piątek, 25 lipca 2008

Rzeczpospolita lemingów i partii wodzowskich

Dzięki "przesłaniom" dla posłów i "instrukcjom" dla ich młodzieżówki Platforma Obywatelska wylądowała dziś na samym szczycie piramidy organizacji politycznych w Polsce dla kretynów. Niewątpliwie każdy kretyn i (w sensie medycznym, nie obraźliwym) i wychowanek Big Brothera może tam zostać gwiazdą. Tyle, że to nie jedyne lemingi w Polsce. W zasadzie nie ma ani jednej partii, która by nie była otoczona stadem lemingów gotowych wykonywać czynności usługowe, bezrozumnie, bezkrytycznie i bez wynagrodzenia, byleby im ktoś powiedział, co mają robić - językiem prostym i dla nich zrozumiałym. Platforma to po prostu wykorzystała bardziej niż inni... Patrząc na scenę z lotu ptaka można też dostrzec, że wszystkie dzisiejsze partie balansują na skraju tego, co w politologii się nazywa partią wodzowską. Jeden lider otoczony świtą, potem długo, długo nic, potem żołnierze, a w kręgu najbardziej zewnętrznym - lemingi. Żadna partia w Polsce nie ma własnych, wykształconych, pluralistycznych elit. Być może najbliżej takiego stanu jest malutki PSL, który dzięki marginalizacji i strategii silnie zorientowanej na własne interesy dorobił się mechanizmów promocji dosyć niezależnych od tego, co oferuje główny nurt polskiej polityki.

Polska nie jest wyjątkiem. Po 11 września zaskoczeni opiniotwórcy na całym świecie skarżyli się, że zabrakło nam wiedzy, dlaczego społeczeństwa muzułmańskie są aż tak obrażone na Zachód, że światu zagroził terroryzm. Ale przecież oznaczało to, że najbardziej rozwiniętym państwom świata zwyczajnie zabrakło zarówno zainteresowania, jak i ludzi znających potoczne języki Bliskiego Wschodu, i że złudzenie globalnej wioski, wywoływane przez powszechną dostępność MTV na całej kuli ziemskiej, jest tylko złudzeniem. Nowy, globalny porządek, do którego opisania i wyjaśnienia miał wystarczyć monetarystyczny język sprawnego menagera neokonsów, okazał się nie istnieć, tak samo, jak nie istnieje "postpolityka", rzekomo towarzysząca sprawnemu zarządzaniu i wypierająca z życia publicznego politykę.

Niedostateczna wiedza językowa i i elity pozbawione ciekawości świata w początkach XXI stulecia nie są niczym szczególnym. Kultura masowa traktuje dorosłych, tak wytwórców, jak i konsumentów, jak dzieci. Wg. Franka Furediego (socjologa węgierskiego pochodzenia, wykładającego na Uniwersytecie Kentu w Wielkiej Brytanii, ur. 1947) [*1], analiza słów, którymi posługiwali się podczas debat publicznych kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych pokazuje, że słownik Lincolna byłby zrozumiały dla licealistów. Clintona - dla siódmoklasistów, a Bush mówił już na poziomie średnio rozgarniętego sześcioklasisty. Współcześni ludzie nie ufają ani nauce, ani celowości gruntownego wykształcenia. Wszechobecny przedrostek "-post" wskazuje, w jakim miejscu znalazły się nauki humanistyczne, a naukom biologicznym i inżynieryjnym ludzkość już od dawna nie dowierza. Kiedyś studenci nie przepadający za naukami ścisłymi i przyrodniczymi wybierali humanistykę i sztuki wyzwolone. Dzisiaj jedne i drugie są im jednakowo obce: w USA między 1970 a 1995 liczba magistrów historii spadła o około 37%, magistrów filologii zagranicznych o 37%, anglistyki o 10% - i to w czasie, kiedy ogólna liczba studentów stale rosła. Temu zjawisku towarzyszy przekształcanie procesu kształcenia w rodzaj show dla niedorosłej publiczności, nagradzającej swego profesora brawami za widowiskowość wykładu, a nie poziom przekazywanej wiedzy, a także poszerzający się rynek książek popularnonaukowych, pisanych tak, by wysiłek umysłowy dla ich zrozumienia był czynnością zbędną. Absolwenci uniwersyteckich kursów zarządzania korporacyjną kadrą, telemarketingu i bankowości są znakomicie dostosowani do życia w monetarystycznej utopii, którą zamach na WTC już dawno obrócił w pył. Pytanie, co z nimi teraz zrobić?

Nie ma co szukać odpowiedzi na to pytanie w tradycyjnym miejscu, u intelektualistów, gdyż w swej większości zaakceptowali oni tą przygnębiającą odmianę. Klasyczny wzorzec heroicznego, niezależnego badacza zastąpiła dzisiaj postać intelektualisty zdewaluowanego do jednego z wielu podmiotów rynku informacji, któremu ton narzucają reguły talk shows, a nie debaty oksfordzkiej. Wartość wykształcenia wyższego, a w konsekwencji i tytułów naukowych, maleje w miarę, jak uniwersytety obniżają kryteria naboru lub w ogóle rezygnują z egzaminów wstępnych, żeby przyjąć jak największą liczbę studentów, i tym bardziej, im częściej wartość profesorów dla uczelni obliczana jest w według liczby absolwentów, a nie ich jakości. Kiedy w początkach grudnia 2001 opublikowano pierwsze rezultaty PISA (badania porównawcze funkcjonalnego alfabetyzmu, jakości nauczania i systemów edukacyjnych w Europie), okazały się być one szokująco słabe. Szczególnie silnie wstrząsnęły dumą narodową Niemców (21 pozycja na 32 państwa), a same zjawisko uzyskało nazwę "PISA-Schock". W efekcie rozpętała się desperacka dyskusja jak włączyć media do promocji "informacyjnego alfabetyzmu", a tamtejsi bibliotekarze wykorzystali sytuację do kolejnego, beznadziejnego przypomnienia, że biblioteki, a szczególnie biblioteki szkolne, jednak czemuś służą. [*2]

"Przez ostatnie dwa stulecia na straży autorytetu, jakim cieszyli się intelektualiści, stała wiara w to, że dążenie do wiedzy i prawdy zasługuje na powszechne uznanie. Wiara ta nadawała pracy umysłowej wyjątkowe znaczenie, ludziom zaś zgłębiającym wiedzę pozwalała sądzić, że to, co robią, ma sens." - powiada Frank Furedi. Mimo dezaprobaty dla gnuśności, jaka jego zdaniem cechowała uczonych jego pokolenia, Orwell niezmiennie wierzył, że idee mogą stworzyć lepszy świat, i że wszelka działalność intelektualna i kontemplacyjna jest tym, co odróżnia człowieka od zwierzęcia. Dzisiejsi intelektualiści sprowadzili czynność kontemplacji świata do upraszczania i minimalizowania wiedzy potrzebnej człowiekowi do funkcjonowania w społeczeństwie. Między innymi dlatego radykalne zmniejszenie listy lektur szkolnych wprowadzone przez rząd Platformy Obywatelskiej nie spotkało się ze znaczącym protestem. Polska inteligencja, w przeciwieństwie do niemieckiej, nie broni bibliotek.

W klasycznej powieści SF Asimowa "Fundacja" twórca psychohistorii Harry Seldon rozpoznaje zbliżający się upadek Imperium - po wtórności jego kultury wobec czasów przeszłych oraz cywilizacyjnej infantylizacji wszystkich warstw społecznych, nie rozumiejących wytworów technicznych poprzednich pokoleń ani złożoności własnego świata; nieufnych wobec nauki, ponad samodzielność myślenia i nowatorskość badań przedkładających naśladownictwo i epigonię. Na Ziemi w XXI wieku miejsce ludzi takich, jak Bertrand Russell czy Hannah Arendt, zajęli twórcy telewizyjnego Big Brother, a klasyczny wzorzec heroicznego, niezależnego myśliciela zastąpił homo ludens. Taka też jest polityka. Nie modernizacja, a rozkład. Ale czy ta analogia ma sens? [*3]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz



Przypisy:

1. Frank Furedi: Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? (Where Have All the Intellectuals Gone?) przeł. Katarzyna Makaruk, Państwowy Instytut Wydawniczy , Styczeń 2008

2. Susanne Krüger - The PISA-shock and its consequences: The future of libraries for children in Germany, World Library and Information Congress: 69th IFLA General Conference and Council, 1-9 August 2003, Berlin
http://www.ifla.org/IV/ifla69/papers/079e_trans-Krueger.pdf

3. Czytaj również: Palnick: Toksyczna moc autorytetów. Blog: Palnick, 2008-07-24
http://palnick.salon24.pl/85478,index.html

12 komentarzy:

  1. Termin "lemingi" jest dużo lepszy niż "wykształciuchy" Dorna, ale opisuje to samo zjawisko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niezupelnie. Dorn opisał to zjawisko jako przynależne Polsce i w jakiś sposób związane z transformacją ustrojową. Nam się wydaje, że przyczyny leżą raczej w ogólnych procesach globalizacyjnych, a że tu jest bardziej widoczne, to dlatego, że nie ma tamy w postaci ustabilizowanych struktur spolecznych, począwszy od klasy średniej, a skończywszy na partiach politycznych. Innymi slowy, krol jest wszędzienagi, ale tu jakby bardziej;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale o co wam chodzi? Lemingi chcą być wykorzystywane, ktoś ich wykorzystuje, szafa gra:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ehh, dyskutuję teraz na 2 blogi, więc po prostu przekopiuję własną wypowiedź: "Myślimy że szczególną cechą leminga, odróżniającą go od XXwiecznych poprzednikow jest to, że stracil znaczenie status formalnego wykształcenia. Innymi slowy np. klasyczne statystyki wiążące preferencje polityczne z wyksztalceniem nie mają za wiele sensu. Czyli zarowno moherowa babcia, czlowiek z wyksztalceniem podstawowym czy ktoś z wyższym wyksztalceniem (dornowski "wyksztalciuch") - jednakowo mogą wylądować w roli leminga."
    Innymi slowy, w XX wieku bazą społeczną partii totalitarnych (albo grupą ludzi wykorzystanych przez partie totalitarne) byl na ogół tzw "sklepikarz" tj człowiek zorientowany na własny status, ale niskiej pozycji materialnej, często bezrobotny, o niskim wykształceniu.
    Pytanie, co ze współczesnym lemingiem. Jak on się ma np. do jakości demokracji?

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiadomo jak. Wystarczy włączyć telewizor.

    PS. Od jakiegoś czasu do was zaglądam. Raz piszecie lepiej, raz gorzej. Ale trzeba przyznać, że jak z czymś wystrzelicie, to ma się o czym myśleć przez następny tydzień. Pozdrawiam, piszcie dalej.

    OdpowiedzUsuń
  6. @anonimowy

    ...dziękujemy za pozdrowienia i życzliwość ...

    JD ^ BT

    OdpowiedzUsuń
  7. Załączam głos glena z Salonu24 bo mi się wydaje ważny:
    ""Formalne wykształcenie" w odróżnienia od wykształcenia, to geneza wykształciucha. W korporacjach panuje kult certyfikatu. Pracownicy HR nie potrafią ocenić człowieka i jego kwalifikacji inaczej niż sprawdzając certyfikat. Mam na myśli nie tylko dyplomy uniwersyteckie ale i rozmaite kursy i szkolenia. Stąd, nie jest istotna trudno weryfikowalna jakość a tylko ilość. Gdy klasyczne wartości zostały w dużej mierze zagubione w zawierusze dziejowej, zredukowane w procesie edukacyjnym i nie istnieją w przestrzeni publicznej, pozostają łokcie.
    Myślę, że wpływ "transformacji" jest niewielki. Procesy globalne mają dużo większy wpływ. Może tylko przez "kompleks postkolonialny" jesteśmy na nie bardziej podatni."

    W tym co pisaliśmuy, w ogole nie uwzględniliśmy kwestii peryferii czy postkolonializmu. Coś w tym jest... Glen nie ma bloga, a szkoda. Zwrocil uwagę na coś ciekawego.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale daliście czadu:-) Wszędzie mówią o lemingach. Właśnie wróciłem z onetu hehe

    OdpowiedzUsuń
  9. @ Jura - chyba rzeczywiście. Na Onecie nie byłam, ale zauważyłam w statystykach jakiś nadmiar klików i zajrzałam tu:
    http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=82661720&a=82663056

    Ale tego tekstu by nie było, gdyby nie tekst Palnicka o toksycznych autorytetach, do przeczytania u nas albo na jego blogu (podlinkowany w stronach polecanych). Świetny tekst, od dawna czegoś tak dobrego nie czytałam. Właśnie dlatego, że napisany przez człowieka który myśli sam, i swej głowy nikomu nie oddaje na wynajem. Szkoda, że nie ma więcej takich ludzi interesujących się polityką.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo nieufnie podchodzę do takich publicystycznych, jeszcze „ciepłych” wynalazków, jak wykształciuchy czy lemingi. Na pierwszy rzut oka to kategoryzacje ocenne, raczej stanowiące rzeczywistość (opisywaną) niż wydzielane wg jakichś niezależnych od ocen kryteriów. Na wykształciucha rzuciłem okiem po raz drugi i wyszło mi poniekąd coś innego, niż sugerował odgrzewca określenia, Dorn. Również lemingi warto by skonfrontować ze znanymi i bardziej opracowanymi kategoriami, dla przykładu wymienię klerków (z ich nieodzowną zdradą ;), a z wcześniej stosowanych – poputczików.

    Potraktujcie mój głos jako sceptyczne ostrzeżenie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. @nameste - J. Bendy był pisarzem, a nie naukowcem. Trudno więc powiedzieć aby La trahison des clercs była jakimkolwiek opracowaniem. Klerkowie z ich zdradą to tylko metafora opisująca jakieś zjawisko polityczne lub socjologiczne, ale częstotliwość przywoływania, faktycznie znacząca od okresu międzywojnia, w zasadzie nie zmieniła jej znaczenia. Metafory się tylko wykorzystuje, a jak przestają być wygodne - porzuca. Lata XX ub. wieku to prahistoria, wiele sie od tamtego czasu zmieniło. Nie da sie nią opisać zjawisk wtedy nieistniejących. O tyle masz rację, że polski obrońca klerkizmu Irzykowski wystąpił w obronie Brzozowskiego oskarżonego o współpracę z carską ochraną, czyli coś wspólnego z wspólczesnością ma;) Ale to pozorny związek, Irzykowskiemu nikt nie odmawiał solidnego wyksztalcenia klasycznego odebranego na uniwersytecie lwowskim. Dzisiejsi magistrowie w swej masie są produktem systemu edukacji wielce powierzchownej i pozornej, odwrocili się zarówno od wykształcenia ścisłego, jak i humanistycznego, i raczej na miano klerkow nie zasługują. To tylko lemingi. Produkt systemow edukacyjnych doby globalizacji, ktora nie wie, co robić z nadmiarem ludzi na Ziemi...

    OdpowiedzUsuń
  12. schroedingersdog31 lipca 2008 18:08

    Jest: "Współcześni ludzie nie ufają ani nauce, ani celowości gruntownego wykształcenia"
    Powinno być: "Współcześni ludzie nie mają powodów aby ślepo ufać nauce i wątpią często w celowość gruntownego wykształcenia".
    I tutaj byłoby, jak sądzę, rzeczą celową zacząć się wspólnie zastanawiać czy tak rzeczywiście jest i z czego to ewentualnie wynika. Opis objawów to jeszcze nie diagnoza.

    OdpowiedzUsuń