Pokazywanie postów oznaczonych etykietą totalitaryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą totalitaryzm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 stycznia 2009

Lewica i mułłowie Iranu

Jahanshah Rashidian

Można dyskutować nad rozlicznymi wadami komunizmu i jego historycznymi błędami lub ideologiczną nieadoptowalnością do demokracji. Ale w Iranie komunizm swoiście zabarwiła współpraca z religionistami, i to jest trwała bejca, której nie usunięto od rewolucji 1979.

Typowym przykładem owego piętna w czasach po irańskiej rewolucji jest najpopularniejszy we współczesnej historii Iranu ruch marksistowsko- leninowski, Ludowa Organizacja Partyzantki Fedainów („OIPFG”). Istnieli, rzecz jasna, lewicowi intelektualiści oraz małe grupy, które nie pokłoniły się supremacji Chomeiniego. Wyraz "lewica" lub "lewicowy" w tym artykule określa tylko prosowieckie struktury polityczne, zwane Partią Tudeh oraz frakcję OIPFG zwaną Większością. Jednymi i drugimi sterował Kreml w kierunku bezwarunkowego poparcia "antyamerykańskiej” Islamskiej Republiki Iranu (IRI). Większość powstała w wyniku rozłamu w OIPFG w 1980 roku. Druga część tej partii, zwana Mniejszością, wraz z innymi lewicowymi grupami walczyła przeciwko "burżuazji" IRI - cała ta opozycja była systematycznie i stopniowo przez reżim wyrzynana, rozpędzana i rozbijana.

OIPFG został założony w końcu lat 1960tych przez młodą inteligencję i rewolucyjnych studentów. Proklamował swą walkę w 1971, kiedy to grupa uzbrojonych fedainów przejęła wiejski posterunek policji zwany “Siahkal”. W odniesieniu do absolutystycznej dyktatury reżimu szacha wierzyli, że uzyskanie wolności i sprawiedliwości społecznej jest możliwe tylko w wyniku walki zbrojnej awangardy rewolucyjnej, która w pewnym momencie przekształci się w masową rewolucję. Inne środki bez użycia przemocy, szczególnie w wyniku nieudanych doświadczeń Partii Tuddeh i Frontu Narodowego (szerokie spektrum polityczne, popierające Mohammeda Mosaddeqa), były uznawane za ułomne i nieefektywne. Te dwie główne grupy opozycyjne nie były w stanie zmobilizować ludzi przeciwko absolutystycznej dyktaturze szacha - w owych czasach zbrojnych ruchów nie etykietowano określeniami, takimi jak „terroryzm”, „awanturniczość”, czy „utopie drobnej burżuazji”.

Trzeba tu zważyć na niepokoje społeczne lat 1960tych; Francja i Niemcy były zdominowane demonstracjami studenckimi 1968 roku, we Francji niemal doszło do sytuacji rewolucyjnej. Pojawiła się jakaś liczba grup lewicowych w Niemczech, Włoszech, Francji oraz innych krajach. Uzbrojone grupy, jak IRA w Irlandii Północnej czy baskijska ETA, były zaangażowane w walkę zbrojną. Rewolucyjne wydarzenia w Ameryce Łacińskiej cieszyły się masowym poparciem ze strony europejskiej młodzieży. Nawet państwa europejskie, szczególnie zarządzane przez partie socjalistyczne lub socjaldemokratyczne, musiały uwzględniać sympatię ich inteligencji do ruchów rewolucyjnych i antyamerykańskich. Idea Castro, że "kule, a nie głosy, to droga sięgania po władzę" miały polityczny sens. Doradcą Mitterranda do spraw Ameryki Łacińskiej został Régis Debray, który walczył u boku Che Guevary w Boliwii w 1967 i był autorem książki "Rewolucja w rewolucji". Książka ta zainspirowała Fedainów.

Nie trzeba wspominać, że w owym czasie koncepcje walki zbrojnej były wolne od jakichkolwiek skojarzeń z terroryzmem czy politycznym islamem. Ogromna liczba zachodniej młodzieży o poglądach lewicowych lub alternatywnych żywiła sympatię do Ruchu Wyzwolenia Palestyny (PLO) i stąd nosiła palestyńskie chusty jako znak solidarności z palestyńskimi bojownikami. Tymczasem Front przejawiał więcej niż powierzchowne podobieństwo do budzących dziś zaniepokojenie islamistów z Hamasu czy Hezbollahu.

Choć warunki społeczno gospodarcze, które sprzyjały walce zbrojnej w Ameryce Łacińskiej, nie były podobne do warunków w społeczeństwie islamskim, takim jak Iran, walka zbrojna Fedainów była w dużym stopniu zainspirowana doświadczeniami rewolucyjnymi Ameryki Łacińskiej. Uważali, że walka zbrojna wypromuje masową rewolucję w Iranie tak, jak to się stało w Kubie. W historii pierwszych założycieli ruchu Fedainów nie znajdziesz nawet stroniczki o ich kontakcie z islamem czy o roli islamu w ewentualnej rewolucji. Tak ważny czynnik społeczny, jak islam, jest w ich analizach zupełnie nieobecny.

W przeciwieństwie do części księży w Ameryce Łacińskiej mułłowie irańscy nigdy nie pogodziliby się z kolektywizmem, socjalizmem i materializmem lewicy. Od dynastii safadyjskiej do Szacha (oprócz około 16-letnich rządów szacha Rezy) irańscy kapłani czy mułłowie zawsze utrzymywali więź z monarchią. Ten sojusz został później użyty przez władze kolonialne do podtrzymywania status quo. Po decydującej „szyityzacji” Iranu przez Safawidów w 16 wieku społeczno- polityczny wpływ mułłów stale narastał, a proces ten uległ przyspieszeniu w czasie 16letnich rządów szacha Rezy. W latach 1960tych Ajatollach Chomeini sprzeciwił się reformom szacha: rolnej i przyznającej kobietom prawa wyborcze, przez co poprowadził ruch islamski do oporu wobec „nieislamskim reformom”.

Ani prorosyjska Partia Tudeh, ani marksistowsko- leninowski OIPFG nie były w stanie wprowadzić do swoich analiz społecznych marksowskiego „religia to opium dla ludu” -- zamiast tego uważali „antyimperialistyczny” ruch muzułmański za swego strategicznego sojusznika. Nic dziwnego, że obaj eks- rywale (partia Tudeh oraz większość Komitetu Centralnego nie prosowieckiej OIPFG zwana Większością) spotkali się mimo pogłębiających się tarć, aby bezwarunkowo poprzeć „antyimperialistycznego Chomeiniego i jego islamistyczny ruch – i popierali go do momentu, gdy sami, jak inne lewicowe grupy, wpadli pod islamistyczny miecz Chomeiniego jako „bluźnierczy ateiści”.

Ale przedtem ich ślepe poparcie dla islamistycznego reżimu osiągnęło poziom zdradzieckiej współpracy z strukturami represyjnymi i prawicowymi, paramilitarnymi opryszkami reżimu – którzy na terenie całego kraju zajmowali się identyfikacją i „aresztowaniami” „agentów imperializmu”. Wykonano egzekucje na wielu tysiącach owych „agentów”, w tym na osobach niedorosłych. W rzeczywistości olbrzymią liczbę ofiar stanowili nastolatkowie oraz młodzi ludzie, domagający się podstawowych praw demokratycznych.

Klasa robotnicza, którą ta pseudolewica miała wspierać, straciła tą odrobinę praw, jaką uzyskała w czasie rewolucji, i którą nadaremno usiłowała zachować na stałe. Ich nowe, niezależne związki zawodowe, zostały zakazane i zastąpione przez islamistyczne zrzeszenia założone przez Ministerstwo Pracy. Ich udział w zyskach i przywileje, ustanowione jeszcze za szacha, zostały zlikwidowane. Zakazano prawa do strajku. Płace utrzymywano na bardzo niskim poziomie, zamknięto wiele fabryk, a ich pracowników wyrzucono na bruk bez żadnych zasiłków dla bezrobotnych. Ponieważ protestowali, islamistyczny reżim wielu robotników aresztował, osadzał w więzieniach i poddawał egzekucjom – a w tym czasie opisywane tu spektrum lewicy popierało reżim mułłów.

Ta część irańskiej lewicy nie absorbowała swej uwagi prawami człowieka, indywidualnymi wolnościami czy prawami kobiet. Dla nich istniały podziały bazujące na klasie, ideologii oraz jakichkolwiek antagonistycznych czynnikach związanych z koncepcją klasy. Z tej perspektywy selektywnie argumentowali, że krajowi kapitaliści reprezentowali interesy imperialistów, ale już rola mułłów i ich tradycyjne więzi z feudalizmem i tradycyjnym kapitalizmem były przez nich ignorowane. Słynnej książka „Historia trzydziestu lat” Bijana Jazaniego, założyciela marksistowsko- leninowskiej OIPFG, wyraża ogromne uznanie dla Ajatollacha Chomeiniego jako „rewolucyjnego” mułły wywodzącego się z „drobnej burżuazji”. Liczące sobie czternaście stuleci islamistyczne prawa szariatu, opisane w książce Chomeiniego jako Państwo Boga, “Velayt-e-Faghih”, były zdumiewająco ignorowane przez tą część lewicy. Chomeini miał te faszystowskie, mizoginistyczne i antysocjalistyczne idee jeszcze przed rewolucją 1979, ale został przez to spektrum lewicy zaakceptowany i wychwalany jako symbol walki przeciwko Szachowi. Aby skonkludować, islam jako czynnik wytwarzający nowe podziały czy monolityczne stosunki społeczne, w ogóle nie był wzięty przez lewicę pod rozwagę.

Tymczasem to właśnie religia była używana przez siły kolonialne czy wewnętrzne jako tama przeciwko demokracji i nowoczesności. Oczywiście, do pewnego stopnia na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej ruchy islamskie były czynnikiem jednoczącym, ale równocześnie władze kolonialne tolerowały je, by zapobiec wyłanianiu się demokratycznej alternatywy. Islamistyczne ruchy nie oferowały żadnych efektywnych rozwiązań dla istniejących problemów. Nie da się tak po prostu zlikwidować stanu zależności ekonomicznej, z, albo i bez islamistycznych rozwiązań. Jedynym rozwiązaniem, gwarantującym ekonomiczną niezależność, jest szybki rozwój w ramach demokratycznego i świeckiego państwa – inaczej islamskie państwa, takie jak Pakistan, Afganistan, Somalia czy Iran – pozostaną zależnymi ekonomicznie państwami klienckimi wielkich mocarstw.

Siły kolonialne respektowały, a nawet propagowały religię w Iranie, także jako sposób na konspirację. Szyiccy mułłowie w Iranie, podobnie jak chrześcijańscy misjonarze w Afryce, znani byli z zajmowanych przez nich pozycji protégés brytyjskiej administracji kolonialnej; jedni i drudzy wygłaszali kazania, by przyciągnąć ludzi do Boga, ale nie do wolności i postępu. Kolonializm z natury rzeczy pragnie utrzymywać swoje kolonie w stanie jak największego niedorozwoju, analfabetyzmu i zabobonu. Te wsteczne tendencje idą ręka w rękę z religią. Bez takich warunków wstępnych w dziejach kolonializmu plądrowanie i grabież kolonii by nie była taka łatwa.

W koloniach islamskich rolę chrześcijańskich misji wypełniała struktura islamskich ulemów, która podlegała dostosowaniu do celów kolonialnych. Administrujący koloniami nie interweniowali w kwestie dotyczące islamu czy islamskich praktyk, ale oddzielnie religii od spraw praktycznych rządu i prawa było w ich interesie. To, samo w sobie, jest interwencją w sprawy islamu. W przypadku Iranu uważa się, że w 20 wieku Imperium Brytyjskie musiało współpracować z pewną liczbą wpływowych duchownych, aby wzajemnie wzmacniać swoje wpływy i władzę. Szczyt owej wzajemnej współzależności przypadł na rok 1953 i zaplanowany przez USA i Wielką Brytanię zamach na irańskiego premiera Mossadegha, który zagroził brytyjskim interesom nacjonalizując irański przemysł naftowy. Do przeprowadzenia zamachu siły kolonialne spożytkowały najbardziej opryszkowate i reakcyjne elementy muzułmańskiego „bazaru” (tradycyjnego biznesu, zakazanego dla duchownych), którym przewodzili duchowni. Dr. Mossadegh jest jedynym demokratycznym premierem w najnowszej historii Iranu. W wyniku zamachu USA i Wielka Brytania reinstalowały w Iranie szacha na pozycji despoty.

Nawet po pierwszej w historii Bliskiego Wschodu rewolucji konstytucyjnej Iran nie mógł uwolnić się od wpływu mułłów. Wkrótce straciła sens konstytucja, która oddawała władzę w ręce ciał obieralnych. Z pomocą mułłów władza pozostała świętym darem w rękach królów, którzy od czasu Safawidów uważani są za „ziemskich reprezentantów Ukrytego Dwunastego Imama, Mahdiego”, a z kolei mułłowie uważani są za jedynych interpretatorów Imama.

Mimo podziału Iranu na sfery interesów Anglii i Rosji Iran nie został skolonizowany oficjalnie, lecz mimo to kraj utracił swoją naturalną drogę postępu, demokracji, sekularyzmu i niezawisłości. Jak dokumentuje książka F. Williama Engdahla „A Century of War - Anglo-American Oil Politics and the New World Order”, interesy brytyjskie na Bliskim Wschodzie zaczęły szczytować z chwilą, gdy jej przywódcy zorientowali się, że ropa zastąpi węgiel jako źródło energii przyszłości. Na przełomie wieków Wielka Brytania nie miała bezpośredniego dostępu do ropy i jej dostawy zależały od Ameryki, Rosji i Meksyku. Szybko zrozumiano, że taka sytuacja jest nieakceptowalna i poprzez intrygi z udziałem brytyjskiego szpiega nazwiskiem Sidney Reilly oraz australijskiego geologa i inżyniera nazwiskiem William Knox d’Arcy, Wielka Brytania zapewniła sobie prawa do wierceń od perskiego monarchy Rezy Chana. Za prawa wydobywania perskiej ropy do 1961 roku D’Arcy zapłacił 20 tysięcy dolarów w gotówce i zobowiązał się do tantiemy 16 procent od całej sprzedaży na konto szacha. Firma brytyjska, do współpracy z którą Reilly namówił d’Arcy'ego, znana była wtedy pod nazwą Anglo-Persian Oil Company – i była faktycznym prekursorem potężnego dziś British Petroleum. Popularny premier Iranu Mossadegh znacjonalizował irańską ropę, by tej grabieży położyć kres. Dwa lata później w 1953 Mossadegh został obalony przez amerykańsko-brytyjski zamach stanu, nie bez dużej pomocy ze strony przywódców duchowych kierowanych przez ajatollacha Kaszani, wpływowego mułły, który już wcześniej poprzysięgał demokratycznie wybranemu rządowi Mossadegha, że go obali.

Bardziej niż instytucji takich jak armia, służby cywilne i sądownictwo, które systematycznie ustanawiano w koloniach, kolonializm brytyjski potrzebował religii do lepszej kontroli rozległych terytoriów, jakie zdobyli w XIX wieku. Co więcej, kreowano sekty i kulty, podburzano do sekciarskich konfliktów. Wszystkie te środki torowały drogę do utrzymania stanu zależności ekonomicznej, nawet po ich fizycznym wyprowadzeniu się. Przykładem takiej „dekolonizacji” jest zdobycie niepodległości przez Indie w 1947, które szybko zaowocowało podziałem subkontynentu indyjskiego na dwa, a potem trzy państwa, na podstawie konfliktów religijnych. I takie są źródła narodzin islamskiego państwa Pakistanu z prezydentem Ayub Khanem w końcówce lat 1960tych.

Ustanowienie państw komunistycznych w XX wieku było dla niektórych muzułmańskich działaczy jak tych z Ludowej Organizacji Mudżahedinów (MEK) jako szansa antykolonializmu na wzmocnienie politycznego sojuszu przeciwko Zachodowi, a dla szyickich mułłów (jak Chomeini) „komunizm to ateizm” i dlatego go demonizowali jako “Kufr” (bluźnierstwo). Islamistyczne ruchy, a szczególnie irańscy mułłowie, postrzegali wyłanianie się marksizmu jako obcego demona, z którym należy walczyć i nie dopuszczać do mentalnej i fizycznej obecności w szyickim społeczeństwie. Aczkolwiek struktury islamistyczne mają stalinowskie metody organizacji, to są bardziej antykomunistyczne niż antyzachodnie. Ateistyczna legitymizacja komunizmu przypomina im nieustannie, że problem kultury ateistycznej może stanowić większe niebezpieczeństwo niż zachodni kolonializm. Komunizm zawsze pozostawał głównym wyzwaniem dla każdej struktury islamistycznej, przyzwyczajonej do długiej koegzystencji z Imperium Brytyjskim i hegemonią USA.

Ten antysocjalistyczny charakter ruchów islamskich w ogólności, a szczególnie szyickich mułłów w Iranie, stanowił to brakujące ogniwo, które nie pozwoliło szerokiemu spektrum irańskiej lewicy nawiązać kontaktu z rzeczywistością. Wpadli w pułapkę Chomeiniego, co ostatecznie kosztowało ich nie tylko złą reputację, lecz także tysiące ludzkich żyć.
.

Jahanshah Rashidian
Rotten Gods, 19 styczeń 2009

wtorek, 13 stycznia 2009

Hamastan

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

W trzecim tygodniu wojny cały biznes w Gazie został „wyzerowany”, jak to barwnie określają sami Palestyńczycy. Ludność cywilna wychodzi z domów tylko po to, by stanąć w kolejce po żywność i ryzykuje przy tym życie. Szerzy się dezercja w szeregach około ośmiu tysięcy członków Hamasu i policji, którzy zostali zostawieni sami sobie z ogólnym rozkazem, by wystrzeliwać rakiety na Izrael i walczyć. Rozkaz wydali liderzy i dowódcy Hamasu, sami ukrywający się w bunkrach właściwie od pierwszego dnia wojny i nie bardzo troszczący się o zachowanie bieżącego kontaktu z własnymi siłami bezpieczeństwa. Wysoko wyszkolone, elitarne bojówki Hamasu, szacowane przed wojną na około 3,500 osób, utraciły co najmniej 550. Zabity został również komendant Al Kaidy na teren Gazy, Ghassen Maqdad.

Video (drastyczne)

-przestrzelone kolana
-tzw Siły Wykonawcze Hamasu rozprawiają się ze "zdrajcami"
-transmisja live z zabijania członka Fatah
-to samo
-a potem ich zabija
-mord masowy
-Hamas strzela do tłumu zgromadzonego z okazji rocznicy śmierci Arafata
-milicja Hamasu strzela do cywili
-strzelają do pogrzebu
-strzelają do wesela
-zabijają chrześcijan
-Al Kasam i Policja Hamasu rozstrzeliwuje rodzinę Dormisz. na jednym z ujęć widać z bliska człowieka w trakcie umierania
Tymczasem na witrynie YouTube zaczęły się pokazywać filmy ukazujące „prawdziwą twarz Hamasu”. Jeden z nich, dokumentujący dramatyczną scenę aresztowania członków Fatah, być może został wykonany ukrytą kamerą przez jednego z członków Hamasu, który po prostu miał już dość. Tak to przynajmniej wygląda, ujęcia robione są z perspektywy kogoś, kto idzie obok konwoju więźniów, a ruchy kamery umożliwiają dostrzeżenie, że obok konwoju idą wyłącznie członkowie milicji Hamas. Bijąca z kadrów otwarta przemoc i okrucieństwo bardzo przypominają klimat okrucieństwa i przemocy emanujący z obrazów, jakie rejestrowały ukrytymi kamerami członkinie organizacji RAWA w Afganistanie za rządów Talibów. Skojarzenie powstaje także dlatego, że afgańskie filmy i dokumentacja docierały na Zachód, ale niemal nikt im nie wierzył, nawet działaczom praw człowieka często nie mieściło się w głowie, że obraz radośnie uśmiechniętego Taliba z przerzuconą przez ramię wiązką obciętych ludzkich stóp może nie być sfabrykowany. Świat wtedy nie dojrzał nawet do pierwszego zrozumienia, czym jest islamizm, w powszechnym użyciu był język „kulturowych różnic”, któremu często towarzyszyła skłonność do oskarżania o kulturowy imperializm osób aplikujących standardy zachodnich demokracji do opisu egotycznych społeczeństw. Podobnie dzisiaj, wyidealizowany obraz Palestyńczyka, walczącego z okrutnym najeźdźcą o prawo do samostanowienia, tymże samym ludziom często nie pozwala dostrzec, że Hamas kamieniuje kobiety, celowo okalecza lub zabija opozycję polityczną, a w miejscach zatrzymań torturuje ludzi, niekiedy aż do śmierci. Raporty palestyńskiej Niezależnej Komisji Praw Człowieka z Ramallah długo mijały bez echa, gdyż opinia publiczna Zachodu – szczególnie w Europie - była zbyt głęboko przeświadczona, że szlachetni Palestyńczycy nie mówią źle o innych szlachetnych Palestyńczykach, a jeśli tak czynią, to w złych intencjach i z izraelskiej inspiracji.

Prawdę o rządach Talibów upowszechniła dopiero wojna w Afganistanie. Podobnie prawdę o Gazie ujawnia dopiero wojna w Gazie. Ale nie tylko o Gazie i nie tylko o Bliskim Wschodzie. Wojna i zainicjowane przez Egipt negocjacje w sprawie zawieszenia broni ujawniły prawdę o skomplikowanej sieci wzajemnych relacji i o stanach zapalnych, podminowujących Bliski Wschód po Zimnej Wojnie, ale także prawdę o skostnieniu i głębokiej ignorancji Zachodu, który niekiedy zdaje się nie zauważać, że Zimna Wojna już dawno temu się skończyła, i najwyższy czas po niej posprzątać. Miarą zmian, jaka się w dokonała świadomości publicznej po 9/11, ale też miarą wzajemnego braku zrozumienia Bliskiego Wschodu i Zachodu jest to, że dziś arabski liberalny intelektualista Omran Salman, wydawca reformistycznej witryny Aafaq.org, krytykuje szefa Parlamentu Europejskiego za retorykę „różnic kulturowych”. 20 grudnia 2008 w trakcie pobytu w Omanie pełen dobrych intencji Hans-Gert Poettering powiedział, że arabskie demokracje muszą ewoluować od środka, uwzględniać lokalne wartości i tradycje, i że nie można wywierać na region Bliskiego Wschodu presji, by adoptował system demokratyczny w europejskim stylu. „Cóż mają znaczyć takie deklaracje, że system demokratyczny nadaje się wszędzie na świecie, prócz państw arabskich? ... To Niemcy po II wojnie światowej byli w szybkim tempie zdolni zaadaptować się do siłą narzuconej demokracji, a Arabowie nie? - pyta rozeźlony Salman, oskarżając Potteringa o ukryty rasizm i egoistyczne myślenie, które „w rzeczywistości tłumaczy się tak, że lepiej nie wywierać presji na demokratyzację [bliskowschodnich] dyktatur, ale spełniać ich życzenia w zamian za umowy, pieniądze i zyski, a ludzie mogą iść do piekła.” Jeśli komuś podoba się stanowisko Salmana w odniesieniu do dyktatur na Bliskim Wschodzie i zdolności funkcjonowania arabskich społeczeństw w systemie demokratycznym, powinien tą samą miarą mierzyć także Hamas. Islamizm nie jest „lokalnym kolorytem” ruchu narodowowyzwoleńczego. A właśnie tego zrozumienia dzisiejszym, zachodnim obrońcom praw człowieka często po prostu brak.

Negocjacje z Hamasem

Niewiele by było wiadomo o okolicznościach negocjacji pokojowych zainicjowanych przez Egipt, gdyby nie to, że oficjalni przedstawiciele egipskich władz zaczęli udzielać wywiadów dziennikarzom, w tym z „Jerusalem Post”. W piątek 9 stycznia liderzy Hamasu z Gazy po raz pierwszy zasygnalizowali gotowość uczestnictwa w negocjacjach na temat zawieszenia ognia bez żadnych warunków wstępnych i otrzymali zgodę na opuszczenie Gazy. Delegację stanowili Jemal Abu Hashem, który rzadko pokazuje się publicznie, Salah Bardaweel, lider frakcji parlamentarnej Hamasu oraz Heiman Ta'a, członek kierownictwa militarnego skrzydła Hamasu. Po dotarciu do El Arish w północnym Synaju zostali przetransportowani egipskim samolotem wojskowym do Kairu. W sobotę dołączyło do nich dwóch kolegów z Damaszku: szef operacji specjalnych Imad al Alami oraz członek politbiura Muhammad Nasser. Osobno do Kairu dotarł Mahmoud Abbas, prezydent Autonomii Palestyńskiej i zarazem przywódca Fatah. Negocjacje miały się rozpocząć w sobotę, organizował je minister wywiadu, generał Omar Suleiman i jego doradcy.

Rozmowy zapowiadały się całkiem dobrze, ale wtedy Khaled Meshaal, lider Hamasu zamieszkały na stałe w Damaszku, spuścił na stół negocjacyjny bombę. W oświadczeniu transmitowanym przez damaskańską telewizję wezwał Hamas do kontynuowania walki, aż Izrael zakończy ofensywę, wycofa się z Gazy i otworzy wszystkie przejścia. Również od Egiptu zażądał otwarcia przejścia, oświadczył, że Hamas nigdy nie zaakceptuje żadnych restrykcji na swoje zbrojenia, żadnych prób blokady Korytarza Filadelfijskiego (główna trasa przemytu broni do Gazy); zagroził też, że jacykolwiek obserwatorzy międzynarodowi czy wojska rozjemcze zostaną potraktowane jak „siła okupacyjna”. Zażądał zwołania szczytu państw arabskich, na który już wcześniej ani Egipt, ani Arabia Saudyjska nie wyraziły zgody, oraz wezwał świat arabski do intifady. Innymi słowy zażądał od Izraela całkowitego i natychmiastowego poddania się, a od Egiptu eksterytorialnego „korytarza” służącego nieskrępowanym zbrojeniom, i to uczynił warunkiem wstępnym nie pokoju, ale chwilowego zawieszenia ognia, wcale przy tym nie ukrywając, że jego celem jest remilitaryzacja Gazy i przygotowania do zapowiedzianej intifady.

I teraz przychodzi kolej na innych graczy. Przedstawiciel władz egipskich powiedział „The Jerusalem Post”, że „Irańczycy wysłali do Damaszku pilną misję, jak tylko usłyszeli o egipskiej inicjatywie zawieszenia broni”. Emisariuszami byli spiker irańskiego parlamentu Ali Larijani oraz Said Jalili z irańskiego wywiadu. W Syrii spotkali się właśnie z Khaledem Mashaalem i sekretarzem generalnym Islamskiego Dżihadu, Ramadanem Shallahem - „Irańczycy zagrozili Palestyńczykom wstrzymaniem dostaw broni i finansowania, jeśli zgodzą się na zawieszenie ognia z Izraelem. Iran chce walczyć z Izraelem i USA, ale pośrednio. Robią to za pomocą Hamasu w Palestynie i Hezbollahu w Libanie.” Zdaniem Egipcjan Teheran jest gotów na wojnę z Izraelem „do ostatniego Palestyńczyka” i dlatego stosuje podwójne standardy – z jednej strony nawołują do dżihadu, ale z drugiej – przywódca duchowy Iranu Ali Khamenei zakazał irańskim ochotnikom przyłączać się do walki przeciwko Izraelowi.

W podobnym tonie wypowiedział się Karam Jaber, wydawca egipskiego tygodnika Roz Al-Youssef – jego zdaniem Hamas znalazł się między syryjskim kowadłem a irańskim młotem – Iran zakazywał Hamasowi negocjować z Izraelem zawieszenie broni, a w tym samym czasie Syria szantażowała liderów Hamasu mieszkających w Damaszku, i dodał, że „historia tego Hamasowi nie zapomni, że spowodowali śmierć i zniszczenie Palestyńczyków. My mamy nadzieję, że Hamas się czegoś z tej lekcji nauczy i zrozumie, że toczy destrukcyjną wojnę na rzecz Iranu i Syrii”

Co myślą Arabowie?

W samej Gazie, w arabskich siedliskach Jerozolimy i w West Banku, coraz głośniej mówi się, że kierownictwo Hamasu siedzi w bunkrach, a samo wysyła cywili (i szeregowych członków Hamasu) na śmierć, i że są gotowi do walki z Izraelem „do ostatniego cywila”. Świat arabski ma coraz mniej cierpliwości dla Hamasu. Egipski analityk Magdi Khalil powiedział „Jerusalem Post”, że podziela pogląd Autonomii Palestyńskiej oraz egipskich władz, że za wojnę w Gazie jest odpowiedzialny Hamas. „Od momentu gdy przejęli władzę w Gazie” - dodał - „zamienili ten obszar w piekło. Narzucali ludziom rozmaite restrykcje, a nawet uniemożliwili pielgrzymki do Mekki.” Stwierdził też, że służby egipskiego wywiadu miały rację, kiedy ostatnio opisały Hamas jako „grupę gangsterów”. O poziomie niechęci do Hamasu świadczą też komentarze użytkowników witryny Al Jazeera, zamieszczone pod relacją z pamiętnego wystąpienia Khaleda Meshaala. Redakcja Al Jazeery, która do tej pory dopuszczała do publikacji niemal wyłącznie propalestyńskie wypowiedzi, dziś godzi się na i na takie komentarze, które adresują Hamas jako „bandę troglodytów”, „hipokrytów”, „pozbawionych rozumu” i „szaleńców”.

„Hamas odniósł sukces w ujawnieniu całemu światu czym jest” - pisze czytelnik z Nigerii - „Pokazali, że są bandą pozbawionych rozumu marionetek kontrolowanych z zewnątrz przez maniaków. Skoro dalej mówią o „zwycięstwie,” mimo, że już ponad 800 Palestyńczyków zostało zabitych, to sami pokazują, jak bardzo są obłąkani i pozbawieni rozumu.” Ibrahim z Iranu pyta: „czemu liderzy Hamasu cynicznie wykorzystują cywili i narażają na straty, kiedy sami się ukrywają 500 mil od Gazy albo pod ziemią? Skończcie odpalać te rakiety i miejcie trochę współczucia dla cywili, których narażacie.” Magnai z Mongolii dziwi się „dlaczego Hamas wzywa Arabów do walki z Izraelem? Gdyby Hamas nie wystrzeliwał rakiet na Izrael, to by się nic nie wydarzyło. Dlaczego liderzy Hamasu chowają się w bezpiecznych miejscach i wzywają swoich ludzi do walki do ostatniego człowieka? Skandal. Jeśli chcą, to niech sami umierają. A teraz chcą w swój problem wciągnąć cały arabski świat. Nie wystarczy im krwi niewinnych Palestyńczyków?” Kropkę nad i stawia N. Dias z Arabii Saudyjskiej: „Khaled próbuje zostać kolejnym herosem arabskiego świata, jak kiedyś Saddam Hussein, kiedy powiedział „to jest bitwa, matka wszystkich bitew”. Khaled Meshal może sobie dużo mówić z Syrii, w swoim eleganckim garniturze, kiedy w Gazie umierają niewinni ludzie. Niczego się nie nauczył od Saddama.”

Co myślą w Europie?

Opinia publiczna Zachodu dryfuje w podobnym kierunku, a nawet z podobnych powodów. Strach przed islamizmem spowodował, że zachwiało się tradycyjnie proarabske podejście Europy do konfliktu izraelsko- palestyńskiego. Jak to zauważa Lawrence Wright w rewelacyjnym wykładzie i książce o korzeniach i filozofii Al Kaidy, cichą przyczyną, nie wypowiadaną głośno przez nikogo, jest – zdaniem Wrighta – różna sytuacja muzułmańskiej ludności w USA i Europie. Jego zdaniem Ameryka, z jej tradycją szybkiego wchłaniania kolejnych fal emigracji, chyba jednak prezentuje arabskim Amerykanom jakąś ofertę życia i życiowego awansu; mimo ostracyzmów, jakie ich dotknęły po 9/11 - radykalny islamizm praktycznie nigdy w USA nie zafunkcjonował. Europa z jednej strony proarabska, umożliwiała Arafatowi zakładanie biur na terenie Europy czy nawet organizowała jego ucieczki (francuska marynarka pomogła mu uciec z Tripoli w 1983), ale z drugiej strony swoją sympatię do Arabów zdawała się rezerwować głównie dla tych, co mieszkają poza terenem Europy. Między innymi na tym tle wybuchły zamieszki we Francji, zainicjowane przez arabskich Francuzów w drugim i trzecim pokoleniu, skazanych na życie w gettach, na marginesie francuskiego społeczeństwa. Islam, islamizm, dla ludzi żyjących w poczuciu obcości i odrzucenia, a zarazem nie posiadających żadnych, innych korzeni - stawał się często sposobem na zdobycie jakiejś własnej tożsamości. Także u ludzi wykształconych i także u zadeklarowanych wcześniej ateistów. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania – wszędzie istnieją komórki radykalnego islamizmu, wokół radykalnych przywódców duchowych, ale też na uniwersytetach i w kręgach biznesu. Stąd zdumiewające awantury, połączone z groźbami śmierci, o karykaturę Mahometa w Holandii, albo nieudana próba porwania samolotów w Londynie i wysadzenia ich w powietrze nad Atlantykiem, w wykonaniu ludzi starannie wykształconych i pozornie nie posiadających żadnych powodów do buntu i radykalnych czynów. W tym miejscu godziwie byłoby się zgodzić z Wrightem, który po drobiazgowych badaniach źródeł terroryzmu Al Kaidy formułuje konkluzję, że nie o starcie cywilizacji chodzi, a wykorzenienie i wyobcowanie w obrębie tychże cywilizacji. Wbrew apokaliptycznym wizjom aroganckiego Huttingtona i szalonej Fallaci, ofiarami islamistycznego terroru padło więcej wyznawców islamu, niż chrześcijańskiego Zachodu.

Badania Pew Global Attitudes postaw w konflikcie izraelsko- palestyńskim zdają się świadczyć, że ciche topnienie postaw propalestyńskich dokonuje się w Europie już od pewnego czasu. Ankieta z 2006 wskazywała 38 procent poparcia dla Izraela, co oznacza prawie podwojenie wyniku w ciągu dwóch poprzedzających lat i 10 proc. przewagi nad respondentami wskazującymi poparcie dla Palestyńczyków. W Niemczech sympatię do Izraela wskazało 37 procent respondentów, co oznaczało 13-punktowy wzrost od 2004 roku oraz niemal dwukrotną przewagę nad postawami propalestyńczykami. Karim Bitar z Międzynarodowego Instytutu Stosunków Zagranicznych w Paryżu uważa, że proces ten zaczął się po zamachach na World Trade Center. Francuski intelektualista Dominique Moisi twierdzi wręcz, że europejscy politycy byliby szczęśliwi, gdyby Izrael zniszczył Hamas i na jego miejsce wstawił Fatah, i że widać bardzo wyraźnie, że koncepcja palestyńskiej państwowości właściwie niemal znikła z języka europejskiej polityki na rzecz dyskusji o pomocy humanitarnej i ekonomicznej.

Co myślą w Stanach Zjednoczonych?

Po drugiej stronie Atlantyku odbywa się proces odwrotny. Wraz z wyborem Baraka Obamy pojawiły się dosyć wyraźnie artykułowane nadzieje na ponowne otwarcie negocjacji prowadzących do powstania państwa palestyńskiego. Zbigniew Brzeziński w wywiadzie słynnym w amerykańskiej blogosferze z tego, że zamordował prowadzącego program Joe Scarborough'a stwierdzeniem „You know, you have such a stunningly superficial knowledge of what went on that it's almost embarrassing to listen to you” (na skutek czego jego córka Mika, współredaktorka programu, usiłowała schować się pod stół), przypomniał o przerwanych negocjacjach w Tuba. Zwrot nastrojów dotyczy także amerykańskich Żydów – jak to określają izraelscy publicyści, powoli wyczerpuje się ładunek „naiwnego patriotyzmu”. Możnaby więc zaryzykować stwierdzenie, że obie strony konfliktu palestyńsko – izraelskiego mogą mieć własne powody, by się obawiać długotrwałych trendów i zmian w opiniach publicznych, obie też mogą w tych zmianach dostrzec własne powody do satysfakcji. Robert Marquand z The Christian Science Monitor sugeruje, że obserwujemy zbliżanie się stanowisk po obu stronach Atlantyku. Jeśli tak jest, byłaby to bardzo dobra nowina dla procesu pokojowego, jako że zbliżanie stanowisk ma zawsze pozytywny wpływ na negocjacje. Byłaby to także bardzo dobra nowina dla obu bezpośrednich stron tego konfliktu, gdyż – choć się nazywa konfliktem izraelsko – palestyńskim, ani chwilę takim nie był. To konflikt bliskowschodni, który swoim zasięgiem – i ewentualnymi konsekwencjami – obejmuje miliony ludzi żyjących na obszarze wielu państw Bliskiego Wschodu, i dlatego nigdy nie mógł – i nigdy nie będzie rozwiązany bez mocnego udziału społeczności międzynarodowej. Innymi słowy, pokoju na Bliskim Wschodzie nie będzie, póki społeczność międzynarodowa nie porozumie się co do tego, co o nim myśleć.

Źródła:
Real Face of Hamas, the Murderer Of Palestinians, YouTube video, uploaded 4 sty 2009
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz, Hamas, Fatah, palestyński miraż i wojna, Planeta Terra, 5 styczeń 2009

Khaled Abu Toameh, Iran warns Hamas not to accept Egyptian truce proposal, The Jerusalem Post, Jan 12, 2009

Robert Marquand, Israel finds more sympathy in Europe, The Christian Science Monitor, 08.01.2009

Khaled Abu Toameh, From house arrests to executions - Hamas moves against Fatah 'collaborators' in Gaza. The Jerusalem Post, Jan 4, 2009

Mark Finkelstein, Zbig Brzezinski to Scarborough: 'So Stunningly Superficial, It's Almost Embarrassing To Listen To You', News Busters, 30 gru 2008

Hamas: Gaza war ends peace process, AlJazeera,

Meshaal Intervenes to Stop Hamas-Gaza from Succumbing to a Ceasefire, DEBKAfile Special Analysis, January 10, 2009

piątek, 8 sierpnia 2008

Bojkotuj olimpiadę w Pekinie!

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

"War has started" - tak wg wpływowego serwisu bloomberg.com miał powiedzieć Władimir Putin do Busha na otwarciu Igrzysk w Pekinie. Biały Dom potwierdził, że Putin rozmawiał z Bushem o wojnie na ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Jaka olimpiada, taki pokój. Wybuchła wojna. Już tysiąc ofiar śmiertelnych w Gruzji. Tych w Tybecie nikt nie jest w stanie policzyć. Tylko tyle albo aż tyle może zrobić uczciwy człowiek, ktory nie może się pogodzić z komercją oraz bezwzględnością olimpiad kojarzących się z 1936 i 1980: nie oglądać olimpiady w telewizji. Nie kupować gadżetów. Nie przysparzać dochodów reklamodawcom. Tej olimpiady NIE MA.

Olimpijska reedukacja

W Tybecie trwa kampania reedukacyjna, której towarzyszą masowe aresztowania, niszczenie klasztorów i zakrojona na szeroką skalę propaganda. Jak informuje Helsińska Fundacja Praw Człowieka, kordony wojskowe odcinają od świata kolejne klasztory, dokonując jednocześnie aresztowań wśród mnichów - także tych, którzy nie brali udziału w marcowych protestach. Z tybetu napływają też informacje o przypadkach niszczenia klasztorów przez chińskich funkcjonariuszy - przede wszystkim ołtarzy i wizerunków dalajlamy. Do mediów docierają również informacje o samobójstwach uciskanych mnichów.

W całym Tybecie “grupy robocze” (jak określa ich HFPC) odwiedzają klasztory i wioski, zmuszając mnichów i mieszkańców do potępiania “kliki Dalaja”. Jak informują tybetańskie źródła, w ramach akcji reedukacyjnej mieszkańcom miast, uczniom w szkołach, a nawet pracownikom w biurach, każe się pisać “relacje z 14 marca”, w którym muszą lżyć Dalajlamę. Reedukacja nie ominie nikogo - akcje przeprowadzane są wśród chłopów, dzieci, emerytów, urzędników, a nawet policjantów i wojskowych.

Jednocześnie organizacje broniące praw człowieka, wciąż informują o aresztowaniach i torturach, jakie dotykają uczestników protestów sprzed kilku miesięcy. Na początku maja na stronie HFPC pojawiła się nawet informacja o śmierci Tybetanki, która aresztowana została za zerwanie tablicy urzędu miejskiego w trakcie zamieszek. Trzydziestoletnia matka czwórki dzieci poddana została torturom. Po zwolnieniu z więzienia była w stanie krytycznym - nie mogla chodzić, mówić ani jeść. Szpital odmówił jednak jej przyjęcia, skutkiem czego zmarła. Władze odmówiły jej nawet prawa do odprawienia przez mnichów pośmiertnych rytuałów, a jej maż zmuszony został do ucieczki, w obawie przed prześladowaniami.

Wszystkim zabitym w pierwszym dniu olimpiady w Pekinie ['] ['] [']

za: http://www.freetibet.pl/

sobota, 1 marca 2008

Michał Moszkowicz: Kompleks Antygony


Najcięższą karą obok kary śmierci w Starożytności było wygnanie. Czuję się więc wygnańcem, a nie zwykłym emigrantem, który opuścił kraj z własnej woli. Trudno powiedzieć, czy żałuje, z perspektywy czasu, że wyjechałem. Emigracja zrobiła ze mnie emigranta zawodowego, ponieważ postanowiłem pisać o tej emigracji, a więc o sobie. Pozostając w Polsce byłbym zupełnie innym człowiekiem. Miałbym tę samą historię, co cały naród polski. Od 1969 roku, kiedy wyjechałem, zdarzyło się w kraju tyle niezwykłych rzeczy, że gdybym został byłbym z pewnością innym człowiekiem. Nie mogę wrócić do Polski, bo całe moje życie jest związane ze Szwecją. W cichości ducha czuję się jak Hiob, który swoim nieszczęściem zaświadczył miłość do Boga. Moim zadaniem na emigracji było zaświadczenie o naszej krzywdzie, dlatego nie byłem w Szwecji szczęśliwy.

Minęły już dwa pokolenia od chwili, kiedy wyjechaliśmy z Polski. 40. lat, ten sam czas, który nakazał Mojżesz swojemu ludowi czekać zanim wejdą do Kanaan, żeby otrząsnąć się ze wszelkiego niewolnictwa. Och, przestaliśmy już być niewolnikami, mamy dzieci i wnuki, ale szczęśliwi nie jesteśmy. Najpewniej szczęśliwsi od nas są ci, którzy wyemigrowali do Izraela. Są teraz pełnymi Żydami, a Polskę noszą w sobie głęboko w sercu. We mnie jest zadra niespełnienia. Jakiś zerwany most w mojej duszy, który nie pozwala mi być w pełni sobą. A więc kim, Polakiem, Żydem, Szwedem? Do mojego wnuka Elliota muszę mówić po szwedzku, ale moja miłość rwie się do języka polskiego. Podobno w Starożytności najzdolniejsi byli mieszańcy. Nasza emigracja dokonała właściwie cudów, są wśród niej profesorowie, językoznawcy i nawet aktorzy, ale czy jesteśmy szczęśliwi?

Tak, żałuję, że wyjechałem z Polski, bo w kraju byłbym innym człowiekiem, może skrachowanym, może nieszczęśliwym, ale pełnym. Jednocześnie nie żałuje, że mnie „wypchnięto z tramwaju”, bo w Polsce musiałbym żyć z mimowolnym piętnem, że jestem naznaczony, że jestem Żydem. 40 lat temu opuściliśmy kraj naszego dzieciństwa, który wciąż dla większości z nas jest naszą ojczyzną. Ojczyzną, która wyrządziła nam niebywałą krzywdę, skrzywdziła nas, dlatego nasz stosunek do Polski jest ambiwalentny. Miłość połączona z niechęcią – freudowska trauma. Odyseusz wrócił do swojej Itaki po wielu przygodach i nieszczęściach. Bo to była jego ojczyzna. Tylko tam mógł czuć się u siebie. My, po 40. latach, po wielu przygodach i nieszczęściach, możemy wrócić do Polski jako wolni ludzie. W myślach, w sercu i jako ludzie z krwi i kości. Myśmy się zmienili, ale Polska również się zmieniła. Krzywda „Marca 68” została po wielokroć naprawiona i przeżyta.

Wydaje mi się, że niczym w „Modlitwie” Natana Tenenbauma” Bóg uchronił nas od pogardy i nienawiści. 4o lat to rzeczywiście kawał życia, zbudowaliśmy tutaj nasze domy, nie jesteśmy już niewolnikami. Czy możemy przebaczyć nasze krzywdy naszym winowajcom? Nie, nie musimy nikomu wybaczać, ponieważ działali w systemie totalitarnym. Nie musimy nikomu wybaczać, ponieważ nowe pokolenie Polaków doskonale rozumie jaką krzywda została nam wyrządzona. Nasz los przypomina los Antygony, musimy pogrzebać w sobie skrzywdzonych, naszych braci i nasze siostry.

Nie żałuję tego, że wyjechałem z Kraju, po prostu dlatego, że zostałem z niego bezprawnie wygnany, ale, powtarzam, gdybym został, byłbym innym człowiekiem. Wygnanie jest straszliwą karą, zmienia duszę wygnańca. Chciałbym wrócić, ale ciąży na mnie 40 lat emigracji. Wiem, że Polska w ostatnich latach radykalnie się zmieniła. Może wróciłbym do obcego kraju. Ale w sercu miałbym wciąż obraz Ogrodu Saskiego, Pałacu Błękitnego i Krakowskiego Przedmieścia.


"Plotkies" nr 35, Marzec 2008

Michał Moszkowicz
pisarz

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Tajemnica Grossa wyjaśniona.

Wszystko stało się jasne po przeczytaniu dodatku Plus-Minus z 26 stycznia pod znamiennym tytułem "Oko w oko z tłuszczą", zawierającego mnóstwo informacji o Grossie, zebrane przez Piotra Zychowicza. Podejrzewamy mianowicie, że Jan Tomasz Gross nie jest Żydem- Polakożercą, tylko Polakiem głęboko przywiązanym do tradycji ratowania Żydów, który pragnie dorównać swojej matce, ratując Adama Michnika i Gazetę Wyborczą przed gotowym do pogromu, nazistowskim motłochem.

Z artykułu wynika, że ciężko przeżył wyjazd z Polski. Prof. Jadwiga Staniszkis wspomina, że jako bardzo młody człowiek, w kilka lat po przyjeździe do USA, zupełnie posiwiał. Potem biegał ze znaczkiem Solidarności w klapie i pisywał niezłe teksty o Polsce pod sowiecką okupacją. I może byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie to, że zaraz po upadku komuny przyjechał do Polski i podjął próbę zamieszkania na stałe. A szczęśliwe osadzenie na stałe w staronowym miejscu w głównej mierze zależy od otoczenia.

Z treści artykułu nie należy wykluczyć, że redaktorzy z GW pokazali mu pisemka Bubla w jakimś kiosku Ruchu. Gwoli sprawiedliwości, nie było trudno takowe znaleźć, gdyż w tamtych czasach, świeżo po upadku Urzędu Cenzury na Mysiej, każdy się radośnie zajmował dystrybucją każdej informacji, nawet najdurniejszej, a każda próba odmowy była poczytywana za deklarację solidarności z nieistniejącym urzędem. Dzięki informacyjnemu rozpasaniu zaopatrzyliśmy się zresztą w tamtych czasach, właśnie w w kiosku Ruchu, w literaturę rozrywkową pt. "Protokoly Mędrców Syjonu" - i poczuliśmy się świetnie, jako władcy świata. Tylko Grossowi ktoś musiałby to wytłumaczyć, bo po tylu latach on już po prostu Polski, ani postkomunizmu - nie całkiem rozumiał.

Mogli mu też pokazać jedną czy dwie z demonstracji bezrobotnych obrzucających śrubami Urząd Rady Ministrów (w którym wtedy rozmaite stanowiska zajmowali przyjaciele redaktorów z GW). I mogli mu wytłumaczyć, że to narastanie faszyzmu, jak w Niemczech za Hitlera. Bo co innego mogli powiedzieć ciemniakowi, który tam pewnie składki na "Solidarność" przez lata zbierał? Że spowodowali 40procentowe bezrobocie, żeby zostać czerwoną burżuazją!?

"Wystarczy przejrzeć roczniki „Gazety Wyborczej” z pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości, żeby się zorientować, jak ówczesną rzeczywistość widziało środowisko, w którym obracał się Gross. Wydawać by się mogło, że niebawem mają wybuchnąć pogromy, a Polska zaraz stoczy się w otchłań skrajnie nacjonalistycznej dyktatury" - pisze Zychowicz. Barbara Toruńczyk potwierdza jego ocenę mówiąc nawet dzisiaj, że "wtedy Gross oko w oko zetknął się z tłuszczą. Wychodząc z domu na ulicę, mógł się czuć jak podczas łapanki".

Gross czytał Gazetę Wyborczą i spotykał z jej redaktorami na gruncie prywatnym. Nie można wykluczyć, że mógł na przykład poczuć się bardzo źle, powtórnie zostawiając przyjaciół w niebezpieczeństwie, tym razem w obliczu neonazistowskiej nawały. No i postanowił im pomóc, jak najlepiej potrafił. Odezwały się wszelkie objawy PTSD (post traumatic stress disorder). A umie głównie pisać. I tak został Chruszczowem Gazety Wyborczej. Parę lat później opublikował pierwszą z serii kontrowersyjnych książek o polskim antysemityzmie pt. "Upiorna Dekada". Zawarł w niej nawet wyjaśnienie swojej postawy: gdyby Polacy bardziej się postarali, choćby tak jak jego matka, nie zginąłby żaden Żyd. A ponieważ Polacy się nie bardzo starali ratować Adama Michnika, jego redakcji, i jego przyjaciół z Urzędu Rady Ministrów czy Unii Wolności, to on się starał coraz bardziej, i pisał coraz bardziej dramatyczne książki o polskich antysemitach. Żeby w końcu obudzić Polaków takich, jak jego matka.

I tak docieramy do "Strachu".

Koniecznie poprzedzonego "Piosenką Kata" Grzegorza Ciechowskiego z kapeli "Republika", która opowiada o tym, jak Prawa Ręka Moczara zdobyła władzę w Polsce po nieudanej grze wstępnej w Marcu68 oraz wypowiedzią Adama Michnika o antysemityzmie, referacie Chruszczowa oraz spoglądaniu w głąb własnej historii i świadomości, z której zresztą wynika, że jeśli chodzi o jego własną historię i świadomość, to zanurkował aż po jej dno. Ktoś to skomentował, że Gross grzeszy pychą. Ale to nie on się poczuł nowym wcieleniem Chruszczowa, to Adam Michnik został Najlepszym Przyjacielem człowieka, który pisuje referaty wstrząsające połową Azji i całą Europą Środkową.

Bo Adam Michnik jest geniuszem. Ma dziś po swojej stronie równocześnie Chruszczowa Euroazji do spraw polskiego antysemityzmu oraz Prawą Rękę Moczara, a zarazem aparatu, który naszego Chruszczowa z Polski wypędził. Potęga..! Wyobrażasz sobie, jakiego to talentu wymaga!? Tylko musi się pilnować, żeby się nie pomylić, jak idzie na przyjęcie, z którym Najlepszym Przyjacielem, w którym towarzystwie się pokazać, i co mówić. I na pewno czuje się z tym bardzo dobrze. Prawdziwy Przyjaciel Prawa Ręka Mieczysława Moczara trochę zakłócał pozycję społeczną drużyny Adama Michnika przed 40 rocznicą Marca, szczególnie w oczach tych emigrantów, co nie mają sklerozy i pamiętają, że jednak to nie bracia Kaczyńscy ich wypędzili z Polski. Teraz jest już wszystko w porządku. Chruszczow Euroazji do spraw ujawniania polskiego antysemityzmu uwiarygadnia drużynę. Dlatego drużyna poczuła się bardzo dobrze i opublikowała artykuł z tytułem sugerującym, że to Michnik w pojedynkę wywołał Marzec. W tym roku przerósł nawet świętych (dotychczas) Kuronia z Modzelewskim, którzy występują już tylko jako mało znaczące tło jego bohaterskiego wyczynu. W tekście występuje jeszcze parę osób, jako pomocnicy i wykonawcy tego, co Jego Geniusz wymyślił, mniej więcej na takim samym poziomie znaczenia, co Kuroń z Modzelewskim.

Drużyna pojawi się na salonowej imprezie w Teatrze Narodowym z okazji 40tej rocznicy Marca jako jedyni poprawni politycznie Polacy, udzieli kilku wywiadów międzynarodowej prasie i być może tymi wywiadami załatwi sobie przy okazji parę kredytów w zagranicznych bankach, jako jedyni w Polsce ludzie, którzy dorastają do standardów, do jakich zachodnie demokracje są przyzwyczajone. A potem wszyscy razem pojadą na przyjemne emerytury na Karaibach, w miłym poczuciu, że są wzorowymi obywatelami, a jak ktoś myśli inaczej, to im na pewno tej kasy i pozycji zazdrości. Cóż za wspaniałe życie!

Co tymczasem się stanie z Chruszczowem wojowników z antysemityzmem z Gazety Wyborczej?

Jeśli założyć hipotezę, że całą swą wiedzę o Polsce Gross czerpie z Gazety Wyborczej, (co niewykluczone, bo tylko GW go uczciła specjalnym serwisem) - to wskazówką mogą być dwa artykuły w GW. Pierwszy to wywiad Aleksandry Klich z Bożeną Szaynok pt. "Gross - moralista, nie historyk" z 26 stycznia 2008.

Specjalny raport GW o Grossie zawiera aktualnie mniej informacji o samym Grossie, niż ten jeden artykuł w Rzeczpospolitej, za to więcej o Narodowym Odrodzeniu Polski, które szczerze Grosssa nie cierpi i bywa ze swoimi transparentami na jego wszystkich spotkaniach, a także wyeksponowany artykuł Michnika o pogromie kieleckim. Po tytułach sądząc, NOP to potężna organizacja, zagrażająca polskiej demokracji parlamentarnej. Natomiast Bożena Szaynok akurat książkę Grossa skrytykowała, ale - sądząc po artykule - sama reprezentuje dosyć mniejszościowe stanowisko, że światy Polaków i Polskich Żydów w ciągu tysiącletniej koegzystencji się niemal nigdy nie stykały i są wzajemnie sobie obce.

To stanowisko nie wyjaśnia ani Juliana Tuwima, ani żydowskich wojsk królewskich w czasie wojen kozackich, ale współczesnemu emigrantowi, wypędzonemu w okropnych okolicznościach wiele lat temu, może sugerować jakieś dziwne koncepcje. Co nie znaczy, że zgłaszamy jakiekolwiek pretensje do Barbary Szaynok, której ta koncepcja zapewne ułatwia badania naukowe odrębności między obiema kulturami. Ale istnieją rozmaite teorie, a w trakcie pobytu Grossa akurat ta została wyeksponowana - i można podejrzewać, że autor "Strachu" się z nią zapoznał. Człowiek o poglądach niekonserwatywnych ma wolność wyboru co do utożsamiania się z narodami. Przyzwoity człowiek utożsami się z narodem prześladowanym. Dlatego syn polskiej matki w Polsce, o której myśli, że jej zagraża nazistowska nawała, prędzej się utożsami z zagrożonymi mniejszościami, niż z nazistowskim motłochem. Jeśli jest człowiekiem energicznym, dostanie też impuls do energicznego działania...

Drugi sygnał, to relacje GW z spotkań z Grossem w rozmaitych miastach. Tradycyjnie zaczynają się od przytoczenia treści transparentów NOP. Szczególnie obszerna dyskusja odbyła się na forach Agory po spotkaniu w Krakowie. Zdaniem uczestników, relacje GW sugerują, że spotkanie miało półgodzinne opóźnienie z powodu zagrożenia bezpieczeństwa. Wszechobecny NOP był i tam, ponoć GW, jak żadna inna gazeta, uhonorowała ich nie tylko fotografią transparentu, tuż obok relacji z spotkania, ale też promocją wodzów po nazwisku. Według relacji uczestników rzeczywiście w bezpiecznej odległości od wejścia stała grupa około 10 pryszczatych wyrostków z transparentem, natomiast pod wejściem na teren uniwersytetu kłębił się nie NOP, a tłum studentów, których ochroniarze spotkania nie chcieli wpuścić na egzamin. Profesora, który miał ich egzaminować, też nie wpuścili, ktoś nawet napisał, że grozili mu przemocą, czyli, tłumacząc na zrozumiały język, że go walną, jak się będzie pchał. Podobno profesor usiadł na schodku, powiedział studentom, że w takim razie mają zaliczenie, pozbierał indeksy i wszystkim wpisał pozytywne oceny.

Ale Gross widział z drugiej strony drzwi kłębiący się tłum. Części się udało przedrzeć. W trakcie spotkania autor "Strachu" się ponoć dosyć dziwnie zachowywał, odpowiadając jednosylabowo "tak" lub "nie" na zadawane pytania lub oddając mikrofon komuś innemu. Ale co się dziwić. Jeśli myślał, że na salę przedarli się naziści, to po co miał z nimi gadać. A potem obejrzał poświęcony sobie serwis i się upewnił, że słusznie robi, że nie gada.

Po pełnej emocji podróży zapewne wróci do spokojnego, amerykańskiego domu, i zacznie pisać kolejną książkę. Może zawrze w niej przeżycia ze spotkania literackiego z neonazi na krakowskim uniwerku, które nie skończyło się pogromem tylko dzięki ochroniarzom. Oraz oczywiście o bohaterskim Adamie Michniku i jego redakcji, mieszkających w kraju wypełnionym po brzegi faszystami i antysemitami, którzy ich nienawidzą i pragną zakatrupić. Po publikacji Adam Michnik dostanie parę zaproszeń na wykłady w USA, żeby sobie odpoczął od dziczy. I tak się to kręci.

A potem nasz Chruszczow zapewne przyjedzie do Polski promować swoją kolejną książkę i też z nikim nie będzie gadał, chyba, że po angielsku. Jeśli zrobi jeszcze parę spotkań literackich z Adamem Michnikiem jako cicerone po Polsce, to co prawda osiwieć po raz drugi nie osiwieje, ale zawsze jeszcze może wyłysieć.



PS. Uwaga odautorska: na wypadek procesów wyraźnie stwierdzamy, że tekst jest zamieszczony pod tagiem "humor" i niczyich stanów emocjonalnych nie badaliśmy, stąd to tylko nasze dywagacje. Ale co do tego, że Prawa Ręka Moczara była Prawą Ręką Moczara, i łączenie wojny z antysemityzmem z taką przyjaźnią jest surrealistyczne, to będziemy woleli pójść do więzienia, niż się tego wyprzeć.

[ mirror na Salonie24 ]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

niedziela, 27 stycznia 2008

Zapraszamy na koncert "Republiki" i Kaczmarskiego z okazji 40 rocznicy "Dziadów"

Najpierw "Śmierć na pięć" - specjalna dedykacja dla Jerzego Zawieyskiego, katolika, pisarza i homoseksualisty. Jako jeden z przedstawicieli katolickiej grupy Znak - wszedł do Sejmu PRL i do Rady Państwa. "Gdy w marcu 1968 roku milicja brutalnie pobiła studentów, Zawieyski wspólnie z innymi posłami Koła Znak napisał tekst interpelacji poselskiej w ich obronie. Miesiąc później odpowiedział na nią premier Józef Cyrankiewicz, po czym posłów Znaku ordynarnie zaatakowali z trybuny Józef Ozga-Michalski i prawa ręka Gomułki - Zenon Kliszko. Zawieyski odpowiedział wspaniałą, godną mową. Brał w obronę ofiary politycznej nagonki ostatnich miesięcy: studentów, posłów Koła Znak i pisarzy, a zwłaszcza pobitego przez "nieznanych sprawców" Stefana Kisielewskiego. Gdy skończył, na sejmowej sali rozpętała się burza. Posłowie z komunistycznego nadania nie szczędzili mu najgorszych obelg, nikczemnych pomówień, obrzydliwych wrzasków." Zrzekł się funkcji w Radzie Państwa, zaszczuwali, go, aż dostał udaru mózgu. Zginął 17 czerwca 1969 r.po wypadnięciu z 4 piętra szpitala. Oficjalna wersja uznała jego śmierć za samobójstwo, lecz liczne poszlaki wskazują, że mogło być to morderstwo polityczne. Piosenka "Smierć na pięć" jest ostatnim utworem zaśpiewanym i nagranym przez Grzegorza Ciechowskiego.

"Nasza klasa" Kaczmarskiego....

Nie pytaj o Polskę

(Lepsze, niż te wszystkie zadęte akademie i obdzielanie się nawzajem orderami.
Wspólcześni słuchacze uważają, że to piosenka "dla wszystkich emigratoss" którzy
są tacy głupi, że ciągle jeszcze mówią po polsku;))

http://pl.youtube.com/watch?v=WItEokvwSJs

To nie karnawał
ale tańczyć chcę
i będę tańczył z nią po dzień

to nie zabawa
ale bawię się
bezsenne noce senne dnie

to nie kochanka
ale sypiam z nią
choć śmieją ze mnie się i drwią

taka zmęczona
i pijana wciąż
dlatego nie

NIE PYTAJ WIĘCEJ MNIE

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chce
zasypiać w niej i budzić się

te brudne dworce
gdzie spotykam ja
te tłumy które cicho klną

ten pijak który mruczy coś przez sen
że PÓKI MY ŻYJEMY ona żyje też

NIE PYTAJ MNIE
NIE PYTAJ MNIE
C0 WIDZĘ W NIEJ

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chcę
zasypiać w niej i budzić się

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

I dalej:

Moja krew - to wykonanie... ten bunt... Jeden z komentarzy: " To wykonanie jest jak bomba atomowa. Ludzie, którzy tam wtedy byli przeżyli coś wielkiego. Gdzie oni są?"

Republika Biala Flaga - o Stronnictwie Białej Flagi. Ale jak on nap...dalał po fortepianie... Jeden z komentarzy: " Yes! Teraz produkuje się tylko 'gówno'
Muzyka została już stworzona"

Lawa - wulkany wstają, warczą lawą ... i jeden by drugiego zalał. I tak zaczęła się transformacja w Polsce. "Pozytywne, mimo wszystko" - pisze ktoś w komentarzu.

Mamona - Nam się to kojarzy z Agorą, czyli tym, co zostało z Mojej Krwi. Komentarz jakiś taki w podobnym kierunku: "taaa , słuchać i płakać teraz to se można usłyszeć : " łłłoooo , jak ja jej to powiem(...) że muszę żyć życiem towarzyskiem ,łoo łoo " czy jakoś tak"

Odchodząc - Komentarz: "mój chłopak poprosił mnie bym przekazała jego rodzicom że chce by ta piosenka była puszczona na jego pogrzebie. Powiedziałam i została puszczona..." No cóż. Gdyby nie to, co było w ostatnich 40 latach, to i parę pogrzebów byłoby mniej. Jakoś im znaleźć miejsce, na półce czy parapecie...

Dzień Niepodległości. Ani ja, ani ty. - Michnikowi i jego drużynie:)

I na pocieszenie: póki się oddycha... Republika Marzeń :)

Spotykamy się 30 stycznia o godz 21.00 pod Pomnikiem Mickiewicza.

[mirror na Salonie24]


aa

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 12 maja 2007

Felonia

"Jest też lewicowa tradycja Pużaka czy Żuławskiego i tę tradycję bardzo poważam. Nie w pełni się z nią zgadzam, ale to jest tradycja bardzo cenna. Ale z tradycją np. "Gazety Wyborczej" nie ma nic wspólnego." - powiada Jarosław Kaczyński w rozmowie z Joanną Lichocką i Igorem Janke ("Powróćcie do swojego etosu", Rzeczpospolita, 12, 05,07). Aż nam się zrobiło szkoda, żeśmy w robieniu wywiadu nie uczestniczyli, bo byśmy próbowali poszerzyć pewien wątek, w dyskusji poruszony zaledwie marginalnie.

Niektórzy z nas zetknęli się po raz pierwszy z Michnikiem i młodzieżą walterowską całe lata temu, jeszcze przed Marcem 68 roku, i zawdzięczają im zrozumienie, poprzez egzemplifikację, które określiło tory ich życia: że zdefiniowanie się jako przeciwnik nie-demokracji wcale nie oznacza, że samemu jest się demokratą. A w konsekwencji, że podziały istniejące między niedemokratami a demokratami mogą być w Polsce dawnej i obecnej równie przepastne, co i między demokracją, a nie-demokracją. W Polsce dzisiejszej Jacek.Ka opisuje dwuwymiarowy model myślenia politycznego, a jego otoczenie łatwo przyjmuje jako naturalną koncepcję, że do opisu świata idei potrzebne są dwie osie współrzędnych, a nie jedna; Jarosław Kaczyński też zdaje się zgadzać, że nie wystarczy zaznaczyć na osi rzędnych odległości osoby od punku zero w kierunku lewym lub prawym. Jednak w latach 1960tych, a dla niektórych ludzi niekiedy do dzisiaj, jest to prawdziwe odkrycie: zresztą, dorysowanie osi prostopadłej (demokracja i nie-demokracja) do dualnego modelu myślenia niebywale wzbogaca intelektualnie. W zasadzie można powiedzieć, że zmienia życie, na tej zasadzie, że głęboko transformuje najgłębsze warstwy mechanizmów dokonywania życiowych wyborów. Inną rzeczą jest, czy rzut na płaszczyznę wystarcza, by poradzić sobie z opisem wszelkich procesów dziejących się w społeczeństwie wychodzącym zarówno z epoki totalitarnej, jak i z imperialnego uzależnienia.

To prawda, na przykład, że Ewa Milewicz ozdabia swój blog stwierdzeniem "tu pisze KPP". Ale na ile ta etykieta jeszcze odpowiada treści? Możnaby zaryzykować stwierdzenie, że z tekstów Michnika oraz jego środowiska coraz jawniej przebija głęboka pogarda dla "nizin społecznych" z pozycji, które już nie mają wiele wspólnego z etosem jakiejkolwiek lewicy, nie tylko tej Pużaka, ale także autorytarnej czy totalitarnej: przecież nawet uwielbienie dla Robotnika symbolizującego racje moralne Ludu w twórczości marksistów - leninistów (ale koniecznie z dużej litery, i koniecznie z zastrzeżeniem, że wyrazicielem woli Robotnika jest Komitet Centralny jego Partii), w tekstach Michnika zostało zastąpione jawną niechęcią, agresją i stygmatyzacją przedstawicieli Ludu w zasadzie wyłącznie negatywnymi konotacjami emocjonalnymi, widocznymi w samej terminologii: "przegrani," "zawistnicy", "rynsztok", "motłoch" etc. Sfera werbalnej symboliki była dla partii komunistycznych tak ważna, że trudno uznać to odstępstwo za mało istotne.

"Po roku 1989 Polska korzystała z owoców uwolnienia od komunizmu. Polska Solidarność spowodowała pokojowe przemiany. Dziś jednak koalicja, żądnych zemsty przegranych demokratycznego zwrotu, spycha kraj w nową niewolę" - pisze Adam Michnik na łamach niemieckiego dziennika "Die Welt" i dodaje, że "Solidarność kierowała się filozofią kompromisu, a nie zemsty. Chciała Polski dla wszystkich, a nie państwa podzielonego na wszechwładnych zwycięzców i uciskanych przegranych."

Człowiek staje czasem przed prostą alternatywą, albo - albo, szczególnie w sytuacjach granicznych. Można zaakceptować, że dla jakiegoś szeregu ludzi sytuacją graniczną jest ustawa lustracyjna, ale alternatywie Michnika "kompromis lub zemsta" brakuje definicyjnego aneksu. Kompromisy między światopoglądami są w ogóle niemożliwe, gdyż ich immanentną cechą jest samoistość, ale można kompromisować się w zakresie praktycznych skutków współistnienia rozmaitych światopoglądów na tym samym terytorium. Dlatego noblista Nelson Mandela zdefiniował kompromis jako najzupełniej praktyczną sytuację, że przywódca jako ostatni wychodzi z więzienia (czego o ekipie z Magdalenki nie da się powiedzieć) i powołuję Komisje Prawdy i Pojednania. Michnik swojej koncepcji kompromisu w ogóle nie definiuje, zaniedbuje również zaopatrzyć czytelnika w definicję słowa "zemsta", wystarczającą odróżnić ją od poczucia sprawiedliwości czy zwyczajnej, historycznej ciekawości; ustawia więc ową alternatywę tak, że oskarżając adwersarzy o niskie pobudki, na nich zrzuca ciężar dowodzenia własnej niewinności w procesie, w którym nie znają aktu oskarżenia. Trudno też poważnie polemizować z hasłem "Polska dla wszystkich" z prostego powodu, że najbardziej zawzięci lustratorzy nie proponują pozbawiać obywatelstwa swoich adwersarzy.

Proste, kafkowskie alternatywy kompromisu i zemsty, wygranych i przegranych, taką dualną optyką posługuje się również Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu obalającym ustawę lustracyjną. Wspomina o zemście jako nieakceptowalnej motywacji ("lustracja nie może być narzędziem zemsty), oraz ogranicza cele lustracji do "clearingu" instytucji państwa, powiadając, że lustracja ma zapobiegać antydemokratycznym działaniom lustrowanych osób i ich ewentualnemu szantażowaniu przeszłością. Ewidentnie taka definicja celów lustracji może być wyznaczana tylko pod warunkiem przyjęcia arbitrażu Michnika w interpretacji, a raczej nie-interpretacji terminu "kompromis", ewidentnie też, prawa człowieka, wskazane w orzeczeniu jako "zabezpieczenie przed zemstą", same w sobie nie zostały przez Trybunał Konstytucyjny wystarczająco zinterpretowane, jak i zresztą pozostałe terminy; np. co rozumie TK pod terminem "zemsta" ? W kategoriach prawnej dyskusji należałoby się spodziewać większej precyzji, niż w publicystyce Michnika, gdzie pewne terminy bywają - naszym zdaniem - zaledwie zabiegiem erystycznym, celowo niedoprecyzowanym, zamykającym antagonistom prawo do równorzędnej dyskusji równie skutecznie, i niemal równie często, co oskarżenie o antysemityzm.

Tekst Michnika w "Die Welt" zwięźlej i bardziej zrozumiale niż tekst orzeczenia TK ujawnia, że język wysokiej moralności służy czasem upraszczaniu świata do granic absurdalnej prostoty - czy istotnie da się podzielić ludzi na jednoznacznie wygranych i jednoznacznie przegranych oraz uznać, że życie, w tym polityka, polegają na nieustającej wojnie o to, po której będzie się stronie, kto kim będzie miał prawo pogardzać, i czy istotnie wygrana materialna lub wysoka pozycja społeczna przydają osądom moralnym i towarzyskim wygranych znamion jakiejś absolutnej prawdy?

Jarosław Kaczyński powiada o inteligenckim etosie "to przede wszystkim etos służby innym - ludowi, społeczeństwu, narodowi, wreszcie państwu. W moim rozumieniu inteligenci to ludzie, którzy coś z tego tradycyjnego etosu zachowali." Swego czasu całkiem podobna dyskusja o etosie miała miejsce w USA, ale nie na lewicy, tylko prawicy.

W zamierzchłych czasach, kiedy Bush nie dotarł jeszcze do półmetka swej pierwszej prezydentury, jego Partia Republikańska przeżyła wielką awanturę o bezdomnych. Poszło o pomysły przedstawicieli skrajnie konserwatywnego skrzydła, którym udało się wygrać tu i ówdzie wybory miejskie. Nazwiska utonęły nam w mrokach niepamięci, ale jeden z nowych, ultrakonserwatywnych burmistrzów wymyślił, że najlepszym programem walki z bezdomnością jest... wyrzucanie bezdomnych z miasta! Trzeba bezdomnego złapać, wywieźć za miasto, i już. Hycel na ludzi, na tym to polegało w praktyce, że owi skrajni konserwatyści zaproponowali takie powiększenie szeregów policji, by hyclowanie odbywało się bez nadwerężania innych jej obowiązków. Z obliczeń wynikało, że i tak budżet miejski na tym zyska, gdyż w miejskiej kasie pozostaną pieniądze wydawane na schroniska i garkuchnie dla biednych.

I wtedy rozpętała się wielka awantura o moralność i - właśnie - etos! - w obrębie Partii Republikańskiej. Amerykańska tradycja republikańska jest wystarczająco silnie oparta na tradycjach nędzarzy odrzuconych ze Starego Kontynentu, emancypujących się ku dumnej obywatelskości, protestanckiej koncepcji współczucia i niechęci do arystokracji, by dla części członków i zwolenników Republikanów takie koncepcje okazały się nie do przyjęcia. Stało się jasne, kto tą bitwę wygra, kiedy do gry wkroczyły żony polityków i biznesu, w obronie ich style of life, polegającego na balach charytatywnych i dobroczynności, w tym i takiej, że raz w tygodniu pracuje się za darmo w jakiejś garkuchni lub schronisku dla kobiet.

Michnik pisze, że Polską rządzi "koalicja, żądnych zemsty przegranych demokratycznego zwrotu," motywowanych "poczuciem niesprawiedliwości, rozgoryczenia, zawiści i destruktywnej energii, skierowanej na odwet wobec dawnych wrogów i dawnych przyjaciół, którym się lepiej powiodło."

"Którym się lepiej powiodło".... Czyli to jest właściwe znaczenie zdania, od którego Michnik zaczyna swój wywód: "Polska korzystała z owoców uwolnienia od komunizmu."

I to jest aż takie proste. Świat Michnika, podobnie jak owych skrajnych konserwatystów, jest bardzo prostym światem, w którym ludzie dzielą się na wygranych, obficie "korzystających z owoców", oraz identyfikowanych z samym państwem, gdy po drugiej stronie wrą rzesze zawistnych "przegranych", godnych pogardy i "obywatelskiego nieposłuszeństwa" nawet, jeśli zajmują najwyższe stanowiska w państwie, gdyż ich pobudki i motywacje są równie niskie, co i pozycja społeczna, przypisana im niemal "genetycznie", skoro nijak się ma do pozycji w państwie realnie zajmowanej. Owym "wygranym" przysługuje wysoka moralność i pozycja wygranych, właśnie dlatego, że są do wygrywania predystynowani, a bezdomni są sami sobie winni, i dlatego godni pogardy - zresztą, zasługują na bezdomność i pogardę poniekąd z urodzenia, zupełnie niezależnie od mechanizmów demokracji formalnej.

Tylko, właśnie, co ma to wspólnego z prawami człowieka, demokracją i państwem prawa, albo jakąkolwiek lewicą, nawet tą totalitarną?

Być może potrzebny jest jakiś trzeci wymiar, w którym da się opisać ewolucję od totalitarnej lewicowości do mentalności cwaniaka, który obdziela ludzi szacunkiem w zależności od ich statusu materialnego, odległości od społecznych szczytów i predystynacji do sprawowania władzy oraz stanowienia prawa. W tym bardzo egzotycznym obszarze trzeba się poruszać jak po polu minowym, jeśli chodzi o terminologię. Ewolucja czy dewolucja, czy można nazywać degradacją proces, w którym jakieś zmiany niewątpliwie zachodzą, ale który się zaczyna w punkcie totalitaryzm? "Czy można być większym kanalią? " - szczerze kiedyś zapytał Michnik swoich fanów. Nie doczekał się odpowiedzi.

"Prawdziwość sądów weryfikuje się, odwołując się do autorytetu. To tragedia polskiego myślenia." - powiedział Jarosław Kaczyński. O tak, powiedzielibyśmy, dodając, że nie tylko wtedy, gdy określamy się weryfikując pozytywnie swoją opinię z sądem autorytetu. Weryfikacja negatywna bywa równie często tragiczna w skutkach, gdyż w obu przypadkach ów autorytet staje się punktem odniesienia, początkiem własnego światopoglądu, ocen własnych, lub własnego umysłu pomięszania, świetnie opisanego przez Tomasza Wróblewskiego w notce "Jak stałem się faszystą". Życie demokratyczne uwzględnia i to, że w dyskusji intelektualnej nie ma demokracji, gdyż siła przekonywania zależy od talentu, a nie ilości głosów. Ale kiedy Jarosław Kaczyński przypomina, że w średniowiecznym prawie lennym funkcjonował termin "felonia", oznaczający m.in. złamanie powinności lennych przez seniora wobec wasala, karane utratą lenna albo zwierzchnictwa lennego, to aż się prosi zderzyć implikacje tego terminu na współczesnym gruncie intelektualnym z koncepcjami obywatelskiego nieposłuszeństwa, promowanymi w blogu Ewy Milewicz. I to jest właśnie ten wątek, którego nam zabrakło. Nawet nie prawo do rezygnacji z weryfikowania własnych poglądów poprzez odwołania do autorytetów, ale skromniej, prawo do intelektualnej, a nie prawnej felonii, czyli zupełnego ignorowania takich punktów odniesienia, obojętnie, zgodnych lub przeciwnych własnemu światopoglądowi, które mają zbyt wiele wspólnego z koncepcjami nadczłowieka i "genetyką" uprawnień do stanowienia lub obalania prawa, wskazywania ludzi pozbawionych wyższych motywacji, a nawet zdolności do przeżywania tychże.

link: mirror na Salonie24


Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

wtorek, 10 kwietnia 2007

Józef Pinior, Ludwik Turko: Nie wylewajmy lustracji z kąpielą

Przed złą ustawą należy się bronić. Ale krytycy nowej ustawy lustracyjnej przekraczają granice obrony koniecznej. Siedemnaście lat po odejściu PRL-u w niebyt, sprawa lustracji nabrała nowego rozpędu. Lustracja w Polsce przypomina pożar torfowiska. Podziemny ogień potrafi tlić się przez wiele lat, czasem, gdy wydaje się, że już jest po wszystkim, ogień znów wybija na powierzchnię. To, co Niemcom, Czechom, Węgrom zabrało kilka miesięcy, nam zabiera lata. Pierwsza ustawa lustracyjna powstała dopiero w roku 1997. Działała z lepszym lub gorszym skutkiem przez prawie dziesięć lat, do połowy marca tego roku, kiedy to zastąpiła ją ustawa obecna.

Sądząc po efektach, można podejrzewać, że gdyby ktoś, przebiegły i wpływowy, chciał skutecznie przyblokować lustrację w Polsce, postąpiłby właśnie tak: po pierwsze, maksymalnie rozszerzyłby krąg osób objętych obowiązkiem lustracyjnym, i to w taki sposób, aby w zasięgu lustracji znalazły się aktywne środowiska opiniotwórcze, po drugie, zadbałby o prowokacyjne rozwiązania ustawowe, których rzetelność prawna jest wielce wątpliwa.

Scenariusz ten zadziałał bezbłędnie. Zaczęło się od dziennikarzy, a parę dni później zawrzało w środowiskach akademickich. Krytyka poszczególnych zapisów ustawowych jest w przypadku owej ustawy zadaniem tak łatwym, że wręcz banalnym. Zadziwiające jest, że po szesnastu latach doświadczeń odrodzonego polskiego parlamentaryzmu w obiegu prawnym pojawił się twór tak pokraczny.

Zabieramy jednak w tej sprawie głos nie po to, aby dalej pastwić się nad żenującymi zapisami ustawowymi. Zabieramy głos dlatego, że przy okazji krytyki szczegółowych rozwiązań legislacyjnych dokonuje się publiczny akt przysłowiowego wylewania dziecka z kąpielą.

Wobec emocji wywołanych ustawą lustracyjną warto wrócić do punktu wyjścia. Dla polskiej opozycji demokratycznej było bezsporne, że współpraca z peerelowskimi służbami bezpieczeństwa jest rzeczą niegodną. Projekcja tych przekonań na nasze wyobrażenia o nastrojach społecznych spowodowała, że sprawę rozliczeń byłych współpracowników zostawiono osądom środowiskowym, bez sięgania po środki nacisku prawnego. Wnet się okazało, że w poszczególnych środowiskach poczucie wspólnoty korporacyjnej zdecydowanie wygrywało z chęcią dokonywania moralnych osądów. Zabrakło również owych skruszonych grzeszników gotowych do pokajania się za swe przewiny. Dopiero w grudniu 2005 roku, w piętnastym roku demokratycznej Polski, Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego stwierdził, że "tajna i świadoma współpraca z organami bezpieczeństwa PRL była postępowaniem niegodnym nauczyciela akademickiego". Jest to chyba jedyna tego typu deklaracja podjęta przez Senat którejkolwiek z prestiżowych polskich uczelni.

Podstawowym przesłaniem obecnej ustawy jest stwierdzenie zawarte w jej preambule: "Stwierdzamy, że praca albo służba w organach bezpieczeństwa państwa komunistycznego, lub pomoc udzielana tym organom przez osobowe źródło informacji, polegające na zwalczaniu opozycji demokratycznej, związków zawodowych, stowarzyszeń, kościołów i związków wyznaniowych, łamaniu prawa do wolności słowa i zgromadzeń, gwałceniu prawa do życia, wolności, własności i bezpieczeństwa obywateli, była trwale związana z łamaniem praw człowieka i obywatela na rzecz komunistycznego ustroju totalitarnego". Stwierdzenia tego warto bronić, nawet jeśli dalsza treść ustawy budzi istotne wątpliwości. Zresztą samo zaistnienie sytuacji, gdy takie - wydawałoby się - oczywiste stwierdzenie wymaga dodatkowych uzasadnień, powinno się stać źródłem gorzkiej refleksji dla wszystkich związanych z polską demokratyczną opozycją lat PRL-u.

Przed złą ustawą należy i można się bronić - uważamy jednak, że w niektórych przypadkach dochodzi, używając prawniczego języka, do przekroczenia granic obrony koniecznej. Gdy profesorowi nauk politycznych z instytutu Polskiej Akademii Nauk obecna ustawa przypomina nazistowskie ustawy norymberskie, pojawiają się wątpliwości albo do jego rzetelności, albo do jego politologiczno-historycznej fachowości. Gdy inni porównują oświadczenia lustracyjne do lojalek stanu wojennego, to albo nie wiedzą, czym były lojalki, albo też ich emocje wygrywają ze zdrowym rozsądkiem. Gdy padają stwierdzenia o orwellowskim świecie, o lepkiej atmosferze strachu, o łamaniu sumień - można wysnuć jedynie wnioski o stanie emocjonalnym dyskutantów.

W żadnym wypadku nie można się zgodzić z argumentami sprowadzającymi rzecz do odległej przeszłości: nie jest ważne, co ktoś kiedyś robił, ważne jest, co robi teraz. Jeśli historia ma być nauczycielką życia, to nie można aplikować kuracji oferującej pigułki zapomnienia.

Opublikowane GW, 5 kwiecień 2007

środa, 4 kwietnia 2007

Armageddon to iluzja...

Absolutna prawda jest możliwa tylko w państwie totalitarnym i religiach. W życiu społeczeństwa demokratycznego istnieją różne racje i różne opowieści, które składają się na historię. Sądząc z moralizatorskiego zadęcia widocznego po obu stronach aktualnej debaty lustracyjnej, pewnej części dyskutantów wydaje się, że żyją w PRL, gdzie może istnieć tylko jedna prawda, więc najlepiej, żeby to była ich prawda, lub że uczestniczą w debacie jakiejś sekty gnostycznej o praprzyczynach wszystkiego czy apokaliptycznym końcu świata, która ustali duchowy, ostateczny wymiar ich wiary. Tymczasem każde społeczeństwo zapomina, nawet takie bez totalitarnych doświadczeń, i dlatego każde przeprowadza różne działania rekonstrukcyjne. Rekonstrukcja, odtwarzanie, jest najzupełniej normalną praktyką w zachowaniach społecznych. Zajęciem, które bywa pasjonujące, ale które niezwykle rzadko wywołuje histerię.

Jeśli z doświadczenia społecznego zostanie wycięta część doświadczeń jednostkowych, to w zbiorowej pamięci powstaje system dziur, w których zamiast racjonalności rządzą emocje i strach. Takim echem totalitarnej przeszłości jest na przykład irracjonalizm w odniesieniu do państwa, wyskakujący przy najróżniejszych okazjach. Tylko w jednej debacie lustracyjnej w Rzeczpospolitej z 17 marca dowiadujemy się, że Polska to „państwo szantażu”, „państwo strachu”, „państwo okresowej dyktatury z dyskrecjonalną władzą urzędników IPN”, w którym na porządku dziennym jest wykluczanie, wyjmowanie spod prawa, lojalki, cenzura, „brutalne wymuszanie dyscypliny”, „myślenie konkwistadorskie” władzy, a nawet „agenci obiektywni na zasadzie odwrotnej do stalinizmu”, którą to zasadę rozumie chyba jedynie Tomasz Lis, pomysłodawca formuły.

Na poziomie racjonalnym wszyscy wiedzą, że ustrój RP nijak się ma do ustroju PRL, ale emocjonalne zrównanie obu państw ma równie nihilistyczny skutek, co intelektualne, powoduje, że nawyki myślowe, wzorce, rytuały i praktyki z jednego systemu zaczynają funkcjonować w innym. Po pierwsze, wywołuje się „onych” Teresy Torańskiej - obraz władzy wyalienowanej, obcej, niemoralnej, stosującej terror jako metodę rządzenia i tworzącej nieprawomocne prawa, wobec czego takiej władzy nie musimy słuchać, praw nie musimy przestrzegać, a nawet będziemy wysoce godni i szlachetni, jeśli posłuszeństwo wypowiemy.

Po drugie, przydaje się znamion poprawności i normalności takim zjawiskom we współczesnych elitach politycznych, które w demokracjach do poprawnych na pewno nie należą, za to łatwo można odnaleźć ich pierwowzory w epoce totalitarnej. Oto Jan Rokita w wywiadzie dla „Dziennika” z 19 marca mówi, że po obaleniu rządu Olszewskiego „zainteresowani dostali prawo, by w zupełnie nieformalnym, tak naprawdę politycznie uzgodnionym, trybie sprawdzić dokumentację zgromadzoną w UOP.” Chyba nie zdaje sobie sprawy, że dokładnie to samo mógłby powiedzieć i Michnik o powoływaniu swojej wcześniejszej „komisji historycznej”.

Trzecim skutkiem emocjonalnego zrównania PRL i RP jest zamazanie różnic między demokracją a totalitaryzmem, ku szkodzie współczesnej demokracji, a ku pożytkowi wszelkim pozostałościom po epoce totalitarnej. Pojawiają się obszary werbalnego tabu. Nawet zwolennicy dekomunizacji unikają słowa „totalitaryzm” w odniesieniu do PRL, używając zamiennie słów „dyktatura” czy „autorytaryzm”. Tymczasem żadna junta wojskowa i żadne autorytarne państwo nie likwiduje rynku, systemu własności i klasy średniej. System sowiecki w schyłkowej fazie nie był tak morderczy i konsekwentny jak w swoich początkach, ba, można wymienić cała listę rządów autorytarnych, które wymordowały więcej ludzi niż junta Jaruzelskiego, niemniej totalitaryzm to totalitaryzm. System sowiecki nie był ani trochę lepszy niż nazistowski, a jeśli masz w tym względzie jakąś wątpliwość, to zapytaj mordowanego człowieka, czy mu sprawi różnicę, jeśli miejsce, w którym go mordują, zostanie przemianowane z gułagu na obóz koncentracyjny lub odwrotnie. Jeszcze Reagan dyskutował z Gorbaczowem o łagrach.

Społeczeństwa podnoszą się z totalitaryzmu dużo dłużej niż z jakiegokolwiek autorytaryzmu, gdyż zniszczenia są nieporównywalnie głębsze. W zasadzie do dzisiaj Polska jest mentalnie zanurzona w fazie posttotalitarnej, o czym mogą świadczyć choćby uwagi Żakowskiego o „dyskrecjonalnej władzy urzędników IPN”. Jeśli nie rozumie się świata, w którym się żyje, to trudno oczekiwać, by ktoś taki myślał i działał racjonalnie. Gorzej, jeśli zwątpienie w racjonalność pobudek dotyczy nie jednostek, a sporych i wpływowych grup społecznych.

Schemat etniczny

Po wojnie walczący z faszyzmem na zasadach innych niż stalinowskie zostali wymordowani lub trafili do więzień. Obozy koncentracyjne były „złe”, bo robione przez wroga, łagry „dobre”, bo robione przez „naszych”. Jednak zadziwiająca powojenna symbioza nazistów z komunistami bardzo wyraźnie ujawnia się w spadku politycznym po NRD czy tym, że Moczarowi udało się dokończyć dzieła Hitlera - Polska rzeczywiście stała się niemal „Juden - frei”. Kropkę nad i postawiło łódzkie UB, które spolonizowało „Protokoły mędrców Syjonu” i opublikowało je jako partyjny materiał propagandowy. Nie można tego nazwać tłumaczeniem, gdyż polska wersja różni się od niemieckiej. Została zaktualizowana i wzbogacona o treści „pożyteczne” do wojny z „syjonistyczną zarazą” w 1968 roku, razem z nazistowskimi plakatami skopiowanymi z Sturmera.

Po 1968r moczarowcy systematycznie powiększali swoją sferę wpływów, by osiągnąć apogeum władzy w latach 1980tych. Jaruzelski i Kiszczak są właśnie moczarowcami. Sowiecki agent „Wolski” i - być może - jego oficer prowadzący symbolizują frakcję PZPR, której udało się dokonać ideologicznego mariażu obu totalitaryzmów: wolny od Żydów barak w sowieckim łagrze. Mentalność Prawdziwych Polaków spod znaku sierpa i młota wypaliła piętno nawet na działaczach byłej opozycji. Obserwując krajową modę z drugiej połowy lat 1990tych na „ujawnianie” własnego żydowskiego pochodzenia pewna emigrantka 1968 roku skomentowała, że robi się jej słabo, jak to widzi, gdyż kojarzy się jej z tymi dwoma Japończykami, co ukrywali się w dżungli na filipińskiej wyspie Mindanao przez 60 lat od zakończenia II wojny światowej. A w trakcie pierwszych dyskusji o księdzu Czajkowskim pewien Polak, określający się jako filosemita, powiedział, że Czajkowskiego należy bronić, gdyż inaczej załamie się dialog polsko - żydowski. Czyli bycie Żydem to jakaś wstydliwa choroba, Polacy mogą konwersować z Żydami wyłącznie za pośrednictwem totalitarnej policji politycznej, nawet jak upadnie państwo, które ją powołało do życia, a tak poza tym, to „wszystko załatwiliśmy” i jesteśmy wielce cywilizowani...

Piętno moczaryzmu widać nawet w tekście Karola Modzelewskiego, który w Gazecie Wyborczej z 17 marca najpierw przywołuje doświadczenia 1968 roku, a zaraz potem nazywa dziwactwem, że ustawa obejmuje też „badacza ssaków kopalnych z PAN lub wykładowcę matematyki z uniwersytetu”, którzy „po prostu wykonują swój zawód.” Właśnie czystki antysemickie na uniwersytetach w 1968 roku są świetnym argumentem, że jakieś minimum postawy obywatelskiej powinno obowiązywać także badaczy ssaków kopalnych, matematyków i astronomów. To chyba niemożliwe, żeby autor zapomniał, że Żydzi miewali problemy nie tylko na wydziałach uczących marksizmu - leninizmu?

Być może żaden z dzisiejszych, profesorskich, sympatycznych badaczy przyrody ludzkiej i zwierzęcej nie zaczął swojej kariery od napisania donosu na knującego spiski syjonistę, który okupuje etat mu należny; być może żaden nie wpisywał do indeksu stopni zależnych od koloru włosów, oczu i brzmienia nazwiska, być może żaden nie ścigał się w lojalkach, donosach i współpracy z bezpieką, byle tylko zostać marcowym docentem. A może i donosił, ale potem przestał. Albo był „tylko” lojalny ideologicznie, na zebraniach PZPR potępiał syjonistów wystarczająco gromko, by go wpisano na listę osób godnych awansu i nigdy nie wybierał asystentów o światopoglądzie jak najbardziej zbliżonym do własnego? Ale czemu w takim razie tego nie sprawdzić?

Ewa Milewicz, często wymieniana jako przywódczyni akcji bojkotu ustawy lustracyjnej, pisze w swoim blogu, że jej przeszłość jest jej prywatną sprawą; nieco wcześniej powiada o Wojciechu Jaruzelskim, że atakowanie go po utracie władzy jej nie interesuje, a nawet pisze, że „degradowanie generała bym uznała za degradowanie siebie”. „Przy takim podejściu to dr Mengele, wiodący nobliwe lekarskie życie w Urugwaju czy Paragwaju, byłby tylko miłym starszym panem kochającym dzieci” - odpowiada jej w dodatku lokalnym GW profesor fizyki z Uniwersytetu Wrocławskiego Ludwik Turko. Bardzo przyjemnie się czyta wykładowcę uniwersyteckiego, który jeszcze pamięta, że jego praca to nie tylko zajęcie zarobkowe, lecz także pełnienie funkcji autorytetu wychowawczego.

Milewicz powiada, że nie musi być dziennikarzem. Może prowadzić pasmanterię, bo lubi guziki. To prawda, nie musi. Nie musi być również wykładowcą uniwersyteckim, politykiem, dyplomatą. Ale jej przeszłość przestała być jej prywatną sprawą, gdyż robi wokół niej kampanię publiczną, która krzywdzi cudzą teraźniejszość - na przykład żydowską. A także i polską, gdyż i po polskiej stronie jest wystarczająco dużo ludzi, którzy wiedzą, że Polska nigdy nie była państwem jednoetnicznym, i którzy nie chcą się pogodzić z polską teraźniejszością i przyszłością wyznaczaną przez kolejne mutacje ideologii Adolfa Hitlera i Mieczysława Moczara. Nie każdemu podoba się nakładanie tabu społecznych przemilczeń na mniejszości etniczne, polityczna etykieta „żydokomuny”, dzisiaj bezmyślnie powtarzana nawet przez publicystów Gazety Wyborczej, np. ustami Głowińskiego, któremu się widać wydaje zabawne o ofiarach czystek etnicznych przytoczyć cytat, że „pies nie ucieka z miejsca, gdzie nasrał”.

Otóż te „psy” nie wróciły dlatego, że do końca PRL na granicach funkcjonowały listy z ich nazwiskami, a ambasady PRL odmawiały wiz nawet na pogrzeb członka rodziny. Za to w czasach „Solidarności” wracały duchem, organizując komitety poparcia „Solidarności”, zbiórki pieniędzy, transporty dla podziemia i zwyczajne paczki żywnościowe, którymi rodziny osób działających w opozycji mogły nadrobić brak kartek żywnościowych. Ale kto z dzisiejszej młodzieży o tym wie? I kto w ogóle za czas jakiś będzie wiedział, że istnieli Polscy Żydzi, że ich tradycja tysiąca lat na polskiej ziemi to dłużej, niż istnienie niejednego narodu? Jak można nauczyć młodzieży czegokolwiek o najpiękniejszych tradycjach Polski, jeśli w samej Polsce się ludzie uprą pamiętać wyłącznie o „żydokomunie” i epitetach w stylu Głowińskiego? Czy dla obrony aliansu z Jaruzelskim było warto poświęcić aż tak wiele?

Co złego się stanie, że się młodzieży powie, że agenci bezpieki bywali po wszystkich stronach etnicznych barier, i że grali ten sam mecz? Byli również na emigracji. Totalitaryzm jest paskudny i chwyta się każdych metod. Etniczni Żydzi i etniczni Polacy przez całe lata toczyli wściekłe wojny polsko - żydowskie, pobierając za nie wynagrodzenie z jednego i tego samego urzędu. To się nasiliło w latach „Solidarności” - z oczywistych powodów. Dlaczego polska młodzież miałaby nie poznać i tego kawałka historii, i całej reszty? A relacja między etnicznością a komunizmem? Kontrowersyjne pytanie, czy Jaruzelski jest Polakiem? Może i się taki urodził, ale jedyne jego prawdziwie uśmiechnięte fotografie zostały wykonane w Moskwie... KPP a Bund czy PPS to też bardzo ciekawy, konfliktowy układ, którego ślady istnieją do dzisiaj w postaci represyjnego myślenia w stosunku do „heretyków.” Istnieje całe morze pasjonujących tematów do dyskusji, które się otworzą wraz z otwieraniem archiwów, i które nie zawierają żadnych absolutnych prawd, gdyż są dyskusjami możliwymi do przeprowadzenia tylko i wyłącznie w demokratycznym społeczeństwie. I tak, kiedy jedni wypisują, że Polska to już nie ich państwo, drudzy odzyskują paszporty i wracają do domu.

Miedzy faszyzmem a komunizmem

Aż zatyka kompletnie, kiedy czyta się te porównania lustracji, czy w ogóle IV RP do PRL z lat 60tych: „kiedyś była demokracja, dzisiaj wolność, ale poza tym wszystko jest powtórzeniem, Kaczyńscy organizują gomułkowskie wiece, lustracja to powtórka Marca, a argumenty zwolenników otwierania archiwów powtórką propagandy Gontarza.” Skoro Kiszczak z Jaruzelskim, totalitarna bezpieka i jej agenci mają być dzisiejszymi syjonistami, to kto gra rolę Gontarza? Ci, co pójdą po swoją teczkę i powiedzą, co w niej znaleźli? A co na to wszystko mają powiedzieć ci oryginalni syjoniści, wypędzeni z Polski w 68? Robert Krasowski w Dzienniku z 15 marca pisze, że gdyby zapytać dzisiejszego trzydziestolatka, o co chodzi w wojnie lustracyjnej, największej i najdłużej trwającej wojnie ideowej w III RP, to zapewne ów trzydziestolatek nie potrafiłby odpowiedzieć. Ale nie tylko on. Marcowy emigrant też się łapie za głowę i zastanawia o co chodzi: czy dawni koledzy z opozycji oczekują, że przyjmiemy moczarowców, czyli tych wszystkich, co nas z Polski wygonili, w szeregi ofiar czystek antysemickich totalitarnego aparatu? To jest tak dziwne, że w naszych mózgownicach w żaden sposób nie chce się połączyć w koherentną całość.

Krasowski trafnie też zauważa kilka rzeczy, na przykład, że energia włożona w lustrację jest niepomiernie wielka w stosunku do energii włożonej w dekomunizację, ale z oglądu sytuacji wyciąga wnioski jedynie personalne. Że to wojna w obrębie KORu, poniekąd wojna w rodzinie, lustracja wzbudza więcej energii, gdyż kwestia zdrajców w obrębie rodziny zawsze budzi więcej emocji niż wrogowie. Ale nam się wydaje, że jest gorzej.

Wojna, która okazała się ważniejsza od wszystkich klasycznych sporów ideowych, inscenizowana jest w bardzo szczególnej scenografii: wojny faszystów z komunistami. Blog Ewy Milewicz ozdabia informacja „tu pisze KPP”, a jej najzaciętsi wrogowie z LPR powołują się na tradycję gett ławkowych przedwojennej Młodzieży Wszechpolskiej. Wojna KPP z ONR to nie lata 60te tylko lata 30te. Polscy Żydzi nie mają w tej wojnie nic do roboty. Późniejszy rozwój wypadków, a także zawartość rozmaitych blogów, pozwalają nawet postawić hipotezę, że to lewica Jaruzelskiego walczy z Jaruzelskiego prawicą. I że to dlatego komunistów nigdy nie denerwowało 30-procentowe bezrobocie wynikające z programu Balcerowicza, a rycerzy lustracji i łagiewnickiego katolicyzmu współpraca ideologa LPR z ateistą Jaruzelskim. Powiadają, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi prawdopodobnie o kasę. Grę iluzji uprawianą za pomocą tego, co marksiści nazywali dialektyką, a co jest używaniem sprzeczności do kontynuowania kontroli nad życiem społecznym, poprzez umiejętne dozowanie entuzjazmu i strachu, poczucie uczestnictwa „w słusznej walce”, tych samych emocji, które jednoczyły onegdaj aparat ZMP. Mentalne wzorce działania przeżywają systemy, które je zrodziły. Polityka posttotalitarna jest sztuką iluzji, nie tylko na radykalnych skrzydłach. Dużo się dzieje, króliki wyskakują z kapelusza, osoby pojawiają się i znikają, powstają i znikają partie, elektorat stawia się na kolejne wezwania do wojny o moralność, a ogólny układ sceny się nie zmienia, pozostawiając mgliste wrażenie ciasnoty. Ano, może tu za „Szewcami” Witkacego z 1934 roku powiedzieć, „komunista czy faszysta, ja w tym serze jako glista”.Co w tej sytuacji może zrobić człowiek, który się nie chce zapisać ani do faszystów, ani komunistów?

Emigracja 1968 roku przeszła niemal analogiczną antylustracyjną histerię niemal równo rok temu. Po spotkaniu z premierem Marcinkiewiczem, który publicznie obiecał otwarcie marcowych archiwów, rozpętała się agresywna kampania propagandowa, która zakończyła się małym deszczem z wielkiej chmury: zebrano tylko nieco ponad 200 podpisów pod czymś w rodzaju autodonosu wysłanego do Kancelarii Premiera. Też uważali, jak Ewa Milewicz, że ich przeszłość jest tylko ich, i zorganizowali akcję „obywatelskiego nieposłuszeństwa”, pod którą imiennie się podpisali. Na wieść o autodonosie najbardziej ucieszyli się historycy IPN oraz ci, co uważają, że tak mała liczba osób na tak dużą emigrację to niewiele i dobrze o emigrantach świadczy. Szczególnie jeśli się wie, że wśród niżej podpisanych były nie tylko króliczki, ale też krewni i znajomi króliczka, którym nijak było odmówić koledze, a także jakaś grupa głupców, która lubi błyszczeć z obojętnie jakiej okazji. Za to nie wszystkie króliczki były aż takie głupie, żeby się wpisywać na taką listę. Po roku z wielkiej kampanii pozostało jedynie zażenowanie, i zapewne tak samo potoczy się w Polsce.

Człowiek, który nie chce być ani faszystą, ani komunistą, musi szukać racjonalności we wszystkim, co myśli i robi. Początkiem jest empatia. Nie jest żadną katastrofą, że przeciwnik polityczny myśli dokładnie odwrotnie, niż my. Autorzy tego tekstu piszą z punktu widzenia osób żywiących nadzieję, że powrót do wielokulturowej Polski jest możliwy. Nie da się tego zrobić bez otwierania archiwów, ale dyskusje wokół najnowszej historii Polski można toczyć bez popadania w skrajne nastroje i złudzenia, że polityka toczy się między siłami anielskimi a zastępami szatana. Obojętnie, z jakiej pozycji się występuje.

wtorek, 27 marca 2007

Odezwy Żydowskiej Organizacji Bojowej

"My nie chcemy ratować życia. Żaden z nas żywy z tego nie wyjdzie. My chcemy ratować ludzką godność " - powiedział żołnierz ŻOB Arie Wilner- ps."Jurek" podczas spotkania z Henrykiem Wolińskim - "Wacławem", szefem referatu żydowskiego w Komendzie Głównej Armii Krajowej.



Odezwa Żydowskiej Organizacji Bojowej z 23 kwietnia 1943 rozlepiona na murach po "aryjskiej" stronie miasta.



Polacy, Obywatele, Żołnierze Wolności


Wśród huku armat, z których armia niemiecka wali do naszych domów, do mieszkań, naszych matek, dzieci i żon.

Wśród turkotu karabinów maszynowych, które zdobywamy w walce na tchórzliwych żandarmach i S.S.-owcach.

Wśród dymu pożarów i kurzu krwi mordowanego ghetta Warszawy - my - więźniowie ghetta - ślemy Wam bratnie, serdeczne pozdrowienia.

Wiemy, że w serdecznym bólu i łzach współczucia, że z podziwem i trwogą o wynik tej walki przyglądacie się wojnie, jaką od wielu dni toczymy z okrutnym okupantem.

Lecz wiedzcie take, że każdy próg ghetta jak dotychczas, tak i nadal będzie twierdzą; że może wszyscy zginiemy w walce, lecz nie poddamy się; że dyszymy jak i Wy żądzą odwetu i kary za wszystkie zbrodnie wspólnego wroga.

Toczy się walka o Waszą i naszą Wolność.

O Wasz i nasz - ludzki, społeczny, narodowy - honor i godność. Pomścimy zbrodnie Oświęcimia, Treblinki, Bełżca, Majdanka.

Niech żyje braterstwo broni i krwi Walczcej Polski!

Niech żyje Wolność!

Śmierć katom i oprawcom!

Niech żyje walka na śmierć i życie z okupantem!

ŻYDOWSKA ORGANIZACJA BOJOWA
Warszawa, ghetto 23 kwietnia 1943.


Image Hosted by ImageShack.us

Odezwa Żydowskiej Organizacji Bojowej z 3 sierpnia 1944
opublikowana dnia 11 sierpnia 1944 w dzienniku PPS "Warszawianka"

Do obrońców Warszawskiego Ghetta! Do pozostałych przy życiu Żydów!

Od trzech dni lud Warszawy prowadzi walkę orężną z okupantem niemieckim. Bój ten jest i naszym bojem. Po upływie roku od pełnego chwały oporu w ghettach i obozach "pracy", od obrony zycia i godności naszej, stoimy dziś wespół z całym Narodem polskim w walce o wolność. Setki młodzieży żydowskiej i bojowników ŻOB (Żydowskiej Organizacji Bojowej) stoją ramię w ramię ze swoimi polskimi towarzyszami na barykadach. Walczącym nasze bojowe pozdrowienie. Wzywamy wszystkich pozostałych jeszcze przy życiu bojowców ŻOB oraz całą zdolną do walki młodzież żydowską do kontynuowania oporu i walki, od której nikomu nie wolno stać z dala. Wstępujcie do szeregów powstańczych. Przez bój do zwycięstwa, do Polski wolnej, niepodległej, silnej i sprawiedliwej.