Depesza utworzona 12 stycznia 2009 roku. Ambasador Ashe sklasyfikował ją jako "confidential". Oznaczono ją tagami PREL oraz PL. Temat: "Lech Wałęsa wzywa do nowej epoki przywództwa USA". Ta jedna depesza bardzo wyróżnia się spośród setek innych depesz warszawskiej ambasady, ujawnionej przez Wikileaks. Kostyczne poczucie humoru amerykańskich dyplomatów, tak widoczne w relacjach ze spotkań z innymi polskimi politykami, tu zostało zastąpione pieczołowitością skryby, który po prostu notuje, co ma do powiedzenia Lech Wałęsa. Ambasador Ashe nie omawia, nie komentuje, po prostu stara się powtórzyć jak najwierniej, co usłyszał. A oto depesza:
Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika. – Exupery, "Twierdza"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obama Barack. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obama Barack. Pokaż wszystkie posty
sobota, 17 września 2011
niedziela, 19 czerwca 2011
Center for American Progress 1. Początki
![]() |
| Marion i Herb Sandler |
Kim są Sandlerowie?
Od 1963 roku budowali korporację oszczędnościowo -pożyczkową Golden West Financial Corporation. Analitycy rynków finansowych podają, że Oakland dzięki Golden West awansowało na drugie w USA miasto w tej branży. Małżonkowie dzielili się obowiązkami: Herb był dyrektorem wykonawczym i strategiem, Marion zajmowała się wszystkim związanym z relacjami z klientami. Przetrwali krach na rynku kredytowym z lat 1980tych, gdyż nie udzielali "pustych pożyczek": byli ostrożni i wielką wagę przykladali do zarządzania ryzykiem. W trakcie krachu Herb okazjonalnie zeznawał przed Kongresem na temat tego, co uważał za nieprawidłowości na rynku kredytowym. Niewątpliwie Sandlerowie mieli talent do rynku bankowego: za ich 39-letniej kadencji firma notowała 19% przyrost wartości akcji rocznie - niebywały, długoterminowy wynik, który media skomentowały, że Golden West to najlepsza maszyna do robienia pieniędzy na świecie.
czwartek, 15 stycznia 2009
Korytarz Filadelfijski i list gończy na Mubaraka za milion dolarów
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz
Rozumnemu człowiekowi byłoby trudno nazwać „zwycięską” politykę, która prowadzi do śmierci ponad 1000 współbratymców i ogromne zniszczenia materialne. Niemniej Hamas będzie tak właśnie przedstawiał skutki militarnego konfliktu w Gazie, chociaż po stronie arabskiej prawdziwym zwycięzcą tej wojny jest Egipt. Na tle chwiejnej postawy Turcji, słomianego zapału Francji, niezdecydowania, podziałów i braku konceptu w obrębie państw Ligi Arabskiej, tym jaśniej błyszczy błyskotliwa dyplomacja Egiptu i zimna krew jego elit, które doprowadziły do tego, że mimo bardzo ostrego potępiania kierownictwa Hamasu i jednoznacznego obwiniania ich o wywołanie wojny, to właśnie Egipt przywołał kierownictwo Hamasu do stołu negocjacyjnego i odegrał główną rolę w doprowadzeniu do rozejmu. Jak to szczerze ujawnił dziennikarzom AlJazeery przedstawiciel Hamasu Salah al-Bardawil, „egipska inicjatywa była jedyną, jaką nam przedstawiono, więc będziemy z nią koordynować [swoje działania]”
Wojna wygasa, choć raporty agencji prasowych świadczą o czymś innym – ale obie strony tego konfliktu będą prawdopodobnie intensywnie walczyć do ostatniej sekundy przed „godziną zero” rozpoczynającą zawieszenie broni. Hamas rozpaczliwie potrzebuje jakiegokolwiek sukcesu, który mógłby zapisać na swoje konto; krótko przed wybuchem wojny premier Hamasu Ismail Haniyeh buńczucznie drwił z Izraela, że nie jest w stanie obronić się przed atakami rakietowymi i wygłaszał pogróżki, że Hamas przygotował "niespodzianki" na wypadek wkroczenia izraelskiej armii do strefy Gazy. Żadnych „niespodzianek” nie było; nie było żadnych „sądnych dni” w Jerozolimie, Hamasowi nie udało się również podpalić West Banku czy nakłonić Hezbollah do utworzenia drugiego frontu z północy. Choć bardzo się o to starali, międzynarodowa dyplomacja nie uznała ich za stronę konfliktu równoważną Izraelowi. Rezolucja ONZ w ogóle nie wymienia nazwy Hamasu, a wszystko, co ważne w sprawie Korytarza Filadelfijskiego, zostanie ustalone między Izraelem a Egiptem. Reakcje państw arabskich były wstrzemięźliwe, a w niektórych przypadkach nawet wobec Hamasu krytyczne. Za brak realnej pomocy kierownictwo Hamasu jest rozżalone nawet na Iran i Syrię. Jak to wyraził we wtorek przedstawiciel Hamasu w mieście Gaza- "mamy poczucie, że nasi bracia w Teheranie i Damaszku zdradzili nas, tak samo, jak reszta arabskich i islamskich rządów." Skutkiem przegranej Hamasu jest także schizma w jej kierownictwie na liderów z Gazy i liderów z Syrii. Teraz, jeśli Ismail Haniyeh w końcu wyjdzie ze swego niehonorowego ukrycia, najprawdopodobniej czeka go fala krytyki za to, że opuścił swoich ludzi w czasie wojny.
Izrael chce zniszczyć z infrastruktury militarnej Hamasu, jak najwięcej się tylko da, a szczególnie jak najwięcej tuneli służących przemytowi broni na granicy z Egiptem. Od początku operacji „Lany Ołów” armia izraelska zniszczyła ponad 250 tuneli, ale, zdaniem izraelskiego wywiadu, pozostało jeszcze ponad 100 i Hamas dalej próbuje szmuglować nimi broń, w tym nowoczesną, taką, jak rakiety długiego zasięgu, czy nowoczesne materiały wybuchowe, artyleryjskie i przeciwlotnicze. W praktyce, to nie deklaracje Hamasu powzięte w kairskich negocjacjach zdecydują o stabilności i długotrwałości zawieszenia broni, lecz to, co się wydarzy na granicy między Gazą a Egiptem.
Egipt to wie. Wie też ukryty sponsor tej wojny, Iran. Dlatego 4 stycznia br. irańska organizacja Studenci Szukający Sprawiedliwości ustanowiła nagrodę jednego miliona dolarów dla kogokolwiek, kto zabije "kryminalistę", egipskiego prezydenta Hosni Mubaraka, za „kolaborację z syjonizmem”, a 13 stycznia rzecznik tej organizacji Sadeq Shahbazi ogłosił podwyższenie nagrody do 1,5 miliona dolarów. Irańska agencja Fars, która jako pierwsza informowała o obu ofertach, usunęła propozycję podwyżki niemal natychmiast po opublikowaniu, prawdopodobnie ze względu na to, że zachęcając do zabójstwa egipskiego prezydenta Sadeq Shahbazi przypomniał, że ponad 30 lat temu dżihadysta Khaled Al-Islambouli zamordował egipskiego prezydenta Anwara Sadata.
Anwar Sadat został zamordowany 6 października 1981 roku, w trakcie dorocznej parady zwycięstwa w Kairze, na skutek fatwy rzuconej na niego przez islamistycznego kleryka Omara Abdel-Rahmana (aktualnie odsiadującego dożywotni wyrok w USA za udział w zamachu na World Trade Center w 1993 roku). W kairskim zamachu oprócz Sadata zginęło jeszcze 11 osób, w tym ambasador Kuby, generał z Omanu, biskup koptyjski, a 28 zostało rannych, w tym minister obrony Irlandii James Tully i czterech oficerów armii USA. Dwóch zamachowców zabito na miejscu, Islambouli został schwytany i skazany na śmierć. Wyrok na nim wykonano w kwietniu 1982. W trakcie późniejszych procesów skazano na wyroki więzienia ponad 300 radykalnych islamistów powiązanych z zamachem, w tym takich, jak Ayman al-Zawahiri, Omar Abdel-Rahman i Abd al-Hamid Kishk. Ze względu na znajomość angielskiego Zawahiri stał się de facto rzecznikiem oskarżonych i udzielił wielu wywiadów zachodnim dziennikarzom. Uwolniony z więzienia w 1984, udał się do Afganistanu i nawiązał bliską współpracę z Osamą Bin Ladenem i awansował na rzecznika Al Kaidy. Zamach na Sadata, to okres formacyjny nowoczesnego terroryzmu, jaki go znamy dzisiaj, także w sensie personalnym. Iran ma „w nosie” opinie Zachodu, ale z całą pewnością zachęta do zamachów na arabskich braci oraz przypomnienie wątpliwej przeszłości niezbyt dobrze się przyczyniają do umocnienia pozycji Iranu w obrębie państw Ligi Arabskiej. Być może dlatego niefortunna wypowiedź zanadto szczerego islamisty została usunięta ze stron agencji Fars.
Korytarz Filadelfijski.
Tzw. Umowa Gaza-Jericho z 1994 roku między Izraelem a PLO ustanowiła stumetrowej szerokości korytarz wzdłuż granicy Gazy z Egiptem, którego celem miało być odseparowanie egipskiej części miasta Rafah od części palestyńskiej. Korytarz miał znajdować się pod kontrolą armii izraelskiej, która nadała mu kodową nazwę „Korytarz Filadelfijski”. Około 2000 roku lokalni Palestyńczycy, z których wielu współpracowało z Hamasem, rozpoczęli budowę podziemnych tuneli służących lukratywnemu handlowi. W miarę upływu czasu coraz większa część tego przemytu obejmowała broń.
„Oczywiście, ataki rakietowe na Gazę miały miejsce także przed wycofaniem Izraela” – pisze Dore Gold w The Wall Street Journal – „pierwsza rakieta Quassam została odpalona już w 2001 roku. Ale po wycofaniu się skala ataków się totalnie zmieniła. Ilość ataków rakietowych wzrosła o 500% (od 179 w 2005 do 946 w 2006). Po wycofaniu wzrósł także zasięg rakiet. Lokalnie wytwarzane rakiety Quassamy, które osiągały cele w zakresie 7 kilometrów, ustępowały na rzecz sprowadzanych z Iranu Katiusz i rakiet Grad, których zasięg wynosi 20 km. Użyto je po raz pierwszy w 2006 roku. W roku 2008 tunelami przemycano rakiety już o zasięgu 40 km. ... W następnej wojnie rakiety Hamasu mogą sięgnąć Tel Aviv”. Te ostatnie, jak alarmowała światowa prasa, stanowiły już bezpośrednie zagrożenie dla jedynej elektrowni atomowej w Izraelu.
Gazańskie tunele pozwalały także setkom członków bojówek Hamasu na opuszczanie strefy Gazy i udział w obozach treningowych na rzadko zaludnionych wzgórzach Synaj z udziałem organizacji egipskich islamistów Muzułmańskie Braterstwo czy w Iranie, z instruktorami z tamtejszej Gwardii Rewolucyjnej. Jeśli szmugiel pod Korytarzem Filadelfijskim nie zostanie powstrzymany, to wkrótce Hamas odnowi cały swój arsenał i cała ta wojna okaże się bez sensu.
Korekta Camp David
Egipska dyplomacja od początku wojny w Gazie wzbudza nasz podziw. Nie zważając na żadne presje, naciski, apele i pogróżki, egipska elita polityczna mówiła swoje i czyniła swoje, wedle własnego rozumu i własnych interesów, które się znajdują gdzieś pośrodku, pomiędzy interesami Palestyńczyków a interesami Izraela. Egipscy oficjele nie wahali się mówić ani o Hamasie, ani o planach Iranu; ich zdaniem Iran co prawda wspiera koncepcję palestyńskiego państwa, ale inaczej i na innych terytoriach, niż to sobie wyobraża Zachód. West Bank w tych planach zupełnie nie istnieje; zdaniem egipskich oficjeli Iran dąży do powołania spójnego terytorialnie państwa palestyńskiego, obejmującego swym terenem Gazę oraz egipski Synaj, zarządzanego przez marionetkowy, islamistyczny Hamas, a liczy na podpalenie ogni piekielnych pod następnym bliskowschodnim państwem, właśnie Egiptem.
Dzięki uporowi Egiptu, że od strony Gazy przejścia w Rafah strzec mogą tylko siły wierne prezydentowi Autonomii Palestyńskiej, lekko wygraną stroną konfliktu w Gazie jest także prezydent Abbas. Mimo ukończonej kadencji ma szansę wrócić do gry w Gazie, ale by się tam utrzymać, będzie musiał sobie poradzić z powodami, dla których swego czasu przegrał w Gazie wybory. Niemniej, niemal nic nie robiąc, zyskał w oczach międzynarodowej opinii publicznej: wygłaszał dramatyczne przemówienia w imieniu Palestyńczyków z Gazy, na tle Hamasu wygląda jak anioł - i ta fala może go jeszcze przez jakiś czas ponieść. Ale wielkimi arabskimi wygranymi wojny w Gazie są osobiście egipski prezydent Hosni Mubarak oraz jego Minister Wywiadu Omar Suleiman. Mubarak po mistrzowsku rozegrał dyplomatyczny mecz w Lidze Arabskiej, a w tym samym czasie Suleiman, wymieniany obecnie jako potencjalny następca 80-letniego Mubaraka, zdołał przyciągnąć Hamas do stołu negocjacyjnego i w dyplomatycznym maratonie, w którym posuwał się nawet do gróźb, zdołał wymusić na nich zgodę na zawieszenie broni, właściwie nic nie zostawiając z ich wstępnych warunków.
Między Izraelem a Egiptem doszło do swoistego status quo, gdzie obie strony się właściwie nie lubią, ale rozumieją nawzajem swoje pobudki i interesy. Izrael nie mógł nie dostrzec, że egipskie elity realnie naraziły się islamistom, dlatego niespecjalnie protestuje, chociaż niewątpliwie dostrzega, że na negocjacjach kairskich Egipt ugrał dla siebie korektę umów z Camp David. Wedle tych umów, po wycofaniu Izraela ze strefy Gazy maksymalna ilość żołnierzy egipskich na granicy z Gazą nie może przekraczać 750 osób. Egipt stanowczo odrzucił izraelskie, francuskie, amerykańskie (i czyjekolwiek) propozycje rozlokowania na tym terenie sił międzynarodowych.
Dzisiaj Egipt argumentuje, że 750 strażników granicznych to zbyt mało, by powstrzymać przemyt broni Korytarzem Filadelfijskim. Izrael, który wyciągnął wnioski z libańskiej lekcji, właściwie nie stawia w tej sprawie oporu, gdyż – z własnych powodów - ma nie najlepsze zdanie o siłach międzynarodowych: Rezolucja Rady Bezpieczeństwa nr 1701 zatrzymała Drugą Wojnę Libańską, ale, mimo wszelkich międzynarodowych obserwatorów, nie powstrzymała szmuglowania syryjskiej broni do Libanu. Do dzisiaj Hezbollah niemal potroił swój arsenał i znacznie go unowocześnił. Tunele są bardzo trudne do wykrycia, gdyż Hamas buduje na ich wylotach fałszywe budy, udające domy mieszkalne lub budowle przemysłowe. Po stronie egipskiej jest to samo. Część gazańskich makiet armia izraelska już zburzyła, Egipt zadeklarował, że zrobi to samo po swojej stronie, ale pod warunkiem utrzymania większego kontyngentu po swojej stronie. Pas niezabudowanej ziemi, bardziej aktywna rola Egiptu w uszczelnianiu granicy oraz technologia do wykrywania tuneli, już zadeklarowana przez USA i Niemcy, lepiej niż jakiekolwiek deklaracje Hamasu czy pisemne deklaracje o czasie trwania rozejmu mogą spowodować, że na jakiś czas aktywność Hamasu utrzyma się na niskim poziomie.
Trzeba jednak pamiętać, że celem kairskich negocjacji nie jest pokój, ani nawet rozejm, lecz tylko ograniczone w czasie zawieszenie broni. Kluczem do pokoju na Bliskim Wschodzie nie jest ani Izrael, ani Palestyńczycy, ani Egipt – lecz Teheran. Wydaje się nam, że to rozumie nowa administracja amerykańska Baraka Obamy. Ale o tym następnym razem.
z ostatniej chwili:
- arabski dziennikarz Jerusalem Post Khaled Abu Toameh donosi o kontrofensywie Fatah przeciwko Hamasowi na terenie West Bank. Trwają aresztowania. Rzecznicy Fatah podkreślają, że Khaled Mashaal (lider Hamasu z Damaszku) wielokrotnie nawoływał Palestyńczyków z West Banku do rozpoczęcia trzeciej intifady przeciwko kierownictwu Autonomii Palestyńskiej.
- Fatah ma powody się cieszyć. W wyniku ataku bombowego Izraela zginął hamasowski minister spraw wewnętrznych Gazy Said Sayyam. Ma na swoim koncie torturowanie Palestyńczyków i rozstrzeliwanie członków Fatah. W 2008 na jego rozkaz policja użyła broni maszynowej, moździerzy i rakiet przeciwko klanowi mieszkającemu niedaleko granicy z Izraelem za to, że odmówili wydania podejrzanych o wysadzenie w powietrze samochodu z oficjelami Hamasu. Czlonkowie klanu uciekali po ochronę w kierunku Izraela. Profil Saida Sayyama znajdziesz tu.
Rozumnemu człowiekowi byłoby trudno nazwać „zwycięską” politykę, która prowadzi do śmierci ponad 1000 współbratymców i ogromne zniszczenia materialne. Niemniej Hamas będzie tak właśnie przedstawiał skutki militarnego konfliktu w Gazie, chociaż po stronie arabskiej prawdziwym zwycięzcą tej wojny jest Egipt. Na tle chwiejnej postawy Turcji, słomianego zapału Francji, niezdecydowania, podziałów i braku konceptu w obrębie państw Ligi Arabskiej, tym jaśniej błyszczy błyskotliwa dyplomacja Egiptu i zimna krew jego elit, które doprowadziły do tego, że mimo bardzo ostrego potępiania kierownictwa Hamasu i jednoznacznego obwiniania ich o wywołanie wojny, to właśnie Egipt przywołał kierownictwo Hamasu do stołu negocjacyjnego i odegrał główną rolę w doprowadzeniu do rozejmu. Jak to szczerze ujawnił dziennikarzom AlJazeery przedstawiciel Hamasu Salah al-Bardawil, „egipska inicjatywa była jedyną, jaką nam przedstawiono, więc będziemy z nią koordynować [swoje działania]”
Wojna wygasa, choć raporty agencji prasowych świadczą o czymś innym – ale obie strony tego konfliktu będą prawdopodobnie intensywnie walczyć do ostatniej sekundy przed „godziną zero” rozpoczynającą zawieszenie broni. Hamas rozpaczliwie potrzebuje jakiegokolwiek sukcesu, który mógłby zapisać na swoje konto; krótko przed wybuchem wojny premier Hamasu Ismail Haniyeh buńczucznie drwił z Izraela, że nie jest w stanie obronić się przed atakami rakietowymi i wygłaszał pogróżki, że Hamas przygotował "niespodzianki" na wypadek wkroczenia izraelskiej armii do strefy Gazy. Żadnych „niespodzianek” nie było; nie było żadnych „sądnych dni” w Jerozolimie, Hamasowi nie udało się również podpalić West Banku czy nakłonić Hezbollah do utworzenia drugiego frontu z północy. Choć bardzo się o to starali, międzynarodowa dyplomacja nie uznała ich za stronę konfliktu równoważną Izraelowi. Rezolucja ONZ w ogóle nie wymienia nazwy Hamasu, a wszystko, co ważne w sprawie Korytarza Filadelfijskiego, zostanie ustalone między Izraelem a Egiptem. Reakcje państw arabskich były wstrzemięźliwe, a w niektórych przypadkach nawet wobec Hamasu krytyczne. Za brak realnej pomocy kierownictwo Hamasu jest rozżalone nawet na Iran i Syrię. Jak to wyraził we wtorek przedstawiciel Hamasu w mieście Gaza- "mamy poczucie, że nasi bracia w Teheranie i Damaszku zdradzili nas, tak samo, jak reszta arabskich i islamskich rządów." Skutkiem przegranej Hamasu jest także schizma w jej kierownictwie na liderów z Gazy i liderów z Syrii. Teraz, jeśli Ismail Haniyeh w końcu wyjdzie ze swego niehonorowego ukrycia, najprawdopodobniej czeka go fala krytyki za to, że opuścił swoich ludzi w czasie wojny.
Izrael chce zniszczyć z infrastruktury militarnej Hamasu, jak najwięcej się tylko da, a szczególnie jak najwięcej tuneli służących przemytowi broni na granicy z Egiptem. Od początku operacji „Lany Ołów” armia izraelska zniszczyła ponad 250 tuneli, ale, zdaniem izraelskiego wywiadu, pozostało jeszcze ponad 100 i Hamas dalej próbuje szmuglować nimi broń, w tym nowoczesną, taką, jak rakiety długiego zasięgu, czy nowoczesne materiały wybuchowe, artyleryjskie i przeciwlotnicze. W praktyce, to nie deklaracje Hamasu powzięte w kairskich negocjacjach zdecydują o stabilności i długotrwałości zawieszenia broni, lecz to, co się wydarzy na granicy między Gazą a Egiptem.
Egipt to wie. Wie też ukryty sponsor tej wojny, Iran. Dlatego 4 stycznia br. irańska organizacja Studenci Szukający Sprawiedliwości ustanowiła nagrodę jednego miliona dolarów dla kogokolwiek, kto zabije "kryminalistę", egipskiego prezydenta Hosni Mubaraka, za „kolaborację z syjonizmem”, a 13 stycznia rzecznik tej organizacji Sadeq Shahbazi ogłosił podwyższenie nagrody do 1,5 miliona dolarów. Irańska agencja Fars, która jako pierwsza informowała o obu ofertach, usunęła propozycję podwyżki niemal natychmiast po opublikowaniu, prawdopodobnie ze względu na to, że zachęcając do zabójstwa egipskiego prezydenta Sadeq Shahbazi przypomniał, że ponad 30 lat temu dżihadysta Khaled Al-Islambouli zamordował egipskiego prezydenta Anwara Sadata.
Anwar Sadat został zamordowany 6 października 1981 roku, w trakcie dorocznej parady zwycięstwa w Kairze, na skutek fatwy rzuconej na niego przez islamistycznego kleryka Omara Abdel-Rahmana (aktualnie odsiadującego dożywotni wyrok w USA za udział w zamachu na World Trade Center w 1993 roku). W kairskim zamachu oprócz Sadata zginęło jeszcze 11 osób, w tym ambasador Kuby, generał z Omanu, biskup koptyjski, a 28 zostało rannych, w tym minister obrony Irlandii James Tully i czterech oficerów armii USA. Dwóch zamachowców zabito na miejscu, Islambouli został schwytany i skazany na śmierć. Wyrok na nim wykonano w kwietniu 1982. W trakcie późniejszych procesów skazano na wyroki więzienia ponad 300 radykalnych islamistów powiązanych z zamachem, w tym takich, jak Ayman al-Zawahiri, Omar Abdel-Rahman i Abd al-Hamid Kishk. Ze względu na znajomość angielskiego Zawahiri stał się de facto rzecznikiem oskarżonych i udzielił wielu wywiadów zachodnim dziennikarzom. Uwolniony z więzienia w 1984, udał się do Afganistanu i nawiązał bliską współpracę z Osamą Bin Ladenem i awansował na rzecznika Al Kaidy. Zamach na Sadata, to okres formacyjny nowoczesnego terroryzmu, jaki go znamy dzisiaj, także w sensie personalnym. Iran ma „w nosie” opinie Zachodu, ale z całą pewnością zachęta do zamachów na arabskich braci oraz przypomnienie wątpliwej przeszłości niezbyt dobrze się przyczyniają do umocnienia pozycji Iranu w obrębie państw Ligi Arabskiej. Być może dlatego niefortunna wypowiedź zanadto szczerego islamisty została usunięta ze stron agencji Fars.
Korytarz Filadelfijski.
Tzw. Umowa Gaza-Jericho z 1994 roku między Izraelem a PLO ustanowiła stumetrowej szerokości korytarz wzdłuż granicy Gazy z Egiptem, którego celem miało być odseparowanie egipskiej części miasta Rafah od części palestyńskiej. Korytarz miał znajdować się pod kontrolą armii izraelskiej, która nadała mu kodową nazwę „Korytarz Filadelfijski”. Około 2000 roku lokalni Palestyńczycy, z których wielu współpracowało z Hamasem, rozpoczęli budowę podziemnych tuneli służących lukratywnemu handlowi. W miarę upływu czasu coraz większa część tego przemytu obejmowała broń.
„Oczywiście, ataki rakietowe na Gazę miały miejsce także przed wycofaniem Izraela” – pisze Dore Gold w The Wall Street Journal – „pierwsza rakieta Quassam została odpalona już w 2001 roku. Ale po wycofaniu się skala ataków się totalnie zmieniła. Ilość ataków rakietowych wzrosła o 500% (od 179 w 2005 do 946 w 2006). Po wycofaniu wzrósł także zasięg rakiet. Lokalnie wytwarzane rakiety Quassamy, które osiągały cele w zakresie 7 kilometrów, ustępowały na rzecz sprowadzanych z Iranu Katiusz i rakiet Grad, których zasięg wynosi 20 km. Użyto je po raz pierwszy w 2006 roku. W roku 2008 tunelami przemycano rakiety już o zasięgu 40 km. ... W następnej wojnie rakiety Hamasu mogą sięgnąć Tel Aviv”. Te ostatnie, jak alarmowała światowa prasa, stanowiły już bezpośrednie zagrożenie dla jedynej elektrowni atomowej w Izraelu.
Gazańskie tunele pozwalały także setkom członków bojówek Hamasu na opuszczanie strefy Gazy i udział w obozach treningowych na rzadko zaludnionych wzgórzach Synaj z udziałem organizacji egipskich islamistów Muzułmańskie Braterstwo czy w Iranie, z instruktorami z tamtejszej Gwardii Rewolucyjnej. Jeśli szmugiel pod Korytarzem Filadelfijskim nie zostanie powstrzymany, to wkrótce Hamas odnowi cały swój arsenał i cała ta wojna okaże się bez sensu.
Korekta Camp David
Egipska dyplomacja od początku wojny w Gazie wzbudza nasz podziw. Nie zważając na żadne presje, naciski, apele i pogróżki, egipska elita polityczna mówiła swoje i czyniła swoje, wedle własnego rozumu i własnych interesów, które się znajdują gdzieś pośrodku, pomiędzy interesami Palestyńczyków a interesami Izraela. Egipscy oficjele nie wahali się mówić ani o Hamasie, ani o planach Iranu; ich zdaniem Iran co prawda wspiera koncepcję palestyńskiego państwa, ale inaczej i na innych terytoriach, niż to sobie wyobraża Zachód. West Bank w tych planach zupełnie nie istnieje; zdaniem egipskich oficjeli Iran dąży do powołania spójnego terytorialnie państwa palestyńskiego, obejmującego swym terenem Gazę oraz egipski Synaj, zarządzanego przez marionetkowy, islamistyczny Hamas, a liczy na podpalenie ogni piekielnych pod następnym bliskowschodnim państwem, właśnie Egiptem.
Dzięki uporowi Egiptu, że od strony Gazy przejścia w Rafah strzec mogą tylko siły wierne prezydentowi Autonomii Palestyńskiej, lekko wygraną stroną konfliktu w Gazie jest także prezydent Abbas. Mimo ukończonej kadencji ma szansę wrócić do gry w Gazie, ale by się tam utrzymać, będzie musiał sobie poradzić z powodami, dla których swego czasu przegrał w Gazie wybory. Niemniej, niemal nic nie robiąc, zyskał w oczach międzynarodowej opinii publicznej: wygłaszał dramatyczne przemówienia w imieniu Palestyńczyków z Gazy, na tle Hamasu wygląda jak anioł - i ta fala może go jeszcze przez jakiś czas ponieść. Ale wielkimi arabskimi wygranymi wojny w Gazie są osobiście egipski prezydent Hosni Mubarak oraz jego Minister Wywiadu Omar Suleiman. Mubarak po mistrzowsku rozegrał dyplomatyczny mecz w Lidze Arabskiej, a w tym samym czasie Suleiman, wymieniany obecnie jako potencjalny następca 80-letniego Mubaraka, zdołał przyciągnąć Hamas do stołu negocjacyjnego i w dyplomatycznym maratonie, w którym posuwał się nawet do gróźb, zdołał wymusić na nich zgodę na zawieszenie broni, właściwie nic nie zostawiając z ich wstępnych warunków.
Między Izraelem a Egiptem doszło do swoistego status quo, gdzie obie strony się właściwie nie lubią, ale rozumieją nawzajem swoje pobudki i interesy. Izrael nie mógł nie dostrzec, że egipskie elity realnie naraziły się islamistom, dlatego niespecjalnie protestuje, chociaż niewątpliwie dostrzega, że na negocjacjach kairskich Egipt ugrał dla siebie korektę umów z Camp David. Wedle tych umów, po wycofaniu Izraela ze strefy Gazy maksymalna ilość żołnierzy egipskich na granicy z Gazą nie może przekraczać 750 osób. Egipt stanowczo odrzucił izraelskie, francuskie, amerykańskie (i czyjekolwiek) propozycje rozlokowania na tym terenie sił międzynarodowych.
Dzisiaj Egipt argumentuje, że 750 strażników granicznych to zbyt mało, by powstrzymać przemyt broni Korytarzem Filadelfijskim. Izrael, który wyciągnął wnioski z libańskiej lekcji, właściwie nie stawia w tej sprawie oporu, gdyż – z własnych powodów - ma nie najlepsze zdanie o siłach międzynarodowych: Rezolucja Rady Bezpieczeństwa nr 1701 zatrzymała Drugą Wojnę Libańską, ale, mimo wszelkich międzynarodowych obserwatorów, nie powstrzymała szmuglowania syryjskiej broni do Libanu. Do dzisiaj Hezbollah niemal potroił swój arsenał i znacznie go unowocześnił. Tunele są bardzo trudne do wykrycia, gdyż Hamas buduje na ich wylotach fałszywe budy, udające domy mieszkalne lub budowle przemysłowe. Po stronie egipskiej jest to samo. Część gazańskich makiet armia izraelska już zburzyła, Egipt zadeklarował, że zrobi to samo po swojej stronie, ale pod warunkiem utrzymania większego kontyngentu po swojej stronie. Pas niezabudowanej ziemi, bardziej aktywna rola Egiptu w uszczelnianiu granicy oraz technologia do wykrywania tuneli, już zadeklarowana przez USA i Niemcy, lepiej niż jakiekolwiek deklaracje Hamasu czy pisemne deklaracje o czasie trwania rozejmu mogą spowodować, że na jakiś czas aktywność Hamasu utrzyma się na niskim poziomie.
Trzeba jednak pamiętać, że celem kairskich negocjacji nie jest pokój, ani nawet rozejm, lecz tylko ograniczone w czasie zawieszenie broni. Kluczem do pokoju na Bliskim Wschodzie nie jest ani Izrael, ani Palestyńczycy, ani Egipt – lecz Teheran. Wydaje się nam, że to rozumie nowa administracja amerykańska Baraka Obamy. Ale o tym następnym razem.
z ostatniej chwili:
- arabski dziennikarz Jerusalem Post Khaled Abu Toameh donosi o kontrofensywie Fatah przeciwko Hamasowi na terenie West Bank. Trwają aresztowania. Rzecznicy Fatah podkreślają, że Khaled Mashaal (lider Hamasu z Damaszku) wielokrotnie nawoływał Palestyńczyków z West Banku do rozpoczęcia trzeciej intifady przeciwko kierownictwu Autonomii Palestyńskiej.
- Fatah ma powody się cieszyć. W wyniku ataku bombowego Izraela zginął hamasowski minister spraw wewnętrznych Gazy Said Sayyam. Ma na swoim koncie torturowanie Palestyńczyków i rozstrzeliwanie członków Fatah. W 2008 na jego rozkaz policja użyła broni maszynowej, moździerzy i rakiet przeciwko klanowi mieszkającemu niedaleko granicy z Izraelem za to, że odmówili wydania podejrzanych o wysadzenie w powietrze samochodu z oficjelami Hamasu. Czlonkowie klanu uciekali po ochronę w kierunku Izraela. Profil Saida Sayyama znajdziesz tu.
środa, 5 listopada 2008
To jest wasze zwycięstwo - pełny tekst przemówienia Baracka Obamy
Barack Obama
Miasto Waszyngton wyległo na ulice, tańczyć i trąbić klaksonami na jego cześć. Europa przyjmuje go z otwartymi ramionami. Wielotysięczny tłum zgromadzony na wiecu w Chicago przywitał Baracka Obamę skandując entuzjastycznie "Yes, we can! Yes we can!" W światowych komentarzach, jakie pojawiły się po jego pierwszym przemówieniu już jako prezydent elekt, coraz częściej pojawiają się słowa "perfekcyjny" i "historyczny wybór". To przemówienie nie może utonąć pod nawałą nowych informacji. Jest rzeczywiście perfekcyjne... Poniżej - pełen jego tekst.[red]
Jeśli ktokolwiek jeszcze wątpi, że Ameryka to miejsce, gdzie wszystko jest możliwe; zastanawia się, czy marzenia założycieli naszego państwa wciąż są żywe i wątpi w moc naszej demokracji - dziś ma odpowiedź - od szkół do kościołów, w liczbie jakiej ten naród nigdy wcześniej nie widział. Ludzie czekali trzy-cztery godziny, bo wierzyli, że tym razem musi być inaczej, że tym razem ich głos przyniesie zmianę. Młodzi i starzy, biedni i bogaci, Demokraci i Republikanie, czarni, biali, Latynosi, Azjaci, rdzenni Amerykanie wysłali światu wiadomość: Nigdy nie byliśmy tylko zbiorem niebieskich i czerwonych stanów, tylko Stanami Zjednoczonymi Ameryki.
Jest to odpowiedź tych, którym kazano być cynicznym, przestraszonym i pełnym wątpliwości. Ci wszyscy wzięli historię w swoje ręce i zmienili ją, w nadziei na lepsze dni. Trwało to długo, ale dziś, dzięki temu co zrobiliśmy w tych wyborach, w tym decydującym momencie, zmiana przyszła do Ameryki.
Odebrałem właśnie bardzo uprzejmy telefon od senatora McCaina. McCain walczył długo i ciężko w tej kampanii, jeszcze dłużej i ciężej walczył za kraj, który kocha. Większość z nas nawet nie jest w stanie wyobrazić sobie poświęceń tego odważnego przywódcy. Gratuluję mu oraz gubernator Palin wszystkich ich osiągnięć. Nie mogę doczekać się wspólnej pracy na rzecz tego narodu.
Chcę podziękować Joe Bidenowi, wiceprezydentowi-elektowi Stanów Zjednoczonych, mojemu towarzyszowi podróży, który w tej kampanii działał prosto z serca i mówił głosem tych, z którymi dorastał na ulicach Scranton i jeździł pociągiem do domu w Delaware. Nie było by mnie tutaj bez niezłomnego wsparcia mojej najlepszej przyjaciółki od 16 lat, ostoi naszej rodziny i miłości mojego życia, następnej pierwszej damy Michelle Obamy. Sasha i Malia, kocham was bardzo. I pomimo, że nie ma już jej wśród nas, wiem, że moja babcia nas obserwuje, wraz z całą rodziną. Zawdzięczam im to, kim jestem.
Jestem wdzięczny Davidowi Plouffe i Davidowi Axelrodowi oraz najlepszej kampanii kiedykolwiek prowadzonej w historii polityki. Sprawiliście, że to zwycięstwo stało się prawdziwe.
Ale przede wszystkim, nigdy nie zapomnę, do kogo ta wygrana naprawdę należy. Ona należy do was.
Nigdy nie byłem faworytem. Na początku nie mieliśmy dużo pieniędzy czy wsparcia. Nasza kampania nie została wymyślona w Waszyngtonie. Ona rozpoczęła się na podwórkach w Des Moines, salonach w Concord i ogródkach Charleston. Została zbudowana przez ludzi pracy, którzy wysupłali swoje drobne oszczędności, żeby dać pięć, dziesięć czy dwadzieścia dolarów na tą kampanię. Siłę dali nam młodzi ludzie, którzy odrzucili mit apatycznego pokolenia, które opuszcza rodzinne domy aby ciężko pracować za małe pieniądze. Siłę dali nam starsi ludzie, którzy odważnie, w mrozie i upale chodzili od domu do domu. Siłę dały nam miliony Amerykanów, którzy jako woluntariusze dali dowód, że dwa stulecia później, rząd z obywateli, tworzony przez obywateli i działający dla obywateli nie zniknął. To jest wasze zwycięstwo.
Wiem, że nie robiliście tego tylko po to, żeby wygrać wybory. Nie zrobiliście tego też dla mnie. Zrobiliście to, bo rozumiecie ogrom zadań, które stoją przed nami. Nawet dziś, gdy świętujemy, dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, że są to największe wyzwania naszych czasów. Dwie wojny, zagrożona planeta i najgorszy kryzys finansowy w historii. Nawet dziś, wiemy, że dzielni Amerykanie przemierzają pustynie Iraku i góry Afganistanu, ryzykując życie dla nas. Wiemy o rodzicach, którzy kładą spać swoje dzieci, a sami martwią się o pracę, spłatę kredytu, czy o pieniądze na lekarza lub edukację. Musimy okiełznać nową energię i stworzyć nowe miejsca pracy, zbudować nowe szkoły, zwalczyć nowe zagrożenia i odbudować nasze sojusze.
To będzie długa i stroma droga. Nie dotrzemy tam w rok czy w jedną kadencję. Ale, Ameryko, nigdy nie miałem większej nadziei niż dziś, że uda nam się. I obiecuję wam, że zrobimy to wspólnie. Popełnimy błędy, będzie wielu, którzy nie będą zgadzać się z moimi decyzjami. Wiem, że rząd nie rozwiąże każdego problemu. Zawsze będę z wami szczery. Będę was słuchać, szczególnie wtedy, gdy nie będziemy się zgadzać. I przede wszystkim, proszę was, abyście włączyli się do pracy nad odmianą tego narodu w jedyny sposób, w jaki przez 221 lat było to robione. Cegła po cegle, dzielnica po dzielnicy, ramię w ramię.
To, co zaczęło się zimą dwadzieścia jeden miesięcy temu nie musi zakończyć się w tą jesienną noc. To zwycięstwo to nie zmiana, której potrzebujemy - to szansa na dokonanie jej. Nie uda nam się, jeśli wrócimy do starego porządku. Nie uda się bez was. Przywołajmy więc ducha nowego patriotyzmu: Służby i odpowiedzialności. Pracujmy ciężej i dbajmy o siebie nawzajem. Pamiętajmy, czego nauczył nas ten kryzys. Nie możemy mieć kwitnącego Wall Street, jeśli Main Street nie działa dobrze. Upadamy i wznosimy się jako jeden naród.
Odrzućmy pokusę powrotu do starej walki partyjnej, małości i niedojrzałości, które tak długo zatruwały naszą politykę. Pamiętajmy, że to mężczyzna z tego stanu jako pierwszy wniósł sztandar Partii Republikańskiej do Białego Domu, partii opartej na wartości samowystarczalności, wolności osobistej i jedności narodowej. Dzielimy te wartości. Partia Demokratyczna odniosła wielkie zwycięstwo, przyjmujemy je z pokorą i determinacją, aby zwalczyć podziały, które hamują nasz rozwój. Tak, jak powiedział Lincoln do narodu podzielonego o wiele bardziej, niż dziś: "Nie jesteśmy wrogami, lecz przyjaciółmi. Uczucie mogło splamić tę przyjaźń, ale nie złamie naszego przywiązania". Zwracam się do tych Amerykanów, których głosów nie zdobyłem: Nie głosowaliście na mnie, ale słyszę was i potrzebuję waszej pomocy. Będę także waszym prezydentem.
Do wszystkich tych, którzy obserwują nas na całym świecie, od parlamentów i pałaców, do tych zgromadzonych w zapomnianych zakątkach świata: Nasze życie jest inne, ale przeznaczenie to samo. Świt nowego przywództwa Ameryki jest w naszym zasięgu. Zwyciężymy tych, którzy chcą zniszczyć ten świat. Pomożemy tym, którzy poszukują pokoju i bezpieczeństwa. Tym, którzy wątpili w Amerykę udowodniliśmy dziś, że prawdziwa siła naszego narodu pochodzi nie z potęgi naszych armii czy rozmiaru bogactwa. Ona pochodzi z mocy ideałów - demokracji, wolności, szansy i niezłomnej nadziei.
Oto prawdziwy geniusz Ameryki. Ameryka może się zmienić. Nasz związek może być ulepszony. A to, co już osiągnęliśmy, daje nam nadzieję, że możemy stawić czoła wyzwaniom jutra.
Te wybory miały wiele precedensów, o których uczyć się będą następne pokolenia. Dziś myślę o kobiecie, która zagłosowała w Atlancie. Jest bardzo podobna do innych, którzy czekali w kolejce, aby ich głos został usłyszany. Poza jednym - Ann Nixon Cooper ma 106 lat. Urodziła się tylko jedno pokolenie po zniesieniu niewolnictwa, w czasach gdy nie było ani samochodów, ani samolotów. Nie miała prawa głosu z powodu płci i koloru skóry. Dziś, myślę o tym wszystkim co przeszła w tym stuleciu bólu i nadziei, walki i postępu. Mówiono nam wtedy, że nie możemy. Tak, możemy.
Był czas, gdy głosy kobiet były uciszane a ich nadzieje lekceważone. Dożyła czasu, gdy to się zmieniło. Tak, możemy.
Był czas, gdy depresja doprowadziła nasz naród do zwalczenia strachu za pomocą New Deal. Tak, możemy.
Był czas, gdy bomby spadły na naszą bazę, a tyrania zagrażała światu. Całe pokolenie podjęło wyzwanie i demokracja została ocalona. Tak, możemy.
Ann przeżyła autobusy w Montgomery, most w Selmie i kaznodzieję z Atlanty, który powiedział ludziom, że "Przezwyciężymy". Tak, możemy.
Człowiek dotarł na księżyc, mur runął w Berlinie, świat został połączony przez naukę i wyobraźnię. I dziś, w tych wyborach, Ann oddała głos, ponieważ mając za sobą najlepsze i najgorsze czasy, wie, że Ameryka może się zmienić. Tak, możemy.
Ameryko, dotarliśmy tak daleko. Widzieliśmy tak wiele. Ale jest jeszcze bardzo wiele przed nami. Jeśli nasze dzieci dożyją następnego stulecia, jaką zmianę zobaczą? Jaki postęp?
Mamy teraz szansę, żeby odpowiedzieć na to pytanie, to nasz moment. Musimy dać ludziom pracę i otworzyć możliwości przed dziećmi. Przywrócić pomyślność i promować pokój. Odzyskamy amerykański sen i potwierdzimy fundamentalną prawdę, że jesteśmy jednością. Dopóki oddychamy, mamy nadzieję, powiemy cynikom, którzy twierdzą, że nie możemy. Tak, możemy. Niech was Bóg błogosławi i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki.
Z podziękowaniem dla bg - tłumacza z Gazety Wyborczej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
