sobota, 15 września 2007

Trzy dziewczynki pod liśćmi paproci

Matka była w takiej desperacji aby uratować swoje dzieci, że trójka z nich zmarła. Ale przeżylo jedno. Człowiek nie chce sobie wyobrażać tej drogi przez Bieszczady, choć obrazy same się pchają przed oczy.
Koci gułag.

Szacunek dla Rokity za jego ostatnie słowa jako polityka. Nim też wstrząsnęło. Ale to nie tylko Rosja. UE milczy, bo dba o regularność dostaw gazu. Uszczelnianie granic UE....

Tylko dlaczego Polacy muszą przeżywać takie horrory?

Racjonalizm bez serca jest straszny. Trzeba się przestać bać wyrazu empatia.

Jedna nawet nie miała butów.
Świeczkę dla każdej
['] ['] [']

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 14 września 2007

Ostatni dzwonek dla SLD żeby wystąpić z LiD

Kiedy okazało się, że łączone wyniki Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony są gorsze, niż przy samodzielnym starcie, Lepper pożegnał się z LiS. Teraz identyczną decyzję musi rozważyć Olejniczak co do LiD. Kwaśniewski okazał się niewypałem. Nie tylko dlatego, że „jego osobista popularność nie przekłada się na wyniki wyborcze LiD”, jak to elegancko ujął Leszek Miller w „Dzienniku” z 13 września 2007, ale też dlatego, że popularność Kwaśniewskiego ostatnio jest naznaczona coraz wyraźniejszym odcieniem negacji także w lewicowym elektoracie. Nie tylko dzięki wywiadowi dla niemieckiego "Vanity Fair", w którym inspiruje inne państwa do interwencji w Polsce. Polityka nie znosi śmieszności. Zły to szef sztabu wyborczego, z którego śmieją się, że nad pracę nad wygraną swojej partii przedkłada zarobienie 100 tys dolarów na kolejny ekstrawagancki zegarek. Na pewno swoim przykładem nie zmobilizuje elektoratu, także przecież posiadającego rozmaite zajęcia, choć może nie tak dochodowe.

W jednym z wystąpień na antenie TVP3 politolog z Uniwersytetu Śląskiego dr Marek Migalski stwierdził, że w tych wyborach spodziewa się wyższej frekwencji niż w ostatnich. Prognozował, że nawet około 48 proc uprawnionych do głosowania może się stawić przy urnach. Nie tylko dlatego, że wyborcy – wbrew ich własnym deklaracjom na rzecz polityki spokojnej i zrównoważonej – lubią polityczne jatki i chętniej skłonią się do stawienia przy urnie dzięki awanturom niż dzięki nudnym, niemedialnym debatom. Migalski spodziewał się też powrotu elektoratu lewicowego, który, jego zdaniem, w poprzednich wyborach został w domach, obniżając ogólną frekwencję, zniechęcony do afer gospodarczych rządu Millera oraz podziału formacji na SDPL i SLD. Zdaniem Migalskiego, elektorat ten ma teraz LiD -jednolite ugrupowanie, na które może głosować, więc do urn wróci. I tu się chyba myli.

Jeśli dzisiaj jakieś napięcia między zwolennikami SDPL a SLD istnieją, to nie są one wynikiem dramatycznych różnic programowych. Wspólny start obu ugrupowań z jednej listy nie budzi światopoglądowych zastrzeżeń, tu Migalski mógłby mieć rację, że taka lista dostałaby wyborczą „premię” za współpracę. Ale inaczej mają się sprawy mariażu SLD z byłą Unią Wolności, która własnego elektoratu już właściwie nie posiada. Elektorat lewicowy, wychowany na antybalcerowiczowskiej retoryce, może nie mieć chęci, by głosować na listę z ludźmi Balcerowicza.

Rafał Ziemkiewicz ironizuje w swoim blogu po konwencji programowej lewicy „Otóż, proszę państwa, mówiono na tej konferencji (przypomnę: programowej) o szeregu bardzo ważnych, konkretnych, programowych postulatów lewicy: normalności, obronie demokracji, przewadze urody działaczy LiD nad działaczami PiS. Ale nie powiedziano ani słowa o sprawiedliwości społecznej, wyrównywaniu szans, podnoszeniu zasiłków etc. Proszę państwa, to był pierwszy w RP zjazd liczącej się partii politycznej bez socjalnej demagogii! Oby wszyscy wzięli z lewicy ten przykład.” Z sumy programów Unii Wolności i SLD wychodzą co najwyżej politycy ładnie opaleni pod kwarcówką. Lewicowemu elektoratowi coraz bliżej do opinii Ziemkiewicza czy Millera, który powiada, że "samo SLD dzisiaj dostałoby tyle samo co LiD, albo nawet więcej głosów", niż do optymistycznej opinii Migalskiego, a o mobilizacji potencjalnych wyborców LiD oraz ich chęci pójścia do urn świadczą najlepiej wyniki badań opinii publicznej, które umiejscawiają tą koalicję na granicy wejścia do parlamentu.

Czas na decyzje się kurczy. Olejniczak stoi przed dramatycznym wyborem. Może brnąć w to, co jest, licząc, że jednak jakoś uda się pokonać próg wyborczy dla koalicji, choć to się wydaje coraz bardziej wątpliwe. Albo SLD może zdecydować się na wystąpienie z LiD i rejestrację własnej listy, którą skonstruuje tak, by dostać od swoich wyborców premię za współpracę, a nie naganę za nijakość. Czy to pozwoli lewicy przetrwać w Polsce? Nie. Bez bardzo radykalnych zmian i tak będzie to ich ostatnia kadencja parlamentarna. Ale liczenie na to, że „jakoś to będzie” może spowodować, że zabraknie nawet tej ostatniej kadencji.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 8 września 2007

Sun Tzu, sztuka walki

Sięganie po nagą przemoc jest zawsze oznaką końca jakiejś formacji. Tak było z Jaruzelskim. Sięganie po fałszerzy pieczątek i zeznań jest przemocą w warunkach demokratycznych, oznaką końca formacji LiD-GW. Ale to nie zmienia obrazu społecznego, że rozmaite elektoraty istnieją i jakoś się będą organizować.

Dziennik opublikował bardzo interesujące badanie opinii publicznej na temat numerków RP. Respondenci odpowiadali, czy się opowiadają za II, III, IV RP czy może by chcieli V RP. Najwięcej pozytywów było dla V RP, najmniej - dla III RP. I to jest realna sytuacja formacji LiD-GW.

Sun Tzu powiada: szczur, zapędzony do narożnika, będzie gryzł. Nie zapędzaj wroga na pole śmierci. Jeśli go okrążyłeś, otwórz furtkę, przez którą część ucieknie. Przyjmij przysięgę żołnierzy wroga, a po przysiędze traktuj jak swoich. Włącz ich w odbudowę państwa.

Mihnikoidy teraz bronią Stalingradu.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

Cimoszewicz obnaża prawdę o formacji LiD- GW

Zdumiewająca to formacja. Michnik pisze o totalitaryzmie, Szymczycha powtarza jako stanowisko swojej partii. Olejniczak postuluje kontynuowanie obrad sejmu po jego rozwiązaniu, argumentując tymi samymi słowami, co dzień później Beylin, który pisze to samo jako stanowisko redakcji GW. Mniejsza, że to już w zasadzie ujednolicona formacja. Ale dziennikarstwo polega na tym, ze jeśli dziennikarz powtarza po Olejniczaku, to powinien napisać, kto jest źródłem, bo inaczej zachodzi podejrzenie, że kradnie cudze opinie, jako, że na własne go nie stać. Jeśli chodzi o przemówienie Szymczychy przy wniosku o rozwiązanie parlamentu, to niekoniecznie ukradł tekst z GW. Możliwe też, że Michnik został pisarzem jego przemówień. Sądząc po ujednoliceniu argumentacji nawet w warstwie językowej, Michnik i Sżymczycha to coś dużo więcej niż bliźniacy jednojajeczni. Nie tylko mówią to samo, ale nawet tymi samymi słowami. Albo więc rozwinęli w sobie zmysł telepatii, albo to casus dwa ciała, jeden mózg.

Tymczasem Cimoszewicz zdecydował się na start w wyborach do senatu jako kandydat niezależny z okręgu podlaskiego. LiD zapowiedział, że będzie go popierać, a on sam, że nie weźmie udziału w krajowej kampanii LiD. Co się kryje pod elegancją tej zapowiedzi?

Jarucka, Kaczmarek i pułkownicy z PO. Warto tu sobie przypomnieć dziadka z Wermahtu, za którego Kurski zapłacił odsiadką w tylnych ławkach PiS, mimo, że zrobił tej partii świetną, wygraną kampanię, i mimo, że normalną praktyką jest nagrodzenie takiego sztabowca jakąś funkcją po wygranych wyborach, choćby stanowiskiem rzecznika rządu. Ale się posłużył niesprawdzoną informacją. Choć potem okazała się prawdziwa, to wystarczyło. Ostra walka nie polega na podawaniu elektoratowi fałszywych informacji, tylko na zręcznym wykorzystywaniu prawdziwych i sprawdzonych.

To nie LiD umożliwił Cimoszewiczowi powrót na scenę, tylko marszałek Dorn. Formacja LiD-GW zachowuje się bardzo niehonorowo nie tylko wobec przeciwników, ale i swoich. Ostatnio mieli mnóstwo okazji, aby przypomnieć, w jaki sposób zniszczono najpoważniejszego kandydata lewicy na prezydenta, ale nie zrobili tego. Przeciwnie.

W każdym demokratycznym państwie istnieją elektoraty prawicowe i lewicowe, a stad wynika, że mają prawo istnieć politycy, którzy je organizują. Stabilne sceny polityczne posiadają coś w rodzaju consensusu co do podstaw politycznych własnego państwa. Jednym z podstawowych elementów tego consensusu jest, że nie wolno ani oszukiwać elektoratu, ani fałszować wyborów. Niech wygrywają lepsi. Formacja GW-LiD tego consensusu nie przestrzega, bo inaczej nikt i nic nie skłoniłoby ich do gry pod dyktando pułkowników. To jest surrealistyczne, kiedy ekscytują się wypowiedzią Havla o obserwatorach - póki co, jedynymi fałszerzami po 89 roku są co pułkownicy z PO i ich Kaczmarek. Aktualni herosi Gazety Wyborczej. Jarucka i Kaczmarek to coś więcej, niż niesprawdzona informacja. To polityka w stylu Putina. Consensus przyszłej sceny politycznej powinien takich ludzi zupełnie wykluczyć z życia publicznego.

Ktoś z lewicowych wyborców stwierdził, że widocznie Cimoszewicz ma na sumieniu jakieś machlojki, skoro się wtedy wycofał. Oczywiście nie wiemy, ale bardziej prawdopodobne jest, że się przestraszył tekstu Michnika o nadciągającym totalitaryzmie i możliwych katastrofach, tyle że wtedy Michnikowi chodziło nie o PiS, a właśnie o tych pułkowników z PO. Możliwe więc, że się Cimoszewicz przestraszył wizji putinowskiej polityki, ataku na własną rodzinę i niepewnością, do jakiego punktu mogą się jego wrogowie posunąć – szczególnie jeśli się uwzględni, że putinowska polityka polega też na zabijaniu dziennikarzy i truciu wrogów plutonem lub innymi substancjami – patrz wybory na Ukrainie. I właśnie ludzie, którzy aż tak potrafią przestraszyć, są dziś herosami LiD-GW. Natomiast przewaga PiS w sondażach i wynikająca z niej wizja prokuratorów Ziobry jakoś Cimoszewicza do startu nie zniechęca.
Cimoszewicz, wraz z jego radykalnymi opiniami niechętnymi wobec PiS, tak naprawdę zupełnie tej partii nie przeszkadza. Przeciwnie. Organizuje elektorat, który i tak by na PiS nie głosował. To nie nieprzychylne opinie spowodowały kryzys rządowy, tylko fałszywe zeznania Kaczmarka. Jeśli się Cimoszewiczowi uda wygrać wybory w swoim okręgu, to w senacie może pojawić się kolejny człowiek, który będzie przestrzegał consensusu, ale po stronie przeciwników PiS. I o to chyba chodzi: ustabilizowanie sceny politycznej wokół nowego consensusu. Oczywiście, o ile będzie postępował zgodnie z własnym, życiowym doświadczeniem.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

czwartek, 6 września 2007

Starotestamentowa Polska

To dobrze czy źle, że Polska jako jedyny kraj europejski opowiada się przeciwko ustanowieniu Europejskiego Dnia przeciw Karze Śmierci? - pyta Bogna Janke. Sądząc po odpowiedziach o "urojeniach socjalistycznego eurokołchozu", powinna konsekwentnie zadać swoim respondentom następne pytanie, czy uważają, że Polska jest jedynym państwem w Europie, w którym mieszkają chrześcijanie?

Argumenty, że tylko lewica może być przeciwko karze śmierci, są chyba refleksem jakieś mentalnej i moralnej zapaści, w którą popada polskie społeczeństwo. Kodeks Hammurabiego jest mniej więcej takim samym wyrazem cywilizacji jakości życia, o której ostatnio się wypowiadał obecny papież, jak i oparty na Koranie kodeks republik islamskich.

Przerażające, że w XXI wieku można szukać uzasadnień moralnych dla kary śmierci w Starym Testamencie, spisywanym, mówiąc oględnie, w czasach, które minęły jeszcze dawniej niż czasy, gdy powstawały te fragmenty Koranu, które zalecają kamieniowanie niewiernych żon i podrzynanie gardeł niewiernym.

Nasza odpowiedź na pytanie, które sugerujemy Bognie Janke, brzmi następująco: nie, Polska nie jest jedynym państwem europejskim, w którym żyją chrześcijanie. Przeciwnie, jest jedynym, które przebywa mentalnie w czasach, gdy Chrystus się jeszcze nie narodził. A skoro się nie narodził, to logiczną konsekwencją tego stanu rzeczy jest, że ani jednego chrześcijanina w Polsce nie ma.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 1 września 2007

Jaki parlament byłby najlepszy z możliwych? (wizja konstruktywna)

Lewica głosuje na PiS! Elektorat PO głosuje na LiD! Brzmi jak political fiction, ale taki scenariusz na najbliższe wybory ma wcale racjonalne przesłanki, pod warunkiem, że jego realizację powierzymy wyborcom, a nie klasie politycznej, że sami wyjdziemy z założenia, że z wyborcami warto dyskutować, bo lewicowy elektorat równie rzadko miewa okazję do rezydowania w hotelu Ritz w Waszyngtonie, jak elektorat PO do ucałowania pierścienia Największego Płatnika.

Wreszcie, że namawianie wyborców do takiego scenariusza rozpoczniemy od postawienia sobie i pozostałym wyborcom pytania, jak powinien wyglądać parlament najlepszy w takich warunkach i przy takiej klasie politycznej, jaką każdy na własne oczy widzi? No to postawmy.

Lewica głosuje na PiS!

Lewica nie jest na etapie walki o władzę. Lewica jest na etapie wyzwalania się z okowów pseudolewicy opisanej tu - oraz ze szponów pułkowników z PO (Brochwicz i Miodowicz),którzy w poprzednich wyborach wykończyli najpoważniejszego kandydata lewicy - Cimoszewicza, torując tym sposobem drogę Donaldowi Tuskowi do drugiej tury wyborów prezydenckich. Najwyraźniej samemu PO wyszło, że ich kandydat jest tak słaby, że nie ma szans przejść do drugiej tury bez fałszowania dokumentów, Jaruckiej i ataku na rodzinę Cimoszewicza - inaczej by po pułkowników nie sięgali. Zdaje się, że dzisiaj im to samo wychodzi. Ale lewica zmądrzała. Trzeba się pozbyć przynajmniej fałszerzy wyborów. Dlatego w tych wyborach lewica zagłosuje na PiS, żeby dać PiSowi rząd większościowy, a prokuratorom Rzeczpospolitej czas na posprzątanie sceny politycznej i jej obrzeży z pułkowników.


Elektorat PO głosuje na LiD!

Nie ma politycznej alternatywy dla PiS, dlatego, że w Polsce nie ma innej partii politycznej. A to już bardzo poważny problem strukturalny, bo w stabilnym systemie muszą być przynajmniej dwie konkurencyjne partie. Bez konkurencji każda partia gnuśnieje, szybko się deprawuje i PiS po iluś latach sprawowania władzy mógłby się stoczyć nawet do poziomu PO. Partii nie ma, ale jest Front Obrony Przestępców, opisany tu, który w okresie przejściowym mógłby pełnić funkcję surogatu opozycji - wszakże pod warunkiem, że będzie mniej zjednoczony niż obecnie. Idealnym rozwiązaniem jest podzielenie go na dwie, mniej więcej jednakowo liczebne frakcje, konkurujące między sobą o względy Największego Płatnika. Nie ma żadnych przeszkód światopoglądowych z głosowaniem na LiD: oni są lepszą prawicą niż kiedykolwiek byli lewicą, o czym najlepiej świadczy fakt, że to jedyne ugrupowanie w Polsce, które stać na apartament w waszyngtońskim Hotelu Ritz na sztab wyborczy. Dlatego przed właściwym glosowaniem każda rodzina wyborców PO głosuje między sobą na zapałkach, czy mąż głosuje na PO a żona na LiD, czy odwrotnie.

Po wyborach PiS rządzi, prokuratorzy osaczają pułkowników, Zjednoczony Front Przestępców kłóci się między sobą o przychody zmniejszone z powodu pobytu Największego Płatnika na przedłużonych wakacjach na Morzu Śródziemnym, a partia opozycyjna ma 4 lata na to, by się zorganizować i postrzelać sobie do władzy, ale zupelnie innej jakości kulami niż te, które obecnie świszczą w powietrzu.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie?

Bronisław Komorowski i Ryszard Kalisz powoływali się na art 19 ustawy o CBA twierdząc, że jest w nim zawarty zakaz informowania o tajnej akcji kogokolwiek oprócz ministra Ziobry oraz - domyślnie - za każdym razem, kiedy sugerowali, że właściwym źródłem przecieku jest ktoś, od kogo Kaczmarek się dowiedział. Łżą. W (cytowanym poniżej) artykule 19 taki zakaz nie istnieje. Jest tylko zapis, kogo szef CBA ma obowiązek na bieżąco informować. Kaczmarek miał certyfikat uprawniający go do dostępu do największych tajemnic państwa, ale też wprost nakazujący mu dochowanie tajemnicy, nie rozróżniając przy tym sposobów nabywania wiedzy tajnej na takie, które go przestrzegania tajemnic zobowiązują, i takie, które by go z tego obowiązku zwalniały. O przecieku można mówić dopiero, gdy wiedza o akcji CBA dostaje się w ręce osób nie posiadających takich uprawnień.

Dlatego to Kaczmarek jest źródłem, obojętnie, czy dowiedział się przez przypadek, czy też został poinformowany, oraz obojętnie, kto i z jakich przyczyn go informował. W świetle materiałów przedstawionych przez prokuraturę jest to raczej oczywiste. Innego źródła nie ma, pojawia się za to pytanie o rolę polityków w tej sprawie. Do jakiego momentu działania opozycji są normalną praktyką demokratycznego państwa, a kiedy stają się pomocą w mataczeniu i utrudnianiu śledztwa? Bezprzykładna presja, w tym oskarżenia, że prokuratura bierze faktycznie udział w zamachu stanu, wymusiły na prokuraturze ujawnienie większości materiału dowodowego zanim przesłuchali ostatnią z osób, Ryszarda Krauze. Prokuratorzy, pytani na konferencji, czy im to utrudni postawienie zarzutów Krauzemu, powiedzieli, że nie, gdyż pan Brochwicz, adwokat Kaczmarka, jest też członkiem rady nadzorczej jednej ze spółek Krauzego i w tej sytuacji nie można liczyć, że Krauze będzie nieświadomy co do bieżącego stanu śledztwa.

Ale pan Brochwicz jest też wymieniany jako jeden z pułkowników związanych z Platformą Obywatelską, których paskudna akcja z Jarucką swego czasu wyeliminowała z gry jedynego poważnego kandydata lewicy, Włodzimierza Cimoszewicza, torując drogę Tuskowi do drugiej tury i starcia z Lechem Kaczyńskim. Powstaje więc pytanie, czy Bronisław Komorowski samodzielnie wymyślił argument o artykule 19, czy też mu go ktoś zasugerował, a jeśli tak, to kto? Na ile komentatorzy z PO są samodzielni w tym, co mówią, na ile pomagają koledze z własnej partii, i na ile konsultują swoje wypowiedzi i działania publiczne z adwokatem osób, którym postawiono zarzut kłamstwa w śledztwie?

Jeśli nacisk na prokuraturę po prezentacji się zmniejszył, to niewiele. Wg. Dziennika Bronisław Komorowski miał powiedzieć "To było niebywałe zjawisko. Forma procesu pokazowego jak za najgorszych czasów. To potwierdzenie przypuszczenie o uwikłaniu prokuratury w układ partyjno-polityczny." To oskarżenie jest niewiele słabsze od oskarżenia o zamach stanu. Od początku afery Kaczmarka trwa też bardzo ostra presja na dziennikarzy komentujących inaczej, niż tego by chciała opozycja. Pojawiają się jakieś listy nazwisk i oskarżenia niewiele słabsze niż te pod adresem prokuratury.

I tu ponownie docieramy do tytułowego, kontrowersyjnego pytania. Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie? To znaczy, do jakiego momentu krytyka instytucji państwa i sposobu ich działania jest żelaznym, konstytucyjnie zagwarantowanym prawem polityka do wolności słowa, wykonywaniem obowiązków poselskich, i czy powinna istnieć jakaś prawna granica korzystania ze swobody wypowiedzi poselskiej? Innymi słowy, czy jest wyobrażalna sytuacja, by można było zgłosić do Komisji Etyki Poselskiej wniosek o pozbawienie jakiegoś posła immunitetu celem postawienia mu zarzutu utrudniania pracy prokuratury, mataczenia w śledztwie, etc., poprzez wpływanie na opinię publiczną środkami, jakie ma do dyspozycji każdy poseł? Czy, a jeśli tak, to od kiedy krytyka staje się wykorzystywaniem własnej pozycji do zwyczajnego zastraszania?

W "Tańcu chochołów" pisaliśmy o tytule komentarza Mirosława Czecha w Gazecie Wyborczej "Musi być sąd nad PiSem." Autor sądzi, że ów sąd powinien się odbyć "dla ukarania winnych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców". Histeria to li tylko, czy już pogróżka, element presji? Słowa jakiegokolwiek dziennikarza mają zupełnie inną moc niż słowa polityka, który za miesiąc może rządzić państwem. Ale kiedy zbierze się słowa polityka i słowa dziennikarza do jednego koszyka, to pojawia się pytanie, czy przypadkiem nie są to słowa zbyt ostre, oraz pojawia się myśl, że jednak mogą one mieć znaczący wpływ na tok śledztwa oraz na relacje medialne. Ile musi mieć odwagi cywilnej prokurator, żeby się podpisać pod jakimkolwiek protokołem z przeprowadzanych czynności procesowych, jeśli czytając gazety i oglądając telewizję zastanawia się, ile lat może posiedzieć w więzieniu za udowodnienie Kaczmarkowi, że skłamał pod przysięgą? A dziennikarz, co napisze w swojej relacji, kiedy jego koledzy po fachu praktykują wolność słowa apelując o przykładne kary dla myślących inaczej niż on sam?



- - - -



Art. 19. 1. W sprawach o przestępstwa określone w art. 17 ust. 1, czynności operacyjno-rozpoznawcze zmierzające do sprawdzenia uzyskanych wcześniej wiarygodnych informacji o przestępstwie oraz wykrycia sprawców i uzyskania dowodów mogą polegać na dokonaniu w sposób niejawny nabycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub obrót są zabronione, a także przyjęciu lub wręczeniu korzyści majątkowej.

2. Szef CBA może zarządzić, na czas określony, czynności wymienione w ust. 1, po uzyskaniu pisemnej zgody Prokuratora Generalnego, którego bieżąco informuje o przebiegu tych czynności i ich wyniku.

3. Czynności określone w ust. 1 mogą polegać na złożeniu propozycji nabycia,zbycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi, albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub którymi obrót są zabronione, a także złożeniu propozycji przyjęcia lub wręczenia korzyści majątkowej.

4. Czynności określone w ust. 1 nie mogą polegać na kierowaniu działaniami wyczerpującymi znamiona czynu zabronionego pod groźbą kary.

5. W przypadku potwierdzenia informacji o przestępstwie określonym w art. 2 ust. 1 pkt 1 Szef CBA przekazuje Prokuratorowi Generalnemu materiały uzyskane w wyniku czynności z wnioskiem o wszczęcie postępowania karnego. W postępowaniu przed sądem, w odniesieniu do tych materiałów, stosuje się odpowiednio przepis art. 393 § 1 zdanie pierwsze ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. - Kodeks postępowania karnego.

6. Prezes Rady Ministrów określi, w drodze rozporządzenia, sposób przeprowadzania i dokumentowania czynności, o których mowa w ust. 1. Rozporządzenie powinno, uwzględniając niejawny charakter czynności, określić sposób przechowywania, przekazywania i niszczenia materiałów i dokumentów uzyskanych lub wytworzonych w związku z realizacją czynności, o których mowa w ust. 1, a także określać wzory stosowanych druków i rejestrów.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz