Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lemingi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lemingi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lipca 2008

Rzeczpospolita lemingów i partii wodzowskich

Dzięki "przesłaniom" dla posłów i "instrukcjom" dla ich młodzieżówki Platforma Obywatelska wylądowała dziś na samym szczycie piramidy organizacji politycznych w Polsce dla kretynów. Niewątpliwie każdy kretyn i (w sensie medycznym, nie obraźliwym) i wychowanek Big Brothera może tam zostać gwiazdą. Tyle, że to nie jedyne lemingi w Polsce. W zasadzie nie ma ani jednej partii, która by nie była otoczona stadem lemingów gotowych wykonywać czynności usługowe, bezrozumnie, bezkrytycznie i bez wynagrodzenia, byleby im ktoś powiedział, co mają robić - językiem prostym i dla nich zrozumiałym. Platforma to po prostu wykorzystała bardziej niż inni... Patrząc na scenę z lotu ptaka można też dostrzec, że wszystkie dzisiejsze partie balansują na skraju tego, co w politologii się nazywa partią wodzowską. Jeden lider otoczony świtą, potem długo, długo nic, potem żołnierze, a w kręgu najbardziej zewnętrznym - lemingi. Żadna partia w Polsce nie ma własnych, wykształconych, pluralistycznych elit. Być może najbliżej takiego stanu jest malutki PSL, który dzięki marginalizacji i strategii silnie zorientowanej na własne interesy dorobił się mechanizmów promocji dosyć niezależnych od tego, co oferuje główny nurt polskiej polityki.

Polska nie jest wyjątkiem. Po 11 września zaskoczeni opiniotwórcy na całym świecie skarżyli się, że zabrakło nam wiedzy, dlaczego społeczeństwa muzułmańskie są aż tak obrażone na Zachód, że światu zagroził terroryzm. Ale przecież oznaczało to, że najbardziej rozwiniętym państwom świata zwyczajnie zabrakło zarówno zainteresowania, jak i ludzi znających potoczne języki Bliskiego Wschodu, i że złudzenie globalnej wioski, wywoływane przez powszechną dostępność MTV na całej kuli ziemskiej, jest tylko złudzeniem. Nowy, globalny porządek, do którego opisania i wyjaśnienia miał wystarczyć monetarystyczny język sprawnego menagera neokonsów, okazał się nie istnieć, tak samo, jak nie istnieje "postpolityka", rzekomo towarzysząca sprawnemu zarządzaniu i wypierająca z życia publicznego politykę.

Niedostateczna wiedza językowa i i elity pozbawione ciekawości świata w początkach XXI stulecia nie są niczym szczególnym. Kultura masowa traktuje dorosłych, tak wytwórców, jak i konsumentów, jak dzieci. Wg. Franka Furediego (socjologa węgierskiego pochodzenia, wykładającego na Uniwersytecie Kentu w Wielkiej Brytanii, ur. 1947) [*1], analiza słów, którymi posługiwali się podczas debat publicznych kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych pokazuje, że słownik Lincolna byłby zrozumiały dla licealistów. Clintona - dla siódmoklasistów, a Bush mówił już na poziomie średnio rozgarniętego sześcioklasisty. Współcześni ludzie nie ufają ani nauce, ani celowości gruntownego wykształcenia. Wszechobecny przedrostek "-post" wskazuje, w jakim miejscu znalazły się nauki humanistyczne, a naukom biologicznym i inżynieryjnym ludzkość już od dawna nie dowierza. Kiedyś studenci nie przepadający za naukami ścisłymi i przyrodniczymi wybierali humanistykę i sztuki wyzwolone. Dzisiaj jedne i drugie są im jednakowo obce: w USA między 1970 a 1995 liczba magistrów historii spadła o około 37%, magistrów filologii zagranicznych o 37%, anglistyki o 10% - i to w czasie, kiedy ogólna liczba studentów stale rosła. Temu zjawisku towarzyszy przekształcanie procesu kształcenia w rodzaj show dla niedorosłej publiczności, nagradzającej swego profesora brawami za widowiskowość wykładu, a nie poziom przekazywanej wiedzy, a także poszerzający się rynek książek popularnonaukowych, pisanych tak, by wysiłek umysłowy dla ich zrozumienia był czynnością zbędną. Absolwenci uniwersyteckich kursów zarządzania korporacyjną kadrą, telemarketingu i bankowości są znakomicie dostosowani do życia w monetarystycznej utopii, którą zamach na WTC już dawno obrócił w pył. Pytanie, co z nimi teraz zrobić?

Nie ma co szukać odpowiedzi na to pytanie w tradycyjnym miejscu, u intelektualistów, gdyż w swej większości zaakceptowali oni tą przygnębiającą odmianę. Klasyczny wzorzec heroicznego, niezależnego badacza zastąpiła dzisiaj postać intelektualisty zdewaluowanego do jednego z wielu podmiotów rynku informacji, któremu ton narzucają reguły talk shows, a nie debaty oksfordzkiej. Wartość wykształcenia wyższego, a w konsekwencji i tytułów naukowych, maleje w miarę, jak uniwersytety obniżają kryteria naboru lub w ogóle rezygnują z egzaminów wstępnych, żeby przyjąć jak największą liczbę studentów, i tym bardziej, im częściej wartość profesorów dla uczelni obliczana jest w według liczby absolwentów, a nie ich jakości. Kiedy w początkach grudnia 2001 opublikowano pierwsze rezultaty PISA (badania porównawcze funkcjonalnego alfabetyzmu, jakości nauczania i systemów edukacyjnych w Europie), okazały się być one szokująco słabe. Szczególnie silnie wstrząsnęły dumą narodową Niemców (21 pozycja na 32 państwa), a same zjawisko uzyskało nazwę "PISA-Schock". W efekcie rozpętała się desperacka dyskusja jak włączyć media do promocji "informacyjnego alfabetyzmu", a tamtejsi bibliotekarze wykorzystali sytuację do kolejnego, beznadziejnego przypomnienia, że biblioteki, a szczególnie biblioteki szkolne, jednak czemuś służą. [*2]

"Przez ostatnie dwa stulecia na straży autorytetu, jakim cieszyli się intelektualiści, stała wiara w to, że dążenie do wiedzy i prawdy zasługuje na powszechne uznanie. Wiara ta nadawała pracy umysłowej wyjątkowe znaczenie, ludziom zaś zgłębiającym wiedzę pozwalała sądzić, że to, co robią, ma sens." - powiada Frank Furedi. Mimo dezaprobaty dla gnuśności, jaka jego zdaniem cechowała uczonych jego pokolenia, Orwell niezmiennie wierzył, że idee mogą stworzyć lepszy świat, i że wszelka działalność intelektualna i kontemplacyjna jest tym, co odróżnia człowieka od zwierzęcia. Dzisiejsi intelektualiści sprowadzili czynność kontemplacji świata do upraszczania i minimalizowania wiedzy potrzebnej człowiekowi do funkcjonowania w społeczeństwie. Między innymi dlatego radykalne zmniejszenie listy lektur szkolnych wprowadzone przez rząd Platformy Obywatelskiej nie spotkało się ze znaczącym protestem. Polska inteligencja, w przeciwieństwie do niemieckiej, nie broni bibliotek.

W klasycznej powieści SF Asimowa "Fundacja" twórca psychohistorii Harry Seldon rozpoznaje zbliżający się upadek Imperium - po wtórności jego kultury wobec czasów przeszłych oraz cywilizacyjnej infantylizacji wszystkich warstw społecznych, nie rozumiejących wytworów technicznych poprzednich pokoleń ani złożoności własnego świata; nieufnych wobec nauki, ponad samodzielność myślenia i nowatorskość badań przedkładających naśladownictwo i epigonię. Na Ziemi w XXI wieku miejsce ludzi takich, jak Bertrand Russell czy Hannah Arendt, zajęli twórcy telewizyjnego Big Brother, a klasyczny wzorzec heroicznego, niezależnego myśliciela zastąpił homo ludens. Taka też jest polityka. Nie modernizacja, a rozkład. Ale czy ta analogia ma sens? [*3]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz



Przypisy:

1. Frank Furedi: Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? (Where Have All the Intellectuals Gone?) przeł. Katarzyna Makaruk, Państwowy Instytut Wydawniczy , Styczeń 2008

2. Susanne Krüger - The PISA-shock and its consequences: The future of libraries for children in Germany, World Library and Information Congress: 69th IFLA General Conference and Council, 1-9 August 2003, Berlin
http://www.ifla.org/IV/ifla69/papers/079e_trans-Krueger.pdf

3. Czytaj również: Palnick: Toksyczna moc autorytetów. Blog: Palnick, 2008-07-24
http://palnick.salon24.pl/85478,index.html

piątek, 18 lipca 2008

I kto tu jest polieznym idiotą?

"PiS nie postawił żadnych wyraźnych warunków. Z drugiej strony wiadomo, że koncernu medialnego takiego jak ITI nie da się bojkotować w nieskończoność - to oczywista oczywistość." - pisze Łukasz Warzęcha. Czyżby? Od kiedy to partie negocjują z koncernami medialnymi, przedstawiają swe warunki lub zanoszą do nich podania? To się odbywa inaczej. Jak ktoś nie chce, to do studia nie przychodzi. Jeśli właściciel studia nie chce, to nie zaprasza. Łukasz Warzęcha, wyzywając swoich rozmówców od polieznych idiotów z Olimpu swego dziennikarskiego stołka, jest najlepszym dowodem na to, że środowiskom medialnym w Polsce po prostu odbija się megalomańską czkawką.

Media nie są graczami politycznymi, nigdzie na świecie. Media komercyjne nie mają żadnej misji, oprócz komercyjnej. Nie są również reprezentantami głosu publicznego, czy publicznego sumienia - od kiedy to biznes kierujący się kategoriami zysku reprezentuje jakiekolwiek sumienie, oprócz własnego, i jakikolwiek głos, oprócz własnego? To już prędzej partie maja związek z opinią publiczną, a nie media, dzięki demokratycznym mechanizmom wyborów i członkostwa. Wszędzie na świecie rozmaite media maja swoje profile, sprzyjają bardziej jednym, czasem bardziej innym partiom, ale uważają, żeby nie przesadzić z własnymi inicjatywami w zakresie czarnego pijaru przeciw wrogom swych ulubieńców. To się, u licha, inaczej robi...

Media w USA łatwo dadzą się podzielić na bardziej lewicowe lub bardziej prawicowe, ale ich publicystyka rzadko przypomina monotonne bicie w bęben. W NYT znajdziesz publicystów prawicowych, poważnie traktujących to, co się dzieje w Partii Konserwatywnej, a w WSJ - lewicowych publicystów specjalizujących się we wszystkim, co dotyczy Partii Demokratycznej czy europejskiej lewicy. Nie dlatego, że media amerykańskie są jakoś szczególnie moralne i przejęte własną, informacyjną misją, a ze względu na własny, biznesowy interes. Naprawdę to bez znaczenia dla TVN, że żadna debata w najbliższej kampanii prezydenckiej nie będzie zorganizowana w ich studiu? Żadna w wyborach parlamentarnych? Ich dotychczasową rolę przejmie po prostu Polsat i media publiczne...

Co do PiS, to nie ma sensu dziś prorokować czy, oraz ile na tym stracą; coś stracą na pewno, gdyż zawsze lepiej jest występować w większej ilości programów niż mniejszej. Ale, z drugiej strony, cóż Łukasz Warzęcha opowiada o budowaniu wizerunku PiS w TVN i odbijaniu elektoratu polieznych idiotów? (Swoją drogą, cóż za pogardliwe określenie telewidzów TVN...) Jeśli ma jakiś konkretny pomysł, to niech tej partii podpowie, jak budować wizerunek w programach z Kubą Wojewódzkim oraz jak namówić specjalistów od przekazu wizualnego na portalu ONET (własność tego samego koncernu), by z pliku zdjęć ilustrujących to, co mają do powiedzenia, nie wybierali z regularną monotonią tych z pięknie przypudrowanym Tuskiem i tych ze świecącymi nosami działaczy PiS.

Lukasz Warzęcha zarzeka się, że jego wpis "był zatem tekstem z gatunku analizy praktyki politycznej" i dodaje skromnie o różnicy między nim samym oraz jego dyskutantami: "Uderzył mnie kompletny rozdźwięk pomiędzy istotą mojego tekstu a tymi wywodami. Z jednej strony było pytanie o praktyczne skutki, pytanie z dziedziny prakseologii, z drugiej - patos i emocje." Komentarze TVN w wczorajszych "Faktach" wyglądały na wyprodukowane z głębi takiego samego poczucia skromności. Otóż mecz między dowolną partią polityczną a dowolnym koncernem medialnym w ogóle do dziedziny polityki nie należą. To są różne podmioty, nastawione na różne cele i oceniające własną praktykę wedle wielce odmiennych kryteriów. Być może dzięki bojkotowi TVN PiS przegra najbliższe wybory (choć nie należy przesadzać z szacowaniem wpływów tego koncernu na elektorat jako przemożny). Ale być może im wyszło, że lepiej złamać otaczającą ich czarną propagandę teraz, po to, by zwiększyć szansę na wygraną w wyborach następnych. To również nieprawda, że moment ogłoszenia bojkotu jest niedobry. Wręcz przeciwnie. Koncern ITI ma teraz cale wakacje na ochłonięcie i zastanowienie się nad galopującą zniżką kursu akcji Agory - koncernu, który przed ITI popełnił ten błąd, że się zidentyfikował z jedną opcją polityczną i bił wszystkie inne.. Być może życiu publicznemu w Polsce wyjdzie to na dobre...

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

środa, 2 lipca 2008

Publicystyka, propaganda, indoktrynacja

"Coś takiego jak wolna prasa nie istnieje. Wy o tym wiecie, i ja to wiem. Żaden z was się nie porwie na uczciwe wypowiedzenie swego zdania, a gdybyście to zrobili, to z góry wiedzielibyście, że się nigdy nie ukaże w druku. Płacą mi tygodniówkę za to, bym swoje opinie trzymał jak najdalej od gazety, z którą jestem związany. Inni z was są podobnie opłacani za podobne rzeczy, a każdy wystarczająco głupi, by pisać szczerze, szybko trafi na bruk szukać innej pracy. Gdybym sobie pozwolił na to, by moje szczere opinie przelać na papier w tylko jednym wydaniu gazety, to utraciłbym pracę przed upływem 24 godzin. Zadaniem dziennikarzy jest niszczyć prawdę, kłamać prosto w oczy, wypaczać, szkalować, płaszczyć się u stóp mocnych i sprzedawać ten kraj i jego naród za codzienny chleb. Ja to wiem i wy to wiecie, więc po co te toasty za niezależne dziennikarstwo? Jesteśmy narzędziami i marionetkami pociąganymi za sznurki przez zakulisowych bogaczy. Kukiełkami tańczącymi w takt melodii, jakie oni grają. Nasze talenty, nasze możliwości i nasze życia są własnością innych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami" (*)

Ten cytat z Johna Swintona (1829-1901) - wieloletniego wydawcy New York Timesa, wypowiedziany gniewnym tonem pewnego wieczora 1880r na bankiecie na jego cześć, wydanym przez jego pracowników, padł w odpowiedzi na czyjąś próbę wzniesienia toastu za pomyślność niezależnej prasy. Pojawiwszy się w Nowym Jorku Swinton pisywał dla NYT okazjonalne artykuły, przyjęto go w końcu na etat, gdzie się systematycznie piął w górę, aż w 1860 został wydawcą. Gazetę opuścił dziesięć lat później i zaangażował się w działalność związków zawodowych. Następnie przepracował 8 lat na analogicznej pozycji w The New York Sun, a jeszcze później zaczął wydawać biuletyn dla związków zawodowych pod tytułem John Swinton's Paper.

W dzisiejszej Europie motto skonstruowane z wypowiedzi Swintona jest wskaźnikiem wyróżniającym modnych i obytych autorów tekstów o "czwartej władzy" i "demokracji mediów" z tłumu autorów nieobytych i nie znających się na rzeczy. Cytat tłumaczony z jednego języka na kolejny przez autorów, ściągających od siebie nawzajem internetowe wersje tekstów, coraz bardziej oddala się od oryginału, nawet nazwisko po niemiecku i francusku niekiedy bywa zapisywane jako Swaiton, a nie Swinton, i bywa, że się autorom mylą stulecia, ale nieodmiennie po cytacie pada jakieś "no proszę, tyle lat, ponad stulecie minęło, a się nic nie zmieniło!"

Ale dalej, wbrew przesłaniu swego motta, zwykle piszą autorzy o "mediokracji", albo "demokracji mediów", czyli o takiej - jakoby dzisiejszej - rzeczywistości politycznej, w której media sprawują władzę - gdyż mają wpływ na wynik wyborów, na to, kto i jakie obejmie stanowisko w układzie władzy i jak długo się na nim utrzyma, kreują polityczne nastroje, przedstawiają rankingi szkół i praktycznie decydują o preferowaniu ich przez młodzież. Demokracja mediów to świat, w którym media przestają być władzą czwartą, a aspirują do pierwszej, i w którym wszystko jest im podporządkowane: politycy władzy ustawodawczej i wykonawczej, przedstawiciele władzy sądowniczej i organów sprawiedliwości dbają głównie o to, by dobrze wypaść przed kamerą, wszelkie wydarzenia polityczne i publiczne dopasowuje się do trybu pracy redakcji, a to, co nie zostało sfilmowane i opisane w czołówkach gazet, to się po prostu nie wydarzyło. Tak to przynajmniej wygląda w mitologii "globalnej wioski" - ale czy mit ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością?

Sami dziennikarze głęboko wierzą w swą zawodową wszechmoc i równie często, jak cytują Swintona, myślą o sobie jak o wyjątkowych arystokratach ducha i społecznych emocji, traktują nawzajem jak celebrytów, udzielają jedni drugim wywiadów i nagród w prime time, a w Polsce, co jest jednak wyjątkowe, tak dalece mylą swą rzeczywistą pozycję społeczną z mityczną, że z pełną powagą i bynajmniej nie w prasie brukowej zastanawiają się, jakie szanse miałby kolega, gdyby go wystawili na prezydenta państwa ot, tak sobie, spoza sceny politycznej? Bo skoro są tak potężne, to po co kandydatowi mediów jakieś partie polityczne, statuty i składki? Wystarczą programy telewizyjne, sprawna gadka i przypudrowany nos, ściśnięcie otumanionego elektoratu żelazną pięścią kampanii medialnej - i już, wygrana jest możliwa... A przecież nie tak dawno temu zakończył się ustrój, którego władza miała takie możliwości, jakie się dzisiejszym mediom nawet nie śnią: posiadali nie tylko wszystkie media, ale też wojsko i siły bezpieczeństwa zdolne utrzymać całe społeczeństwo z dala od jakichkolwiek wrażych podszeptów, zakłóceń i alternatywnych źrodeł informacji - a i to tylko do czasu. I bez lektury dzieł socjologów Polacy powinni intuicyjnie wiedzieć, że oddziaływanie technik propagandowych i indoktrynacyjnych w systemie demokratycznym musi - z natury rzeczy - być wielokrotnie słabsze, niż w ustroju totalitarnym. Pomysły w rodzaju wystawienia kandydatury Tomasza Lisa czy Jolanty Kwaśniewskiej w wyborach prezydenckich nigdy się nie powinny pojawić, a jednak się pojawiły. Towarzystwo było ślepe na to, że Hillary Diane Rodham Clinton była nie tylko żoną swego męża, lecz samodzielnym politykiem, a pierwowzór Tomasza Lisa Silvio Berlusconi (nie w sensie poglądów, lecz środowiska, z ktorego się wywodzi) - jest właścicielem imperium medialnego, a nie medialnym celebrytem, bardzo bogatym człowiekiem, ktory miał po swojej stronie wnuczkę Mussoliniego i pozostałości elit postfaszystowskich zanim jeszcze zdecydowal się utworzyć partię Forza Italia. Losy Stana Tymińskiego, a później partii Leppera i Giertycha wskazują, że nie tylko, że scena polityczna się profesjonalizuje, ale też, że elektorat bardzo dojrzał w stosunku do początków lat 90-tych, kiedy oszołomieni ludzie zachłystywali się kapitalizmem i wolnością. Wszędzie na świecie przedstawiciele Czwartej Władzy poprawiają sobie humor samouwznioślając się i przerysowując własne znaczenie, ale w Polsce to jakby poszło dalej, niż gdzie indziej, u ludzi skądinąd niegłupich. Czemu?

Można spekulować, że być może owo specyficznie polskie zakłócenie percepcji środowiska dziennikarskiego wynika z zauroczenia pozycją, jaką przez wiele lat zajmował na polskiej scenie Adam Michnik - aktualnie dziennikarz. Rzeczywiście przez wiele lat niezwykle potężny i wpływowy, zdolny nie tylko otwierać i zamykać dyskusje, ale też mieć realny wpływ na wydarzenia polityczne z pierwszych stron gazet. Ludziom starającym się przebić przez wytworzony przez niego cień, nastawionym konkurencyjnie, mogło się w gruncie rzeczy podobać, że pracują w tym samym zawodzie; a w miarę upływu czasu coraz chętniej mogli zapominać, że polityczna potęga Michnika nie wynika ani z tego, że jest dziennikarzem, ani nawet z tego, że ma swoją gazetę. Dałby sobie radę i bez niej - choć to brzmi jak herezja w uszach zarówno przeciwników, jak i miłośnikow Gazety Wyborczej, to Michnik pisywał i pisuje stosunkowo rzadko. Każdy jego tekst każda redakcja by wzięła z pocałowaniem ręki - ze względu na własny, finansowy interes. Być może dlatego swego czasu odmówił wzięcia akcji Agory - nie potrzebował ich, to oni potrzebowali jego. Podobnie jego ogromna intuicja polityczna, wyrażająca się w umiejętności obracania sytuacji na swoją korzyść, przecież przez tyle lat skuteczna, nie wynikała ani z umiejętności pisania, ani z bycia dziennikarzem. Michnik jest przede wszystkim bardzo doświadczonym, politycznym i salonowym praktykiem, ktory od czasu do czasu sam pisze. Być może michnikowska potęga zafunkcjonowała po pewnym czasie jako potencjalna, a dla niektórych realna, zdolność całego środowiska dziennikarskiego.

2.
W Polsce po 1989 roku rozwinęło się (poza nielicznymi wyjątkami dziennikarstwa informacyjnego) głownie dziennikarstwo takie samo, jak wszędzie indziej w społeczeństwach demokratycznych, które ktoś kiedyś nazwał dziennikarstwem diskdżokejowym: dziennikarze za swoje główne zadanie uważają zabawianie publiczności, czemu podporządkowują informację, komentarze do niej i pamięć, że krew musi być na pierwszej stronie; ale kto czytuje czołówkę diskdżokei z NYT lub The Washington Post, ten widzi, że nie napiszą artykułu bez kilku telefonów do rozmaitych specjalistów i starannego przywołania ich opinii w tekście dla podparcia własnej. Takie zjawisko jest w Polsce absolutną rzadkością. Tu wszyscy pisują z wyżyn własnego geniuszu, samouwielbienia i bez jakichkolwiek konsultacji z uczelnianym gminem. Ale elokwencja rzadko kiedy wystarcza, by zakryć pustkę. Dlatego często kończy się tak, że porównanie politycznego publicysty skądinąd z Michnikiem wypada na korzyść Michnika, nawet, jeśli się ktoś z nim dogłębnie nie zgadza - bo dziennikarz Adam Michnik, nawet jeśli niczego z nikim nie uzgadnia, to bezustannie konsultuje się z wewnętrznym Michnikiem - doświadczonym graczem politycznym, a publicysta skądinąd, nawet jeśli ma w czymś rację, z chwilą, kiedy sobie nadmiernie zaufa, to może się konsultować co najwyżej z pustką we własnej głowie, zorientowaną na zgrabne pointy. W efekcie pisze dużo płycej, niż jego czy ją byłoby potencjalnie stać.

Dziennikarze, w tym publicyści, najczęściej bywają miernymi analitykami, zresztą, nie zdolności analityczne są potrzebne do uprawiania tego zawodu, tylko umiejętność zabawiania publiczności. Analitycy z kolei mają prawo być nudziarzami; ale pozostaną analitykami tylko wtedy, gdy będą szczerze wyrażać, co myślą, a nie to, co chce usłyszeć zleceniodawca. O tej bolesnej różnicy między dziennikarzem a analitykiem najlepiej się przekonał Krzysztof Leski, współzałożyciel Gazety Wyborczej, który trafił do Wikipedii za to, że mu Adam Michnik powiedział na pożegnanie: "Krzysiu, jeśli ty chcesz tu robić wolną gazetę, to po moim trupie." Wyleciał na bruk dokładnie z powodów opisanych przez Swintona, a kto wie, może i w przewidzianym przez niego tempie? Z tych samych powodów swego czasu wyleciał z "Rzeczpospolitej" Bronisław Wildstein - mimo wszelkich antylustracyjnych presji na ówczesnego redaktora naczelnego mogło chodzić nie o lustrację, a o to, że marionetka urwała się ze sznurka i usiłowała zakręcić swoim właścicielem. A wolność marionetki kończy się w momencie, gdy wybierze swego pracodawcę.


3.
Larry King, diskdżokej telewizyjnej publicystyki, cieszy się popularnością nie dlatego, że wykorzystuje swych gości do zademonstrowania telewidzom, jak bardzo jest piękny, mądry, sławny i potężny, lecz dlatego, że ze swego wycofania pomaga im zręcznymi pytaniami wydobyć z siebie to, co chcieliby powiedzieć i pomyśleć. Dlatego rozmówcy w jego programie mówią zazwyczaj coś, czego nigdzie indziej by nie powiedzieli. Ale Larry King byłby się obraził, gdyby ktoś go nazwał "dziennikarzem obiektywnym" w rozumieniu takim, jak to funkcjonuje w dzisiejszej Polsce.

Wypowiedź publicystyczna interpretuje i ocenia fakty z przyjętego przez autora punktu widzenia, celem jej jest zaś wpływ na opinię publiczną. Propaganda jest celowym działaniem zmierzającym do ukształtowania określonych poglądów i zachowań zbiorowości lub jednostki, polegającym na perswazji intelektualnej i emocjonalnej, czasem z użyciem jednostronnych, etycznie niewłaściwych lub nawet całkowicie fałszywych argumentów. Gdy propaganda zmierza do upowszechnienia trwałych postaw społecznych, poprzez narzucenie lub zmuszenie odbiorców do przyjęcia określonych treści, wtedy stanowi jeden z elementów indoktrynacji. Indoktrynacja jest procesem korzystającym z propagandy celem wpojenia określonych ideologii, poglądow lub przekonań. Wyróżniającą cechą indoktrynacji jest pozbawianie wiedzy o kierunkach wręcz przeciwnych do promowanych (uproszczone definicje za Wikipedią). Trzecią, unikalną cechą polskiego współczesnego dziennikarstwa jest to, że mu się te trzy bardzo różne pojęcia kompletnie pomieszały.

Najważniejszym elementem definicji publicystyki jest sformułowanie "z przyjętego przez autora punktu widzenia", które ją odróżnia od obu gorzej urodzonych sióstr, strojących się w szatki bezstronności i obiektywizmu. Larry King posiada swoje poglądy i jest do nich przywiązany. Czasem udaje się je w jego programie dostrzec. Człowiek zajmujący się publicystyką polityczną z natury rzeczy musi sobie jakieś poglądy wyrobić, wyciągnąć jakieś wnioski z tego co widzi i słyszy, i jak każdy przedstawiciel polskiego elektoratu wiedzieć, jak zagłosowałby, na jaką partię i za jaką opcją polityczną. Obiektywizm jego czy jej dziennikarstwa nie polega na odgrywaniu bezpoglądowego chłopka - roztropka, unoszącego się swobodnie nad sceną i mrugającego oczkiem w dziele fraternizacji z mu podobnymi, czy arbitralnego sędziego rozstrzygającego gdzie leży absolutna prawda, lecz na tym, że zaprasza publiczność, aby dojrzała to, co i on, z jego, specyficznego punktu widzenia; stara się ją przekonać do tego, by również ten punkt widzenia przyjęła, pozostawiając jej wolność decydowania o sobie. Najwięcej propagandy, indoktrynacji oraz ordynarnego kłamstwa jest tam, gdzie własny punkt widzenia sprzedaje się jako absolutną i jedyną prawdę. Tymczasem dyskusja rozpętana za czasów premierostwa Jarosława Kaczyńskiego postawiła wszystko na głowie: dziennikarze przyznający się, że posiadają poglądy, i z ich punktu widzenia piszą, byli natychmiast bici przez obóz przeciwny po głowach jako funkcjonariusze znienawidzonego reżimu.

Po upadku rządu Jarosława Kaczyńskiego przez Gazetę Wyborczą przetoczyła się fala ekstazy i samozadowolenia, a przez teksty jej przeciwników - fala oskarżeń wypływających z głębokiego przekonania, że do upadku rządu Jarosława Kaczyńskiego przyczynił się czarny pijar i manipulacja "Wyborczej". Tylko czy publicyści Wyborczej rzeczywiście mają tytuł do samozadowolenia, a jej przeciwnicy - oburzenia?

Jak to więc było? Czy istotnie to kampania Gazety Wyborczej obaliła rząd Jarosława Kaczyńskiego, czy coś zupełnie innego?


*John Swinton, za: Labor's Untold Story, by Richard O. Boyer and Herbert M. Morais, published by United Electrical, Radio & Machine Workers of America, NY, 1955/1979

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz