Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postkomunizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postkomunizm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 marca 2009

Rozpaczliwa agonia lewicy

Józef Pinior

Z polskiej polityki znikają ostatnie już ślady lewicowych idei


Książka Bernarda-Henri Lévy’ego "Ce grand cadavre à la renverse" rozpoczyna się od opisu rozmowy telefonicznej, którą Nicolas Sarkozy przeprowadził z francuskim intelektualistą przed zakończeniem kampanii prezydenckiej we Francji. Przyszły prezydent zadzwonił do Lévy’ego, prosząc, by, podobnie jak André Glucksmann, wyraził on poparcie dla jego kandydatury. Ku zdziwieniu Sarkozy’ego, mimo podobieństwa poglądów, a nawet bliskich stosunków, jakie ich łączyły, Lévy odmówił. Jego zdaniem bowiem - jak tłumaczy na dalszych stronach książki - nie wolno rezygnować z odrębności lewicy ani pozwalać na jej rozpłynięcie się w ogólnie centrowej platformie politycznej.

Choć książka Lévy’ego stanowi krytykę postmodernizmu i triumfującej bezideowości w polityce francuskiej, zaproponowana w niej diagnoza świetnie przystaje do polityki światowej - w tym również polskiej. Po 1989 roku intelektualiści wskazywali na wyczerpywanie się XX-wiecznych sporów ideologicznych. Podkreślano trwałość konsensusu liberalno-demokratycznego, liberalizację gospodarki i polityki. Miało to szczególne znaczenie dla Europy Środkowo-Wschodniej. Powstające tam partie polityczne odwracały się od walki o idee. Proces ten w sposób bardzo podobny przebiegał we wszystkich krajach byłego bloku wschodniego, jednak szczególną siłę osiągnął właśnie w Polsce, stając się jedną z głównych przyczyn upadku naszej polityki.

Szczególną bezbronność na tym polu - i tu znów analizy zawarte w książce Lévy’ego okazują się uniwersalne i dalekowzroczne - prezentowała i prezentuje nadal polska lewica. Widać to na przykład w zbyt daleko idących kompromisach, jakie zawiera z innymi opcjami politycznymi. Platforma Obywatelska postępuje z lewicą podobnie jak Nicolas Sarkozy we Francji. Nawet silne postaci polskiej lewicy - jak Danuta Hübner czy Włodzimierz Cimoszewicz - wchodzą bardzo często w takie układy. Z punktu widzenia działania politycznego nie ma w tym nic niewłaściwego. Problemem jest jednak to, że ludzie lewicy nie odróżniają współpracy (na przykład przy przegłosowywaniu ustaw) od rezygnacji z własnych projektów ideowych.

I właśnie to, że polska lewica do dziś nie podjęła walki o stworzenie odrębnych idei, o ponowne wprowadzenie do publicznego dyskursu tradycji politycznej oraz wydarzeń historycznych, które tworzą jej tożsamość i odróżniają ją od prawicy populistycznej, jest jej największym problemem. Choć często zdajemy się o tym zapominać, lewicowe idee mogą być bardzo wyraziste, również w Polsce. Po pierwsze, naszą lewicę zawsze odróżniała od prawicy koncepcja narodu politycznego. Od końca XIX wieku lewicowcy przeciwstawiali się definiowaniu polskości w kategoriach etnicznych i religijnych, podkreślając polityczny i obywatelski charakter społeczeństwa. Po drugie, choć lewica w Polsce utożsamia się z rozpoczętą w 1989 roku demokratyczną transformacją, budową instytucji liberalnych oraz rządów prawa, osią budowania jej tożsamości w obecnej chwili powinna stać się krytyka szokowej terapii gospodarczej, jaką zastosowano w naszym kraju po przełomie.

Postpolityka i postkomunizm

Powody kryzysu lewicy polskiej mają trojaki charakter. Po pierwsze, jak wskazywałem wyżej, kryzys ten powiązany jest ze znacznie rozleglejszą polityczną zapaścią. Choć zwykle traktujemy teorię Francisa Fukuyamy o końcu historii z pobłażaniem, trudno nie przyznać amerykańskiemu filozofowi racji w tym, że wielki spór ideologiczny między lewicą a prawicą heglowską wyczerpał się u końca XX wieku. "Końcem historii", w heglowskim rozumieniu tego słowa, jest pojawienie się postpolityki, niedysponującej żadnymi ideami. To właśnie z tego kryzysu wynika fakt, że "Solidarność" nie potrafiła stworzyć żadnej silnej lewicowej partii politycznej po 1989 roku.

Po drugie, z racji niemocy, jaką wykazała lewica solidarnościowa, opisywany tu kryzys wiąże się również z tym, że monopol na politykę socjaldemokratyczną znalazł się w rękach lewicy o PZPR-owskim rodowodzie. Należy pamiętać, że podstawowym punktem odniesienia dla świadomości lewicowej w Polsce jest ciągle Radom. Moje pokolenie, czyli generacja "Solidarności", w wieku 21 lat po wydarzeniach w Radomiu, stanęło przed następującym wyborem, który zadecydował o kształcie jego życia: albo idziesz do organizacji, takiej jak ZMP czy PZPR, albo w kierunku KOR - czyli wybierasz opozycję. Albo urządzasz sobie wygodne życie, albo podążasz za swoimi ideami. Lewica wywodząca się z PZPR od samego początku pozbawiona była fundamentu ideowego i nie miała powodów, by cokolwiek w tym aspekcie zmieniać. To spowodowało, że kryzysy polityczne w postaci korupcji, kompromitacji działaczy, a wreszcie całego ruchu lewicowego, przyniosły z sobą prawdziwą anihilację lewicy.

Po trzecie, gdybyśmy winą za kryzys lewicy w Polsce chcieli obarczać tylko postkomunistów i globalny kryzys, byłoby to - niestety - zbyt daleko idące uproszczenie. Właściwe, i być może najważniejsze pytanie brzmi: co się stało ze społeczeństwem? Nie jest prawdą, że społeczeństwo polskie nigdy nie miało do wyboru lewicy innej niż postpezetpeerowska. Była przecież próba odbudowania PPS przez młodą inteligencję, powstała Unia Pracy, Partia Zielonych, były też inne propozycje. To, że społeczeństwo nie chciało na nie głosować, a ostatecznie doprowadziło do sytuacji, w której hasła sprawiedliwości społecznej używa PiS, świadczy o ogromnym wewnętrznym kryzysie jego samego, o obecnych w nim skłonnościach populistycznych, a nawet autorytarnych.

Odpowiedzialność za tę sytuację ponosi również mój macierzysty związek zawodowy. W momencie swego powstania "Solidarność" (a wcześniej opozycja przedsolidarnościowa) reprezentowała ogromny potencjał emancypacyjny. Już w 1980 roku stworzono bardzo oryginalny program samorządnej Rzeczypospolitej, łączący wolny rynek, samorząd i plan, stawiający na emancypację i wejście Polski na dobrych warunkach w obręb gospodarki kapitalistycznej. Ta emancypacja została później osłabiona represjami, które spadły na ruch robotniczy w stanie wojennym. Jednak przełomowi 1989 roku powinna była towarzyszyć już pewna refleksja, dotycząca naszego wejścia na światowy rynek. Prywatyzacja nie musiała oznaczać, że koniecznie trzeba sprzedać na tym rynku wszystkie gazety, wszystkie media i wszystkie zakłady pracy. Przestawienie Polski na gospodarkę kapitalistyczną nie musiało być tożsame z wprowadzeniem planu Balcerowicza. Nie wolno było bezkrytycznie aprobować przyjęcia przez parlament kontraktowy między Wigilią a sylwestrem 1989 roku programu gospodarczego, który spowodował falę bezrobocia, zaszczepiając tysiącom ludzi poczucie poniżenia i krzywdy. Po stronie "Solidarności" nie pojawiła się jednak wówczas jakakolwiek samokrytyczna refleksja dotycząca tego procesu.

Lata po 1989 roku to również bez wątpienia druzgocąca klęska polskiego ruchu pracowniczego, który nie potrafił stanąć na własnych nogach i oprzeć się na własnych wartościach - czy to socjaldemokratycznych, czy lewicowo-chadeckich. Ironią historii jest to, że "Solidarność", która do dziś jest na całym świecie symbolem wyzwolenia, nie ukonstytuowała się jako samodzielny podmiot polityczny. Kompletny rozkład intelektualny i duchowy środowiska "Solidarności" doprowadził w istocie do tego, że Związek nie ma żadnego pomysłu na nowoczesność. Po 1989 roku można było pokusić się o sformowanie partii pracowniczej, jak to się stało na początku XX wieku w Wielkiej Brytanii, czy w 1980 roku, w momencie demokratyzacji, w Brazylii (Partia Pracowników). Dziś brazylijski model prezydenta Luli da Silvy przedstawia się w najpoważniejszych światowych gazetach jako wzorzec tego, co należy robić w warunkach kryzysu globalnego. W Polsce niestety nikt tego rodzaju działań nie podjął.

W sytuacji, gdy kryzys finansowy wymaga poważnej ogólnospołecznej dyskusji, "Solidarność" pozostaje właściwie nieobecna - co najwyżej spełnia rolę marnej przybudówki Prawa i Sprawiedliwości. Potencjał emancypacyjny został roztrwoniony przez populistów.

Ksiądz Jerzy i Ojciec Dyrektor

Niestety, nie tylko "Solidarność", ale i Kościół rzymskokatolicki, który w czasach komunistycznych wspierał związki zawodowe i za sprawą idei personalizmu był lewicy bardzo bliski, po 1989 roku nie odnalazł się w nowej rzeczywistości.

Wejście na rynek światowy w warunkach globalizacji było dla Kościoła polskiego szokiem. Dlatego w wolnej Polsce, w odróżnieniu od czasów PRL, Kościół nie jest w stanie tworzyć dla społeczeństwa enklaw niezależności duchowo-intelektualnej. W latach 80. działał Jerzy Popiełuszko i podobni mu księża. Ksiądz Jerzy był w stanie tworzyć wokół siebie i swojej parafii niezależną przestrzeń publiczną, w której mogli odnaleźć się robotnicy i intelektualiści, mężczyźni i kobiety, wierzący i niewierzący, wspólnotę opartą na szacunku dla odrębnej tożsamości oraz tradycji ideowej. Dziś Ojciec Dyrektor prezentuje za pośrednictwem swego koncernu medialnego model Polski etnicznej, zamkniętej, wręcz ksenofobicznej, nacjonalistycznej i szowinistycznej. Używa retoryki antymodernizacyjnej, która prowadzi donikąd. Co więcej, radio Rydzyka uformowało w Polsce całą rzeszę księży, którzy dziś mają wpływ na Kościół. A takim wyjątkom, jak Węcławski, Bartoś czy Obirek pozostaje tylko odejść samemu lub poczekać na usunięcie z Kościoła.

Być może zatem pozostaje nam jedynie czekać, aż Kościół odnajdzie się w nowych warunkach społeczno-politycznych, aż uformuje się w nim kolejne pokolenie otwartych, mądrych księży. Wtedy nareszcie nie będzie trzeba określać Kościoła jako instytucji prawicowej i autorytarnej - jest to przecież instytucja odrębna względem opcji politycznych, zakorzeniona głęboko w polskim społeczeństwie. Tylko pod takim warunkiem lewica w Polsce będzie mogła prowadzić z nim dialog, korzystając z tego, że krytyka współczesnej cywilizacji, dokonywana przez duchownych w obrębie Kościoła, jest w wielu punktach zbieżna z myśleniem intelektualistów lewicowych.

Jaka przyszłość lewicy?

Wygląda na to, że na ponowną emancypację Kościoła, jak również na odrodzenie się polskiego społeczeństwa, przyjdzie jeszcze poczekać. Nawet nowa inteligencja z pokolenia 20- czy 30-latków wydaje się zupełnie zagubiona w dzisiejszej rzeczywistości politycznej i ideowej, przez co albo nie bierze udziału w wyborach, albo głosuje na populistów. O zaangażowaniu w aktywną politykę nie ma w ogóle co wspominać.

Zwiastunem czegoś ożywczego w polskiej polityce może być środowisko "Krytyki Politycznej". To pierwsze autentyczne pokolenie polskiej inteligencji po 1989 roku, starające się na nowo wykuwać zręby polityki lewicowej. Nigdy nie kryłem entuzjazmu dla ich pracy ideowej, polityki wydawniczej i działalności klubowej. Jednak ich fascynacja literaturą lewicową nie może w nieskończoność usprawiedliwiać bezradności politycznej w konkretnej polskiej rzeczywistości. Żywione przez to środowisko nadzieje na załamanie się kapitalizmu, na jakiś kataklizm gospodarczo-polityczny zostawiają politykę polską pod kontrolą neoliberałów z PO i konserwatywnych populistów z PiS. Wielkie wybuchy społeczne w rodzaju rewolucji 1905 czy pierwszej "Solidarności" z 1980 roku nie wydarzają się w społeczeństwach co dekadę. Od kilku lat w Polsce następuje konsekwentne wypłukiwanie wszystkiego, co lewicowe, z głównego nurtu polityki. Prawica w Polsce nie boi się nowego Lenina lecz nowego Tony’ego Blaira! "Krytyka Polityczna" nie ma pomysłów na "wyjście w lud", na to, co w XIX wieku nazywano "pracą u podstaw".

Jestem tak otwarcie krytyczny, bo traktuję to środowisko poważnie jako najbliższe mi na polskiej scenie politycznej. Mówiłem o tym w redakcji "Krytyki" na Chmielnej i w czasie nocnej dyskusji z Danielem Cohn-Benditem w Warszawie w maju 2008 roku. Młoda lewica popełni rozłożone na lata samobójstwo polityczne, jeżeli odwróci się od instytucji demokracji liberalnej. Sukces socjaldemokracji w ostatnim stuleciu czy sukces Zielonych w ciągu ostatnich 30 lat polegał na wygrywaniu wyborów, na odwadze szukania poparcia dla swojego programu nie tylko w elitach, ale także w masowym elektoracie. Do tego przecież sprowadza się w istocie triumf Baracka Obamy w Ameryce. W Polsce muszą się pojawić formacje polityczne, które będą w stanie wygrywać wybory i - na instytucjonalnym gruncie liberalnej demokracji - mieć wystarczający potencjał woli politycznej i profesjonalizmu, by realnie zmieniać budżet na rzecz finansowania edukacji i nauki, by aktywnie pobudzać polski, peryferyjny kapitalizm w kierunku modernizacyjnym i prospołecznym, by wreszcie zawrócić politykę polską do głównego nurtu polityki europejskiej.

Pogarda w stosunku do wyborów i partii politycznych zaowocuje dziecięcą zabawą w lewicowość i rozgrywaniem "Krytyki Politycznej" przez wielkie gazety. Zaowocuje lewicowością, z której nic nie będzie wynikało dla społeczeństwa poddanego kontroli tabloidów, wegetującego w pustce cywilizacyjnej dzisiejszej Polski. "Krytyka" dociera do swojej smugi cienia i musi uważać, by nie rozpłynąć się we wpisanym w konstytucję tego narodu życiu na niby. W na niby kapitalizmie, na niby Unii Europejskiej, na niby lewicowości, na niby debacie...

opublikowane: "Europa" nr 260, "Dziennik", 28.03.2009

***

Józef Pinior, ur. 1955, polityk, prawnik, filozof. W PRL działacz Solidarności", aresztowany w 1983 roku i skazany na cztery lata więzienia. Od 1987 roku uczestniczył w próbach reaktywowania PPS. Obecnie członek SdPl i poseł do Parlamentu Europejskiego. W "Europie" nr 253 z 7 lutego br. opublikowaliśmy jego głos w ankiecie "Czym był Okrągły Stół". (notka "Dziennika")

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Tajemnica Grossa wyjaśniona.

Wszystko stało się jasne po przeczytaniu dodatku Plus-Minus z 26 stycznia pod znamiennym tytułem "Oko w oko z tłuszczą", zawierającego mnóstwo informacji o Grossie, zebrane przez Piotra Zychowicza. Podejrzewamy mianowicie, że Jan Tomasz Gross nie jest Żydem- Polakożercą, tylko Polakiem głęboko przywiązanym do tradycji ratowania Żydów, który pragnie dorównać swojej matce, ratując Adama Michnika i Gazetę Wyborczą przed gotowym do pogromu, nazistowskim motłochem.

Z artykułu wynika, że ciężko przeżył wyjazd z Polski. Prof. Jadwiga Staniszkis wspomina, że jako bardzo młody człowiek, w kilka lat po przyjeździe do USA, zupełnie posiwiał. Potem biegał ze znaczkiem Solidarności w klapie i pisywał niezłe teksty o Polsce pod sowiecką okupacją. I może byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie to, że zaraz po upadku komuny przyjechał do Polski i podjął próbę zamieszkania na stałe. A szczęśliwe osadzenie na stałe w staronowym miejscu w głównej mierze zależy od otoczenia.

Z treści artykułu nie należy wykluczyć, że redaktorzy z GW pokazali mu pisemka Bubla w jakimś kiosku Ruchu. Gwoli sprawiedliwości, nie było trudno takowe znaleźć, gdyż w tamtych czasach, świeżo po upadku Urzędu Cenzury na Mysiej, każdy się radośnie zajmował dystrybucją każdej informacji, nawet najdurniejszej, a każda próba odmowy była poczytywana za deklarację solidarności z nieistniejącym urzędem. Dzięki informacyjnemu rozpasaniu zaopatrzyliśmy się zresztą w tamtych czasach, właśnie w w kiosku Ruchu, w literaturę rozrywkową pt. "Protokoly Mędrców Syjonu" - i poczuliśmy się świetnie, jako władcy świata. Tylko Grossowi ktoś musiałby to wytłumaczyć, bo po tylu latach on już po prostu Polski, ani postkomunizmu - nie całkiem rozumiał.

Mogli mu też pokazać jedną czy dwie z demonstracji bezrobotnych obrzucających śrubami Urząd Rady Ministrów (w którym wtedy rozmaite stanowiska zajmowali przyjaciele redaktorów z GW). I mogli mu wytłumaczyć, że to narastanie faszyzmu, jak w Niemczech za Hitlera. Bo co innego mogli powiedzieć ciemniakowi, który tam pewnie składki na "Solidarność" przez lata zbierał? Że spowodowali 40procentowe bezrobocie, żeby zostać czerwoną burżuazją!?

"Wystarczy przejrzeć roczniki „Gazety Wyborczej” z pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości, żeby się zorientować, jak ówczesną rzeczywistość widziało środowisko, w którym obracał się Gross. Wydawać by się mogło, że niebawem mają wybuchnąć pogromy, a Polska zaraz stoczy się w otchłań skrajnie nacjonalistycznej dyktatury" - pisze Zychowicz. Barbara Toruńczyk potwierdza jego ocenę mówiąc nawet dzisiaj, że "wtedy Gross oko w oko zetknął się z tłuszczą. Wychodząc z domu na ulicę, mógł się czuć jak podczas łapanki".

Gross czytał Gazetę Wyborczą i spotykał z jej redaktorami na gruncie prywatnym. Nie można wykluczyć, że mógł na przykład poczuć się bardzo źle, powtórnie zostawiając przyjaciół w niebezpieczeństwie, tym razem w obliczu neonazistowskiej nawały. No i postanowił im pomóc, jak najlepiej potrafił. Odezwały się wszelkie objawy PTSD (post traumatic stress disorder). A umie głównie pisać. I tak został Chruszczowem Gazety Wyborczej. Parę lat później opublikował pierwszą z serii kontrowersyjnych książek o polskim antysemityzmie pt. "Upiorna Dekada". Zawarł w niej nawet wyjaśnienie swojej postawy: gdyby Polacy bardziej się postarali, choćby tak jak jego matka, nie zginąłby żaden Żyd. A ponieważ Polacy się nie bardzo starali ratować Adama Michnika, jego redakcji, i jego przyjaciół z Urzędu Rady Ministrów czy Unii Wolności, to on się starał coraz bardziej, i pisał coraz bardziej dramatyczne książki o polskich antysemitach. Żeby w końcu obudzić Polaków takich, jak jego matka.

I tak docieramy do "Strachu".

Koniecznie poprzedzonego "Piosenką Kata" Grzegorza Ciechowskiego z kapeli "Republika", która opowiada o tym, jak Prawa Ręka Moczara zdobyła władzę w Polsce po nieudanej grze wstępnej w Marcu68 oraz wypowiedzią Adama Michnika o antysemityzmie, referacie Chruszczowa oraz spoglądaniu w głąb własnej historii i świadomości, z której zresztą wynika, że jeśli chodzi o jego własną historię i świadomość, to zanurkował aż po jej dno. Ktoś to skomentował, że Gross grzeszy pychą. Ale to nie on się poczuł nowym wcieleniem Chruszczowa, to Adam Michnik został Najlepszym Przyjacielem człowieka, który pisuje referaty wstrząsające połową Azji i całą Europą Środkową.

Bo Adam Michnik jest geniuszem. Ma dziś po swojej stronie równocześnie Chruszczowa Euroazji do spraw polskiego antysemityzmu oraz Prawą Rękę Moczara, a zarazem aparatu, który naszego Chruszczowa z Polski wypędził. Potęga..! Wyobrażasz sobie, jakiego to talentu wymaga!? Tylko musi się pilnować, żeby się nie pomylić, jak idzie na przyjęcie, z którym Najlepszym Przyjacielem, w którym towarzystwie się pokazać, i co mówić. I na pewno czuje się z tym bardzo dobrze. Prawdziwy Przyjaciel Prawa Ręka Mieczysława Moczara trochę zakłócał pozycję społeczną drużyny Adama Michnika przed 40 rocznicą Marca, szczególnie w oczach tych emigrantów, co nie mają sklerozy i pamiętają, że jednak to nie bracia Kaczyńscy ich wypędzili z Polski. Teraz jest już wszystko w porządku. Chruszczow Euroazji do spraw ujawniania polskiego antysemityzmu uwiarygadnia drużynę. Dlatego drużyna poczuła się bardzo dobrze i opublikowała artykuł z tytułem sugerującym, że to Michnik w pojedynkę wywołał Marzec. W tym roku przerósł nawet świętych (dotychczas) Kuronia z Modzelewskim, którzy występują już tylko jako mało znaczące tło jego bohaterskiego wyczynu. W tekście występuje jeszcze parę osób, jako pomocnicy i wykonawcy tego, co Jego Geniusz wymyślił, mniej więcej na takim samym poziomie znaczenia, co Kuroń z Modzelewskim.

Drużyna pojawi się na salonowej imprezie w Teatrze Narodowym z okazji 40tej rocznicy Marca jako jedyni poprawni politycznie Polacy, udzieli kilku wywiadów międzynarodowej prasie i być może tymi wywiadami załatwi sobie przy okazji parę kredytów w zagranicznych bankach, jako jedyni w Polsce ludzie, którzy dorastają do standardów, do jakich zachodnie demokracje są przyzwyczajone. A potem wszyscy razem pojadą na przyjemne emerytury na Karaibach, w miłym poczuciu, że są wzorowymi obywatelami, a jak ktoś myśli inaczej, to im na pewno tej kasy i pozycji zazdrości. Cóż za wspaniałe życie!

Co tymczasem się stanie z Chruszczowem wojowników z antysemityzmem z Gazety Wyborczej?

Jeśli założyć hipotezę, że całą swą wiedzę o Polsce Gross czerpie z Gazety Wyborczej, (co niewykluczone, bo tylko GW go uczciła specjalnym serwisem) - to wskazówką mogą być dwa artykuły w GW. Pierwszy to wywiad Aleksandry Klich z Bożeną Szaynok pt. "Gross - moralista, nie historyk" z 26 stycznia 2008.

Specjalny raport GW o Grossie zawiera aktualnie mniej informacji o samym Grossie, niż ten jeden artykuł w Rzeczpospolitej, za to więcej o Narodowym Odrodzeniu Polski, które szczerze Grosssa nie cierpi i bywa ze swoimi transparentami na jego wszystkich spotkaniach, a także wyeksponowany artykuł Michnika o pogromie kieleckim. Po tytułach sądząc, NOP to potężna organizacja, zagrażająca polskiej demokracji parlamentarnej. Natomiast Bożena Szaynok akurat książkę Grossa skrytykowała, ale - sądząc po artykule - sama reprezentuje dosyć mniejszościowe stanowisko, że światy Polaków i Polskich Żydów w ciągu tysiącletniej koegzystencji się niemal nigdy nie stykały i są wzajemnie sobie obce.

To stanowisko nie wyjaśnia ani Juliana Tuwima, ani żydowskich wojsk królewskich w czasie wojen kozackich, ale współczesnemu emigrantowi, wypędzonemu w okropnych okolicznościach wiele lat temu, może sugerować jakieś dziwne koncepcje. Co nie znaczy, że zgłaszamy jakiekolwiek pretensje do Barbary Szaynok, której ta koncepcja zapewne ułatwia badania naukowe odrębności między obiema kulturami. Ale istnieją rozmaite teorie, a w trakcie pobytu Grossa akurat ta została wyeksponowana - i można podejrzewać, że autor "Strachu" się z nią zapoznał. Człowiek o poglądach niekonserwatywnych ma wolność wyboru co do utożsamiania się z narodami. Przyzwoity człowiek utożsami się z narodem prześladowanym. Dlatego syn polskiej matki w Polsce, o której myśli, że jej zagraża nazistowska nawała, prędzej się utożsami z zagrożonymi mniejszościami, niż z nazistowskim motłochem. Jeśli jest człowiekiem energicznym, dostanie też impuls do energicznego działania...

Drugi sygnał, to relacje GW z spotkań z Grossem w rozmaitych miastach. Tradycyjnie zaczynają się od przytoczenia treści transparentów NOP. Szczególnie obszerna dyskusja odbyła się na forach Agory po spotkaniu w Krakowie. Zdaniem uczestników, relacje GW sugerują, że spotkanie miało półgodzinne opóźnienie z powodu zagrożenia bezpieczeństwa. Wszechobecny NOP był i tam, ponoć GW, jak żadna inna gazeta, uhonorowała ich nie tylko fotografią transparentu, tuż obok relacji z spotkania, ale też promocją wodzów po nazwisku. Według relacji uczestników rzeczywiście w bezpiecznej odległości od wejścia stała grupa około 10 pryszczatych wyrostków z transparentem, natomiast pod wejściem na teren uniwersytetu kłębił się nie NOP, a tłum studentów, których ochroniarze spotkania nie chcieli wpuścić na egzamin. Profesora, który miał ich egzaminować, też nie wpuścili, ktoś nawet napisał, że grozili mu przemocą, czyli, tłumacząc na zrozumiały język, że go walną, jak się będzie pchał. Podobno profesor usiadł na schodku, powiedział studentom, że w takim razie mają zaliczenie, pozbierał indeksy i wszystkim wpisał pozytywne oceny.

Ale Gross widział z drugiej strony drzwi kłębiący się tłum. Części się udało przedrzeć. W trakcie spotkania autor "Strachu" się ponoć dosyć dziwnie zachowywał, odpowiadając jednosylabowo "tak" lub "nie" na zadawane pytania lub oddając mikrofon komuś innemu. Ale co się dziwić. Jeśli myślał, że na salę przedarli się naziści, to po co miał z nimi gadać. A potem obejrzał poświęcony sobie serwis i się upewnił, że słusznie robi, że nie gada.

Po pełnej emocji podróży zapewne wróci do spokojnego, amerykańskiego domu, i zacznie pisać kolejną książkę. Może zawrze w niej przeżycia ze spotkania literackiego z neonazi na krakowskim uniwerku, które nie skończyło się pogromem tylko dzięki ochroniarzom. Oraz oczywiście o bohaterskim Adamie Michniku i jego redakcji, mieszkających w kraju wypełnionym po brzegi faszystami i antysemitami, którzy ich nienawidzą i pragną zakatrupić. Po publikacji Adam Michnik dostanie parę zaproszeń na wykłady w USA, żeby sobie odpoczął od dziczy. I tak się to kręci.

A potem nasz Chruszczow zapewne przyjedzie do Polski promować swoją kolejną książkę i też z nikim nie będzie gadał, chyba, że po angielsku. Jeśli zrobi jeszcze parę spotkań literackich z Adamem Michnikiem jako cicerone po Polsce, to co prawda osiwieć po raz drugi nie osiwieje, ale zawsze jeszcze może wyłysieć.



PS. Uwaga odautorska: na wypadek procesów wyraźnie stwierdzamy, że tekst jest zamieszczony pod tagiem "humor" i niczyich stanów emocjonalnych nie badaliśmy, stąd to tylko nasze dywagacje. Ale co do tego, że Prawa Ręka Moczara była Prawą Ręką Moczara, i łączenie wojny z antysemityzmem z taką przyjaźnią jest surrealistyczne, to będziemy woleli pójść do więzienia, niż się tego wyprzeć.

[ mirror na Salonie24 ]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 14 września 2007

Ostatni dzwonek dla SLD żeby wystąpić z LiD

Kiedy okazało się, że łączone wyniki Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony są gorsze, niż przy samodzielnym starcie, Lepper pożegnał się z LiS. Teraz identyczną decyzję musi rozważyć Olejniczak co do LiD. Kwaśniewski okazał się niewypałem. Nie tylko dlatego, że „jego osobista popularność nie przekłada się na wyniki wyborcze LiD”, jak to elegancko ujął Leszek Miller w „Dzienniku” z 13 września 2007, ale też dlatego, że popularność Kwaśniewskiego ostatnio jest naznaczona coraz wyraźniejszym odcieniem negacji także w lewicowym elektoracie. Nie tylko dzięki wywiadowi dla niemieckiego "Vanity Fair", w którym inspiruje inne państwa do interwencji w Polsce. Polityka nie znosi śmieszności. Zły to szef sztabu wyborczego, z którego śmieją się, że nad pracę nad wygraną swojej partii przedkłada zarobienie 100 tys dolarów na kolejny ekstrawagancki zegarek. Na pewno swoim przykładem nie zmobilizuje elektoratu, także przecież posiadającego rozmaite zajęcia, choć może nie tak dochodowe.

W jednym z wystąpień na antenie TVP3 politolog z Uniwersytetu Śląskiego dr Marek Migalski stwierdził, że w tych wyborach spodziewa się wyższej frekwencji niż w ostatnich. Prognozował, że nawet około 48 proc uprawnionych do głosowania może się stawić przy urnach. Nie tylko dlatego, że wyborcy – wbrew ich własnym deklaracjom na rzecz polityki spokojnej i zrównoważonej – lubią polityczne jatki i chętniej skłonią się do stawienia przy urnie dzięki awanturom niż dzięki nudnym, niemedialnym debatom. Migalski spodziewał się też powrotu elektoratu lewicowego, który, jego zdaniem, w poprzednich wyborach został w domach, obniżając ogólną frekwencję, zniechęcony do afer gospodarczych rządu Millera oraz podziału formacji na SDPL i SLD. Zdaniem Migalskiego, elektorat ten ma teraz LiD -jednolite ugrupowanie, na które może głosować, więc do urn wróci. I tu się chyba myli.

Jeśli dzisiaj jakieś napięcia między zwolennikami SDPL a SLD istnieją, to nie są one wynikiem dramatycznych różnic programowych. Wspólny start obu ugrupowań z jednej listy nie budzi światopoglądowych zastrzeżeń, tu Migalski mógłby mieć rację, że taka lista dostałaby wyborczą „premię” za współpracę. Ale inaczej mają się sprawy mariażu SLD z byłą Unią Wolności, która własnego elektoratu już właściwie nie posiada. Elektorat lewicowy, wychowany na antybalcerowiczowskiej retoryce, może nie mieć chęci, by głosować na listę z ludźmi Balcerowicza.

Rafał Ziemkiewicz ironizuje w swoim blogu po konwencji programowej lewicy „Otóż, proszę państwa, mówiono na tej konferencji (przypomnę: programowej) o szeregu bardzo ważnych, konkretnych, programowych postulatów lewicy: normalności, obronie demokracji, przewadze urody działaczy LiD nad działaczami PiS. Ale nie powiedziano ani słowa o sprawiedliwości społecznej, wyrównywaniu szans, podnoszeniu zasiłków etc. Proszę państwa, to był pierwszy w RP zjazd liczącej się partii politycznej bez socjalnej demagogii! Oby wszyscy wzięli z lewicy ten przykład.” Z sumy programów Unii Wolności i SLD wychodzą co najwyżej politycy ładnie opaleni pod kwarcówką. Lewicowemu elektoratowi coraz bliżej do opinii Ziemkiewicza czy Millera, który powiada, że "samo SLD dzisiaj dostałoby tyle samo co LiD, albo nawet więcej głosów", niż do optymistycznej opinii Migalskiego, a o mobilizacji potencjalnych wyborców LiD oraz ich chęci pójścia do urn świadczą najlepiej wyniki badań opinii publicznej, które umiejscawiają tą koalicję na granicy wejścia do parlamentu.

Czas na decyzje się kurczy. Olejniczak stoi przed dramatycznym wyborem. Może brnąć w to, co jest, licząc, że jednak jakoś uda się pokonać próg wyborczy dla koalicji, choć to się wydaje coraz bardziej wątpliwe. Albo SLD może zdecydować się na wystąpienie z LiD i rejestrację własnej listy, którą skonstruuje tak, by dostać od swoich wyborców premię za współpracę, a nie naganę za nijakość. Czy to pozwoli lewicy przetrwać w Polsce? Nie. Bez bardzo radykalnych zmian i tak będzie to ich ostatnia kadencja parlamentarna. Ale liczenie na to, że „jakoś to będzie” może spowodować, że zabraknie nawet tej ostatniej kadencji.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 8 września 2007

Cimoszewicz obnaża prawdę o formacji LiD- GW

Zdumiewająca to formacja. Michnik pisze o totalitaryzmie, Szymczycha powtarza jako stanowisko swojej partii. Olejniczak postuluje kontynuowanie obrad sejmu po jego rozwiązaniu, argumentując tymi samymi słowami, co dzień później Beylin, który pisze to samo jako stanowisko redakcji GW. Mniejsza, że to już w zasadzie ujednolicona formacja. Ale dziennikarstwo polega na tym, ze jeśli dziennikarz powtarza po Olejniczaku, to powinien napisać, kto jest źródłem, bo inaczej zachodzi podejrzenie, że kradnie cudze opinie, jako, że na własne go nie stać. Jeśli chodzi o przemówienie Szymczychy przy wniosku o rozwiązanie parlamentu, to niekoniecznie ukradł tekst z GW. Możliwe też, że Michnik został pisarzem jego przemówień. Sądząc po ujednoliceniu argumentacji nawet w warstwie językowej, Michnik i Sżymczycha to coś dużo więcej niż bliźniacy jednojajeczni. Nie tylko mówią to samo, ale nawet tymi samymi słowami. Albo więc rozwinęli w sobie zmysł telepatii, albo to casus dwa ciała, jeden mózg.

Tymczasem Cimoszewicz zdecydował się na start w wyborach do senatu jako kandydat niezależny z okręgu podlaskiego. LiD zapowiedział, że będzie go popierać, a on sam, że nie weźmie udziału w krajowej kampanii LiD. Co się kryje pod elegancją tej zapowiedzi?

Jarucka, Kaczmarek i pułkownicy z PO. Warto tu sobie przypomnieć dziadka z Wermahtu, za którego Kurski zapłacił odsiadką w tylnych ławkach PiS, mimo, że zrobił tej partii świetną, wygraną kampanię, i mimo, że normalną praktyką jest nagrodzenie takiego sztabowca jakąś funkcją po wygranych wyborach, choćby stanowiskiem rzecznika rządu. Ale się posłużył niesprawdzoną informacją. Choć potem okazała się prawdziwa, to wystarczyło. Ostra walka nie polega na podawaniu elektoratowi fałszywych informacji, tylko na zręcznym wykorzystywaniu prawdziwych i sprawdzonych.

To nie LiD umożliwił Cimoszewiczowi powrót na scenę, tylko marszałek Dorn. Formacja LiD-GW zachowuje się bardzo niehonorowo nie tylko wobec przeciwników, ale i swoich. Ostatnio mieli mnóstwo okazji, aby przypomnieć, w jaki sposób zniszczono najpoważniejszego kandydata lewicy na prezydenta, ale nie zrobili tego. Przeciwnie.

W każdym demokratycznym państwie istnieją elektoraty prawicowe i lewicowe, a stad wynika, że mają prawo istnieć politycy, którzy je organizują. Stabilne sceny polityczne posiadają coś w rodzaju consensusu co do podstaw politycznych własnego państwa. Jednym z podstawowych elementów tego consensusu jest, że nie wolno ani oszukiwać elektoratu, ani fałszować wyborów. Niech wygrywają lepsi. Formacja GW-LiD tego consensusu nie przestrzega, bo inaczej nikt i nic nie skłoniłoby ich do gry pod dyktando pułkowników. To jest surrealistyczne, kiedy ekscytują się wypowiedzią Havla o obserwatorach - póki co, jedynymi fałszerzami po 89 roku są co pułkownicy z PO i ich Kaczmarek. Aktualni herosi Gazety Wyborczej. Jarucka i Kaczmarek to coś więcej, niż niesprawdzona informacja. To polityka w stylu Putina. Consensus przyszłej sceny politycznej powinien takich ludzi zupełnie wykluczyć z życia publicznego.

Ktoś z lewicowych wyborców stwierdził, że widocznie Cimoszewicz ma na sumieniu jakieś machlojki, skoro się wtedy wycofał. Oczywiście nie wiemy, ale bardziej prawdopodobne jest, że się przestraszył tekstu Michnika o nadciągającym totalitaryzmie i możliwych katastrofach, tyle że wtedy Michnikowi chodziło nie o PiS, a właśnie o tych pułkowników z PO. Możliwe więc, że się Cimoszewicz przestraszył wizji putinowskiej polityki, ataku na własną rodzinę i niepewnością, do jakiego punktu mogą się jego wrogowie posunąć – szczególnie jeśli się uwzględni, że putinowska polityka polega też na zabijaniu dziennikarzy i truciu wrogów plutonem lub innymi substancjami – patrz wybory na Ukrainie. I właśnie ludzie, którzy aż tak potrafią przestraszyć, są dziś herosami LiD-GW. Natomiast przewaga PiS w sondażach i wynikająca z niej wizja prokuratorów Ziobry jakoś Cimoszewicza do startu nie zniechęca.
Cimoszewicz, wraz z jego radykalnymi opiniami niechętnymi wobec PiS, tak naprawdę zupełnie tej partii nie przeszkadza. Przeciwnie. Organizuje elektorat, który i tak by na PiS nie głosował. To nie nieprzychylne opinie spowodowały kryzys rządowy, tylko fałszywe zeznania Kaczmarka. Jeśli się Cimoszewiczowi uda wygrać wybory w swoim okręgu, to w senacie może pojawić się kolejny człowiek, który będzie przestrzegał consensusu, ale po stronie przeciwników PiS. I o to chyba chodzi: ustabilizowanie sceny politycznej wokół nowego consensusu. Oczywiście, o ile będzie postępował zgodnie z własnym, życiowym doświadczeniem.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 1 września 2007

Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie?

Bronisław Komorowski i Ryszard Kalisz powoływali się na art 19 ustawy o CBA twierdząc, że jest w nim zawarty zakaz informowania o tajnej akcji kogokolwiek oprócz ministra Ziobry oraz - domyślnie - za każdym razem, kiedy sugerowali, że właściwym źródłem przecieku jest ktoś, od kogo Kaczmarek się dowiedział. Łżą. W (cytowanym poniżej) artykule 19 taki zakaz nie istnieje. Jest tylko zapis, kogo szef CBA ma obowiązek na bieżąco informować. Kaczmarek miał certyfikat uprawniający go do dostępu do największych tajemnic państwa, ale też wprost nakazujący mu dochowanie tajemnicy, nie rozróżniając przy tym sposobów nabywania wiedzy tajnej na takie, które go przestrzegania tajemnic zobowiązują, i takie, które by go z tego obowiązku zwalniały. O przecieku można mówić dopiero, gdy wiedza o akcji CBA dostaje się w ręce osób nie posiadających takich uprawnień.

Dlatego to Kaczmarek jest źródłem, obojętnie, czy dowiedział się przez przypadek, czy też został poinformowany, oraz obojętnie, kto i z jakich przyczyn go informował. W świetle materiałów przedstawionych przez prokuraturę jest to raczej oczywiste. Innego źródła nie ma, pojawia się za to pytanie o rolę polityków w tej sprawie. Do jakiego momentu działania opozycji są normalną praktyką demokratycznego państwa, a kiedy stają się pomocą w mataczeniu i utrudnianiu śledztwa? Bezprzykładna presja, w tym oskarżenia, że prokuratura bierze faktycznie udział w zamachu stanu, wymusiły na prokuraturze ujawnienie większości materiału dowodowego zanim przesłuchali ostatnią z osób, Ryszarda Krauze. Prokuratorzy, pytani na konferencji, czy im to utrudni postawienie zarzutów Krauzemu, powiedzieli, że nie, gdyż pan Brochwicz, adwokat Kaczmarka, jest też członkiem rady nadzorczej jednej ze spółek Krauzego i w tej sytuacji nie można liczyć, że Krauze będzie nieświadomy co do bieżącego stanu śledztwa.

Ale pan Brochwicz jest też wymieniany jako jeden z pułkowników związanych z Platformą Obywatelską, których paskudna akcja z Jarucką swego czasu wyeliminowała z gry jedynego poważnego kandydata lewicy, Włodzimierza Cimoszewicza, torując drogę Tuskowi do drugiej tury i starcia z Lechem Kaczyńskim. Powstaje więc pytanie, czy Bronisław Komorowski samodzielnie wymyślił argument o artykule 19, czy też mu go ktoś zasugerował, a jeśli tak, to kto? Na ile komentatorzy z PO są samodzielni w tym, co mówią, na ile pomagają koledze z własnej partii, i na ile konsultują swoje wypowiedzi i działania publiczne z adwokatem osób, którym postawiono zarzut kłamstwa w śledztwie?

Jeśli nacisk na prokuraturę po prezentacji się zmniejszył, to niewiele. Wg. Dziennika Bronisław Komorowski miał powiedzieć "To było niebywałe zjawisko. Forma procesu pokazowego jak za najgorszych czasów. To potwierdzenie przypuszczenie o uwikłaniu prokuratury w układ partyjno-polityczny." To oskarżenie jest niewiele słabsze od oskarżenia o zamach stanu. Od początku afery Kaczmarka trwa też bardzo ostra presja na dziennikarzy komentujących inaczej, niż tego by chciała opozycja. Pojawiają się jakieś listy nazwisk i oskarżenia niewiele słabsze niż te pod adresem prokuratury.

I tu ponownie docieramy do tytułowego, kontrowersyjnego pytania. Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie? To znaczy, do jakiego momentu krytyka instytucji państwa i sposobu ich działania jest żelaznym, konstytucyjnie zagwarantowanym prawem polityka do wolności słowa, wykonywaniem obowiązków poselskich, i czy powinna istnieć jakaś prawna granica korzystania ze swobody wypowiedzi poselskiej? Innymi słowy, czy jest wyobrażalna sytuacja, by można było zgłosić do Komisji Etyki Poselskiej wniosek o pozbawienie jakiegoś posła immunitetu celem postawienia mu zarzutu utrudniania pracy prokuratury, mataczenia w śledztwie, etc., poprzez wpływanie na opinię publiczną środkami, jakie ma do dyspozycji każdy poseł? Czy, a jeśli tak, to od kiedy krytyka staje się wykorzystywaniem własnej pozycji do zwyczajnego zastraszania?

W "Tańcu chochołów" pisaliśmy o tytule komentarza Mirosława Czecha w Gazecie Wyborczej "Musi być sąd nad PiSem." Autor sądzi, że ów sąd powinien się odbyć "dla ukarania winnych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców". Histeria to li tylko, czy już pogróżka, element presji? Słowa jakiegokolwiek dziennikarza mają zupełnie inną moc niż słowa polityka, który za miesiąc może rządzić państwem. Ale kiedy zbierze się słowa polityka i słowa dziennikarza do jednego koszyka, to pojawia się pytanie, czy przypadkiem nie są to słowa zbyt ostre, oraz pojawia się myśl, że jednak mogą one mieć znaczący wpływ na tok śledztwa oraz na relacje medialne. Ile musi mieć odwagi cywilnej prokurator, żeby się podpisać pod jakimkolwiek protokołem z przeprowadzanych czynności procesowych, jeśli czytając gazety i oglądając telewizję zastanawia się, ile lat może posiedzieć w więzieniu za udowodnienie Kaczmarkowi, że skłamał pod przysięgą? A dziennikarz, co napisze w swojej relacji, kiedy jego koledzy po fachu praktykują wolność słowa apelując o przykładne kary dla myślących inaczej niż on sam?



- - - -



Art. 19. 1. W sprawach o przestępstwa określone w art. 17 ust. 1, czynności operacyjno-rozpoznawcze zmierzające do sprawdzenia uzyskanych wcześniej wiarygodnych informacji o przestępstwie oraz wykrycia sprawców i uzyskania dowodów mogą polegać na dokonaniu w sposób niejawny nabycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub obrót są zabronione, a także przyjęciu lub wręczeniu korzyści majątkowej.

2. Szef CBA może zarządzić, na czas określony, czynności wymienione w ust. 1, po uzyskaniu pisemnej zgody Prokuratora Generalnego, którego bieżąco informuje o przebiegu tych czynności i ich wyniku.

3. Czynności określone w ust. 1 mogą polegać na złożeniu propozycji nabycia,zbycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi, albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub którymi obrót są zabronione, a także złożeniu propozycji przyjęcia lub wręczenia korzyści majątkowej.

4. Czynności określone w ust. 1 nie mogą polegać na kierowaniu działaniami wyczerpującymi znamiona czynu zabronionego pod groźbą kary.

5. W przypadku potwierdzenia informacji o przestępstwie określonym w art. 2 ust. 1 pkt 1 Szef CBA przekazuje Prokuratorowi Generalnemu materiały uzyskane w wyniku czynności z wnioskiem o wszczęcie postępowania karnego. W postępowaniu przed sądem, w odniesieniu do tych materiałów, stosuje się odpowiednio przepis art. 393 § 1 zdanie pierwsze ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. - Kodeks postępowania karnego.

6. Prezes Rady Ministrów określi, w drodze rozporządzenia, sposób przeprowadzania i dokumentowania czynności, o których mowa w ust. 1. Rozporządzenie powinno, uwzględniając niejawny charakter czynności, określić sposób przechowywania, przekazywania i niszczenia materiałów i dokumentów uzyskanych lub wytworzonych w związku z realizacją czynności, o których mowa w ust. 1, a także określać wzory stosowanych druków i rejestrów.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 25 sierpnia 2007

Imponujący Ludwik Dorn

Cała obecna sesja parlamentu jest wielkim pokazem klasy maratończyka Ludwika Dorna, kapitana sejmowego okrętu, zataczającego się na falach politycznego cyklonu. Ponoć miał swego czasu wątpliwości, czy to stanowisko przyjąć, ale teraz robi to, co kapitan robić powinien w w trakcie katastrofy. Przywiązał się do koła sterowego i - wbrew strugom deszczu w twarz, falom zalewającym pokład i oporowi pijanej załogi - pilnuje kursu na głosowanie o samorozwiązaniu w dniu 7 września. Obraz tym barwniejszy, że rzecz się dzieje pod nocnym, warszawskim niebem, przez które niedawno przetoczyły się wielce malownicze chmury burzowe. Im dłużej ten spektakl trwa, tym bardziej widać, jak wielką dysponuje siłą psychiczną oraz fizyczną determinacją, i tym większą zdobywa sympatię publiczności zgromadzonej przy telewizorach. Jak to się dzieje zawsze, gdy jakiś samotnik stawia czoła watasze wilków mimo, że już powinien dawno paść.

W grze nerwów i na czas opozycja ma sporo środków do dyspozycji. Między innymi może domagać się przerw, nadzwyczajnych konwentów, wprowadzenia dodatkowych tematów do dyskusji. Może w zorkiestrowany sposób powiększać chaos. Jeśli parlament nie zdoła przeprocedować niezbędnych ustaw do 7 września, to może się pojawić uzasadnienie, aby odłożyć głosowanie nad wcześniejszymi wyborami na później lub ewentualnie w ogóle z niego zrezygnować. Opozycja może liczyć, że pojawią się jakieś nowe możliwości obalenia tego rządu i sformowania własnej większości bez skracania kadencji. Z całą pewnością taka sytuacja byłaby na rękę Samoobronie i LPR, partiom, które najprawdopodobniej po tych wyborach znikną z parlamentu, oraz SLD, które dzisiaj ma niższe notowania niż kiedyś, a w niektórych sondażach balansują na skraju progu wyborczego.

Nocne akcje opóźniające organizował Bronisław Komorowski z PO, mimo że jego partia oficjalnie deklaruje poparcie dla wcześniejszych wyborów. Składał wnioski o przerwy, w tym o przerwę do wtorku, motywując ją zmęczeniem posłów. W wywiadzie udzielonym prawie o czwartej nad ranem oskarżył Dorna i PiS o manipulację, gdyż z braku quorum (wielu posłów PiS było nieobecnych) nie udało mu się tego wniosku przegłosować. Zapowiedział, że takie wnioski będą dalej składane, i że postara się zmobilizować partie opozycyjne do przyjścia na salę. „Zobaczymy, kto kogo przetrzyma” - powiedział.

My już wiemy, kto. Z pokładu ostatni schodzi kapitan. Tu też tak będzie.

***

Po wyczerpującym dniu parlamentarnej awantury o opowieści Janusza Kaczmarka przed sejmową speckomisją o godzinie 23 Dorn rozpoczął czytanie na głos 400 stron stenogramu z pierwszego spotkania speckomisji z Kaczmarkiem. Wcześniej odmówił mu tego przewodniczący speckomisji Paweł Graś, stwierdzając, że ze względu na klauzulę tajności odpowiedzialność jest potężna, więc nie widzi możliwości, żeby on to odczytał. Czytanie zakończyło się o 3 nad ranem. Opozycja zażyczyła sobie przeczytania drugiej części stenogramu właśnie we wtorek, ale Dorn ogłosił godzinną przerwę, przed 3.30 spotkał się z dziennikarzami, poinformował że idzie się odświeżyć i zapoznać z kolejnymi 90 stronami stenogramu, aby usunąć z niech fragmenty opatrzone klauzulą tajności. I, że będzie czytał dalej. Nikt nie śmiał mu zadać choćby jednego pytania. Zostawił za sobą narzekającego na zmęczenie Bronisława Komorowskiego i posłów opozycji o wymiętych twarzach, chyłkiem wymykających się do łóżek.

***

Opozycja myśli, że zbija kapitał polityczny rozkręcając awantury, składając przeciwko Dornowi wnioski do prokuratury czy o odwołanie z pozycji marszałka. Jest przeciwnie. Im więcej oskarżeń, tym mniej wiary widzowie pokładają w każde z nich i tym łatwiej dostrzec, że oskarżającym raczej nie chodzi o treść ataku, a jego obiekt. To jest spektakl, który ma bardzo szeroką publiczność. Swego czasu widownia afery Rywina pragnęła obalić III RP tym mocniej, im więcej widziała w TV pulchnych ludzi opowiadających znudzonym głosem o kopertach z milionami, jakie krążą pod politycznym stołem. I obaliła III RP miażdżącą większością głosów: pomijając SLD, do parlamentu dostali się politycy deklarujący wolę walki z korupcją. Dzisiejsza widownia ma dość tego parlamentu, chce wyborów jak najszybciej i tym lepsze znajduje dla nich uzasadnienie, że ci wątpiący w istnienie dziwnych, nieformalnych struktur, działających poza, lub na pograniczu prawa, teraz je zobaczyli na własne oczy.

Posiedzenia parlamentu wyglądają jak teatr kukiełek, odgrywających wyznaczone role. Znowu na horyzoncie pojawili się pułkownicy Miodowicz i Brochwicz, związani z Platformą Tuska. Ich paskudna akcja z Jarucką i sfałszowanymi dokumentami wyeliminowała z gry jedynego poważnego kandydata lewicy, Włodzimierza Cimoszewicza, torując drogę Tuskowi do drugiej tury i starcia z Lechem Kaczyńskim. Tak jak wtedy, Tusk pozostaje dziś w cieniu, a na czoło komentatorów wypowiadających się w imieniu PO wysuwa się Bronisław Komorowski.

"Pamiętam, jak w sposób obrzydliwy załatwiono kandydaturę Włodzimierza Cimoszewicza w 2005 roku. Pamiętam, jak brał w tym udział pan Wojciech Brochwicz, obecnie pełnomocnik prawny Janusza Kaczmarka. Nie pozwolę, aby przy pomocy podobnych, brudnych, ubeckich zagrań, rozgrywano kampanię wyborczą" - powiedział wczoraj Dorn. Tą wypowiedź wszystkie stacje wielokrotnie później powtórzyły, a cała Polska usłyszała i zapamiętała. W przerwie między czytaniami PiS zaapelował do przewodniczącego speckomisji Pawła Grasia, aby odtajnił stenogram, aby można go było udostępnić dziennikarzom. Bronisław Komorowski zapytany nad ranem, czy PO podtrzymuje wolę przegłosowania samorozwiązania sejmu w dniu 7 września, odparł, że „stanowisko PO jest niezmienne: domagamy się komisji śledczej. Dzisiaj złożymy wniosek o odwołaniei ministra Ziobro”.

Skoro Brochwicz już zajęty, to zapewne kandydatem na przedstawiciela PO w tej komisji jest pułkownik Miodowicz....

***

To była długa noc. Ale jednak nie Nocna Zmiana. Kibicujemy Dornowi w parlamencie i PiSowi wszędzie gdzie indziej. Coś takiego warto będzie pamiętać.

mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 24 sierpnia 2007

Taniec chochołów

Tam u nich wszystko jest pseudo... Michnik, pseudomoralista bez zasad. Kwaśniewski, pseudowykładowca bez dyplomu. Frasyniuk, pseudoprzywódca bez partii. Olejniczak, pseudoeuropejczyk bez języków. Elity, twórcy i dzieci III RP, czyli -"republiki demokratycznej - gdzie wszyscy obywatele mieli równe prawa, gdzie obowiązywała niezawisłość sądów powszechnych i Trybunału Konstytucyjnego,.. gdzie kompromis i tolerancja były cnotami, a fanatyzm i mściwość pozostawały w niełasce." Ten nostalgiczny opis Michnika wystarczy w kilku miejscach uzupełnić o "pseudo", a fałszywa nuta przestanie nam brzęczeć w uchu i stanie się w ogóle zrozumiałe, dlaczego wyborcy tak masowo się od tego raju odwrócili plecami.

Właśnie widać, jak Wraca Nowe. Powrot do raju powszechnej tolerancji i braku mściwości wyznacza tytuł artykułu Mirosława Czecha w Gazecie Wyborczej "Musi być sąd nad PiSem". "Patologie PiS-owskiego rządzenia muszą być ujawnione i napiętnowane." - nawołuje autor - "Dobro Polski wymaga, by opinia publiczna poznała prawdę o bohaterach tej opowieści i ich metodach. Dla ukarania winnych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców." Sam język tego tekstu sytuuje się w pobliżu języka propagandy komunistycznej z okresu PRL-u, czyli nowomowy. Dla dobra Polski, w całym okresie istnienia PRL, zawsze należało ujawnić zasłuchanemu ludowi prawdę o wrogich knowaniach sługusów imperializmu, kosmopolitów i burzycieli ładu i porządku społecznego, właśnie dla ukarania innych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców. W zasadzie możnaby rzec, że ujawnianie, piętnowanie i przestrzeganie było głównym zadaniem ówczesnych elit partyjnych i dziennikarskich. Jakie szczęście, że Redakcja Gazety Wyborczej nie posiada piwnic nadających się na więzienia, bo - sądząc po tekście - Czechowi się właśnie w głowie roi, że każdą dłoń uniesioną nad Polską by chętnie odrąbał.

Powrót do raju demokratycznych wartości, republikańskich cnót i skłonnych do poświęceń mężów stanu też już się zaczął. Jak informuje "Dziennik", pseudokomitet wyborczy LiD będzie miał siedzibę w pięciogwiazdkowym hotelu Ritz-Carlton w Waszyngtonie. To stamtąd Aleksander Kwaśniewski, pseudoszef pseudosztabu wyborczego LiD, będzie organizował pseudokampanię wyborczą swojej pseudopartii. Oczywiście, w przerwach między przedpołudniowym zarabianiem 100 tys. dolarów w miesiąc, a popołudniowymi masażami, wizażystkami i lampami kwarcowymi, które zrobią z niego polityka ładniejszego od Olejniczaka.

"Tak jak historyczną zasługą przywódców formacji komunistycznej było przekonanie własnego elektoratu do Polski demokratycznej, rynkowej, suwerennej i prozachodniej, tak ich historyczną winą była tolerancja dla obyczaju zawłaszczenia państwa przez koterie partyjne i milczące przyzwolenie na korupcję."- powiada Michnik. Ale czemu nazywa PiS "formacją braci Kaczyńskich", a formację komunistyczną nie zaopatrza w żadne nazwiska? Kto milczał o koteriach zawłaszczających państwo, a kto te koterie organizował?

Dzisiaj LiD ma 7 proc, ale biorąc pod uwagę jak się do wyborów szykują, w dniu wyborów może się okazać, że LiD nie przekroczy progu wyborczego, bo nawet ich dzieci nie będą chciały na nich głosować bez wysokiego odszkodowania za poniesione z tego tytułu szkody moralne. Rakowski, który wyniósł sztandar PZPR, to jeszcze nic, bo ten sztandar był wart tyle, co i sama PZPR. Ale owym bezimiennym może uda się wejść do historii jako ci, co zamordowali lewicę w Polsce. Bo to mogą być ostatnie wybory, w których zafunkcjonuje jakaś lewicowa lista, nawet taka pseudo.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

poniedziałek, 9 lipca 2007

Jackowi Łęckiemu (i nie tylko) Odp... sie od Żydów!

Biją Rydzyka? To znajdźmy Żydów do bicia w ramach retorsji... Jacek Łęski znalazł Alinę Całą z Żydowskiego Instytutu Historycznego, która ponoć w radiu Tok FM stwierdziła, że Jarosław Kaczyński przemawiając na Jasnej Górze w ostatnią niedzielę "naśladował ton Hitlera", oskarżyła braci Kaczyńskich o "antysemityzm ukryty po inteligencku" i "sprytnie wciskane aluzje antysemickie". Tak twierdzi Jacek Łęski, bo taśm brak.

Salonowy poranek zdominowały dyskusje o taśmie Rydzyka. Popołudnie - Żydzi. Biorąc udział w porannych dyskusjach zachowaliśmy ostrożność, na przykład popierając Free Your Mind, że zaskakuje opieszałość w publikacji nagrań, które od kwietnia czekały na moment, kiedy Jarosław Kaczyński udał się na pielgrzymkę jasnogórską. Skłócenie Kaczyńskich z Rydzykiem niewątpliwie może odebrać PiSowi parę moherowych głosów zdobytych dzięki wystąpieniu Jarosława. To jedna strona medalu, a druga, to sama treść nagrania. Jeśli taśmy są prawdziwe, to biada studentom Rydzyka.... i nie tylko. Rybitzky pisze o zgubnym wpływie Rydzyka na wizerunek PiS, i doprawdy trudno się z nim nie zgodzić. Wpisaliśmy się i tam, że najbardziej obraźliwe dla głowy państwa nie są ani chamskie uwagi o żonie prezydenta, ani antysemityzm, ale przechwałki Rydzyka, że zażądał, aby na spotkaniu z nim stawili się obaj Kaczyńscy, bo z jednym to mu się nie chce gadać.

Podobnej wstrzemięźliwości nie wykazał ani Jacek Łęski, ani jego czytelnicy, jeśli chodzi o Żydów. "Jedni mają Rydzyka, inni panią Alinę. Zaiste diabelska alternatywa" - napisał Łęski. Poprosiliśmy autora o doprecyzowanie, czy miał na myśli, że Rydzyka "ma" PiS, a panią Alinę Żydzi hurtem? Autor wyparł się, że chodziło mu o GW oraz Tok FM, ale sądząc po komentarzach, sporo jego czytelników zrozumieli dokładnie jak i my, że chodzi jednak o Żydów: "Zydzi i filosemici atakują Polskę i Polaków"; Zydzi stworzyli ojca Rydzyka i jego rzekomy antysemityzm, tysiące Żydów przed Aliną całą pluło na Polskę i Polaków; "Co jest z tymi polskimi Zydami, chyba tylko u nas tak się dzieje, żeby Zydzi s-li we własne gniazdo. Jakoś przestaje już dziwić ich szczególe zaangażowanie w ubecje i podobne służby"; "rasowa polakożerczyni"; "swoją drogą do koszernego nieba żaden stalinowiec by chyba nie wszedł, więc czemu ich porządni Żydzi nie wypunktują sami? Czyżby nie było już w Polsce - jak ćwierkają wróbelki - porządnych Żydów?"; "Tak właśnie przedstawia się obraz żydostwa,które podobno tak wiele wycierpiało.Wypowiedź ta przekonuje mnie,że wycierpiało prawdopodobnie na własną prośbę.Warto tej pani też powiedzieć,że historia lubi się powtarzać i wtedy Polacy zrezygnują z tych sadzonych drzewek w parku pamieci." Kataryna naigrywa się z pani Aliny: "chora kobieta i tyle, różnicy między obsesjami Rydzyka i Całej nie ma, oboje są stuknięci." i jako dowód jej choroby podaje link, gdzie Alina cała jako dowód antysemityzmu lejącego się z studia Ojca Rydzyka przytacza taką wypowiedź słuchacza w rozmowie z ks. Cydzikiem "Na przykład, wymordowanie 6 milionów chłopów w Rosji nie leżało w żaden sposób w hasłach socjalizmu, czy komunizmu, natomiast w Talmudzie chłopi są jednym z najgorszych gatunków ludzi, więc trzeba ich wymordować – i zostało to zrealizowane.'

Kropkę nad "I" stawia Mona: "czas na odwagę!" - woła - Pewnie sobie kupię mieczyk Chrobrego, żeby "dać wyraz".Publicznie..".

No więc, my, Żydzi hurtem, może jesteśmy porządni, może nie, ale nie wydaje nam się, żeby nasza "porządność" polegała na tym, że mamy jakiś rasowy obowiązek krytykowania i odcinania się od głupich Żydów czy ich głupich wypowiedzi. Nie wydaje nam się również, żeby Polacy mieli rasowy obowiązek krytykowania i odcinania się jako słowiańska rasa za każdym razem, gdy jakiś czkacz idiota słowiańskiej prowieniencji pozwoli sobie na antysemickie wypowiedzi na falach eteru Radia Maryja. Ustawy norymberskie oraz zbiorowa odpowiedzialność Żydów za cokolwiek, z ojcem Rydzykiem włacznie, nie mówiąc o straszeniu, że "historia się lubi powtarzać", kojarzy nam się z czasami II wojny światowej - a ta już dość dawno minęła, i byłoby nam miło, gdyby komentujący w blogu Łęskiego raczyli to zauważyć. Mieczyk Chrobrego jako oznaka odwagi walki z Żydami kojarzy nam się jak najgorzej. Równie źle kojarzy się nam zrównanie postaci Aliny Całej i Ojca Dyrektora, gdyż, o ile nam wiadomo, imperium medialne Aliny Całej nie istnieje. "Ci, co ponoć "maja pania Aline" prawdopodobnie nie wiedza o jej istnieniu. Ta - jak pan ja okresla - "publiczność Agory(...) i skoligaconych mediów oraz licznych nasladowców" byc moze nawet poczula sie zniesmaczona wypowiedzia pani Aliny, moze puscila ja mimo uszu." - pisze bryt.bryt

"To nie nasza wina, że wśród takich najwięcej jest Żydów" - pisze ktoś z satysfakcją. Gwoli ścisłości, pierwszym, który Kaczyńskich porównał do Hitlera, był rasowy aryjczyk, Donald Tusk z Platformy Obywatelskiej, w trakcie kampanii prezydenckiej. Napisaliśmy wtedy, że wolność słowa nawet kandydatów na prezydenta powinna podlegać pewnym ograniczeniom, i że tego rodzaju wypowiedziami powinno się zająć PKW. I byliśmy w tym osamotnieni, nikt właściwie nie podchwycił. Czy mamy więc teraz domniemywać, że to nie o oskarżenie o hitleryzm chodzi, tylko dowody rzeczowe na "szczegółne natężenie Żydów" wśród posuwających się do takich oskarżeń?

Ten tekst miał być zupełnie o czymś innym. Mianowicie o artykule Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego "Polska dla Polaków" z 3go lipca. Też, naszym zdaniem, manipulujący, i też używający Żydów do bicia w rząd. Ale już nam się nie chce. Chce nam się tylko napisać, żeby się wszyscy od Żydów odpieprzyli. I ci z GW, i ci zgromadzeni w blogu Jacka Łęskiego.

A to miał być przyjemny dzień...

mirror: http://autostopem.salon24.pl/22732,index.html

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 12 maja 2007

Felonia

"Jest też lewicowa tradycja Pużaka czy Żuławskiego i tę tradycję bardzo poważam. Nie w pełni się z nią zgadzam, ale to jest tradycja bardzo cenna. Ale z tradycją np. "Gazety Wyborczej" nie ma nic wspólnego." - powiada Jarosław Kaczyński w rozmowie z Joanną Lichocką i Igorem Janke ("Powróćcie do swojego etosu", Rzeczpospolita, 12, 05,07). Aż nam się zrobiło szkoda, żeśmy w robieniu wywiadu nie uczestniczyli, bo byśmy próbowali poszerzyć pewien wątek, w dyskusji poruszony zaledwie marginalnie.

Niektórzy z nas zetknęli się po raz pierwszy z Michnikiem i młodzieżą walterowską całe lata temu, jeszcze przed Marcem 68 roku, i zawdzięczają im zrozumienie, poprzez egzemplifikację, które określiło tory ich życia: że zdefiniowanie się jako przeciwnik nie-demokracji wcale nie oznacza, że samemu jest się demokratą. A w konsekwencji, że podziały istniejące między niedemokratami a demokratami mogą być w Polsce dawnej i obecnej równie przepastne, co i między demokracją, a nie-demokracją. W Polsce dzisiejszej Jacek.Ka opisuje dwuwymiarowy model myślenia politycznego, a jego otoczenie łatwo przyjmuje jako naturalną koncepcję, że do opisu świata idei potrzebne są dwie osie współrzędnych, a nie jedna; Jarosław Kaczyński też zdaje się zgadzać, że nie wystarczy zaznaczyć na osi rzędnych odległości osoby od punku zero w kierunku lewym lub prawym. Jednak w latach 1960tych, a dla niektórych ludzi niekiedy do dzisiaj, jest to prawdziwe odkrycie: zresztą, dorysowanie osi prostopadłej (demokracja i nie-demokracja) do dualnego modelu myślenia niebywale wzbogaca intelektualnie. W zasadzie można powiedzieć, że zmienia życie, na tej zasadzie, że głęboko transformuje najgłębsze warstwy mechanizmów dokonywania życiowych wyborów. Inną rzeczą jest, czy rzut na płaszczyznę wystarcza, by poradzić sobie z opisem wszelkich procesów dziejących się w społeczeństwie wychodzącym zarówno z epoki totalitarnej, jak i z imperialnego uzależnienia.

To prawda, na przykład, że Ewa Milewicz ozdabia swój blog stwierdzeniem "tu pisze KPP". Ale na ile ta etykieta jeszcze odpowiada treści? Możnaby zaryzykować stwierdzenie, że z tekstów Michnika oraz jego środowiska coraz jawniej przebija głęboka pogarda dla "nizin społecznych" z pozycji, które już nie mają wiele wspólnego z etosem jakiejkolwiek lewicy, nie tylko tej Pużaka, ale także autorytarnej czy totalitarnej: przecież nawet uwielbienie dla Robotnika symbolizującego racje moralne Ludu w twórczości marksistów - leninistów (ale koniecznie z dużej litery, i koniecznie z zastrzeżeniem, że wyrazicielem woli Robotnika jest Komitet Centralny jego Partii), w tekstach Michnika zostało zastąpione jawną niechęcią, agresją i stygmatyzacją przedstawicieli Ludu w zasadzie wyłącznie negatywnymi konotacjami emocjonalnymi, widocznymi w samej terminologii: "przegrani," "zawistnicy", "rynsztok", "motłoch" etc. Sfera werbalnej symboliki była dla partii komunistycznych tak ważna, że trudno uznać to odstępstwo za mało istotne.

"Po roku 1989 Polska korzystała z owoców uwolnienia od komunizmu. Polska Solidarność spowodowała pokojowe przemiany. Dziś jednak koalicja, żądnych zemsty przegranych demokratycznego zwrotu, spycha kraj w nową niewolę" - pisze Adam Michnik na łamach niemieckiego dziennika "Die Welt" i dodaje, że "Solidarność kierowała się filozofią kompromisu, a nie zemsty. Chciała Polski dla wszystkich, a nie państwa podzielonego na wszechwładnych zwycięzców i uciskanych przegranych."

Człowiek staje czasem przed prostą alternatywą, albo - albo, szczególnie w sytuacjach granicznych. Można zaakceptować, że dla jakiegoś szeregu ludzi sytuacją graniczną jest ustawa lustracyjna, ale alternatywie Michnika "kompromis lub zemsta" brakuje definicyjnego aneksu. Kompromisy między światopoglądami są w ogóle niemożliwe, gdyż ich immanentną cechą jest samoistość, ale można kompromisować się w zakresie praktycznych skutków współistnienia rozmaitych światopoglądów na tym samym terytorium. Dlatego noblista Nelson Mandela zdefiniował kompromis jako najzupełniej praktyczną sytuację, że przywódca jako ostatni wychodzi z więzienia (czego o ekipie z Magdalenki nie da się powiedzieć) i powołuję Komisje Prawdy i Pojednania. Michnik swojej koncepcji kompromisu w ogóle nie definiuje, zaniedbuje również zaopatrzyć czytelnika w definicję słowa "zemsta", wystarczającą odróżnić ją od poczucia sprawiedliwości czy zwyczajnej, historycznej ciekawości; ustawia więc ową alternatywę tak, że oskarżając adwersarzy o niskie pobudki, na nich zrzuca ciężar dowodzenia własnej niewinności w procesie, w którym nie znają aktu oskarżenia. Trudno też poważnie polemizować z hasłem "Polska dla wszystkich" z prostego powodu, że najbardziej zawzięci lustratorzy nie proponują pozbawiać obywatelstwa swoich adwersarzy.

Proste, kafkowskie alternatywy kompromisu i zemsty, wygranych i przegranych, taką dualną optyką posługuje się również Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu obalającym ustawę lustracyjną. Wspomina o zemście jako nieakceptowalnej motywacji ("lustracja nie może być narzędziem zemsty), oraz ogranicza cele lustracji do "clearingu" instytucji państwa, powiadając, że lustracja ma zapobiegać antydemokratycznym działaniom lustrowanych osób i ich ewentualnemu szantażowaniu przeszłością. Ewidentnie taka definicja celów lustracji może być wyznaczana tylko pod warunkiem przyjęcia arbitrażu Michnika w interpretacji, a raczej nie-interpretacji terminu "kompromis", ewidentnie też, prawa człowieka, wskazane w orzeczeniu jako "zabezpieczenie przed zemstą", same w sobie nie zostały przez Trybunał Konstytucyjny wystarczająco zinterpretowane, jak i zresztą pozostałe terminy; np. co rozumie TK pod terminem "zemsta" ? W kategoriach prawnej dyskusji należałoby się spodziewać większej precyzji, niż w publicystyce Michnika, gdzie pewne terminy bywają - naszym zdaniem - zaledwie zabiegiem erystycznym, celowo niedoprecyzowanym, zamykającym antagonistom prawo do równorzędnej dyskusji równie skutecznie, i niemal równie często, co oskarżenie o antysemityzm.

Tekst Michnika w "Die Welt" zwięźlej i bardziej zrozumiale niż tekst orzeczenia TK ujawnia, że język wysokiej moralności służy czasem upraszczaniu świata do granic absurdalnej prostoty - czy istotnie da się podzielić ludzi na jednoznacznie wygranych i jednoznacznie przegranych oraz uznać, że życie, w tym polityka, polegają na nieustającej wojnie o to, po której będzie się stronie, kto kim będzie miał prawo pogardzać, i czy istotnie wygrana materialna lub wysoka pozycja społeczna przydają osądom moralnym i towarzyskim wygranych znamion jakiejś absolutnej prawdy?

Jarosław Kaczyński powiada o inteligenckim etosie "to przede wszystkim etos służby innym - ludowi, społeczeństwu, narodowi, wreszcie państwu. W moim rozumieniu inteligenci to ludzie, którzy coś z tego tradycyjnego etosu zachowali." Swego czasu całkiem podobna dyskusja o etosie miała miejsce w USA, ale nie na lewicy, tylko prawicy.

W zamierzchłych czasach, kiedy Bush nie dotarł jeszcze do półmetka swej pierwszej prezydentury, jego Partia Republikańska przeżyła wielką awanturę o bezdomnych. Poszło o pomysły przedstawicieli skrajnie konserwatywnego skrzydła, którym udało się wygrać tu i ówdzie wybory miejskie. Nazwiska utonęły nam w mrokach niepamięci, ale jeden z nowych, ultrakonserwatywnych burmistrzów wymyślił, że najlepszym programem walki z bezdomnością jest... wyrzucanie bezdomnych z miasta! Trzeba bezdomnego złapać, wywieźć za miasto, i już. Hycel na ludzi, na tym to polegało w praktyce, że owi skrajni konserwatyści zaproponowali takie powiększenie szeregów policji, by hyclowanie odbywało się bez nadwerężania innych jej obowiązków. Z obliczeń wynikało, że i tak budżet miejski na tym zyska, gdyż w miejskiej kasie pozostaną pieniądze wydawane na schroniska i garkuchnie dla biednych.

I wtedy rozpętała się wielka awantura o moralność i - właśnie - etos! - w obrębie Partii Republikańskiej. Amerykańska tradycja republikańska jest wystarczająco silnie oparta na tradycjach nędzarzy odrzuconych ze Starego Kontynentu, emancypujących się ku dumnej obywatelskości, protestanckiej koncepcji współczucia i niechęci do arystokracji, by dla części członków i zwolenników Republikanów takie koncepcje okazały się nie do przyjęcia. Stało się jasne, kto tą bitwę wygra, kiedy do gry wkroczyły żony polityków i biznesu, w obronie ich style of life, polegającego na balach charytatywnych i dobroczynności, w tym i takiej, że raz w tygodniu pracuje się za darmo w jakiejś garkuchni lub schronisku dla kobiet.

Michnik pisze, że Polską rządzi "koalicja, żądnych zemsty przegranych demokratycznego zwrotu," motywowanych "poczuciem niesprawiedliwości, rozgoryczenia, zawiści i destruktywnej energii, skierowanej na odwet wobec dawnych wrogów i dawnych przyjaciół, którym się lepiej powiodło."

"Którym się lepiej powiodło".... Czyli to jest właściwe znaczenie zdania, od którego Michnik zaczyna swój wywód: "Polska korzystała z owoców uwolnienia od komunizmu."

I to jest aż takie proste. Świat Michnika, podobnie jak owych skrajnych konserwatystów, jest bardzo prostym światem, w którym ludzie dzielą się na wygranych, obficie "korzystających z owoców", oraz identyfikowanych z samym państwem, gdy po drugiej stronie wrą rzesze zawistnych "przegranych", godnych pogardy i "obywatelskiego nieposłuszeństwa" nawet, jeśli zajmują najwyższe stanowiska w państwie, gdyż ich pobudki i motywacje są równie niskie, co i pozycja społeczna, przypisana im niemal "genetycznie", skoro nijak się ma do pozycji w państwie realnie zajmowanej. Owym "wygranym" przysługuje wysoka moralność i pozycja wygranych, właśnie dlatego, że są do wygrywania predystynowani, a bezdomni są sami sobie winni, i dlatego godni pogardy - zresztą, zasługują na bezdomność i pogardę poniekąd z urodzenia, zupełnie niezależnie od mechanizmów demokracji formalnej.

Tylko, właśnie, co ma to wspólnego z prawami człowieka, demokracją i państwem prawa, albo jakąkolwiek lewicą, nawet tą totalitarną?

Być może potrzebny jest jakiś trzeci wymiar, w którym da się opisać ewolucję od totalitarnej lewicowości do mentalności cwaniaka, który obdziela ludzi szacunkiem w zależności od ich statusu materialnego, odległości od społecznych szczytów i predystynacji do sprawowania władzy oraz stanowienia prawa. W tym bardzo egzotycznym obszarze trzeba się poruszać jak po polu minowym, jeśli chodzi o terminologię. Ewolucja czy dewolucja, czy można nazywać degradacją proces, w którym jakieś zmiany niewątpliwie zachodzą, ale który się zaczyna w punkcie totalitaryzm? "Czy można być większym kanalią? " - szczerze kiedyś zapytał Michnik swoich fanów. Nie doczekał się odpowiedzi.

"Prawdziwość sądów weryfikuje się, odwołując się do autorytetu. To tragedia polskiego myślenia." - powiedział Jarosław Kaczyński. O tak, powiedzielibyśmy, dodając, że nie tylko wtedy, gdy określamy się weryfikując pozytywnie swoją opinię z sądem autorytetu. Weryfikacja negatywna bywa równie często tragiczna w skutkach, gdyż w obu przypadkach ów autorytet staje się punktem odniesienia, początkiem własnego światopoglądu, ocen własnych, lub własnego umysłu pomięszania, świetnie opisanego przez Tomasza Wróblewskiego w notce "Jak stałem się faszystą". Życie demokratyczne uwzględnia i to, że w dyskusji intelektualnej nie ma demokracji, gdyż siła przekonywania zależy od talentu, a nie ilości głosów. Ale kiedy Jarosław Kaczyński przypomina, że w średniowiecznym prawie lennym funkcjonował termin "felonia", oznaczający m.in. złamanie powinności lennych przez seniora wobec wasala, karane utratą lenna albo zwierzchnictwa lennego, to aż się prosi zderzyć implikacje tego terminu na współczesnym gruncie intelektualnym z koncepcjami obywatelskiego nieposłuszeństwa, promowanymi w blogu Ewy Milewicz. I to jest właśnie ten wątek, którego nam zabrakło. Nawet nie prawo do rezygnacji z weryfikowania własnych poglądów poprzez odwołania do autorytetów, ale skromniej, prawo do intelektualnej, a nie prawnej felonii, czyli zupełnego ignorowania takich punktów odniesienia, obojętnie, zgodnych lub przeciwnych własnemu światopoglądowi, które mają zbyt wiele wspólnego z koncepcjami nadczłowieka i "genetyką" uprawnień do stanowienia lub obalania prawa, wskazywania ludzi pozbawionych wyższych motywacji, a nawet zdolności do przeżywania tychże.

link: mirror na Salonie24


Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 28 kwietnia 2007

Irena Lasota - Córka Dąbrowszczaka

Z dialogu na forum Kraj Gazety Wyborczej:

Irena Lasota: Poniższy tekst utrzymał się na forum Kraj mniej niż godzinę. I został przeniesiony na "oślą ławkę". Czyżby nawet w Gazecie tępiono dąbrowszczaków i ich potomstwo?

Gazeta Wyborcza: Apel Antygony
Wątek na forum Kraj, Agora
::::

Nieznany mi "stachporaj" napisał: "Wśród dzieci dąbrowszczaków nie widzę nazwiska Ireny Lasoty, dyrektora instytutu IDEE w Waszyngtonie oraz czołowej działaczki demokratycznej. Niedopatrzenie?"

Odpowiadam - myślę, że żadne niedopatrzenie. Nie ma też mojego brata Jana Piotra mieszkającego w Paryżu, astrofizyka.

Wiele osób, które podpisało ten apel, zna i mój, i mojego brata adres. Wiedzą, że mój ojciec był dąbrowszczakiem, że ja byłam w drużynie walterowskiej, i mogą nawet pamiętać (choć nie powinni), że zdarzało mi się pomagać im w osiąganiu ich bohaterskich, demokratycznych zasług. Nikt się do nas nie zgłosil.

Jeśli chodzi o mnie, to myślę, że chodziło o to, że a nuż mogłabym podpisać (podpisałabym, mimo patetycznego i grafomańskiego stylu). A gdybym podpisała, to po pierwsze - zbeszczeszczyłabym wąskie grono "środowiska," po drugie - zadałabym kłam dogmatowi panującemu wśród asów tego środowiska, że antykomuniści są po prostu faszystami wyzbytymi poczucia sprawiedliwości, uczciwości i godności. Wstyd panowie antygoniści, ale niczego więcej nie można się spodziewać po ludziach, którym z ust kapią bezustannie wartości i imponderabilia.

dr.freud: Ale o ci chodzi? Pani jest za postponowaniem dąbrowszczaków czy przeciw?

Irena Lasota: Jestem przeciwko postponowaniu kogokolwiek. Jestem za tym, żeby móc człowieka oceniać. Dlatego 17 lat temu byłam zwolenniczką lustracji i uważam ciągle, że miałam rację. Przeprowadzona w 1990-92 roku byłaby już przeszłością, ułatwiłaby zapewnie okres przejściowy i nie pojawiłaby się dzisiaj w tak kuriozalnej formie.

Ochotnicy zaś, którzy jechali do Hiszpanii w 1936 roku (sowieci i ludzie przyjeżdzający z ZSRR nie byli ochotnikami) nie robili tego dla mordowania anarchistow (to robilo GRU), gwałcenia zakonnic (to robili Hiszpanie), czy dla osiągnięcia w 10 lat później pozycji wiceministra, czy nawet ministra. Nie wszyscy zresztą dąbrowszczacy porobili kariery w PRL-u. A dużo z nich zginęło w Hiszpani i w Polsce lub Francji.

Przedzieranie się do Hiszpanii przez Pireneje w 1936 roku i walka po stronie republikanów było bohaterstwem. To, co zrobili Sowieci w Hiszpanii, było zbrodnią.

Te dwa zdania nie są z sobą sprzeczne i dlatego uważam, że "postponowanie" dąbrowszczaków za samo to, że byli dąbrowszczakami, jest niesłuszne, a odbieranie im rent - jest objawem politycznego kretynizmu.

Jednak po przeczytaniu calego apelu Antygony doszłam do wniosku, że bym go nie podpisała, bo jest apologią komunizmu.

Chętnie napisałabym coś od siebie - ale niech mi Pan powie gdzie. W każdym razie nie na forum, gdzie w słusznej sprawie mogą wypowiadac się tylko słuszni ludzie...

poniedziałek, 16 kwietnia 2007

Aleksander Kwaśniewski mówi z taką wrodzoną skromnością

Drukowaliśmy, co ma do powiedzenia generał Wojciech Jaruzelski o seksie i Państwie Polaków, drukujemy, co ma do powiedzenia były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski o sobie samym: "Powiem z taką wrodzoną skromnością, że ja się po prostu nadaję na lidera. To jest ten problem." Owszem, jest.

W podlinkowanym tekście Aleksander Kwaśniewski dziękuje serdecznie pomysłodawcom z "Dziennika", którzy zasugerowali, że były prezydent "zakłada Ruch Obrony Praw Człowieka w Polsce, razem z profesorem Geremkiem, Andrzejem Olechowskim, Tadeuszem Mazowieckim, Markiem Ungierem, Waldemarem Dubaniowskim i między innymi Pawłem Piskorskim."

Kwaśniewski zaprzecza, że "takiego projektu, w tej fazie zaawansowania po prostu nie ma" - co zwykle w języku dyplomacji oznacza, że pomysł jest, ale faza jest niezaawansowana. Dlatego informujemy Kwaśniewskiego, zanim się - z wrodzoną skromnością - poczuje jego liderem, a także publicystów "Dziennika" oraz "Gazety Wyborczej", że pierwszy kongres krajowy tego ruchu miał miejsce w 1992 roku we Wrocławiu. Brało w nim udział ponad 20 organizacji, w tym - przedstawiciele wtedy organizującej się w Polsce Amnesty International. "Czy pretekstem tego ruchu będzie raport Rady Europy w sprawie praw człowieka w Polsce?" - pyta Żakowski Kwaśniewskiego, a ów mu na to, że "Ten raport został przesunięty w czasie."

Kwaśniewski, jak Wałęsa, nie chce, ale musi. Wypiera się pomysłu, ale, gdyby został zrealizowany, skromnie widzi się jego liderem, zanim przekaże pałeczkę troskliwie przez siebie wybranym raperom. Zanim sprawy potoczą się dalej, współautorka tego bloga uprzejmie informuje wszystkich zainteresowanych wstąpieniem do ruchu praw człowieka zakładanego przez Aleksandra Kwaśniewskiego, że formalnie współpracowała z Komisją Praw Człowieka Rady Europy w tej sferze przez czas jakiś, żeby się nie przechwalać, to tylko powiedzmy, że w dosyć reprezentacyjnej pozycji, i stąd jest nam wiadomo, że:

1. Ruchu praw człowieka nie trzeba zakładać w Polsce, bo istnieje.

2. Organizacje praw człowieka, jak np. Amnesty International, mają zakaz udziału w polityce partyjnej wpisany w statut. Bardzo słusznie zresztą, broni je to przed partykularyzmami w lokalnej polityce. Mają również zakaz udziału w polityce kraju, w którym są zorganizowane. Jest to więcej niż mądry zakaz, zapewnia Amnesty działalność suwerenną wobec władz państw. Za przykładem Amnesty poszła większość organizacji zajmujących się prawami człowieka.

3. Wykorzystanie polskich organizacji praw człowieka do partykularnych celów politycznych grozi ich izolacją, obcięciem funduszy do zera oraz całkowitą utratą ich wiarygodności na rynku międzynarodowym. O ile znamy te organizacje oraz ich działaczy - nie do zrobienia.

4. Raport Rady Europy, obojętnie jaki by nie był, nie może być pretekstem do czegokolwiek, z powodów pryncypialnych. Gdyby placówka RE została oskarżona o inspirowanie lub udział w życiu politycznym danego kraju, to byłby to ostatni dzień pracy jej dyrekcji. Co oczywiście nie zmienia charakteru raportu - będzie, jaki będzie. Ale jest adresowany do wszystkich, szczególnie władz państwa oraz istniejącego w Polsce ruchu praw człowieka.

Załączamy serdeczne pozdrowienia dla Jacka Żakowskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego oraz tuzów od lewicy z "Dziennika". Przy okazji, szanowni państwo, dla współautorki tego bloga prawa człowieka są zasadniczą kwestią światopoglądową, która swego czasu spowodowała bardzo radykalną zmianę życiorysu. Próby instrumentalnego wykorzystania pięknej idei i pięknego ruchu przez nieudaczników politycznych rozjuszają. Pampersy, baczność! No Pasaran! -

czwartek, 12 kwietnia 2007

Kłamco, podyskutuj z Michnikiem o jego procesach.

Wchodzisz na katalog Forum - Regionalne - Małopolskie - Kraków, tam znajdziesz kolejny katalog z następującymi podtytułami: "Komunikacja i inwestycje", "Małopolska i powiaty", "Restauracje i puby", "Architektura", "Kraków - galeria", "Oferty", "Sport", "Kto nami rządzi", "Opinie i komentarze", "Szkoła i studia". Kliknij na "Kto nami rządzi". Tam znajdziesz wątek umieszczony przez redakcję Gazety Wyborczej pod artykułem Piotra Stasińskiego "Michnik i kłamcy" z 10 kwietnia.

zrzut ekranuArtykuł Stasińskiego został opublikowany w dziale Opinie, skąd komentarze trafiają zwykle do analogicznie nazwanego forum. Stąd się pewnie bierze zdziwienie forumowiczów, którzy zadają pytanie, czemu komentarze do artykułu spadły akurat tam? My też nie wiemy, dlaczego zdaniem redakcji Gazety Wyborczej Michnik rządzi Krakowem. Może chodzi o Wawel?

Jednym z kłamców wymienionych w artykule z imienia i nazwiska, jest profesor Andrzej Zybertowicz, który w publikacji "Żurnaliści pod wpływem autohipnozy" zamieszczonej w "Rzeczpospolitej" z dnia 14 marca 2007 napisał: "Michnik wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację". Stasiński broni Michnika przed tym kłamstwem następującymi słowy: "Co najważniejsze, Michnik ma świetną opozycyjną biografię z czasów PRL. Był antykomunistą, kiedy to naprawdę kosztowało. Kiedy odwaga nie była tak tania jak antykomunizm dzisiejszy."

W odpowiedzi przedsądowej opublikowanej 10 kwietnia w "Rzeczpospolitej" Zybertowicz odmawia przeprosin i polemizuje z zarzutem fałszowania życiorysu Michnika całym mrowiem argumentów, między innymi cytując anegdotyczną historyjkę z bloga Wojciecha Sadurskiego: "z relacji telewizyjnej z procesu zabójców górników w kopalni Wujek jest taka scenka: Michnik wychodzi z sądu po złożeniu zeznań usprawiedliwiających Kiszczaka. Spotyka się z rozżalonymi górnikami zarzucającymi mu, że ich zdradził, wybielają[c] komunistycznego przestępcę. Na to Michnik: proszę pani ja wielokrotnie siedziałem w więzieniu..."

Jesteśmy tym wszystkim rozbawieni, ale i zakłopotani, bo nie bardzo rozumiemy, czego dotyczy ta polemika i za co konkretnie się obraził Michnik. Pełnomocnik redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" mecenas Piotr Rogowski skierował do Zybertowicza wezwanie przedsądowe, w którym domaga się, aby Zybertowicz opublikował w prasie przeprosiny zawierające m.in. następujące sformułowanie: "Przyznaję, że stwierdzenie to nie polegało na prawdzie i w istotny sposób fałszowało życiorys i wypowiedzi pana Adama Michnika." Stasiński oskarża Zybertowicza o fałszowanie biografii: " nie wolno im (wrogom Michnika) kłamać, wpierając Michnikowi to, czego nie napisał ani nie powiedział, ani fałszując jego biografię". Nie jesteśmy polonistami, ale "życiorys" i "biografia" to niezupełnie to samo.

Według Encyklopedii PWN życiorys to skrótowe opisanie przebiegu dotychczasowego życia człowieka, najczęściej przedstawione w postaci syntetycznej z podaniem dat i przypisanych do nich faktów; jedną ze sformalizowanych postaci życiorysu jest "bieg życia", po łacinie curriculum vitae.

Biografia (gr. bios -"życie", grapho - "piszę"), to opis życia postaci, mający charakter naukowy, literacki lub popularyzatorski; gatunek wykształcony w starożytności; nowożytna odmiana - powieść biograficzna, łączy dane historyczne z fikcją fabularną. "Podanie jedynie zbioru dat i wydarzeń dotyczących bezpośrednio danej postaci, nie jest jej biografią, a co najwyżej jej życiorysem. Biografia jest w stosunku do życiorysu wzbogacona o elementy analityczne, krytyczne i podsumowujące" -wyjaśnia łopatologicznie Wikipedia.

Kontrowersyjny artykuł Zybertowicza na pewno nie jest życiorysem Michnika. Chodzi więc o biografię. Nie naukową, bo "Rzeczpospolita" nie jest pismem publikującym prace naukowe. Nie popularyzatorską, bo Michnik się już sam wystarczająco spopularyzował. A więc chodzi o formę literacką. Słownikowa wiedza mówi nam, że forma literacka tekstu biograficznego jest używana szczególnie w przypadku braku dostępności informacji na temat danej osoby, a także w celu dokonania jej analizy psychologicznej lub przedstawienia jej wpływu na życie epoki. Wykorzystywane wtedy są wiadomości na temat osób podobnych, ogólne informacje z czasów i miejsc z powiązanych z opisywaną osobą, a także zestaw normalnych narzędzi literackich, od metafor po parabole. I tu Zybertowicza mamy. Napisał felieton, o czym i tak od samego początku wiedzieliśmy, ale teraz mamy naukowy podkład. To jest kłótnia literacka, a przedmiotem sporu jest dzieło literackie. Wiemy nawet jakie.

Jedną z form biografii jest autobiografia, gdzie autor sam opowiada swoje życie, lub je opowiada swemu biografowi. Chodzi więc o to, że biograficzny utwór literacki Zybertowicza jest niezgodny z autobiograficznym utworem literackim Michnika. Ale, na kolejnym piętrze komplikacji, słowniki wypowiadają się również na temat wartości poznawczych utworów biograficznych. Jedne mają ich mniej, drugie bardziej. Żaden ze słowników nie twierdzi, że autobiografie mają bardziej, a też żadne nie nakładają na biografów obowiązku, by pisali biografie, które mają bardziej, lub uzgadniali swoje utwory biograficzne z autobiografiami. Za to sam autor, krytycy oraz odbiorcy utworu biograficznego mają prawo go nazwać - w zależności od stopnia wierności - utworem dokumentalnym lub fabularyzowanym.

Stasiński i Rogowski oskarżają Zybertowicza o niezgodność z faktami. Ale co ma być tym "faktem"? Udowodnić fałszowanie życiorysu można prosto, ktoś podaje datę i fakt, który nie miał miejsca. Ale fałszowanie felietonu zawierającego elementy biograficzne? Jak!? Termin "wielokrotnie" używany jest wedle subiektywnych odczuć mówiącego, a nie odczuć cudzych. To kwestia języka, nie prawa. Całego majątku Agory nie wystarczy, żeby za pomocą procesu sądowego udowodnić, że autobiografia Michnika jest faktem, gdyż takiego słownika nikt jeszcze nie wydrukował. Myśl nie jest rzeczą. Odczucie i emocja też nie są rzeczą. Literatura, nawet wielce sugestywna, nie jest światem materialnym, a tylko w świecie materialnym obowiązuje empiria. Żaden proces nie doprowadzi do prawnego zakazu pisania utworów dowolnie dokumentalnych lub fabularyzowanych czy usunięcia lub zmiany ich definicji w słownikach.

Tyle na temat tropów literackich. Filip Memches podąża tropem teorii elit i wyjaśnia w swoim blogu tak: "o pomazańcu się nie dyskutuje, pomazańca się czci. Skoro więc – jak twierdzą zwolennicy IV RP – Polska w latach 1989-2005 była Polską Michnika, to niech się nie dziwią, że jej król reaguje jak na króla przystało, a nie jakiś pismak, którego teksty coraz bardziej oddalają się od rzeczywistości." Hmmm... To stąd bierze się ten Wawel i rządy Michnika w Krakowie, równie wirtualne, jak cała ta awantura? Ojejku...

Czytaj również:

Smutni nowobogaccy a Jerzy Urban.

Komentarze na forum Frondy

wtorek, 10 kwietnia 2007

Józef Pinior, Ludwik Turko: Nie wylewajmy lustracji z kąpielą

Przed złą ustawą należy się bronić. Ale krytycy nowej ustawy lustracyjnej przekraczają granice obrony koniecznej. Siedemnaście lat po odejściu PRL-u w niebyt, sprawa lustracji nabrała nowego rozpędu. Lustracja w Polsce przypomina pożar torfowiska. Podziemny ogień potrafi tlić się przez wiele lat, czasem, gdy wydaje się, że już jest po wszystkim, ogień znów wybija na powierzchnię. To, co Niemcom, Czechom, Węgrom zabrało kilka miesięcy, nam zabiera lata. Pierwsza ustawa lustracyjna powstała dopiero w roku 1997. Działała z lepszym lub gorszym skutkiem przez prawie dziesięć lat, do połowy marca tego roku, kiedy to zastąpiła ją ustawa obecna.

Sądząc po efektach, można podejrzewać, że gdyby ktoś, przebiegły i wpływowy, chciał skutecznie przyblokować lustrację w Polsce, postąpiłby właśnie tak: po pierwsze, maksymalnie rozszerzyłby krąg osób objętych obowiązkiem lustracyjnym, i to w taki sposób, aby w zasięgu lustracji znalazły się aktywne środowiska opiniotwórcze, po drugie, zadbałby o prowokacyjne rozwiązania ustawowe, których rzetelność prawna jest wielce wątpliwa.

Scenariusz ten zadziałał bezbłędnie. Zaczęło się od dziennikarzy, a parę dni później zawrzało w środowiskach akademickich. Krytyka poszczególnych zapisów ustawowych jest w przypadku owej ustawy zadaniem tak łatwym, że wręcz banalnym. Zadziwiające jest, że po szesnastu latach doświadczeń odrodzonego polskiego parlamentaryzmu w obiegu prawnym pojawił się twór tak pokraczny.

Zabieramy jednak w tej sprawie głos nie po to, aby dalej pastwić się nad żenującymi zapisami ustawowymi. Zabieramy głos dlatego, że przy okazji krytyki szczegółowych rozwiązań legislacyjnych dokonuje się publiczny akt przysłowiowego wylewania dziecka z kąpielą.

Wobec emocji wywołanych ustawą lustracyjną warto wrócić do punktu wyjścia. Dla polskiej opozycji demokratycznej było bezsporne, że współpraca z peerelowskimi służbami bezpieczeństwa jest rzeczą niegodną. Projekcja tych przekonań na nasze wyobrażenia o nastrojach społecznych spowodowała, że sprawę rozliczeń byłych współpracowników zostawiono osądom środowiskowym, bez sięgania po środki nacisku prawnego. Wnet się okazało, że w poszczególnych środowiskach poczucie wspólnoty korporacyjnej zdecydowanie wygrywało z chęcią dokonywania moralnych osądów. Zabrakło również owych skruszonych grzeszników gotowych do pokajania się za swe przewiny. Dopiero w grudniu 2005 roku, w piętnastym roku demokratycznej Polski, Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego stwierdził, że "tajna i świadoma współpraca z organami bezpieczeństwa PRL była postępowaniem niegodnym nauczyciela akademickiego". Jest to chyba jedyna tego typu deklaracja podjęta przez Senat którejkolwiek z prestiżowych polskich uczelni.

Podstawowym przesłaniem obecnej ustawy jest stwierdzenie zawarte w jej preambule: "Stwierdzamy, że praca albo służba w organach bezpieczeństwa państwa komunistycznego, lub pomoc udzielana tym organom przez osobowe źródło informacji, polegające na zwalczaniu opozycji demokratycznej, związków zawodowych, stowarzyszeń, kościołów i związków wyznaniowych, łamaniu prawa do wolności słowa i zgromadzeń, gwałceniu prawa do życia, wolności, własności i bezpieczeństwa obywateli, była trwale związana z łamaniem praw człowieka i obywatela na rzecz komunistycznego ustroju totalitarnego". Stwierdzenia tego warto bronić, nawet jeśli dalsza treść ustawy budzi istotne wątpliwości. Zresztą samo zaistnienie sytuacji, gdy takie - wydawałoby się - oczywiste stwierdzenie wymaga dodatkowych uzasadnień, powinno się stać źródłem gorzkiej refleksji dla wszystkich związanych z polską demokratyczną opozycją lat PRL-u.

Przed złą ustawą należy i można się bronić - uważamy jednak, że w niektórych przypadkach dochodzi, używając prawniczego języka, do przekroczenia granic obrony koniecznej. Gdy profesorowi nauk politycznych z instytutu Polskiej Akademii Nauk obecna ustawa przypomina nazistowskie ustawy norymberskie, pojawiają się wątpliwości albo do jego rzetelności, albo do jego politologiczno-historycznej fachowości. Gdy inni porównują oświadczenia lustracyjne do lojalek stanu wojennego, to albo nie wiedzą, czym były lojalki, albo też ich emocje wygrywają ze zdrowym rozsądkiem. Gdy padają stwierdzenia o orwellowskim świecie, o lepkiej atmosferze strachu, o łamaniu sumień - można wysnuć jedynie wnioski o stanie emocjonalnym dyskutantów.

W żadnym wypadku nie można się zgodzić z argumentami sprowadzającymi rzecz do odległej przeszłości: nie jest ważne, co ktoś kiedyś robił, ważne jest, co robi teraz. Jeśli historia ma być nauczycielką życia, to nie można aplikować kuracji oferującej pigułki zapomnienia.

Opublikowane GW, 5 kwiecień 2007

poniedziałek, 5 lutego 2007

Oni. Szeregowcy Honoru.

Projekt ustawy o zdegradowaniu generałów stanu wojennego ma być gotowy do końca marca. Wcześniej, bo już 16 lutego, ma zostać ujawniony raport z weryfikacji żołnierzy WSI zawierający nazwiska osób, które bezpośrednio łamały prawo oraz dowódców i polityków, którzy za tym stali. Zawarte w nim będą także doniesienia do prokuratury o przestępstwie. Równo 40 lat temu beniaminek generała Moczara Wojciech Jaruzelski rozpoczął czystkę etniczną w polskim wojsku, której skutkiem była degradacja do stopnia szeregowca i wyrzucenie z wojska oficerów pochodzenia żydowskiego oraz ostatnich zwolenników odwilży Października 56r. (w tym generałów). Czystka w wojsku była wstępem do wydarzeń Marca 1968.

"Dużo czasu od niego upłynęło, ale zapomnieć się nie da. .... Wszystko przez politykę tzw. grubej kreski. Najwyższy czas z tym skończyć" - mówi ranny podczas pacyfikacji kopalni "Wujek" Stanisław Płatek. "Odebranie zaszczytów i stopni dawnym dygnitarzom może ich zaboleć bardziej, niż odebranie im wysokich emerytur, bo i tak już swoje w życiu zarobili" - twierdzi Jerzy Bukowski, rzecznik krakowskiego Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych. O tak, nie da się zapomnieć. Szczególnie dlatego zapomnieć się nie da, że oni sami zapomnieć nie dają. "...Emigracja marcowa od początku budziła we mnie wątpliwości" - pisze w Gazecie Wyborczej Michał Głowiński, nawrócony na moczaryzm autor książki "Marcowe Gadanie" i żeby już jasno podkreślić co myśli o emigracji marcowej, to cytuje powiedzonko Romana Zimanda ".. człowiek nie ma prawa uciekać z miejsca gdzie nasrał".

Nie dają zapomnieć wyzwiska i pogarda, spadające od 17 lat na głowy ofiar tych generałów, nazywanych przez Michnika "motłochem". Donosy. Smsy o "twojej ostatniej szansie" żeby zamilknąć. "Salonowe" wdeptywanie w ziemię, połączone z szeroko otwartymi oczami i zdumieniem: "O co wam chodzi? Przecież myśmy już wszystko załatwili."

O nie. Nie chodzi o zemstę, ani nawet o sprawiedliwość. Chodzi o prawo do życia wolnego od prześladowców. Wojskowych, cywilnych i milicyjnych maniaków brutalności, egoizmu i przemocy, zatrudnianych, przekupywanych i przerabianych na zombie przez ludzi, którzy wprowadzili stan wojenny w Polsce w 1981 roku. Po 40 latach panowania moczarowcy przestaną być arbitrami elegancji politycznej i towarzyskiej. No więc ani zemsta, ani sprawiedliwość, tylko serdeczne i od serca westchnienie ulgi. Nareszcie!

Szeregowcy Honoru :
  1. gen. armii Wojciech Jaruzelski - I sekretarz PZPR, premier rządu PRL, minister obrony narodowej - dziś emeryt. Oskarżany o zwalczanie podziemia niepodległościowego w latach 1946 - 1947, współpracę ze zbrodniczą Informacją Wojskową jako agent o pseudonimie "Wolski", a także przeprowadzenie w LWP antysemickiej czystki w 1968 roku. Sądzony za "sprawstwo kierownicze" masakry robotników Wybrzeża w 1970 roku. Oprócz tego IPN oskarżył go o zbrodnię komunistyczną, polegającą na kierowaniu związkiem przestępczym, czyli Wojskową Radą Ocalenia Narodowego.

  2. admirał Ludwik Janczyszyn - dowódca Marynarki Wojennej, zmarł w 1994.

  3. gen. broni Eugeniusz Molczyk - główny inspektor szkolenia, wiceminister obrony narodowej. Zaufany człowiek Moskwy, w nim Kreml widział ewentualnego następcę Wojciecha Jaruzelskiego, od 1988 w stanie spoczynku.

  4. gen. broni Florian Siwicki - szef Sztabu Generalnego WP, wiceminister obrony narodowej, emeryt. IPN oskarżył go, tak jak innych członków WRON, o udział w zbrodni komunistycznej.

  5. gen. broni Tadeusz Tuczapski - główny inspektor obrony terytorialnej, wiceminister obrony narodowej, emeryt. Wobec niego toczy się proces o udział w tłumieniu protestów robotniczych w 1970. Oprócz tego IPN oskarżył go o udział we WRON.

  6. gen. dyw. Józef Baryła - szef Głównego Zarządu Politycznego WP, wiceminister obrony narodowej, dziś emeryt.

  7. gen. dyw. Tadeusz Hupałowski - minister administracji, gospodarki terenowej i ochrony środowiska, zmarł w 1999.

  8. gen. dyw. Czesław Kiszczak - członek PPR oraz funkcjonariusz organów wywiadu i kontrwywiadu od 1945, minister spraw wewnętrznych, dziś emeryt. Sąd uznał go winnym śmierci górników z kopalń Wujek i Manifest Lipcowy w stanie wojennym.

  9. gen. dyw. Tadeusz Krepski - dowódca Wojsk Lotniczych.

  10. gen. dyw. Longin Łozowicki - dowódca Wojsk Obrony Powietrznej Kraju.

  11. gen. dyw. Włodzimierz Oliwa - dowódca Warszawskiego Okręgu Wojskowego, zmarł w 1989.

  12. gen. dyw. Czesław Piotrowski - minister górnictwa i energetyki.

  13. gen. dyw. Henryk Rapacewicz - dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego, zm. w 1991.

  14. gen. dyw. Józef Użycki - dowódca Pomorskiego Okręgu Wojskowego.

  15. gen. dyw. Zygmunt Zieliński - sekretarz WRON, szef Departamentu Kadr MON.

  16. gen. bryg. Michał Janiszewski - szef Urzędu Rady Ministrów, szef gabinetu gen. Jaruzelskiego, dziś emeryt.

  17. gen. bryg. Jerzy Jarosz - dowódca 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej - w latach 1990 - 1992 był pierwszym komendantem głównym Żandarmerii Wojskowej, utworzonej po rowziązaniu WSW.

  18. płk Tadeusz Makarewicz - dowódca Zgrupowania Jednostek Zabezpieczenia MON.

  19. płk Kazimierz Garbacik - szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Łodzi.

  20. płk Roman Leś - prezes Zarządu Głównego Związku Byłych Żołnierzy Zawodowych.

  21. ppłk Mirosław Hermaszewski - "polski lotnik kosmonauta", w 2001 i 2005 bezskutecznie próbował dostać się do Senatu i Sejmu z list SLD.

  22. ppłk Jerzy Włosiński - dowódca Mazowieckiej Brygady Wojsk Obrony Wewnętrznej - dziś jest działaczem Związku Byłych żołnierzy Zawodowych i Oficerów Rezerwy Wojska Polskiego.


Do czytania:
1. "Planeta Terra", Plotkies o sraniu (bardzo polecamy!)
2. "Dziennik", Prezydencki projekt ustawy. Generałowie PRL stracą szlify (stąd wzięliśmy listę Szeregowców Honoru)
3. "Wprost", Koniec WSI - Raport

piątek, 12 stycznia 2007

Gen. Jaruzelski o seksie i Państwie Polaków

Poniższy cytat o największym sukcesie PRL oraz sugestia co zrobić, aby historia Polaków nie dzieliła, pochodzą z oficjalnej strony Generała Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego . Cytat o Państwie Polaków dedykujemy Romanowi Giertychowi. Przy okazji, drogi czytelniku, jeśli znasz adres oficjalnej strony Generała Ministra Czesława Kiszczaka, daj nam znać. Podtytuły autora.

Państwo Polaków

W ocenie Polski Ludowej nie pójdę "z prądem", na lękliwą łatwiznę odżegnywania się i dystansowania. Ze wszystkimi - nawet ciężkimi - ułomnościami była ona państwem Polaków, po prostu Ojczyzną. [...] Otóż spis ludności w 1946 roku, wykazał, iż w Polsce żyje ok. 24 milionów osób. Spis z roku 1988, to już ok. 38 milionów. A więc w ciągu owych 42 lat naród nasz powiększył się o 14 milionów obywateli. Prawie tyle co cała NRD i więcej niż cała Czechosłowacja. Średnio rzecz biorąc w każdej dekadzie przybywało ponad 3 miliony Polaków. Minęło ostatnich 17 lat - i cóż, nadal 38 milionów. Oceniając czas Polski Ludowej nie należy więc zapominać, jak zasadniczo wzmocnił się nasz ludnościowy potencjał, substancja narodowa.

Ażeby historia nie dzieliła Polaków

Ksiądz Tadeusz Bartoś na łamach "Gazety Wyborczej" 26 października br. mówi: " Źródłem przekonań są obrazy... Zwycięzcą jest ten, kto utrzyma nad nimi kontrolę. Stąd prosta zasada: chcąc zmienić myślenie ludzi, trzeba w ich głowach wymienić obrazy".