sobota, 4 grudnia 2010

1.5 Dom Kata i Droga Kota

w: Rudy 1. Dzień pełen BRAKÓW
A to oznaczało Bunt.... może nawet Ucieczkę. Rudy znał ten zapach, zapach bólu i krwi, bo urodził się w piwnicach Domu Kata. Były to dwa przestronne, wysoko sklepione pomieszczenia z kazimierzowskiej cegły, wybudowane przed 1370 rokiem, potem przedzielone przepierzeniami. Nad nimi znajdował się budynek, siedziba sieradzkiego cechu katów. Budynek zawierał w sobie fragmenty czternastowiecznej baszty i murów obronnych. Pierwsi sieradzcy kaci mieszkali właśnie w baszcie, a tuż za wałami stał podest z szubienicą i pniakiem. Odbywały się tam publiczne egzekucje, nie tylko stracenia, ale też piętnowania i kaleczenia. W późniejszych czasach, w oparciu o basztę zbudowano częściowo drewniany budynek. Jego piwnice służyły jako więzienie, miejsce tortur i wymuszania zeznań, a także jako sale lekcyjne dla katowskich terminatorów, odbywających naukę rzemiosła. Pomocnikami katów w Katowni byli parobcy zwani hyclami lub oprawcami i tych miało się w wielkiej pogardzie, ale katów szanowano. Każde miasto chlubiło się, jeśli miało kata wywodzącego się z najwybitniejszej katowskiej szkoły mieszczącej się w Bieczu na Pogórzu, ale w cenie byli również kaci sieradzcy. Katownia cieszyła się złą sławą, ale Sieradzanie byli z niej dumni, gdyż świadczyła o dostatniej zamożności miasta.

sobota, 27 listopada 2010

1.4 Rudy odwiedza więźnia F13

w: Rudy 1. Dzień pełen BRAKÓW
Siatka Rudego kochała bardzo swego kota. Czasami, niepostrzeżenie dla strażników, Rudy wmykał się do celi doktora topologii, którego nazywano F13, nie tylko ze względu na numer celi, w której siedział, ale także z innych powodów. Siedział od lat w śledztwie za szpiegostwo, a ze względu na tajemnicę i bezpieczeństwo państwa trzymano go w kompletnej izolacji na Poziomie Specjalnym w piwnicach, dwa piętra pod ziemią. Tak, jakby myśli można było zamknąć w celi. Myśli są wolnymi, topologicznymi formami w głowach ludzkich i łbach kocich, ich wizyta u nas jest krótka, a jednak tylko wtedy czujemy naprawdę nasze istnienie. Myślę, wiec jestem. A jak nie myślę, to nigdy tej Bezmyślności nie poznam, gdyż Ja bezmyślne po prostu nie istnieje. No, może F13 nie siedział od lat, bo wojna skończyła się raptem trzy lata temu, ale jednak sprawiał wrażenie, że siedział od czasów, kiedy koty były tygrysami szablastymi.

sobota, 20 listopada 2010

1.3 Językoznawstwo i ontologia więziennych pajęczyn

w: Rudy 1. Dzień pełan BRAKÓW

Kulik w obliczu zaciśniętej pięści skulił się jak zając, czując gniew ludu, i poczuł się właśnie jak obcy, nasłany przez wroga karaluch, przeżytek minionych czasów, w których symbolem smaku był kalafior, nie kapusta. Zajęczą duszę sekretarza przepełniał strach. Wyskoczył z gabinetu jak oparzony, pchnięty kulą armatniego gniewu naczelnika. Przeskakując schody po kilka stopni naraz, znalazł się przed centralnym blokiem, na głównym placu Sieradzkiego Więzienia.

sobota, 13 listopada 2010

1.2 Chłopski rozum o sianiu paniki i liściach kapusty

w: Rudy 1. Dzień pełen BRAKÓW

Nagły powiew powietrza był ostrzeżeniem. Otworzywszy drzwi bez najmniejszego hałasu, w samym środku gabinetu pojawił się właśnie Kulik... a kto mu dał klucz!? Po co wchodził do gabinetu, skoro myślał, że Kapusty w nim nie ma!? Nie było sensu pytać. Kulik zawsze wygłaszał gładkie, gotowe odpowiedzi, przeważnie takie, które niczego nie wyjaśniały. Kulik skradał się i siał PANIKĘ. Koniec medytacji. Cóż za dzień! Cóż za jego zakończenie! Miękkie tłuszcze, płynące w krwi naczelnika, w mgnieniu oka stały się niezdrowymi, twardymi nawarstwieniami płytek cholesterolu na ściankach jego naczyń wieńcowych. Naczelnik odwrócił się od okna i ścisnął dłoń w pięść. Patrząc intruzowi prosto w oczy, rąbnął z całej siły w blat tak, jakby celował w niewidocznego karalucha na biurku, a potem rozwarł dłoń i teatralnym gestem pokazał mu niewidocznego, rozgniecionego robaka.

poniedziałek, 8 listopada 2010

1.1 Naczelnik Kapusta ocenia miniony dzień

w: Rudy 1. Dzień pełen BRAKÓW
Słońce zachodziło za budynek więziennej administracji, ujmując jego dach w klamrę złocistej aureoli. Kapusta otworzył okno i odetchnął. Dzień był męczący. Z samego rana zaczęły się kłopoty: pojawił się BRAK. BRAK CZUJNOŚCI. Od zakończenia wojny język polski ulegał zmianom. Jak GRZYBY po deszczu powstawały nowe kombinacje liter, zazwyczaj czterech, a właściwe zrozumienie ich znaczenia wymagało długich konferencji. Zaokienny pejzaż odsłaniał doskonałą całkowitość więziennego kompleksu: obiekty z celami, magazyny, warsztaty, posterunki wartownicze, spacerniak, dziedziniec, ogród więzienny, wszystko spięte czerwoną dachówką oraz perfekcyjnym, wysokim murem z gniazdami strażniczymi i wielką, metalową bramą. Naczelnik przyglądał się kolejnym elementom krajobrazu, jak zwykle na próżno szukając w nich niedostatków. Wszystko nienagannie pasowało do siebie nawzajem, a jednak, gdyby miał jednym słowem podsumować swoje władztwo, użyłby wyrazu BRAK.

wtorek, 22 czerwca 2010

Wybór Napieralskiego

Nie daje mi spokoju pewien, kiedyś ujrzany obraz. Wracałam do domu około trzeciej nad ranem. Cicho, spokojnie.... Raptem zauważyłam człowieka leżącego na ławeczce pod wiatą przystanku autobusowego. Pomyślałam, najprawdopodobniej pijak, ale może też ktoś zasłabł? Sprawdzę! W trampkach poruszam się bezszelestnie. Wystawiłam głowę za szklaną taflę wiaty i zobaczyłam go wyraźnie. Chudy. Nic przy nim nie stało. Głowę miał przykrytą kusą kurtką, bliżej mnie chude nogi owinięte papierem, na to sprytnie przymocowane worki foliowe. Sterczące, gołe, dziobate kostki. Pomyślałam zbuntowana, przecież mógłby znaleźć w śmietnikach buty. Ludzie czasem wyrzucają buty, całkiem dobre buty. Sama czasem wyrzucam buty. Nikt nie musi chodzić w workach foliowych, w gazetach, bez butów. Dopiero po chwili dostrzegłam rękę poruszającą się w spodniach. Nie musiał ich rozpinać, tak był chudy. Kurtkę miał na głowie, a rękę i spodnie na wierzchu. To jednak nie wyglądało na onanizowanie się rozumiane jako dążenie do szczytu rozkoszy. Po prostu leżał bezwładnie, niemal jak trup z kurtką na głowie, i niemrawo głaskał swego penisa.

Odrzucił nie tylko ludzkość, ale także jej śmietniki. Ten obraz nie daje mi spokoju. Nie dlatego nawet, że mogłabym wtedy coś zrobić, zadzwonić gdzieś, a uciekłam. Sam obraz. Cichutko, spokojnie... Mysz piszczy tylko raz, z przerażenia, gdy złapie ją kot. Potem kot zanosi ją do swego legowiska, puszcza, a ona nie ucieka, patrzy cichutko i czeka na swój koniec. Nawet się nie kurczy ze strachu, tylko patrzy. Podobnie postrzelona sarna czeka cichutko i spokojnie na myśliwego, by ją dobił. W tej krótkiej chwili zwierzęta funkcjonują w stanie zawieszenia, poza życiem i jego normalnymi odruchami. On wyglądał jak umierające, sparaliżowane przerażeniem zwierzę. Co go tak przeraziło w świecie? - pomyślałam.

Seks, pomyślałam dalej, może być jak mruczenie kota. Niewiele osób wie, że kot mruczy także wtedy, gdy bardzo cierpi. Mruczenie wyzwala endorfiny i zmniejsza ból. Przyjemność w sytuacji granicznej wspomaga przetrwanie... ach, więc to tak zachowywali się muzułmanie w obozach koncentracyjnych... To wszystko przemknęło mi przez głowę w ułamku sekundy. Uciekłam.

Nie jest łatwo o solidarność społeczną z kimś takim, prawda?

* * *

Największym sukcesem kandydata lewicy jest nie sam wynik, choć niewątpliwie znakomity, lecz to, że na ów wynik znacząco złożyły się głosy ludzi młodych. Tak powiadają sondażownie. Wielka to odmiana po lewicy Olejniczaka i Kwaśniewskiego. Dotychczasowy „żelazny” elektorat SLD przeżył swe młode lata w PRL i choć zdyscyplinowany i gotowy zaakceptować każdą programową woltę swego przywództwa, to coraz mniej chciało mu się głosować - aż przed ich partią pojawiło się widmo niebytu. Bo rzeczywiście, po cóż głosować na pseudoliberalną kopię, skoro większy, wyrazistszy i nie obciążony przeszłością oryginał ma się dobrze? Kiedy Napieralski przejmował schedę po Olejniczaku napisaliśmy, że szansą jego partii na przeżycie są – mówiąc skrótowo - związki zawodowe, a także przezwyciężenie PZPR-owskiej przeszłości. To pierwsze Napieralski robi, i to właśnie dało mu tak znakomity rezultat. To drugie jeszcze przed Napieralskim.

Wszyscy jesteśmy obywatelami politycznej agory, ale kiedy jedni zajęci są poszukiwaniem portrecistów i piewców, innym przyziemne zajęcia uniemożliwiają choćby zapoznanie się ze zdjęciem garnituru od Armaniego, a jeszcze inni myślą tylko o sprzątaniu po powodzi. Agora jest jedna, ale tworzą się na niej różne języki i różne sfery komunikacji, tylko czasami krzyżujące się ze sobą. A są jeszcze i tacy, jak ów człowiek pod wiatą. Pojęcie solidaryzmu społecznego wcale nie oznacza, że powstanie język wspólny dla wszystkich, to zaledwie postulat, by czynić starania, imperatyw zależny od woli.

Podkreślana w mediach izolacja polityczna PiS jest faktycznie tylko słabym refleksem sytuacji SLD po 1989 roku. Postpezetpeerowska lewica budzi zażenowanie. Dzięki swym wyborcom są obywatelami politycznej agory, ale obywatelami drugiej kategorii. Ekipą, z którą bywa się na tych samych imprezach lub robi się interesy, ale nie zasiada do wspólnego stołu. W obrębie lewicującego środowiska też wytworzył się rodzaj kultury „gradacji nieczystości” - pisaliśmy onegdaj o gorszącym wydarzeniu, jak to Jerzy Urban z uprzejmości podwiózł Monikę Olejnik, ktoś ją w aucie Urbana zauważył, więc ona powiedziała „w towarzystwie”, że żałuje, że do urbanowego auta wsiadła. Tak w ramach wdzięczności za bezinteresowny gest. To jest jedna z przyczyn, dla których do chwili obecnej SLD nie udało się przyciągnąć znaczących postaci z lewicy posolidarnościowej. Nawet nie o przeszłość czy lustrowanie idzie, a o poczucie rozwiniętej, obyczajowej dziwności. Człowiek w zetknięciu z kulturą „nietykalnych” czuje się nieswojo i nic na to nie może poradzić.

Ale też człowiek, póki nie znajdzie się pod wiatą, w pozycji „nietykalnego” czuje się upokorzony i stara się z niej wywikłać. Lewica Olejniczaka i Kwaśniewskiego radziła sobie za pomocą handlowania głosami. Za chwilową ulgę, za chwilowe poczucie równości w obrębie niematerialnej agory – głos. A bogacz z byłego PZPR – dotacja lub stawianie obiadów. Albo „realizm polityczny” sprowadzający się do prostego rachunku stołków należnych za głosy oddane za dowolną ustawą czy atakowanie cudzego wroga. Psychologiczne sado- maso, częściowo wynikające z błędu założycielskiego, popełnionego przy Okrągłym Stole, częściowo może z upodobań przywódców, co owocowało, że obserwując to środowisko przez całe lata, czasem się zastanawiałam, czy przypadkiem nie są już ludźmi spod wiaty...

* * *

Napieralski poprowadził SLD z powrotem ku lewicowości i otrzymał za to sowitą nagrodę, zapewnioną – jak powiadają sondażownie – w znaczącym stopniu głosami młodych ludzi. SLD się zmienia. Błądzą ci z ekspertów, którzy na gorąco analizowali, że „SLD odzyskuje żelazny elektorat”, gdyż jest to już całkiem inny elektorat. Na przykład, czy młodzi wyborcy Napieralskiego rzeczywiście boją się IV RP i lustracji? Na ile skuteczna jest taktyka straszenia lewicującej młodzieży, że PiS, o ile wygra, będzie zainteresowany sprawdzaniem, co robili w pieluchy? Pewne strachy pozostają przypisane tylko do pewnych pokoleń. Zwrot ku solidaryzmowi społecznemu oznacza dla formacji lewicowej, że przeżyje, ale też, że – odrzucając jego konserwatyzm - musi ułożyć się między innymi z Jarosławem Kaczyńskim, gdyż pojęcie społecznego solidaryzmu w najnowszej historii Polski jest nierozłącznie (choć nie tylko) związane z braćmi Kaczyńskimi; musi się też ułożyć z IV RP, gdyż ona – to także społeczna solidarność, bez której lewicy po prostu nie ma. Z numerkiem czy bez, Polska po 1989 roku jest krajem głębokiej transformacji ustrojowej, politycznej i gospodarczej i owa transformacja musi się wreszcie skończyć, a Polska ustabilizować w jakiejś postaci. Jaka to ma być postać? Czy wspólnotowość ograniczy się do wspólnej, niedzielnej wizyty w kościele, czy też obejmie również dbałość o powszechność publicznego dobra – szpitali szkół, ubezpieczeń, praw pracowniczych, mediów? SLD nie ucieknie przed pytaniem o IV RP i moment, w którym transformacja się wreszcie skończy. W jakim wtedy będziemy żyć kraju?

Wspólnotowość PiS wynika z ich katolicyzmu. A co jest taką światopoglądową więzią dla polskiej lewicy? Co zostaje z in vitro bez wspólnoty? Hodowanie ludzi przez bogatych? Co zostaje z praw kobiet bez wspólnoty? Prawo luksusowch dziwek do abortcji na żądanie? W pierwszych latach po transformacji na gospodarczej prawicy odbyła się fascynująca dyskusja o przyszłości Polski, w trakcie której jeden z tygodników „Wprost” bił w oczy okładką z ogromnym napisem „Gospodarka, głupcze!” Dzisiaj to samo musi sobie powiedzieć lewica. Lewica Olejniczaka i Kwaśniewskiego konstruowała swe polityczne sojusze niemal całkowicie pomijając fakt, że materialna organizacja życia społecznego jednak w dużym stopniu determinuje ludzkie losy. Co zostanie z mediów po likwidacji mediów publicznych? Korporacyjny rząd kieszeni i dusz? Może więc jednak warto oprzeć się propagandzie uprawianej w prywatnych mediach i zastanowić nad użytecznością wartości republikańskich dla lewicy? Uczyć się od PiS?

Tak wygląda pierwszy krok Napieralskiego, skrótowo opisany jako opcja związkowa, w odróżnieniu od liberalnej Kwaśniewskiego i Olejniczaka. Krok ten da się wykonać we własnym towarzystwie, ale krok drugi – przezwyciężanie PZPRowskiej przeszłości – musi być wykonany w relacji ze światem, w tym w interakcji z osobami ze środowisk posolidarnościowych. Jeszcze nikomu się tego nie udało zrobić, ale Napieralski rozpoczyna teraz grę o wysoką stawkę. Może zostać ojcem – założycielem nowoczesnej formacji lewicowej w Polsce.

* * *
Nie zakończono liczenia głosów, a już rozpoczęło się kuszenie lewicy. Napieralski może zostać wicepremierem w rządzie Donalda Tuska. Ale tak naprawdę PO nie ma nic do zaoferowania lewicy poza kontynuacją egzotycznego bycia na scenie wzorem Kwaśniewskiego i Olejniczaka, na identycznych warunkach oraz identycznym kosztem ich własnej partii, ale na niższych pozycjach w państwie. Nawet ewentualna zasłona dymna dla tej transakcji handlowej nie może być zanadto szczelna, gdyż nadto jawna rezygnacja PO z własnego, liberalnego programu odbyłaby się kosztem elektoratu PO. W rozważaniach strategicznych warto czasem oderwać się od bezpośrednich targów i spojrzeć od strony kultury politycznej, uruchamiając intuicję. Tak, jak kultura polityczna skutecznie zapobiegła przez dwa dziesięciolecia wyjściu SLD poza PZPRowski skansen, tak i tutaj można spodziewać się, gdzie nie urosną owoce. Oto niedziela dwudziestego czerwca, zbliża się dwudziesta, zbierają się sztaby wyborcze, by zapoznać się z pierwszymi wynikami. W obszernych lokalach PiS i SLD tłumy, wielkie ekrany. Za to ze sztabu PO relacjonuje dziennikarz radia RFM FM, że pomieszczenie strojne, choć niewielkie, że jest już tylu dziennikarzy, że nie wszyscy sztabowcy Komorowskiego się w nim zmieszczą, że ekran niewielki i umieszczony niemal na zapleczu. „PO postawiło na stylowość” - skonstatował. „Stylowy” - oto nowy antonim do wyrazu egalitaryzm. Pytanie, czy Napieralski i jego wyborcy oddadzą na niego głos, kosztem własnej partii, za to zgodnie z własną, dwudziestoletnią tradycją? Jeszcze niedawno PO nazywała Napieralskiego „politycznym handlarzem” a dzisiaj spodziewa się, że ubije z nim – i jego wyborcami - interes.

W okrągłym stole dotyczącym służby zdrowia nie ma etatów, za to jest godność. Wyjście z kryteriów kultury „nietykalnych”. Lewica nie jest „stylowym” salonem, w którym niewiele osób się mieści, nawet spośród tych, co pracowali na rzecz jego właściciela. To nie są wybory parlamentarne, tylko prezydenckie. Nie chodzi o dyskusje nad całościowym programem partyjnym, lecz o to, że liberalny prezydent Komorowski byłby raczej poparł liberalne reformy służby zdrowia własnej partii czy likwidację telewizji publicznej, a Jarosław Kaczyński stuprocentowo zawetuje. Pozbawieni godności mogą i oczywiście biorą udział w grach politycznych na całym świecie, ale nie w pierwszej lidze, bo ta jest zarezerwowana dla graczy, którzy szanują sami siebie. Mysz, przerażona własną przeszłością, wyjdzie spod wiaty lub zginie. Oto rzeczywisty wybór Napieralskiego: doraźny dostatek i etaty dla szczytów partyjnego aparatu, ale w kurtce na politycznej głowie i ręką w politycznych spodniach, albo godność wynikająca z zajmowania swego miejsca w świecie, choć czasem można w nim zmoknąć, bo się nie przebywa pod wiatą.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Treść listu gen. Petelickiego do premiera Tuska

List wysłany przez gen. Sławomira Petelickiego do premiera Donalda Tuska w związku z katastrofą Tu-154M w Smoleńsku.

LIST OTWARTY
DO PREMIERA DONALDA TUSKA

Panie Premierze!

Zakończyła się Żałoba Narodowa po największej Tragedii w historii powojennej Polski. W wyniku karygodnych zaniedbań, niekompetencji i arogancji staliśmy się jedynym na świecie krajem, który w jednym momencie stracił całe Dowództwo Wojska, ze Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej na czele. Apeluję do Pana o podjęcie radykalnych kroków mających na celu ratowanie Polskich Sił Zbrojnych i systemu antykryzysowego Państwa.

W trybie pilnym należy:

1. Rozwiązać Wojskową Prokuraturę i powierzyć prowadzone przez nią sprawy Prokuraturze Cywilnej. Będzie to zgodne z wcześniejszymi wnioskami Prawa i Sprawiedliwości popartymi przez Platformę Obywatelską, których orędownikami byli między innymi Świętej Pamięci Poseł Zbigniew Wassermann i Generał Franciszek Gągor.


2. Ustanowić pełnomocnika Rządu d/s ratowania naszych Sił Zbrojnych i powołać na to stanowisko generała dywizji Waldemara Skrzypczaka (byłego dowódcę Wojsk Lądowych, który miał odwagę głośno mówić o zaniedbaniach w MON), cieszącego się ogromnym autorytetem w Wojsku Polskim.


3. Odwołać Ministra Obrony Narodowej i do czasu wybrania Prezydenta powierzyć kierowanie Resortem przewodniczącemu Ko-misji Obrony Senatu Maciejowi Grubskiemu z Platformy Obywatelskiej, który broniąc żołnierzy z Nangar Khel wykazał się zaangażowaniem i dobrą znajomością problematyki wojskowej. Ministerstwem Obrony może skutecznie kierować tylko osoba nie związana z panującymi tam od lat „betonowymi układami".


4. Przywrócić na stanowisko Szefa Rządowego Centrum Antykryzysowego doktora Przemysława Gułę.


Ponad rok temu w obecności byłego wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego, profesora Krzysztofa Rybińskiego, przekazałem ministrowi Michałowi Boniemu notatkę na temat karygodnych zaniedbań w Ministerstwie Obrony Narodowej. Zdecydowałem się na to, gdyż Bogdan Klich wysłuchiwał moich rad popartych ekspertyzami specjalistów polskich i amerykańskich, a następnie postępował wbrew logice!


Wszyscy Polacy widzieli tragiczną katastrofę wojskowego samo-lotu CASA C-295M, w której zginęło dwudziestu znakomitych lotników. Tłumaczyłem Ministrowi Klichowi, dlaczego tak się stało, prezentując mu procedury NATO. Minister zapewniał, że wyciągnie z tego wnioski. Nie wyciągnął! Nastąpiła katastrofa wojskowego samolotu BRYZA, w której zginęła cała załoga. Była jeszcze katastrofa wojskowego śmigłowca Mi-24. Pytałem publicznie B. Klicha, ilu jeszcze dzielnych żołnierzy musi zginąć, żeby zaczął konieczne reformy w Wojsku? W sierpniu 2009 roku bohaterską śmiercią zginał kapitan Daniel Ambroziński, którego patrol w Afganistanie Talibowie ostrzeliwali przez sześć godzin, a nasze Lotnictwo nie mogło tam dole-cieć, bo miało za słabe silniki (MI24). Co więcej, jak już doleciało – było nieuzbrojone (Mi-17). Minister Klich zapewniał wtedy publicznie, że w trybie nadzwyczajnym dostarczy do Afganistanu odpowiedni sprzęt. Nie zrealizował tych obietnic, za to wodował uroczyście kadłub Korwety Gawron (który kosztował ponad mi-liard sto milionów złotych), komunikując zdumionym uczestnikom uroczystości, że na tym kończy się program budowy tak potrzebnego Marynarce Wojennej okrętu, gdyż nie ma środków na jego dokończenie.


W ubiegłym roku Bogdan Klich mówił, że robi coś, co nikomu dotąd się nie udało – leasinguje od LOT-u nowoczesne samoloty dla VIP, w miejsce awaryjnego sprzętu z poprzedniej epoki. Teraz twierdzi, że to się nie udało, bo przeszkadzali posłowie.


Gdy Bogdan Klich leciał dwukrotnie do Afganistanu, w niepotrzebną PR-owską podróż, wyleasingował dla siebie Boeinga Rumuńskich Linii Lotniczych za 150 tys. zł. Dodać należy, że za boeingiem leciał wojskowy samolot CASA, który dla Ministra Klicha była za mało wygodny. Dlaczego Minister Obrony Narodowej nie zdecydował się na leasing nowoczesnego samolotu dla tak ważnej delegacji państwowej, do składu której zatwierdził podsekretarza stanu w MON, szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i dowódców wszystkich rodzajów wojsk. Jak można było umieścić kluczowe dla bezpieczeństwa Państwa osoby w jednym samolocie z poprzedniej epoki i wysłać ten samolot w czasie mgły na polowe lotnisko, bez wyznaczenia z góry zapasowego wariantu lądowania i scenariusza pozwalającego na przesuniecie terminu uroczystości.

Tłumaczyłem B. Klichowi kilkakrotnie, co to jest nowoczesne zarządzanie ryzykiem, którego od 1990 roku uczyli nas Amerykanie. Przekonywałem, że nowoczesne samoloty pasażerskie są niezbędne nie tylko do przewozu VIP, ale dla ratowania Obywateli Polskich, gdy znajdą się na zagrożonych terenach. Teraz Minister Obrony twierdzi, że nie było pieniędzy na te samoloty, a jednocześnie wydawał dużo więcej na sprzęt, który okazał się nieprzydatny, że wspomnę tylko bezzałogowe Orbitery za 110 mln USD.


W maju 2009 roku Sejm RP powołał podkomisję do zbadania za-niedbań w Lotnictwie Wojskowym RP. Jej ekspert, znakomity pilot Major Arkadiusz Szczęsny napisał: „ Świadome narażanie przez MON naszych Żołnierzy na niebezpieczeństwo utraty życia jest niedopuszczalnym łamaniem prawa"!

Gdy Major Szczęsny poprosił podkomisję o przekazanie sprawy Prokuraturze, został odwołany z funkcji eksperta.
Jeden z najdzielniejszych komandosów GROMU, ranny w walce z terrorystami i odznaczony Krzyżem Zasługi za dzielność, napi-sał do mnie po katastrofie: „Czymże jest narażenie bezpieczeństwa Państwa, jak nie sabotażem. A kto tego nie rozumie, popełnia grzech zdrady!".


Reakcja Ministra Obrony Narodowej na tragiczną katastrofę, polegająca na chwaleniu się wzorowymi procedurami w Wojsku, którymi może on się podzielić z innymi resortami, wywołała zapytania ze strony moich wojskowych kolegów ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, którzy nie zrozumieli o co ministrowi chodzi.

Mijają się z prawdą zapewnienia, że w Wojsku jest wszystko w porządku bo zastępcy płynnie przejęli dowodzenie. Podobnie jest w Centrum Antykryzysowym Rządu. W nawale obowiązków mógł Pan nie zauważyć, że po odwołaniu doktora Przemysława Guły ze stanowiska Szefa Rządowego Centrum Antykryzysowego, na znak protestu odeszło dziesięciu najlepszych specjalistów od zarządzania Państwem w sytuacjach nadzwyczajnych.


Jestem Panu bardzo wdzięczny, za uratowanie Narodowej Jednostki Operacji Specjalnych GROM, która przez trzy miesiące pozostawała bez dowódcy i miała być „wdeptana w ziemię" przez „MON-owski beton”. Proszę, aby postąpił Pan podobnie w obec-nej tragicznej sytuacji Lotnictwa Wojskowego, Marynarki Wojennej i Wojsk Lądowych.

Sugerowane na początku listu rozwiązania inicjujące niezbędne reformy konsultowałem z wybitnymi polskimi i amerykańskimi specjalistami od zarządzania ryzykiem i ochrony infrastruktury krytycznej Państwa.
Jestem Naszą Tragedią tak przybity, że mimo licznych zaproszeń, nie będę na razie występował w mediach. Życzę, żeby nie zmarnował Pan Premier szansy zbudowania na wzór GROMU nowoczesnego Polskiego Wojska i systemu antykryzysowego Naszego Kraju.


Czołem,

generał Sławomir Petelicki
Warszawa 19 kwietnia 2010

Do wiadomości:
Posłowie i Senatorowie RP

wtorek, 6 kwietnia 2010

Popędliwi bogowie

Kot przyjmuje, że to, co dzieje się między nim a światem nieożywionym, ma ten sam charakter, co jego stosunki ze światem ożywionym - światem osób: pieści czule ulubione przedmioty, jakby były matką lub własnym potomstwem, prycha na drzwi, które go przytrzasnęły. Jeśli obdarza pieszczotami przedmiot, to dlatego, że w jego mniemaniu przedmiot ten - podobnie jak on sam - lubi, aby go pieścić, a jeśli karze prychaniem drzwi, to dlatego, że przekonany jest, że drzwi zatrzasnęły się umyślnie, z zamiarem sprawienia mu bólu. Kot patrzy na ulubionego człowieka i ociera się o nogę krzesła gdyż wierzy, że noga krzesła jest częścią tego człowieka, a skoro człowiek chce być pieszczony, to noga od krzesła też, gdyż jest człowieka przedłużeniem.

Kot doskonale odróżnia świat realny od wyobrażonego, jaki sobie wymyślił na potrzeby zabawy, ale jest jak małe dziecko, któremu rodzice i nauczyciele mówią, że przedmiot sam z siebie nic nie czuje i nic nie czyni, a ono udaje, że im wierzy, albo z chęci przypodobania się, albo z obawy, że zostanie wyśmiane - jednak w głębi duszy wie lepiej. Kiedy małe dziecko spotyka się z racjonalnymi pouczeniami i impulsami otoczenia zagrzebuje swoją "prawdziwą wiedzę" w jeszcze głębszych pokładach duszy, gdzie racjonalność ich nie sięga. Tak też jest z kotem. Doświadczenie - poprzez odwzajemnienie - uczy go, że człowiek będzie prawdziwie usatysfakcjonowany dopiero wtedy, gdy kot otrze się o jego nogi i ręce, ale i tak wie lepiej. Okaże mu czułość pieszcząc ogonem dowolny przedmiot, co każdy inny kot natychmiast nie tylko rozumie, ale i odczuwa, i odpowiada podobną pieszczotą, a człowiek nie odczuje, nie zawsze nawet dostrzeże, cóż tu mówić o odwzajemnianiu. Dla kota człowiek jest istotą tak wielce egocentryczną, że niemal autystyczną. Brak reakcji w przypadku innego kota byłby sygnałem wrogości, ale kontaktując się z człowiekiem metodą prób i błędów kot uczy się, a raczej tworzy zupełnie nowy język, w procesie analogicznym do tego, w jakim zdrowi ludzie próbują osiągnąć porozumienie z autystami: oto kot podchodzi do człowieka i puka łapką w nadziei, że choć na chwilę przebije się do ludzkiego umysłu, zamkniętego we własnym świecie. Robi coś, czego nigdy by nie robił wobec innego kota, coś, czego zresztą inny kot by zresztą w ogóle nie zrozumiał. Na tej samej zasadzie rodzice autystycznego dziecka układają przed nim karty do gry w określonej kolejności, w nadziei na jakąś reakcję.

Dla kota słońce jest ożywione, bo świeci, a świeci, bo tak chce. Kamień jest ożywiony, bo może się poruszać, jak wówczas, gdy toczy się z góry na dół, na przykład po zboczu pagórka. Strumień jest ożywiony i obdarzony wolą, bo woda w nim płynie. Bieganie za sznurkiem jest tak samo interesujące, jak polowanie na mysz. W słońcu, kamieniu, wodzie i sznurku przebywa duch - podobny do kociego, toteż czuje on i działa jak kot.

W odczuciu kota nie ma wyraźnej i ostrej granicy między tym, co ożywione, a tym, co nieożywione; wszystko, co istnieje, jest podobne do nas samych. Jeśli nie pojmujemy tego, co kamienie, drzewa i zwierzęta mają nam do powiedzenia, to dlatego, że nie jesteśmy z nimi dostatecznie zestrojeni. Kotu, który próbuje rozumieć świat, wydaje się rzeczą całkowicie uzasadnioną, by od obiektów budzących zainteresowanie oczekiwać odpowiedzi. A ponieważ kot jest egocentryczny, spodziewa się, że świat powie mu coś o tym, co dla niego, dla kota, jest nadzwyczaj ważne. Kot jest przekonany, że świat składa się z istot, które go rozumieją, tylko nie zawsze okazują to otwarcie: czasem rozbawione źdźbło trawy zaczepi go i zaprosi do zabawy, zaczajenia i dramatycznego skoku; czasem ucieka przed nim kłębek włóczki; ale też człowiek tylko czasem okazuje, że kota rozumie.

Dla kota różnica między światem nieożywionym a ożywionym nie istnieje, podobnie różnica między źdźbłem trawy a człowiekiem nie jest zasadnicza, a tylko gradualna. Istota zaklęta w kamieniu lub źdźble trawy tylko zamilkła i znieruchomiała na pewien czas, ale w każdej chwili może ożyć i zrobić coś ciekawego lub groźnego. Podług tego samego rozumowania jest rzeczą całkowicie godną wiary, że stworzenia i przedmioty uprzednio nie przejawiające zdolności mówienia - zaczynają się z kotem komunikować, dają mu rady albo adresują pogróżki. Z racji identyczności wszystkich istot jest całkowicie wiarygodne, że jedne istoty mogą zamieniać się w inne, kamień w kota a kot w trawę, człowiek w kota i na odwrót.

W przeżyciach kotów natura otaczających rzeczy ulega skrajnym przemianom pod rozmaitymi względami, choć my, ludzie, możemy tego nawet nie spostrzegać. Spójrzmy jednakże na kota, gdy na przykład ma do czynienia z jakimś przedmiotem - sznurowadłem czy zabawką. Rzecz ta może dostarczyć powodu do poczucia skrajnego niepowodzenia, tak że kot może się czuć do niczego niezdatny. Potem zaś, w jednej chwili, jakby w magiczny sposób, przedmiot staje się posłuszny i spełnia to, co do niego należy - a kot z najbardziej strapionej istoty, jaka tylko istnieje na Ziemi, przemienia się w istotę najszczęśliwszą. Czyż nie dowodzi to czarodziejskiego charakteru przedmiotów? Kiedy kot zostaje sam choćby tylko na parę godzin, czuje tak okrutną udrękę, jak gdyby od początku życia był opuszczony i odrzucony. A potem, nagle, popada w stan absolutnej błogości, bo w drzwiach pojawia się człowiek, w jego kojcu pojawia się matka, uśmiechnięta i może z jakimś małym prezentem, myszą, małym ptaszkiem. Czy istnieje większa magia? Jak mógłby tak prosty fakt przemienić tak całkowicie jego egzystencję, gdyby w grę nie wchodziły czarodziejskie moce?

Życie kota może nagle ulec całkowitej przemianie, bo znajduje on magiczny przedmiot lub interweniuje jakieś bóstwo. Kot niewiele może zrobić sam i to może zniechęcić go tak dalece, że popada w rozpacz - tak się czasem dzieje z kotami zamkniętymi w schroniskach dla zwierząt, które pozornie mają wszystko, jedzenie, ciepłe spanie, a jednak siadają w kącie klatki, przestają jeść i pić i umierają. Magia przedmiotów i bóstwa chronią je przed takimi uczuciami.

Ponieważ w odczuciu kota, tak jak w odczuciu największych filozofów, sama jego egzystencja jest tak bardzo niejasna, najważniejsze jest dla niego pytanie: "Kim jestem?" Gdy tylko kot zaczyna samodzielnie się poruszać i badać otaczający świat, wyłania się przed nim problem jego tożsamości. Spostrzegając własne odbicie w lustrze, zastanawia się, czy to rzeczywiście ono samo, czy też kot zupełnie do niego podobny, który znajduje się po drugiej stronie lustra. Stara się znaleźć na to pytanie odpowiedź, badając, czy ów kot jest istotnie pod wszystkimi względami do niego samego podobny. Robi miny, obraca się na różne strony, oddala się od lustra i jednym skokiem znów umieszcza się przed nim, aby sprawdzić, czy drugi kot oddalił się, czy też jest jeszcze obecny. Dokładnie to samo robią ludzkie dzieci w wieku trzech lat.

Kot zadaje sobie pytania: " Kim jestem? Skąd się wziąłem? Skąd wziął się świat? Kto stworzył mnie, inne koty i całą przyrodę? Jaki jest cel życia?" Co prawda, te żywotne pytania nie pojawiają się przed nim w abstrakcyjny sposób, ale rozważa je w tej mierze, w jakiej dotyczą jego samego. Nie zaprząta go kwestia, czy na świecie istnieje sprawiedliwość, ale czy on sam jest traktowany sprawiedliwie. Zastanawia się, kto lub co sprawia, że spotyka go niepowodzenie, i co może je przed nim uchronić. Czy poza rodzicami istnieją jeszcze jakieś inne życzliwe moce? Czy rodzice są życzliwymi mocami? Jak ma sam siebie kształtować i dlaczego? Czy może nie tracić nadziei, mimo, że postępował źle? Dlaczego przydarza mu się to wszystko? Jaki to będzie miało wpływ na przyszłość? Popędliwi bogowie przynoszą odpowiedzi na te naglące pytania, z których w znacznej mierze kot zaczyna sobie zdawać sprawę właśnie dopiero pod wpływem doświadczeń egzystencjonalnych: konieczności odróżnienia siebie od świata, która umożliwi mu przeżycie w świecie.

Albowiem kot doświadcza świata w sposób chaotyczny. Za sprawą magii i magicznych przedmiotów odmieniają mu się koleje losu. Ogarnia go zamęt sprzecznych uczuć. Doświadcza pomieszanych uczuć miłości i nienawiści, lęku i pragnienia, jako nie dającego się zrozumieć chaosu. Nie może dać sobie rady z faktem, że w tym samym momencie doznaje zarówno uczuć pozytywnych i chęci, aby być posłusznym lub opiekuńczym, jak uczuć negatywnych i chęci, aby się zbuntować lub zaatakować - mimo że tak właśnie dzieje się w jego wnętrzu. Ponieważ nie potrafi zrozumieć, że istnieją stopnie pośrednie oraz stany wewnętrzne i cechy o różnej intensywności -wszystko jest albo jasne, albo ciemne. Jest się albo na wskroś odważnym, albo tchórzem; najszczęśliwszym w świecie albo najbardziej nieszczęśliwym; ktoś jest najpiękniejszy albo najbrzydszy; najmądrzejszy albo najgłupszy; albo kochamy, albo nienawidzimy; nie ma nigdy nic pośredniego. Gdy kot stara się uporać z trudnościami, jakie pojawiają się w jego wnętrzu, świat dzięki jego wysiłkom zaczyna mu się ukazywać jako bardziej sensowny. Podejmuje on próby, aby go zrozumieć.

Oto kot oddala się od człowieka, celowo siada tyłem i popada w odrętwienie. "Obraził się" - myśli człowiek, i czasem ma ku temu podstawy, bo wcześniej odmówił mu smakołyka. A to nieprawda. Kot w tym czasie przeczekuje chaos wywoływany w jego duszy przez popędliwych bogów: boga gniewu i boga miłości, którzy próbują przejąć władzę nad kocią relacją z jednym i tym samym człowiekiem. Kot może postąpić identycznie w trakcie przyjaznej zabawy, jeśli stanie się zbyt intensywna, bo wtedy w jego duszy bóg miłości zostaje zaatakowany przez boga agresji i walki, a kot nie radzi sobie z tak sprzecznymi impulsami wobec tego samego obiektu, którym w tym przypadku jest człowiek. Kot z pełnym brzuchem odchodzi od miski, siada tyłem do człowieka i zaczyna myć sobie łapki i pyszczek. Człowiek myśli, że kot jest egoistycznym łobuzem, który nie zna słowa "dziękuję", którego interesuje tylko jedzenie, a nie jego relacja z człowiekiem, a tymczasem dla kota jest to konieczność, chwila, którą musi poświęcić na to, by przepotężny bóg pożądania ustąpił pola innym bogom, w tym, właśnie, bogowi miłości. Kot zawsze odwzajemnia dobre uczynki, nie zdawkowym "dziękuję" lecz całym sercem, tylko człowiek, żyjący we własnym, autystycznym świecie, jest na nie obojętny. Jedna upolowana mysz, którą kot zaniesie człowiekowi pod łóżko, jest więcej warta, niż wszystkie zdawkowe podziękowania, jakich ludzie nie szczędzą sobie nawzajem.

Albowiem uczynek zastępuje u kota rozumienie analityczne. Dzieje się tak w tym większej mierze, im silniejsze są uczucia, których doznaje. Nie jest w jego odczuciu tak, że ludzie płaczą, ponieważ są smutni, lecz tak, że po prostu płaczą. Nie jest tak, że atakuje się drugich, niszczy lub drapie pazurami - dlatego że się jest opanowanym przez gniew, ale po prostu bije się drugich, niszczy lub drapie pazurami. Bywa, że kot nauczy się, iż może sobie ułatwić stosunki z ludźmi, wyjaśniając, że zrobił coś, ponieważ był gniewny, jednak nie zmienia to faktu, że nie doświadcza on gniewu jako gniewu, ale że gniew to dla niego jedynie impuls, aby uderzyć, zniszczyć, zadrapać. Sposobem radzenia sobie ze sprzecznymi - lub nadmiernie potężnymi - impulsami jest odrętwienie, w którego trakcie kot po prostu czeka, aż bogowie w jego duszy jakoś dojdą ze sobą do ładu.

Niektóre nieświadome napięcia wewnętrzne dają się u kota rozładowywać przez zabawę. W normalnej zabawie kot przypisuje swoim zabawkom i swoim zabawowym zachowaniom właśnie te różnorodne aspekty własnej osobowości, z którymi trudno mu sobie dać radę, bo są zbyt złożone dla niego, nie akceptuje ich lub zawierają sprzeczności. Pozwala to mu w pewnej mierze nad nimi panować, do czego nie jest zdolny wtedy, gdy żąda się od niego - lub gdy okoliczności na nim to wymuszają - aby zdał sobie sprawę z własnych procesów wewnętrznych, gdyż tego właśnie nie potrafi uczynić - i właśnie dlatego nie potrafi usiąść tyłem do człowieka, bo sobie uświadomił własny na niego gniew. Kot zjada jedzenie z miseczki, a gdy jest najedzony, siada obok i zaczyna pazurzastą łapką atakować kulki jedzenia. Innym razem, bez żadnych zewnętrznych bodźców, najeża się, zaczaja w kącie i przemyka na sztywnych łapach od jednego ciemnego miejsca do drugiego, wpatrując w coś niewidzialnego, ale bardzo strasznego. Właśnie wtedy rządzą nim popędliwi bogowie, ale w sposób bezpieczniejszy i bardziej dla kota zrozumiały niż wtedy, gdy przychodzą bez zaproszenia. Kot "oswaja" się z potężnymi bodźcami wewnętrznymi, które w innych sytuacjach popychają go do bezrozumnej ucieczki na oślep, skrajnej rozpaczy czy euforii. Oddaje się we władanie różnym aspektom swojej osobowości i sprawdza, do czego prowadzą. Kot to samobieżny psycho- auto- analityk.

Tacy właśnie są popędliwi bogowie. Są przeważnie prości, jednoaspektowi, reprezentujący pojedyńcze stany kociej duszy. Najpotężniejszymi z nich są Bóg Strachu, Bóg Żartu i Bóg Pożądania. Władają wielką magią.