poniedziałek, 28 maja 2007

Kot Jaruzelski

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

Książka "Generał ze skazą" Lecha Kowalskiego, wspomniana w "Mimochodem" Ziemkiewicza, wzięła swój tytuł z parafrazy wcześniejszej książki generała Tadeusza Pióro "Armia ze skazą" zawierającej jego wspomnienia z okresu PRL, w tym z okresu antysemickich czystek z 1967, w wyniku których został zdegradowany do stopnia szeregowca i wyrzucony z wojska jako "Żyd z zarażenia świadomością syjonistyczną".


Autor opisuje w niej między innymi niebłahą rolę Jaruzelskiego w tej kampanii. Zdaje się, że po degradacji Pióro zarabiał na życie jako kioskarz "Ruchu," a swój stopień wojskowy odzyskał stosunkowo niedawno - nie za kadencji Jaruzelskiego. Ziemkiewicz zauważa, że w tekście Osęki opublikowanym w GW o Marcu 68roku autorzy czystek antysemickich pozostają anonimowi. Nie mają ani twarzy, ani nazwisk, co Ziemkiewicza niespecjalne dziwi - powiada, że musiałoby paść nazwisko Jaruzelskiego, a "w tym konkretnym wypadku „Wyborcza” w cudowny sposób zapomina o swej zwyczajnej bezwzględności w tropieniu antysemitów. Co by kogo innego zhańbiło ostatecznie i nieodwołalnie, to „człowiekowi honoru” jest wybaczane i nie wypominane."

Tekst Ziemkiewicza wywołał sporą dyskusję, w tym dwie reakcje, które byłoby warto dodatkowo skomentować. Pierwsza, to atak personalny na autora tekstu przez osoby piszące o GW "nasza gazeta" i zarzucające mu monomanię na tle tropienia "michnikowszczyzny", druga, wymagająca chyba szerszego potraktowania, dotyczy zakresu etnicznej umowności w walkach frakcyjnych Natolina z Puławami. Ale to innym razem.

Nie będziemy dyskutować czy Ziemkiewicz jest maniakiem czy nie, bośmy go nie badali, ale przemilczanie nazwisk w opisie historycznym nie jest sprawą błahą tylko dyskwalifikującą, a i zwracanie na to uwagi bynajmniej nie jest objawem manii. Przeciwnie. Prymitywne plemiona świetnie się obywają bez historii, bo im wystarczy orientowanie się na pory roku oraz wschody i zachody słońca, ale naród to już zjawisko polityczne z obrębu cywilizacji. Bez historii nie przetrwa nawet pół dnia. Jak to ktoś przytomnie zauważył, historia Europy bez imion i nazwisk królów, władców, wynalazców - i sprawców - nie byłaby warta nawet papieru, na którym by została wydrukowana.

Generał Pióro opublikował w Wyborczej z 21 kwietnia 1995 świetny artykuł o sowieckich marszałkach. Pod spodem redakcja zamieściła notkę o autorze, w której podają, że "W 1967 r. podał się do dymisji". To też jest przemilczenie, i to daleko idące, aczkolwiek niekoniecznie intencjonalne. Może być prostym skutkiem tabu milczenia nałożonym na moczaryzm ze względu na osobę Jaruzelskiego, ale też może być skutkiem specyficznej percepcji świata, redukującej indywidualizm do cechy nieistotnej, przeświadczenia, że bliżej niesprecyzowane, anonimowe żywioły historii rzeczywiście organizują masy, których duch - już niekoniecznie wola - jest wypowiadana ustami Wernyhory lub nawet, że Historia jest bytem absolutnym, w wyniku którego powstają masy, a z nich różnicują się wieszcze zdolni do kontaktu z Żywiołem Absolutnym.

To nie jest aż tak skomplikowane, jak brzmi. Normalnie jest tak, że człowiek postrzega swoje życie i otaczający świat jako zjawisko ciągłe. Człowiek albo jest, a skoro jest, to jakoś się nazywa, coś robi i ma jakieś relacje z innymi ludźmi, albo umarł i go nie ma. Wydarzenia, mimo wszelkich niespodzianek, układają się w jakiś w miarę zrozumiały ciąg konsekwencji wydarzeń wcześniejszych. Ale życie Jaruzelskiego portretowane jest w Gazecie Wyborczej w sposób nieciągły, jak byt kota Schroedingera: Raz jest, raz znika w pudełku z napisem "żywioły historii". Jak pudełko jest zamknięte, Jaruzelski traci ciągłość. Może jest, a może go nie ma, każdy osąd jest równie uprawniony, od takiego, że Jaruzelski jest odpowiedzialny za czystki w LWP, po taki, że czystki zrobił polski motłoch. Faktem jest tylko to, co widać po otwarciu pudełka. Jeśli pudełko jest zamknięte, to fakty stają się zaledwie opiniami, do których można kogoś przekonać lub nie, w zależności od własnych mocy przekonywania. I tu pojawia się postać wieszcza.

Kot Schroedingera ma swojego Obserwatora, który go do pudełka wsadził i opisuje co widzi. Dzięki specjalnemu kontaktowi z żywiołem Historii wróżbita obserwuje przez pokrywę pudełka i poprzez czynność opisu urealnia swego kota - Jaruzelskiego, a gdy milknie, kot przestaje istnieć. Dla osób wierzących w talenty wróżbity nie ma żadnej sprzeczności w tropieniu antysemitów i wielbieniu Jaruzelskiego: czyny przez wieszcza nieopisane nie miały miejsca.

W dramacie Wyspiańskiego masy pojawiają się jako stany, które mają się stawić na wezwanie Wernyhory w sejmie. Lud ma czekać przed kaplicą do świtu na sygnał do walki oddany ze złotego rogu, z którym pędzi do Warszawy Jasiek. Do powstania nie dochodzi ze względu na jaśkową próżność, i o złotych rogach do dzisiaj rozmawiają kolejne pokolenia, ale gdyby Wyspiański napisał alternatywne "Wesele" z Jaśkiem nie troszczącym się o swoją czapkę, to może więcej by się rozmawiało o czymś innym: czego mianowicie dotyczyło wezwanie do boju. Wernyhora, legendarny ukraiński lirnik, który przyszedł do Gospodarza z wezwaniem do powstania, nie przekonywał go do czynu jasnością swych słów, czy jasnością projektu, lecz lecz siłą własnego natchnienia.

Gospodarz nie rozwikłał wszystkich sensów wizyt wróżbity i nie zrozumiał jego słów, ale powodowany palącą potrzebą spełnienia pięknej narodowej wizji, której pojąć nie zdołał, jednak Jaśka z poselstwem wysłał. I takie to było poselstwo, niemądry posłaniec z przekazem, którego nawet wysyłający nie rozumiał, a więc tym bardziej nie mogli zrozumieć odbiorcy. A jednak mieli na taką szalę postawić wszystko, z własnym życiem włącznie. To nie jest wizja obywatelska czy obietnica demokracji, lecz mistyka tyranii i wojny, w której nie musi się nawet informować ludzi, po co mają umierać, i nie rozumu się od nich oczekuje, a posłuszeństwa wobec natchnienia. Może więc dobrze, że Jaśko ten róg zgubił.

Ale nie tylko o nieciągłość bytu Przyjaciół chodzi. Michnikowski Wróg też jest pozbawiony nazwiska, też nie jest człowiekiem tylko symbolem jakiegoś wewnętrznego strachu: "Kanalie, kanalie, kanalie!" - krzyczy autor. O kim on prawi? "Wielki Lustrator" - to może być każdy. Idziesz ulicą i widzisz morze poruszających się, ludzkich ciał, pozbawionych cech indywidualnych. W każdym może czaić się Fantomas, dlatego się ich boisz. Nazywasz motłochem, poniekąd słusznie, bo dla niezindywidualizowanych poziom społeczności jest niedostępny.

Brzydzisz się tej hordy. Jest wstrętna, śmierdząca i wyjąca, upaprana odchodami płynącymi w rynsztoku. Cierpisz i odczuwasz fizyczny wstręt. Ale twoi przyjaciele też nikną w tym śmierdzącym tłumie, widzisz ich jako jestestwa nieciągłe, czasem są, a czasem znikają i zostajesz sam.

Był kiedyś taki świat naprawdę, kiedy zabierano ludziom nazwiska i tatuowano numery. Jest też w tym wszystkim jakieś echo pochodów pierwszomajowych widzianych z pozycji trybuny, z której pierwszy sekretarz wyznacza masom zadania na najbliższy plan pięcioletni, transportów do rąbania drzew na Syberii, anonimowych zwałów trupów zmuszonych do realizacji obłąkańczych planów wodza. Ale dość tej wycieczki w świat Mordoru.

Coś, co wygląda jak arogancja, może być ripostowane ironią. Ale wyobraź sobie, że w to wszystko naprawdę wierzysz. Poczuj się człowiekiem, mieszkającym w strzeżonym osiedlu, przeżywającym bezimienny Strach. Nie arogantów wtedy zobaczysz, a ludzi, którzy urządzili sobie piekło na ziemi. Z własnej woli....

[mirror na salonie: http://autostopem.salon24.pl/17010,index.html

wtorek, 15 maja 2007

Bartoszowi Węglarczykowi - premier potraktował was łagodnie

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

Premier potraktował Adama Michnika łagodnie, kojarząc go z puławianami. Mógł gorzej. Praca w redakcji GW zapewne nie uwrażliwia na takie rzeczy, ale Jaruzelski i Kiszczak nie są puławianami, lecz moczarowcami. Wojciech Jaruzelski, bywalec czwartkowych "wieczorów u Mieczysława" i jego prawa ręka, rozpoczął czystki antysemickie w wojsku w 1967, na rok przed Marcem.

Zresztą, wyrzucanie z wojska i degradacja do stopnia szeregowca dotykały nie tylko Żydów, bo, jeśli komuś nie udawało się przypisać żydowskiego pochodzenia, to wylatywał za "świadomość syjonistyczną." Tak zdyscyplinowana kadra oficerska rok później poprowadziła polską armię na Czechosłowację. Jeśli już zagłębiać się w egzotyczne obszary walk frakcyjnych u komunistów, to moczarowcy Jaruzelski z Kiszczakiem symbolizują dziś michnikowskich Ludzi Honoru, a nie puławianie. Michnik może i pijał wódkę z puławianinem Urbanem, ale Człowiekiem Honoru jednak nigdy go nie nazwał.

Niekiedy w Gazecie Wyborczej publikowane są zadziwiające opinie, jak ta Michała Głowińskiego przepytywanego przez Teresę Torańską ("Marcowe gadanie", Duży Format nr 19, 13 maja 2005). Sam wywiad spowodował spore zakłopotanie i oszołomienie wśród emigrantów marcowych, nieobytych z analną poetyką Wyborczej. Redakcja "Plotkies", która otworzyła dyskusję, zareklamowała go jako jeden z cyklu "...tak popularnego w prasie p.t. "okazuje się, że jestem Żydem (wcześniej tego broń Boże nie wspominałem)" - co zresztą jedna z ich czytelniczek skomentowała "facet wyszedł z szafy po 50 latach i trochę mi przypomina tego Japończyka, który ukrywał się w dżungli 30 lat po wojnie. Mnie się słabo robi, jak patrzę na tych, co sobie teraz przypominają, że byli Żydami."

Otóż Głowiński, reklamowany przez GW autorytet od "Marcowego gadania" powiada w wywiadzie "...Emigracja marcowa od początku budziła we mnie wątpliwości" - i, żeby było jasne, jakie, akcentuje tą wypowiedź cytatem z Zimanda ".. człowiek nie ma prawa uciekać z miejsca gdzie nasrał". Czyli, widocznie, zdaniem autora GW, nie zostali wypędzeni, tylko uciekli, a uciekli, bo wprzódy "nasrali". Abstrahując od agresji, zawartej w przaśnych metaforach, Głowiński żywcem posługuje się językiem gontarzowskiej propagandy, opisując czystkę etniczną jako gremialną ucieczkę winnych. Gontarz, Moczar i Gomułka używali w tym miejscu terminów "piąta kolumna", "syjoniści" i - mniej formalnie - "żydokomuna". Nie ma ich w wywiadzie, ale jakoś odnosi się wrażenie, że są jego mottem. Język, zaprezentowany przez Głowińskiego na łamach GW, trudno byłoby odnaleźć w innych gazetach głównego nurtu.

Bartosz Węglarczyk tego zapewne nie wie, bo nikt mu w redakcji GW chyba nie powiedział, ale emigracja marcowa różni się od emigracyjnej "żydo- i polsko- komuny" tym, że wyjeżdżając, traciła wszystko, a o tych drugich można mieć wątpliwości, czy w ogóle byli wypędzani lub uciekali, czy może raczej wyjeżdżali na upatrzone z góry placówki w celach wywiadowczych, oraz by wzniecać emigracyjne konflikty polsko- żydowskie, bardzo komplikujące pomoc organizowaną przez emigrantów dla opozycji demokratycznej w Polsce, skoro PRL, a potem III RP, nieprzerwanie płaciła im emerytury. Dopiero teraz, dzięki inicjatywie obniżenia emerytur stalinowskim aparatczykom, Polska przestanie im płacić za takową działalność. Zresztą, coraz jaśniej widać z stopniowo ujawnianych materiałów archiwalnych, że animatorzy sztucznie wzniecanych konfliktów emigracyjnych na tle etnicznym z obu stron byli często albo głupcami, albo funkcjonariuszami opłacanymi przez ten sam wydział MSW.

Bartosz Głowiński i inni młodsi redaktorzy GW też zapewne tego nie wiedzą, bo i skąd, że wielu emigrantów dziwiły i denerwowały obchody, akademie, uroczystości i tablice pamiątkowe "ku czci Marca" organizowane i wmurowywane (z gwarantowanym udziałem przedstawicieli GW) w rozmaitych miejscach przez marcowego donosiciela, za to z kompletną ignorancją faktu, że realne ofiary marcowych czystek żyją, mają się dobrze, tyle że za granicą i bez jakiegokolwiek wpływu na to, co się dzieje w kraju. Przez całe 17 lat denerwowały obchody Getta, których organizatorką jest pani jeżdżąca po Europie zaraz po 68 roku, żeby w rozmaitych telewizjach oświadczać, że czystki antysemickie są wymysłem, gdyż ona jest przecież aktorką. Emigranci oglądali jej wywiady w telewizji, samymi będąc wtedy zakwaterowanymi na rozmaitych statkach, na chybcika przerobionych na tymczasowe kwatery dla wysiedleńców, w świetlicach w obozach przejściowych, i tak dalej, a ona, owszem, była aktorką, jako żona swego męża, który został dyrektorem Teatru Żydowskiego dzięki wypędzeniu z kraju Idy Kamińskiej i jej zespołu oraz dzięki temu, że wykorzystał ówczesne obchody Getta do wygłoszenia elaboratu potępiającego "syjonistów" - czyli pochwalającego czystki etniczne. Poniekąd żywy dowód, że komunizm polegał na wynarodowieniu. Naszym zdaniem, nie tylko w mniejszościach etnicznych, to samo byśmy powiedzieli o Polakach.

Doprawdy, trudno zrozumieć, dlaczego przedstawiciele GW, zakładanej przecież przez jakąś część byłych marcowców, nie rozumieli, co legitymizują swoją obecnością na tego rodzaju imprezach czy wspólnym uczestnictwem w rozmaitych komitetach, i swoim milczeniem przez całe 17 lat. Trudno zrozumieć argument, jaki kiedyś usłyszeliśmy na własne uszy, że księdza Czajkowskiego trzeba bronić przed oskarżeniami o agenturę, gdyż inaczej załamie się dialog polsko - żydowski. Dialog między Polakami a Żydami jest możliwy tylko dzięki pośrednictwu bezpieki? Jeśli zawali się mur, zbudowany przez policję polityczną totalitarnego państwa, to grozi, że się Polacy z Żydami nawzajem pozabijają? Doprawdy, aż tak się nienawidzimy nawzajem?

Trudno zrozumieć wypowiedzi takie jak Karola Modzelewskiego, który porównuje lustrację do marcowych czystek, a w następnym zdaniu oświadcza, że nie rozumie, czemu lustracja miałaby obejmować badaczy przyrody, "którzy tylko wykonują swoją pracę." Raptem stracił pamięć, że czystki z 68 odbywały się bynajmniej nie tylko na wydziałach uczących marksizmu - leninizmu, i raptem nie rozumie, że człowiek może czuć się wielce nieprzyjemnie, kiedy go usiłują wepchnąć do tego samego wora razem z Jaruzelskim i całą resztą, odpowiedzialną za życiowe katastrofy, które mu się przytrafiły? Aż się też prosi, żeby powiedzieć, że kiedy Arendt usłyszała Eichmanna broniącego się na swoim procesie, że "tylko wykonywał swoją pracę", to skomentowała, że "zło jest banalne." Oczywiście nie porównujemy obu postaci, lecz wskazujemy jaka jest w istocie rzeczy jakość takiego argumentu.

To, co Głowiński przypisuje emigrantom marcowym: "...ale to były też często wspomnienia byłych właścicieli Polski Ludowej, którzy nagle przypomnieli sobie, ze są Żydami, i zauważyli, ze w Polsce mówi się antysemickim językiem" - dotyczy być może jakiejś części bananowych emigrantów z warszawskich salonów, ale jeszcze bardziej jego własnej grupy politycznej. Przypominają sobie, że są Żydami, kiedy im jest wygodnie wskazywać na przeciwników politycznych jako antysemitów. I na tym właśnie polega moczaryzm, na instrumentalnym traktowaniu etniczności. A wtedy, gdy jest się aż tak bezwzględnym, by wykorzystywać ofiary marcowych czystek do propagandowej obrony tych, co im połamali życie, to nic dziwnego, że ofiary zaczynają się zastanawiać, na ile środowisko takowe nasiąkło przez lata dzielące nas od 1968 roku, zwycięskim wtedy moczaryzmem. Żydem się nie bywa, panie Węglarczyk, Żydem się jest. A konkretniej, Polskim Żydem. Ale moczarowcem, na całe szczęście, można bywać lub przestać bywać.


sobota, 12 maja 2007

Felonia

"Jest też lewicowa tradycja Pużaka czy Żuławskiego i tę tradycję bardzo poważam. Nie w pełni się z nią zgadzam, ale to jest tradycja bardzo cenna. Ale z tradycją np. "Gazety Wyborczej" nie ma nic wspólnego." - powiada Jarosław Kaczyński w rozmowie z Joanną Lichocką i Igorem Janke ("Powróćcie do swojego etosu", Rzeczpospolita, 12, 05,07). Aż nam się zrobiło szkoda, żeśmy w robieniu wywiadu nie uczestniczyli, bo byśmy próbowali poszerzyć pewien wątek, w dyskusji poruszony zaledwie marginalnie.

Niektórzy z nas zetknęli się po raz pierwszy z Michnikiem i młodzieżą walterowską całe lata temu, jeszcze przed Marcem 68 roku, i zawdzięczają im zrozumienie, poprzez egzemplifikację, które określiło tory ich życia: że zdefiniowanie się jako przeciwnik nie-demokracji wcale nie oznacza, że samemu jest się demokratą. A w konsekwencji, że podziały istniejące między niedemokratami a demokratami mogą być w Polsce dawnej i obecnej równie przepastne, co i między demokracją, a nie-demokracją. W Polsce dzisiejszej Jacek.Ka opisuje dwuwymiarowy model myślenia politycznego, a jego otoczenie łatwo przyjmuje jako naturalną koncepcję, że do opisu świata idei potrzebne są dwie osie współrzędnych, a nie jedna; Jarosław Kaczyński też zdaje się zgadzać, że nie wystarczy zaznaczyć na osi rzędnych odległości osoby od punku zero w kierunku lewym lub prawym. Jednak w latach 1960tych, a dla niektórych ludzi niekiedy do dzisiaj, jest to prawdziwe odkrycie: zresztą, dorysowanie osi prostopadłej (demokracja i nie-demokracja) do dualnego modelu myślenia niebywale wzbogaca intelektualnie. W zasadzie można powiedzieć, że zmienia życie, na tej zasadzie, że głęboko transformuje najgłębsze warstwy mechanizmów dokonywania życiowych wyborów. Inną rzeczą jest, czy rzut na płaszczyznę wystarcza, by poradzić sobie z opisem wszelkich procesów dziejących się w społeczeństwie wychodzącym zarówno z epoki totalitarnej, jak i z imperialnego uzależnienia.

To prawda, na przykład, że Ewa Milewicz ozdabia swój blog stwierdzeniem "tu pisze KPP". Ale na ile ta etykieta jeszcze odpowiada treści? Możnaby zaryzykować stwierdzenie, że z tekstów Michnika oraz jego środowiska coraz jawniej przebija głęboka pogarda dla "nizin społecznych" z pozycji, które już nie mają wiele wspólnego z etosem jakiejkolwiek lewicy, nie tylko tej Pużaka, ale także autorytarnej czy totalitarnej: przecież nawet uwielbienie dla Robotnika symbolizującego racje moralne Ludu w twórczości marksistów - leninistów (ale koniecznie z dużej litery, i koniecznie z zastrzeżeniem, że wyrazicielem woli Robotnika jest Komitet Centralny jego Partii), w tekstach Michnika zostało zastąpione jawną niechęcią, agresją i stygmatyzacją przedstawicieli Ludu w zasadzie wyłącznie negatywnymi konotacjami emocjonalnymi, widocznymi w samej terminologii: "przegrani," "zawistnicy", "rynsztok", "motłoch" etc. Sfera werbalnej symboliki była dla partii komunistycznych tak ważna, że trudno uznać to odstępstwo za mało istotne.

"Po roku 1989 Polska korzystała z owoców uwolnienia od komunizmu. Polska Solidarność spowodowała pokojowe przemiany. Dziś jednak koalicja, żądnych zemsty przegranych demokratycznego zwrotu, spycha kraj w nową niewolę" - pisze Adam Michnik na łamach niemieckiego dziennika "Die Welt" i dodaje, że "Solidarność kierowała się filozofią kompromisu, a nie zemsty. Chciała Polski dla wszystkich, a nie państwa podzielonego na wszechwładnych zwycięzców i uciskanych przegranych."

Człowiek staje czasem przed prostą alternatywą, albo - albo, szczególnie w sytuacjach granicznych. Można zaakceptować, że dla jakiegoś szeregu ludzi sytuacją graniczną jest ustawa lustracyjna, ale alternatywie Michnika "kompromis lub zemsta" brakuje definicyjnego aneksu. Kompromisy między światopoglądami są w ogóle niemożliwe, gdyż ich immanentną cechą jest samoistość, ale można kompromisować się w zakresie praktycznych skutków współistnienia rozmaitych światopoglądów na tym samym terytorium. Dlatego noblista Nelson Mandela zdefiniował kompromis jako najzupełniej praktyczną sytuację, że przywódca jako ostatni wychodzi z więzienia (czego o ekipie z Magdalenki nie da się powiedzieć) i powołuję Komisje Prawdy i Pojednania. Michnik swojej koncepcji kompromisu w ogóle nie definiuje, zaniedbuje również zaopatrzyć czytelnika w definicję słowa "zemsta", wystarczającą odróżnić ją od poczucia sprawiedliwości czy zwyczajnej, historycznej ciekawości; ustawia więc ową alternatywę tak, że oskarżając adwersarzy o niskie pobudki, na nich zrzuca ciężar dowodzenia własnej niewinności w procesie, w którym nie znają aktu oskarżenia. Trudno też poważnie polemizować z hasłem "Polska dla wszystkich" z prostego powodu, że najbardziej zawzięci lustratorzy nie proponują pozbawiać obywatelstwa swoich adwersarzy.

Proste, kafkowskie alternatywy kompromisu i zemsty, wygranych i przegranych, taką dualną optyką posługuje się również Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu obalającym ustawę lustracyjną. Wspomina o zemście jako nieakceptowalnej motywacji ("lustracja nie może być narzędziem zemsty), oraz ogranicza cele lustracji do "clearingu" instytucji państwa, powiadając, że lustracja ma zapobiegać antydemokratycznym działaniom lustrowanych osób i ich ewentualnemu szantażowaniu przeszłością. Ewidentnie taka definicja celów lustracji może być wyznaczana tylko pod warunkiem przyjęcia arbitrażu Michnika w interpretacji, a raczej nie-interpretacji terminu "kompromis", ewidentnie też, prawa człowieka, wskazane w orzeczeniu jako "zabezpieczenie przed zemstą", same w sobie nie zostały przez Trybunał Konstytucyjny wystarczająco zinterpretowane, jak i zresztą pozostałe terminy; np. co rozumie TK pod terminem "zemsta" ? W kategoriach prawnej dyskusji należałoby się spodziewać większej precyzji, niż w publicystyce Michnika, gdzie pewne terminy bywają - naszym zdaniem - zaledwie zabiegiem erystycznym, celowo niedoprecyzowanym, zamykającym antagonistom prawo do równorzędnej dyskusji równie skutecznie, i niemal równie często, co oskarżenie o antysemityzm.

Tekst Michnika w "Die Welt" zwięźlej i bardziej zrozumiale niż tekst orzeczenia TK ujawnia, że język wysokiej moralności służy czasem upraszczaniu świata do granic absurdalnej prostoty - czy istotnie da się podzielić ludzi na jednoznacznie wygranych i jednoznacznie przegranych oraz uznać, że życie, w tym polityka, polegają na nieustającej wojnie o to, po której będzie się stronie, kto kim będzie miał prawo pogardzać, i czy istotnie wygrana materialna lub wysoka pozycja społeczna przydają osądom moralnym i towarzyskim wygranych znamion jakiejś absolutnej prawdy?

Jarosław Kaczyński powiada o inteligenckim etosie "to przede wszystkim etos służby innym - ludowi, społeczeństwu, narodowi, wreszcie państwu. W moim rozumieniu inteligenci to ludzie, którzy coś z tego tradycyjnego etosu zachowali." Swego czasu całkiem podobna dyskusja o etosie miała miejsce w USA, ale nie na lewicy, tylko prawicy.

W zamierzchłych czasach, kiedy Bush nie dotarł jeszcze do półmetka swej pierwszej prezydentury, jego Partia Republikańska przeżyła wielką awanturę o bezdomnych. Poszło o pomysły przedstawicieli skrajnie konserwatywnego skrzydła, którym udało się wygrać tu i ówdzie wybory miejskie. Nazwiska utonęły nam w mrokach niepamięci, ale jeden z nowych, ultrakonserwatywnych burmistrzów wymyślił, że najlepszym programem walki z bezdomnością jest... wyrzucanie bezdomnych z miasta! Trzeba bezdomnego złapać, wywieźć za miasto, i już. Hycel na ludzi, na tym to polegało w praktyce, że owi skrajni konserwatyści zaproponowali takie powiększenie szeregów policji, by hyclowanie odbywało się bez nadwerężania innych jej obowiązków. Z obliczeń wynikało, że i tak budżet miejski na tym zyska, gdyż w miejskiej kasie pozostaną pieniądze wydawane na schroniska i garkuchnie dla biednych.

I wtedy rozpętała się wielka awantura o moralność i - właśnie - etos! - w obrębie Partii Republikańskiej. Amerykańska tradycja republikańska jest wystarczająco silnie oparta na tradycjach nędzarzy odrzuconych ze Starego Kontynentu, emancypujących się ku dumnej obywatelskości, protestanckiej koncepcji współczucia i niechęci do arystokracji, by dla części członków i zwolenników Republikanów takie koncepcje okazały się nie do przyjęcia. Stało się jasne, kto tą bitwę wygra, kiedy do gry wkroczyły żony polityków i biznesu, w obronie ich style of life, polegającego na balach charytatywnych i dobroczynności, w tym i takiej, że raz w tygodniu pracuje się za darmo w jakiejś garkuchni lub schronisku dla kobiet.

Michnik pisze, że Polską rządzi "koalicja, żądnych zemsty przegranych demokratycznego zwrotu," motywowanych "poczuciem niesprawiedliwości, rozgoryczenia, zawiści i destruktywnej energii, skierowanej na odwet wobec dawnych wrogów i dawnych przyjaciół, którym się lepiej powiodło."

"Którym się lepiej powiodło".... Czyli to jest właściwe znaczenie zdania, od którego Michnik zaczyna swój wywód: "Polska korzystała z owoców uwolnienia od komunizmu."

I to jest aż takie proste. Świat Michnika, podobnie jak owych skrajnych konserwatystów, jest bardzo prostym światem, w którym ludzie dzielą się na wygranych, obficie "korzystających z owoców", oraz identyfikowanych z samym państwem, gdy po drugiej stronie wrą rzesze zawistnych "przegranych", godnych pogardy i "obywatelskiego nieposłuszeństwa" nawet, jeśli zajmują najwyższe stanowiska w państwie, gdyż ich pobudki i motywacje są równie niskie, co i pozycja społeczna, przypisana im niemal "genetycznie", skoro nijak się ma do pozycji w państwie realnie zajmowanej. Owym "wygranym" przysługuje wysoka moralność i pozycja wygranych, właśnie dlatego, że są do wygrywania predystynowani, a bezdomni są sami sobie winni, i dlatego godni pogardy - zresztą, zasługują na bezdomność i pogardę poniekąd z urodzenia, zupełnie niezależnie od mechanizmów demokracji formalnej.

Tylko, właśnie, co ma to wspólnego z prawami człowieka, demokracją i państwem prawa, albo jakąkolwiek lewicą, nawet tą totalitarną?

Być może potrzebny jest jakiś trzeci wymiar, w którym da się opisać ewolucję od totalitarnej lewicowości do mentalności cwaniaka, który obdziela ludzi szacunkiem w zależności od ich statusu materialnego, odległości od społecznych szczytów i predystynacji do sprawowania władzy oraz stanowienia prawa. W tym bardzo egzotycznym obszarze trzeba się poruszać jak po polu minowym, jeśli chodzi o terminologię. Ewolucja czy dewolucja, czy można nazywać degradacją proces, w którym jakieś zmiany niewątpliwie zachodzą, ale który się zaczyna w punkcie totalitaryzm? "Czy można być większym kanalią? " - szczerze kiedyś zapytał Michnik swoich fanów. Nie doczekał się odpowiedzi.

"Prawdziwość sądów weryfikuje się, odwołując się do autorytetu. To tragedia polskiego myślenia." - powiedział Jarosław Kaczyński. O tak, powiedzielibyśmy, dodając, że nie tylko wtedy, gdy określamy się weryfikując pozytywnie swoją opinię z sądem autorytetu. Weryfikacja negatywna bywa równie często tragiczna w skutkach, gdyż w obu przypadkach ów autorytet staje się punktem odniesienia, początkiem własnego światopoglądu, ocen własnych, lub własnego umysłu pomięszania, świetnie opisanego przez Tomasza Wróblewskiego w notce "Jak stałem się faszystą". Życie demokratyczne uwzględnia i to, że w dyskusji intelektualnej nie ma demokracji, gdyż siła przekonywania zależy od talentu, a nie ilości głosów. Ale kiedy Jarosław Kaczyński przypomina, że w średniowiecznym prawie lennym funkcjonował termin "felonia", oznaczający m.in. złamanie powinności lennych przez seniora wobec wasala, karane utratą lenna albo zwierzchnictwa lennego, to aż się prosi zderzyć implikacje tego terminu na współczesnym gruncie intelektualnym z koncepcjami obywatelskiego nieposłuszeństwa, promowanymi w blogu Ewy Milewicz. I to jest właśnie ten wątek, którego nam zabrakło. Nawet nie prawo do rezygnacji z weryfikowania własnych poglądów poprzez odwołania do autorytetów, ale skromniej, prawo do intelektualnej, a nie prawnej felonii, czyli zupełnego ignorowania takich punktów odniesienia, obojętnie, zgodnych lub przeciwnych własnemu światopoglądowi, które mają zbyt wiele wspólnego z koncepcjami nadczłowieka i "genetyką" uprawnień do stanowienia lub obalania prawa, wskazywania ludzi pozbawionych wyższych motywacji, a nawet zdolności do przeżywania tychże.

link: mirror na Salonie24


Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

środa, 9 maja 2007

Rafał Kownacki: SDPL Warszawa Śródmieście potępia polskich europosłów

Parlament Europejski w dniu 26.04.2007 r. po raz kolejny dał wyraz zaniepokojeniu sytuacją praw człowieka w Polsce.

Działania oraz zaniechania polskich władz potęgujące istotny problem społeczny, jakim jest homofobia, zostały potępione przez zdecydowaną większość europosłów. Rezolucję potępiającą homofobię w Europie poparło 325 członków Parlamentu Europejskiego. Nie może nikogo dziwić, że rezoulucję potępili oraz zagłosowali przeciwko niej polscy eurodeputowanii z frakcji prawicowych. Najwyższe oburzenie budzi natomiast fakt, że jedynie dwóch polskich członków frakcji socjalistycznej w PE zagłosowało za przyjęciem rezolucji.

Pragnę podziękować Józefowi Piniorowi (SDPL) oraz Markowi Siwcowi (SLD) za słuszną postawę i głosowanie w zgodzie z własnym sumieniem oraz rzeczywistością. Niestety, poza Józefem Piniorem, pozostali europosłowie SDPL oddali głos ramię w ramię z przedstawicielami polskiej – w tym skrajnej – prawicy.

Z przykrością stwierdzam, że reprezentanci Socjaldemokracji Polskiej w Parlamencie Europejskiej nie uważali za właściwe potępić m.in. wypowiedzi ministra Orzechowskiego dotyczących zakazu wykonywania zawodu nauczyciela przez osoby homoseksualne oraz "propagowania homoseksualizmu" w szkołach. Europosłowie SDPL nie czują też zagrożenia z powodu wystąpienia Rzecznika Praw Dziecka w sprawie ustalenia listy zawodów, które nie powinny być wykonywane przez osoby homoseksualne.

Parlament poprzez rezolucję zwrócił się z apelem do polskiego rządu o natychmiastowe odcięcie się od wszelkich homofobicznych deklaracji polskich polityków. Zdecydowana większość lewicowych eurodeputowanych z Polski uznała najwidoczniej taki apel za niestosowny lub zbędny.

Stojąc na stanowisku fałszywie pojmowanej solidarności narodowej, nasi reprezentaci w Parlamencie Europejskim nie zrozumieli, że ostrze rezolucji skierowane było wyłącznie przeciwko tej części polskich polityków, którzy na niechęci i nienawiści wobec gejów i lesbijek budują swoją pozycję polityczną. Na nieszczęście polskich mniejszości seksualnych, dotyczy to przedstawicieli partii rządzących, którzy wykorzystują homofobię i mowę nienawiści do uzurpowania sobie władzy nad „rządem dusz” Polek i Polaków.

Rezolucja Parlamentu Europejskiego poprzedzona została w marcu 2007 roku wyrażeniem przez dwie największe organizacje broniące praw człowieka - Human Rights Watch i Amnesty International – zaniepokojenia sytuacją praw człowieka w Polsce w kontekście zagrożeń dla polskich gejów i lesbijek.

Raport stowarzyszeń Kampanii Przeciw Homofobii oraz Lambdy Warszawa przynosi natomiast obraz społeczeństwa, w którym blisko 18% polskich gejów i lesbijek doświadczyło przemocy fizycznej, a ponad 51% doświadczyło przemocy psychicznej. Aż w ponad 85% przypadków policja nie została powiadomiona o zdarzeniu z obawy przed kolejnymi represjami ze strony sprawców. Prawdopodobnie z pozycji wygodnych foteli deputowanych w Brukseli i Strasburgu trudno dostrzec realia polskiej codzienności. Przykro mi, że ta skłonność dotknęła także przedstawicieli polskiej lewicy.

Jednym z głównych, o ile nie naczelnym, obszarem krytyki obecnej ekipy rządowej ze strony środowisk lewicowych są działania godzące w prawa człowieka. Wyrazem najwyższej obłudy byłoby dalsze stawiania się w opozycji do rządzących w obszarze prawoczłowieczym na potrzeby polityki krajowej, przy jednoczesnym stawaniu we wspólnym szeregu z polską ksenofobiczną prawicą na forum europejskim. Szczególnie godne potępienia jest zachowanie europosłów SDPL i SLD w sytuacji, gdy to frakcja socjalistyczna w PE była współinicjatorką rezolucji, o której mowa.

Apeluję do władz Socjaldemokracji Polskiej o potępienie zachowania europosłów polskiej lewicy. Jednocześnie oczekuję wyciągnięcia konsekwencji względem reprezentantów SDPL w Parlamencie Europejskim, którzy swoją postawą sprzeniewierzyli się hasłom programowym partii.

Polscy geje i lesbijki oczekują wyraźnego sygnału, że ich problemy nie zostaną po raz kolejny zbagatelizowane. Polska lewica nie może popełniać wciąż tych samych błędów.

Rafał Kownacki

Przewodniczący SDPL Warszawa-Śródmieście
SDPL Warszawa-Śródmieście


Artykuł pochodzi z Archiwum Alternatywa.Com

niedziela, 6 maja 2007

Na smyczy trzyma filozofów Europy.... Kataryna

Pod słynnym tekstem Kataryny w Bloxie "Przydługie wyjaśnienie w sprawie Salonu24" figurują między innymi takie wypowiedzi: "Powrót poobijanej Kataryny dowodzi jedynie, że w Polsce prawicowe wartości nie mogą istnieć bez wsparcia Agory i Gazety Wyborczej... ", "...jedynym wyjściem dla osoby mobbingowanej jest opuszczenie patologicznego środowiska. To uczyniła Kataryna...", albo "uszanujmy decyzję Kataryny, wynikającą być może z tego, że tu łatwiej niż na salonie można napisać, że po dwóch latach rządów kapłanów lustracji jesteśmy krok przed zmuszeniem Geremka do złożenia oświadczenia po raz siódmy i ani o krok bliżej wyjaśnienia śmierci Pyjasa."


"Prawda jest jedna" - napisał rok wcześniej marcus_crassus w wątku towarzyszącym narodzinom dwóch równocześnie teorii spiskowych na temat Kataryny - " Nie mogę pojąć, dlaczego wszyscy ci "krytycy GW" piszą blogi na agorowym bloxie. Przecież tym sposobem windują w górę GW oraz zwiększają jej dochody. Dość dziwne to wg. mnie. Ale co tam mam mówić. Po prostu nie mogę wytrzymać ze śmiechu, jak widzę te wszystkie wyrazy świętego oburzenia na paskudnych michnikowców, a w lewym górnym rogu 'gazeta.pl' " Napisał też, że w trosce o własne bezpieczeństwo nie korzysta nawet z poczty na portalu Agory oraz zaproponował pomoc techniczną każdemu, kto chciałby się usamodzielnić. Nikt nie chciał.


Teoria numer jeden powiada, że istnieje spisek mający na celu Katarynę ujawnić i zniszczyć za to, że jest odkrywcza i pisze prawdę. Alternatywna teoria powiada, że to Kataryna spiskuje celem pomnożenia prawicowych klików w banery na portalu Agory i zapewnienia dominacji koncernu na rynku mediów elektronicznych. Obie teorie powstały w tym samym momencie i obie mają się dobrze do dzisiaj. Miłośnicy Kataryny są na ogół przekonani do teorii spiskowej numer 1, wskazują na zajadłe ataki na nią na forach Agory, post Azraela, domagający się od Kataryny ujawnienia i deklaracji lustracyjnej, niedawny post profesora Sadurskiego czy wczorajszy, niewybredny atak Rafała Kałukina na łamach Gazety Wyborczej. Według niektórych, w spisku biorą również udział państwo Janke, i to w nie bylejakiej roli - z tym, że cytowane opinie w blogu Kataryny na Bloxie oskarżają ich o cenzurę, a przynajmniej stronniczość pro- PiSowską (na rzecz kapłanów lustracji) a komentarze na Salonie oskarżają ich odwrotnie, na ogół o "anty-prawicowe lewactwo".


Sama Kataryna swoim zachowaniem zdaje się zgadzać z opinią, zawartą w komentarzach jej miłośników, że portal Agory jest opoką wolności słowa i prawicowych wartości, a tekstem wskazuje wyraźnie na teorię spiskową nr. 1. Opuszcza Salon, gdzie, jak pisze, "źle się czuła", i publikuje dosyć dramatyczny tekst o tym, jak bardzo sobie ceni własną anonimowość i bezpieczeństwo - co w zasadzie jest niedwuznaczną sugestią, że jej bezpieczeństwo na Salonie było w sposób istotny nadwerężone.


Obie teorie spiskowe pojawiły się w czerwcu 2006 roku, kiedy bloger ckwadrat znalazł w wywiadzie Krzysztofa Urbanowicza opublikowanym w 8/2006 numerze miesięcznika Enter zdanie "Pieniądze od portalu Gazeta.pl otrzymywała m.in. znana blogerka Kataryna". Krzysztof Urbanowicz, prezes firmy Mediapolis i autor bloga Media Cafe Polska napisał potem, że jego źródło - "zazwyczaj dobrze poinformowane" - tym razem podało nieprawdziwą informację - "skontaktowałem się z moim źródłem informacji, które spuściło z tonu, mówiąc o 'trybie warunkowym' " - dodał. Z kolei Tebe na Forum Kraj oświadczył "mam wrażenie, że Pan Krzysztof źle zrozumiał, albo Pana Krzysztofa źle zrozumieli. W zasadzie mógłby się dowiedzieć tego tylko ode mnie, a niczego takiego mu nie mówiłem." Urbanowicz napisał też, że Tomasz Bienias, zastępca dyrektora wydawniczego portalu gazeta.pl, powiedział mu telefonicznie: "nigdy nie płaciliśmy autorom naszych blogów."


Zaprzeczyła również Kataryna, a w blogach i na forach Agory pojawiły się wpisy w optyce podejrzeń o antykatarynowy spisek - "kto i dlaczego dał zlecenie na Katarynę?" - oraz w kiełkującej optyce spisku samej Kataryny, a raczej biura marketingowego Agory: "Chodzi mianowicie o to, że warto mieć bloga - nawet krytycznego "na swoim portalu". Ma się wtedy pod kontrolą odwiedzających i publikowanie treści - ale co znacznie ważniejsze - przyciąga się na portal więcej gości - także swoich krytyków. A media nie muszą być lubiane - ważne, jeśli są oglądane - bo to zapewnia większe zyski z reklamy. Być może więc bloggerzy nie wiedzą - ale poprzez pisanie swoich blogów wzmacniają internetową siłę portalów, na których piszą swoje blogi - bloggerzy publikujący na bloxie zaś pomagają serwisowi gazeta.pl - dodając mu wpływów z reklam oraz wzmacniając siłę portalu w wyszukiwarkach. Często blogger taki jest istną kopalnią złota dla portalu. Nie tylko "pracuje" gratis - ale przyciąga rzesze tych, którzy np. danego portalu szczerze nie znoszą. W czasie ważnych wydarzeń kilku dobrych bloggerow jest w stanie ściagnąć w Polsce nawet ponad 10 tysięcy osób (na zachodzie sa to liczby dużo większe - najpopularniejszy serwis - blog demokratów w USA (Daily Kos) ściaga dziennie ponad pół miliona fanów, a neokonserwatywny - poświęcony polityce bliskowschodniej blog "Małe zielone futbolowe piłeczki" odwiedza około 100 tysięcy gości każdego dnia.'


Tak czy inaczej, to tej awanturze Kataryna zawdzięcza swoją realną popularność. Co prawda Urbanowicz w swoim wywiadzie wspomina o niej jako "popularnej blogerce", ale w swoim blogu już pisze, że wtedy właśnie po raz pierwszy zajrzał do jej bloga. Nie on jeden.


Wspomniany tekst Kataryny na Bloxie jest swego rodzaju autokreacją na trybuna ludowego, słabego przeciwko "mainstreamowym silnym", uzbrojonego jedynie w prawdę, skromne zdumienie własną popularnością, motywowanego potrzebą przeciwstawienia się potędze "mainstreamowych elit", które w "w osobie pana Sadurskiego" atakują ją osobiście oraz ludowe prawa. "Kto by się porwał na krytykowanie mediów nieanonimowo ryzykując, że na drugi dzień bohater jego tekstów może z niego zrobić choćby pedofila w artykule "jak donosi nam pragnący zachować anonimowość bliski znajomy...". Taka argumentacja brzmi pięknie, jak baśń o chłopku - roztropku kiwającym elity, tyle że blog Kataryny był równie czerwony co Sadurskiego, jej pozycja na Salonie lepsza, a nie gorsza od pozycji Sadurskiego, a liczba osób krytykujących nieanonimowo rozmaite media, mniej i bardziej znanych, całkiem spora w internecie, i pewnie im nawet do głowy nie przychodzi, że jest to jakieś bohaterskie "porywanie się". Raczej owe media porwałyby się, nie tyle bohatersko, co głupio, pomawiając swoich krytyków o pedofilię czy cokolwiek, gdyż w efekcie musiałyby płacić pomówionej osobie wysokie odszkodowanie.


Tu ponownie pojawia się bloger ckwadrat, który ponownie zauważa cytat, tym razem w blogu Igora Janke: "Wczoraj rozmawiałem z naszą ulubioną blogerką z pół godziny przez telefon, przekonywałem na wszystkie możliwe sposoby, zobaczymy czy da się uprosić. Więcej nie mam siły.." Czyli osoba tak dalece przerażona wszechmocą i złą wolą mainstreamowych dziennikarzy i ukrywająca się przed nimi, nie tylko, że beztrosko oferuje im swoje ip, zapisywane w logach na portalach, na których prowadzi swe blogi, ale także i swój numer telefonu.


Szczerze powiedziawszy, więcej argumentów można znaleźć za teorią spiskową nr. 2 niż pierwszą, a nawet więcej, teoria nr 2 eliminuje niekonsekwencje widoczne w nr. 1.


Teoria spiskowa nr 2 powiada, że nick "kataryna" wykonuje pracę zleconą na rzecz Agory, której celem jest przyciągnięcie z powrotem prawicowych blogerów na portal Agory i sabotaż u konkurencji, czyli na Salonie, coraz częściej wymienianym jako obecnie najlepsza platforma dyskusji politycznej. Tego rodzaju działalność w teorii biznesu nazywa się guerilla marketing. "Guerrilla marketing warfare strategies are a type of marketing warfare strategy designed to wear-down the enemy by a long series of minor attacks. Rather than engage in major battles, a guerrilla force is divided into small groups that selectively attacks the target at its weak points." - czytamy w dobrej, bo krótkiej notce w Wikipedii, która powiada też "It has been said that "Guerrilla forces never win wars, but their adversaries often lose them".


W popularnej książce z 1984 roku "Guerrilla Marketing" Jay Conrad Levinson tłumaczy, że strategia polega na niekonwencjonalnych działaniach promocyjnych o bardzo niskim budżecie, często przeprowadzanych tak, że docelowa publiczność pozostaje nieświadoma, że została tym działaniom poddana (tzw. stealth marketing, wywołujący pytania natury etycznej ze względu na niejawność, podstępność czy subtelną naturę tego rodzaju kampanii). Organizatorzy działań marketingowych dzielą się na małe, partyzanckie zespoły, realizujące samodzielne zadania na niewielkich polach, tocząc wojny podjazdowe z konkurencją i unikając starć bezpośrednich. Guerilla marketing bazuje głownie na znajomości ludzkiej psychologii, a nie ekonomii, podstawową inwestycją nie są tu pieniądze, lecz czas, energia oraz wyobraźnia, koncentracja na doskonaleniu się w jednej ofercie, zamiast na dywersyfikacji produktu i oferty; miarą sukcesu nie jest ilość nowych kontaktów, lecz wpływy pośrednie (kontakty naszych kontaktów) i stałość kontaktów już zdobytych. W trakcie walki z konkurencją o rynek guerilla marketing częściej stosuje sabotaż niż metodę otwartej walki. Kiedyś ta strategia stosowana była głównie przez małe firmy, dzisiaj - równie dobrze przez korporacyjne giganty z listy Fortune 500, głównie dlatego, że się świetnie sprawdza w dobie Internetu.


Oto jedna z katarynowych niekonsekwencji: bardzo ostro, wręcz histerycznie reaguje na post Sadurskiego, a ze stoickim spokojem przyjmuje bardziej napastliwy i dużo mocniejszy, bo napisany na łamach Gazety Wyborczej atak Rafała Kałukina, o którym wypowiada się nawet z pewną pobłażliwą sympatią. Pisze, że się źle czuła na Salonie, choć tam niemal wszyscy stawili się bronić ją przed Azraelem, osamotnionym i przepraszającym za wezwanie do ujawnienia się, a dobrze jej na portalu Agory, gdzie ponoć zajadle ją cięto na forach, w rozmaitych blogach i wreszcie na łamach Gazety Wyborczej, zaraz po przeprowadzce na portal będący własnością koncernu, który tą gazetę wydaje.


Te niekonsekwencje można objaśnić sobie dwojako: zdenerwowaniem, trudnościami z logicznym myśleniem czy rozeznaniem we własnej sytuacji, ale równie dobrze tym, że owe zajadłe ataki gazetowe i forumowe służyły uwiarygodnieniu nicka "kataryna" w oczach naiwnych blogerów. W takiej perspektywie prof. Sadurski byłby kolejnym naiwnym, którego oburzenie za atak na Szymborską zostało wykorzystane jako pretekst do osłabienia Salonu. Niemożliwe?


W całej tej historii o spiskach nie jest istotne, czy, i która z teorii spiskowych jest prawdziwa, lecz to, że teorie spiskowe chadzają stadami. Nigdy nie występują w pojedynkę. Jeśli od paru osób usłyszysz o spisku, to się rozejrzyj dobrze, a na pewno trafisz na następną opowieść, o spisku jeszcze bardziej podstępnym. Do zaprezentowanych powyżej możnaby dodać teorię o "wrogim przejęciu" Salonu przez Agorę, o spisku Igora Janke z Rafałem Kałukinem, tajnym sprzysiężeniu Janków z Wandą Rapaczyńską, etc. etc. Nic z takich teorii nie wynika w zakresie wniosków praktycznych.


Za to wielce inspirujący jest ckwadrat, który nie o spiskach prawi, lecz krytykuje Salon za wszystkoizm, bo chciałby, "aby prawica dorobiła się swojej platformy blogowej"; czyni to w sytuacji, kiedy wszystko już jest: i platforma, a nawet cała agora, i sztandar i markietanka, i prawica, która karnie, bezkrytycznie i dwuszeregiem pomaszerowała za czołową blogerką prawicy prosto w objęcia Agory, czyli tam, gdzie się czują najbardziej swojsko i bezpiecznie, i który swoje salonowe marzenie ozdabia mottem:


Na smyczy trzymam filozofów Europy
Podparłam armią marmurowe Piotra stropy
Mam psy, sokoły, konie - kocham łów szalenie
A wokół same zające i jelenie...




link: Mirror na Salonie

środa, 2 maja 2007

Trzydziestolatkowie - młoda prawica, młoda lewica i umysły ostre jak brzytwa

"W czasie, gdy pozbawiona wizji patriotyzmu młoda lewica spotyka się w willach swoich rodziców, by dyskutować o Marksie i Leninie, walce klas i roli antagonizmów w relacjach społecznych, młoda prawica zajmuje się czynem, wpływając w ten sposób na rzeczywistość" - pisze w 'Dzienniku' Konrad Ciesiołkiewicz, politolog i były rzecznik rządu Kazimierza Marcinkiewicza. Znakomity, warto przeczytać. Zgadzamy się z jego diagnozą, że nie ma czegoś takiego, jak "pokolenie Jana Pawła II", gdyż jedyne, wspólne doświadczenie, śmierć JPII, to zbyt mało - stąd lepiej mówić o grupie rówieśniczej, niż pokoleniu w sensie tożsamości.


Zgadzamy się również, kiedy mówi o kontraście między energią i dynamiką trzydziestolatków prawicowych, a wyłączeniem z życia trzydziestolatków lewicowych - jednak on upatruje przyczyn tej różnicy w jakoby wyjątkowym, pragmatycznym patriotyzmie, cechującym młodą prawicę, podczas gdy młoda lewica, przez - jego zdaniem - jej alergię do patriotyzmu i tradycji niepodległościowej, sama się z życia wyklucza, stając się kolejnym, kanapowym salonem zgromadzonym wokół "Krytyki Politycznej" i Sierakowskiego. Nam wydaje się, że przyczyn lewicowej anomii można poszukać głębiej; że również po prawej stronie głębsze są przyczyny aktywności publicznej trzydziestolatków.


Jako elementy formacyjne prawicowej części pokolenia trzydziestolatków Ciesiołkiewicz przywołuje telewizję Walendziaka dla pampersów oraz wygraną Kwaśniewskiego dla Ligi Republikańskiej. My dorzucilibyśmy jeszcze "Frondę", ale zarazem powiedzielibyśmy, że i to jest właśnie bardzo charakterystyczną cechą młodej prawicy, dużo bardziej, niż jej patriotyzm, że jest zawieszona w historycznej i politycznej próżni. O ile potrafi dostrzec u lewicowych rówieśników wille ich rodziców, to o sobie myśli, że się wzięła z działań, doświadczeń i osiągnięć własnych i rówieśników. A to i nieprawda, i zarazem słabość, widoczna bardzo wyraźnie w tekstach prawicowych publicystów, których analizy nie potrafią sięgnąć szerzej, niż własna, osobista perspektywa.


Robert Krasowski w Dzienniku z 15 marca pisze, że gdyby zapytać dzisiejszego trzydziestolatka, o co chodzi w wojnie lustracyjnej, największej i najdłużej trwającej wojnie ideowej w III RP, to zapewne ów trzydziestolatek nie potrafiłby odpowiedzieć, i dalej stawia tezę, że jej przyczyną jest personalna wojna Michnika z Kaczyńskimi. Czyli nie potrafi zrobić żadnej analizy systemowej, bo ona wymaga już czegoś więcej, niż doświadczenie osobiste. Ciesiołkiewicz dumnie przywołuje aktywność młodej prawicy na Wschodzie, jako przykład jej praktycznego podejścia, ale już najwyraźniej nie wie, że w pokoleniu dzisiejszych czterdziestolatków to lewica tą działalność zainicjowała, równie dumna z siebie, jak on dzisiaj, i że następnie, razem ze swoją praktyką, została doszczętnie rozdeptana przez lewicę kawiorową, która, wbrew temu, co się Ciesiołkiewiczowi wydaje, też posiada swoją koncepcję patriotyzmu, tyle, że to nie jest patriotyzm pozytywistyczny, a romantyczny. Pełen nadludzkich czynów, patosu, jak w tej przepięknej pieśni Goethego: "Na wieżycy starej stoi Duch szlachetny bohatera". Środowisko Sierakowskiego po prostu tą sytuację dziedziczy.


Ciesiołkiewicz, zajęty swoją praxis, nie dostrzega, że i na prawicy rozgrywa się w tej chwili mecz między dwiema wersjami patriotyzmu, że w jego efekcie prawicy romantycznej, reprezentowanej przez Giertycha, a teraz również Marka Jurka, już wielokrotnie udało się narzucić i styl, i tematykę dyskursu politycznego, i - przede wszystkim - definicję pojęć, którymi się prawica posługuje. Jak daleko idące konsekwencje dla rozwoju prawicy partyjnej może mieć wygrana prawicy romantycznej w sferze pojęć i definicji, nie da się w ogóle dostrzec z poziomu organizacji pomocowych dla Polaków na Wschodzie, czy nawet z punktu widzenia doradcy premiera. Nikt z dzisiejszego pokolenia trzydziestolatków, ani z prawicy, ani z lewicy, nie dorasta do umysłu analityka politycznego, który jest naprawdę jak brzytwa - Zbigniewa Brzezińskiego. Między innymi dlatego, że tam, gdzie Brzeziński dostrzega procesy historyczne i polityczne - owi trzydziestolatkowie widzą zaledwie środowiskowe i pokoleniowe sympatie i antypatie. A jeśli czegoś nie dostrzegasz, to i nie masz na to wpływu.


Ciesiołkiewicz powiada o lewicowej anomii, Pinior - że lewicy w Polsce w ogóle nie ma. W pewnym sensie obaj mają rację, o ile dotyczy to lewicy pozytywistycznej. W pokoleniu czterdziestolatków przegrała ona z lewicą kawiorową właśnie w sferze idei. Cóż z tego, że z wyraźną pomocą Czesława Kiszczaka, kiedy efekt jest taki, że w dzisiejszej Polsce termin "lewica" kojarzy się z salonem Michnika i Aleksandra Kwaśniewskiego? Co będzie, kiedy Ciesiołkiewicz stanie się czterdziestolatkiem? Jakimi pojęciami będzie się polska prawica posługiwać? Polityka nigdy nie jest całkowicie racjonalnym zajęciem. Jakiś element romantyzmu jest w niej zawsze obecny. Konflikty polityczne, pozwalające organizować elektoraty, w ogóle nie muszą być osadzone w praktyce i racjonalności. Ciesiołkiewicz wcale nie jest skazany na to, by jako czterdziestolatek mieć poczucie przynależności do tej części swojej generacji, która wygrała swój czas i swoje miejsce na Ziemi.