światowej. Dosłownie oznacza zbiornik myśli, a jako pojęcie wywodzi się od nazwy schronu, w którym naradzali się amerykańscy stratedzy. Aparat biurokratyczny Partii Demokratycznej, jak i każdej innej partii, z natury rzeczy ogranicza wolność członków tej partii. Jest właśnie do tego powołany. Jego głównym celem jest namówienie lub wymuszenie na wolnych jednostkach takiego zbiorowego działania, które zrealizuje najlepszą strategię prowadzącą do wygranych wyborów. Cieszy się partyjną legitymizacją tak długo, jak długo potrafi sprawnie zarządzać członkami partii, chętnie godzącymi się nadwerężyć własną wolność, poddać jurysdykcji sądów koleżeńskich i komisji rewizyjnych, płacić składki i nie całkiem dobrowolne darowizny, wszystko w nadziei na pożytki płynące z wyborczego zwycięstwa.

Wolność intelektualna człowieka, podobnie jak ciąża, nie istnieje częściowo, gdyż jest wolnością chaotyczną. Albo intelektualista ma wolność poruszania się ruchami Browna, albo przestaje być intelektualistą. Think tanki są szczytowym osiągnięciem powojennych, demokratycznych sposobów sprawowania władzy i chyba jakąś reakcją na powojenne przerażenie, że Hitler doszedł do władzy z zachowaniem formalnych mechanizmów demokracji. Gdyby Niccolo Machiavelli wiedział, ze wybór nie ogranicza się tylko do wyboru między despotą dobrym, a despotą niedobrym, to sam za bzdurę by uznał własną opinię "twierdzenie że lud jest najlepszym strażnikiem swoich praw, to bzdura niczym nie usprawiedliwiona. Jest on strażnikiem najgorszym, wręcz żadnym". Zarówno biurokraci, jak i intelektualiści, odpowiadają sobie na pytanie "o czym, jak, z kiedy i z kim". Biurokraci muszą wybrać jedną odpowiedź. Intelektualiści, którzy jedną i tą samą odpowiedź wybiorą, z presją lub bez, już intelektualistami nie są. Innymi słowy, rola partyjnego biurokraty i rola partyjnego intelektualisty do zupełnie różne role, różne środki i różne kryteria oceny.

Zamiast fantazji o politycznej prekognicji

Machiawelli żywił nadzieję, że zdolność przewidywania skutków własnych czynów jest tym, co odróżnia władcę dobrego od złego: "najczęstszy ludzki błąd - nie przewidzieć burzy w piękny czas". My, lokatorzy pierwszej połowy XXI wieku, jesteśmy od niego mądrzejsi. Wiemy już, że burz przewidzieć się nie da. Ani tej z Hitlerem, ani tej z Stalinem, ani tej z World Trade Center, ani wszystkich przyszłych. Przyszłością się rządzić nie da. Nawet Hitlerowi to się nie udało, mimo, że na swoim dworze zatrudniał wróżbitów. Ale w radzeniu sobie z przyszłością można przyjąć lekcję Matki Natury i zrobić to samo, co ewolucja robi od milionów lat. Siejesz mutującą sie pulę genetyczną i patrzysz, co z tego wyniknie. Coś padnie, coś przetrwa, a coś się okaże najlepszym lekarstwem na kryzys, którego dzisiaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Temu służą think tanki. Właśnie dlatego muszą się poruszać ruchami Browna - na tym polega przetrwanie systemu demokratycznego. Oraz prawdziwa wymiana pokoleń liderów politycznych.

Nie wiadomo, co myślał Reagan, kiedy po ustąpieniu z prezydentury zajał się zakładaniem think tanków. Zapewne miał na myśli rozwiązanie bardzo praktycznego problemu, jakim był niedobór konserwatywnych kadr, na tyle poważny, że przy zatrudnianiu urzędników do Białego Domu on sam musiał korzystać z zasobów Demokratów. Już zupełnie nie wiemy, czemu jego think tank fundował stypendia na najlepszych uniwersytetach nie tylko konserwatywnej młodzieży, ale i demokratycznej, która rokowała jakieś intelektualne nadzieje. Ale po 20 latach absolwenci sieci tanków Reagana nie tylko zmietli z powierzchni ziemi skansen konserwatyzmu Thatcher na rzecz tzw. konserwatyzmu współczującego, ale też sprawili kłopot Demokratom. Okazało się bowiem, że - wbrew różnicom poglądów - młodszemu pokoleniu Demokratów jest percepcyjnie i językowo bliżej do młodych konserwatystów, niż mamutów z własnej partii. Dlatego Bush rządził pełne dwie kadencje.

Rewolucja potrzebna od zaraz

Światowa lewica nie ma żadnego kryzysu, przeciwnie, Demokraci najprawdopodobniej wygrają najbliższe wybory, a to da natychmiastowy impuls także w Europie. Kryzys, owszem, jest, ale wynika z procesów globalizacyjnych, a nie jakiejś szczególnej lewicowości czy prawicowości tych, którzy o nim myślą. Wszyscy, i lewica, i prawica, mają taki sam problem z nowym porządkiem świata i koniecznością ułożenia na nowo relacji między powszechnością i dostępnością świata a obroną lokalnej tożsamości i unikalności. Lewicowe życie intelektualne w Polsce kwitnie. Wszelkie badania opinii publicznej wskazują na rosnącą popularność postulatów lewicowych, co w ostatnich wyborach ujawniło się nawet w cudotwórczych zapędach Platformy Obywatelskiej. Bogactwo środowisk, grup, publikacji. Ale dla polskiej, partyjnej lewicy nic z tego nie wynika. Może i mają jakąś świadomość, że siedzą w bardzo chybotliwej łodzi, niemniej sygnału, że się na te środowiska otworzą, brak. Wysyłanie lektorów w teren i hodowla brojlerów nie są alternatywą dla życia intelektualnego... I będzie miało dokładnie taki sam skutek, jak - swego czasu - wykłady z marksizmu -leninizmu w podstawowych organizacjach partyjnych PZPR w zakladach pracy.

"Rewolucja potrzebna od zaraz" - pisze Sławomir Sierakowski (Newsweek, nr 3/08) - "...polityków takich jak Józef Pinior czy Marek Balicki nie powstydziłaby się żadna lewicowa formacja w Europie. Tym niemniej konieczną zmianę w LiD wiązać należy raczej z młodszym pokoleniem. Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski zrobili błąd: zamiast odmłodzić partię, sami postarzeli się o 20 lat. Błąd zrobili też Jerzy Szmajdziński, Krzysztof Janik, Marek Borowski i Aleksander Kwaśniewski, zachowując się jak pies ogrodnika - sami już nie mają siły, ale wolą pójść razem na dno, niż ożywić partię. Tak poważni politycy, którzy sprawowali najważniejsze funkcje w państwie i przeszli już werdykty wyborcze, mogą nie przejść najważniejszego - werdyktu historii. Zamiast być akuszerami lewicy w Polsce, mogą zostać zapamiętani jako jej grabarze..."

Mantra dla lewicy

Zbliża się 40 rocznica Marca68. Zapraszamy wszystkich 30 stycznia o godzinie 21.00 pod pomnik Adama Mickiewicza, niezależnie od wieku, zapatrywań, czy politycznej przynależności. Po spektaklu "Dziadów" w Teatrze Narodowym złożymy tam kwiaty, zapewne bardzo wzruszeni. Drogi byłych marcowców się dawno rozeszły. Jedni są dziś na lewicy, inni na prawicy. Jedni się lubią, inni darzą nawzajem niechęcią. Szczęśliwie żyjemy w innych czasach i innych nastrojach, nie grozi nam ani Golędzinów, ani policja polityczna.

Kiedy człowiek się zastanawia, co ewentualnie miałby do przekazania z własnych doświadczeń, okazuje się, że bardzo niewiele. Ale chyba jest coś, o co warto zadbać. To coś, co połączyło grupę Nowe Formy z Kicaka jeszcze przed Marcem, a potem tajemniczo objawiało się w kolejnych pokoleniach opozycji. To gotowość uczenia się nowych rzeczy zawarta w mantrze "jeśli ktoś powtarza za innym, to jest podejrzany". W rozmaitych ustach "wolność człowieka i solidarność między ludźmi" bywa tylko mgławicowym komunałem i zawsze się można wykręcić od wszelkiej odpowiedzialności za realizację powiadając, "ja to rozumiem inaczej niż ty". Za to każdy potrafi odróżnić, czy rozmawia z kopią, czy z oryginałem. Nigdy brojler nie będzie liderem politycznym. Sierakowski zarzucił Olejniczakowi, że zamiast odmłodzić partię, się postarzał o 20 lat, ale co to za zarzut. Zależy, kto jakie odmładzanie ma na myśli. Olejniczak miał tą partię odmienić, a skopiował co było. Ze w nieco młodszym wydaniu, to co z tego?

Jest też inny praktyczny skutek stosowania mantry z Kicaka. Jeśli ktoś stosuje ją w życiu, to ma szansę nie upaść ze stanu intelektualisty do stanu lektora propagitu, a to jest konkret.

[mirror na Salonie24]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz