Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
„Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, schizofrenia jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje socjalizm najwyższej jakości jako dzieło sztuki komicznej. Wiwat Sorbowit” - tak pisał Waldemar Maria „Major” Fydrych, przywódca Pomarańczowej Alternatywy w czasach polityki czarnobiałej. Dadaistyczny hymn na cześć napoju witaminizowanego jest swoistym manifestem najmłodszego pokolenia opozycji lat osiemdziesiątych, a przy okazji paradoksalnym wyrazem ewolucji, jaka się dokonała w kolejnych pokoleniach polskiej młodzieży: w latach młodości Andrzeja Czumy bohaterstwem bywało wysadzać pomniki – w czasach Pomarańczowej Alternatywy bohaterstwem było śmiać się tym głośniej, im bardziej się było obitym.
Śmiech jest bronią ruchów pokojowych, świadomie rezygnujących z przemocy, bronią ludzi słabych, bezbronnych wobec władzy. Bronią niezwykle skuteczną. Mark Twain pisał: „Perswazja, pieniądze – mogą czasem podważyć jakąś przepastną bzdurę, ale tylko śmiech potrafi jednym ciosem rozwalić ją w strzępy, rozbić na atomy”.
Jeśli jednak patrzymy na pręgierz umieszczony na wrocławskim rynku, to uświadamiamy sobie, że krewniak śmiechu - szyderstwo - należał do arsenału katowskiego od zarania dziejów. O ile śmiech jest bronią ludzi bezbronnych, to szyderstwo bywa bronią władzy, która tym sposobem, rękami motłochu, pozbywa się ludzi sobie niewygodnych. Temu celowi służyło wytarzanie delikwenta w smole i pierzu, i przegonienie go przez średniowieczne miasto. Na Tasmanii tubylcy umieszczali nieszczęśnika na niskiej gałęzi drzewa, aby każdy mógł się napawać jego reakcjami, a tłum zebrany pod drzewem – szydził. Temu też celowi służyły artykuły prasowe w polskiej prasie w trakcie procesów marcowych w 1968 roku. Współczesny sejm używa do tego celu komisji śledczej do sprawy afery hazardowej.
Zapewne istnieje wśród telewidzów jakaś grupa, która ogląda kolejne posiedzenia tej komisji z fascynacją i niezdrową ciekawością – ciekawość to niezdrowa, gdyż gdzieś w tle jest chęć popatrzenia na twarze i przypomnienia sobie poczucia odrazy sprzed wielu lat. Wystawa IPN o twarzach bezpieki w pewien sposób bardzo celnie utrafia swoim tytułem w swoistą pamięć o czasach PRL, bo w niej rzeczywiście chodzi o twarze. Te martwe, umalowane i upudrowane fizjonomie robotów w okienku telewizora, które bez drgnięcia powieką, bez śladu zażenowania na twarzy i bez wstydu uzasadniały telewidzom najokropniejsze rzeczy. To był jakiś inny gatunek ludzi, z którymi nie szło się identyfikować, poczuć emocjonalną, czy po prostu gatunkową wspólnotę, bo jakaż to może być wspólnota z istotami, które wyglądają jak my, ale posiadają zupełnie inne życie emocjonalne? Te twarze to były istoty z Marsa. Inwazja kosmitów. I te twarze znowu pojawiły się w telewizji, stąd człowiek wzdraga się, ale patrzy. Tym chętniej patrzy, im bardziej się wzdraga.
Prominentni posłowie Platformy Obywatelskiej popełniają przestępstwo. Partia ta ma w sejmie większość, więc ustala powołanie komisji śledczej, która będzie badać nie przestępstwo, a „procesy legislacyjne” wielu rządów. Członkowie Platformy Obywatelskiej mają w komisji śledczej większość, więc ustalają taką kolejność przesłuchań, że w terminie do 28 lutego, narzuconym przez parlamentarną większość PO, z góry wiadomo, że się z przesłuchaniami przestępców z PO nie zdąży. Następnie, pod nieobecność posła Stefaniuka z PSL, w późnych godzinach wieczornych i bez wcześniejszych zapowiedzi, że będzie taki punkt posiedzenia, większość Platformy Obywatelskiej wyrzuca z komisji dwoje posłów z PiS. Wszystkiemu towarzyszą konferencje prasowe i udział rozmaitych posłów PO w programach telewizyjnych, gdzie z kamiennymi twarzami, patrząc prosto w oko kamery, uzasadniają postępowanie kolegów partyjnych jako zasadne, moralne i etycznie bez zarzutu, a także insynuują rozmaite przewiny Wassermana i Kempy, które mają w pełni uzasadniać ich wyrzucenie z komisji. Och, jak się na te twarze patrzy!
Kulminacją tego patrzenia był 28 grudnia 2009. Tego dnia jedni posłowie Platformy Obywatelskiej przez siedem godzin przesłuchiwali w dosyć szczególny sposób człowieka niewinnego, a inni członkowie tej partii to ich postępowanie uzasadniali. Sami przedstawiciele PO w komisji nie potrafili w trakcie przesłuchania wskazać najmniejszego zarzutu, ani nawet powodu wezwania posła Wassermana na świadka, bo, jak wynikało z ich własnych dociekań, Wasserman ani działalności kryminalnej nie uprawiał, ani nie brał udziału w „nieprawidłowościach legislacyjnych”. Siedmiogodzinne przesłuchanie posła Wassermana było siedmiogodzinnym seansem nienawiści, szyderstwem i upokarzaniem człowieka niewinnego. Posłom PO poprzez siedem godzin nie schodził z twarzy szeroki uśmiech sadystycznego zaspokojenia. Trzeba przyznać, że twarze posłów Stefaniuka i Arłukowicza były cały czas poważne. Arłukowicz wyglądał nawet na zdenerwowanego, kiedy zastrzegał się, że on nie korzysta z porad przesyłanych komunikatorami internetowymi w trakcie posiedzenia, tylko pracuje na dokumentach. Przewodniczący Mirosław Sekuła, który już kilkakrotnie narzekał na brak doradców w komisji, nie zainteresował się personaliami doradców niejawnych i związkiem ich sposobu doradzania z regulaminem komisji.
Przewodniczący komisji Mirosław Sekuła przejdzie chyba do historii politycznego gangsteryzmu za wywiad, w którym uzasadniał, że posłowie wyrzuceni z komisji nie mogą do niej wrócić, gdyż byli przesłuchiwani jako świadkowie, rzecz jak z „Procesu” Kafki. Główny organizator sędziowania Platformy Obywatelskiej we własnej sprawie, z jego oblicza nie schodził wyraz dostojeństwa i zasadniczej, moralnej powagi, kiedy tłumaczył, że motywuje go troska „o dotrzymanie standardów” i przekonanie, że posłowie Kempa i Wasserman we własnej sprawie sędziować nie mogą. Cóż to za sprawa i jakie standardy, nie wyjaśnił, analogicznie, jak nikt nic nie wyjaśniał kafkowskiemu Józefowi K. Panu Sekule w pełni dorównują pracownicy Biura Analiz Sejmowych, którzy w zaskakującym terminie dostarczyli „analizę”, że człowiek przesłuchiwany w charakterze świadka nie może być członkiem komisji śledczej: „analiza” została przedstawiona opinii publicznej dopiero po przesłuchaniu Wassermana, a nie przed posiedzeniem Prezydium Sejmu, które zaleciło szybkie przesłuchanie posłów PiS właśnie po to, żeby można było ich przywrócić do komisji.
Mimo braku jakichkolwiek rezultatów Platforma Obywatelska zdecydowała, że będzie przesłuchiwać Wassermana ponownie, tym razem niejawnie. Ogląd pierwszej części przesłuchania każe powątpiewać, czy istnieje cokolwiek „tajnego” na posła Wassermana. Raczej można przypuszczać, że Platforma Obywatelska, podobnie jak każdy gang uliczny, woli sekować swoje ofiary w ciemnych zaułkach i bez świadków. Wedle wcześniejszych, ludożerczo- spożywczych sugestii posła Palikota, że członkowie PO z komisji śledczej zrobili swego czasu błąd, gdyż przerwali „grillowanie” swoich ofiar, gdy te jeszcze mogły się ruszać, być może członkowie PO w komisji śledczej postanowili ów błąd naprawić i zamierzają nękać Wassermana, aż padnie na zawał.
Zgodnie z tą samą filozofią w telewizji występuje teraz stadko ekspertów, którzy zgodnie twierdzą, że powadze i autorytetowi Sejmu szkodzą transmisje z obrad komisji śledczych. Na tej samej zasadzie można zarzucać organizacjom kobiecym, że nagłaśniają sprawy mężów bijących swoje żony – gdyż to szkodzi autorytetowi rodziny. Bronią słabych, i to wielce skuteczną, jest nie tylko śmiech, ale i jawność. Dziś służy ona nie Platformie Obywatelskiej, a jej ofiarom. Wzmacnia determinację posłów PSL i lewicy, by się poprawnie zachowywać i uodparnia ich na ewentualne zakulisowe presje. Opinia publiczna jest tu dla nich nagrodą, bo wiedzą, że właściwym postępowaniem przysporzą głosów swoim ugrupowaniom. Ekspercki atak na suwerenność i wolną wolę opinii publicznej znakomicie mieści się w konwencji wcześniejszych propozycji zmian w Konstytucji RP, proponowanych przez Donalda Tuska, które sprowadzały się do likwidacji najpopularniejszych w Polsce, powszechnych wyborów na prezydenta, odebraniu praw wyborczych opinii publicznej i przekazaniu ich parlamentarnej większości Platformy Obywatelskiej. Opinię publiczną, elektorat, też można zaliczyć do kategorii słabych podmiotów sceny politycznej, gdyż nie dysponuje ona policją, wojskiem, żadnymi formami przymusu i presji, poza kartką wyborczą dzierżoną w garści i własnym poinformowaniem, na podstawie którego podejmuje wyborcze decyzje. Właśnie w obronie suwerenności i poinformowania opinii publicznej w 1968 roku bunt młodzieży objął aż 200 tysięcy osób, krzyczących głośno w całej Polsce, że „Prasa kłamie”. Dziś historia zatoczyła koło i powróciła jako farsa. Członkowie Platformy Obywatelskiej czynią okropne rzeczy, a Donald Tusk, ich przywódca, opowiada telewidzom jak onegdaj Gomułka, że w „roku bieżącym wyprodukowaliśmy 20 tysięcy łyżeczek do herbaty więcej” niż inne kraje Unii Europejskiej, oraz, że jeszcze niedawno staliśmy o krok od przepaści (bo rządził PiS), a teraz wykonaliśmy ogromny skok do przodu...
Posłanka Kempa może być w pewnym sensie w gorszej psychologicznie sytuacji niż poseł Wasserman, bo oprócz „grillowania” można jeszcze uderzać i w to, że jest kobietą. Na jednym z wcześniejszych posiedzeń przewodniczący komisji Mirosław Sekuła upominał ją, że się nie zachowuje „jak kobieta”. Identyczne upomnienia świetnie pamiętają wszystkie kobiety, które działały w opozycji. To była celowa metoda SB, upokarzać, pozbawiać działaczki opozycji kobiecości i godności osoby ludzkiej. Aresztantkom nagminnie tłumaczono, że działają w opozycji, gdyż są brzydkie, „żaden chłop ich nie chce”, nie wiedzą, jak się zachowywać jak kobieta, na zmianę z insynuacjami o prostytucji, alkoholu i lekkim prowadzeniu się. Poseł Halicki z PO występujący w programie „Minęła dwudziesta” się otwarcie, szyderczo uśmiechał gumowym uśmiechem, kiedy posłanka Kempa mówiła, że cały dzień czekała pod drzwiami komisji. Oto wreszcie Platforma Obywatelska pokazała, jak powinna się zachowywać kobieta: ma tłuc się pociągami tam i nazad, siedzieć na fotelu pod drzwiami od dziesiątej rano do dwudziestej pierwszej, pokornie przyjąć decyzję komisji, że się jej nie chce z nią rozmawiać i w nocy wracać pociągiem do domu. Jako kobieta, osoba nieważna, nie powinna mieć pretensji, że jej ktoś wcześniej z wysiadywania na wycieraczce pod drzwiami panów szejków z PO nie zwolnił.
W komisjach śledczych zeznaje się pod rygorem karnym, na podstawie stosownych przepisów kpk, dlatego można by zaryzykować opinię, że choć w historii PRL codziennością było pożytkowanie majestatu kodeksu karnego i polskiego sejmu do maltretowania i skazywania osób niewinnych, to w historii wolnej Polski jest to jednak niepokojąca nowość. Polega ona na wielce innowacyjnej procedurze odbierania części praw obywatelskich (w postaci prawa kandydowania na członka komisji) nie za przewiny, a za to, że się było przesłuchiwanym. Jako, że ryba psuje się zwykle od głowy, w polskim wymiarze sprawiedliwości szykuje się wesoła rewolucja imienia Franza Kafki: oto z garaży wyjadą znowu czarne wołgi, złapie się przechodnia na ulicy, przesłucha na dowolną okoliczność, a potem wsadzi do więzienia za to, że przechodzień został przesłuchany. Na tej samej zasadzie Platforma Obywatelska będzie mogła odbierać bierne i czynne prawa wyborcze dowolnym obywatelom, nie wykluczając kontrkandydatów Donalda Tuska do fotela prezydenta RP.
Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, motłoch jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje Platforma Obywatelska, najwyższej jakości jako dzieło sztuki partyjnej. Wiwat Biuro Analiz Sejmowych. Wiwat soki owocowe....
Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika. – Exupery, "Twierdza"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moczaryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moczaryzm. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 grudnia 2009
poniedziałek, 28 maja 2007
Kot Jaruzelski
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz
Książka "Generał ze skazą" Lecha Kowalskiego, wspomniana w "Mimochodem" Ziemkiewicza, wzięła swój tytuł z parafrazy wcześniejszej książki generała Tadeusza Pióro "Armia ze skazą" zawierającej jego wspomnienia z okresu PRL, w tym z okresu antysemickich czystek z 1967, w wyniku których został zdegradowany do stopnia szeregowca i wyrzucony z wojska jako "Żyd z zarażenia świadomością syjonistyczną".
Autor opisuje w niej między innymi niebłahą rolę Jaruzelskiego w tej kampanii. Zdaje się, że po degradacji Pióro zarabiał na życie jako kioskarz "Ruchu," a swój stopień wojskowy odzyskał stosunkowo niedawno - nie za kadencji Jaruzelskiego. Ziemkiewicz zauważa, że w tekście Osęki opublikowanym w GW o Marcu 68roku autorzy czystek antysemickich pozostają anonimowi. Nie mają ani twarzy, ani nazwisk, co Ziemkiewicza niespecjalne dziwi - powiada, że musiałoby paść nazwisko Jaruzelskiego, a "w tym konkretnym wypadku „Wyborcza” w cudowny sposób zapomina o swej zwyczajnej bezwzględności w tropieniu antysemitów. Co by kogo innego zhańbiło ostatecznie i nieodwołalnie, to „człowiekowi honoru” jest wybaczane i nie wypominane."
Tekst Ziemkiewicza wywołał sporą dyskusję, w tym dwie reakcje, które byłoby warto dodatkowo skomentować. Pierwsza, to atak personalny na autora tekstu przez osoby piszące o GW "nasza gazeta" i zarzucające mu monomanię na tle tropienia "michnikowszczyzny", druga, wymagająca chyba szerszego potraktowania, dotyczy zakresu etnicznej umowności w walkach frakcyjnych Natolina z Puławami. Ale to innym razem.
Nie będziemy dyskutować czy Ziemkiewicz jest maniakiem czy nie, bośmy go nie badali, ale przemilczanie nazwisk w opisie historycznym nie jest sprawą błahą tylko dyskwalifikującą, a i zwracanie na to uwagi bynajmniej nie jest objawem manii. Przeciwnie. Prymitywne plemiona świetnie się obywają bez historii, bo im wystarczy orientowanie się na pory roku oraz wschody i zachody słońca, ale naród to już zjawisko polityczne z obrębu cywilizacji. Bez historii nie przetrwa nawet pół dnia. Jak to ktoś przytomnie zauważył, historia Europy bez imion i nazwisk królów, władców, wynalazców - i sprawców - nie byłaby warta nawet papieru, na którym by została wydrukowana.
Generał Pióro opublikował w Wyborczej z 21 kwietnia 1995 świetny artykuł o sowieckich marszałkach. Pod spodem redakcja zamieściła notkę o autorze, w której podają, że "W 1967 r. podał się do dymisji". To też jest przemilczenie, i to daleko idące, aczkolwiek niekoniecznie intencjonalne. Może być prostym skutkiem tabu milczenia nałożonym na moczaryzm ze względu na osobę Jaruzelskiego, ale też może być skutkiem specyficznej percepcji świata, redukującej indywidualizm do cechy nieistotnej, przeświadczenia, że bliżej niesprecyzowane, anonimowe żywioły historii rzeczywiście organizują masy, których duch - już niekoniecznie wola - jest wypowiadana ustami Wernyhory lub nawet, że Historia jest bytem absolutnym, w wyniku którego powstają masy, a z nich różnicują się wieszcze zdolni do kontaktu z Żywiołem Absolutnym.
To nie jest aż tak skomplikowane, jak brzmi. Normalnie jest tak, że człowiek postrzega swoje życie i otaczający świat jako zjawisko ciągłe. Człowiek albo jest, a skoro jest, to jakoś się nazywa, coś robi i ma jakieś relacje z innymi ludźmi, albo umarł i go nie ma. Wydarzenia, mimo wszelkich niespodzianek, układają się w jakiś w miarę zrozumiały ciąg konsekwencji wydarzeń wcześniejszych. Ale życie Jaruzelskiego portretowane jest w Gazecie Wyborczej w sposób nieciągły, jak byt kota Schroedingera: Raz jest, raz znika w pudełku z napisem "żywioły historii". Jak pudełko jest zamknięte, Jaruzelski traci ciągłość. Może jest, a może go nie ma, każdy osąd jest równie uprawniony, od takiego, że Jaruzelski jest odpowiedzialny za czystki w LWP, po taki, że czystki zrobił polski motłoch. Faktem jest tylko to, co widać po otwarciu pudełka. Jeśli pudełko jest zamknięte, to fakty stają się zaledwie opiniami, do których można kogoś przekonać lub nie, w zależności od własnych mocy przekonywania. I tu pojawia się postać wieszcza.
Kot Schroedingera ma swojego Obserwatora, który go do pudełka wsadził i opisuje co widzi. Dzięki specjalnemu kontaktowi z żywiołem Historii wróżbita obserwuje przez pokrywę pudełka i poprzez czynność opisu urealnia swego kota - Jaruzelskiego, a gdy milknie, kot przestaje istnieć. Dla osób wierzących w talenty wróżbity nie ma żadnej sprzeczności w tropieniu antysemitów i wielbieniu Jaruzelskiego: czyny przez wieszcza nieopisane nie miały miejsca.
W dramacie Wyspiańskiego masy pojawiają się jako stany, które mają się stawić na wezwanie Wernyhory w sejmie. Lud ma czekać przed kaplicą do świtu na sygnał do walki oddany ze złotego rogu, z którym pędzi do Warszawy Jasiek. Do powstania nie dochodzi ze względu na jaśkową próżność, i o złotych rogach do dzisiaj rozmawiają kolejne pokolenia, ale gdyby Wyspiański napisał alternatywne "Wesele" z Jaśkiem nie troszczącym się o swoją czapkę, to może więcej by się rozmawiało o czymś innym: czego mianowicie dotyczyło wezwanie do boju. Wernyhora, legendarny ukraiński lirnik, który przyszedł do Gospodarza z wezwaniem do powstania, nie przekonywał go do czynu jasnością swych słów, czy jasnością projektu, lecz lecz siłą własnego natchnienia.
Gospodarz nie rozwikłał wszystkich sensów wizyt wróżbity i nie zrozumiał jego słów, ale powodowany palącą potrzebą spełnienia pięknej narodowej wizji, której pojąć nie zdołał, jednak Jaśka z poselstwem wysłał. I takie to było poselstwo, niemądry posłaniec z przekazem, którego nawet wysyłający nie rozumiał, a więc tym bardziej nie mogli zrozumieć odbiorcy. A jednak mieli na taką szalę postawić wszystko, z własnym życiem włącznie. To nie jest wizja obywatelska czy obietnica demokracji, lecz mistyka tyranii i wojny, w której nie musi się nawet informować ludzi, po co mają umierać, i nie rozumu się od nich oczekuje, a posłuszeństwa wobec natchnienia. Może więc dobrze, że Jaśko ten róg zgubił.
Ale nie tylko o nieciągłość bytu Przyjaciół chodzi. Michnikowski Wróg też jest pozbawiony nazwiska, też nie jest człowiekiem tylko symbolem jakiegoś wewnętrznego strachu: "Kanalie, kanalie, kanalie!" - krzyczy autor. O kim on prawi? "Wielki Lustrator" - to może być każdy. Idziesz ulicą i widzisz morze poruszających się, ludzkich ciał, pozbawionych cech indywidualnych. W każdym może czaić się Fantomas, dlatego się ich boisz. Nazywasz motłochem, poniekąd słusznie, bo dla niezindywidualizowanych poziom społeczności jest niedostępny.
Brzydzisz się tej hordy. Jest wstrętna, śmierdząca i wyjąca, upaprana odchodami płynącymi w rynsztoku. Cierpisz i odczuwasz fizyczny wstręt. Ale twoi przyjaciele też nikną w tym śmierdzącym tłumie, widzisz ich jako jestestwa nieciągłe, czasem są, a czasem znikają i zostajesz sam.
Był kiedyś taki świat naprawdę, kiedy zabierano ludziom nazwiska i tatuowano numery. Jest też w tym wszystkim jakieś echo pochodów pierwszomajowych widzianych z pozycji trybuny, z której pierwszy sekretarz wyznacza masom zadania na najbliższy plan pięcioletni, transportów do rąbania drzew na Syberii, anonimowych zwałów trupów zmuszonych do realizacji obłąkańczych planów wodza. Ale dość tej wycieczki w świat Mordoru.
Coś, co wygląda jak arogancja, może być ripostowane ironią. Ale wyobraź sobie, że w to wszystko naprawdę wierzysz. Poczuj się człowiekiem, mieszkającym w strzeżonym osiedlu, przeżywającym bezimienny Strach. Nie arogantów wtedy zobaczysz, a ludzi, którzy urządzili sobie piekło na ziemi. Z własnej woli....
[mirror na salonie: http://autostopem.salon24.pl/17010,index.html
wtorek, 15 maja 2007
Bartoszowi Węglarczykowi - premier potraktował was łagodnie
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz
Premier potraktował Adama Michnika łagodnie, kojarząc go z puławianami. Mógł gorzej. Praca w redakcji GW zapewne nie uwrażliwia na takie rzeczy, ale Jaruzelski i Kiszczak nie są puławianami, lecz moczarowcami. Wojciech Jaruzelski, bywalec czwartkowych "wieczorów u Mieczysława" i jego prawa ręka, rozpoczął czystki antysemickie w wojsku w 1967, na rok przed Marcem.
Zresztą, wyrzucanie z wojska i degradacja do stopnia szeregowca dotykały nie tylko Żydów, bo, jeśli komuś nie udawało się przypisać żydowskiego pochodzenia, to wylatywał za "świadomość syjonistyczną." Tak zdyscyplinowana kadra oficerska rok później poprowadziła polską armię na Czechosłowację. Jeśli już zagłębiać się w egzotyczne obszary walk frakcyjnych u komunistów, to moczarowcy Jaruzelski z Kiszczakiem symbolizują dziś michnikowskich Ludzi Honoru, a nie puławianie. Michnik może i pijał wódkę z puławianinem Urbanem, ale Człowiekiem Honoru jednak nigdy go nie nazwał.
Niekiedy w Gazecie Wyborczej publikowane są zadziwiające opinie, jak ta Michała Głowińskiego przepytywanego przez Teresę Torańską ("Marcowe gadanie", Duży Format nr 19, 13 maja 2005). Sam wywiad spowodował spore zakłopotanie i oszołomienie wśród emigrantów marcowych, nieobytych z analną poetyką Wyborczej. Redakcja "Plotkies", która otworzyła dyskusję, zareklamowała go jako jeden z cyklu "...tak popularnego w prasie p.t. "okazuje się, że jestem Żydem (wcześniej tego broń Boże nie wspominałem)" - co zresztą jedna z ich czytelniczek skomentowała "facet wyszedł z szafy po 50 latach i trochę mi przypomina tego Japończyka, który ukrywał się w dżungli 30 lat po wojnie. Mnie się słabo robi, jak patrzę na tych, co sobie teraz przypominają, że byli Żydami."
Otóż Głowiński, reklamowany przez GW autorytet od "Marcowego gadania" powiada w wywiadzie "...Emigracja marcowa od początku budziła we mnie wątpliwości" - i, żeby było jasne, jakie, akcentuje tą wypowiedź cytatem z Zimanda ".. człowiek nie ma prawa uciekać z miejsca gdzie nasrał". Czyli, widocznie, zdaniem autora GW, nie zostali wypędzeni, tylko uciekli, a uciekli, bo wprzódy "nasrali". Abstrahując od agresji, zawartej w przaśnych metaforach, Głowiński żywcem posługuje się językiem gontarzowskiej propagandy, opisując czystkę etniczną jako gremialną ucieczkę winnych. Gontarz, Moczar i Gomułka używali w tym miejscu terminów "piąta kolumna", "syjoniści" i - mniej formalnie - "żydokomuna". Nie ma ich w wywiadzie, ale jakoś odnosi się wrażenie, że są jego mottem. Język, zaprezentowany przez Głowińskiego na łamach GW, trudno byłoby odnaleźć w innych gazetach głównego nurtu.
Bartosz Węglarczyk tego zapewne nie wie, bo nikt mu w redakcji GW chyba nie powiedział, ale emigracja marcowa różni się od emigracyjnej "żydo- i polsko- komuny" tym, że wyjeżdżając, traciła wszystko, a o tych drugich można mieć wątpliwości, czy w ogóle byli wypędzani lub uciekali, czy może raczej wyjeżdżali na upatrzone z góry placówki w celach wywiadowczych, oraz by wzniecać emigracyjne konflikty polsko- żydowskie, bardzo komplikujące pomoc organizowaną przez emigrantów dla opozycji demokratycznej w Polsce, skoro PRL, a potem III RP, nieprzerwanie płaciła im emerytury. Dopiero teraz, dzięki inicjatywie obniżenia emerytur stalinowskim aparatczykom, Polska przestanie im płacić za takową działalność. Zresztą, coraz jaśniej widać z stopniowo ujawnianych materiałów archiwalnych, że animatorzy sztucznie wzniecanych konfliktów emigracyjnych na tle etnicznym z obu stron byli często albo głupcami, albo funkcjonariuszami opłacanymi przez ten sam wydział MSW.
Bartosz Głowiński i inni młodsi redaktorzy GW też zapewne tego nie wiedzą, bo i skąd, że wielu emigrantów dziwiły i denerwowały obchody, akademie, uroczystości i tablice pamiątkowe "ku czci Marca" organizowane i wmurowywane (z gwarantowanym udziałem przedstawicieli GW) w rozmaitych miejscach przez marcowego donosiciela, za to z kompletną ignorancją faktu, że realne ofiary marcowych czystek żyją, mają się dobrze, tyle że za granicą i bez jakiegokolwiek wpływu na to, co się dzieje w kraju. Przez całe 17 lat denerwowały obchody Getta, których organizatorką jest pani jeżdżąca po Europie zaraz po 68 roku, żeby w rozmaitych telewizjach oświadczać, że czystki antysemickie są wymysłem, gdyż ona jest przecież aktorką. Emigranci oglądali jej wywiady w telewizji, samymi będąc wtedy zakwaterowanymi na rozmaitych statkach, na chybcika przerobionych na tymczasowe kwatery dla wysiedleńców, w świetlicach w obozach przejściowych, i tak dalej, a ona, owszem, była aktorką, jako żona swego męża, który został dyrektorem Teatru Żydowskiego dzięki wypędzeniu z kraju Idy Kamińskiej i jej zespołu oraz dzięki temu, że wykorzystał ówczesne obchody Getta do wygłoszenia elaboratu potępiającego "syjonistów" - czyli pochwalającego czystki etniczne. Poniekąd żywy dowód, że komunizm polegał na wynarodowieniu. Naszym zdaniem, nie tylko w mniejszościach etnicznych, to samo byśmy powiedzieli o Polakach.
Doprawdy, trudno zrozumieć, dlaczego przedstawiciele GW, zakładanej przecież przez jakąś część byłych marcowców, nie rozumieli, co legitymizują swoją obecnością na tego rodzaju imprezach czy wspólnym uczestnictwem w rozmaitych komitetach, i swoim milczeniem przez całe 17 lat. Trudno zrozumieć argument, jaki kiedyś usłyszeliśmy na własne uszy, że księdza Czajkowskiego trzeba bronić przed oskarżeniami o agenturę, gdyż inaczej załamie się dialog polsko - żydowski. Dialog między Polakami a Żydami jest możliwy tylko dzięki pośrednictwu bezpieki? Jeśli zawali się mur, zbudowany przez policję polityczną totalitarnego państwa, to grozi, że się Polacy z Żydami nawzajem pozabijają? Doprawdy, aż tak się nienawidzimy nawzajem?
Trudno zrozumieć wypowiedzi takie jak Karola Modzelewskiego, który porównuje lustrację do marcowych czystek, a w następnym zdaniu oświadcza, że nie rozumie, czemu lustracja miałaby obejmować badaczy przyrody, "którzy tylko wykonują swoją pracę." Raptem stracił pamięć, że czystki z 68 odbywały się bynajmniej nie tylko na wydziałach uczących marksizmu - leninizmu, i raptem nie rozumie, że człowiek może czuć się wielce nieprzyjemnie, kiedy go usiłują wepchnąć do tego samego wora razem z Jaruzelskim i całą resztą, odpowiedzialną za życiowe katastrofy, które mu się przytrafiły? Aż się też prosi, żeby powiedzieć, że kiedy Arendt usłyszała Eichmanna broniącego się na swoim procesie, że "tylko wykonywał swoją pracę", to skomentowała, że "zło jest banalne." Oczywiście nie porównujemy obu postaci, lecz wskazujemy jaka jest w istocie rzeczy jakość takiego argumentu.
To, co Głowiński przypisuje emigrantom marcowym: "...ale to były też często wspomnienia byłych właścicieli Polski Ludowej, którzy nagle przypomnieli sobie, ze są Żydami, i zauważyli, ze w Polsce mówi się antysemickim językiem" - dotyczy być może jakiejś części bananowych emigrantów z warszawskich salonów, ale jeszcze bardziej jego własnej grupy politycznej. Przypominają sobie, że są Żydami, kiedy im jest wygodnie wskazywać na przeciwników politycznych jako antysemitów. I na tym właśnie polega moczaryzm, na instrumentalnym traktowaniu etniczności. A wtedy, gdy jest się aż tak bezwzględnym, by wykorzystywać ofiary marcowych czystek do propagandowej obrony tych, co im połamali życie, to nic dziwnego, że ofiary zaczynają się zastanawiać, na ile środowisko takowe nasiąkło przez lata dzielące nas od 1968 roku, zwycięskim wtedy moczaryzmem. Żydem się nie bywa, panie Węglarczyk, Żydem się jest. A konkretniej, Polskim Żydem. Ale moczarowcem, na całe szczęście, można bywać lub przestać bywać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)