Po ukończeniu budowy zajmie powierzchnię ponad pięciokrotnie większą niż stolica Stanów Zjednoczonych! Utah Data Center powstaje w sercu Kraju Mormonów, gdzie pierwsi uciekinierzy religijni przybyli ponad 160 lat temu. Dzisiejsze Bluffdale jest stolicą Zjednoczonego Bractwa Apostołowego, jednej z największych w USA sekt poligamistów, liczącej sobie około 9 tysięcy członków. Mają w Bluffdale swoją świątynię, szkołę, boisko i archiwum. Miasteczko położone jest w centrum okrągłej doliny na wschód od pasma górskiego Oquirrh. W wiosennym powietrzu unosi się kurz, a okoliczne zbocza górskie powoli zmieniają kolor na szarozielony. To jeszcze można zobaczyć, ale to już tylko fantomy przeszłości.
Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika. – Exupery, "Twierdza"
piątek, 16 marca 2012
Czarni hakerzy z Krainy Mormonów
poniedziałek, 14 listopada 2011
Krew i Honor Patriotyzmu. Polskiego?
Niemiecki anarchista napluł na polski mundur i wszyscy się oburzyli. Ale nowe informacje z dnia wczorajszego sugerują, że ów anarchista miał podstawy by myśleć, że pluje na otwartego nazistę z Combat Adolf Hitler czy innego nazistowskiego gościa Marszu z Europy Zachodniej, przebranego w historyczny mundur polskiego żołnierza. Albo na nazistów polskich, którzy ich do Polski zaprosili. Okazuje się bowiem, że nie tylko "Krytyka Polityczna" zapraszała, a ta mizerna grupka niemieckiej Antify to nic, w porównaniu z gośćmi ponoć patriotycznego Marszu.
niedziela, 11 września 2011
9/11 – Ściśle Tajna Ameryka
- W programach związanych z antyterroryzmem, bezpieczeństwem krajowym i wywiadem pracuje ok. 1.271 organizacji rządowych oraz 1931 firm prywatnych w około 10.000 lokalizacjach na terenie USA.
- Szacunkowa liczba ludzi dopuszczonych do informacji ściśle tajnych wynosi 854.000 osób, to jest około półtora raza więcej, niż liczba mieszkańców Waszyngtonu.
- W Waszyngtonie i jego okolicach zlokalizowane są 33 kompleksy budynków wybudowanych po 9/11 lub będących w trakcie budowy, przeznaczonych na ściśle tajne programy wywiadowcze. Razem tworzą powierzchnię równą trzem Pentagonom lub 22 budynkom Kapitolu = 17 milionów stóp kwadratowych powierzchni.
wtorek, 29 grudnia 2009
Rządy motłochu
Bogumiła Tyszkiewicz
„Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, schizofrenia jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje socjalizm najwyższej jakości jako dzieło sztuki komicznej. Wiwat Sorbowit” - tak pisał Waldemar Maria „Major” Fydrych, przywódca Pomarańczowej Alternatywy w czasach polityki czarnobiałej. Dadaistyczny hymn na cześć napoju witaminizowanego jest swoistym manifestem najmłodszego pokolenia opozycji lat osiemdziesiątych, a przy okazji paradoksalnym wyrazem ewolucji, jaka się dokonała w kolejnych pokoleniach polskiej młodzieży: w latach młodości Andrzeja Czumy bohaterstwem bywało wysadzać pomniki – w czasach Pomarańczowej Alternatywy bohaterstwem było śmiać się tym głośniej, im bardziej się było obitym.
Śmiech jest bronią ruchów pokojowych, świadomie rezygnujących z przemocy, bronią ludzi słabych, bezbronnych wobec władzy. Bronią niezwykle skuteczną. Mark Twain pisał: „Perswazja, pieniądze – mogą czasem podważyć jakąś przepastną bzdurę, ale tylko śmiech potrafi jednym ciosem rozwalić ją w strzępy, rozbić na atomy”.
Jeśli jednak patrzymy na pręgierz umieszczony na wrocławskim rynku, to uświadamiamy sobie, że krewniak śmiechu - szyderstwo - należał do arsenału katowskiego od zarania dziejów. O ile śmiech jest bronią ludzi bezbronnych, to szyderstwo bywa bronią władzy, która tym sposobem, rękami motłochu, pozbywa się ludzi sobie niewygodnych. Temu celowi służyło wytarzanie delikwenta w smole i pierzu, i przegonienie go przez średniowieczne miasto. Na Tasmanii tubylcy umieszczali nieszczęśnika na niskiej gałęzi drzewa, aby każdy mógł się napawać jego reakcjami, a tłum zebrany pod drzewem – szydził. Temu też celowi służyły artykuły prasowe w polskiej prasie w trakcie procesów marcowych w 1968 roku. Współczesny sejm używa do tego celu komisji śledczej do sprawy afery hazardowej.
Zapewne istnieje wśród telewidzów jakaś grupa, która ogląda kolejne posiedzenia tej komisji z fascynacją i niezdrową ciekawością – ciekawość to niezdrowa, gdyż gdzieś w tle jest chęć popatrzenia na twarze i przypomnienia sobie poczucia odrazy sprzed wielu lat. Wystawa IPN o twarzach bezpieki w pewien sposób bardzo celnie utrafia swoim tytułem w swoistą pamięć o czasach PRL, bo w niej rzeczywiście chodzi o twarze. Te martwe, umalowane i upudrowane fizjonomie robotów w okienku telewizora, które bez drgnięcia powieką, bez śladu zażenowania na twarzy i bez wstydu uzasadniały telewidzom najokropniejsze rzeczy. To był jakiś inny gatunek ludzi, z którymi nie szło się identyfikować, poczuć emocjonalną, czy po prostu gatunkową wspólnotę, bo jakaż to może być wspólnota z istotami, które wyglądają jak my, ale posiadają zupełnie inne życie emocjonalne? Te twarze to były istoty z Marsa. Inwazja kosmitów. I te twarze znowu pojawiły się w telewizji, stąd człowiek wzdraga się, ale patrzy. Tym chętniej patrzy, im bardziej się wzdraga.
Prominentni posłowie Platformy Obywatelskiej popełniają przestępstwo. Partia ta ma w sejmie większość, więc ustala powołanie komisji śledczej, która będzie badać nie przestępstwo, a „procesy legislacyjne” wielu rządów. Członkowie Platformy Obywatelskiej mają w komisji śledczej większość, więc ustalają taką kolejność przesłuchań, że w terminie do 28 lutego, narzuconym przez parlamentarną większość PO, z góry wiadomo, że się z przesłuchaniami przestępców z PO nie zdąży. Następnie, pod nieobecność posła Stefaniuka z PSL, w późnych godzinach wieczornych i bez wcześniejszych zapowiedzi, że będzie taki punkt posiedzenia, większość Platformy Obywatelskiej wyrzuca z komisji dwoje posłów z PiS. Wszystkiemu towarzyszą konferencje prasowe i udział rozmaitych posłów PO w programach telewizyjnych, gdzie z kamiennymi twarzami, patrząc prosto w oko kamery, uzasadniają postępowanie kolegów partyjnych jako zasadne, moralne i etycznie bez zarzutu, a także insynuują rozmaite przewiny Wassermana i Kempy, które mają w pełni uzasadniać ich wyrzucenie z komisji. Och, jak się na te twarze patrzy!
Kulminacją tego patrzenia był 28 grudnia 2009. Tego dnia jedni posłowie Platformy Obywatelskiej przez siedem godzin przesłuchiwali w dosyć szczególny sposób człowieka niewinnego, a inni członkowie tej partii to ich postępowanie uzasadniali. Sami przedstawiciele PO w komisji nie potrafili w trakcie przesłuchania wskazać najmniejszego zarzutu, ani nawet powodu wezwania posła Wassermana na świadka, bo, jak wynikało z ich własnych dociekań, Wasserman ani działalności kryminalnej nie uprawiał, ani nie brał udziału w „nieprawidłowościach legislacyjnych”. Siedmiogodzinne przesłuchanie posła Wassermana było siedmiogodzinnym seansem nienawiści, szyderstwem i upokarzaniem człowieka niewinnego. Posłom PO poprzez siedem godzin nie schodził z twarzy szeroki uśmiech sadystycznego zaspokojenia. Trzeba przyznać, że twarze posłów Stefaniuka i Arłukowicza były cały czas poważne. Arłukowicz wyglądał nawet na zdenerwowanego, kiedy zastrzegał się, że on nie korzysta z porad przesyłanych komunikatorami internetowymi w trakcie posiedzenia, tylko pracuje na dokumentach. Przewodniczący Mirosław Sekuła, który już kilkakrotnie narzekał na brak doradców w komisji, nie zainteresował się personaliami doradców niejawnych i związkiem ich sposobu doradzania z regulaminem komisji.
Przewodniczący komisji Mirosław Sekuła przejdzie chyba do historii politycznego gangsteryzmu za wywiad, w którym uzasadniał, że posłowie wyrzuceni z komisji nie mogą do niej wrócić, gdyż byli przesłuchiwani jako świadkowie, rzecz jak z „Procesu” Kafki. Główny organizator sędziowania Platformy Obywatelskiej we własnej sprawie, z jego oblicza nie schodził wyraz dostojeństwa i zasadniczej, moralnej powagi, kiedy tłumaczył, że motywuje go troska „o dotrzymanie standardów” i przekonanie, że posłowie Kempa i Wasserman we własnej sprawie sędziować nie mogą. Cóż to za sprawa i jakie standardy, nie wyjaśnił, analogicznie, jak nikt nic nie wyjaśniał kafkowskiemu Józefowi K. Panu Sekule w pełni dorównują pracownicy Biura Analiz Sejmowych, którzy w zaskakującym terminie dostarczyli „analizę”, że człowiek przesłuchiwany w charakterze świadka nie może być członkiem komisji śledczej: „analiza” została przedstawiona opinii publicznej dopiero po przesłuchaniu Wassermana, a nie przed posiedzeniem Prezydium Sejmu, które zaleciło szybkie przesłuchanie posłów PiS właśnie po to, żeby można było ich przywrócić do komisji.
Mimo braku jakichkolwiek rezultatów Platforma Obywatelska zdecydowała, że będzie przesłuchiwać Wassermana ponownie, tym razem niejawnie. Ogląd pierwszej części przesłuchania każe powątpiewać, czy istnieje cokolwiek „tajnego” na posła Wassermana. Raczej można przypuszczać, że Platforma Obywatelska, podobnie jak każdy gang uliczny, woli sekować swoje ofiary w ciemnych zaułkach i bez świadków. Wedle wcześniejszych, ludożerczo- spożywczych sugestii posła Palikota, że członkowie PO z komisji śledczej zrobili swego czasu błąd, gdyż przerwali „grillowanie” swoich ofiar, gdy te jeszcze mogły się ruszać, być może członkowie PO w komisji śledczej postanowili ów błąd naprawić i zamierzają nękać Wassermana, aż padnie na zawał.
Zgodnie z tą samą filozofią w telewizji występuje teraz stadko ekspertów, którzy zgodnie twierdzą, że powadze i autorytetowi Sejmu szkodzą transmisje z obrad komisji śledczych. Na tej samej zasadzie można zarzucać organizacjom kobiecym, że nagłaśniają sprawy mężów bijących swoje żony – gdyż to szkodzi autorytetowi rodziny. Bronią słabych, i to wielce skuteczną, jest nie tylko śmiech, ale i jawność. Dziś służy ona nie Platformie Obywatelskiej, a jej ofiarom. Wzmacnia determinację posłów PSL i lewicy, by się poprawnie zachowywać i uodparnia ich na ewentualne zakulisowe presje. Opinia publiczna jest tu dla nich nagrodą, bo wiedzą, że właściwym postępowaniem przysporzą głosów swoim ugrupowaniom. Ekspercki atak na suwerenność i wolną wolę opinii publicznej znakomicie mieści się w konwencji wcześniejszych propozycji zmian w Konstytucji RP, proponowanych przez Donalda Tuska, które sprowadzały się do likwidacji najpopularniejszych w Polsce, powszechnych wyborów na prezydenta, odebraniu praw wyborczych opinii publicznej i przekazaniu ich parlamentarnej większości Platformy Obywatelskiej. Opinię publiczną, elektorat, też można zaliczyć do kategorii słabych podmiotów sceny politycznej, gdyż nie dysponuje ona policją, wojskiem, żadnymi formami przymusu i presji, poza kartką wyborczą dzierżoną w garści i własnym poinformowaniem, na podstawie którego podejmuje wyborcze decyzje. Właśnie w obronie suwerenności i poinformowania opinii publicznej w 1968 roku bunt młodzieży objął aż 200 tysięcy osób, krzyczących głośno w całej Polsce, że „Prasa kłamie”. Dziś historia zatoczyła koło i powróciła jako farsa. Członkowie Platformy Obywatelskiej czynią okropne rzeczy, a Donald Tusk, ich przywódca, opowiada telewidzom jak onegdaj Gomułka, że w „roku bieżącym wyprodukowaliśmy 20 tysięcy łyżeczek do herbaty więcej” niż inne kraje Unii Europejskiej, oraz, że jeszcze niedawno staliśmy o krok od przepaści (bo rządził PiS), a teraz wykonaliśmy ogromny skok do przodu...
Posłanka Kempa może być w pewnym sensie w gorszej psychologicznie sytuacji niż poseł Wasserman, bo oprócz „grillowania” można jeszcze uderzać i w to, że jest kobietą. Na jednym z wcześniejszych posiedzeń przewodniczący komisji Mirosław Sekuła upominał ją, że się nie zachowuje „jak kobieta”. Identyczne upomnienia świetnie pamiętają wszystkie kobiety, które działały w opozycji. To była celowa metoda SB, upokarzać, pozbawiać działaczki opozycji kobiecości i godności osoby ludzkiej. Aresztantkom nagminnie tłumaczono, że działają w opozycji, gdyż są brzydkie, „żaden chłop ich nie chce”, nie wiedzą, jak się zachowywać jak kobieta, na zmianę z insynuacjami o prostytucji, alkoholu i lekkim prowadzeniu się. Poseł Halicki z PO występujący w programie „Minęła dwudziesta” się otwarcie, szyderczo uśmiechał gumowym uśmiechem, kiedy posłanka Kempa mówiła, że cały dzień czekała pod drzwiami komisji. Oto wreszcie Platforma Obywatelska pokazała, jak powinna się zachowywać kobieta: ma tłuc się pociągami tam i nazad, siedzieć na fotelu pod drzwiami od dziesiątej rano do dwudziestej pierwszej, pokornie przyjąć decyzję komisji, że się jej nie chce z nią rozmawiać i w nocy wracać pociągiem do domu. Jako kobieta, osoba nieważna, nie powinna mieć pretensji, że jej ktoś wcześniej z wysiadywania na wycieraczce pod drzwiami panów szejków z PO nie zwolnił.
W komisjach śledczych zeznaje się pod rygorem karnym, na podstawie stosownych przepisów kpk, dlatego można by zaryzykować opinię, że choć w historii PRL codziennością było pożytkowanie majestatu kodeksu karnego i polskiego sejmu do maltretowania i skazywania osób niewinnych, to w historii wolnej Polski jest to jednak niepokojąca nowość. Polega ona na wielce innowacyjnej procedurze odbierania części praw obywatelskich (w postaci prawa kandydowania na członka komisji) nie za przewiny, a za to, że się było przesłuchiwanym. Jako, że ryba psuje się zwykle od głowy, w polskim wymiarze sprawiedliwości szykuje się wesoła rewolucja imienia Franza Kafki: oto z garaży wyjadą znowu czarne wołgi, złapie się przechodnia na ulicy, przesłucha na dowolną okoliczność, a potem wsadzi do więzienia za to, że przechodzień został przesłuchany. Na tej samej zasadzie Platforma Obywatelska będzie mogła odbierać bierne i czynne prawa wyborcze dowolnym obywatelom, nie wykluczając kontrkandydatów Donalda Tuska do fotela prezydenta RP.
Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, motłoch jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje Platforma Obywatelska, najwyższej jakości jako dzieło sztuki partyjnej. Wiwat Biuro Analiz Sejmowych. Wiwat soki owocowe....
wtorek, 16 czerwca 2009
Teheran. Raport z 15 czerwca
(Please, RT and translate into your lang from Eng version - here)
O trzeciej po południu wraz z rodziną wyszedłem z mojego domu w Tajrish. Udaliśmy się wzdłuż Valiast Street, która jest główną ulicą Teheranu biegnącą z północy na południe, aż dotarliśmy do zjazdu Evin, który prowadzi do Enghelab Street. Wiedzieliśmy, że ludzie mieli się zebrać na Enghelab Sq. (Placu Rewolucji) o czwartej i przemaszerować w kierunku Azadi Sq. (Plac Wolności). Począwszy od mostu Gisha i dalej widzieliśmy idących ludzi. Auta trąbiły, a ludzie pokazywali znak zwycięstwa. Udaliśmy się do Navvab Street i na końcu ulicy zaparkowaliśmy nasz samochód. Potem posłużyliśmy się taksówką, by wrócić na Enghelab Street. Po drodze, w pobliżu Jomhouri Sq. (Plac Republiki), zobaczyłem grupę około 20 członków milicji na motocyklach, z długimi brodami i pałkami.
Trzymałem rękę za oknem samochodu z niewielką, zieloną wstążką (znak reformistów), owiniętą wokół palca. Jeden z milicjantów kazał mi wyrzucić wstążkę. Pokazałem mu palec. Nagle około 15 osób zaatakowało mnie wewnątrz samochodu. Pobili mnie pałkami i próbowali wyciągnąć na zewnątrz. Moja żona i moja córka, siedzące na tylnym siedzeniu, krzyczały i mocno mnie trzymały. Też się mocno trzymałem siedzenia w aucie. Wtedy chcieli wytłuc szyby w aucie. Kierowca wyskoczył i wyjaśnił, że jest taksówkarzem, a mu jego pasażerami, i że to nie jego wina. Po około 5 minutach odstąpili.
Boli mnie mocno łokieć. Nagle młody człowiek z ich grupy podchodzi i w ten łokieć całuje! Powiedziałem mu: Wiesz, nie nienawidzę ciebie. Jestym taki sam jak ty, tylko wiem więcej, a ty jesteś ignorantem. Przeprosił i odszedł. My przyłączyliśmy się do tłumu na Enghelab Street.
Czytaj uważnie:
To, co dzisiaj widziałem, było najpiękniejszą sceną, jakiej byłem świadkiem w całym moim życiu. Ogromna liczba ludzi maszerowała ramię w ramię, w pokoju. Cisza. Cisza była wszędzie. Bez haseł. Bez przemocy. Ręce podniesione w górę w znaku zwycięstwa, z zielonymi wstążkami. Ludzie nieśli transparenty z napisem: cisza. Starzy i młodzi, mężczyźni i kobiety; radośnie maszerowały wszystkie grupy społeczne. Był to niebywały znak solidarności.
Enghelab Street, która jest najszerszą ulicą w Teheranie, była pełna ludzi. Powiedziano mi, że pochód zaczyna się na Ferdowsi Sq., a kończy się obecnie na Imam Hossein Sq. we wschodniej części Teheranu, a po drugiej stronie ludzie już się zbierają na Azadi Sq. Ulica ma około 6 km długości. Szacuje się, że pomieściła około 2 miliony ludzi.
Po drodze minęliśmy posterunek policji i bazę milicji (Baseej). W obu miejscach drzwi były zamknięte i mogliśmy zobaczyć w pełni uzbrojone, policyjne i milicyjne oddziały prewencji, obserwujące nas spoza płotu. W pobliżu Sharif University of Technology, gdzie kilka dni temu studenci potępili Ahmadinejada, Mirhossein Mousavi (reformistyczny prezydent-elekt) oraz Karrubi (inny reformistyczny kandydat) wygłosili kilkuminutowe przemówienia, przyjęte przez ludzi okrzykami aprobaty i aplauzu.
Czułem dumę, że znalazłem się wśród tak wielkiej liczby owładniętych pasją ludzi, demonstrujących w tak umiarkowanym akcie protestu. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się takiej dojrzałości politycznej ze strony emocjonalnych Irańczyków, którzy łatwo się ekscytują. Moja rodzina i ja zakleiliśmy usta nalepkami, co miało oznaczać tłumienie wolności. Ludzie nieśli rozmaite afisze; od wierszy narodowego poety Ahmada Shamlu do łatwiejszych w odbiorze haseł przeciwko Ahmadinejadowi.
Oto przykłady: "Aby nas mordować/czemuż potrzebujesz nas zapraszać/na takie eleganckie przyjęcie" (z wiersza Shamlu); "Halo! Halo! 999? Ukradziono nasze głosy" albo "Cud Trzeciego Tysiąclecia: 2x2=24 miliony" (aluzja do twierdzeń, że Ahmadinejad otrzymał 24 miliony głosów), "Gdzie jest mój głos?", "Oddajcie mi mój głos" i wiele innych.
Przybyliśmy na Azadi Square, gdzie cały plac był już pełen ludzi. Szacuje się, że ten wielki plac może pomieścić około 500 tysięcy osób - był pełen. Nagle poczuliśmy dym od strony Jenah Freeway i usłyszeliśmy strzały. Najpierw ludzie się przestraszyli, ale potem poszli dalej. Ja tylko słyszałem strzały, ale moja siostra powiedziała mi później, że widziała, jak czterech milicjantów wyszło z budynku i zastrzeliło dziewczynę. Potem postrzelili młodego chłopca w oko, aż kula wyszła mu uchem. Powiedziała, że zastrzelono 4 osoby. Przynajmniej jedna z tych śmierci jest już potwierdzona. Ludzie zaaresztowali jednego z milicjantów, ale trzech pozostałych uciekło, kiedy skończyła im się amunicja. Około 8 zaczęliśmy powrót na piechotę. Ludzie dalej byli na ulicy, śpiewali Allah Akbar (Bóg jest wielki).
Do domu dotarłem około 2 nad ranem. Po drugiej stronie ulicy zobaczyłem około 10 autobusów z oddziałami prewencyjnymi w pełnym rynsztunku bojowym. Potem zauważyłem rozsianą po ulicy milicję w cywilnych ubraniach, z pałkami w rękach, zajętą patrolowaniem pustych ulic. Na Tajrish Square widziałem bardzo młodego chłopaka (okolo 16letniego) z pałką, który oglądał samochody by znaleźć coś, co mógłby zaatakować. Nie wiem jak i jakie nauczanie może chłopca przerobić na milicjanta.
Dotarłem do domu. Jutro ludzie znowu się zgromadzą na Valiasr Square, na kolejnym, pokojowym przemarszu ku budynkowi IRIB (Islamic Republic of Iran Broadcasting), która kontroluje wszystkie media i rozprowadza brudne kłamstwa. Przedwczoraj Ahmadinejad świętował swoją ceremonię zwycięstwa. Rządowe autobusy przywiozły wszystkich jego zwolenników z pobliskich miast. Ceremonia, z jej dużą ilością soków owocowych i ciastek, była w pełni transmitowana. Jego przemówienie zgromadziło maksimum 100 tysięcy ludzi, w tym całą milicję, żołnierzy i wszystkich zwolenników, jakich mógł zgromadzić przy użyciu darmowej, telewizyjnej propagandy. Dzisiaj 2 miliony ludzi przyszło tylko dzięki informacji przekazywanej z ust do ust, gdyż reformiści nie mają ani gazety, ani radia, ani telewizji. Wszystkie witryny internetowe reformistów, tak samo jak wszystkie sieci społecznościowe, jak Facebook, zostały zinfiltrowane. Podczas tej demonstracji odcięto także komunikatory sieciowe i komunikację komórkową. Od wczoraj irańska telewizja ogłasza, że nie było żadnego zezwolenia na jakiekolwiek zgromadzenia i służba bezpieczeństwa będzie surowo karać każdego demonstranta.
Ahmadinejad wyzwał opozycję od bandy nic nie znaczącego kurzu, który usiłuje zepsuć narodowi smak zwycięstwa. Wyzwał również zachodnich liderów od "brudnych homoseksualistów". Odpowiedzią na te wszystkie niesmaczne uwagi była dzisiejsza demonstracja, największa z tych, co się kiedykolwiek odbyły. Starsi ludzie porównywali ją z demosntracją Ashura, która wyznaczyła koniec reżimu szaha, a niektórzy twierdzili nawet, że przewyższyła ją w liczbie uczestników.
Mówiąc w przenośni, milicja sama podpalała dom, by znaleć usprawiedliwienie dla swej przemocy. Ludzie podporządkowali swą taktykę głownie solidarności, swoim przekonaniom i odmowie zaangażowania się w jakikolwiek akt związany z przemocą. Odczuwam smutek z powodu straty tych młodych dziewcząt i chłopców. Mówi się, że ostatniej nocy zabili też trójkę studentów w trakcie ataku na uniwersyteckie dormitoria. Słyszałem, że jakaś część profesorów z uczelni Sharif i AmirKabir (Teherańska Politechnika) zlożyła rezygnacje.
Przzed nami długa droga do demokracji. Może tego dnia nie dożyję. Z oczami pełnymi łez, w tych wczesnych godzinach wtorku, 16 czerwca 2009, wysławiam odwagę i męstwo poległych i mam nadzieję, że ich krew uczyni każdego z nas jeszcze bardziej przywiązanym do wolności, do demokracji, i do praw człowieka.
Wiwat Wolność, Wiwat Demokracja, Wiwat Iran.
PS. Jeśli uważasz, że ten raport ma jakąkolwiek wartość, podziel się nim z jak największą ilością ludzi. Facebook jest infiltrowany, a połączenia internetowe są dla Irańczyków dziś bardzo powolne. Proszę, niech ktoś to umieści na Facebooku.
(nazwisko znane redakcji)
po angielsku
http://www.facebook.com/note.php?note_id=92272294409&ref=nf
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Nostalgia za jednopartyjną Polską
W komentarzach do notki postulującej obniżenie progu wyborczego na Salonie24 wprost powołałam się na przykład Partido Revolucionario Institucional (PRI), która w Meksyku rzadzila od 1923 praktycznie do wyborow prezydenckich w 2000. Antykonstytucyjny balon próbny w wykonaniu Schetyny, dotyczący połączenia funkcji prezydenta i szefa partii, jeszcze wtedy nie został wypuszczony, dlatego nie został przywołany jako jeden z śladów wskazujących kierunek, w którym może zmierzać polska scena polityczna.
Antykonstytucyjna wypowiedź członka rządu wytwarza niewyobrażalny do niedawna klimat dyskusji politycznej, w którym najwyższy akt prawny konstytuujący państwo prawa może być ignorowany w kontekście doraźnych rozwiązań politycznych - trudno się spodziewać, by członek rządu nie wiedział, kiedy jego pomysły są zgodne z konstytucją, kiedy nie. Premier Donald Tusk się zresztą od tej propozycji nie odciął, i nie skomentował, że to jest prywatna opinia Schetyny, a nie informacja o kierunku rozważań kierownictwa Platformy Obywatelskiej. Jakąś wskazówką co do antydemokratycznych upodobań obecnego kierownictwa PO jest też przesłanie tej partii do elektoratu w trakcie wyborów europejskich, sugerujące, że głosowanie na partię inną niż PO jest wbrew polskiemu interesowi narodowemu oraz "marnowaniem głosu".
Pod czyim adresem Schetyna wypuścił swój balon? Opozycji politycznej? Oczywiście, że nie. W systemie meksykańskim zdanie opozycji się zupełnie nie liczy, gdyż jest zbyt słaba elektoralnie, by swoje opinie forsować. Schetyna sprawdzał, jak na to zareaguje elektorat PO. I elektorat zaczyna reagować... z entuzjazmem.
"Wobec totalnej słabości i nieudolności sceny opozycji, taka forma rządów demokracji jest jak najbardziej dopuszczalna" pisze dziś basia25 w notce "Nieudolna opozycja - ciężarem dla Narodu" - "objęcie jak najszerszych obszarów działalności politycznej przez PO - jest gwarantem sukcesywnego zabezpieczania obszarów - tam gdzie symulanci opozycji nie wypełniają swojej roli, gdzie pieniądze podatnika wydawane z budżetu na działalność partyjną - mogą i będą lepiej zagospodarowane i ich wielokrotność zwrocona Narodowi."
W notce basi25 pojawił się niezbyt precyzyjny termin "symulanci opozycji", żywcem przeniesiony z PRLowskiej propagandy. Schetyna zaproponował, basi się skojarzyło - i twórczo rozwinęła. Poniekąd, symptomatyczny jest język całej tej notki, sformułowania typu "sukcesywne zabezpieczanie obszarów" też mają swoje historyczne korzenie...
Pytanie, ilu wyborcom PO, ilu Polakom się obecnie kojarzy i twórczo rozwija uzasadnienie, ze Polska potrzebuje tylko jednej partii. Zdaje się, że przy partyjnych władzach, które rozważają własne postępowanie bez uwzględniania ograniczeń, narzucanych przez konstytucję, o przyszłości Polski może zdecydować ilość wyborców myślących mniej więcej tak samo, jak basia. Swoją drogą, taka nostalgia za systemem jednopartyjnym może też wskazywać, że wolnościowo- demokratyczny festiwal w świadomości Polaków właśnie się kończy...
piątek, 8 sierpnia 2008
Bojkotuj olimpiadę w Pekinie!
"War has started" - tak wg wpływowego serwisu bloomberg.com miał powiedzieć Władimir Putin do Busha na otwarciu Igrzysk w Pekinie. Biały Dom potwierdził, że Putin rozmawiał z Bushem o wojnie na ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Jaka olimpiada, taki pokój. Wybuchła wojna. Już tysiąc ofiar śmiertelnych w Gruzji. Tych w Tybecie nikt nie jest w stanie policzyć. Tylko tyle albo aż tyle może zrobić uczciwy człowiek, ktory nie może się pogodzić z komercją oraz bezwzględnością olimpiad kojarzących się z 1936 i 1980: nie oglądać olimpiady w telewizji. Nie kupować gadżetów. Nie przysparzać dochodów reklamodawcom. Tej olimpiady NIE MA.
Olimpijska reedukacja
W Tybecie trwa kampania reedukacyjna, której towarzyszą masowe aresztowania, niszczenie klasztorów i zakrojona na szeroką skalę propaganda. Jak informuje Helsińska Fundacja Praw Człowieka, kordony wojskowe odcinają od świata kolejne klasztory, dokonując jednocześnie aresztowań wśród mnichów - także tych, którzy nie brali udziału w marcowych protestach. Z tybetu napływają też informacje o przypadkach niszczenia klasztorów przez chińskich funkcjonariuszy - przede wszystkim ołtarzy i wizerunków dalajlamy. Do mediów docierają również informacje o samobójstwach uciskanych mnichów.
W całym Tybecie “grupy robocze” (jak określa ich HFPC) odwiedzają klasztory i wioski, zmuszając mnichów i mieszkańców do potępiania “kliki Dalaja”. Jak informują tybetańskie źródła, w ramach akcji reedukacyjnej mieszkańcom miast, uczniom w szkołach, a nawet pracownikom w biurach, każe się pisać “relacje z 14 marca”, w którym muszą lżyć Dalajlamę. Reedukacja nie ominie nikogo - akcje przeprowadzane są wśród chłopów, dzieci, emerytów, urzędników, a nawet policjantów i wojskowych.
Jednocześnie organizacje broniące praw człowieka, wciąż informują o aresztowaniach i torturach, jakie dotykają uczestników protestów sprzed kilku miesięcy. Na początku maja na stronie HFPC pojawiła się nawet informacja o śmierci Tybetanki, która aresztowana została za zerwanie tablicy urzędu miejskiego w trakcie zamieszek. Trzydziestoletnia matka czwórki dzieci poddana została torturom. Po zwolnieniu z więzienia była w stanie krytycznym - nie mogla chodzić, mówić ani jeść. Szpital odmówił jednak jej przyjęcia, skutkiem czego zmarła. Władze odmówiły jej nawet prawa do odprawienia przez mnichów pośmiertnych rytuałów, a jej maż zmuszony został do ucieczki, w obawie przed prześladowaniami.
Wszystkim zabitym w pierwszym dniu olimpiady w Pekinie ['] ['] [']
za: http://www.freetibet.pl/
niedziela, 27 stycznia 2008
Zapraszamy na koncert "Republiki" i Kaczmarskiego z okazji 40 rocznicy "Dziadów"
"Nasza klasa" Kaczmarskiego....
Nie pytaj o Polskę
(Lepsze, niż te wszystkie zadęte akademie i obdzielanie się nawzajem orderami.
Wspólcześni słuchacze uważają, że to piosenka "dla wszystkich emigratoss" którzy
są tacy głupi, że ciągle jeszcze mówią po polsku;))
http://pl.youtube.com/watch?v=WItEokvwSJs
To nie karnawałale tańczyć chcę
i będę tańczył z nią po dzień
to nie zabawa
ale bawię się
bezsenne noce senne dnie
to nie kochanka
ale sypiam z nią
choć śmieją ze mnie się i drwią
taka zmęczona
i pijana wciąż
dlatego nie
NIE PYTAJ WIĘCEJ MNIE
nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc
nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chce
zasypiać w niej i budzić się
te brudne dworce
gdzie spotykam ja
te tłumy które cicho klną
ten pijak który mruczy coś przez sen
że PÓKI MY ŻYJEMY ona żyje też
NIE PYTAJ MNIE
NIE PYTAJ MNIE
C0 WIDZĘ W NIEJ
nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chcę
zasypiać w niej i budzić się
nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc
I dalej:
Moja krew - to wykonanie... ten bunt... Jeden z komentarzy: " To wykonanie jest jak bomba atomowa. Ludzie, którzy tam wtedy byli przeżyli coś wielkiego. Gdzie oni są?"
Republika Biala Flaga - o Stronnictwie Białej Flagi. Ale jak on nap...dalał po fortepianie... Jeden z komentarzy: " Yes! Teraz produkuje się tylko 'gówno'
Muzyka została już stworzona"
Lawa - wulkany wstają, warczą lawą ... i jeden by drugiego zalał. I tak zaczęła się transformacja w Polsce. "Pozytywne, mimo wszystko" - pisze ktoś w komentarzu.
Mamona - Nam się to kojarzy z Agorą, czyli tym, co zostało z Mojej Krwi. Komentarz jakiś taki w podobnym kierunku: "taaa , słuchać i płakać teraz to se można usłyszeć : " łłłoooo , jak ja jej to powiem(...) że muszę żyć życiem towarzyskiem ,łoo łoo " czy jakoś tak"
Odchodząc - Komentarz: "mój chłopak poprosił mnie bym przekazała jego rodzicom że chce by ta piosenka była puszczona na jego pogrzebie. Powiedziałam i została puszczona..." No cóż. Gdyby nie to, co było w ostatnich 40 latach, to i parę pogrzebów byłoby mniej. Jakoś im znaleźć miejsce, na półce czy parapecie...
Dzień Niepodległości. Ani ja, ani ty. - Michnikowi i jego drużynie:)
I na pocieszenie: póki się oddycha... Republika Marzeń :)
Spotykamy się 30 stycznia o godz 21.00 pod Pomnikiem Mickiewicza.
aa
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
sobota, 26 stycznia 2008
Lewicy w wielkim kryzysie o hodowli brojlerów
Ze sprawozdania opublikowanego w Gazecie Wyborczej wynika, że dzisiaj aktualnym zagadnieniem jest kryzys lewicy, a teren będzie się zajmował debatami na temat, jak przenieść na konkrety hasło "Wolność człowieka i solidarność między ludźmi". Kierownictwo amerykanskiej Partii Demokratycznej miałoby w ogóle poważne trudności ze zrozumieniem koncepcji "przenoszenia debat w teren" - głównie dlatego, że ma biurokratyczną samoświadomość i wie, że zadaniem partyjnej biurokracji jest organizowanie maszyny wyborczej, a nie sterowanie wewnątrzpartyjnym propagitem i pseudointelektualnymi "debatami". Życie intelektualne w Partii Demokratycznej kwitnie, ale nie dzięki partyjnym lektorom wysyłanym z Waszyngtonu w głęboki teren stanu Iowa.
O czym, jak, kiedy i z kim
Wolność człowieka, tak samo jak wolność wewnątrzpartyjna, realizuje się między innymi poprzez samosterowność jego życia intelektualnego. Temu służą think tanki. Debatują o czym chcą, jak chcą, kiedy chcą i z kim chcą. Sam termin pojawił się po II wojnie światowej. Dosłownie oznacza zbiornik myśli, a jako pojęcie wywodzi się od nazwy schronu, w którym naradzali się amerykańscy stratedzy. Aparat biurokratyczny Partii Demokratycznej, jak i każdej innej partii, z natury rzeczy ogranicza wolność członków tej partii. Jest właśnie do tego powołany. Jego głównym celem jest namówienie lub wymuszenie na wolnych jednostkach takiego zbiorowego działania, które zrealizuje najlepszą strategię prowadzącą do wygranych wyborów. Cieszy się partyjną legitymizacją tak długo, jak długo potrafi sprawnie zarządzać członkami partii, chętnie godzącymi się nadwerężyć własną wolność, poddać jurysdykcji sądów koleżeńskich i komisji rewizyjnych, płacić składki i nie całkiem dobrowolne darowizny, wszystko w nadziei na pożytki płynące z wyborczego zwycięstwa.
Wolność intelektualna człowieka, podobnie jak ciąża, nie istnieje częściowo, gdyż jest wolnością chaotyczną. Albo intelektualista ma wolność poruszania się ruchami Browna, albo przestaje być intelektualistą. Think tanki są szczytowym osiągnięciem powojennych, demokratycznych sposobów sprawowania władzy i chyba jakąś reakcją na powojenne przerażenie, że Hitler doszedł do władzy z zachowaniem formalnych mechanizmów demokracji. Gdyby Niccolo Machiavelli wiedział, ze wybór nie ogranicza się tylko do wyboru między despotą dobrym, a despotą niedobrym, to sam za bzdurę by uznał własną opinię "twierdzenie że lud jest najlepszym strażnikiem swoich praw, to bzdura niczym nie usprawiedliwiona. Jest on strażnikiem najgorszym, wręcz żadnym". Zarówno biurokraci, jak i intelektualiści, odpowiadają sobie na pytanie "o czym, jak, z kiedy i z kim". Biurokraci muszą wybrać jedną odpowiedź. Intelektualiści, którzy jedną i tą samą odpowiedź wybiorą, z presją lub bez, już intelektualistami nie są. Innymi słowy, rola partyjnego biurokraty i rola partyjnego intelektualisty do zupełnie różne role, różne środki i różne kryteria oceny.
Zamiast fantazji o politycznej prekognicji
Machiawelli żywił nadzieję, że zdolność przewidywania skutków własnych czynów jest tym, co odróżnia władcę dobrego od złego: "najczęstszy ludzki błąd - nie przewidzieć burzy w piękny czas". My, lokatorzy pierwszej połowy XXI wieku, jesteśmy od niego mądrzejsi. Wiemy już, że burz przewidzieć się nie da. Ani tej z Hitlerem, ani tej z Stalinem, ani tej z World Trade Center, ani wszystkich przyszłych. Przyszłością się rządzić nie da. Nawet Hitlerowi to się nie udało, mimo, że na swoim dworze zatrudniał wróżbitów. Ale w radzeniu sobie z przyszłością można przyjąć lekcję Matki Natury i zrobić to samo, co ewolucja robi od milionów lat. Siejesz mutującą sie pulę genetyczną i patrzysz, co z tego wyniknie. Coś padnie, coś przetrwa, a coś się okaże najlepszym lekarstwem na kryzys, którego dzisiaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Temu służą think tanki. Właśnie dlatego muszą się poruszać ruchami Browna - na tym polega przetrwanie systemu demokratycznego. Oraz prawdziwa wymiana pokoleń liderów politycznych.
Nie wiadomo, co myślał Reagan, kiedy po ustąpieniu z prezydentury zajał się zakładaniem think tanków. Zapewne miał na myśli rozwiązanie bardzo praktycznego problemu, jakim był niedobór konserwatywnych kadr, na tyle poważny, że przy zatrudnianiu urzędników do Białego Domu on sam musiał korzystać z zasobów Demokratów. Już zupełnie nie wiemy, czemu jego think tank fundował stypendia na najlepszych uniwersytetach nie tylko konserwatywnej młodzieży, ale i demokratycznej, która rokowała jakieś intelektualne nadzieje. Ale po 20 latach absolwenci sieci tanków Reagana nie tylko zmietli z powierzchni ziemi skansen konserwatyzmu Thatcher na rzecz tzw. konserwatyzmu współczującego, ale też sprawili kłopot Demokratom. Okazało się bowiem, że - wbrew różnicom poglądów - młodszemu pokoleniu Demokratów jest percepcyjnie i językowo bliżej do młodych konserwatystów, niż mamutów z własnej partii. Dlatego Bush rządził pełne dwie kadencje.
Rewolucja potrzebna od zaraz
Światowa lewica nie ma żadnego kryzysu, przeciwnie, Demokraci najprawdopodobniej wygrają najbliższe wybory, a to da natychmiastowy impuls także w Europie. Kryzys, owszem, jest, ale wynika z procesów globalizacyjnych, a nie jakiejś szczególnej lewicowości czy prawicowości tych, którzy o nim myślą. Wszyscy, i lewica, i prawica, mają taki sam problem z nowym porządkiem świata i koniecznością ułożenia na nowo relacji między powszechnością i dostępnością świata a obroną lokalnej tożsamości i unikalności. Lewicowe życie intelektualne w Polsce kwitnie. Wszelkie badania opinii publicznej wskazują na rosnącą popularność postulatów lewicowych, co w ostatnich wyborach ujawniło się nawet w cudotwórczych zapędach Platformy Obywatelskiej. Bogactwo środowisk, grup, publikacji. Ale dla polskiej, partyjnej lewicy nic z tego nie wynika. Może i mają jakąś świadomość, że siedzą w bardzo chybotliwej łodzi, niemniej sygnału, że się na te środowiska otworzą, brak. Wysyłanie lektorów w teren i hodowla brojlerów nie są alternatywą dla życia intelektualnego... I będzie miało dokładnie taki sam skutek, jak - swego czasu - wykłady z marksizmu -leninizmu w podstawowych organizacjach partyjnych PZPR w zakladach pracy.
"Rewolucja potrzebna od zaraz" - pisze Sławomir Sierakowski (Newsweek, nr 3/08) - "...polityków takich jak Józef Pinior czy Marek Balicki nie powstydziłaby się żadna lewicowa formacja w Europie. Tym niemniej konieczną zmianę w LiD wiązać należy raczej z młodszym pokoleniem. Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski zrobili błąd: zamiast odmłodzić partię, sami postarzeli się o 20 lat. Błąd zrobili też Jerzy Szmajdziński, Krzysztof Janik, Marek Borowski i Aleksander Kwaśniewski, zachowując się jak pies ogrodnika - sami już nie mają siły, ale wolą pójść razem na dno, niż ożywić partię. Tak poważni politycy, którzy sprawowali najważniejsze funkcje w państwie i przeszli już werdykty wyborcze, mogą nie przejść najważniejszego - werdyktu historii. Zamiast być akuszerami lewicy w Polsce, mogą zostać zapamiętani jako jej grabarze..."
Mantra dla lewicy
Zbliża się 40 rocznica Marca68. Zapraszamy wszystkich 30 stycznia o godzinie 21.00 pod pomnik Adama Mickiewicza, niezależnie od wieku, zapatrywań, czy politycznej przynależności. Po spektaklu "Dziadów" w Teatrze Narodowym złożymy tam kwiaty, zapewne bardzo wzruszeni. Drogi byłych marcowców się dawno rozeszły. Jedni są dziś na lewicy, inni na prawicy. Jedni się lubią, inni darzą nawzajem niechęcią. Szczęśliwie żyjemy w innych czasach i innych nastrojach, nie grozi nam ani Golędzinów, ani policja polityczna.
Kiedy człowiek się zastanawia, co ewentualnie miałby do przekazania z własnych doświadczeń, okazuje się, że bardzo niewiele. Ale chyba jest coś, o co warto zadbać. To coś, co połączyło grupę Nowe Formy z Kicaka jeszcze przed Marcem, a potem tajemniczo objawiało się w kolejnych pokoleniach opozycji. To gotowość uczenia się nowych rzeczy zawarta w mantrze "jeśli ktoś powtarza za innym, to jest podejrzany". W rozmaitych ustach "wolność człowieka i solidarność między ludźmi" bywa tylko mgławicowym komunałem i zawsze się można wykręcić od wszelkiej odpowiedzialności za realizację powiadając, "ja to rozumiem inaczej niż ty". Za to każdy potrafi odróżnić, czy rozmawia z kopią, czy z oryginałem. Nigdy brojler nie będzie liderem politycznym. Sierakowski zarzucił Olejniczakowi, że zamiast odmłodzić partię, się postarzał o 20 lat, ale co to za zarzut. Zależy, kto jakie odmładzanie ma na myśli. Olejniczak miał tą partię odmienić, a skopiował co było. Ze w nieco młodszym wydaniu, to co z tego?
[mirror na Salonie24]
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
sobota, 1 września 2007
Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie?
Dlatego to Kaczmarek jest źródłem, obojętnie, czy dowiedział się przez przypadek, czy też został poinformowany, oraz obojętnie, kto i z jakich przyczyn go informował. W świetle materiałów przedstawionych przez prokuraturę jest to raczej oczywiste. Innego źródła nie ma, pojawia się za to pytanie o rolę polityków w tej sprawie. Do jakiego momentu działania opozycji są normalną praktyką demokratycznego państwa, a kiedy stają się pomocą w mataczeniu i utrudnianiu śledztwa? Bezprzykładna presja, w tym oskarżenia, że prokuratura bierze faktycznie udział w zamachu stanu, wymusiły na prokuraturze ujawnienie większości materiału dowodowego zanim przesłuchali ostatnią z osób, Ryszarda Krauze. Prokuratorzy, pytani na konferencji, czy im to utrudni postawienie zarzutów Krauzemu, powiedzieli, że nie, gdyż pan Brochwicz, adwokat Kaczmarka, jest też członkiem rady nadzorczej jednej ze spółek Krauzego i w tej sytuacji nie można liczyć, że Krauze będzie nieświadomy co do bieżącego stanu śledztwa.
Ale pan Brochwicz jest też wymieniany jako jeden z pułkowników związanych z Platformą Obywatelską, których paskudna akcja z Jarucką swego czasu wyeliminowała z gry jedynego poważnego kandydata lewicy, Włodzimierza Cimoszewicza, torując drogę Tuskowi do drugiej tury i starcia z Lechem Kaczyńskim. Powstaje więc pytanie, czy Bronisław Komorowski samodzielnie wymyślił argument o artykule 19, czy też mu go ktoś zasugerował, a jeśli tak, to kto? Na ile komentatorzy z PO są samodzielni w tym, co mówią, na ile pomagają koledze z własnej partii, i na ile konsultują swoje wypowiedzi i działania publiczne z adwokatem osób, którym postawiono zarzut kłamstwa w śledztwie?
Jeśli nacisk na prokuraturę po prezentacji się zmniejszył, to niewiele. Wg. Dziennika Bronisław Komorowski miał powiedzieć "To było niebywałe zjawisko. Forma procesu pokazowego jak za najgorszych czasów. To potwierdzenie przypuszczenie o uwikłaniu prokuratury w układ partyjno-polityczny." To oskarżenie jest niewiele słabsze od oskarżenia o zamach stanu. Od początku afery Kaczmarka trwa też bardzo ostra presja na dziennikarzy komentujących inaczej, niż tego by chciała opozycja. Pojawiają się jakieś listy nazwisk i oskarżenia niewiele słabsze niż te pod adresem prokuratury.
I tu ponownie docieramy do tytułowego, kontrowersyjnego pytania. Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie? To znaczy, do jakiego momentu krytyka instytucji państwa i sposobu ich działania jest żelaznym, konstytucyjnie zagwarantowanym prawem polityka do wolności słowa, wykonywaniem obowiązków poselskich, i czy powinna istnieć jakaś prawna granica korzystania ze swobody wypowiedzi poselskiej? Innymi słowy, czy jest wyobrażalna sytuacja, by można było zgłosić do Komisji Etyki Poselskiej wniosek o pozbawienie jakiegoś posła immunitetu celem postawienia mu zarzutu utrudniania pracy prokuratury, mataczenia w śledztwie, etc., poprzez wpływanie na opinię publiczną środkami, jakie ma do dyspozycji każdy poseł? Czy, a jeśli tak, to od kiedy krytyka staje się wykorzystywaniem własnej pozycji do zwyczajnego zastraszania?
W "Tańcu chochołów" pisaliśmy o tytule komentarza Mirosława Czecha w Gazecie Wyborczej "Musi być sąd nad PiSem." Autor sądzi, że ów sąd powinien się odbyć "dla ukarania winnych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców". Histeria to li tylko, czy już pogróżka, element presji? Słowa jakiegokolwiek dziennikarza mają zupełnie inną moc niż słowa polityka, który za miesiąc może rządzić państwem. Ale kiedy zbierze się słowa polityka i słowa dziennikarza do jednego koszyka, to pojawia się pytanie, czy przypadkiem nie są to słowa zbyt ostre, oraz pojawia się myśl, że jednak mogą one mieć znaczący wpływ na tok śledztwa oraz na relacje medialne. Ile musi mieć odwagi cywilnej prokurator, żeby się podpisać pod jakimkolwiek protokołem z przeprowadzanych czynności procesowych, jeśli czytając gazety i oglądając telewizję zastanawia się, ile lat może posiedzieć w więzieniu za udowodnienie Kaczmarkowi, że skłamał pod przysięgą? A dziennikarz, co napisze w swojej relacji, kiedy jego koledzy po fachu praktykują wolność słowa apelując o przykładne kary dla myślących inaczej niż on sam?
- - - -
Art. 19. 1. W sprawach o przestępstwa określone w art. 17 ust. 1, czynności operacyjno-rozpoznawcze zmierzające do sprawdzenia uzyskanych wcześniej wiarygodnych informacji o przestępstwie oraz wykrycia sprawców i uzyskania dowodów mogą polegać na dokonaniu w sposób niejawny nabycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub obrót są zabronione, a także przyjęciu lub wręczeniu korzyści majątkowej.
2. Szef CBA może zarządzić, na czas określony, czynności wymienione w ust. 1, po uzyskaniu pisemnej zgody Prokuratora Generalnego, którego bieżąco informuje o przebiegu tych czynności i ich wyniku.
3. Czynności określone w ust. 1 mogą polegać na złożeniu propozycji nabycia,zbycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi, albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub którymi obrót są zabronione, a także złożeniu propozycji przyjęcia lub wręczenia korzyści majątkowej.
4. Czynności określone w ust. 1 nie mogą polegać na kierowaniu działaniami wyczerpującymi znamiona czynu zabronionego pod groźbą kary.
5. W przypadku potwierdzenia informacji o przestępstwie określonym w art. 2 ust. 1 pkt 1 Szef CBA przekazuje Prokuratorowi Generalnemu materiały uzyskane w wyniku czynności z wnioskiem o wszczęcie postępowania karnego. W postępowaniu przed sądem, w odniesieniu do tych materiałów, stosuje się odpowiednio przepis art. 393 § 1 zdanie pierwsze ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. - Kodeks postępowania karnego.
6. Prezes Rady Ministrów określi, w drodze rozporządzenia, sposób przeprowadzania i dokumentowania czynności, o których mowa w ust. 1. Rozporządzenie powinno, uwzględniając niejawny charakter czynności, określić sposób przechowywania, przekazywania i niszczenia materiałów i dokumentów uzyskanych lub wytworzonych w związku z realizacją czynności, o których mowa w ust. 1, a także określać wzory stosowanych druków i rejestrów.
Mirror na Salonie24
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
piątek, 24 sierpnia 2007
Taniec chochołów
Właśnie widać, jak Wraca Nowe. Powrot do raju powszechnej tolerancji i braku mściwości wyznacza tytuł artykułu Mirosława Czecha w Gazecie Wyborczej "Musi być sąd nad PiSem". "Patologie PiS-owskiego rządzenia muszą być ujawnione i napiętnowane." - nawołuje autor - "Dobro Polski wymaga, by opinia publiczna poznała prawdę o bohaterach tej opowieści i ich metodach. Dla ukarania winnych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców." Sam język tego tekstu sytuuje się w pobliżu języka propagandy komunistycznej z okresu PRL-u, czyli nowomowy. Dla dobra Polski, w całym okresie istnienia PRL, zawsze należało ujawnić zasłuchanemu ludowi prawdę o wrogich knowaniach sługusów imperializmu, kosmopolitów i burzycieli ładu i porządku społecznego, właśnie dla ukarania innych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców. W zasadzie możnaby rzec, że ujawnianie, piętnowanie i przestrzeganie było głównym zadaniem ówczesnych elit partyjnych i dziennikarskich. Jakie szczęście, że Redakcja Gazety Wyborczej nie posiada piwnic nadających się na więzienia, bo - sądząc po tekście - Czechowi się właśnie w głowie roi, że każdą dłoń uniesioną nad Polską by chętnie odrąbał.
Powrót do raju demokratycznych wartości, republikańskich cnót i skłonnych do poświęceń mężów stanu też już się zaczął. Jak informuje "Dziennik", pseudokomitet wyborczy LiD będzie miał siedzibę w pięciogwiazdkowym hotelu Ritz-Carlton w Waszyngtonie. To stamtąd Aleksander Kwaśniewski, pseudoszef pseudosztabu wyborczego LiD, będzie organizował pseudokampanię wyborczą swojej pseudopartii. Oczywiście, w przerwach między przedpołudniowym zarabianiem 100 tys. dolarów w miesiąc, a popołudniowymi masażami, wizażystkami i lampami kwarcowymi, które zrobią z niego polityka ładniejszego od Olejniczaka.
"Tak jak historyczną zasługą przywódców formacji komunistycznej było przekonanie własnego elektoratu do Polski demokratycznej, rynkowej, suwerennej i prozachodniej, tak ich historyczną winą była tolerancja dla obyczaju zawłaszczenia państwa przez koterie partyjne i milczące przyzwolenie na korupcję."- powiada Michnik. Ale czemu nazywa PiS "formacją braci Kaczyńskich", a formację komunistyczną nie zaopatrza w żadne nazwiska? Kto milczał o koteriach zawłaszczających państwo, a kto te koterie organizował?
Dzisiaj LiD ma 7 proc, ale biorąc pod uwagę jak się do wyborów szykują, w dniu wyborów może się okazać, że LiD nie przekroczy progu wyborczego, bo nawet ich dzieci nie będą chciały na nich głosować bez wysokiego odszkodowania za poniesione z tego tytułu szkody moralne. Rakowski, który wyniósł sztandar PZPR, to jeszcze nic, bo ten sztandar był wart tyle, co i sama PZPR. Ale owym bezimiennym może uda się wejść do historii jako ci, co zamordowali lewicę w Polsce. Bo to mogą być ostatnie wybory, w których zafunkcjonuje jakaś lewicowa lista, nawet taka pseudo.
Mirror na Salonie24
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
środa, 9 maja 2007
Rafał Kownacki: SDPL Warszawa Śródmieście potępia polskich europosłów
Działania oraz zaniechania polskich władz potęgujące istotny problem społeczny, jakim jest homofobia, zostały potępione przez zdecydowaną większość europosłów. Rezolucję potępiającą homofobię w Europie poparło 325 członków Parlamentu Europejskiego. Nie może nikogo dziwić, że rezoulucję potępili oraz zagłosowali przeciwko niej polscy eurodeputowanii z frakcji prawicowych. Najwyższe oburzenie budzi natomiast fakt, że jedynie dwóch polskich członków frakcji socjalistycznej w PE zagłosowało za przyjęciem rezolucji.
Pragnę podziękować Józefowi Piniorowi (SDPL) oraz Markowi Siwcowi (SLD) za słuszną postawę i głosowanie w zgodzie z własnym sumieniem oraz rzeczywistością. Niestety, poza Józefem Piniorem, pozostali europosłowie SDPL oddali głos ramię w ramię z przedstawicielami polskiej – w tym skrajnej – prawicy.
Z przykrością stwierdzam, że reprezentanci Socjaldemokracji Polskiej w Parlamencie Europejskiej nie uważali za właściwe potępić m.in. wypowiedzi ministra Orzechowskiego dotyczących zakazu wykonywania zawodu nauczyciela przez osoby homoseksualne oraz "propagowania homoseksualizmu" w szkołach. Europosłowie SDPL nie czują też zagrożenia z powodu wystąpienia Rzecznika Praw Dziecka w sprawie ustalenia listy zawodów, które nie powinny być wykonywane przez osoby homoseksualne.
Parlament poprzez rezolucję zwrócił się z apelem do polskiego rządu o natychmiastowe odcięcie się od wszelkich homofobicznych deklaracji polskich polityków. Zdecydowana większość lewicowych eurodeputowanych z Polski uznała najwidoczniej taki apel za niestosowny lub zbędny.
Stojąc na stanowisku fałszywie pojmowanej solidarności narodowej, nasi reprezentaci w Parlamencie Europejskim nie zrozumieli, że ostrze rezolucji skierowane było wyłącznie przeciwko tej części polskich polityków, którzy na niechęci i nienawiści wobec gejów i lesbijek budują swoją pozycję polityczną. Na nieszczęście polskich mniejszości seksualnych, dotyczy to przedstawicieli partii rządzących, którzy wykorzystują homofobię i mowę nienawiści do uzurpowania sobie władzy nad „rządem dusz” Polek i Polaków.
Rezolucja Parlamentu Europejskiego poprzedzona została w marcu 2007 roku wyrażeniem przez dwie największe organizacje broniące praw człowieka - Human Rights Watch i Amnesty International – zaniepokojenia sytuacją praw człowieka w Polsce w kontekście zagrożeń dla polskich gejów i lesbijek.
Raport stowarzyszeń Kampanii Przeciw Homofobii oraz Lambdy Warszawa przynosi natomiast obraz społeczeństwa, w którym blisko 18% polskich gejów i lesbijek doświadczyło przemocy fizycznej, a ponad 51% doświadczyło przemocy psychicznej. Aż w ponad 85% przypadków policja nie została powiadomiona o zdarzeniu z obawy przed kolejnymi represjami ze strony sprawców. Prawdopodobnie z pozycji wygodnych foteli deputowanych w Brukseli i Strasburgu trudno dostrzec realia polskiej codzienności. Przykro mi, że ta skłonność dotknęła także przedstawicieli polskiej lewicy.
Jednym z głównych, o ile nie naczelnym, obszarem krytyki obecnej ekipy rządowej ze strony środowisk lewicowych są działania godzące w prawa człowieka. Wyrazem najwyższej obłudy byłoby dalsze stawiania się w opozycji do rządzących w obszarze prawoczłowieczym na potrzeby polityki krajowej, przy jednoczesnym stawaniu we wspólnym szeregu z polską ksenofobiczną prawicą na forum europejskim. Szczególnie godne potępienia jest zachowanie europosłów SDPL i SLD w sytuacji, gdy to frakcja socjalistyczna w PE była współinicjatorką rezolucji, o której mowa.
Apeluję do władz Socjaldemokracji Polskiej o potępienie zachowania europosłów polskiej lewicy. Jednocześnie oczekuję wyciągnięcia konsekwencji względem reprezentantów SDPL w Parlamencie Europejskim, którzy swoją postawą sprzeniewierzyli się hasłom programowym partii.
Polscy geje i lesbijki oczekują wyraźnego sygnału, że ich problemy nie zostaną po raz kolejny zbagatelizowane. Polska lewica nie może popełniać wciąż tych samych błędów.
Rafał Kownacki
Przewodniczący SDPL Warszawa-Śródmieście
SDPL Warszawa-Śródmieście
Artykuł pochodzi z Archiwum Alternatywa.Com
środa, 2 maja 2007
Trzydziestolatkowie - młoda prawica, młoda lewica i umysły ostre jak brzytwa
"W czasie, gdy pozbawiona wizji patriotyzmu młoda lewica spotyka się w willach swoich rodziców, by dyskutować o Marksie i Leninie, walce klas i roli antagonizmów w relacjach społecznych, młoda prawica zajmuje się czynem, wpływając w ten sposób na rzeczywistość" - pisze w 'Dzienniku' Konrad Ciesiołkiewicz, politolog i były rzecznik rządu Kazimierza Marcinkiewicza. Znakomity, warto przeczytać. Zgadzamy się z jego diagnozą, że nie ma czegoś takiego, jak "pokolenie Jana Pawła II", gdyż jedyne, wspólne doświadczenie, śmierć JPII, to zbyt mało - stąd lepiej mówić o grupie rówieśniczej, niż pokoleniu w sensie tożsamości.
Zgadzamy się również, kiedy mówi o kontraście między energią i dynamiką trzydziestolatków prawicowych, a wyłączeniem z życia trzydziestolatków lewicowych - jednak on upatruje przyczyn tej różnicy w jakoby wyjątkowym, pragmatycznym patriotyzmie, cechującym młodą prawicę, podczas gdy młoda lewica, przez - jego zdaniem - jej alergię do patriotyzmu i tradycji niepodległościowej, sama się z życia wyklucza, stając się kolejnym, kanapowym salonem zgromadzonym wokół "Krytyki Politycznej" i Sierakowskiego. Nam wydaje się, że przyczyn lewicowej anomii można poszukać głębiej; że również po prawej stronie głębsze są przyczyny aktywności publicznej trzydziestolatków.
Jako elementy formacyjne prawicowej części pokolenia trzydziestolatków Ciesiołkiewicz przywołuje telewizję Walendziaka dla pampersów oraz wygraną Kwaśniewskiego dla Ligi Republikańskiej. My dorzucilibyśmy jeszcze "Frondę", ale zarazem powiedzielibyśmy, że i to jest właśnie bardzo charakterystyczną cechą młodej prawicy, dużo bardziej, niż jej patriotyzm, że jest zawieszona w historycznej i politycznej próżni. O ile potrafi dostrzec u lewicowych rówieśników wille ich rodziców, to o sobie myśli, że się wzięła z działań, doświadczeń i osiągnięć własnych i rówieśników. A to i nieprawda, i zarazem słabość, widoczna bardzo wyraźnie w tekstach prawicowych publicystów, których analizy nie potrafią sięgnąć szerzej, niż własna, osobista perspektywa.
Robert Krasowski w Dzienniku z 15 marca pisze, że gdyby zapytać dzisiejszego trzydziestolatka, o co chodzi w wojnie lustracyjnej, największej i najdłużej trwającej wojnie ideowej w III RP, to zapewne ów trzydziestolatek nie potrafiłby odpowiedzieć, i dalej stawia tezę, że jej przyczyną jest personalna wojna Michnika z Kaczyńskimi. Czyli nie potrafi zrobić żadnej analizy systemowej, bo ona wymaga już czegoś więcej, niż doświadczenie osobiste. Ciesiołkiewicz dumnie przywołuje aktywność młodej prawicy na Wschodzie, jako przykład jej praktycznego podejścia, ale już najwyraźniej nie wie, że w pokoleniu dzisiejszych czterdziestolatków to lewica tą działalność zainicjowała, równie dumna z siebie, jak on dzisiaj, i że następnie, razem ze swoją praktyką, została doszczętnie rozdeptana przez lewicę kawiorową, która, wbrew temu, co się Ciesiołkiewiczowi wydaje, też posiada swoją koncepcję patriotyzmu, tyle, że to nie jest patriotyzm pozytywistyczny, a romantyczny. Pełen nadludzkich czynów, patosu, jak w tej przepięknej pieśni Goethego: "Na wieżycy starej stoi Duch szlachetny bohatera". Środowisko Sierakowskiego po prostu tą sytuację dziedziczy.
Ciesiołkiewicz, zajęty swoją praxis, nie dostrzega, że i na prawicy rozgrywa się w tej chwili mecz między dwiema wersjami patriotyzmu, że w jego efekcie prawicy romantycznej, reprezentowanej przez Giertycha, a teraz również Marka Jurka, już wielokrotnie udało się narzucić i styl, i tematykę dyskursu politycznego, i - przede wszystkim - definicję pojęć, którymi się prawica posługuje. Jak daleko idące konsekwencje dla rozwoju prawicy partyjnej może mieć wygrana prawicy romantycznej w sferze pojęć i definicji, nie da się w ogóle dostrzec z poziomu organizacji pomocowych dla Polaków na Wschodzie, czy nawet z punktu widzenia doradcy premiera. Nikt z dzisiejszego pokolenia trzydziestolatków, ani z prawicy, ani z lewicy, nie dorasta do umysłu analityka politycznego, który jest naprawdę jak brzytwa - Zbigniewa Brzezińskiego. Między innymi dlatego, że tam, gdzie Brzeziński dostrzega procesy historyczne i polityczne - owi trzydziestolatkowie widzą zaledwie środowiskowe i pokoleniowe sympatie i antypatie. A jeśli czegoś nie dostrzegasz, to i nie masz na to wpływu.
Ciesiołkiewicz powiada o lewicowej anomii, Pinior - że lewicy w Polsce w ogóle nie ma. W pewnym sensie obaj mają rację, o ile dotyczy to lewicy pozytywistycznej. W pokoleniu czterdziestolatków przegrała ona z lewicą kawiorową właśnie w sferze idei. Cóż z tego, że z wyraźną pomocą Czesława Kiszczaka, kiedy efekt jest taki, że w dzisiejszej Polsce termin "lewica" kojarzy się z salonem Michnika i Aleksandra Kwaśniewskiego? Co będzie, kiedy Ciesiołkiewicz stanie się czterdziestolatkiem? Jakimi pojęciami będzie się polska prawica posługiwać? Polityka nigdy nie jest całkowicie racjonalnym zajęciem. Jakiś element romantyzmu jest w niej zawsze obecny. Konflikty polityczne, pozwalające organizować elektoraty, w ogóle nie muszą być osadzone w praktyce i racjonalności. Ciesiołkiewicz wcale nie jest skazany na to, by jako czterdziestolatek mieć poczucie przynależności do tej części swojej generacji, która wygrała swój czas i swoje miejsce na Ziemi.
sobota, 28 kwietnia 2007
Irena Lasota - Córka Dąbrowszczaka
Z dialogu na forum Kraj Gazety Wyborczej:
Irena Lasota: Poniższy tekst utrzymał się na forum Kraj mniej niż godzinę. I został przeniesiony na "oślą ławkę". Czyżby nawet w Gazecie tępiono dąbrowszczaków i ich potomstwo?
Gazeta Wyborcza: Apel AntygonyWątek na forum Kraj, Agora |
Nieznany mi "stachporaj" napisał: "Wśród dzieci dąbrowszczaków nie widzę nazwiska Ireny Lasoty, dyrektora instytutu IDEE w Waszyngtonie oraz czołowej działaczki demokratycznej. Niedopatrzenie?"
Odpowiadam - myślę, że żadne niedopatrzenie. Nie ma też mojego brata Jana Piotra mieszkającego w Paryżu, astrofizyka.
Wiele osób, które podpisało ten apel, zna i mój, i mojego brata adres. Wiedzą, że mój ojciec był dąbrowszczakiem, że ja byłam w drużynie walterowskiej, i mogą nawet pamiętać (choć nie powinni), że zdarzało mi się pomagać im w osiąganiu ich bohaterskich, demokratycznych zasług. Nikt się do nas nie zgłosil.
Jeśli chodzi o mnie, to myślę, że chodziło o to, że a nuż mogłabym podpisać (podpisałabym, mimo patetycznego i grafomańskiego stylu). A gdybym podpisała, to po pierwsze - zbeszczeszczyłabym wąskie grono "środowiska," po drugie - zadałabym kłam dogmatowi panującemu wśród asów tego środowiska, że antykomuniści są po prostu faszystami wyzbytymi poczucia sprawiedliwości, uczciwości i godności. Wstyd panowie antygoniści, ale niczego więcej nie można się spodziewać po ludziach, którym z ust kapią bezustannie wartości i imponderabilia.
dr.freud: Ale o ci chodzi? Pani jest za postponowaniem dąbrowszczaków czy przeciw?
Irena Lasota: Jestem przeciwko postponowaniu kogokolwiek. Jestem za tym, żeby móc człowieka oceniać. Dlatego 17 lat temu byłam zwolenniczką lustracji i uważam ciągle, że miałam rację. Przeprowadzona w 1990-92 roku byłaby już przeszłością, ułatwiłaby zapewnie okres przejściowy i nie pojawiłaby się dzisiaj w tak kuriozalnej formie.
Ochotnicy zaś, którzy jechali do Hiszpanii w 1936 roku (sowieci i ludzie przyjeżdzający z ZSRR nie byli ochotnikami) nie robili tego dla mordowania anarchistow (to robilo GRU), gwałcenia zakonnic (to robili Hiszpanie), czy dla osiągnięcia w 10 lat później pozycji wiceministra, czy nawet ministra. Nie wszyscy zresztą dąbrowszczacy porobili kariery w PRL-u. A dużo z nich zginęło w Hiszpani i w Polsce lub Francji.
Przedzieranie się do Hiszpanii przez Pireneje w 1936 roku i walka po stronie republikanów było bohaterstwem. To, co zrobili Sowieci w Hiszpanii, było zbrodnią.
Te dwa zdania nie są z sobą sprzeczne i dlatego uważam, że "postponowanie" dąbrowszczaków za samo to, że byli dąbrowszczakami, jest niesłuszne, a odbieranie im rent - jest objawem politycznego kretynizmu.
Jednak po przeczytaniu calego apelu Antygony doszłam do wniosku, że bym go nie podpisała, bo jest apologią komunizmu.
Chętnie napisałabym coś od siebie - ale niech mi Pan powie gdzie. W każdym razie nie na forum, gdzie w słusznej sprawie mogą wypowiadac się tylko słuszni ludzie...
niedziela, 1 kwietnia 2007
Ludwik Turko: Lustracja ante portas
O ustawie: napisana w pośpiechu, nowelizowana na chybił trafił, nosi wszelkie znamiona bylejakości charakterystycznej dla obecnego Sejmu. Przedmiotem sporu nie są jednak subtelności legislacyjne i nie to budzi emocje.
O lustrowanych: grupa osób pełniących funkcje zaufania publicznego została rozdęta do granic absurdu. Sam katalog tych stanowisk zawiera 53 punkty, dochodzą liczne podpunkty. Zaczyna się od Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, a kończy na "członku organu kontroli wewnętrznej polskiego związku sportowego".
Najwięcej wrzawy słychać w środowisku dziennikarskim. Zapisy dotyczące dziennikarzy są zresztą wyjątkowo niejasne - począwszy od tego, kto to jest dziennikarz i czy jest to osoba zaufania publicznego. Zresztą, w kwestii zaufania to za niektórych z dziennikarzy nie dałbym złamanego grosza - nawet jeśli urodzili się po 31 sierpnia 1972 roku.
Drugim co do głośności frontem protestu jest środowisko naukowe i akademickie. Jestem profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego, spełniam też ustawowe kryteria bycia dziennikarzem w sensie ustawy z 26 stycznia 1984. Tym niemniej ograniczę się do spraw lustracji w moim naturalnym środowisku - akademickim. Sprawa lustracji dziennikarzy, tak jak jest ujęta w ustawie, niebezpiecznie przybliża się, a może nawet przekracza granicę, za którą zaczyna się łamanie konstytucyjnych zasad wolności słowa.
O samej lustracji w środowisku akademickim miałem już okazję do wypowiedzenia się - uważam, że powinna być przeprowadzona. Szczególnie wobec nauczycieli akademickich, którzy pełnią funkcje autorytetów wychowawczych. Co więcej, uważam, że powinno to nastąpić właśnie w imię ideałów polskiej opozycji demokratycznej, gdyż walczyliśmy o to, aby pewne rzeczy zostały nazwane po imieniu.
Śledząc prowadzone dyskusje, zauważyłem, że niektóre argumenty powtarzają się w kontekstach rażąco odbiegających od stanu faktycznego. Po części wynika to z wieku dyskutantów, dla których lata osiemdziesiąte są latami wspomnień dziecięcych, po części z chęci wywołania emocji służących uzasadnieniu stawianej tezy. Poniżej więc kilka słów wyjaśnienia.
Oświadczenie lustracyjne jest często porównywane z tzw. lojalką okresu stanu wojennego. Argument ten jest całkowicie fałszywy. Lojalka była formalną deklaracją akceptacji istniejącego porządku prawnego i zobowiązaniem do powstrzymania się od wszelkich działań temu się przeciwstawiających. Podpisanie lojalki było w kręgach opozycji czynem hańbiącym. Dlatego też prezydentowi Kaczyńskiemu tak zależało na wyjaśnieniu sprawy podpisanej lojalki znajdującej się w jego teczce. Natomiast oświadczenie lustracyjne jest potoczną nazwą "oświadczenia o pracy lub służbie w organach bezpieczeństwa państwa lub współpracy z nimi". Nawiązywanie przy tej okazji do orwellowskiego świata lub stalinowskich łamań sumień jest albo świadectwem niewiedzy, albo nadmiernej emocjonalności.
Dość często używanym argumentem jest rzekomo powszechna praktyka podpisywania różnego rodzaju zobowiązań przy okazji wyjazdów zagranicznych. Mając osobiste doświadczenia z różnego rodzaju wyjazdów służbowych w latach siedemdziesiątych, zapewniam, że jest to kolejny mit. Otrzymanie paszportu służbowego było procedurą żmudną, biurokratyczną i zależną od decyzji lokalnej organizacji partyjnej. Tym niemniej, w opowieściach o powszechnych transakcjach wiązanych typu paszport za zgodę na współpracę jest tyle samo prawdy, co w opowieściach o wstrzymywaniu renty za nieuczestniczenie w wyborach. Moje paszportowe doświadczenia lat osiemdziesiątych są siłą rzeczy uboższe - po prostu nie dostawałem paszportu - bez żadnej próby nawiązywania dialogu.
Argument o tym, że ważne jest to, co ludzie robią teraz, a nie to, co robili w przeszłości. Przy takim podejściu to dr Mengele, wiodący nobliwe lekarskie życie w Urugwaju czy Paragwaju, byłby tylko miłym starszym panem kochającym dzieci.
Wykonanie ustawy lustracyjnej nie jest przyjemnym obowiązkiem. Przysporzy wielu kłopotów władzom uczelni - rektorom, dziekanom, dyrektorom instytutów. Środowisko akademickie ma duże poczucie własnej wartości i jest wrażliwe na argumenty odwołujące się do podstawowych zasad demokracji i tolerancji. Potrzebna jest otwarta i pogłębiona dyskusja, wolna do zacietrzewienia i demagogii. Bez tego hasła wolności, swobody i demokracji będą nadużywane dla ochrony ludzi, którzy na taką ochronę nie zasługują.
--
Ludwik Turko, fizyk, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, działacz opozycji demokratycznej
Przedruk z GW Wrocław, 2007-03-16, za zgodą autora
Foto: Maciej Swierczynski / AG
wtorek, 27 marca 2007
Program demokracji polskiej.
Cele wojenne Polski i program Polski Walczącej.
Gdy w burzy wrześniowej rozpadł się w Polsce gmach sanacyjnego systemu, rządzonego przez szereg lat wbrew woli narodu, wszystkie stronnictwa demokratyczne, będące w opozycji przeciwko temu systemowi wyłoniły Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na emigracji, który jeszcze za życia śp. gen. Sikorskiego ogłosił następujące cele wojenne narodu Polskiego:
1. Walka z Niemcami aż do ostatecznego ich rozgromienia.
2. Odbudowa niezależności i suwerenności Polski oraz jej integralności terytorialnej.
3. Urzeczywistnienie w Polsce po wojnie pełnej demokracji społecznej i politycznej w miejsce zbankrutowanego systemu sanacyjnego.
4. Zabezpieczenie suwerenności i rozwoju Polski oraz innych, mniejszych narodów, żyjących między potęgami Wschodu i Zachodu przez dobrowolny związek demokratyczny równouprawnionych narodów Europy Środkowej.
5. Pokojowe współżycie z Rosją i porozumienie z nią dla wspólnego zabezpieczenia przed przyszłą agresją niemiecką.
6. Pełna demokracja międzynarodowa, czyli światowa organizacja pokoju, oparta na porozumieniu wszystkich państw, demokratycznych i równoprawnych narodów.
Na tej platformie wszystkie wielkie stronnictwa demokratyczne Polski Podziemnej (Stronnictwo Ludowe, Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Narodowe i Stronnictwo Pracy) zblokowały się z sobą w tzw. czwórporozumieniu, wyłaniając w oparciu o nie Rząd Krajowy, będący przedłużeniem i odpowiednikiem Rządu Polskiego w Londynie. Krajowa Reprezentacja Polityczna rozszerzyła ten blok stronnictw na inne grupy polityczne (Zjednoczenie Demokratyczne, Chłopska Organizacja Wolności, "Racławice" i "Ojczyzna") tworząc wespół z nimi Radę Jedności Narodowej, stanowiące polityczne poparcie dla Pełnomocnika Rządu i Krajowej Rady Ministrów oraz dla Armii Krajowej (AK).
W deklaracji Krajowej Reprezentacji Politycznej z dnia 15 lipca 1943 roku sformułowany został program Polski Walczącej, którego naczelne postulaty to:
1. Odzyskanie pełnej niezależności i suwerenności.
2. Swobody demokratyczne.
3. Reforma rolna.
4. Poprawa bytu mas pracujących i udział ich w rządach.
5. Samorząd terytorialny, gospodarczy i kulturalny.
6. Odzyskanie ziem na zachodzie.
7. Nienaruszalność granicy wschodniej.
8. Związek narodów Europy Środkowej.
9. Sojusz z demokracjami Zachodu i dobre stosunki z ZSRR.
10. Prawdziwa demokracja międzynarodowa.
Program demokracji polskiej.
W swej walce ze stronnictwami polskimi, reprezentującymi olbrzymią większość narodu, propaganda sowiecka szermuje wciąż hasłem demokracji, zarzucając reakcyjność wszystkim Polakom, stojącym na gruncie prawdziwej niezależności. Uważamy tedy za konieczne sprecyzowanie wyraźnie, jak pojmujemy demokrację, wszystko bowiem wskazuje na to, że pomiędzy pojęciem demokracji w Europie Wschodniej, a naszym istnieje zasadnicza rozbieżność. Według narodu polskiego:
* Demokracja to pozostawienie najszerszym warstwom narodu swobody wyboru ustroju społeczno-politycznego oraz światopoglądów, z którego on wypływa.
* Demokracja to wolność, określona trafnie w Karcie Atlantyckiej jako wolność od strachu i od głodu, wolność osobista, wolność słowa i przekonań.
* Demokracja to równe prawa dla wszystkich grup politycznych, czy to zachowawczych czy radykalno-postępowych, o ile nie nadużywają one swobody zrzeszania się dla szerzenia anarchii, czy też narzucania innym swych poglądów siłą.
* Demokracja to rządy większości, wyłonionych w drodze swobodnych wyborów, odbywających się przez powszechne 5-przymiotnikowe głosowanie.
* Demokracja to rząd prawa, czyli praworządność, obowiązująca zarówno rządzących jak rządzonych, a zabezpieczająca tak wolność obywatelską, jak autorytet władzy.
* Demokracja to sprawiedliwość oparta na zbiorowym poczuciu słuszności, przyznającym każdej jednostce, warstwie pracującej i narodowi prawo do warunków życia zapewniających im nie tylko materialną egzystencję, ale i wszechstronny rozwój ich możliwości twórczych.
* Demokracja to system zbiorowego bezpieczeństwa, w którym wszystkie państwa wyrzekają się użycia siły i zobowiązują się podporządkować decyzjom międzynarodowych organów, wypływających z obiektywnych norm prawa międzynarodowego.
* Demokracja to uznanie i zabezpieczenie równych praw mniejszych i większych narodów, aby ukrócić raz na zawsze dążenie mocarstw do hegemonii nad innymi narodami i do podziału świata na strefy wpływów.
Rada Jedności Narodowej dnia 1 lipca 1945 r.
Testament Polski Walczącej
Bezpośrednią przyczyną odezwy było powołanie przez komunistów 28 czerwca 1945 Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej.W efekcie 1 lipca 1945 RJN rozwiązała się w Krakowie i wydała Manifest do Narodu Polskiego i Narodów Zjednoczonych, w którego ostatniej części sformułowała właśnie Testament Polski Walczącej.
Składają się nań następujące postulaty:
1. Opuszczenie terytorium Polski przez wojska sowieckie oraz przez rosyjską policję polityczną.
2. Zaprzestanie prześladowań politycznych, którego dowodem będzie:
a) zwolnienie skazanych i uwięzionych w procesie moskiewskim,
b) amnestia dla więźniów politycznych oraz dla wszystkich żołnierzy AK i dla tak zw. „oddziałów leśnych”,
c) powrót Polaków wywiezionych w głąb Rosji i likwidacja obozów koncentracyjnych przypominających smutnej pamięci metody totalizmu niemieckiego,
d) zniesienie systemu politycznego, znajdującego wyraz w istnieniu tak zw. Min. Bezpieczeństwa.
3. Zjednoczenie i uniezależnienie Armii Polskiej przez:
a) spolszczenie korpusu oficerskiego w armii gen. Rola- Żymierskiego,
b) honorowy powrót z bronią wojsk polskich z zagranicy,
c) połączenie w jedną całość i na równych prawach armii z zagranicy oraz b. Armii Krajowej z armią gen. Żymierskiego.
4. Zaprzestanie dewastacji gospodarczej kraju przez władze okupacyjne.
5. Dopuszczenie wszystkich polskich stronnictw demokratycznych do udziału w wyborach pięcioprzymiotnikowych.
6. Zapewnienie niezależności polskiej polityki zagranicznej.
7. Stworzenie pełnego samorządu terytorialnego, społeczno- gospodarczego i kulturalno-oświatowego.
8. Uspołecznienie własności wielkokapitalistycznej i zorganizowanie sprawiedliwego podziału dochodu społecznego.
9. Zapewnienie masom pracujących współkierownictwa i kontroli nad całą gospodarką narodową oraz warunków materialnych zabezpieczających byt rodzinie i osobisty rozwój kulturalny.
10. Swoboda walki dla klasy robotniczej o jej prawa w ramach nieskrępowanego ruchu zawodowego.
11. Sprawiedliwe przeprowadzenie reformy rolnej i kontrola narodu nad akcją osiedleńczą na odzyskanych Ziemiach Zachodnich i w Prusach Wschodnich.
12. Oparcie powszechnego, demokratycznego nauczania i wychowania na zasadach moralnych i duchowych dorobku cywilizacji zachodniej i naszego kraju.
Zapewniając walkę o ten program na jawnej arenie politycznej, stronnictwa demokratyczne Rady Jedności Narodowej wyrażają nadzieję, że Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej dążyć będzie do demokratyzacji Polski i do przekreślenia różnic i sporów dzielących dotąd różne odłamy społeczeństwa polskiego.
Dopóki dążenie to nie przejawi się w czynach, nie będzie mogło nastąpić trwałe odprężenie w stosunkach wewnętrznych a wielu ludzi Polski Podziemnej będzie musiało się nadal ukrywać, bez żadnych wrogich zamiarów wobec Rządu lecz wyłącznie z obawy o swe życie.
Ze swej strony Polska Walcząca stwierdza, że nie dąży do sprowokowania wojny między demokracjami Zachodu a Związkiem Radzieckim, na której – jak głosi prasa rządowa – „londyńczycy opierali swe rachuby polityczne”.
Nowa wojna zadałaby tak straszne rany narodowi polskiemu, że pragnieniem wszystkich jest porozumienie polsko-rosyjskie oraz między Anglią, Ameryką i Rosją na drodze pokojowej. Jeżeli to porozumienie ma być trwałe, nie wystarczy przywrócenie zaufania w stosunkach Polski z Rosją. Naród polski jest członkiem wielkiej rodziny narodów środkowo-europejskich, a w szczególności zachodnio-słowiańskich, z którymi związany jest przez swe położenie geopolityczne i przeszłość historyczną i pragnie wejść z nimi w najściślejszą wspólnotę polityczną, gospodarczą i kulturalną.
Wyrażamy nadzieję, że osiągnięcie porozumienia z Rosją na tych zasadach jest możliwe i że ono jedynie zlikwiduje po wieczne czasy nieprzyjaźń polsko-rosyjską, mającą swe źródło w polityce reakcyjnego caratu, zastępując ją wzajemnym szacunkiem, zaufaniem i przyjaźnią dla dobra obu narodów, Europy i całej demokratycznej ludzkości.
Rada Jedności Narodowej
1 lipca 1945
czwartek, 11 stycznia 2007
Pamięć i odpowiedzialność
"[...] Wskazujemy na szczególnie destrukcyjną rolę przeciwników lustracji i dekomunizacji, którzy stworzyli sytuację bezkarności i tolerancji dla zła. Środowiska te przyzwalały często na realizację publicznych aspiracji funkcjonariuszy i współpracowników komunistycznego aparatu represji. To powodowało, że utrwalany był stan przejściowy pomiędzy PRL a wolną Polską. W miejsce realnego komunizmu pojawiła się jego hybrydalna kontynuacja - postkomunizm. [...]
W tej sytuacji Prawo i Sprawiedliwość uznaje za konieczne podjęcie jednoznacznych moralnie i prawnie decyzji ustrojowych, które kategorycznie usuną ustrojowy balast komunizmu i wyciągną praktyczne konsekwencje wobec winnych. Mamy na myśli przede wszystkim:
- Nowelizację Konstytucji RP, która definitywnie uwolni aksjologię i porządek prawny naszej Ojczyzny od ograniczeń związanych ze spuścizną PRL. Przypominamy, że przedstawiony przez PiS projekt nowej Konstytucji zawierał obowiązek złożenia nowej przysięgi przez osoby pełniące funkcje publiczne, które nie uczyniły tego po roku 1990.
- Dokończenie postępowań karnych w sprawie zbrodni popełnionych w okresie dyktatury komunistycznej.
- Ujawnienie listy byłych funkcjonariuszy SB.
- Ustanowienie sankcji karnych za przechowywanie dokumentów Służby Bezpieczeństwa, wraz z krótkim okresem abolicji, w którym można będzie zwrócić posiadane akta bez narażania się na odpowiedzialność karną.
- Zakazanie byłym funkcjonariuszom bezpieczeństwa państwa (w rozumieniu ustawy lustracyjnej) pracy w instytucjach publicznych oraz administracji.
- Obniżenie emerytur funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa do poziomu najniższego świadczenia emerytalno- rentowego.
- Ustanowienie czytelnych i skutecznych procedur lustracyjnych, które zapewnią w jak największym stopniu możliwość dotarcia do prawdy i uniemożliwią dotychczasową praktykę paraliżowania procesu ujawniania agentury komunistycznych służb, chociażby poprzez traktowanie składanych dziś zeznań funkcjonariuszy SB na równi z dokumentami wytworzonymi wczasach PRL.
- Szczególne wsparcie dla programów edukacyjnych i badawczych realizowanych przez instytucje publiczne oraz organizacje pozarządowe, pogłębiających i upowszechniających wiedzę o najnowszej historii Polski.
Te fragmenty budzą nasze wątpliwości:
1. Jednocześnie raz jeszcze składamy hołd wszystkim, którzy walczyli o wolność i niepodległość Polski, a także o przestrzeganie praw obywatelskich w naszym kraju. Polska opozycja niepodległościowa z "Solidarnością" na czele odegrała kluczową rolę w procesie obalenia komunizmu i wyzwolenia spod totalitaryzmu krajów Europy Środkowej i Wschodniej.
2. Ogromne są też na tym polu zasługi Kościoła katolickiego. Polski Kościół, który wydał tak wybitne postacie jak Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński i Ojciec Święty Jan Paweł II, zawsze stał po stronie Narodu oraz jego niepodległościowych i demokratycznych dążeń.
ad.1:
Solidarność była nie tylko i wyłącznie ruchem narodowo - wyzwoleńczym, na co najlepiej wskazuje program przyjęty na jej pierwszym zjeździe. Chodziło również o to, by godność i szacunek nie wynikały z pozycji w aparacie władzy i wynikających z tego faktu przywilejów, a to się wiąże między innymi z szeregiem POSTULATÓW SPOŁECZNYCH, jak (m.in.) minimalna płaca, z której idzie wyżyć, a także opłacić mieszkanie, prąd i gaz. Ten postulat nigdy nie został zrealizowany.
ad 2.
Oprócz postaci wybitnych, jak kardynał Stanisław Wyszyński i papież Jan Paweł II, polski kościół wydał również takie postaci, jak (dotychczas zlustrowani, których zdjęcia publikuje "Wprost" z 14 stycznia 2007): o. Konrad Hejmo, ks. Mieczysław Maliński, ks. Janusz Bielański, ks. Mirosław Drozdek, ks. Michał Czajkowski, bp Wiktor Skworc. abp. Stanisław Wielgus. Z czego wynika, że kościół katolicki nie zawsze stał po stronie dążeń demokratycznych, niepodległościowych - ORAZ SPOŁECZNYCH! - gdyż bywało wręcz przeciwnie. Księża są tylko ludźmi.
Bylibyśmy tych oczywistych faktów nie przypominali, gdyby nie zaspokojenie, że mit Michnika Zbawiciela Narodu zostanie teraz zastąpiony równie nieprawdziwym mitem ruchu narodowo- wyzwoleńczego pod kierownictwem Prymasa Glempa i z udziałem wyłącznie katolików. Zaniepokojenie to jest o tyle uzasadnione, że były członek Tymczasowej Komisji Krajowej "Solidarności" Józef Pinior nie otrzymał zaproszenia na krajowe obchody 25 rocznicy stanu wojennego, które się odbyły z udziałem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w grudniu 2006 we Wrocławiu. A Pinior jest niewierzący....
Propozycje PiS najprawdopodobniej przejdą w parlamencie bez najmniejszych kłopotów. Na to wskazują zarówno wypowiedzi przedstawicieli wszystkich ugrupowań parlamentarnych (tylko SLD jest przeciw), jak i rezultaty badań opinii publicznej na rozmaitych portalach, gdzie między 80 a 90 procent respondentów opowiada się za obniżeniem emerytur dla byłych pracowników SB i publikacją ich nazwisk. Jednak kwestia "hybrydalnej kontynuacji" jest dużo szersza niż tylko kwestie emerytalne czy rozliczenia z przeszłością. To pytanie o jakość dzisiejszej sceny politycznej - na ten temat opublikowaliśmy ostatnio esej Kate Brown.
sobota, 6 stycznia 2007
Kate Brown: Potiomkinowska polityka i demokracja postsowiecka.
Grzebiący się w tym paskudztwie dziennikarze są w rzeczywistości „siekierkami” zakontraktowanymi przez politycznych technologów do zmiażdżenia rywali. Badania akademickie oraz badania opinii publicznej są fabrykowane na korzyść najhojniejszego licytującego. Ludzie oglądani na masowych zgromadzeniach okazują się udzielać za gotówkę. Nawet wydarzenia historyczne są spektaklami odgrywanymi na pożytek przyszłych podręczników.
Zamachy polityczne z 1991 i 1993, które ostatecznie wysadziły z siodła Michaiła Gorbaczowa, doprowadziły do rozkładu Związku Sowieckiego, zakończyły Zimną Wojnę i ustanowiły Borysa Jelcyna na stanowisku prezydenta niezależnej Rosji z konstytucyjnie należną mu silną władzą wykonawczą, były jawnie zainscenizowaną „dramaturgią”. Akty terroru – jak koszmarna okupacja moskiewskiego Teatru Dubrovka - zostały zainscenizowane dla celów politycznych przez służbę bezpieczeństwa. Kiedy show się skończyło, pozwolono inspiratorom zamachu i ocalałym terrorystom dyskretnie zniknąć w cieniu, aż do następnej inscenizacji w następnym dramacie.
Wilson argumentuje, że demokracja w państwach postsowieckich jest rodzajem inscenizacji przykrywającej i zarazem ubezpieczającej hurtową kradzież majątku państwa oraz powszechną prywatyzację polityki. Ostatnie rozmijanie się Vladimira Putina z demokratycznymi instytucjami jest tylko zewnętrzną manifestacją rozkazowego stylu rządzenia dominującego w Rosji od stuleci. Komentując debatę, czy państwa postsowieckie są semi-eutorytarne, czy semi demokratyczne, Wilson powiada - ani to, ani to. Państwa byłego związku radzieckiego są terenem „polityki wirtualnej”, gdzie władzę się wymyśla, i gdzie „technologowie polityki inscenizują podstawową mitologię państwa.”
Od samego początku – mówi Wilson - demokracja w Rosji nie miała żadnej szansy. Co innego w Polsce, gdzie elektryk przejął lejce z rąk partii komunistycznej. Czy w Pradze, gdzie były poeta opozycyjny wprowadził się do praskiego Zamku. W Rosji, w ostatnich latach ZSRR, to nie outsiderzy, ale aparatczycy, odnoszący sukcesy funkcjonariusze partyjni wykreowali „opozycję”. Wilson przypisuje Aleksandrowi Jakowlewowi inicjatywę dopełnienia sceny politycznej liberalnymi i pro-Zachodnimi aktywnościami i partiami, podczas gdy Jegor Ligaczev równoważył je grupami konserwatywnymi i nacjonalistycznymi. Ale nie walczyli ze sobą o odzwierciedlanie poglądów w stanowionym prawie. Przeciwnie, obaj ciężko pracowali, by omamić nieświadomą populację oraz łatwowiernych obserwatorów Zachodu iluzją systemu wielopartyjnego. „Przedstawianie polityki ostatnich lat ZSRR jako walki między reformistami a twardogłowymi, demokratami a autorytarystami, dobrymi chłopcami a złymi chłopcami, jest iluzją największą ze wszystkich” – pisze Wilson. – „Sztuczne działania, wspierane przez Gorbaczowa, zmierzały do wykreowania zaszachrowanego na samym starcie współzawodnictwa między ‘partią przyszłości’ a ‘partią przeszłości’.”
Oczywiście, dla liberalnych demokracji nie ma nic nowego w tym, że politycy kłamią bez mrużenia powiek i fabrykują rozmaite obrazy. Ale polityka postsowiecka różni się, argumentuje Wilson, totalnością fałszerstwa. Cytuje ukraińskiego analityka Volodymyr Polokhalo: “Zachodni obserwatorzy szukają odniesień do, lub odstąpień od normalnej procedury demokratycznej. Ale nasze wybory są inne. Wielka falsyfikacja jest falsyfikacją całego procesu wyborczego, falsyfikacją niemal wszystkich uczestników tego procesu. Nie ma realnych podmiotów politycznych, nie ma realnych, niezależnych aktorów politycznych.”
Wilson twierdzi, że zachodni komentatorzy, którzy mówią o budowaniu demokracji w państwach postsowieckich, okropnie się mylą. Jego celem jest wyjaśnienie „czarnej sztuki manipulacji politycznej”, aby tą maskaradę wyeksponować.
Wejście w dziedzinę czarnych sztuk wymaga od dyletanta poznania całego, nowego słownika.
Na przykład, „kompromat” polega na obsypywaniu oponentów kompromitującymi materiałami, aby ich publicznie zdyskredytować. Kompromat może być umieszczony w „zatrutej kanapce”, to znaczy w prawdziwej wiadomości, którą się zanieczyszcza dokuczliwym fragmentem, zawierającym oszczerstwo. Alternatywnie, kompromat może być ogłoszony przez „Generalnego Prokuratora”, jak taką osobę nazywają satyrycy. Ktoś taki inscenizuje „wojnę z korupcją”, a w rzeczywistości działa jako agent od czarnego PR, tuż przed wyborami obrzucając rywali błotem. Oskarżenia „Generalnego Prokuratora” nie muszą mieć pokrycia w dowodach i zwykle się je dyskretnie porzuca natychmiast, jak zacznie być widoczny ich efekt w badaniach opinii publicznej.
„Pasem transmisyjnym” kompromatu jest ukrywanie fałszerstwa w ogólnej paradzie prawdy. „Rzutka” – to „news” ulokowany w internecie i następnie „podchwycony” przez główne media. Oczywiście, jeśli gracz ma pieniądze, to może po prostu założyć fikcyjną gazetę lub zwyczajnie zamówić dużą ilość plakatów politycznych, których autorstwo przypisywane jest rywalizującej partii, ale które przedstawiają rywala jako antysemitę, hałaśliwego nacjonalistę czy hardkorowego komunistę.
„Klony” to politycy wynajęci do przechwytywania obietnic politycznych rywala, aby ukraść mu głosy. „Klony” różnią się od „dublerów”, czyli kandydatów z niemal takim samym nazwiskiem, ubiegających się o to samo stanowisko, aby skonfundować elektorat i „rozcieńczyć” jego głosy. „Zasoby administracyjne” to termin określający środki w "skrzynce narzędziowej" polityka – od fałszowania wyników głosowania, uznaniowego wynagradzania, opodatkowywania czy stawiania przed sądem, aż po bezpośrednie groźby używane do wydawania pomniejszym urzędnikom rozkazów, których efektem jest nabijanie/zmniejszanie ilości głosów faktycznie oddanych na danego polityka, w zależności od preferencji człowieka na szczycie piramidy. Sekretni agenci infiltrują partie rywali aby „podciąć” lub „rozwalić” obóz wroga za pomocą sztucznie kreowanych dyskusji ideologicznych pomiędzy członkami, dyskredytując tym sposobem cały obóz w oczach opinii publicznej. Oczywiście można również założyć całą symulowaną partię, zaprojektowaną jako "zmorę", na przykład komunistyczną czy wściekle nacjonalistyczną, aby przerazić nią umiarkowany elektorat i zachęcić do siebie, lub też w celu zdobycia sympatii Zachodu. Często wybory są tak „uszyte” przez elitę władzy, że największym problemem technologów politycznych nie są głosy, lecz wymyślenie „wiarygodnego przegranego” wystawionego przeciwko pewnemu zwycięzcy, jak to było w wyborach na Putina w 2004r.
Jednym z takich projektów jest niesławny super- nacjonalista Żyrinowski.
Wilson uważa, że Żyrinowski jest szczególnie utalentowanym aktorem- politykiem, wyedukowanym do swej roli, zdolnym do ciągłej transformacji, odpowiadającej potrzebom elektoralnej publiczności. Ten szalony, szarpiący za włosy, awanturniczy nacjonalista z późniejszych inkarnacji, pojawił się po raz pierwszy na rosyjskiej scenie jako chłodny, racjonalny, liberalny demokrata. W latach 1990-91 rządząca Partia Komunistyczna sekretnie założyła Partię Liberalno – Demokratyczną, właśnie z Żyrinowskim na czele. Utworzenie partii „liberalnej podróbki” miało na celu odebranie głosów realnym partiom demokratycznym, zakładanym w opozycji do Partii Komunistycznej.
Wilson plotkuje trochę o koneksjach Żyrinowskiego z KGB oraz pranych funduszach płynących z Partii Komunistycznej, ale w tej sprawie przedstawia niewiele przekonywujących dowodów. Powiada też, że później, tj. w 1993r, kiedy „liberalni demokraci” Jelcyna sprawowali władzę, Żyrinowski stał się użyteczny dla Kremla jako „kontrolowalny odszczepieniec.” Zaniepokojony pojawieniem się nacjonalistycznej prawicy Kreml wsparł się na Żyrinowskim, który posłusznie zmutował się w doskonałego, wzorcowego nacjonalistę z pianą w gębie, którego partia jednakowoż, jak już dostała się do parlamentu, zgodliwie zagłosowała na bilecik dla Jelcyna. W 1999 i 2000 Żyrinowski wykonał jeszcze jeden manewr, pracował jako wynajęta „siekierka” do dyskredytowania opozycji, tak, że przyszła władza nie musiała brudzić rąk w politycznym nawozie.
Polityczna technologia nie jest tania. Metka na przedstawieniu pod tytułem „Wybory w Rosji” głosi, że jednorazowa inscenizacja kosztuje 1 do 2 miliardów dolarów – w porównaniu z kwotą od 300 do 500 milionów wkładanych w wybory prezydenckie w USA. Nawiasem mówiąc, jedną z bardzo nielicznych rzeczy wspólnych, jakie mają postsowieckie partie - partie bez programów, bez idei, a czasem nawet bez czegokolwiek innego – są źródła ich dochodów.
Oligarchowie pompują dziesiątki milionów dolarów zarówno w kandydatów, jak i w ich partie. Często ci sami oligarchowie wspierają pewną liczbę oficjalnie rywalizujących partii. Jak mówi popularne powiedzonko, jedyną rzeczą lepszą od posiadania jednej partii jest posiadanie dwóch osobistych partii. Po wyborach platformy pustoszeją, partie znikają, a parlamentarzyści głosują w imieniu fundatorów ich kampanii.
Wilson podąża tropem wirtualnej, czy, jak kto woli, potiomkinowskiej polityki w Rosji, aż do Iwana Groźnego, ale jednak to sowieckiej epoce przypisuje większość dziedzictwa czarnych sztuk. Ładnie obrazuje to zdaniem „Lokalna polityczna kultura zawdzięcza więcej Dzierżyńskiemu niż de Tocqueville’owi, więcej Czeka, niż Czechowowi.”(1)
Historycy oczywiście wiedzą, że prosta zmiana władzy nie transformuje całościowo społeczeństwa. Bolszewicki komunizm wiele zawdzięczał Rosji carów, i tak samo, powiada Wilson, postsowieckie „demokracje” dziedziczą cynizm późnego komunizmu sowieckiego.
Tak czy inaczej, złożenie stuleci rosyjskiego życia politycznego w ciągłą linię manipulacji politycznej wykonywanej przez cynicznych, autorytarnych liderów, hołubionych przez pasywną populację niezależnie od ich czynów, jest powtórzeniem starego argumentu o kruchości społeczeństwa obywatelskiego i o nieskończonym horyzoncie azjatyckiego zacofania. Publiczność Zachodu „wie” dwie rzeczy: o wyższości demokracji nad komunizmem, a także o niepowodzeniu demokratycznym w państwach post – socjalistycznych, i to mimo wszelkich zapewnień z czasów Zimnej Wojny, że jest wręcz przeciwnie.
W miarę, jak te dwie prawdy pociągają za sobą głowy, jak lokomotywa pod pełną parą ciągnie wagony, wyszukiwane są łatwe odpowiedzi na pytanie, dlaczego procesy demokratyczne w państwach postsowieckich otworzyły drogę ku drastycznym nierównościom, handlarskim mediom i wyprzedaży własności publicznej oligarchom. Jednak usytuowanie obecnej klęski rosyjskiej demokracji w politycznym zacofaniu z czasów przeszłych może być osiągnięte tylko poprzez przemilczenie kompleksowej historii lokalnej i regionalnej samorządowości (jak szlachecka duma, stanice kozackie, carowskie ziemstwo, wspólnoty chłopskie i żydowski Kahał). Tego rodzaju historie wielce komplikują prostolinijną narrację o stuleciach monolitycznej władzy wiodącej do (nieuniknionego) upadku demokracji w państwach postsowieckich.
Mimo całego realizmu politycznego Wilsona, jego podejście do awantur politycznych na Ukrainie w 2004 jest zdumiewająco idealistyczne. Był to dramat elektoralny, który obejmował dwie dogrywki wyborcze, oszpecenie trucizną rywalizującego kandydata, spuściznę po morderstwie na dociekliwym dziennikarzu, „implantowanie” radykalnych nacjonalistów do rywalizującego obozu, a także aktywne poparcie dla Wiktora Janukowicza przez potężnego, rosyjskiego sąsiada Ukrainy – wszystko dlatego oczywiście, że cel uświęca środki, zgodnie z obrazem polityki wirtualnej, namalowanym przez Wilsona.
Wyjątkową postacią w obrazie Wilsona jest Wiktor Juszczenko, były premier za Leonida Kuczmy, onegdaj Przewodniczący Banku Centralnego, przy nazwisku którego nie figuruje żadne oszustwo wyborcze; nie obsmarowywał i nie atakował rywala, nie kupował i nie był kupiony przez żadne siły z cienia. Zwolennicy Juszczenki przepłynęli nietknięci nad cała mierzwą zaściełającą pole bitwy, prosto do urn, i w prawdziwym pokazie demokracji wybrali jedynego kandydata, który niestrudzenie pracował, aby obniżyć podatki i wykorzenić korupcję.
Taki obraz Pomarańczowej Rewolucji budzi parę pytań. Jak mógł Juszczenko, czy zresztą jakikolwiek inny polityk, przejść przez cuchnące bagno ukraińskiej polityki i wydobyć się z niego w śnieżnobiałym stroju do krykieta? Kto płacił za transparenty Pomarańczowej Rewolucji, koszulki, namioty i posiłki rozdawane za darmo? Kto wymyślił te zręczne napisy na nalepki i hasła kampanii? W pozostałych częściach książki Wilson precyzyjnie dekonstruuje autentyczność postsowieckiej polityki, ale od czytelnika wymaga, by wierzył w niemanipulowaną spontaniczność Pomarańczowej Rewolucji. Czy przypadkiem nie jest to jakiś wyjątek w regule, który by się domagał dodatkowych objaśnień? Niestety Wilson nie zdecydował się zmierzyć z tym tematem, krótko podsumowując historię ukraińskich wyborów jako „rewoltę mediów” która miała „galwanizujący wpływ” na „społeczeństwo obywatelskie, które dojrzało mroki oszustw” - rewoltę wspartą potem przez „decydującą interwencję z Zachodu.”
Jonathan Steele, starszy korespondent zagraniczny gazety „The Guardian” zgadza się z opinią, że interwencja z Zachodu, a szczególnie subtelny i wyrafinowany udział Ameryki w wyborach na Ukrainie, był rzeczywiście decydujący ("Ukraine's Untold Story", The Nation, December 20, 2004, pp4-6). Steele opisuje amerykańskich dyplomatów oraz organizacje polityczne i non profit, wspierane przez obywatelskie grupy studyjne partii republikańskiej i demokratycznej, jak to podkreślały swą bezstronność, a równocześnie zdecydowanie grały na Juszczenkę. Technologowie polityczni w USA obmyślili chwytliwe hasła kampanijne, wyraziste loga, koncerty rockowe i masówki, wszystko umiejętnie wpisując w działalność pozarządową. Co więcej, to amerykańskie źródła finansowały badania opinii publicznej po odejściu głosujących od urn; ich rezultaty prędko skierowano do mediów opozycyjnych, co natychmiast określiło „prawdę” o rezultacie wyborów. Kiedy więc prasa oficjalna podała inne wyniki, tłumy wypłynęły na ulicę w odruchu obywatelskiego nieposłuszeństwa, szachując policję, parlament i sądy.
Taki sam wzór "postmodernistycznego coup d'etat" - powiada Steele – funkcjonował w Serbii, celem pokonania Milosevica, w Gruzji, żeby pokonać Szewarnadze, ten sam wzór nie powiódł się w Białorusi przeciwko Łukaszence. Zachodnia prasa ganiła zaangażowanie Rosji w ukraińskie wybory. I słusznie. Użytkowanie zagranicznych funduszy w krajowych wyborach jest zakazane w USA i większości państw europejskich.
Steele był krytykowany przez analityków za to, że to co mówił, brzmiało niebezpiecznie blisko zgryźliwych majaczeń Ludmiły Janukowicz o amerykańskim buciorze na głównym placu Kijowa i podtrutych narkotykami pomarańczach zaimportowanych z Zachodu. Jednak wątpliwości Steele co do zaangażowania z zagranicy podnoszą ważne pytania o Wirtualną Politykę. Wilson maluje wyraźną kreskę pomiędzy przesytem (nieusankcjonowaną) reprezentacją polityczną, składającą się z tubylczych, potężnych oligarchów, a niedosytem (legitymizowanej) interwencji politycznej w wykonaniu potężnych ośrodków zagranicznych.
Czy polityka jest wirtualna tylko wtedy, gdy zrodzi się w głowach postsowieckich oligarchów? Czy interwencja z zewnątrz jest biletem do demokracji? W 1961 Daniel J. Boorstin opublikował „The Image” - o fabrykowaniu „pseudowydarzeń” dla celów politycznych w USA. Książkę Boorstina czyta się jak podręcznik dla technologów politycznych Kremla. Cóż więc dziwnego, że zachodni doradcy doprowadziliby do perfekcji sztukę technologii politycznej na eksport. Bardziej zdumiewa, że Wilson przeoczył ten aspekt Pomarańczowej Rewolucji.
Na zakończenie ksiązki fascynujący wir narracji Wilsona wkręca czytelnika w prawdziwie niepokojący, posmodernistyczny koszmar senny. Trudno wyczuć co jest realnością, a co cieniem na ścianie, gdyż jego opowieść tak gruntownie dyskredytuje „prawdę” jako kategorię politycznego (i ludzkiego) działania, że człowiek zaczyna się zastanawiać, jak sam autor uniknął padnięcia łupem technologii politycznej takiego czy innego rodzaju. Andrew Wilson nie wyjaśnia jak wybierał jedne źródła, a lekceważył inne. Strony internetowe, na których polega, bywają właśnie jednym ze sposobów szerzenia dezinformacji, jaki sam opisuje. Cytuje z żelazną pewnością wysoko opłacanych technologów politycznych, takich samych magów oszukaństwa i złudy, jak tych, których oskarża o fikcjonowanie politycznego krajobrazu państw postsowieckich. Często posluguje się terminem „rzekomy”, ale nie wyjaśnia wiarygodności takiego oskarżenia. W konsekwencji czytelnik, zaplątany w słowniku polityki wirtualnej, kończy zastanawiając się... co ma w ręce. Rzutkę, rozmaz, zatrutą kanapkę?
tłum. Bogumiła Tyszkiewicz.
Przypisy:
(1) Gra słów, ang.: "…more to the Cheka than to Chekhov".
(2) tyt. oryg. Kate Brown: Potemkin politics and post-Soviet democracy. The Times Literary Supplement, August 05, 2005. Copyright (En) 2006 The TLS Ltd. (Pl) Planeta Terra.
(3) książka: Andrew Wilson, Virtual Politics. Faking democracy in the post-Soviet world.-