Depesza utworzona 12 stycznia 2009 roku. Ambasador Ashe sklasyfikował ją jako "confidential". Oznaczono ją tagami PREL oraz PL. Temat: "Lech Wałęsa wzywa do nowej epoki przywództwa USA". Ta jedna depesza bardzo wyróżnia się spośród setek innych depesz warszawskiej ambasady, ujawnionej przez Wikileaks. Kostyczne poczucie humoru amerykańskich dyplomatów, tak widoczne w relacjach ze spotkań z innymi polskimi politykami, tu zostało zastąpione pieczołowitością skryby, który po prostu notuje, co ma do powiedzenia Lech Wałęsa. Ambasador Ashe nie omawia, nie komentuje, po prostu stara się powtórzyć jak najwierniej, co usłyszał. A oto depesza:
Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika. – Exupery, "Twierdza"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wałęsa Lech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wałęsa Lech. Pokaż wszystkie posty
sobota, 17 września 2011
czwartek, 30 października 2008
Polska potrzebuje nowoczesnej lewicy
Tomasz Sygut, Józef Pinior
Tomasz Sygut: - Co dolega polskiej lewicy?
Józef Pinior: - Przeżywa poważny kryzys. Normą jest, że w każdym kraju UE - prócz Irlandii - lewica albo ma rząd, albo jest największą siłą opozycyjną. W Polsce w dwóch kolejnych wyborach znalazła się poza głównym nurtem politycznym. Jeśli powtórzy się to w następnych wyborach, wyląduje na marginesie polskiej polityki.
- Za co płaci polska lewica? Wydawało się, że winy rządu Millera już dawno odkupiła...
- Jedną z zasadniczych przyczyn słabości lewicy jest fakt, iż nie jest ona zakorzeniona w tradycji. Od Brzozowskiego poprzez Polską Partię Socjalistyczną i Pużaka.
- Chce pan powiedzieć, że obecna lewica jest słaba intelektualnie?
- Nie ma intelektualnego fundamentu, a przede wszystkim duchowej siły, którą posiada Partia Pracy w Wielkiej Brytanii czy SPD w Niemczech. Efekt jest taki, że kryzys wywołany rządami Leszka Millera przerodził się w katastrofę.
- Dziś dyskurs polityczny jest zdominowany przez PO i PiS. Co lewica powinna zrobić, aby odnaleźć się w tej trudnej dla siebie sytuacji?
- Lewica musi być bardziej ofensywna. Jeśli spyta pan, dlaczego w ciągu siedmiu lat zjechała z 40 do 6 procent, odpowiem, że nie była w stanie podjąć walki politycznej z prawicą. Zarówno tej o tradycje historyczne, jak i tej o kwestie dotyczące współczesności. Nie umiała powiedzieć, jak ma wyglądać dobre państwo, rynek. I tym samym oddała prawicy pole debaty publicznej. Jakim mamy tego efekt? Brak lewicy jest jedną z przyczyn totalnego upadku polskiej polityki. Trudno wyobrazić sobie jeszcze większą kompromitację od sporu między ośrodkiem rządowym a prezydenckim wokół szczytu UE. Zamiast mówić jednym głosem i współdecydować o losach całej Unii, kłócimy się o samoloty i krzesła.
- Lewica nie potrafiła wykorzystać sporu między Tuskiem a Kaczyńskim...
- Jestem przekonany, że spotkanie środowisk lewicowych, które miało miejsce kilka dni temu w Krakowie, pokazało, iż lewica zaczyna się budzić. Spotkali się tam ludzie, których mimo wielu różnic łączy przekonanie, że trzeba odebrać monopol na politykę prawicy konserwatywnej.
- Zaproszenia do Krakowa nie otrzymał szef SLD. Chcecie odbudowywać lewicę bez Sojuszu?
- To spotkanie nie było wymierzone w SLD. Miało pokazać, że lewica posiada potencjał intelektualno-duchowy. A od tego, a nie od politycznej kreacji, zakładania partii czy ustalania list wyborczych trzeba zaczynać. Oczywiście planujemy następne kroki, które w nieodległym czasie mają doprowadzić do powstania jednej formacji politycznej. A SLD? Nie widzę przeszkód, by znalazł się w strukturze nowej zreformowanej lewicy.
- Jako odrębny byt?
- Być może na początku będą to dwa osobne byty. Natomiast można wyobrazić sobie pewien alians strategiczny związany z wyborami. Jesteśmy otwarci na różne rozwiązania na poziomie technicznym. Wiele zależy od Napieralskiego. Grając między PO a PiS, skazuje lewicę na margines. Szef SLD musi otworzyć się przede wszystkim na inne środowiska lewicowe. Tak naprawdę ma dwa wyjścia: albo stanie się jednym z ważnych przywódców lewicy, albo będzie przywódcą małej sekty.
- Na spotkaniu w Krakowie pojawił się aktor Daniel Olbrychski...
- Miał jedno z najlepszych przemówień na sali. Okazuje się, że jest nie tylko wielkim aktorem, ale ma też ogromny potencjał polityczny. Na sali obecny był też prof. Jerzy Pomianowski spełniający testament Jerzego Giedroycia jako redaktor naczelny "Nowej Polszy", pisma dla rosyjskiego inteligenta. Moim zdaniem tego pokroju ludzi jest w Polsce więcej. Oni chcą nas wspierać intelektualnie i pokazać, że Polska ma nie tylko twarz Kaczyńskiego i Tuska.
- Jaki azymut powinna obrać dziś polska lewica? Co powinna zrobić, aby pokazać, że jest potrzebna?
- Kwestia fundamentalna to sprawa polityki historycznej. Lewica musi mieć świadomość swojej tożsamości i siły. A ta siła wynika z tradycji intelektualno-duchowej w Polsce. My jesteśmy od Brzozowskiego, od Pużaka i Giedroycia. Nie możemy pozwolić na politykę degradacji, jaką prawica prowadzi chociażby w stosunku do Lecha Wałęsy. Po drugie: lewica musi pokazywać, że ma dobre projekty - reformy służby zdrowia, edukacji. Że jest za wprowadzeniem w Polsce waluty euro, że ma swoich ekonomistów, którzy mogliby reagować na kryzys gospodarczy. I wreszcie polityka europejska. Lewica musi nieustannie stawiać prawicę pod ścianą i pytać: dlaczego nie ratyfikujemy traktatu lizbońskiego, dlaczego Polska nie przyjęła Karty Praw Podstawowych, dlaczego nie potrafimy wywalczyć właściwego miejsca w łonie narodów europejskich?
- Wierzy pan w lepsze jutro lewicy?
- Jestem o tym przekonany. Trudno wyobrazić sobie historię Polski XX w. bez Brzozowskiego, Piłsudskiego, KOR-u, Giedroycia czy pierwszej Solidarności. To pokazuje, że lewica intelektualna i polityczna decydowała o najnowszej historii Polski. Nie widzę żadnych powodów, by teraz miało się to zmienić.
źródło: "Superekspres"
wtorek, 4 marca 2008
Obywatel Bronisław Góra
Zamiast wstępu: ważna i pilna prośba do dziennikarzy GW bywających na Salonie, żeby jednak jakoś skoordynować te wszystkie akcje związane z zwrotem obywatelstwa. Chodzi o to, że 1 marca GW opublikowała "List otwarty: Ci, którzy utracili obywatelstwo polskie w marcu '68, powinni je odzyskać" autorstwa Marii Janion. Podpisy są co prawda zbierane od 23 stycznia, a lista zebranych podpisów dosyć długa, ale przecież sygnatariusze w imię celu zawartego w tym tytule by się bez wahania zgodzili na drobne poprawki, które poprawiłyby skuteczność apelu. Chodzi mianowicie o adresata. Z notatki opublikowanej tego samego dnia przez GW pt. "MSWiA o obywatelstwie "marcowych emigrantów" wynika, że to MSWiA oraz jego wojewodowie odmawiają zwrotu obywatelstwa, a jego szef, Grzegorz Schetyna, przecież nie jest prezydentem tylko ministrem. Oczywiście z góry dziękujemy za wsparcie i dalsze wywieranie presji na opornych urzędników.
***
Co nam zostało po Marcu? Można powiedzieć, idylla, jakiej nigdy nie było. W 40 rocznicę Marca68 wszyscy się starają, wszystkim się otwierają usta i rozwiązują języki, i raptem nikomu już tak dramatycznie nie przeszkadza, że mogą istnieć nie tylko różne opowieści marcowe, ale także różne ich interpretacje oraz rozmaite wyciągane wnioski. Ta sytuacja najlepiej świadczy, jak bardzo Polska 2008 roku się różni od Polski z roku 1968. Ale sielankę stara się zepsuć Grzegorz Schetyna, szef MSWiA.
Gazeta Wyborcza z 1 marca informuje, że Lech Kaczyński chciałby, aby w 40 rocznicę Marca68 w Pałacu Prezydenckim uroczyście zostały wręczone akty potwierdzające polskie obywatelstwo tym osobom, które zwróciły się o to do wojewody. Przeciwne jest właśnie MSWiA i wojewodowie - twierdzą, że marcowi emigranci obywatelstwo utracili, mimo, że 4 października 2005 roku Naczelny Sąd Administracyjny postanowił inaczej. Rzeczniczka Grzegorza Schetyny Wioletta Paprocka oświadczyła, że „"resort zastanawia się nad rozwiązaniem tego problemu", a "stanowisko MSWIA w sprawie obywatelstwa osób, które wyemigrowały po Marcu, zostanie przedstawione w przyszłym tygodniu" - czyli po rocznicy.
Orzeczenie NSA z 2005 roku powiada, że tajna uchwała Rady Państwa z 1958 r. nie mogła być podstawą utraty obywatelstwa. Potrzebne było do tego indywidualne zezwolenie na jego zmianę wydane dla konkretnej osoby. Takich jednak Rada Państwa nie udzielała. Tym samym ci, którzy wyemigrowali po Marcu, nigdy nie utracili polskiego obywatelstwa i mają pełne prawo domagać się dowodu osobistego i numeru PESEL.
Miarą tego, jak się Polska zmieniła, jest to, że miast kiwać głową nad poziomem faszyzmu i antysemityzmu panoszących się w Platformie Obywatelskiej, wolimy pokiwać nad poziomem międzypartyjnego pieniactwa, które się przyczynia do tego, że obywatele nie mogą załatwić w urzędzie swoich spraw, a także nad miarą biurokratycznego chaosu, który spowodował, że resort nie mógł się zastanowić i przedstawić stanowiska przed rocznicą, której daty nikt przed nimi nie ukrywał.

Bronisław Góra
W Rzeczpospolitej z 18 października 2005 pojawiło się zdjęcie człowieka, który ten wyrok NSA wywalczył, i które tu publikujemy ponownie. Barouch Nathan Yagil, w Polsce Bronisław Góra, wyjechał z Polski w 1968 r., mieszka obecnie w Nofim w Izraelu. Ma czwórkę dzieci: syna i trzy córki, oraz trzy wnuczki. O potwierdzenie posiadania polskiego obywatelstwa wystąpił jeszcze w 1993 r. do Kancelarii Prezydenta RP, stamtąd go odesłano do Ambasady Polskiej w Tel Awiwie, a tam mu z kolei wręczono ankietę, która raczej miała potwierdzać, że obywatelstwa nie posiada, i dopiero stara się o jego nadanie. Wojna o dowód osobisty zajęła mu 12 lat.
Inny emigrant z identycznym problemem, który nie zgodził się podać swego nazwiska do wiadomości publicznej, powiedział dziennikarzowi Rzeczpospolitej „Dwa razy, i do prezydenta Wałęsy, i do prezydenta Kwaśniewskiego, zwracałem się o przywrócenie obywatelstwa. Za każdym razem otrzymywałem z kancelarii odpowiedź, że nie ma takiego trybu, mogę się tylko ubiegać o nadanie nowego. Ale na to się nie zgadzałem - mówi. - Teraz się zastanowię, czy wystąpić o potwierdzenie jego posiadania i do czego mi ono potrzebne.”
Czemu ludzie tak walczą o potwierdzenie obywatelstwa, a nie nadawanie nowego?
Bronisław Góra jest izraelskim biznesmenem. Nie ma żadnego interesu materialnego w Polsce, bo ani majątku tu nie zostawił, ani nie potrzebuje Polski do bezcłowego handlu z Unią, bo i tak w ten sposób handluje z Izraela. „Wyrok potwierdzający, że nigdy nie utraciłem polskiego obywatelstwa, daje mi ogromną satysfakcję. Jestem szczęśliwy. Czuję się i jestem i Polakiem, i Izraelczykiem” - powiedział dziennikarzowi. Zaplanował sobie otworzyć w Polsce drugie biuro swojej firmy i mieszkać trochę tu, trochę tam. Ale nie każdy marcowy emigrant chce do Polski wracać, i nie wszyscy się jeszcze czują także Polakami, choćby dlatego, że przez 40 lat można nieźle wrosnąć w nowe miejsca, nowe społeczeństwa i nowe rodziny.
Niemniej kwestia obywatelstwa obchodzi nawet tych, których przestała obchodzić Polska.
Celem nie jest samo posiadanie obywatelstwa, lecz także odzyskanie prawa wyboru, czy je się chce posiadać, czy nie. W 1968 roku to prawo wyboru zostało im odebrane. W roku 2008, gdyby ta uroczystość z wręczaniem dokumentów się odbyła, część emigrantów cieszyłaby się tak, jak Bronisław Góra, część wzruszała ramionami i po uzyskaniu polskiego paszportu wrzucała go do szuflady, a części by się w ogóle nie chciało zwracać o żadne potwierdzenia. Jednak każda z tych reakcji i postaw byłaby potwierdzeniem, że się ma prawo do bycia wolnym człowiekiem o wolnej woli, i że inni tą wolność i wolę respektują.
Możnaby tą historię skwitować, że wstydem i hańbą jest to, iż do dziś w Polsce urzędy powołują się na tajne prawo PRL czy zastanawiają się, czy je mogą przestać respektować. Ale jest jeszcze lepsza puenta. Być może po tygodniowym namyśle Grzegorz Schetyna wyda decyzję korzystną dla emigrantów, a może nie. Bronisław Góra wyjechał w 1968 na takim samym dokumencie podróży, jak i pozostali emigranci. Skoro MSWiA oraz wojewodowie uważają, że emigranci nie mają żadnego tytułu do ubiegania się o potwierdzenie obywatelstwa, to Bronisław Góra jest bezprawnym posiadaczem polskiego paszportu i w konsekwencji przyjdzie mu tak ciężko wywalczony paszport oddać. I tak, już po raz drugi w życiu, Bronisław Góra może zostać Barouchem Nathanem Yagilem...
mirror na Salonie24
Dopisek: Szkoda, że wszyscy ludzie dobrej woli, biegający do GW z swoimi apelami, podpisujący się i zbierający podpisy, nie poczytali innych tekstów publikowanych w tej gazecie, np. Ewy Siedleckiej lub nie skonsultowali się z emigrantami. Emigranci nie są stadem i nie byliby zachwyceni siłowym, stadnym wciskaniem im obywatelstwa, tak samo, jak nie byli zachwyceni siłowym, stadnym odbieraniem. Każdy człowiek ma prawo do indywidualnych decyzji. I w takim kierunku poszły orzeczenia sądowe. Nie można też apelować do urzędującego prezydenta, żeby obywatelstwo nadawał/oddawał obywatelom, którzy już je mają. Siedlecka dosyć jasno opisała w tekście Prawna Kwadratura Marca , z ktorego wynika, że emigrantom nie sa potrzebne żadne podniosłe apele o tolerancję, tylko prosty jak drut papier z pieczątką, którego wydania wojewodowie oraz ich zwierzchnik Grzegorz Schetyna odmówili nie tylko obywatelom, ale nawet urzędującemu prezydentowi RP, świadomie przy tym łamiąc prawo oraz niemniej świadomie czyniąc świństwo ludziom, którzy niekiedy z daleka przyjechali z nadzieją, że w taką rocznicę i z prezydenckim poparciem to już na pewno ten papier dostaną. Zamiast papieru z pieczątką koledzy Schetyny złożyli do laski marszałkowskiej projekt uchwały upamiętniającej "tragiczne skutki" Marca 68. I przy tej wiadomości to człowiek już się zaczyna śmiać :)
***
Co nam zostało po Marcu? Można powiedzieć, idylla, jakiej nigdy nie było. W 40 rocznicę Marca68 wszyscy się starają, wszystkim się otwierają usta i rozwiązują języki, i raptem nikomu już tak dramatycznie nie przeszkadza, że mogą istnieć nie tylko różne opowieści marcowe, ale także różne ich interpretacje oraz rozmaite wyciągane wnioski. Ta sytuacja najlepiej świadczy, jak bardzo Polska 2008 roku się różni od Polski z roku 1968. Ale sielankę stara się zepsuć Grzegorz Schetyna, szef MSWiA.
Gazeta Wyborcza z 1 marca informuje, że Lech Kaczyński chciałby, aby w 40 rocznicę Marca68 w Pałacu Prezydenckim uroczyście zostały wręczone akty potwierdzające polskie obywatelstwo tym osobom, które zwróciły się o to do wojewody. Przeciwne jest właśnie MSWiA i wojewodowie - twierdzą, że marcowi emigranci obywatelstwo utracili, mimo, że 4 października 2005 roku Naczelny Sąd Administracyjny postanowił inaczej. Rzeczniczka Grzegorza Schetyny Wioletta Paprocka oświadczyła, że „"resort zastanawia się nad rozwiązaniem tego problemu", a "stanowisko MSWIA w sprawie obywatelstwa osób, które wyemigrowały po Marcu, zostanie przedstawione w przyszłym tygodniu" - czyli po rocznicy.
Orzeczenie NSA z 2005 roku powiada, że tajna uchwała Rady Państwa z 1958 r. nie mogła być podstawą utraty obywatelstwa. Potrzebne było do tego indywidualne zezwolenie na jego zmianę wydane dla konkretnej osoby. Takich jednak Rada Państwa nie udzielała. Tym samym ci, którzy wyemigrowali po Marcu, nigdy nie utracili polskiego obywatelstwa i mają pełne prawo domagać się dowodu osobistego i numeru PESEL.
Miarą tego, jak się Polska zmieniła, jest to, że miast kiwać głową nad poziomem faszyzmu i antysemityzmu panoszących się w Platformie Obywatelskiej, wolimy pokiwać nad poziomem międzypartyjnego pieniactwa, które się przyczynia do tego, że obywatele nie mogą załatwić w urzędzie swoich spraw, a także nad miarą biurokratycznego chaosu, który spowodował, że resort nie mógł się zastanowić i przedstawić stanowiska przed rocznicą, której daty nikt przed nimi nie ukrywał.

Bronisław Góra
W Rzeczpospolitej z 18 października 2005 pojawiło się zdjęcie człowieka, który ten wyrok NSA wywalczył, i które tu publikujemy ponownie. Barouch Nathan Yagil, w Polsce Bronisław Góra, wyjechał z Polski w 1968 r., mieszka obecnie w Nofim w Izraelu. Ma czwórkę dzieci: syna i trzy córki, oraz trzy wnuczki. O potwierdzenie posiadania polskiego obywatelstwa wystąpił jeszcze w 1993 r. do Kancelarii Prezydenta RP, stamtąd go odesłano do Ambasady Polskiej w Tel Awiwie, a tam mu z kolei wręczono ankietę, która raczej miała potwierdzać, że obywatelstwa nie posiada, i dopiero stara się o jego nadanie. Wojna o dowód osobisty zajęła mu 12 lat.
Inny emigrant z identycznym problemem, który nie zgodził się podać swego nazwiska do wiadomości publicznej, powiedział dziennikarzowi Rzeczpospolitej „Dwa razy, i do prezydenta Wałęsy, i do prezydenta Kwaśniewskiego, zwracałem się o przywrócenie obywatelstwa. Za każdym razem otrzymywałem z kancelarii odpowiedź, że nie ma takiego trybu, mogę się tylko ubiegać o nadanie nowego. Ale na to się nie zgadzałem - mówi. - Teraz się zastanowię, czy wystąpić o potwierdzenie jego posiadania i do czego mi ono potrzebne.”
Czemu ludzie tak walczą o potwierdzenie obywatelstwa, a nie nadawanie nowego?
Bronisław Góra jest izraelskim biznesmenem. Nie ma żadnego interesu materialnego w Polsce, bo ani majątku tu nie zostawił, ani nie potrzebuje Polski do bezcłowego handlu z Unią, bo i tak w ten sposób handluje z Izraela. „Wyrok potwierdzający, że nigdy nie utraciłem polskiego obywatelstwa, daje mi ogromną satysfakcję. Jestem szczęśliwy. Czuję się i jestem i Polakiem, i Izraelczykiem” - powiedział dziennikarzowi. Zaplanował sobie otworzyć w Polsce drugie biuro swojej firmy i mieszkać trochę tu, trochę tam. Ale nie każdy marcowy emigrant chce do Polski wracać, i nie wszyscy się jeszcze czują także Polakami, choćby dlatego, że przez 40 lat można nieźle wrosnąć w nowe miejsca, nowe społeczeństwa i nowe rodziny.
Niemniej kwestia obywatelstwa obchodzi nawet tych, których przestała obchodzić Polska.
Celem nie jest samo posiadanie obywatelstwa, lecz także odzyskanie prawa wyboru, czy je się chce posiadać, czy nie. W 1968 roku to prawo wyboru zostało im odebrane. W roku 2008, gdyby ta uroczystość z wręczaniem dokumentów się odbyła, część emigrantów cieszyłaby się tak, jak Bronisław Góra, część wzruszała ramionami i po uzyskaniu polskiego paszportu wrzucała go do szuflady, a części by się w ogóle nie chciało zwracać o żadne potwierdzenia. Jednak każda z tych reakcji i postaw byłaby potwierdzeniem, że się ma prawo do bycia wolnym człowiekiem o wolnej woli, i że inni tą wolność i wolę respektują.
Możnaby tą historię skwitować, że wstydem i hańbą jest to, iż do dziś w Polsce urzędy powołują się na tajne prawo PRL czy zastanawiają się, czy je mogą przestać respektować. Ale jest jeszcze lepsza puenta. Być może po tygodniowym namyśle Grzegorz Schetyna wyda decyzję korzystną dla emigrantów, a może nie. Bronisław Góra wyjechał w 1968 na takim samym dokumencie podróży, jak i pozostali emigranci. Skoro MSWiA oraz wojewodowie uważają, że emigranci nie mają żadnego tytułu do ubiegania się o potwierdzenie obywatelstwa, to Bronisław Góra jest bezprawnym posiadaczem polskiego paszportu i w konsekwencji przyjdzie mu tak ciężko wywalczony paszport oddać. I tak, już po raz drugi w życiu, Bronisław Góra może zostać Barouchem Nathanem Yagilem...
mirror na Salonie24
Dopisek: Szkoda, że wszyscy ludzie dobrej woli, biegający do GW z swoimi apelami, podpisujący się i zbierający podpisy, nie poczytali innych tekstów publikowanych w tej gazecie, np. Ewy Siedleckiej lub nie skonsultowali się z emigrantami. Emigranci nie są stadem i nie byliby zachwyceni siłowym, stadnym wciskaniem im obywatelstwa, tak samo, jak nie byli zachwyceni siłowym, stadnym odbieraniem. Każdy człowiek ma prawo do indywidualnych decyzji. I w takim kierunku poszły orzeczenia sądowe. Nie można też apelować do urzędującego prezydenta, żeby obywatelstwo nadawał/oddawał obywatelom, którzy już je mają. Siedlecka dosyć jasno opisała w tekście Prawna Kwadratura Marca , z ktorego wynika, że emigrantom nie sa potrzebne żadne podniosłe apele o tolerancję, tylko prosty jak drut papier z pieczątką, którego wydania wojewodowie oraz ich zwierzchnik Grzegorz Schetyna odmówili nie tylko obywatelom, ale nawet urzędującemu prezydentowi RP, świadomie przy tym łamiąc prawo oraz niemniej świadomie czyniąc świństwo ludziom, którzy niekiedy z daleka przyjechali z nadzieją, że w taką rocznicę i z prezydenckim poparciem to już na pewno ten papier dostaną. Zamiast papieru z pieczątką koledzy Schetyny złożyli do laski marszałkowskiej projekt uchwały upamiętniającej "tragiczne skutki" Marca 68. I przy tej wiadomości to człowiek już się zaczyna śmiać :)
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
wtorek, 29 sierpnia 2006
20 lat mojego życia w pigułce
Bogumiła Tyszkiewicz
1 maja 1985.... w obecnej sytuacji gospodarczej należy wprowadzić działaczy „SOLIDARNOŚCI” do samorządów, ale tylko działaczy w sensie pozytywnym, tj. z autorytetem w środowisku i umiarkowanych. Jest dużo działaczy młodych, bardzo radykalnych, lecz oni nie potrafią działać w sensie pozytywnym, są świetni do kolportażu, druku, a nawet w okresie strajków, lecz do działalności w strukturach legalnych (samorządowych) nie nadają się. [...] Pogarszający się stan życia może doprowadzić do wybuchów społecznych, których nawet działacze „S” nie opanują.
16 września 1985
...W przypadku znalezienia formuły porozumienia TKK – zdaniem J. Kuronia – winna zobowiązać się do wydania polecenia rozwiązania wszystkich struktur konspiracyjnych i swojego przedstawicielstwa na Zachodzie. Ocenia, iż takiej decyzji TKK podporządkowałby się cały układ organizacyjny. Poza tą decyzją – wg J. Kuronia – pozostałaby „Organizacja Solidarności Walczącej” oraz różne – jak z ironią podkreślił – „partie polityczne”, co jednak nie miałoby – jak stwierdził – większego znaczenia;
...związek przyjmuje na siebie odpowiedzialność za aktywny udział w łagodzeniu nastrojów społecznych wynikających z obniżenia stopy życiowej oraz za rozwiązanie problemów ekonomicznych
...sporządzona zostaje liczba osób, które nie mogą być członkami tego związku.
30 kwietnia 1986
Jacek Kuroń oświadczył, iż nie weźmie udziału w nielegalnym pochodzie pierwszomajowym, pod rzekomym pretekstem kontuzji kolana. Jednocześnie przyznał się, że jest współautorem pomysłu wystąpienia do władz administracyjnych o zgodę na zorganizowanie takiej manifestacji.
7 września 1988
1. Utrzymanie wyłączności na doradztwo L. Wałęsy
2. Decydowanie o składzie rozmówców „okrągłego stołu” od strony opozycji.
Środowisko opozycji ocenia, iż rozmówcy muszą stanowić reprezentację „Solidarności” dyskutującą wyłącznie na temat pluralizmu związkowego.
zdrada
W środowisku opozycyjnym stwierdza się, iż uczestnictwo w dyskusji przy „okrągłym stole” będzie nobilitowało, bowiem oznacza formalne uznanie przez władzę społecznej reprezentatywności osób zaproszonych. Co więcej, w przekonaniu większości osób z opozycji uczestnictwo w rozmowach otwiera szerokie możliwości kariery politycznej. Przed ludźmi mającymi szanse na takie uczestnictwo staje alternatywa: albo ukorzyć się przed środowiskiem postkorowskim i złożyć niejako deklarację lojalności, albo zachować samodzielność. J. KUROŃ w prowadzonych licznych rozmowach stara się wytwarzać wrażenie, że może on, co najmniej odsunąć każdego niewygodnego działacza opozycyjnego.
3. Kontrolowanie, a w sprzyjających warunkach, kierowanie tematyką rozmów.
J. KUROŃ dąży do zmiany statusu doradców, tzn. chce, by mieli status reprezentantów „Solidarności”, a nie jej doradców. Ma to – według jego oceny – ogromne znaczenie podczas dyskusji, bowiem umożliwia natychmiastowe torpedowanie każdego niewygodnego pomysłu i jednocześnie eksponowanie własnych ludzi. Ponadto daje możliwość kontrolowania L. Wałęsy, który – jak stwierdza się w tym środowisku – stosuje się do ostatniej rady, jaką usłyszał. Taktyka bezpośredniego uczestnictwa doradców ma ponadto cel strategiczny. J. KUROŃ dąży do przeforsowania, aby dyskusja koncentrowała się tylko nad jednym punktem – legalizacją „Solidarności”. Legalizacja „Solidarności”, przeforsowana i wynegocjowana przez przedstawicieli środowiska postkorowskiego, oznaczałaby ich automatyczne wejście do kierownictwa zalegalizowanego związku i dałaby im moralne prawo do manipulacji, jako tym, którzy przyczynili się do jego zmartwychwstania. J. KUROŃ jest świadom, że jeżeli środowisko postkorowskie będzie mogło w odczuciu społecznym przypisać sobie autorstwo legalizacji „Solidarności”, to będzie miało możliwość „obcinania od tego kuponów” (...)
Źródło: IPN 0204/1417 t. 12, k. 205-207.
Dopisek BT: Jedyne co się nie spodziewałam, to to, że zaczęliście tworzyć listy proskrypcyjne już w 1985 roku. Nie pytam, kto mi odda 20 lat mojego życia. Nie pytam nawet czy jesteście w stanie powiedzieć przepraszam. Pytam tylko co dalej macie zamiar robić z tymi listami. Z fatwą na Henryka Szlajfera i Irkę Lasotę również.
BT
PS. "...może on, co najmniej odsunąć każdego niewygodnego działacza opozycyjnego" ... a co najbardziej? Nelson Mandela też rozmawiał z tamtejszą policją polityczną. Tylko inaczej. Nie o listach proskrypcyjnych. Rozmawiał o tym, że nie będzie rozmawiał, i nie będzie organizował żadnych okrągłych stołów, póki nie zostanie wypuszczony ostatni więzień polityczny. Wyszedł jako ostatni.
Wątek na forum gazeta.pl: Negocjacje Kuronia z SB - co o tym myślicie?
Dopisek 24.08.2008: Powyższy link do artykułu "Negocjacje Kuronia z esbekami. Dokumenty IPN: Twórca KOR rozmawiał z SB o Okrągłym Stole", Życie Warszawy, 2006-08-29, już nie działa - dlatego chętnym do zapoznania się z treścią opublikowanych tam dokumentów z rozmów Jacka Kuronia z płk. Lesiakiem oferuję cache ówczesnej strony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)