Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urban Jerzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urban Jerzy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 sierpnia 2008

Tygodnik "Nie": Nie wsadzać Sumlińskiego

Free Image Hosting at www.ImageShack.usDziś Wojciech Sumliński próbował popełnić samobójstwo. Podciął sobie żyły w kościele św. Stanisława Kostki. Nie wiem, czy jest to krzyk rozpaczy niewinnego człowieka, czy desperacki czyn człowieka przyłapanego na przestępstwie. Niech to rozstrzygnie sąd. Jednak zamykanie Sumlińskiego w takim stanie psychicznym, wobec tylu wątpliwości i kruchości oskarżeń pachnie państwem policyjnym.

Dziennikarze, którzy zajmują się najbardziej niebezpiecznymi tematami, na przykład piszą o służbach specjalnych, przestępczości gospodarczej, korupcji w wymiarze sprawiedliwości i innych brudach współczesnej polityki narażeni są na różnorakie prowokacje. Moi koledzy od pióra opowiadają o takich sytuacjach a i ja mógłbym opowiedzieć historię jeżącą włos na głowie. Wojciech Sumliński, dziennikarz kojarzony z "Misją Specjalną", a na co dzień pracujący dla TVP3 ma trafić do aresztu - orzekł Sąd Okręgowy w Warszawie, przychylając się do zażalenia prokuratury, na pierwszą decyzję sądu, który uznał areszt za bezzasadny. Dziennikarza oskarża jedna osoba.

Miał rzekomo od oficera WSI zażądać 200 tys. zł. za załatwienie pozytywnej weryfikacji. Na dodatek w mieszkaniu tego dziennikarza były jakieś niejawne dokumenty, być może nawet fragmenty aneksu do raportu o WSI. Aneksu, który od wielu miesięcy spoczywa w gabinecie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Aneksu, który od miesięcy czeka na upublicznienie, a więc i tak każda jego strona prędzej czy później będzie jawna.

Nie mam powodu specjalnie identyfikować się z Sumlińskim, dziennikarzem o jednoznacznie prawicowych poglądach. Nie podoba mi się "Misja Specjalna", program jednostronny i prymitywny. Jednak jaki by Sumliński nie był, trzeba zapytać:

- Który z dziennikarzy śledczych nie ma w swoich archiwach mniej lub bardziej niejawnych dokumentów? Powinno się ścigać urzędowo wtajemniczanych, którzy odpowiadając za zachowanie tajemnic nie dopełnili swoich obowiązków, w wyniku czego tajności wyciekły. Wbrew wadliwemu w Polsce prawu dziennikarze są od tego, żeby tajemnice rozpowszechniać, jeśli tkwi w tym interes społeczny.

- Jaką mamy pewność, że pomawiający Sumlińskiego mówi prawdę? Służby specjalne potrafiły wyeliminować z polityki urzędującego premiera (Oleksy), wiceministra obrony (Szeremietiew), kandydata na prezydenta (Cimoszewicz). Załatwienie jakiegoś dziennikarza wydaje się wobec tego dziecinnie proste.

- Czemu prokuratura tak usilnie pragnie wsadzić Sumlińskiego? Czy nie dość już mieliśmy przykładów aresztów wydobywczych? Jeśli chodzi o możliwość mataczenia, to od ujawnienia sprawy minęły przeszło dwa miesiące. Co miało ewentualnie być zamataczone już takie jest.

Andrzej Rozenek


Komentarz redakcyjny:


"Coś takiego jak wolna prasa nie istnieje. Wy o tym wiecie, i ja to wiem. Żaden z was się nie porwie na uczciwe wypowiedzenie swego zdania, a gdybyście to zrobili, to z góry wiedzielibyście, że się nigdy nie ukaże w druku. Płacą mi tygodniówkę za to, bym swoje opinie trzymał jak najdalej od gazety, z którą jestem związany..." tym niemal proroczym cytatem z Johna Swintona rozpoczęliśmy niedawno tekst o mediach w Polsce pt. "Publicystyka, propaganda, indoktrynacja". A znajdzie się jeszcze w polskich mediach przestrzeń do zagospodarowania przez dziennikarstwo śledcze? Z niemrawej obrony Wojciecha Sumlińskiego przez środowiska dziennikarzy rozparcelowanych pomiędzy partie polityczne w charakterze ich propagandzistów (z chlubnymi wyjątkami ludzi, którzy się ponad te podziały wznieśli), a rozgrywanej najbardziej dynamicznie przez blogerów, możnaby wnosić, że takiego zapotrzebowania nasze media nie posiadają. Tygodnik "Nie" ma oczywiście własny powód, by wrzucić na swoją główną stronę baner w obronie Sumlińskiego, zaraz pod paskiem tytułowym ("Nie" nr 29/2008): systematycznie publikowali informacje o aferach baronów paliwowych, służb specjalnych, Dochnala, Pęczaka, innych - gdy w pozostałych mediach panowała cisza. Uprawiają dziennikarstwo śledcze, to są zainteresowani. Niejasna rola służb specjalnych w osaczaniu Sumlińskiego może na wiele lat schłodzić śledcze apetyty dziennikarzy. Jego list pożegnalny ma w zasadzie charakter doniesienia o przestępstwie, ale nie słychać, by wszczęto jakiekolwiek postępowanie. Trójka dziennikarzy wprost zarzuca ministrowi Ćwiąkalskiemu, że powiedział nieprawdę, a ten - nic. Rezygnacja z aresztu wydobywczego to zbyt mało. Przedrukowujemy apel tygodnika "Nie" gdyż uznaliśmy, że warto go zarchiwizować, aby nie zagubił się w archiwum pod następnymi wydaniami gazety. Albowiem Tygodnik "Nie" napisał prawdę - zbyt wiele już było afer z udziałem służb specjalnych. Trzeba to w końcu wyjaśnić.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

wtorek, 15 maja 2007

Bartoszowi Węglarczykowi - premier potraktował was łagodnie

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

Premier potraktował Adama Michnika łagodnie, kojarząc go z puławianami. Mógł gorzej. Praca w redakcji GW zapewne nie uwrażliwia na takie rzeczy, ale Jaruzelski i Kiszczak nie są puławianami, lecz moczarowcami. Wojciech Jaruzelski, bywalec czwartkowych "wieczorów u Mieczysława" i jego prawa ręka, rozpoczął czystki antysemickie w wojsku w 1967, na rok przed Marcem.

Zresztą, wyrzucanie z wojska i degradacja do stopnia szeregowca dotykały nie tylko Żydów, bo, jeśli komuś nie udawało się przypisać żydowskiego pochodzenia, to wylatywał za "świadomość syjonistyczną." Tak zdyscyplinowana kadra oficerska rok później poprowadziła polską armię na Czechosłowację. Jeśli już zagłębiać się w egzotyczne obszary walk frakcyjnych u komunistów, to moczarowcy Jaruzelski z Kiszczakiem symbolizują dziś michnikowskich Ludzi Honoru, a nie puławianie. Michnik może i pijał wódkę z puławianinem Urbanem, ale Człowiekiem Honoru jednak nigdy go nie nazwał.

Niekiedy w Gazecie Wyborczej publikowane są zadziwiające opinie, jak ta Michała Głowińskiego przepytywanego przez Teresę Torańską ("Marcowe gadanie", Duży Format nr 19, 13 maja 2005). Sam wywiad spowodował spore zakłopotanie i oszołomienie wśród emigrantów marcowych, nieobytych z analną poetyką Wyborczej. Redakcja "Plotkies", która otworzyła dyskusję, zareklamowała go jako jeden z cyklu "...tak popularnego w prasie p.t. "okazuje się, że jestem Żydem (wcześniej tego broń Boże nie wspominałem)" - co zresztą jedna z ich czytelniczek skomentowała "facet wyszedł z szafy po 50 latach i trochę mi przypomina tego Japończyka, który ukrywał się w dżungli 30 lat po wojnie. Mnie się słabo robi, jak patrzę na tych, co sobie teraz przypominają, że byli Żydami."

Otóż Głowiński, reklamowany przez GW autorytet od "Marcowego gadania" powiada w wywiadzie "...Emigracja marcowa od początku budziła we mnie wątpliwości" - i, żeby było jasne, jakie, akcentuje tą wypowiedź cytatem z Zimanda ".. człowiek nie ma prawa uciekać z miejsca gdzie nasrał". Czyli, widocznie, zdaniem autora GW, nie zostali wypędzeni, tylko uciekli, a uciekli, bo wprzódy "nasrali". Abstrahując od agresji, zawartej w przaśnych metaforach, Głowiński żywcem posługuje się językiem gontarzowskiej propagandy, opisując czystkę etniczną jako gremialną ucieczkę winnych. Gontarz, Moczar i Gomułka używali w tym miejscu terminów "piąta kolumna", "syjoniści" i - mniej formalnie - "żydokomuna". Nie ma ich w wywiadzie, ale jakoś odnosi się wrażenie, że są jego mottem. Język, zaprezentowany przez Głowińskiego na łamach GW, trudno byłoby odnaleźć w innych gazetach głównego nurtu.

Bartosz Węglarczyk tego zapewne nie wie, bo nikt mu w redakcji GW chyba nie powiedział, ale emigracja marcowa różni się od emigracyjnej "żydo- i polsko- komuny" tym, że wyjeżdżając, traciła wszystko, a o tych drugich można mieć wątpliwości, czy w ogóle byli wypędzani lub uciekali, czy może raczej wyjeżdżali na upatrzone z góry placówki w celach wywiadowczych, oraz by wzniecać emigracyjne konflikty polsko- żydowskie, bardzo komplikujące pomoc organizowaną przez emigrantów dla opozycji demokratycznej w Polsce, skoro PRL, a potem III RP, nieprzerwanie płaciła im emerytury. Dopiero teraz, dzięki inicjatywie obniżenia emerytur stalinowskim aparatczykom, Polska przestanie im płacić za takową działalność. Zresztą, coraz jaśniej widać z stopniowo ujawnianych materiałów archiwalnych, że animatorzy sztucznie wzniecanych konfliktów emigracyjnych na tle etnicznym z obu stron byli często albo głupcami, albo funkcjonariuszami opłacanymi przez ten sam wydział MSW.

Bartosz Głowiński i inni młodsi redaktorzy GW też zapewne tego nie wiedzą, bo i skąd, że wielu emigrantów dziwiły i denerwowały obchody, akademie, uroczystości i tablice pamiątkowe "ku czci Marca" organizowane i wmurowywane (z gwarantowanym udziałem przedstawicieli GW) w rozmaitych miejscach przez marcowego donosiciela, za to z kompletną ignorancją faktu, że realne ofiary marcowych czystek żyją, mają się dobrze, tyle że za granicą i bez jakiegokolwiek wpływu na to, co się dzieje w kraju. Przez całe 17 lat denerwowały obchody Getta, których organizatorką jest pani jeżdżąca po Europie zaraz po 68 roku, żeby w rozmaitych telewizjach oświadczać, że czystki antysemickie są wymysłem, gdyż ona jest przecież aktorką. Emigranci oglądali jej wywiady w telewizji, samymi będąc wtedy zakwaterowanymi na rozmaitych statkach, na chybcika przerobionych na tymczasowe kwatery dla wysiedleńców, w świetlicach w obozach przejściowych, i tak dalej, a ona, owszem, była aktorką, jako żona swego męża, który został dyrektorem Teatru Żydowskiego dzięki wypędzeniu z kraju Idy Kamińskiej i jej zespołu oraz dzięki temu, że wykorzystał ówczesne obchody Getta do wygłoszenia elaboratu potępiającego "syjonistów" - czyli pochwalającego czystki etniczne. Poniekąd żywy dowód, że komunizm polegał na wynarodowieniu. Naszym zdaniem, nie tylko w mniejszościach etnicznych, to samo byśmy powiedzieli o Polakach.

Doprawdy, trudno zrozumieć, dlaczego przedstawiciele GW, zakładanej przecież przez jakąś część byłych marcowców, nie rozumieli, co legitymizują swoją obecnością na tego rodzaju imprezach czy wspólnym uczestnictwem w rozmaitych komitetach, i swoim milczeniem przez całe 17 lat. Trudno zrozumieć argument, jaki kiedyś usłyszeliśmy na własne uszy, że księdza Czajkowskiego trzeba bronić przed oskarżeniami o agenturę, gdyż inaczej załamie się dialog polsko - żydowski. Dialog między Polakami a Żydami jest możliwy tylko dzięki pośrednictwu bezpieki? Jeśli zawali się mur, zbudowany przez policję polityczną totalitarnego państwa, to grozi, że się Polacy z Żydami nawzajem pozabijają? Doprawdy, aż tak się nienawidzimy nawzajem?

Trudno zrozumieć wypowiedzi takie jak Karola Modzelewskiego, który porównuje lustrację do marcowych czystek, a w następnym zdaniu oświadcza, że nie rozumie, czemu lustracja miałaby obejmować badaczy przyrody, "którzy tylko wykonują swoją pracę." Raptem stracił pamięć, że czystki z 68 odbywały się bynajmniej nie tylko na wydziałach uczących marksizmu - leninizmu, i raptem nie rozumie, że człowiek może czuć się wielce nieprzyjemnie, kiedy go usiłują wepchnąć do tego samego wora razem z Jaruzelskim i całą resztą, odpowiedzialną za życiowe katastrofy, które mu się przytrafiły? Aż się też prosi, żeby powiedzieć, że kiedy Arendt usłyszała Eichmanna broniącego się na swoim procesie, że "tylko wykonywał swoją pracę", to skomentowała, że "zło jest banalne." Oczywiście nie porównujemy obu postaci, lecz wskazujemy jaka jest w istocie rzeczy jakość takiego argumentu.

To, co Głowiński przypisuje emigrantom marcowym: "...ale to były też często wspomnienia byłych właścicieli Polski Ludowej, którzy nagle przypomnieli sobie, ze są Żydami, i zauważyli, ze w Polsce mówi się antysemickim językiem" - dotyczy być może jakiejś części bananowych emigrantów z warszawskich salonów, ale jeszcze bardziej jego własnej grupy politycznej. Przypominają sobie, że są Żydami, kiedy im jest wygodnie wskazywać na przeciwników politycznych jako antysemitów. I na tym właśnie polega moczaryzm, na instrumentalnym traktowaniu etniczności. A wtedy, gdy jest się aż tak bezwzględnym, by wykorzystywać ofiary marcowych czystek do propagandowej obrony tych, co im połamali życie, to nic dziwnego, że ofiary zaczynają się zastanawiać, na ile środowisko takowe nasiąkło przez lata dzielące nas od 1968 roku, zwycięskim wtedy moczaryzmem. Żydem się nie bywa, panie Węglarczyk, Żydem się jest. A konkretniej, Polskim Żydem. Ale moczarowcem, na całe szczęście, można bywać lub przestać bywać.