Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika. – Exupery, "Twierdza"
wtorek, 29 grudnia 2009
Rządy motłochu
Bogumiła Tyszkiewicz
„Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, schizofrenia jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje socjalizm najwyższej jakości jako dzieło sztuki komicznej. Wiwat Sorbowit” - tak pisał Waldemar Maria „Major” Fydrych, przywódca Pomarańczowej Alternatywy w czasach polityki czarnobiałej. Dadaistyczny hymn na cześć napoju witaminizowanego jest swoistym manifestem najmłodszego pokolenia opozycji lat osiemdziesiątych, a przy okazji paradoksalnym wyrazem ewolucji, jaka się dokonała w kolejnych pokoleniach polskiej młodzieży: w latach młodości Andrzeja Czumy bohaterstwem bywało wysadzać pomniki – w czasach Pomarańczowej Alternatywy bohaterstwem było śmiać się tym głośniej, im bardziej się było obitym.
Śmiech jest bronią ruchów pokojowych, świadomie rezygnujących z przemocy, bronią ludzi słabych, bezbronnych wobec władzy. Bronią niezwykle skuteczną. Mark Twain pisał: „Perswazja, pieniądze – mogą czasem podważyć jakąś przepastną bzdurę, ale tylko śmiech potrafi jednym ciosem rozwalić ją w strzępy, rozbić na atomy”.
Jeśli jednak patrzymy na pręgierz umieszczony na wrocławskim rynku, to uświadamiamy sobie, że krewniak śmiechu - szyderstwo - należał do arsenału katowskiego od zarania dziejów. O ile śmiech jest bronią ludzi bezbronnych, to szyderstwo bywa bronią władzy, która tym sposobem, rękami motłochu, pozbywa się ludzi sobie niewygodnych. Temu celowi służyło wytarzanie delikwenta w smole i pierzu, i przegonienie go przez średniowieczne miasto. Na Tasmanii tubylcy umieszczali nieszczęśnika na niskiej gałęzi drzewa, aby każdy mógł się napawać jego reakcjami, a tłum zebrany pod drzewem – szydził. Temu też celowi służyły artykuły prasowe w polskiej prasie w trakcie procesów marcowych w 1968 roku. Współczesny sejm używa do tego celu komisji śledczej do sprawy afery hazardowej.
Zapewne istnieje wśród telewidzów jakaś grupa, która ogląda kolejne posiedzenia tej komisji z fascynacją i niezdrową ciekawością – ciekawość to niezdrowa, gdyż gdzieś w tle jest chęć popatrzenia na twarze i przypomnienia sobie poczucia odrazy sprzed wielu lat. Wystawa IPN o twarzach bezpieki w pewien sposób bardzo celnie utrafia swoim tytułem w swoistą pamięć o czasach PRL, bo w niej rzeczywiście chodzi o twarze. Te martwe, umalowane i upudrowane fizjonomie robotów w okienku telewizora, które bez drgnięcia powieką, bez śladu zażenowania na twarzy i bez wstydu uzasadniały telewidzom najokropniejsze rzeczy. To był jakiś inny gatunek ludzi, z którymi nie szło się identyfikować, poczuć emocjonalną, czy po prostu gatunkową wspólnotę, bo jakaż to może być wspólnota z istotami, które wyglądają jak my, ale posiadają zupełnie inne życie emocjonalne? Te twarze to były istoty z Marsa. Inwazja kosmitów. I te twarze znowu pojawiły się w telewizji, stąd człowiek wzdraga się, ale patrzy. Tym chętniej patrzy, im bardziej się wzdraga.
Prominentni posłowie Platformy Obywatelskiej popełniają przestępstwo. Partia ta ma w sejmie większość, więc ustala powołanie komisji śledczej, która będzie badać nie przestępstwo, a „procesy legislacyjne” wielu rządów. Członkowie Platformy Obywatelskiej mają w komisji śledczej większość, więc ustalają taką kolejność przesłuchań, że w terminie do 28 lutego, narzuconym przez parlamentarną większość PO, z góry wiadomo, że się z przesłuchaniami przestępców z PO nie zdąży. Następnie, pod nieobecność posła Stefaniuka z PSL, w późnych godzinach wieczornych i bez wcześniejszych zapowiedzi, że będzie taki punkt posiedzenia, większość Platformy Obywatelskiej wyrzuca z komisji dwoje posłów z PiS. Wszystkiemu towarzyszą konferencje prasowe i udział rozmaitych posłów PO w programach telewizyjnych, gdzie z kamiennymi twarzami, patrząc prosto w oko kamery, uzasadniają postępowanie kolegów partyjnych jako zasadne, moralne i etycznie bez zarzutu, a także insynuują rozmaite przewiny Wassermana i Kempy, które mają w pełni uzasadniać ich wyrzucenie z komisji. Och, jak się na te twarze patrzy!
Kulminacją tego patrzenia był 28 grudnia 2009. Tego dnia jedni posłowie Platformy Obywatelskiej przez siedem godzin przesłuchiwali w dosyć szczególny sposób człowieka niewinnego, a inni członkowie tej partii to ich postępowanie uzasadniali. Sami przedstawiciele PO w komisji nie potrafili w trakcie przesłuchania wskazać najmniejszego zarzutu, ani nawet powodu wezwania posła Wassermana na świadka, bo, jak wynikało z ich własnych dociekań, Wasserman ani działalności kryminalnej nie uprawiał, ani nie brał udziału w „nieprawidłowościach legislacyjnych”. Siedmiogodzinne przesłuchanie posła Wassermana było siedmiogodzinnym seansem nienawiści, szyderstwem i upokarzaniem człowieka niewinnego. Posłom PO poprzez siedem godzin nie schodził z twarzy szeroki uśmiech sadystycznego zaspokojenia. Trzeba przyznać, że twarze posłów Stefaniuka i Arłukowicza były cały czas poważne. Arłukowicz wyglądał nawet na zdenerwowanego, kiedy zastrzegał się, że on nie korzysta z porad przesyłanych komunikatorami internetowymi w trakcie posiedzenia, tylko pracuje na dokumentach. Przewodniczący Mirosław Sekuła, który już kilkakrotnie narzekał na brak doradców w komisji, nie zainteresował się personaliami doradców niejawnych i związkiem ich sposobu doradzania z regulaminem komisji.
Przewodniczący komisji Mirosław Sekuła przejdzie chyba do historii politycznego gangsteryzmu za wywiad, w którym uzasadniał, że posłowie wyrzuceni z komisji nie mogą do niej wrócić, gdyż byli przesłuchiwani jako świadkowie, rzecz jak z „Procesu” Kafki. Główny organizator sędziowania Platformy Obywatelskiej we własnej sprawie, z jego oblicza nie schodził wyraz dostojeństwa i zasadniczej, moralnej powagi, kiedy tłumaczył, że motywuje go troska „o dotrzymanie standardów” i przekonanie, że posłowie Kempa i Wasserman we własnej sprawie sędziować nie mogą. Cóż to za sprawa i jakie standardy, nie wyjaśnił, analogicznie, jak nikt nic nie wyjaśniał kafkowskiemu Józefowi K. Panu Sekule w pełni dorównują pracownicy Biura Analiz Sejmowych, którzy w zaskakującym terminie dostarczyli „analizę”, że człowiek przesłuchiwany w charakterze świadka nie może być członkiem komisji śledczej: „analiza” została przedstawiona opinii publicznej dopiero po przesłuchaniu Wassermana, a nie przed posiedzeniem Prezydium Sejmu, które zaleciło szybkie przesłuchanie posłów PiS właśnie po to, żeby można było ich przywrócić do komisji.
Mimo braku jakichkolwiek rezultatów Platforma Obywatelska zdecydowała, że będzie przesłuchiwać Wassermana ponownie, tym razem niejawnie. Ogląd pierwszej części przesłuchania każe powątpiewać, czy istnieje cokolwiek „tajnego” na posła Wassermana. Raczej można przypuszczać, że Platforma Obywatelska, podobnie jak każdy gang uliczny, woli sekować swoje ofiary w ciemnych zaułkach i bez świadków. Wedle wcześniejszych, ludożerczo- spożywczych sugestii posła Palikota, że członkowie PO z komisji śledczej zrobili swego czasu błąd, gdyż przerwali „grillowanie” swoich ofiar, gdy te jeszcze mogły się ruszać, być może członkowie PO w komisji śledczej postanowili ów błąd naprawić i zamierzają nękać Wassermana, aż padnie na zawał.
Zgodnie z tą samą filozofią w telewizji występuje teraz stadko ekspertów, którzy zgodnie twierdzą, że powadze i autorytetowi Sejmu szkodzą transmisje z obrad komisji śledczych. Na tej samej zasadzie można zarzucać organizacjom kobiecym, że nagłaśniają sprawy mężów bijących swoje żony – gdyż to szkodzi autorytetowi rodziny. Bronią słabych, i to wielce skuteczną, jest nie tylko śmiech, ale i jawność. Dziś służy ona nie Platformie Obywatelskiej, a jej ofiarom. Wzmacnia determinację posłów PSL i lewicy, by się poprawnie zachowywać i uodparnia ich na ewentualne zakulisowe presje. Opinia publiczna jest tu dla nich nagrodą, bo wiedzą, że właściwym postępowaniem przysporzą głosów swoim ugrupowaniom. Ekspercki atak na suwerenność i wolną wolę opinii publicznej znakomicie mieści się w konwencji wcześniejszych propozycji zmian w Konstytucji RP, proponowanych przez Donalda Tuska, które sprowadzały się do likwidacji najpopularniejszych w Polsce, powszechnych wyborów na prezydenta, odebraniu praw wyborczych opinii publicznej i przekazaniu ich parlamentarnej większości Platformy Obywatelskiej. Opinię publiczną, elektorat, też można zaliczyć do kategorii słabych podmiotów sceny politycznej, gdyż nie dysponuje ona policją, wojskiem, żadnymi formami przymusu i presji, poza kartką wyborczą dzierżoną w garści i własnym poinformowaniem, na podstawie którego podejmuje wyborcze decyzje. Właśnie w obronie suwerenności i poinformowania opinii publicznej w 1968 roku bunt młodzieży objął aż 200 tysięcy osób, krzyczących głośno w całej Polsce, że „Prasa kłamie”. Dziś historia zatoczyła koło i powróciła jako farsa. Członkowie Platformy Obywatelskiej czynią okropne rzeczy, a Donald Tusk, ich przywódca, opowiada telewidzom jak onegdaj Gomułka, że w „roku bieżącym wyprodukowaliśmy 20 tysięcy łyżeczek do herbaty więcej” niż inne kraje Unii Europejskiej, oraz, że jeszcze niedawno staliśmy o krok od przepaści (bo rządził PiS), a teraz wykonaliśmy ogromny skok do przodu...
Posłanka Kempa może być w pewnym sensie w gorszej psychologicznie sytuacji niż poseł Wasserman, bo oprócz „grillowania” można jeszcze uderzać i w to, że jest kobietą. Na jednym z wcześniejszych posiedzeń przewodniczący komisji Mirosław Sekuła upominał ją, że się nie zachowuje „jak kobieta”. Identyczne upomnienia świetnie pamiętają wszystkie kobiety, które działały w opozycji. To była celowa metoda SB, upokarzać, pozbawiać działaczki opozycji kobiecości i godności osoby ludzkiej. Aresztantkom nagminnie tłumaczono, że działają w opozycji, gdyż są brzydkie, „żaden chłop ich nie chce”, nie wiedzą, jak się zachowywać jak kobieta, na zmianę z insynuacjami o prostytucji, alkoholu i lekkim prowadzeniu się. Poseł Halicki z PO występujący w programie „Minęła dwudziesta” się otwarcie, szyderczo uśmiechał gumowym uśmiechem, kiedy posłanka Kempa mówiła, że cały dzień czekała pod drzwiami komisji. Oto wreszcie Platforma Obywatelska pokazała, jak powinna się zachowywać kobieta: ma tłuc się pociągami tam i nazad, siedzieć na fotelu pod drzwiami od dziesiątej rano do dwudziestej pierwszej, pokornie przyjąć decyzję komisji, że się jej nie chce z nią rozmawiać i w nocy wracać pociągiem do domu. Jako kobieta, osoba nieważna, nie powinna mieć pretensji, że jej ktoś wcześniej z wysiadywania na wycieraczce pod drzwiami panów szejków z PO nie zwolnił.
W komisjach śledczych zeznaje się pod rygorem karnym, na podstawie stosownych przepisów kpk, dlatego można by zaryzykować opinię, że choć w historii PRL codziennością było pożytkowanie majestatu kodeksu karnego i polskiego sejmu do maltretowania i skazywania osób niewinnych, to w historii wolnej Polski jest to jednak niepokojąca nowość. Polega ona na wielce innowacyjnej procedurze odbierania części praw obywatelskich (w postaci prawa kandydowania na członka komisji) nie za przewiny, a za to, że się było przesłuchiwanym. Jako, że ryba psuje się zwykle od głowy, w polskim wymiarze sprawiedliwości szykuje się wesoła rewolucja imienia Franza Kafki: oto z garaży wyjadą znowu czarne wołgi, złapie się przechodnia na ulicy, przesłucha na dowolną okoliczność, a potem wsadzi do więzienia za to, że przechodzień został przesłuchany. Na tej samej zasadzie Platforma Obywatelska będzie mogła odbierać bierne i czynne prawa wyborcze dowolnym obywatelom, nie wykluczając kontrkandydatów Donalda Tuska do fotela prezydenta RP.
Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, motłoch jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje Platforma Obywatelska, najwyższej jakości jako dzieło sztuki partyjnej. Wiwat Biuro Analiz Sejmowych. Wiwat soki owocowe....
czwartek, 3 grudnia 2009
Czyż nie do władcy więc państwo należy?
Immanentną cechą demokracji jest metoda consensusu i zasada samoograniczania się większości. W tyraniach obie te zasady są zniesione. To rozróżnienie odnosi się nawet do wojen: dziewiętnastowieczne wojny epoki wiktoriańskiej bywały krwawe, okrutne i niesprawiedliwe, ale cele i zakres wojny oraz dalsze koleje losów jeńców wojennych wyznaczało coś, co by można było nazwać przekonaniem o fundamentalnej wspólnocie ludzkiego gatunku - epoka wiktoriańska przestrzegała Konwencji Genewskich! W wypadkach, gdy je naruszano, elity ówczesnego świata potrafiły nazwać zło - złem. W obu dwudziestowiecznych wojnach, w Holokauście, w Gułagu, w utopiach negatywnych Orwella koegzystencja jako wartość, jako dobro samo w sobie, jest w ogóle nieobecna. Podstawowym, pierwotnym wyborem zbiorowości, narodów, ale i indywidualnych ludzi jest decyzja, jakimi zasadami moralnymi chcemy się kierować: tymi, wywodzącymi się z demokracji, czy tymi, wywodzącymi się z tyranii. Wszystko inne wypływa z tego pierwszego wyboru: społeczeństwa będą otwarte lub zamknięte; w firmie pracodawca będzie stosował mobbing jako technikę zarządzania lub nie; w rodzinie mąż będzie katował żonę i dzieci, lub nie.
W Polsce znów pojawiły się dowcipy polityczne: "Donald Tusk po pijaku powoduje kraksę. Co na to PO? Odpowiedź - Powołuje komisję śledczą do spraw zbadania stanów upojenia alkoholowego wszystkich premierów w Polsce, poczynając od Bieruta". Przewodniczącym parlamentarnej komisji śledczej do zbadania afery hazardowej, w której uczestniczyli członkowie rządu Platformy Obywatelskiej, został Mirosław Sekuła z Platformy Obywatelskiej, bo Platforma ma parlamentarną większość. Zbigniew Wassermann z PiS w brzydki sposób został wyrugowany z prezydium komisji, bo Platforma ma większość (tu Platformie dzielnie sekundował przedstawiciel lewicy Bartosz Arłukowicz, który głosował przeciwko Wassermanowi, odwzajemniając się tym sposobem za wcześniejsze poparcie jego kandydatury do prezydium przez Wassermana i Beatę Kempę z PiS). Następnie Platforma podjęła próbę całkowitego wyrugowania dwojga przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości z komisji, ale im nie wyszło - nie dlatego, że zastanowili się, co czynią, lecz dlatego, że poseł z lewicy już tego nie wytrzymał psychicznie i z większości zrobiła się mniejszość. Aferzysta Zbigniew Chlebowski po krótkim urlopie (twierdzi, że był z rodziną na wakacjach) wrócił do parlamentu, przywitany uściskami rąk innych parlamentarzystów PO i bez cienia zażenowania na pulchnych policzkach oświadczył, że teraz będzie pracował w komisji budżetowej, czyli tam, gdzie wcześniej nabałaganił. Nikt jednak się tym nie przejął, gdyż komisja śledcza dyskutowała właśnie nad urządzeniem konfrontacji szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego z byłym szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariuszem Kamińskim - nie dlatego, że komisja podejrzewa, że Jarosław Kaczyński również uczestniczył w tajnych spotkaniach organizowanych przez Chlebowskiego na cmentarzach i stacjach benzynowych, a Kamiński to ukrył, a dlatego, że Platforma ma w komisji większość. Większościowa pozycja Platformy Obywatelskiej jest często ostatecznym, zamykającym dyskusję argumentem objaśniającym bieg spraw w parlamencie, rozmaitych komisjach i urzędach. "Tak być musi, bo na tym polegają rządy większości w demokracjach" pada z telewizyjnego okienka przynajmniej raz dziennie. Z większościowym przymusem zgadzają się posłowie wszystkich partii, komentatorzy i publicyści z wszystkich opcji, a także, niestety, profesorowie. Do dzisiaj nikt publicznie nie zauważył, że takie większościowe zasady obowiązują nie w demokracjach, a w ustroju bolszewickim, który właśnie dlatego się nazywa tak, jak się nazywa. Wolter pisał "Stale odmawiam krótką modlitewkę 'Boże, ośmiesz moich wrogów.' I dobry Bóg przychylał się do mojej prośby." Największym wrogiem polskich elit są polskie elity, stąd wiadomo, o co się codziennie modlą.
Dzień Święta Nauki 2 grudnia przypadł w 2009 roku na środę. Środek tygodnia, połowa rządów Donalda Tuska, półmetek transformacji ustrojowej. Przemawiając do studentów - stypendystów premier Tusk wspomniał o własnym pokoleniu, którego "szczytem marzeń było wejść do lepszego towarzystwa" - tj. zachodniej cywilizacji. Pochwalił studentów za "wygraną w ich pierwszym wyścigu" (zdobyli stypendia naukowe) i scharakteryzował resztę ich życia jako wyścig - "Będą wam mówić, że sam udział w wyścigu jest wartościowy, ale to nieprawda. Biorących udział w wyścigu trzeba szanować, ale mówię wam, liczy się tylko zwycięstwo. Trzeba zawsze liczyć na to, że się zwycięży. Mówię wam, trzeba walczyć o swoje, a niektórzy z was będą potem przez nas wszystkich podziwiani".Termin "walczyć o swoje" powtórzył kilkakrotnie i z naciskiem. Od powstania Stanów Zjednoczonych przesłania wszystkich amerykańskich prezydentów, wygłoszone do młodzieży w analogicznych sytuacjach, językiem zdecydowanie mniej zmilitaryzowanym, zachęcały raczej nie do walki, a do pracy i uporu w dążeniu do wytyczonych celów, i nie do "walki o swoje" a do dbałości o siebie, o swoją rodzinę i swoją wspólnotę polityczną, która to katagoria w przemówieniu polskiego premiera w ogóle się nie pojawiła, a w wypowiedziach i działaniach innych przedstawicieli Platformy Obywatelskiej pojawia się głównie w formule negatywnej, wykluczającej - a to w apelach o odbieranie babciom dowodów osobistych, żeby nie mogły uczestniczyć w wyborach i głosować na przeciwników PO, a to w rozmaitych zachętach do pastwienia się nad członkami PiS czy uwagach na marginesie wyraźnie dających do zrozumienia, że Prawo i Sprawiedliwość to inny naród niż naród Platformy Obywatelskiej.
Polskie elity nie wiedzą co to Konwencje Genewskie nie tylko w odniesieniu do wojny, ale i w bitwach politycznych, w dyskursie publicznym, w nauce i w obyczajach. Mariusz Kamiński wyleciał z roboty, bo wykrył aferę hazardową, w tym przeciek z kancelarii Donalda Tuska. Dwaj naukowcy z IPN (Cenckiewicz i Gontarczyk) napisali książki, które nie podobają się politykom z PO - problemową o Wałęsie i źródłoznawczą o Aleksanrze Kwaśniewskim. W konsekwencji większość parlamentarna Platformy Obywatelskiej wyznaczy większość członków nowego ciała kontrolującego prezesa IPN i publikacje IPN, zwanego "Radą Instytutu Pamięci Narodowej" oraz wprowadzi ułatwienia do procedury wyrzucania prezesa IPN z roboty. W trakcie konferencji prasowej PO zapowiadającej te zmiany padła też liczba historyków z IPN, którzy nie nadają się do roboty w IPN, oraz uzasadnienie dlaczego się nie nadają: jest ich około dziesięciu, a wylecą za "promowanie wizji historii politycznej", która nie podoba się Platformie Obywatelskiej. Robotę w IPN zapewne zachowają ci historycy, którzy wiedzą, że nie powinno się publikować prac - ani problemowych, ani źródłoznawczych - o tym, że SB odnotowywała niektórych prominentnych uczestników życia publicznego jako agentów. Za to dzięki Platformie Obywatelskiej każdy obywatel będzie mógł zajrzeć do archiwów IPN i osobiście przeczytać, z kim Adam Michnik oraz niżej podpisani uprawiali seks i na co chorowali. Zapewne w imię wolności badań naukowych oraz "odpolitycznienia Instytutu Pamięci Narodowej, długo wyczekiwanego przez społeczeństwo", które w demokracjach zostałoby nazwane raczej mobbingiem sankcjonowanym przez państwo lub wymuszanym przez państwo ekshibicjonizmem - być może rzeczywiście długo wyczekiwanym, ale nie tyle przez społeczeństwo, co przez portal plotkarski "Pudelek", który dzięki inicjatywie ustawodawczej Platformy Obywatelskiej znalazł się właśnie u wrót raju. Politycy PO przedstawiający dziennikarzom projekt tych zmian zaprosili ich do zadawania pytań słowami "także dziennikarzy z Prawa i Sprawiedliwości", co spowodowało, że dziennikarka z TOK FM przed zadaniem pytania zadeklarowała swoją przynależność partyjną, pragnąc zapewne zagwarantować sobie prawo do zadawania pytań Platformie Obywatelskiej także bez wyraźnego zezwolenia ze strony polityków Platformy Obywatelskiej.
Dystans cywilizacyjny między Polską a USA, polskimi a amerykańskimi elitami politycznymi, nie da się wytłumaczyć amerykańską przewagą technologiczną, przewagą w wykształceniu czy bogactwie materialnym. Przeczą temu Indie, kraj biednych ludzi, którzy potrafią to samo, co Europejczycy epoki wiktoriańskiej: wiedzą, co to jest demokracja, a gdy jej zabraknie, potrafią to nazwać tendencją antydemokratyczną. Indyjski noblista Amartya Sen pisze" Rozwój polega na usuwaniu różnego typu zniewoleń, które pozostawiają ludziom niewielki wybór i niewielkie szanse realizacji przemyślanego działania. [...] Wolność ludzka jest zasadniczym celem rozwoju, ale to centralne jej znaczenie jest wzbogacane przez skuteczność, z jaką jedne rodzaje wolności wspierają swobody innych typów." Być może obecną wiekszość w Polsce stanowią ludzie podziwiający Donalda Tuska za to, że w wyścigu do stołka premiera okazał się największym i najbardziej żarłocznym szczurem, ale hipotetycznie przynajmniej powinna istnieć w Polsce i taka mniejszość, która wolałaby go podziwiać za skuteczność w promowaniu swobód poszerzających ludziom zakres ich wyborów życiowych.
W schyłkowych czasach "dyktatury proletariatu" pewien wrocławski robotnik, członek Tajnej Komisji Zakładowej Solidarności, użył terminu "lumpenproletariusz" dla opisania mentalności ówczesnego szefa Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR w jego zakładzie. Jego zdaniem był to człowiek interesujący się wyłacznie przywilejami, znajomościami, talonami na pralki i lodówki, i dlatego niegroźny dla "Solidarności".
- "To tacy ludzie"- powiedział z pogardą - "którzy wychowali się w domach, gdzie zadrukowanego papieru brakło nawet do podcierania tyłka, i którzy sami nie kupili w życiu ani jednej książki". Melchior Wańkowicz do swego polemisty: "Wymieniłem się z panem myślami i teraz czuję pustkę w głowie." Immanuel Kant pisze w tej samej sprawie "nie należy oczekiwać ani pragnąć tego, by królowie filozofowali lub filozofowie zostawali królami, ponieważ posiadanie władzy nieuchronnie niszczy sąd rozumu". Innymi słowy, w wyścigu do "lepszego towarzystwa" czy w "walce o swoje" nie decyduje posiadana wiedza, ilość zdobytych stypendiów naukowych czy przeczytanych książek, tylko inne talenta, których nie idzie wytrenować w trakcie zabiegów o jak najlepsze stopnie w indeksie. Sukces w biegu maratońskim, ale też i w nauce, polega nie na zwycięstwie nad innymi, a na pokonaniu siebie, własnych słabości. Generalizacje są niebezpieczne: Donaldowi Tuskowi może wydaje się, że szczytem marzeń jego pokolenia było wydostanie się z "towarzystwa gorszego" do "lepszego towarzystwa", ale może jakaś mniejszość w jego pokoleniu nie dzieliła ludzkości na towarzystwa gorsze i lepsze, tylko marzyła o wolności dla wszystkich... ktoś przecież napisał "Posłanie do Narodów Europy Środkowej i Wschodniej" i jakaś młodzież to posłanie czytała z wypiekami na twarzy... I tak zapewne jest też w pokoleniu obecnej młodzieży.
Zapolska wyraziła powszechną wśród jej współczesnych pogardę dla drobnomieszczańskich ambicji państwa Dulskich, ale czy rzeczywiście Dulscy są aż tak okropni? Epoka PRL zniszczyła całkowicie uwarstwienie społeczne i sprowadziła całe społeczeństwo do poziomu lumpenproletariatu, dla którego marzenia Dulskich byłyby symbolem awansu społecznego. U schyłku rządów generała Jaruzelskiego jedni pasjonowali się ilością uścisków ręki pierwszego sekretarza, inni emocjonowali się "nazwiskami" u których się osobiście było, by zebrać ich podpis pod listem protestacyjnym. Nie byłoby państwa Dulskich bez przyjemnej epoki wiktoriańskiej, która ich powołała do życia. Wiek XIX to Balzac, Stendhal, Zola, France, Dickens, Henry James, Poe, Mark Twain, Rosjanie - od Gogola do Tołstoja i Czechowa, Polacy - Norwid, Prus, Conrad (ważna część jego życia przypada na wiek XX, ale pisarstwo jest zanurzone w wieku XIX). Dulscy są niezbyt mądrzy, a ich pomysły na życie malutkie, ale to setkom i milionom Dulskich, a nie wielkim pisarzom, wiek XIX zawdzięczał swoją stabilność. Donald Tusk wygłosił swoje przemówienie z zamyślonym obliczem, od czasu do czasu przerywając wypowiedź pełnym namysłu "mmm...". Postawa i ton głosu godny Sokratesa, a plótł trzy po trzy jak potłuczony - co razem składało się na scenę jakby żywcem wziętą z komedii Zapolskiej. Ale on sam i jego partia to bardzo pocieszający dowód, że po dwudziestu latach od transformacji polska tkanka społeczna odbudowała się przynajmniej w warstwie drobnomieszczańskiej, i że czas wspólnot politycznych przełomu wieków XX i XXI biegnie, być może, w odwrotną stronę, niż na przełomie wieków XIX i XX - wtedy od wielkich pisarzy i etyki owocującej Konwencjami Genewskimi świat zmierzał ku totalitaryzmom i powszechnemu mordowi. Teraz oddalamy się od totalitaryzmów - ku epoce wiktoriańskiej? Trzeba przeczekać. A niech Donald Tusk i jego partia "walczą o swoje", na zdrowie. Niech przerabiają Instytut Pamięci Narodowej na konkurencję dla portalu "Pudelek". Niech z tytułu profesorskiego dedukują apolityczną mądrość jego dumnego posiadacza. Demokracji i myśli demokratycznej jest w Polsce tyle, ile u nas mieszczaństwa, bo w ogóle demokracja to mieszczański pomysł, i nie ma co stresować się stanem rzeczy, który jest, jaki jest. Być może, zalew idiotyzmów z szklanego ekranu trochę denerwuje, u Ksenofonta nie idzie znaleźć dobrej rady na sytuację, gdy władzę w państwie zdobywają państwo Dulscy, nie ma też mieszczańskich salonów, gdzie możnaby się odstresować, ale, z drugiej strony, może wystarczy poczekać, a pojawi się Tomasz Mann... tymczasem dedykując zwycięskiej większości ten oto dialog z "Antygony":
KREON: Sobie czy innym gwoli ja tu rządzę?
HAJMON: Marne to państwo, co li panu służy.
KREON: Czyż nie do władcy więc państwo należy?
HAJMON: Pięknie byś wtedy rządził [...] na pustyni.
wtorek, 2 czerwca 2009
Pruszków na Wiejskiej
Zdaniem Witolda Gadomskiego działalność Janusza Palikota wymyka się ocenie prawnej ("do dziś nikt nie podał "nawet cienia dowodu na to, że inwestycje Janusza Palikota w rajach podatkowych są nielegalne"), a także osądowi etycznemu: Jeśli tych dowodów nie będzie, to można dyskutować wyłącznie o postawie etycznej Palikota. Może i posłów obowiązują wyższe standardy etyczne, ale, zauważa dalej Gadomski, "nie ma kodeksu etycznego posła, który by jednoznacznie określał, co jest, a co nie jest dopuszczalne".
Podobnie toczy się dyskusja o Palikocie w pozostałych mediach. Gdyby pokusić się o jej graficzną reprezentację, to oś rzędnych z jednej strony ograniczałby kodeks karny, z drugiej nieistniejący kodeks etyki poselskiej, a oś odciętych by wyrażała poziom aprobaty (w górę) bądź negacji (w dół). Niemal nikt poza ten obszar nie wykracza. Z afiliacji politycznej oceniającego z góry można przewidzieć, co powie. Możnaby się pokusić o namalowanie punktów na wykresie, odzwierciedlających poszczególne opinie, nie kłopocząc pytaniami zbyt wielu osób.
Zresztą, "czy jest jakiś poseł, który świadomie nie korzysta z przysługującej mu ulgi podatkowej?" - pyta Gadomski, zrównując ucieczkę kapitału do rajów podatkowych z ulgami funkcjonującymi tylko wtedy, gdy się z kapitałem nie ucieka. O podobne zrównanie pokusił się także Janusz Palikot, który w wywiadzie w TVP.info zadeklarował swoją nadzieję, że powróci do komisji "Przyjazne Państwo" i dopiero wszystkim pokaże, jak będzie walczył o ulgi podatkowe - co budzi pewien niepokój, czy pan poseł rozumie, że Polska jest w Unii Europejskiej, a nie na Karaibach, i raju podatkowego się tu raczej nie zrobi.
Przepytywany przez dziennikarkę o szczegóły swoich transakcji i pożyczek, Palikot obszernie uzasadnił, dlaczego on, bogaty biznesmen, uznał, że nie opłaca mu się ani trzymać pieniędzy w polskiej sieci bankowej, ani robić w Polsce interesów. Generalnie, mamy tu zbyt wiele podatków i biurokracji, a na Karaibach jest swoboda gospodarcza i tajność (czytaj - nie istnieje NIK). Być może swoim wykładem na temat wyższości raju podatkowego na Polską zachęcił paru bogatych biznesmenów i drobniejszych ciułaczy do likwidacji kont w NBP i szukania szczęścia oraz wolności gospodarczej tam, gdzie on ją znalazł? Ku temu samemu zmierza zresztą tekst Gadomskiego, szczególnie w fragmencie, który na nowo definiuje pojęcie ulgi podatkowej.
Ale Gadomski jest tylko dziennikarzem, a Janusz Palikot posłem, jedną z gwiazd partii rządzącej Polską. Przedstawicielem władzy.
Nasza oś współrzędnych potrzebuje trzeciego wymiaru - osi polityki i państwa. Polski się nie da przerobić na raj podatkowy, ale na bananowe państewko na pewno można... Już teraz część naszego przemysłu stoczniowego znalazła się w tajemniczych, bananowych rękach. Trudno będzie z nimi dyskutować pracę i płacę, skoro nie znamy nawet nazwisk właścicieli. Trudno będzie znaleźć pieniądze na inwestycje czy łatanie dziur w budżecie, jeśli przedstawiciele władzy będą zachęcać - lub nie oponować przeciwko zachęcaniu inwestorów do ucieczki z kapitałem z Polski. Zachęcaniu, ze strony innych przedstawicieli władzy, która "wzięła za Polskę odpowiedzialność".
Na tej samej stronie co tekst Gadomskiego, w rubryce "Ciekawe dyskusje", widnieje zachęta "Palikot przestępca? Nie, być może to nieetyczne i być może okradł byłą żonę". Klikasz - i trafiasz na dyskusję zatytułowaną "Palikot: Mordercy medialni. Będę domagał się ok. 10 mln zł". To dyskusja pod artykułem GW podpisanym nickiem "mm". Nagabywany przez dziennikarzy Donald Tusk oświadczył, że widzi w tej sprawie "prywatny spór finansowy między zwaśnionymi małżonkami", i że nie będzie wnikał w jego treść. Gdyby był politykiem, a nie piłkarzem, może by dostrzegł, że obowiązki premiera się jednak czymś różnią od zajęć Paris Hilton. Gdyby Gadomski był komentatorem politycznym, to może by pomyślał, że dyskusja o tym, że kodeksu etycznego nie ma, a dowodów nie mają, jako żywo kojarzy się z roboczą naradą mafii pruszkowskiej, którą nie żona prześladuje, a wydział do spraw przestępczości zorganizowanej.
"Dla mnie przekroczeniem niepisanego kodeksu jest wykorzystywanie przez polityka swej pozycji dla czerpania materialnych korzyści. Palikotowi nikt tego nie zarzuca. Przeciwnie, swoje dawne firmy sprzedał, a jako biznesmen i bogaty polityk był i jest hojnym sponsorem różnych akcji społecznych i kulturalnych." - kończy Gadomski. Nawet to jest trochę bardziej skomplikowane. "Eksperci szacują, że mój wizerunek jest wart 10 milionów złotych. Tyle musiałaby mi zapłacić firma za reklamę piwa czy szamponu do włosów" -mówi bowiem Palikot. Ów wizerunek osiągnął taką astronomiczną wartość m.in. dzięki wykorzystaniu parlamentu do demonstrowania gumowego penisa rozradowanym dziennikarzom. W kodeksie cywilnym istnieje pojęcie "przewidywanych zysków przyszłych". Skoro poseł Palikot przelicza sesje parlamentarne, konferencje prasowe pod szyldem partii władzy i swój wizerunek posła na dochody z reklamy szamponu do włosów, to nie można z całą stanowczością stwierdzić, że poseł Palikot nie odniósł żadnych korzyści materialnych z takiego sprawowania mandatu poselskiego, jaki odpowiadał tak jemu, jak i Platformie Obywatelskiej i jej szefowi, Donaldowi Tuskowi. Chyba, że redaktor Gadomski przedstawi niezbity dowód, że Poseł Palikot w przyszłości w żadnej reklamie nie wystąpi.
Ponieważ tak się zrobiło głośno o Palikocie, to komentatorom niemal umknęła informacja, że szefowie koncernu ITI wpłacali pieniądze na kampanię Hanny Gronkiewicz Walc (via konto Platformy Obywatelskiej), a potem z kasy miasta Warszawy otrzymali niemal pół miliarda złotych dofinansowania do budowy nowego stadionu Legii. Właścicielem stołecznego klubu piłkarskiego Legia jest właśnie koncern ITI, który kontroluje również telewizję TVN i TVN24 oraz portal Onet.pl. Publiczna TVP.info może przestać istnieć. Piotr Skwieciński zauważył, że minister skarbu Aleksander Grad oszczędził na wypłacie rocznej nagrody 50 tys. złotych byłemu prezesowi TVP, Andrejowi Urbańskiemu, tą samą kwotę wypłacając aktualnemu prezesowi, Piotrowi Farfałowi, jako "zaliczkę za brudną robotę", tj. przeprowadzenie czystki w telewizji przed przejęciem jej przez PO, aby wina spadła na nie istniejącą LPR. Farfał to ten, którego środowiska zbliżone do PO chętnie wymieniają jako "byłego neonazistę".
Do tego sondaże wskazują, że połowa Polaków kocha Platformę Obywatelską i jej styl "rządzenia". Ja zagłosuję na Centrolewicę.
Witold Gadomski, Winy Palikota, Gazeta Wyborcza, 1 czerwca 2009
Andrzej Stankiewicz, Szefowie ITI wsparli kampanię Gronkiewicz-Waltz, Newsweek.pl, 31 maja 2009.
Palikot: Jestem wart 10 milionów. Dziennik, 1 czerwca 2009
Piotr Skwieciński, 50 tysięcy zaliczki za brudną robotę w TVP, Blogi Rzeczpospolitej, 31 maja 2009
piątek, 22 sierpnia 2008
Po dymisji Anny Fotygi - kobiety, cieszcie się, że nie jesteście politykami!
Po dymisji Anny Fotygi "Dziennik" przypomniał wypowiedź posła PSL Stanisława Żelichowskiego, który w rozmowie z Tok FM stwierdził, że "we wspólnocie plemiennej zostałaby ona wrzucona przez starszyznę do kotła i ugotowana"; Michał Majewski zebrał wszystko złe, co się na nią dało znaleźć, a ponieważ niewiele złego się udało znaleźć w jej pracy, to ocenił jej charakter, zapobiegawczo wkładając te oceny w cudze, nieokreślone usta: "z reguły w Pałacu mówią o niej źle", że jest "małostkowa", "złośliwa", "przewrażliwiona", "nerwowa", "nadambitna" "zarzucająca prezydenta absurdalnymi problemami"; Grzegorz Miecugow z Cezarym Michalskim szczerze wyjaśnili sobie, jaki związek ma dobre dziennikarstwo z biciem kobiet, na przykładzie medialnej wojny o wizerunek Radosława Sikorskiego z Anną Fotygą: "młody, przystojny mężczyzna wiadomo, że będzie przodował w sondażach. Fotyga tej przewagi nie ma. Jest kobietą, kobieta w polityce zawsze będzie wrażliwsza na ciosy. Zawsze łatwiej będzie można znaleźć w niej to bolesne miejsce." mówi Miecugow i dodaje szczerze "dlaczego w Polsce kobieta ma większy kłopot, bo to nie tylko dotyczy kobiet PiS, np. Pitera oberwała wizerunkowo dużo bardziej niż Niesiołowski, niż Palikot."
Przy polskich dziennikarzach niemiecka kanclerz nie miałaby szans na wybór nawet na szefa terenowej organizacji jej partii w małej wiosce.
Autorzy tekstu zdają się zgadzać, a przynajmniej Michalski nie oponuje, że owo szczególne upodobanie do bicia kobiet przez media to efekt "dobrego dziennikarstwa", polegającego na spełnianiu oczekiwań widzów, bo takimże właśnie jesteśmy społeczeństwem, mizoginicznym, i nie traktującym kobiet jako partnerów. "Tak, to są tacy mężczyźni dziewiętnastowieczni. Może też peerelowscy, w tym sensie, w jakim PRL też był XIX-wieczny" oponuje Miecugow, i jako wzorzec mężczyzny XXI-wiecznego, przekonanego do równości praw obywatelskich kobiet i mężczyzn, dodaje: "Weźmy żelazną damę, która była twardsza od wszystkich ówczesnych brytyjskich polityków-mężczyzn. Czy teraz Angelę Merkel. Jej specjalnie nic nie ruszało. One potrafiły to przetrwać. Czy u nas są takie kobiety? Chyba nie. Nie ma takich kobiet. Może nasze polskie kobiety są łagodniejsze, cieplejsze."Czy rzeczywiście musiały znosić to samo? "nikogo nie obchodziło, że (Fotyga) ukończyła handel zagraniczny, wyższą szkołę administracji publicznej w Danii, miała za sobą parę ważnych praktyk w USA" - powiada Michalski. " Dokładnie, takie elementy biografii muszą być ograne. Dotrzeć do opinii publicznej, najlepiej zanim jeszcze dana osoba trafi na bardzo wysoki urząd." - dodaje Miecugow. Obaj panowie nie precyzują, kogo mają na myśli mowiąc "nikogo" oraz kto takie elementy biografii powinien "ogrywać", bo gdzie indziej na świecie takie rzeczy robią właśnie dziennikarze. Publikują biogramy wszystkich polityków, a nie tylko mężczyzn. Oczywiście Merkel, jak każdy polityk, musiała się liczyć z atakami, ale już nie z tym, że dziennikarze, niezależnie od opcji politycznej, będą ukrywać jej biografię przed opinią publiczną, skupiać się na jej koafiurze i walce medialnej o to, jak bardzo jest nerwową i niezrównoważoną kobietą. Merkel stanęła do walki politycznej o uznanie własnych kompetencji i wygrała właśnie ze względu na prawo równego startu i jednakowego traktowania kobiet i mężczyzn, w tym przez dziennikarzy, które to prawo społeczeństwa Zachodu może nie do końca przestrzegają, ale nikt by tam się nie ośmielił poddać kobiety występującej w roli polityka takiemu mobbingowi, jak to ma miejsce w Polsce. Przy polskich dziennikarzach niemiecka kanclerz nie miałaby szans na wybór nawet na szefa terenowej organizacji jej partii w małej wiosce.
"Dyplomatołek" - termin ukuty w programie Miecugowa i przylepiony Fotydze, w rzeczywistości bardziej się należy Sikorskiemu. Zdecydowanie gorzej wykształcony niż Fotyga i z minimalną, w porównaniu z nią, praktyką, nigdy nie stanął do konkurencji na polityczną kompetencję. Nie musiał, zdaniem autorów tego tekstu głownie dlatego, że jest młodym, przystojnym mężczyzną. "Nikogo" również nie interesują jego cechy charakteru, nerwowość, płynność angielszczyzny oraz to, że to Fotygę, a nie Sikorskiego Rice nazwała "my friend".
Kobieta w Polsce albo ma swego politycznego "właściciela", albo wypada z gry.
Czy posłanka Pitera ma rzeczywiście mniej kompetencji do sprawowanego urzędu niż Donald Tusk czy Grzegorz Schetyna do swoich? Czy minister Kopacz odbiega rażąco od (niskiego, niestety) poziomu rządzenia wyznaczanego jednak przez premiera? Problem w tym, że coraz częściej zdarzają się kobiety lepiej wykształcone i lepiej przygotowane do pełnienia swoich funkcji, niż ich koledzy. Budzą zawiść i złość polskich mizoginów, także we własnych ugrupowaniach, którzy w konsekwencji chętnie podrzucają - równie mizoginistycznym - dziennikarzom wszystko złe, co na nie znajdą, w ramach eliminacji konkurencji. Najlepiej o minach, fryzurach i niezrównoważonym charakterze, który ani się równa kryształowym, męskim charakterom. A mizoginistyczni dziennikarze, szczęśliwi, że nie muszą młodemu, przystojnemu mężczyźnie zadawać kłopotliwych pytań o wykształcenie i kompetencję, przystępują do studiowania kobiecych, ciepłych, ale słabych charakterów Polek. Ma to miejsce w każdym ugrupowaniu. Czy ktoś jeszcze pamięta posłankę Barbarę Labudę? Była na lewicy...Kobieta w Polsce albo ma swego politycznego "właściciela", albo wypada z gry. "Właścicielem" Labudy był Kwaśniewski. "Właścicielem" Pitery - Donald Tusk. "Właścicielem" Fotygi - Lech Kaczyński. Ale, jak w każdym systemie niewolniczym, właściciele mają własne interesy, a niewolnika zawsze można sprzedać. I tu też kobiety się od mężczyzn różnią: mężczyzna odsunięty od centrum władzy zwykle się utrzyma jakoś na jej obrzeżach. Kobieta - wypada ze sceny całkowicie, najczęściej zmobbowana tak, że żaden mobbing w firmie prywatnej się temu nie równa. Ale właściciel firmy by odpowiadał, za to, co robi, a dziennikarz jest bezkarny i podlega środowiskowej ochronie, tłumaczącej tego typu działania "kunsztem dziennikarskim".
"Jakiś czas temu, na tych łamach, napisałem tekst wychwalający dziennikarski kunszt Moniki Olejnik." - oznajmia właściciel blogu Toyah - Mówiąc krótko, szło o to, że red. Olejnik potrafiła uzyskać tak pełną symbiozę ze swoimi słuchaczami i widzami, że nie musi już ani wysłuchiwać politycznych wskazówek swoich przełożonych, ani też szczególnie manipulować samą informacją, bo dzięki swojemu talentowi, w każdym momencie kontaktu z odbiorcą zna jego dowolne pragnienie, każdą jego emocję, każdy moment zawodu, każdy uśmiech, każdy skurcz wściekłości, z tej prostej przyczyny, że ten uśmiech i to pragnienie są jednocześnie jej pragnieniem i jej uśmiechem. Monika Olejnik stała się dziennikarzem idealnym, podobnie zresztą jak i większość głównych prezenterów i komentatorów TVN-u. Wszyscy oni posiedli wspólną umiejętność uzyskiwania pełnej jedności z widzem, i w ten sposób, z punktu widzenia oczekiwań nowych, post-politycznych czasów, gdzie rządzą już tylko media i supermarkety, tworzą stację bardziej doskonałą nawet, niż Radio Maryja. Bez porównania doskonalszą".
Myślą, że mają prawo, albo wręcz obowiązek atakować w szczególny sposób kobiety, jak nigdy by nie zaatakowali mężczyzn - i nazywają to zjawisko nie zwyczajnym chamstwem, jak by należało, lecz - "postpolityką".
Toyah, określający się jako "łagodny konserwatysta", jako przykład owej szczególnej symbiozy szczególnego dziennikarza z szczególnym odbiorcą wybrał oczywiście kobietę, choć Miecugow się do tej roli nadaje zdecydowanie bardziej. Ale to tak już jest. Nie ma miejsca dla kobiet w polityce, mimo, że nieliczne wyjątki jakoś w niej funkcjonują, choć zwykle tylko do czasu. Ba, nawet w politycznej publicystyce kobietom się obrywa bardziej; Na Salonie24 przypuszczono kiedyś atak na Joannę Lichocką właśnie w tym specjalnym stylu, kiedy nie z poglądami się dyskutuje, a z wyglądem i nerwowymi słabościami autorki (nawet mi się nie chciało z tym polemizować, tak tego jest dużo). Konserwatyści myślą, że miejsce kobiety jest w domu. Liberalno- lewicowy salon dopuszcza istnienie kobiet w życiu publicznym, ale uważa, że ma prawo, albo wręcz "obowiązek rzetelnego dziennikarstwa" atakować w szczególny sposób kobiety, jak nigdy by nie zaatakowali mężczyzn - i nazywają to zjawisko nie zwyczajnym chamstwem, jak by należało, lecz - "postpolityką". Swoją drogą, wykazując tym samym, że nie mają pojęcia, co ten termin znaczy... Pytając o naturę owej symbiozy, toyah zauważa, że nie obejmuje ona swym zasięgiem całego kraju, jak długi i szeroki, lecz drąży jakieś koryta, meandry i rozlewiska. Ale kończy tradycyjnym pytaniem o plaże Michnika. Tymczasem ciekawiej jest zapytać, jaką rolę w polskim obiegu informacji i organizacji społecznej pełnią dziś dziennikarze? Do jakiego elektoratu się zwracają i z jakim popadają w symbiozę?Elity to dzisiaj, czy przywódcy motłochu?
Cieszę się, że nie jestem polskim politykiem. Zastanawiam się tylko, co dalej. Mam dosyć Polski z jej całą egzotyką. Niedługo będę w Warszawie. Mogę pójść na Starówkę, demonstracyjnie spalić polski paszport, jak to onegdaj robił ruch Wolność i Pokój z książeczkami wojskowymi - i zostać Szwedką. Tylko, kto to zrozumie? Miecugow? Michalski? Podobnie jak Fotyga, nie jestem młodym, przystojnym mężczyzną, więc się dyskutuje wyłącznie o moich koafiurach i umiejętnościach tanecznych.... Pozostaje emigracja wewnętrzna...
Źródła:
Grzegorz Miecugow, Cezary Michalski: Fotyga odeszła, bo nie ma skóry nosorożca", Dziennik, 22 sierpnia 2008
Michał Majewski : "W Pałacu mówili o niej "złośliwa Foti", Dziennik 22 sierpnia 2008
"Fotyga powinna zostać wrzucona do kotła" Dziennik, 10 lipca 2008
Na jakiej plaży wypoczywa Adam Michnik - http://toyah.salon24.pl, 2008-07-28
Dyskusja na Salonie24
piątek, 1 sierpnia 2008
Mecenasi
13 marca 2008 poseł Jerzy Budnik poinformował Komisję Regulaminową i Spraw Poselskich, że mecenas Zbigniew Ćwiąkalski przestał być pełnomocnikiem powoda, pułkownika w stanie rezerwy mecenasa Raduchowskiego-Brochwicza w sprawie wniosku z dnia 29 sierpnia 2007 r. o wyrażenie zgody przez Sejm na pociągnięcie do odpowiedzialności cywilnej posła Ludwika Dorna za to, że ów odnosząc się do funkcjonowania powoda jako wiceministra spraw wewnętrznych i wysokiego funkcjonariusza Urzędu Ochrony Państwa nazwał go "uosobieniem patologii służb specjalnych" między innymi dlatego, że mecenas Raduchowski-Brochwicz zatrudnił jako swego doradcę pana Dunejko, aktywnego członka zespołu pułkownika Lesiaka. Przewodniczący Budnik poinformowal członków komisji, że pisemna informacja Raduchowskiego- Brochwicza o ustaniu pełnomocnictwa nosi datę 13 grudnia 2007.
Pełnomocnikiem oskarżyciela prywatnego Wojciecha Raduchowskiego- Brochwicza wymienionym we wniosku o wyrażenie zgody przez Sejm na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej posła Ludwika Dorna z artykułu 212 § 2 k.k. (tego samego, z którego TVN skarżyła redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" Tomasza Sakiewicza oraz jego zastępczynię Katarzynę Hejke) jest mecenas Krzysztof Stępinski - rzecznik dyscyplinarny stołecznej Rady Adwokackiej, prawnik ze stażem ponad 30 lat pracy na sali sądowej, najpierw jako sędzia, potem adwokat; ostatnio obrońca podejrzanego o korupcję byłego ministra sportu w rządzie PiS Tomasza Lipca, ktoremu prokuratura zarzuca przyjęcie "korzyści majątkowej w związku z pełnieniem funkcji publicznej" i w związku z działalnością Centralnego Ośrodka Sportu, a także obrońca nieposzlakowanej opinii swojego zastępcy, mecenasa Jacka Dubois, oskarżanego w lutym 2006 przez prokuraturę w Ostrołęce o utrudnianie śledztwa i przekazywanie informacji dwóm podejrzanym z gangu pruszkowskiego o pseudonimach "Sankul" i "Bryndziak" (ten drugi był wtedy ścigany listem gończym, wg, "Masy" miał w mafii pruszkowskiej rangę kapitana) - zanim zostali zatrzymani.
W 2005 roku mecenasi Stępiński i Dubois bronili Wojciecha O. i Grzegorza M. z fabryki chipsów Frito-Lay (część amerykańskiego koncernu PepsiCo) w Grodzisku Mazowieckim w sprawie o molestowanie seksualne z użyciem przemocy i złośliwe zwolnienie z pracy ośmiu pracownic. W trakcie procesu media obficie donosiły o próbach tuszowania sprawy. Grupa pracowników Frito-Lay, wspierana przez żonę oskarżonego, rozsyłała liczne petycje twierdzące, iż został on niewinnie oskarżony, a pokrzywdzonym kobietom zarzucano, iż działają w zmowie. Dwóm pracownicom postawiono zarzut składania falszywych zeznań, trzeciej "podżeganie do składania fałszywych zeznań" - do jednej z molestowanych kobiet udała się 3osobowa delegacja załogi, która usiłowała szantażem i groźbami zmusić ją do wycofania oskarżeń wobec Wojciecha O. Podejmowane były również próby wyłączenia prokurator Krystyny Paszek prowadzącej postępowanie w sprawie i przekazanie sprawy innej jednostce prokuratury do rozpoznania. Pojawiły się też spekulacje na temat informacji, jaka wtedy się pojawiła w mediach, o skierowaniu pod koniec kwietnia 2005 r. pozwu przeciwko pokrzywdzonym kobietom o naruszenie dóbr osobistych Wojciecha O. Zgodnie z tymi informacjami, od ośmiu kobiet zażądano zadośćuczynienia w łącznej wysokości 40 tys. zł. "Co ciekawe, do dnia dzisiejszego pokrzywdzone kobiety nie dostały tego pozwu, co rodzi pytanie, czy w istocie był on skierowany do sądu, czy też informacja prasowa o jego złożeniu była jedynie elementem strategii procesowej." - komentowało "Mam prawo" z września 2005 niedwuznacznie sugerując, że mogło chodzić o wyciszanie świadków i zastraszania pokrzywdzonych kobiet. Mecenasi Stępiński i Dubois wygrali ten proces.
Mecenasi Raduchowski-Brochwicz oraz Krzysztof Stępiński jako obrońcy byłego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka, dziś podejrzanego o składanie fałszywych zeznań i nakłanianie do tego bylego szefa policji Konrada Kornatowskiego, we wrześniu 2007 wygrali skargę w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa na zatrzymanie ich klienta. Rozpatrujący skargę sędzia Igor Tuleya podzielił argumenty obrońców Kaczmarka, którzy podkreślali, że nie trzeba było zatrzymywać ich klienta, bo deklarował, że stawi się na każde wezwanie, oraz podzielił się podejrzeniem, że "zatrzymanie podejrzanego służyło innym celom niż dobro śledztwa". Do kwestii mataczeń podejrzanego odniósł się wiceprezes sądu Jerzy Podgórski, ktory stwierdził, że obawa zacierania śladów przez Kaczmarka podana przez prokuraturę jako powód jego zatrzymania, w jego opinii nie jest w żaden sposób udokumentowana w aktach sprawy.
Mecenas minister Ćwiąkalski, byly członek organizowanej przez Andrzeja Olechowskiego Rady Programowej Platformy Obywatelskiej, oprócz funkcji pełnomocnika Brochwicza, był także pełnomocnikiem Donalda Tuska i Hanny Gronkiewicz-Walc w procesie o zniesławienie wytoczonym im z oskarżenia prywatnego przez byłych działaczy PO związanych z Pawłem Piskorskim, jest autorem ekspertyz prawnych korzystnych dla Ryszarda Krauzego, Krzysztofa Popendy i Marka Dochnala, obrońcą Henryka Stokłosy, Ryszarda Krauzego i Piotra Bykowskiego, a także poszukiwanego dotąd Tomasza Wróblewskiego, właściciela przestępczej firmy Bioferm, nazwany orzez "Gazetę Polską" "obrońcą oligarchów", tworzy tymczasem projekty realizujące interesy korporacyjne: "... o pazerności i bezwzględności korporacji niech świadczy uchwała z 9 zjazdu adwokatury, która z jednej strony zakazuje możliwości demonopolizacji, czy też tworzenia jakichś dodatkowych zawodów prawniczych, które mogłyby świadczyć usługi na rzecz obywateli, a z drugiej strony zachęca do wolnorynkowych stawek za usługi prawnicze ("tyle ile zażąda adwokat, tyle powinno się płacić"), a z trzeciej strony zachęca do rozszerzania kręgu przymusu adwokackiego. Co to oznacza? Oznacza to, że adwokatura żąda, by istniał przymus adwokacki przy nieograniczonych kwotach i jeszcze, żeby nie można było rozszerzyć tej korporacji." - komentuje poseł Łukasz Zbonikowski (PiS) i pyta: "Czemu od pół roku marszałek Komorowski trzyma w "zamrażarce" ustawę o licencjach prawniczych?"
Podejrzany Wojciech Sumliński w liście pożegnalnym napisanym przed targnięciem się na własne życie oskarżył kierownictwo ABW o nadużycia, podając przykład ponad 100metrowego mieszkania wiceszefa ABW Jacka Mąki na ulicy Kazimierzowskiej w Warszawie, warte ponad milion złotych, "które ten otrzymał bezprawnie za kadencji Andrzeja Barcikowskiego, przed wyborami parlamentarnymi w roku 2005. (Barcikowskiemu zrewanżowano się później zatrudniając go w radzie programowej ośrodka szkoleniowego ABW). Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wystąpiła wówczas do Urzędu Miasta o lokal na cele operacyjne. Po otrzymaniu lokalu ABW wykorzystała go jednak na cele nieoperacyjne, konkretnie przekazała Jackowi Mące, który odnowił otrzymane mieszkanie przy pomocy pracowników Agencji, a następnie zameldował w nim siebie, żonę i syna." Jak przypominają blogerzy, o aferach mieszkaniowych pisał już przed kilku laty "Fakt": "Jak dostać za darmo i dożywotnio luksusowe mieszkanie? Trzeba zostać wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji. Tak jak Wojciech Brochwicz i Krzysztof Bondaryk...." Mecenas minister Ćwiąkalski też się interesuje mieszkaniami. Potwierdził, że ministerstwo sprawiedliwości przygotowuje rozporządzenia o specjalnych kredytach mieszkaniowych dla prokuratorów i sędziów finansowanych z budżetu państwa. Wkład własny ograniczony został do 10 proc, oprocentowanie zmniejszone do poziomu inflacji (ok 4 proc), okres spłat przedłużono do 25 lat. W radiu TOK FM uzasadniał, że młodych sędziów nie stać na innego rodzaju kredyty, w żaden sposób nie odnosząc się do tego, że wg. jego rozporządzenia prawo do kredytu mieliby również sędziowie na emeryturze.
Minister mecenas Zbigniew Ćwiąkalski przyjął Stanisława Rymara, obrońcę Wojciecha Sumlińskiego, ale oświadczył, że sprawami jednostkowymi się nie zajmuje. Dzień później się zajął - w w Poranku Radia Tok FM bronił decyzji o zastosowaniu aresztu tymczasowego argumentując, że "śledztwo ma charakter "rozwojowy" i "dynamiczny", więc mimo że nie doszło do mataczenia, to nie znaczy, że do niego nie doszłoby w przyszłości." Gdyby podobnie potraktowano klienta jego byłego pełnomocnika, to Janusz Kaczmarek by siedział do dzisiaj. Ćwiąkalski odrzucił też oskarżenia o spisek służb specjalnych oraz kategorycznie zaprzeczył, że była pierwsza próba samobójstwa. Do kwestii mieszkaniowej się w ogóle nie odniósł, tymczasem publiczną informację powinien przynajmniej pro forma potraktować jako doniesienie o przestępstwie. Odwrotnie niż reżyser Sylwester Latkowski, który już wcześniej ostrzegał, że Sumliński może się targnąć na swoje życie, twierdzi, że w jego przypadku areszt będzie klasycznym aresztem wydobywczym, i który już rozmawiał z z Luizą Sałapą, rzeczniczką Centralnej Służby Więziennej, bo to jego zdaniem "jedna z osób, która od lat pokazuje ludzką twarz, a nie bezmyślnego klawisza".
"Niezależni.pl" zbierają podpisy pod apelem o wyjaśnienie wszystkich okoliczności związanych z udziałem służb specjalnych w aresztowaniu dziennikarza, a pułkownik Jacek Mąka szykuje się do wytoczenia sprawy "Rzeczpospolitej" za to, że opublikowała jego list pożegnalny. Ciekawe, który mecenas będzie pełnomocnikiem pułkownika?
źródła:
- Kancelaria Sejmu, Protokół z posiedzenia Komisji Regulaminowej i Spraw Poselskich nr 10 (394/VI kad.) z dnia13.03.2008 r
- Rafał Kalukin, Molestowanie seksualne w fabryce Frito Lay, Gazeta Wyborcza 2005-01-11
- Molestowanie we Frito Lay: nowe zarzuty, Gazeta Wyborcza 2005-02-09
- Mieszkania szefów ABW- dziennikarze do roboty! Raport z Międzystrefy, 2008-07-31
- Adam Bodnar, Dominika Bychawska, Program Spraw Precedensowych, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, w: Mam Prawo 2 (31) - wrzesień 2005
- Kancelaria Sejmu, Protokół z posiedzenia Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka nr 46, z dnia 07-07-2008
- Ćwiąkalski broni decyzji o areszcie dla Wojciecha S. , Gazeta Wyborcza 2008-08-01
- Dziennikarz targnął się na życie przed aresztowaniem, Dziennik, 30 lipca 2008
- List otwarty w sprawie dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego, Niezależna.pl, 30 lipca 2008
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
czwartek, 24 lipca 2008
SLD popełnia dziś ten sam błąd, co onegdaj PiS
Nie da się przykładać równej miary do ludzi którzy wyją i tupią na posiedzeniu Komisji Regulaminowej, ale tych zasad nie łamią, do ludzi, którzy na zimno łamią zasady wyborcze czy wykorzystują polski kodeks karny do niszczenia przeciwnika. W tej konkretnej sprawie Ziobry, zarzut mu stawiany jest absurdalny, i ma w kieszeni wygraną, jeśli nie tu, to w Strasbourgu, ale jeśli PO odpowiednio ustawi sprawę w sądach, to zablokuje Ziobrę jako kandydata w najbliższych wyborach, i o to im chyba chodzi. To bardzo mocno przypomina sposób w jaki wyeliminowali Cimoszewicza z gry, kiedy im wyszło, że do wygranej z L.Kaczyńskim potrzebują elektoratu Cimoszewicza.
Ówczesnym błędem PiS było, że już wtedy, przy sprawie Cimoszewicza, PiS nie protestował i nie złożył jakiegoś wniosku do PKW. Dzisiaj błędem SLD jest to, że się przyłącza do "przepraszania" opinii publicznej za zachowanie PiS w trakcie słynnego posiedzenia, zamiast podnieść sprawę łamania regulaminu i dobrych obyczajów parlamentarnych przez PO. W jednym i drugim przypadku obie partie grały pod dyktando PO, na korzyść PO, i - jak widać w dłuższej perspektywie - na swoją niekorzyść. Nie ma żadnej gwarancji, że PO nie będzie tym sposobem rozgrywać opozycję w przeszłości, skoro widzą, że im się to bezkarnie udaje. Na kogo padnie, na tego bęc. Raz jeden przeciwnik, raz drugi... Zasady państwa prawa, regulaminy sejmowe, nie powstały ot, tak sobie. Ich celem jest ochrona parlamentarnej mniejszości przed nadużyciami władzy zwycięskiej większości.
Tak, jak PO bałkanizując prawo i obyczaje parlamentarne udowadnia, że nie dorosła do roli partii władzy, tak PiS oraz SLD swoją biernością w obu przypadkach jasno mówią swemu elektoratowi, że nie dorośli do roli opozycji.
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
poniedziałek, 9 lipca 2007
Jackowi Łęckiemu (i nie tylko) Odp... sie od Żydów!
Salonowy poranek zdominowały dyskusje o taśmie Rydzyka. Popołudnie - Żydzi. Biorąc udział w porannych dyskusjach zachowaliśmy ostrożność, na przykład popierając Free Your Mind, że zaskakuje opieszałość w publikacji nagrań, które od kwietnia czekały na moment, kiedy Jarosław Kaczyński udał się na pielgrzymkę jasnogórską. Skłócenie Kaczyńskich z Rydzykiem niewątpliwie może odebrać PiSowi parę moherowych głosów zdobytych dzięki wystąpieniu Jarosława. To jedna strona medalu, a druga, to sama treść nagrania. Jeśli taśmy są prawdziwe, to biada studentom Rydzyka.... i nie tylko. Rybitzky pisze o zgubnym wpływie Rydzyka na wizerunek PiS, i doprawdy trudno się z nim nie zgodzić. Wpisaliśmy się i tam, że najbardziej obraźliwe dla głowy państwa nie są ani chamskie uwagi o żonie prezydenta, ani antysemityzm, ale przechwałki Rydzyka, że zażądał, aby na spotkaniu z nim stawili się obaj Kaczyńscy, bo z jednym to mu się nie chce gadać.
Podobnej wstrzemięźliwości nie wykazał ani Jacek Łęski, ani jego czytelnicy, jeśli chodzi o Żydów. "Jedni mają Rydzyka, inni panią Alinę. Zaiste diabelska alternatywa" - napisał Łęski. Poprosiliśmy autora o doprecyzowanie, czy miał na myśli, że Rydzyka "ma" PiS, a panią Alinę Żydzi hurtem? Autor wyparł się, że chodziło mu o GW oraz Tok FM, ale sądząc po komentarzach, sporo jego czytelników zrozumieli dokładnie jak i my, że chodzi jednak o Żydów: "Zydzi i filosemici atakują Polskę i Polaków"; Zydzi stworzyli ojca Rydzyka i jego rzekomy antysemityzm, tysiące Żydów przed Aliną całą pluło na Polskę i Polaków; "Co jest z tymi polskimi Zydami, chyba tylko u nas tak się dzieje, żeby Zydzi s-li we własne gniazdo. Jakoś przestaje już dziwić ich szczególe zaangażowanie w ubecje i podobne służby"; "rasowa polakożerczyni"; "swoją drogą do koszernego nieba żaden stalinowiec by chyba nie wszedł, więc czemu ich porządni Żydzi nie wypunktują sami? Czyżby nie było już w Polsce - jak ćwierkają wróbelki - porządnych Żydów?"; "Tak właśnie przedstawia się obraz żydostwa,które podobno tak wiele wycierpiało.Wypowiedź ta przekonuje mnie,że wycierpiało prawdopodobnie na własną prośbę.Warto tej pani też powiedzieć,że historia lubi się powtarzać i wtedy Polacy zrezygnują z tych sadzonych drzewek w parku pamieci." Kataryna naigrywa się z pani Aliny: "chora kobieta i tyle, różnicy między obsesjami Rydzyka i Całej nie ma, oboje są stuknięci." i jako dowód jej choroby podaje link, gdzie Alina cała jako dowód antysemityzmu lejącego się z studia Ojca Rydzyka przytacza taką wypowiedź słuchacza w rozmowie z ks. Cydzikiem "Na przykład, wymordowanie 6 milionów chłopów w Rosji nie leżało w żaden sposób w hasłach socjalizmu, czy komunizmu, natomiast w Talmudzie chłopi są jednym z najgorszych gatunków ludzi, więc trzeba ich wymordować – i zostało to zrealizowane.'
Kropkę nad "I" stawia Mona: "czas na odwagę!" - woła - Pewnie sobie kupię mieczyk Chrobrego, żeby "dać wyraz".Publicznie..".
No więc, my, Żydzi hurtem, może jesteśmy porządni, może nie, ale nie wydaje nam się, żeby nasza "porządność" polegała na tym, że mamy jakiś rasowy obowiązek krytykowania i odcinania się od głupich Żydów czy ich głupich wypowiedzi. Nie wydaje nam się również, żeby Polacy mieli rasowy obowiązek krytykowania i odcinania się jako słowiańska rasa za każdym razem, gdy jakiś czkacz idiota słowiańskiej prowieniencji pozwoli sobie na antysemickie wypowiedzi na falach eteru Radia Maryja. Ustawy norymberskie oraz zbiorowa odpowiedzialność Żydów za cokolwiek, z ojcem Rydzykiem włacznie, nie mówiąc o straszeniu, że "historia się lubi powtarzać", kojarzy nam się z czasami II wojny światowej - a ta już dość dawno minęła, i byłoby nam miło, gdyby komentujący w blogu Łęskiego raczyli to zauważyć. Mieczyk Chrobrego jako oznaka odwagi walki z Żydami kojarzy nam się jak najgorzej. Równie źle kojarzy się nam zrównanie postaci Aliny Całej i Ojca Dyrektora, gdyż, o ile nam wiadomo, imperium medialne Aliny Całej nie istnieje. "Ci, co ponoć "maja pania Aline" prawdopodobnie nie wiedza o jej istnieniu. Ta - jak pan ja okresla - "publiczność Agory(...) i skoligaconych mediów oraz licznych nasladowców" byc moze nawet poczula sie zniesmaczona wypowiedzia pani Aliny, moze puscila ja mimo uszu." - pisze bryt.bryt
"To nie nasza wina, że wśród takich najwięcej jest Żydów" - pisze ktoś z satysfakcją. Gwoli ścisłości, pierwszym, który Kaczyńskich porównał do Hitlera, był rasowy aryjczyk, Donald Tusk z Platformy Obywatelskiej, w trakcie kampanii prezydenckiej. Napisaliśmy wtedy, że wolność słowa nawet kandydatów na prezydenta powinna podlegać pewnym ograniczeniom, i że tego rodzaju wypowiedziami powinno się zająć PKW. I byliśmy w tym osamotnieni, nikt właściwie nie podchwycił. Czy mamy więc teraz domniemywać, że to nie o oskarżenie o hitleryzm chodzi, tylko dowody rzeczowe na "szczegółne natężenie Żydów" wśród posuwających się do takich oskarżeń?
Ten tekst miał być zupełnie o czymś innym. Mianowicie o artykule Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego "Polska dla Polaków" z 3go lipca. Też, naszym zdaniem, manipulujący, i też używający Żydów do bicia w rząd. Ale już nam się nie chce. Chce nam się tylko napisać, żeby się wszyscy od Żydów odpieprzyli. I ci z GW, i ci zgromadzeni w blogu Jacka Łęskiego.
A to miał być przyjemny dzień...
mirror: http://autostopem.salon24.pl/22732,index.html
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
piątek, 27 kwietnia 2007
O gejach, Lechu Kaczyńskim, Fidelu Castro, Adamie Michniku i człowieczeństwie ogółem.
Tuje sobie takiego wizerunku wyprasza, ale doigraliśmy się. Do wojny z faszyzmem, jaka się od pewnego czasu toczy w Polsce, przystąpił Parlament Europejski. Zostaliśmy zakwalifikowani jako barbarzyńcy w europejskim ogrodzie, mutanci wyrastający na tej samej grządce, co Milosevic, Le Pen czy fanatycy islamscy. My, taliby Europy... Tuje skądinąd słusznie wytyka hipokryzję europejskim elitom, ale kiedy pyta, czy ludzie odmawiający przyjęcia do wiadomości ogromu stalinowskich zbrodni mają prawo do wytykania nam kołtuństwa, ksenofobii, albo i gorzej, to owo pytanie można odwrócić. Czy Hunowie, których elity dyskutują o grzywnach i więzieniach dla dyrektorów szkół zatrudniających homoseksualistów, którzy tolerują rzeczniczkę praw dziecka zapowiadającą przygotowanie listy zawodów zakazanych dla homoseksualistów, mogą cokolwiek komukolwiek wytykać?
Rezolucja Parlamentu Europejskiego pozornie świetnie się wpisuje się w wojnę III RP z IV RP. Ale tylko w tych oczach, które postrzegają ją jako wojnę "czerwonych" z "niebieskimi". My jesteśmy "pomarańczowi" - naszym zdaniem Pomarańczowi są trzecią siłą tej wojny, i to na tyle znaczną, że zdecydują o rezultatach najbliższych wyborów parlamentarnych. Nawet, jeśli dzisiaj nie posiadamy własnych mediów, partii, czy jednoznacznie zdeklarowanych reprezentantów politycznych.
Pomarańczowi nie chcą powrotu do III RP. Są zwolennikami zerwania z epoką postimperialną i poskomunistyczną także na poziomie lustracji i dekomunizacji, ale też konstytucjonalizmu i starych, republikańskich wartości, które każą wywodzić prawa człowieka z pojęcia obywatelstwa. Od czerwonych i niebieskich różni nas Abraham Lincoln.
Byłoby łatwiej, gdyby pomarańczowi znakowali swoje teksty w sieci obrazkiem pomarańczy, ale i tak idzie ich rozpoznać. W tej chwili są to pojedyńcze osoby, pisujące w bardzo różnych miejscach i plasujące się w rozmaitych elektoratach, ale wyrażane przez nich poglądy są już czymś więcej, niż postawą indywidualną.
Ktoś uważa, że przesadzamy? No to proszę się przyjrzeć dyskusji między Krytyką Polityczną a Gazetą Wyborczą z września 2005 roku. W ramach wojny KPP z faszystami, lub, jak kto woli, czerwonych z niebieskimi, Adam Michnik napisał artykuł "Geje i rewolucja moralna" opatrzony podtytułem "Lechowi Kaczyńskiemu pod rozwagę". Pisze tam między innymi "czy nie słuszniej bronić prawa gejów do Parady Równości, niż deptać to prawo wspólnie z dziwacznymi sojusznikami typu Fidel Castro w rewolucji moralnej przeciw gejom?" Kid odpowiada mu następującymi słowy:
Gdyby sojusznikiem był tu ktoś inny – powiedzmy Kościół – trzeba by się zastanowić, ale z Fidelem Castro? Never! A, jak wiadomo, to głównie na jego poparcie liczy Lech Kaczyński.
Załóżmy jednak, choć pewności mieć nie możemy, iż Adam Michnik uważa, że lepiej bronić niż łamać. W ten sposób doszlusowuje do prawicowych publicystów w rodzaju Rafała Ziemkiewicza i „liberałów” takich jak Donald Tusk. Z pewną satysfakcją należy bowiem stwierdzić, że lata powtarzania rzeczy oczywistych sprawiły, że demokratyczne minimum zostało uznane również przez bardziej cywilizowaną część prawicy. I w końcu nawet przez Michnika.
Michnik przeciwny jest również temu, aby homoseksualistów bić, deportować, osadzać w obozach koncentracyjnych, jak to robili komuniści na Kubie. No cóż, robili to również faszyści oraz najstarsze demokracje. Przypomnijmy tu Michnikowi sprawę Oskara Wilde'a. Robili to homofobi całego świata w poczuciu misji moralnej, posiadania jedynej prawdy i wtedy, kiedy mieli władzę. Władza ta została ograniczona przez demokrację, która przeznaczona jest również dla mniejszości. I w ramach postępu, który jednak istnieje, zostało to zaaprobowane przez co światlejszych homofobów. Przyznają sobie oni jednak nadal prawo do brzydzenia się, dyskryminowania oraz nie godzą się na przyznanie mniejszościom takich praw, jakie mają sami. [...]
Czego zatem moglibyśmy oczekiwać od Michnika?
Odrobiny taktu i poczucia smaku. Żeby, pozostając o parę kroków za Ziemkiewiczem, nie kreował się na świętoszkowatego moralistę, który uratuje polskich gejów i lesbijki przed kaczyńskim ciemnogrodem. Prawa mniejszości wymagają w Polsce obrony nie tylko przed Kaczyńskim, ale także przed Michnikiem, który tłumaczy, że nie zabierał dotąd głosu w kwestii praw gejów „z powodu braku kompetencji”. Miał kompetencję, aby oceniać lustrację, a tutaj wrażliwości moralnej i intelektualnej siły mu nie starcza. Ponieważ jednak lustrację już przemyślał, jest przeciwny lustrowaniu „polityków i literatów” ze względu na orientację seksualną.
Tyle na temat Hunów. Między Michnikiem a Giertychem jest jeszcze sporo miejsca na poczucie smaku wynikające ze zwyczajnego człowieczeństwa, patriotyzm obywatelski, a nie etniczny czy fundamentalistycznie religijny, na republikę, w która nie ogranicza pojęcia wolności wyłącznie do wolności ekonomicznych.
Dlatego to jest dobra rezolucja. Powinna być jeszcze jedna, na pohybel wszystkim Hunom, obojętnie, gdzie mieszkają, i w której gazecie piszą. O kobietach.
--
Dopisek późniejszy: Życie samo dopisało ciąg dalszy do dyskusji Kida z Michnikiem sprzed dwóch lat. Gazeta Wyborcza z 26 kwietnia publikuje artykuł Konrada Niklewicza "Polsce dostaje się w Strasburgu za rzekomą (podkr. nasze) homofobię". Niklewicz pisze, że doszło już do drugiej w ciągu ostatniego półrocza debaty "o możliwej dyskryminacji homoseksualistów w Polsce", gdyż "nie pomogły tłumaczenia polskich kolegów, że zarówno od propozycji Giertycha, jak i Orzechowskiego (by blokować homoseksualistom dostęp do posad nauczycielskich) publicznie odciął się premier Jarosław Kaczyński."
W końcówce tekstu Niklewicz pisze:
"Tylko jeden polski poseł Józef Pinior z SdPl (członek frakcji Europejskiej Partii Socjalistycznej) zdecydowanie opowiedział się zarówno za rezolucją, jak i koniecznością debatowania o homofobii w Polsce. - Z niedawno opublikowanego raportu przygotowanego m.in. przez organizację "Lambda" wynika, że mamy w Polsce do czynienia z prześladowaniem, łącznie z przemocą fizyczną, osób homoseksualnych. Kto, jeśli nie Parlament Europejski, ma stanąć w obronie tych ludzi? - tłumaczył "Gazecie" Pinior.
Skrytykował pozostałych eurodeputowanych (zwłaszcza tych z frakcji socjaldemokratycznej) za to, że do końca próbowali debatę oraz rezolucję zablokować. - To oznacza, że w Polsce nie ma już lewicy - uznał."
Nam pozostaje jedynie dodać, że nie uważamy, aby Jarosław Kaczyński był supermanem dysponującym mocami nadprzyrodzonymi. Nie wydaje się nam również, by jego osobista deklaracja spowodowała cudowną przemianę homofobii realnej ministra edukacji oraz jego tatusia w "rzekomą" czy równie cudowną odmianę przekonań i działań aktywistów LPR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Ponieważ autorzy GW tak chętnie posługują się porównaniami do 68 roku i czasów Gomułki, to i my pozwolimy sobie powspominać, jak to wyglądało po 68. Otóż pewna aktorka, gwiazda Teatru Żydowskiego przejętego przez Szurmieja na skutek wypędzenia z Polski Idy Kamińskiej i jej zespołu, i przerobionego na coś w rodzaju Cepelii, pojechała do Szwecji, aby przed kamerami tamtejszej telewizji oświadczyć, że Polsce się niesłusznie dostaje za rzekomy antysemityzm, gdyż ona przecież jest aktorką.
"I to by było na tyle, Drodzy Czytelnicy" - pisze Sidik - Acta est fabula".
środa, 25 kwietnia 2007
Barbara Blida - a jednak to ABW jest winne
Krzysztof Janik sugeruje, że przyczyną dzisiejszego samobójstwa Barbary Blidy mogła być teatralna atmosfera, towarzysząca przeszukaniu jej mieszkania w Siemianowicach Śląskich. Leszek Miller - że jej silna osobowość - wolała się zastrzelić, niż widzieć siebie w kajdankach. A nam się wydaje, że główną przyczyną jej śmierci był jednak brak profesjonalizmu ABW. Rzeczniczka ABW Małgorzata Stańczyk powiedziała, że funkcjonariusze wchodząc do jej domu wezwali Barbarę Blidę do wydania broni. Odparła, że jej nie ma. Stańczyk mówi też, że Blidzie cały czas towarzyszył ktoś z ABW. Nawet w momencie samobójstwa, w toalecie, była z nią funkcjonariuszka.
Otóż osoby podejrzane nie mają żadnego obowiązku mówienia prawdy, a toaleta powinna być przeszukana przed skorzystaniem z niej przez podejrzaną, nawet, jeśli miała jej towarzyszyć funkcjonariuszka. Nie tylko ze względu na ewentualność posiadania broni, lecz również niszczenia dowodów rzeczowych - np. ktoś mógłby przechowywać jakieś dokumenty w spalarce stojącej tuż obok toalety, gotowej do działania pod warunkiem naciśnięcia na guzik. Barbara Blida postrzeliła się w klatkę piersiową z legalnie posiadanej broni, która należała do jej męża, a którą przechowywała w szafce w łazience. Mimo natychmiastowej reanimacji zmarła na miejscu. Według słów rzeczniczki ABW, sprawy działy się tak szybko, że funkcjonariuszka nie zdążyła zareagować. Tym bardziej nie zdążyłaby zareagować na naciśnięcie guzika w niszczarce.
Ale psychologiczne przyczyny desperacji aż takiej, że człowiek sięga po broń, by się zabić, niekoniecznie związane są z teatralnością czy taktyką zastraszania ABW, a przynajmniej nie wprost, choć to o niej mówił Grzegorz Napieralski, przypominając, że funkcjonariusze ABW zatrzymując Czarzastego rzucili go na podłogę i przystawili lufę do głowy. Również sekretarz klubu SLD Wacław Martyniuk, wnioskując o uczczenie pamięci Blidy przez Sejm minutą ciszy, powiedział, że Blida "zginęła zaszczuta przez ABW". Nastrojowi desperacji na pewno sprzyja autohipnoza elit III RP: jeśli wieszczysz Apokalipsę, to pierwsi, którzy w nią uwierzą, będą twoimi ludźmi. I w sytuacji stresowej będą zachowywać się tak, jak zachowują się ludzie w czasie Apokalipsy.
Mistrzem zastraszania własnych ludzi i wpędzania ich w desperację był Wojciech Jaruzelski. Jeszcze przed stanem wojennym spowodował, że członkowie PZPR uwierzyli w krwiożercze zamiary, magazyny z bronią i solidarnościowe plany tworzenia bojówek, które jakoby szykowały się do wpadania do mieszkań, wywlekania z nich komunistów i wieszania ich na latarniach. Ten sam schemat propagandowy został użyty przeciwko tzw. "niekonstruktywnej opozycji" w czasach Okrągłego Stołu. Stronnictwo Magdalenki oraz propagandziści Kiszczaka zgodnie opisywali ich jako krwawych nożowników, którzy chcą utopić Polskę w morzu krwi. Pierwszym, który przyrównał PiS do "hitlerowskiej nawały" był Donald Tusk w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej, na co zresztą PiS zareagował słynnym "dziadkiem z Wermahtu." Nastrój grozy, katastrofy, przeczucia wszelakich nieszczęść wieje z niemal każdego wydania Gazety Wyborczej. Skutek? Aleksander Kwaśniewski "czuje się podsłuchiwany". O "powszechnym poczuciu zagrożenia i bycia podsłuchiwanym" mówili dzisiaj także proszeni o komentarze posłowie SLD.
Tak więc, tu także możnaby powiedzieć o zaniedbaniu ze strony ABW. Nikt nie ma wpływu na propagandę strachu kreowaną przez przeciwników politycznych, ale zabrakło wyobraźni i opinii psychologa, który uprzedziłby, że osoby poddawane tego rodzaju presji psychologicznej mogą sięgnąć po desperackie środki. Jeśli twoi ludzie wierzą, że Czwartą RP "stać na wszystko", że następuje załamanie demokracji i postępująca faszyzacja życia publicznego, że obecny rząd jest w stanie - a nawet sięga po środki pozaprawne - to dziewięciu ludzi obudzonych przez funkcjonariszy o szóstej rano może równowagę umysłu mniej więcej zachować, a dziesiąty wykorzysta okazję, by ze sobą skończyć, zanim się wydarzy katastrofa. Możliwa jest również jakaś reakcja autoagresji, dosyć powszechnie znana w więzieniach. Sądząc po wypowiedziach publicznych, ABW dzisiejszego poranka dokonywało zatrzymań w środowisku odległym od stanu równowago psychicznej. Psychologiczny aspekt akcji zatrzymań nie jest nowością dla policji, a szczególnie służb specjalnych. Zresztą, w przypadku każdego zatrzymania chodzi o to, żeby było jak najmniej działań kowbojskich, jak z Czarzastym, jak najmniej ufności graniczącej z naiwnością i jak najwięcej spokoju i skuteczności.
W aferze węglowej chodzi o grube miliony ukradzione państwu. Jest prawdą, że obecny rząd jest właściwie pierwszym, który mierzy się z problemem aferalnego styku świata polityki i gospodarki. Za to jest popierany przez wiele środowisk, które nie są bezpośrednio związane z PiS. Ale to nie jest poparcie bezwarunkowe. Nawet, gdyby Barbara Blida była jednym z najważniejszych uczestników mafii węglowej, to za takie czyny nie obowiązuje kara śmierci. Cóż z tego, że zadana własną ręką. Szkoda jej życia...
---
*Barbara Blida była posłem na Sejm w latach 1989-2005. Od 1993 do 1996 r. była ministrem gospodarki przestrzennej i budownictwa w kolejnych gabinetach Waldemara Pawlaka, Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza. W 1997 r. była prezesem Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast, a ostatnio prezesem dużej firmy deweloperskiej. W latach 1969-1990 Blida była członkiem PZPR, następnie należała do SdRP, a latach 1999-2004 do SLD. Pod koniec poprzedniej kadencji Sejmu była posłanką niezrzeszoną. Dzisiejszego poranka katowickie ABW zatrzymało 13 osób związanych z branżą górniczą. Są wśród byli członkowie zarządów spółek węglowych i firm górniczych, które zajmują się sprzedażą i remontem maszyn górniczych. Zatrzymanym prokuratura postawi zarzuty przyjmowania i wręczania łapówek, prania brudnych pieniędzy, a także fałszowania dokumentacji technicznej maszyn górniczych.
czwartek, 10 listopada 2005
Plotkies o sraniu
Zatem ustalanie prawa natury, tak zupełnie z życiem i natura sprzecznego, skłania do zadumy lub co najmniej brwi zmarszczenia. Gwoli sprawiedliwości, należy również odnieść się do powyższego zdania w jego sensie moralnym, potraktować jako głęboką metaforę, jako przykazanie moralne tylko przez niedopatrzenie w Dekalogu nie zawarte. I znów brew się marszczy i myśl skupia nad świeżością intelektualną i elegancją formy ujęcia zasady moralnej odpowiedzialności za konsekwencje własnych poczynań. Nie wszystko jednak miażdżąca krytyka z mojej strony będzie; otóż Zimandowskie zdanie owo w całej swojej dosłownej, a i metaforycznej głębi, doskonałym jest wywiadu Głowińskiego skrótem. Bo zadziwiające w tym wywiadzie są w kolejności: brak perspektywy w omawianiu wydarzeń sprzed lat bez mała czterdziestu, ignorancja, jeśli o podstawowe fakty chodzi, oraz jakże mocna potrzeba moralnego g...nem się umazania."
Emigracja marcowa ma swoją gazetę, nazywa się Plotkies (nawiasem mówiąc, poziom intelektualny artykułów publikowanych w Plotkies zdecydowanie przewyższa poziom GW) To z dyskusji w Plotkies pochodzi cytowany fragment, komentarz czytelnika. Redaktorzy GW nie mają do Plotkies dostępu, postanowiliśmy więc im donieść o pełnej zakłopotania dyskusji o niesalonowych czynnościach fizjologicznych, która się tam odbywa. Czytelnicy Plotkies nie są obyci z analną poetyką motłochu srającego do rynsztoka tak, jak czytelnicy Gazety Wyborczej. Najlepszym dowodem jest, że krajowi czytelnicy tej metaforyki w ogóle już nawet nie skomentowali, a czytelników Plotkies mocno oszołomiło i dyskutują o sraniu... chyba po raz pierwszy w dziejach tej gazety pojawił się tak niesalonowy temat. Redaktor Plotkies sumituje się i przeprasza czytelników za pytanie "Czy nasraliśmy w Polsce?" i tłumaczy, że to nie jego wina, tylko treści wywiadu Teresy Torańskiej z Michałem Głowińskim pod tytułem "Polskie gadanie", jaki ukazał się w magazynie "Duży Format" nr 19 z 23 maja. Wyjaśnia, że "Duży Format" to taki dodatek do gazety, która się nazywa "Gazeta Wyborcza", a Teresę Torańską reklamuje jaki znaną dziennikarkę, specjalistkę od wywiadów z prominentami PRL żydowskiego pochodzenia oraz tematu "...tak popularnego w prasie p.t. "okazuje się, że jestem Żydem (wcześniej tego broń Boże nie wspominałem)". A na zakończenie swojego tekstu pisze: " W prasie polskiej natomiast ukazał się ciekawy artykuł "z drugiej strony płotu" ukazujący jak Torańska prowadzi swoje wywiady" i podaje linka do artykułu Antka Zambrowskiego w Antysocjalistycznym Mazowszu z 9 czerwca 2005.
Nawiasem mówiąc, z innych doniesień i komentarzy w Plotkies można było się domyśleć, że Teresa Torańska zaszczyciła swoją osobą tegoroczny zjazd w Aszkelonie (to są takie zjazdy emigracji marcowej), gdzie, możnaby podejrzewać, prowadziła dyskretne poszukiwania żydowskich komunistów, żeby zrobić z nimi kolejny wywiad i ogłosić w polskiej prasie na dowód, że za komunizm odpowiadają Żydzi, którzy z Polski wyjechali w 1968 roku. Poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem, ale wszyscy się do niej grzecznie uśmiechali. Jakiś czytelnik nazwał ją specjalistką od "teorii żydokomuny". Teoria, faktycznie, ciekawa, bo skoro za PRL odpowiada emigracja marcowa, to dlaczego po ich wyjeździe PRL nie padła i niby kto nią rządził? Ludzie Honoru?
Albo na przykład Morel, osobnik narodowości komunistycznej pochodzenia żydowskiego, który z Polski uciekł dopiero w 1992 roku, jak mu się katowicka prokuratura dobrała do skóry... Według teorii "marcowej żydokomuny" Morel jest niewinny, co więcej, swoją sowitą pensję, a potem emeryturę, pobierał jak najbardziej słusznie. Skądinąd jego prawą polskość zaświadczył osobiście pogromca marcowej żydokomuny, Mieczysław Moczar. Także narodowości komunistycznej, z pochodzenia Ukrainiec. W archiwach IPN znajduje się jego wysoce pozytywna opinia o Morelu, że to dobry komunista, były partyzant z oddziałów Mieczysława Moczara. A Wojciech Jaruzelski, kumpel Moczara narodowości komunistycznej pochodzenia polskiego, bynajmniej tego błędu Moczara nie naprawił. Wręcz przeciwnie, w stanie wojennym wręczał bilety w jedną stronę nadmiernie dokuczliwym działaczom "Solidarności" dowolnego pochodzenia, Morelowi płacąc emeryturę.
"...Emigracja marcowa od początku budziła we mnie wątpliwości". I żeby już jasno podkreślić co myśli o emigracji marcowej, to [Głowiński] cytuje powiedzonko Romana Zimanda ".. człowiek nie ma prawa uciekać z miejsca gdzie nasrał". Dalej jest też o postawie niektórych emigrantów, których spotykał za granica "...Ale to były tez często wspomnienia byłych właścicieli Polski Ludowej, którzy nagle przypomnieli sobie, ze są Żydami, i zauważyli, ze w Polsce mówi się antysemickim językiem". - przytacza inny czytelnik i komentuje: "Ironią losu jest to, że mnie się to kojarzy z językiem moczarowskiej propagandy. ... Sprawa ma może też inny wymiar, bardziej ogólny. To już nie pierwszy raz ktoś z obecnych Żydów mieszkających w Polsce w skandaliczny sposób przejeżdża się po temacie Żydzi, komunizm, udział Żydów we władzach PRL. Ale to chyba pierwszy raz, że ktoś z tych Żydów w Polsce tak wyraża się o emigracji marcowej."
Ten czytelnik się myli. Nie pierwszy raz, i to raczej pewna prawidłowość, a nie wyjątek. Prawidłowość, która co nieco mówi o naturze ludzkiej. Jeśli powiesz, że winni są nieobecni, to jesteś z założenia niewinny, bo zostałeś. A któż by nie chciał być uważany za niewinnego? Jakże to ludzkie... i tym bardziej zrozumiałe, że w Polsce właśnie trwa lustracja.
Ale jest coś więcej. Chodzi o znaczenie terminu "asymilacja". Któryś z moczarowców napisał w wspominkach o salonowej zabawie zwanej "oswajaniem Żyda". Zapraszało się delikwenta na jeden z "wieczorów czwartkowych" u Mieczysława Moczara, stawiało pod palmą i... oswajało. A to lampką wina, a to podawaniem ręki, a to poklepaniem po plecach. Celem zabawy było doprowadzenie do sytuacji, że Żyd wychodził z przyjęcia zadowolony, że został przez moczarowców zaakceptowany. Jedną z ofiar takich zabaw był Adam Schaff, napisał we wspomnieniach, że po pewnym przyjęciu, na którym moczarowcy miło z nim rozmawiali, doszedł do wniosku, że wcale nie są tacy źli, a nawet całkiem kulturalni...
Tej zabawie odpowiadała praktyka społeczna, w której chodziło nie tylko o to, co kto mówi, ale nawet bardziej o to, co NIE mówi. Można było na przykład zostać Prawdziwym Polakiem z awansu społecznego, pod pewnymi warunkami. Głowiński spełnił jeden warunek, mówiąc Teresie Torańskiej, że emigranci marcowi "zawsze mu się wydawali podejrzani", i obwiniając ich za PRL. Potwierdził tym sposobem tezy słynnego przemówienia Gomułki o piątej kolumnie, a o to przecież chodzi, no nie? Nawiasem mówiąc, "zawsze mi się wydawali podejrzani" to jest termin, ktorego Głowiński nie wpisał do swojej książki "Marcowe gadanie" o PRLowskiej nowomowie, aż dziw, bo to jest bardzo żywotny termin. Niedawno użył go Bugaj przepytywany przez dziennikarzy Rzeczpospolitej o Henryka Szlajfera i dodał, że w związku z tym "zawsze go obserwował." Kolejny termin, którego w tej książce nie ma, a który się często pojawiał na zebraniach POP w ustach działaczy odcinających się od zakażonych stonką ziemniaczaną. Do książki o marcowym gadaniu należałoby wpisać także wypowiedż samego Głowińskiego, że emigranci marcowi będąc na emigracji "nagle przypomnieli sobie, ze są Żydami". Bo raczej to im przypomniano, i nie po znalezieniu sie na emigracji, tylko przed. W w ogóle to mam też wątpliwości co do terminu "emigracja", bo na przykład Human Rights Watch inaczej określa ofiary czystek etnicznych i wypędzeń....
Drugi warunek, również przez Głowińskiego spełniony, to wstydliwość w zakresie własnego pochodzenia. To jest trochę nielogiczne, pisze, że "to" nie miało dla niego żadnego znaczenia, a równocześnie, że w jego domu nigdy "o tym się nie mówiło". A czemu nie, skoro tak bez znaczenia?
"Facet wyszedł z szafy po 50 latach i trochę mi przypomina tego Japończyka, który ukrywał się w dżungli 30 lat po wojnie. Mnie się słabo robi, jak patrzę na tych, co sobie teraz przypominają, że byli Żydami." - to czytelniczka Plotkies. Ale ona nie wie co było dalej, i w związku z tym nie rozumie, że Prawdziwy Polak z awansu społecznego mógł mieć z tym pewien problem na moczarowskich salonach... O "tym" się nie mówiło, jak nie mówi się na salonach, że się posiada francę. Chyba, że się miało pecha, i WSZYSCY o tym wiedzieli. Wtedy zostawała otwarta droga awansu na Prawdziwego Polaka poprzez udowodnienie własnego Prawdziwego Patriotyzmu. (co wcale nie oznacza, że wszyscy "wstydzący się" bywali na moczarowskich salonach, raczej, że taki był efekt wygranej moczarowców w 68 roku w świadomości społecznej: przyjęcie moczarowskiego punktu widzenia na samego siebie).
Głowińskiego można spokojnie nazwać Prawdziwym Patriotą, bo kiedy Żyd obwinia innych Żydów za komunizm, to brzmi to wiarygodniej, niż kiedy Żydów obwinia Maciej Giertych. Specyfiką Prawdziwego Polskiego Patrioty jest również to, że się nie kłopocze o szczegóły i nazwiska - winni są zbiorowi "ONI". Co zresztą ma jeszcze taki skutek, że rozmywa winy, bo skoro winni są WSZYSCY, to jak ścigać za zbrodnie komunistyczne tego czy owego pana lub panią, w kraju lub za granicą? I jak ścigać takich, co mogą pokazać papier, że są nie-Żydami, krew z krwi?
Nawiasem mówiąc, Adam Michnik udowodnił swój patriotyzm już dawno, kiedy napisał, że Czeslaw Kiszczak i Wojciech Jaruzelski (obaj moczarowcy) są Ludżmi Honoru, a całkiem niedawno swój patriotyzm udowodniła Gazeta Wyborcza jako całość.
4 października 2005 padł ostatni Mur Berliński Europy. Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok, że obywatele polscy wyjeżdżający na podstawie tzw. dokumentów podróży po Marcu 68 nigdy nie utracili polskiego obywatelstwa. "Witajcie w domu, jesteście Polakami" - tak napisali forumowicze na portalu "Agory" (spółka wydająca GW) po przeczytaniu aż dwóch artykułów na ten temat w Rzeczpospolitej z 17 października i kolejnego 18 października. Na forum Świat, słynnym z bójek polsko- żydowskich, nie znalazł się ANI JEDEN post kwestionujący zasadność tego wyroku. Reakcje "wojujących z Żydami" były takie, że "ale ten i ten Żyd piszący na forum i tak jest pacanem" Albo, że teraz będzie sposób na zlustrowanie emigracji.... Ale wyroku nie kwestionował nikt. Polska jagiellońska wreszcie wygrała z PRL.
Z Gazetą Wyborczą było inaczej. 17 października można było się dowiedzieć z jej łamów, że posłanka Renata Szynalska była pijana. 18 października - że SLD nie popiera żadnego z prawicowych kandydatów na prezydenta, prokurator Mariusz Szewczyk z Lublina trzasnął w sądzie drzwiami i za to dziennikarz ukarał go tytułem "prokurator trzask - prask", że generał Wojciech Jaruzelski na procesie dotyczącym kopalni "Wujek" pochwalił generała Czesława Kiszczaka za rozsądek i stwierdził, że pluton specjalny strzelał spontanicznie w powietrze, a rozstrzelani górnicy przypadkowo znaleźli się na linii strzału. 19 października - że Donald Tusk wpadł do Szczecina z gospodarską wizytą: "aula Uniwersytetu Szczecińskiego wypełniona była po brzegi. Nie wszyscy się mieścili, stali na schodach. Brawa. Gorące przyjęcie" słów, że Rzeczpospolitej Polskiej grozi upadek niepodległości na skutek agresji hitlerowca Kaczyńskiego na Polskę, albo nawet gorzej: "I RP upadła po utracie przez Polskę niepodległości, II RP po agresji Hitlera na Polskę. Aż dreszcz mnie przechodzi, co chciałby ktoś nam zafundować, powołując IV RP". Ani słowa o wyroku NSA. Trudno uwierzyć, że GW tą wiadomość przeoczyła: o tym wyroku pisały światowe media, a o pijanej posłance - nikt, prócz Gazety Wyborczej.
IV RP zafundowała na starcie delegalizację postanowień rządu Gomułki o odbieraniu obywatelstwa osobom wypędzanym z Polski w 68 roku. Już dobitniej państwo polskie nie mogło wyrazić, co sądzi o epoce oraz ideologii Moczara. To zmienia bardzo wiele, właściwie wszystko. Skończyli się "ONI". Teraz jesteśmy "MY", i wspólnie możemy sobie stawiać rozmaite pytania oraz informować się nawzajem. Na przykład, po Polsce od lat jeździ pewien esbek i wiesza tablice oraz organizuje uroczyste akademie "ku czci" emigracji marcowej. Niewykluczone, że swego czasu brał udział w ich wyrzucaniu... Szkoda bardzo, że emigracja marcowa nie ma o tym zielonego pojęcia, bo zapewne by się wkurzyli. Głos marcowych emigrantów jest dzisiaj integralną częścią polskiej opinii publicznej, a teoretycy "żydokomuny" już nie mają możliwości zamykania ust komukolwiek.
Najwyższy czas jakoś połączyć te forumowe dyskusje. Między innymi po to, żeby forumowicze portalu gazeta.pl mogli poinformować forumowiczów Plotkies, że też mają dosyć tematyki analnej... albo też wyspowiadać forumowiczów Plotkies z ich straszliwych zbrodni komunistycznych, popełnianych na prominentnych stanowiskach studentów ówczesnych polskich uniwersytetów. A przy okazji ci, którzy rzeczywiście uciekali przed odpowiedzialnością i używali emigracji marcowej jako swojej tarczy propagandowej, lub też ci, wysyłani wraz z marcowcami na "z góry upatrzone placówki" w różnych państwach świata w ramach działalności operacyjnej PRLowskiego wywiadu, też stracą swój dotychczasowy listek figowy. I dobrze.
-