Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solidarność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solidarność. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 czerwca 2009

Teheran. Raport z 15 czerwca

nazwisko znane redakcji

(Please, RT and translate into your lang from Eng version - here)
O trzeciej po południu wraz z rodziną wyszedłem z mojego domu w Tajrish. Udaliśmy się wzdłuż Valiast Street, która jest główną ulicą Teheranu biegnącą z północy na południe, aż dotarliśmy do zjazdu Evin, który prowadzi do Enghelab Street. Wiedzieliśmy, że ludzie mieli się zebrać na Enghelab Sq. (Placu Rewolucji) o czwartej i przemaszerować w kierunku Azadi Sq. (Plac Wolności). Począwszy od mostu Gisha i dalej widzieliśmy idących ludzi. Auta trąbiły, a ludzie pokazywali znak zwycięstwa. Udaliśmy się do Navvab Street i na końcu ulicy zaparkowaliśmy nasz samochód. Potem posłużyliśmy się taksówką, by wrócić na Enghelab Street. Po drodze, w pobliżu Jomhouri Sq. (Plac Republiki), zobaczyłem grupę około 20 członków milicji na motocyklach, z długimi brodami i pałkami.

Trzymałem rękę za oknem samochodu z niewielką, zieloną wstążką (znak reformistów), owiniętą wokół palca. Jeden z milicjantów kazał mi wyrzucić wstążkę. Pokazałem mu palec. Nagle około 15 osób zaatakowało mnie wewnątrz samochodu. Pobili mnie pałkami i próbowali wyciągnąć na zewnątrz. Moja żona i moja córka, siedzące na tylnym siedzeniu, krzyczały i mocno mnie trzymały. Też się mocno trzymałem siedzenia w aucie. Wtedy chcieli wytłuc szyby w aucie. Kierowca wyskoczył i wyjaśnił, że jest taksówkarzem, a mu jego pasażerami, i że to nie jego wina. Po około 5 minutach odstąpili.

Boli mnie mocno łokieć. Nagle młody człowiek z ich grupy podchodzi i w ten łokieć całuje! Powiedziałem mu: Wiesz, nie nienawidzę ciebie. Jestym taki sam jak ty, tylko wiem więcej, a ty jesteś ignorantem. Przeprosił i odszedł. My przyłączyliśmy się do tłumu na Enghelab Street.

Czytaj uważnie:
To, co dzisiaj widziałem, było najpiękniejszą sceną, jakiej byłem świadkiem w całym moim życiu. Ogromna liczba ludzi maszerowała ramię w ramię, w pokoju. Cisza. Cisza była wszędzie. Bez haseł. Bez przemocy. Ręce podniesione w górę w znaku zwycięstwa, z zielonymi wstążkami. Ludzie nieśli transparenty z napisem: cisza. Starzy i młodzi, mężczyźni i kobiety; radośnie maszerowały wszystkie grupy społeczne. Był to niebywały znak solidarności.

Enghelab Street, która jest najszerszą ulicą w Teheranie, była pełna ludzi. Powiedziano mi, że pochód zaczyna się na Ferdowsi Sq., a kończy się obecnie na Imam Hossein Sq. we wschodniej części Teheranu, a po drugiej stronie ludzie już się zbierają na Azadi Sq. Ulica ma około 6 km długości. Szacuje się, że pomieściła około 2 miliony ludzi.

Po drodze minęliśmy posterunek policji i bazę milicji (Baseej). W obu miejscach drzwi były zamknięte i mogliśmy zobaczyć w pełni uzbrojone, policyjne i milicyjne oddziały prewencji, obserwujące nas spoza płotu. W pobliżu Sharif University of Technology, gdzie kilka dni temu studenci potępili Ahmadinejada, Mirhossein Mousavi (reformistyczny prezydent-elekt) oraz Karrubi (inny reformistyczny kandydat) wygłosili kilkuminutowe przemówienia, przyjęte przez ludzi okrzykami aprobaty i aplauzu.

Czułem dumę, że znalazłem się wśród tak wielkiej liczby owładniętych pasją ludzi, demonstrujących w tak umiarkowanym akcie protestu. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się takiej dojrzałości politycznej ze strony emocjonalnych Irańczyków, którzy łatwo się ekscytują. Moja rodzina i ja zakleiliśmy usta nalepkami, co miało oznaczać tłumienie wolności. Ludzie nieśli rozmaite afisze; od wierszy narodowego poety Ahmada Shamlu do łatwiejszych w odbiorze haseł przeciwko Ahmadinejadowi.

Oto przykłady: "Aby nas mordować/czemuż potrzebujesz nas zapraszać/na takie eleganckie przyjęcie" (z wiersza Shamlu); "Halo! Halo! 999? Ukradziono nasze głosy" albo "Cud Trzeciego Tysiąclecia: 2x2=24 miliony" (aluzja do twierdzeń, że Ahmadinejad otrzymał 24 miliony głosów), "Gdzie jest mój głos?", "Oddajcie mi mój głos" i wiele innych.

Przybyliśmy na Azadi Square, gdzie cały plac był już pełen ludzi. Szacuje się, że ten wielki plac może pomieścić około 500 tysięcy osób - był pełen. Nagle poczuliśmy dym od strony Jenah Freeway i usłyszeliśmy strzały. Najpierw ludzie się przestraszyli, ale potem poszli dalej. Ja tylko słyszałem strzały, ale moja siostra powiedziała mi później, że widziała, jak czterech milicjantów wyszło z budynku i zastrzeliło dziewczynę. Potem postrzelili młodego chłopca w oko, aż kula wyszła mu uchem. Powiedziała, że zastrzelono 4 osoby. Przynajmniej jedna z tych śmierci jest już potwierdzona. Ludzie zaaresztowali jednego z milicjantów, ale trzech pozostałych uciekło, kiedy skończyła im się amunicja. Około 8 zaczęliśmy powrót na piechotę. Ludzie dalej byli na ulicy, śpiewali Allah Akbar (Bóg jest wielki).

Do domu dotarłem około 2 nad ranem. Po drugiej stronie ulicy zobaczyłem około 10 autobusów z oddziałami prewencyjnymi w pełnym rynsztunku bojowym. Potem zauważyłem rozsianą po ulicy milicję w cywilnych ubraniach, z pałkami w rękach, zajętą patrolowaniem pustych ulic. Na Tajrish Square widziałem bardzo młodego chłopaka (okolo 16letniego) z pałką, który oglądał samochody by znaleźć coś, co mógłby zaatakować. Nie wiem jak i jakie nauczanie może chłopca przerobić na milicjanta.

Dotarłem do domu. Jutro ludzie znowu się zgromadzą na Valiasr Square, na kolejnym, pokojowym przemarszu ku budynkowi IRIB (Islamic Republic of Iran Broadcasting), która kontroluje wszystkie media i rozprowadza brudne kłamstwa. Przedwczoraj Ahmadinejad świętował swoją ceremonię zwycięstwa. Rządowe autobusy przywiozły wszystkich jego zwolenników z pobliskich miast. Ceremonia, z jej dużą ilością soków owocowych i ciastek, była w pełni transmitowana. Jego przemówienie zgromadziło maksimum 100 tysięcy ludzi, w tym całą milicję, żołnierzy i wszystkich zwolenników, jakich mógł zgromadzić przy użyciu darmowej, telewizyjnej propagandy. Dzisiaj 2 miliony ludzi przyszło tylko dzięki informacji przekazywanej z ust do ust, gdyż reformiści nie mają ani gazety, ani radia, ani telewizji. Wszystkie witryny internetowe reformistów, tak samo jak wszystkie sieci społecznościowe, jak Facebook, zostały zinfiltrowane. Podczas tej demonstracji odcięto także komunikatory sieciowe i komunikację komórkową. Od wczoraj irańska telewizja ogłasza, że nie było żadnego zezwolenia na jakiekolwiek zgromadzenia i służba bezpieczeństwa będzie surowo karać każdego demonstranta.

Ahmadinejad wyzwał opozycję od bandy nic nie znaczącego kurzu, który usiłuje zepsuć narodowi smak zwycięstwa. Wyzwał również zachodnich liderów od "brudnych homoseksualistów". Odpowiedzią na te wszystkie niesmaczne uwagi była dzisiejsza demonstracja, największa z tych, co się kiedykolwiek odbyły. Starsi ludzie porównywali ją z demosntracją Ashura, która wyznaczyła koniec reżimu szaha, a niektórzy twierdzili nawet, że przewyższyła ją w liczbie uczestników.

Mówiąc w przenośni, milicja sama podpalała dom, by znaleć usprawiedliwienie dla swej przemocy. Ludzie podporządkowali swą taktykę głownie solidarności, swoim przekonaniom i odmowie zaangażowania się w jakikolwiek akt związany z przemocą. Odczuwam smutek z powodu straty tych młodych dziewcząt i chłopców. Mówi się, że ostatniej nocy zabili też trójkę studentów w trakcie ataku na uniwersyteckie dormitoria. Słyszałem, że jakaś część profesorów z uczelni Sharif i AmirKabir (Teherańska Politechnika) zlożyła rezygnacje.

Przzed nami długa droga do demokracji. Może tego dnia nie dożyję. Z oczami pełnymi łez, w tych wczesnych godzinach wtorku, 16 czerwca 2009, wysławiam odwagę i męstwo poległych i mam nadzieję, że ich krew uczyni każdego z nas jeszcze bardziej przywiązanym do wolności, do demokracji, i do praw człowieka.
Wiwat Wolność, Wiwat Demokracja, Wiwat Iran.


PS. Jeśli uważasz, że ten raport ma jakąkolwiek wartość, podziel się nim z jak największą ilością ludzi. Facebook jest infiltrowany, a połączenia internetowe są dla Irańczyków dziś bardzo powolne. Proszę, niech ktoś to umieści na Facebooku.
(nazwisko znane redakcji)


po angielsku
http://www.facebook.com/note.php?note_id=92272294409&ref=nf

sobota, 28 marca 2009

Rozpaczliwa agonia lewicy

Józef Pinior

Z polskiej polityki znikają ostatnie już ślady lewicowych idei


Książka Bernarda-Henri Lévy’ego "Ce grand cadavre à la renverse" rozpoczyna się od opisu rozmowy telefonicznej, którą Nicolas Sarkozy przeprowadził z francuskim intelektualistą przed zakończeniem kampanii prezydenckiej we Francji. Przyszły prezydent zadzwonił do Lévy’ego, prosząc, by, podobnie jak André Glucksmann, wyraził on poparcie dla jego kandydatury. Ku zdziwieniu Sarkozy’ego, mimo podobieństwa poglądów, a nawet bliskich stosunków, jakie ich łączyły, Lévy odmówił. Jego zdaniem bowiem - jak tłumaczy na dalszych stronach książki - nie wolno rezygnować z odrębności lewicy ani pozwalać na jej rozpłynięcie się w ogólnie centrowej platformie politycznej.

Choć książka Lévy’ego stanowi krytykę postmodernizmu i triumfującej bezideowości w polityce francuskiej, zaproponowana w niej diagnoza świetnie przystaje do polityki światowej - w tym również polskiej. Po 1989 roku intelektualiści wskazywali na wyczerpywanie się XX-wiecznych sporów ideologicznych. Podkreślano trwałość konsensusu liberalno-demokratycznego, liberalizację gospodarki i polityki. Miało to szczególne znaczenie dla Europy Środkowo-Wschodniej. Powstające tam partie polityczne odwracały się od walki o idee. Proces ten w sposób bardzo podobny przebiegał we wszystkich krajach byłego bloku wschodniego, jednak szczególną siłę osiągnął właśnie w Polsce, stając się jedną z głównych przyczyn upadku naszej polityki.

Szczególną bezbronność na tym polu - i tu znów analizy zawarte w książce Lévy’ego okazują się uniwersalne i dalekowzroczne - prezentowała i prezentuje nadal polska lewica. Widać to na przykład w zbyt daleko idących kompromisach, jakie zawiera z innymi opcjami politycznymi. Platforma Obywatelska postępuje z lewicą podobnie jak Nicolas Sarkozy we Francji. Nawet silne postaci polskiej lewicy - jak Danuta Hübner czy Włodzimierz Cimoszewicz - wchodzą bardzo często w takie układy. Z punktu widzenia działania politycznego nie ma w tym nic niewłaściwego. Problemem jest jednak to, że ludzie lewicy nie odróżniają współpracy (na przykład przy przegłosowywaniu ustaw) od rezygnacji z własnych projektów ideowych.

I właśnie to, że polska lewica do dziś nie podjęła walki o stworzenie odrębnych idei, o ponowne wprowadzenie do publicznego dyskursu tradycji politycznej oraz wydarzeń historycznych, które tworzą jej tożsamość i odróżniają ją od prawicy populistycznej, jest jej największym problemem. Choć często zdajemy się o tym zapominać, lewicowe idee mogą być bardzo wyraziste, również w Polsce. Po pierwsze, naszą lewicę zawsze odróżniała od prawicy koncepcja narodu politycznego. Od końca XIX wieku lewicowcy przeciwstawiali się definiowaniu polskości w kategoriach etnicznych i religijnych, podkreślając polityczny i obywatelski charakter społeczeństwa. Po drugie, choć lewica w Polsce utożsamia się z rozpoczętą w 1989 roku demokratyczną transformacją, budową instytucji liberalnych oraz rządów prawa, osią budowania jej tożsamości w obecnej chwili powinna stać się krytyka szokowej terapii gospodarczej, jaką zastosowano w naszym kraju po przełomie.

Postpolityka i postkomunizm

Powody kryzysu lewicy polskiej mają trojaki charakter. Po pierwsze, jak wskazywałem wyżej, kryzys ten powiązany jest ze znacznie rozleglejszą polityczną zapaścią. Choć zwykle traktujemy teorię Francisa Fukuyamy o końcu historii z pobłażaniem, trudno nie przyznać amerykańskiemu filozofowi racji w tym, że wielki spór ideologiczny między lewicą a prawicą heglowską wyczerpał się u końca XX wieku. "Końcem historii", w heglowskim rozumieniu tego słowa, jest pojawienie się postpolityki, niedysponującej żadnymi ideami. To właśnie z tego kryzysu wynika fakt, że "Solidarność" nie potrafiła stworzyć żadnej silnej lewicowej partii politycznej po 1989 roku.

Po drugie, z racji niemocy, jaką wykazała lewica solidarnościowa, opisywany tu kryzys wiąże się również z tym, że monopol na politykę socjaldemokratyczną znalazł się w rękach lewicy o PZPR-owskim rodowodzie. Należy pamiętać, że podstawowym punktem odniesienia dla świadomości lewicowej w Polsce jest ciągle Radom. Moje pokolenie, czyli generacja "Solidarności", w wieku 21 lat po wydarzeniach w Radomiu, stanęło przed następującym wyborem, który zadecydował o kształcie jego życia: albo idziesz do organizacji, takiej jak ZMP czy PZPR, albo w kierunku KOR - czyli wybierasz opozycję. Albo urządzasz sobie wygodne życie, albo podążasz za swoimi ideami. Lewica wywodząca się z PZPR od samego początku pozbawiona była fundamentu ideowego i nie miała powodów, by cokolwiek w tym aspekcie zmieniać. To spowodowało, że kryzysy polityczne w postaci korupcji, kompromitacji działaczy, a wreszcie całego ruchu lewicowego, przyniosły z sobą prawdziwą anihilację lewicy.

Po trzecie, gdybyśmy winą za kryzys lewicy w Polsce chcieli obarczać tylko postkomunistów i globalny kryzys, byłoby to - niestety - zbyt daleko idące uproszczenie. Właściwe, i być może najważniejsze pytanie brzmi: co się stało ze społeczeństwem? Nie jest prawdą, że społeczeństwo polskie nigdy nie miało do wyboru lewicy innej niż postpezetpeerowska. Była przecież próba odbudowania PPS przez młodą inteligencję, powstała Unia Pracy, Partia Zielonych, były też inne propozycje. To, że społeczeństwo nie chciało na nie głosować, a ostatecznie doprowadziło do sytuacji, w której hasła sprawiedliwości społecznej używa PiS, świadczy o ogromnym wewnętrznym kryzysie jego samego, o obecnych w nim skłonnościach populistycznych, a nawet autorytarnych.

Odpowiedzialność za tę sytuację ponosi również mój macierzysty związek zawodowy. W momencie swego powstania "Solidarność" (a wcześniej opozycja przedsolidarnościowa) reprezentowała ogromny potencjał emancypacyjny. Już w 1980 roku stworzono bardzo oryginalny program samorządnej Rzeczypospolitej, łączący wolny rynek, samorząd i plan, stawiający na emancypację i wejście Polski na dobrych warunkach w obręb gospodarki kapitalistycznej. Ta emancypacja została później osłabiona represjami, które spadły na ruch robotniczy w stanie wojennym. Jednak przełomowi 1989 roku powinna była towarzyszyć już pewna refleksja, dotycząca naszego wejścia na światowy rynek. Prywatyzacja nie musiała oznaczać, że koniecznie trzeba sprzedać na tym rynku wszystkie gazety, wszystkie media i wszystkie zakłady pracy. Przestawienie Polski na gospodarkę kapitalistyczną nie musiało być tożsame z wprowadzeniem planu Balcerowicza. Nie wolno było bezkrytycznie aprobować przyjęcia przez parlament kontraktowy między Wigilią a sylwestrem 1989 roku programu gospodarczego, który spowodował falę bezrobocia, zaszczepiając tysiącom ludzi poczucie poniżenia i krzywdy. Po stronie "Solidarności" nie pojawiła się jednak wówczas jakakolwiek samokrytyczna refleksja dotycząca tego procesu.

Lata po 1989 roku to również bez wątpienia druzgocąca klęska polskiego ruchu pracowniczego, który nie potrafił stanąć na własnych nogach i oprzeć się na własnych wartościach - czy to socjaldemokratycznych, czy lewicowo-chadeckich. Ironią historii jest to, że "Solidarność", która do dziś jest na całym świecie symbolem wyzwolenia, nie ukonstytuowała się jako samodzielny podmiot polityczny. Kompletny rozkład intelektualny i duchowy środowiska "Solidarności" doprowadził w istocie do tego, że Związek nie ma żadnego pomysłu na nowoczesność. Po 1989 roku można było pokusić się o sformowanie partii pracowniczej, jak to się stało na początku XX wieku w Wielkiej Brytanii, czy w 1980 roku, w momencie demokratyzacji, w Brazylii (Partia Pracowników). Dziś brazylijski model prezydenta Luli da Silvy przedstawia się w najpoważniejszych światowych gazetach jako wzorzec tego, co należy robić w warunkach kryzysu globalnego. W Polsce niestety nikt tego rodzaju działań nie podjął.

W sytuacji, gdy kryzys finansowy wymaga poważnej ogólnospołecznej dyskusji, "Solidarność" pozostaje właściwie nieobecna - co najwyżej spełnia rolę marnej przybudówki Prawa i Sprawiedliwości. Potencjał emancypacyjny został roztrwoniony przez populistów.

Ksiądz Jerzy i Ojciec Dyrektor

Niestety, nie tylko "Solidarność", ale i Kościół rzymskokatolicki, który w czasach komunistycznych wspierał związki zawodowe i za sprawą idei personalizmu był lewicy bardzo bliski, po 1989 roku nie odnalazł się w nowej rzeczywistości.

Wejście na rynek światowy w warunkach globalizacji było dla Kościoła polskiego szokiem. Dlatego w wolnej Polsce, w odróżnieniu od czasów PRL, Kościół nie jest w stanie tworzyć dla społeczeństwa enklaw niezależności duchowo-intelektualnej. W latach 80. działał Jerzy Popiełuszko i podobni mu księża. Ksiądz Jerzy był w stanie tworzyć wokół siebie i swojej parafii niezależną przestrzeń publiczną, w której mogli odnaleźć się robotnicy i intelektualiści, mężczyźni i kobiety, wierzący i niewierzący, wspólnotę opartą na szacunku dla odrębnej tożsamości oraz tradycji ideowej. Dziś Ojciec Dyrektor prezentuje za pośrednictwem swego koncernu medialnego model Polski etnicznej, zamkniętej, wręcz ksenofobicznej, nacjonalistycznej i szowinistycznej. Używa retoryki antymodernizacyjnej, która prowadzi donikąd. Co więcej, radio Rydzyka uformowało w Polsce całą rzeszę księży, którzy dziś mają wpływ na Kościół. A takim wyjątkom, jak Węcławski, Bartoś czy Obirek pozostaje tylko odejść samemu lub poczekać na usunięcie z Kościoła.

Być może zatem pozostaje nam jedynie czekać, aż Kościół odnajdzie się w nowych warunkach społeczno-politycznych, aż uformuje się w nim kolejne pokolenie otwartych, mądrych księży. Wtedy nareszcie nie będzie trzeba określać Kościoła jako instytucji prawicowej i autorytarnej - jest to przecież instytucja odrębna względem opcji politycznych, zakorzeniona głęboko w polskim społeczeństwie. Tylko pod takim warunkiem lewica w Polsce będzie mogła prowadzić z nim dialog, korzystając z tego, że krytyka współczesnej cywilizacji, dokonywana przez duchownych w obrębie Kościoła, jest w wielu punktach zbieżna z myśleniem intelektualistów lewicowych.

Jaka przyszłość lewicy?

Wygląda na to, że na ponowną emancypację Kościoła, jak również na odrodzenie się polskiego społeczeństwa, przyjdzie jeszcze poczekać. Nawet nowa inteligencja z pokolenia 20- czy 30-latków wydaje się zupełnie zagubiona w dzisiejszej rzeczywistości politycznej i ideowej, przez co albo nie bierze udziału w wyborach, albo głosuje na populistów. O zaangażowaniu w aktywną politykę nie ma w ogóle co wspominać.

Zwiastunem czegoś ożywczego w polskiej polityce może być środowisko "Krytyki Politycznej". To pierwsze autentyczne pokolenie polskiej inteligencji po 1989 roku, starające się na nowo wykuwać zręby polityki lewicowej. Nigdy nie kryłem entuzjazmu dla ich pracy ideowej, polityki wydawniczej i działalności klubowej. Jednak ich fascynacja literaturą lewicową nie może w nieskończoność usprawiedliwiać bezradności politycznej w konkretnej polskiej rzeczywistości. Żywione przez to środowisko nadzieje na załamanie się kapitalizmu, na jakiś kataklizm gospodarczo-polityczny zostawiają politykę polską pod kontrolą neoliberałów z PO i konserwatywnych populistów z PiS. Wielkie wybuchy społeczne w rodzaju rewolucji 1905 czy pierwszej "Solidarności" z 1980 roku nie wydarzają się w społeczeństwach co dekadę. Od kilku lat w Polsce następuje konsekwentne wypłukiwanie wszystkiego, co lewicowe, z głównego nurtu polityki. Prawica w Polsce nie boi się nowego Lenina lecz nowego Tony’ego Blaira! "Krytyka Polityczna" nie ma pomysłów na "wyjście w lud", na to, co w XIX wieku nazywano "pracą u podstaw".

Jestem tak otwarcie krytyczny, bo traktuję to środowisko poważnie jako najbliższe mi na polskiej scenie politycznej. Mówiłem o tym w redakcji "Krytyki" na Chmielnej i w czasie nocnej dyskusji z Danielem Cohn-Benditem w Warszawie w maju 2008 roku. Młoda lewica popełni rozłożone na lata samobójstwo polityczne, jeżeli odwróci się od instytucji demokracji liberalnej. Sukces socjaldemokracji w ostatnim stuleciu czy sukces Zielonych w ciągu ostatnich 30 lat polegał na wygrywaniu wyborów, na odwadze szukania poparcia dla swojego programu nie tylko w elitach, ale także w masowym elektoracie. Do tego przecież sprowadza się w istocie triumf Baracka Obamy w Ameryce. W Polsce muszą się pojawić formacje polityczne, które będą w stanie wygrywać wybory i - na instytucjonalnym gruncie liberalnej demokracji - mieć wystarczający potencjał woli politycznej i profesjonalizmu, by realnie zmieniać budżet na rzecz finansowania edukacji i nauki, by aktywnie pobudzać polski, peryferyjny kapitalizm w kierunku modernizacyjnym i prospołecznym, by wreszcie zawrócić politykę polską do głównego nurtu polityki europejskiej.

Pogarda w stosunku do wyborów i partii politycznych zaowocuje dziecięcą zabawą w lewicowość i rozgrywaniem "Krytyki Politycznej" przez wielkie gazety. Zaowocuje lewicowością, z której nic nie będzie wynikało dla społeczeństwa poddanego kontroli tabloidów, wegetującego w pustce cywilizacyjnej dzisiejszej Polski. "Krytyka" dociera do swojej smugi cienia i musi uważać, by nie rozpłynąć się we wpisanym w konstytucję tego narodu życiu na niby. W na niby kapitalizmie, na niby Unii Europejskiej, na niby lewicowości, na niby debacie...

opublikowane: "Europa" nr 260, "Dziennik", 28.03.2009

***

Józef Pinior, ur. 1955, polityk, prawnik, filozof. W PRL działacz Solidarności", aresztowany w 1983 roku i skazany na cztery lata więzienia. Od 1987 roku uczestniczył w próbach reaktywowania PPS. Obecnie członek SdPl i poseł do Parlamentu Europejskiego. W "Europie" nr 253 z 7 lutego br. opublikowaliśmy jego głos w ankiecie "Czym był Okrągły Stół". (notka "Dziennika")

czwartek, 30 października 2008

Polska potrzebuje nowoczesnej lewicy

Tomasz Sygut, Józef Pinior

Tomasz Sygut: - Co dolega polskiej lewicy?

Józef Pinior: - Przeżywa poważny kryzys. Normą jest, że w każdym kraju UE - prócz Irlandii - lewica albo ma rząd, albo jest największą siłą opozycyjną. W Polsce w dwóch kolejnych wyborach znalazła się poza głównym nurtem politycznym. Jeśli powtórzy się to w następnych wyborach, wyląduje na marginesie polskiej polityki.

- Za co płaci polska lewica? Wydawało się, że winy rządu Millera już dawno odkupiła...

- Jedną z zasadniczych przyczyn słabości lewicy jest fakt, iż nie jest ona zakorzeniona w tradycji. Od Brzozowskiego poprzez Polską Partię Socjalistyczną i Pużaka.

- Chce pan powiedzieć, że obecna lewica jest słaba intelektualnie?

- Nie ma intelektualnego fundamentu, a przede wszystkim duchowej siły, którą posiada Partia Pracy w Wielkiej Brytanii czy SPD w Niemczech. Efekt jest taki, że kryzys wywołany rządami Leszka Millera przerodził się w katastrofę.

- Dziś dyskurs polityczny jest zdominowany przez PO i PiS. Co lewica powinna zrobić, aby odnaleźć się w tej trudnej dla siebie sytuacji?

- Lewica musi być bardziej ofensywna. Jeśli spyta pan, dlaczego w ciągu siedmiu lat zjechała z 40 do 6 procent, odpowiem, że nie była w stanie podjąć walki politycznej z prawicą. Zarówno tej o tradycje historyczne, jak i tej o kwestie dotyczące współczesności. Nie umiała powiedzieć, jak ma wyglądać dobre państwo, rynek. I tym samym oddała prawicy pole debaty publicznej. Jakim mamy tego efekt? Brak lewicy jest jedną z przyczyn totalnego upadku polskiej polityki. Trudno wyobrazić sobie jeszcze większą kompromitację od sporu między ośrodkiem rządowym a prezydenckim wokół szczytu UE. Zamiast mówić jednym głosem i współdecydować o losach całej Unii, kłócimy się o samoloty i krzesła.

- Lewica nie potrafiła wykorzystać sporu między Tuskiem a Kaczyńskim...

- Jestem przekonany, że spotkanie środowisk lewicowych, które miało miejsce kilka dni temu w Krakowie, pokazało, iż lewica zaczyna się budzić. Spotkali się tam ludzie, których mimo wielu różnic łączy przekonanie, że trzeba odebrać monopol na politykę prawicy konserwatywnej.

- Zaproszenia do Krakowa nie otrzymał szef SLD. Chcecie odbudowywać lewicę bez Sojuszu?

- To spotkanie nie było wymierzone w SLD. Miało pokazać, że lewica posiada potencjał intelektualno-duchowy. A od tego, a nie od politycznej kreacji, zakładania partii czy ustalania list wyborczych trzeba zaczynać. Oczywiście planujemy następne kroki, które w nieodległym czasie mają doprowadzić do powstania jednej formacji politycznej. A SLD? Nie widzę przeszkód, by znalazł się w strukturze nowej zreformowanej lewicy.

- Jako odrębny byt?

- Być może na początku będą to dwa osobne byty. Natomiast można wyobrazić sobie pewien alians strategiczny związany z wyborami. Jesteśmy otwarci na różne rozwiązania na poziomie technicznym. Wiele zależy od Napieralskiego. Grając między PO a PiS, skazuje lewicę na margines. Szef SLD musi otworzyć się przede wszystkim na inne środowiska lewicowe. Tak naprawdę ma dwa wyjścia: albo stanie się jednym z ważnych przywódców lewicy, albo będzie przywódcą małej sekty.

- Na spotkaniu w Krakowie pojawił się aktor Daniel Olbrychski...

- Miał jedno z najlepszych przemówień na sali. Okazuje się, że jest nie tylko wielkim aktorem, ale ma też ogromny potencjał polityczny. Na sali obecny był też prof. Jerzy Pomianowski spełniający testament Jerzego Giedroycia jako redaktor naczelny "Nowej Polszy", pisma dla rosyjskiego inteligenta. Moim zdaniem tego pokroju ludzi jest w Polsce więcej. Oni chcą nas wspierać intelektualnie i pokazać, że Polska ma nie tylko twarz Kaczyńskiego i Tuska.

- Jaki azymut powinna obrać dziś polska lewica? Co powinna zrobić, aby pokazać, że jest potrzebna?

- Kwestia fundamentalna to sprawa polityki historycznej. Lewica musi mieć świadomość swojej tożsamości i siły. A ta siła wynika z tradycji intelektualno-duchowej w Polsce. My jesteśmy od Brzozowskiego, od Pużaka i Giedroycia. Nie możemy pozwolić na politykę degradacji, jaką prawica prowadzi chociażby w stosunku do Lecha Wałęsy. Po drugie: lewica musi pokazywać, że ma dobre projekty - reformy służby zdrowia, edukacji. Że jest za wprowadzeniem w Polsce waluty euro, że ma swoich ekonomistów, którzy mogliby reagować na kryzys gospodarczy. I wreszcie polityka europejska. Lewica musi nieustannie stawiać prawicę pod ścianą i pytać: dlaczego nie ratyfikujemy traktatu lizbońskiego, dlaczego Polska nie przyjęła Karty Praw Podstawowych, dlaczego nie potrafimy wywalczyć właściwego miejsca w łonie narodów europejskich?

- Wierzy pan w lepsze jutro lewicy?

- Jestem o tym przekonany. Trudno wyobrazić sobie historię Polski XX w. bez Brzozowskiego, Piłsudskiego, KOR-u, Giedroycia czy pierwszej Solidarności. To pokazuje, że lewica intelektualna i polityczna decydowała o najnowszej historii Polski. Nie widzę żadnych powodów, by teraz miało się to zmienić.

źródło: "Superekspres"

niedziela, 6 lipca 2008

Józef Pinior – Strategia centrolewicy

Jednym z najważniejszych dokumentów intelektualnych ubiegłego stulecia pozostaje „Hołd dla Katalonii” George'a Orwella. Ta skromna książka opisuje politykę w skrajnej sytuacji egzystencjalnej, ostatnie miesiące republiki, gorzkiej wolności Katalonii ogarniętej wojną domową, wciśniętej w wielki, dwudziestowieczny konflikt pomiędzy faszyzmem obozu nacjonalistycznego a zestalinizowanymi instytucjami rewolucyjnej Hiszpanii.

Ofiarą tamtej sytuacji staje się przede wszystkim lewica – mająca przeciwko sobie gestapo i NKWD. Polityka dwudziestowieczna to walka socjalistów o fizyczne i duchowe przetrwanie, w obozach, w podziemiu, na emigracji, bez własnych partii politycznych, uczelni, środków finansowych; na marginesie wydarzeń. Represje dotykają zawsze partie socjaldemokratyczne, ale często także samych komunistów. Isaac Deutscher w słynnym eseju mówi o tragedii Komunistycznej Partii Polski, rozwiązanej przez Komintern w 1938 r. Partii, której prawie wszyscy działacze Komitetu Centralnego giną w stalinowskich procesach w latach trzydziestych w Związku Sowieckim. W przejmujący sposób o doświadczeniu lewicowej inteligencji mówi Aleksander Wat w wywiadzie- rzece z Czesławem Miloszem „Mój wiek”. Lewica w całej Europie mierzy się z narodowymi dyktaturami, z faszyzmem i ze stalinizmem. Polska Partia Socjalistyczna w 1948 r. zostaje wchłonięta przez partię stalinowską, a jej członkowie stają przed dramatycznym wyborem emigracji, wewnętrznego wygnania lub działalnością w strukturach komunistycznych. Nie ma dobrego wyboru. Emigracja po II wojnie światowej oznacza w Europie Środkowo – Wschodniej utratę wpływu na los własnego kraju na 50 lat.

* * *


Doświadczenie lewicy jest przede wszystkim doświadczeniem demokracji. Takie pozostaje przesłanie Orwella; pomiędzy jednym totalitaryzmem a drugim lewica wybiera demokrację liberalną. Druga polowa XX wieku oznacza wielkie polityczne zwycięstwo Międzynarodówki Socjalistycznej. W 1968 Praska Wiosna dokonuje ostatecznego przełomu w ewolucji wielu partii komunistycznych w kierunku demokratycznego socjalizmu, kładzie podwaliny pod „eurokomunizm”, jeden z najciekawszych nurtów politycznych ostatnich trzydziestu lat. Walka o demokrację staje się wspólnym celem opozycji w Europie Środkowo – Wschodniej oraz lewicy socjalistycznej na Zachodzie. Demokratyzacja w Portugalii, Hiszpanii, Grecji przynosi odrodzenie partii socjaldemokratycznych w Europie Południowej, towarzyszy wraz z procesem helsińskim powstaniu w Polsce Komitetu Obrony Robotników oraz Karty 77 w Czechosłowacji. Upadek ostatnich narodowych dyktatur w Europie w latach siedemdziesiątych, bunt „Solidarności” w 1980 r., wreszcie rewolucja demokratyczna w krajach bloku wschodniego w 19989 r. Otwiera drogę do uformowania rozszerzonej Wspólnoty Europejskiej, do Europy opartej na trwałym pokoju, demokracji i sprawiedliwości.

Zwycięstwo nad faszyzmem w II wojnie światowej przyniosło Europie Zachodniej odbudowę rynku kapitalistycznego z zabezpieczeniami socjalnymi i pracowniczymi. Liberalizm po wojnie został zakorzeniony w społeczeństwach europejskich przez instytucje państwa dobrobytu. Zarowno partie chrześcijańsko demokratyczne, jak socjaldemokratyczne, były połączone w kształtowaniu społecznej gospodarki rynkowej. Polityka europejska zrealizowała to, co się nie udało na początku XX stulecia: zjednoczenie Europy w oparciu o kapitalistyczny rynek, rządy prawa, instytucje liberalne, prawa pracownicze i socjalne. Demokratyzacja w Europie Południowej w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych odwzorowywała generalnie ten model rozwoju. Jednak demokratyzacja w Europie Środkowo - Wschodniej odbyła się w innej sytuacji historycznej, w warunkach nowego etapu globalizacji, w którym miejsce keynsizmu zajął paradygmat neoliberalny, twardego rynku i polityki monetarnej. Liberalizm w swoim głównym nurcie nie odwolywał się już do idei państwa dobrobytu. „Terapi szokowej” towarzyszą często nieuczciwa prywatyzacja, poczucie zubożenia i poniżenia wielu setek tysięcy ludzi, szczególnie w Polsce. Partie lewicowe nie są w stanie wyartykułować polityki rozwojowej, która łączyłaby doświadczenia „trzeciej drogi” Billa Clintona i Tony Blaira z inną sytuacją społeczno – gospodarczą tej części kontynentu. Głosy niezadowolonych przejmują różnej maści partie prawicowe i populisttyczne.

* * *


W odróżnieniu od Europy Południowej, większość partii lewicowych w Europie Środkowowschodniej nie ma za sobą etosu działalności opozycyjnej przeciwko dyktaturze, co stanowi główny argument w krucjacie antylewicowej konserwatywnej prawicy. We wszystkich krajach tej części Europy, poza Republiką Czeską, partie lewicowe stanowią przekształcone w socjaldemokracje partie wywodzące się z partii rządzących w reżimach autorytarnych. W Czechach istnieje jednak silna partia komunistyczna. Na Węgrzech rządząca socjaldemokracja zmaga się z potężną opozycją konserwatywnego Fidesz-u i wydaje się pozostawać w defensywie politycznej od sierpnia 2006 r., kiedy ujawniono nagrania, w których premier Gyurcsany przyznał, że partia okłamywała społeczeństwo, aby wygrać wybory. Na Słowacji populistyczno – lewicowa SMER premiera Roberta Fico utworzyła rząd z dwiema radykalnymi partiami prawicowymi. Doprowadziło to do zawieszenia SMER w Partii Europejskich Socjalistów w latach 2006 – 2008. SMER ma w niej status partii aplikującej o członkostwo.

Najtrudniejsza sytuacja dla lewicy ukształtowała się jednak w Polsce. Kryzys lewicy w perspektywie historycznej wynika przede wszystkim ze złamania ruchu robotniczego w stanie wojennym, jak i masowych, negatywnych efektów „terapii szokowej” na początku lat dziewięćdziesiątych. Zarówno wybory parlamentarne i prezydenckie w 2005 r., jak i wybory parlamentarne w 2007 r., tworzą scenę polityczną konfliktu pomiędzy dwoma wielkimi blokami politycznymi, liberalno – konserwatywnym (PO) oraz ultrakonserwatywno- nacjonalistyczno- populistycznym (Prawo i Sprawiedliwość), i marginalizują lewicę w okolicach 10 proc. Wyniku wyborczego. Polska polityka staje się przez to wyjątkowa na tle europejskim. Strategia odbudowy lewicy, wejścia do głównego nurtu polityki polskiej, musi uwzględniać doświadczenie demokratyczne oraz liberalizm społeczny lewicy europejskiej.

* * *


Co to oznacza w obecnych warunkach politycznych? Po pierwsze, ponad piętnastoletnie dzieje polskiej demokracji wskazują, że niemożliwa jest masowa, zakorzeniona w społeczeństwie formacja lewicowa bez odwołania się do tradycji KOR-u i „Solidarności”. W najbliższych latach w Polsce nie będzie lewicy, jeśli nie będzie posiadała jako fundamentu ideowego 21 Postulatów Gdańskich i programu Samorządnej Rzeczpospolitej” z I Zjazdu NSZZ „Solidarność” w 19981 r. Lewica pozwoliła odebrać sobie historię, doprowadziła do zatracenia własnej tożsamości ideowej. Przeciwstawienie się konserwatywnej krucjacie prawicy, przywrócenie pamięci historycznej społeczeństwa tradycji PPS, rad robotniczych z okresu destalinizacji, tradycji liberalnych oraz chrześcijańsko- demokratycznych inteligencji w okresie PRL jest najważniejszym zadaniem chwili.

Po drugie, lewica w Polsce musi się stać liberalno – społeczna. To oznacza nakreślenie programu odbudowy polskiej odmiany państwa dobrobytu, opartego na planach rozwoju infrastruktury, edukacji, systemu opieki zdrowotnej i mieszkalnictwa. Przekuć na polskie warunki europejski model społecznej gospodarki rynkowej, doprowadzić do sojuszy politycznych ze związkami zawodowymi w tej sferze.

Po trzecie, lewica musi pamiętać, że specyfika polityki polskiej polega między innymi na tym, że jedna z głównych sił politycznych, Prawo i Sprawiedliwość, jest formacją eurosceptyczną, a w niektórych nurtach antyeuropejską. Polityka europejska, obrona rządów prawa, wolności osobistych, reguł polityki liberalnej przeciwko polityce nacjonalistycznej i fundamentalistycznej będzie głównym obszarem polityki w najbliższych latach. Sojusz środowisk socjaldemokratycznych ze środowiskami liberalno – demokratycznymi pozostaje kluczem do skutecznej polityki europejskiej w Polsce.

---

Józef Pinior – Eurodeputowany Grupy Socjalistycznej w PE, członek Komisji Rozwoju, Komisji Spraw Zagranicznych, Podkomisji Praw Człowieka, Absolwent prawa UWr., Podyplomowego Studium Etyczno- Religioznawczego UWr. I Szkoły Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Stypendysta New School University w Nowym Jorku. Wykładowca Akademii Ekonomicznej i Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania we Wrocławiu. Założyciel i jeden z przewodniczących regionu Dolny Śląsk NSZZ „Solidarność” (1980-1989); więzień sumienia Amnesty International w 1984 oraz w 1988.

niedziela, 24 czerwca 2007

O Kuroniu, Lityńskim i faszystach z "Rzeczpospolitej"

Bogumiła Tyszkiewicz

Tym razem relacja z pierwszej ręki, więc napisana indywidualnie, bez Józka. Wrocław jest i pozostanie moim ukochanym miastem, niezależnie gdzie mi przyjdzie jeszcze w życiu mieszkać. Znowu się pakuję do wyjazdu, ale tymczasem zdołałam pójść na wspominkowe spotkanie o Jacku Kuroniu, na którym był również Janek Lityński, o którym myślę, że przesympatyczny jako prywatna znajomość, ale politycznie - potwór. No i na spotkaniu doszło między nami niemal do walki wręcz. Poszło o samego Kuronia i "Rzeczpospolitą".

Zdaniem Janka Lityńskiego mój szanowny współautor jest stuknięty, ja nabyłam świra drogą osmozy, a to wszystko dlatego, że pisujemy w faszystowskiej gazecie, czyli "Rzeczpospolitej". Ostatnio o moczarowcu Jaruzelskim. Nie jestem dobra w spotkaniach publicznych, cierpię na nieśmiałość, ręce mi się trzęsą jak się ten tłum gapi, mocna w gębie jestem tylko wtedy, gdy kłótnie się odbywają na piśmie, ale tym razem jestem bardzo dumna z siebie, bo się nie zapowietrzyłam i nie zamilkłam. Dlatego się domagam pochwał, niezależnie kto jakie ma poglądy, za sukces w pracy nad sobą. Na spotkaniu było dużo członków i sympatyków LiD. Nieoczekiwanie stamtąd dostałam poparcie, a nawet więcej, bo z samego SLD.

Zaczęło się niewinnie, bo wysłuchałam co ma Janek do powiedzenia o Kuroniu, tu się z nim zgadzam, że jego największym talentem była umiejętność pracy pedagogicznej z młodzieżą, potem wysłuchałam Piniora mówiącego o testamencie politycznym Kuronia, to jest o o jego krytyce bezwzględnego wymiaru transformacji ustrojowej w ostatnich latach, z czym też się zgodziłam. Mam zresztą własne wspomnienie, kiedyś w trakcie obiadu zaczęliśmy mówić o Balcerowiczu, Kuroń poczerwieniał na twarzy i powiedział "wiesz, ja już nic nie mogę dla was zrobić".

Powiedział "dla was", bo miał na myśli Pomarańczową Alternatywę, niemal ostatnie pokolenie młodzieży Kuronia. Trzeba mu przyznać, że kiedy podziemne kierownictwo Solidarności zgłaszało pretensje do Piniora i Nowaka Jeziorańskiego, że puszczają w Wolnej Europie wiadomości o akcjach krasnoludków, ich zdaniem ośmieszające opozycję, Kuroń stanął po naszej stronie. Jak wskazują akta z szafy Lesiaka, równocześnie bardzo bezwzględnie nas ciął politycznie, ale jednak bronił naszego prawa do mówienia. Powiedzmy, że był zwolennikiem sportowych meczów. Janek coś powiedział o Kuroniu, że wszystkie kobiety uważał za piękne, zgłosiłam się więc i powiedziałam, że jest mi bardzo przyjemnie, że na sali się spotyka wiele pokoleń młodzieży Kuronia, ale moim zdaniem konieczne jest opowiedzieć, ze nie za urodę je cenił, a rozum. To rzeczywiście było wielkie novum w realiach PRL.

Polskę ominęła rewolucja obyczajowa 68 roku, co widać do dzisiaj, za stołami prezydialnymi siedzą przeważnie panowie, nawet na tym spotkaniu. Kuroń już w swoich drużynach harcerskich traktował kobiety podmiotowo i na poważnie starał się zmieniać obowiązujące wtedy obyczaje. Powiedziałam Jankowi, że fenomen Kuronia streszcza się w trzech słowach: "kobiety, pluralizm, wielopokoleniowość". Kobiety, to na przykład Irka Lasota i Irka Grudzińska, dziewczyny, które faktycznie zorganizowały słynną zbiórkę podpisów w 68, a Irka Lasota w ogóle prowadziła wiec na dziedzińcu uniwersytetu. Przytoczyłam tu cytat z Lecha Kaczyńskiego, który powiedział kiedyś, że uznał wtedy Irkę Lasotę za najpiękniejszą kobietę na świecie. Oddałam sprawiedliwość chłopcom, rzeczywiście w archiwach IPN są raporty milicyjne, że chuligan Lityński z chuliganem Dajczgewandem poprowadzili tłum chuligańskich widzów ostatniego spektaklu "Dziady" pod pomnik Mickiewicza, ale podpisy i wiec prowadziły jednak dziewczyny. I to jest właśnie najlepszy dowód na dosyć wyjątkową postawę Kuronia, jeśli chodzi o kobiety. Janek zaczął wtedy na mnie krzyczeć, ale się włączyła senator Maria Berny z SLD i powiedziała, że Kuronia właściwie nie zna, ale właśnie sobie przypomniała, że faktycznie Kuroń był jedynym posłem z UW, który zapisał się do parlamentarnej platformy kobiet.

Potem bylo o pluralizmie, z którego zresztą wynikała wielopokoleniowość, do swoich ostatnich dni Kuroń był otoczony młodzieżą i potrafił z nią nawiązywać świetny kontakt. Nie dlatego, że oczekiwał, aby myśleli to samo co on. Oczekiwał od nich samodzielności, w tym co myślą. Między innymi dlatego można powiedzieć że Pomarańczowa Alternatywa to kolejne dzieci Kuronia, mimo, że radykalnie inne poglądy polityczne. On lubił się z nami kłócić.

Z polemiki na temat chorób psychicznych oraz faszyzmu panoszącego się w redakcji "Rzeczpospolitej" zrezygnowałam.

mirror: http://autostopem.salon24.pl/20518,index.html


Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 8 czerwca 2007

Jeszcze o teczkach.

Juliusz Pilpel

Gdyby system się nie zmienił, wielu donosicieli donosiłoby nadal


Co robią dziś ci, którzy zostali zdemaskowani jako tajni współpracownicy służb bezpieczeństwa PRL? Czy nadal się spotykają z przyjaciółmi, czy wciąż zapraszają i są zapraszani? Czy dotknął ich ostracyzm, a jeśli tak, to w jakim stopniu?

Moja znajoma opowiedziała mi, że niedawno spotkała na ulicy kolegę - wykrytego kilka miesięcy temu donosiciela.

– Zobaczył mnie, spuścił wzrok i poszedł dalej – powiedziała.

Pomyślałem sobie, że tak właśnie ma wyglądać kara.

I ta kara w zupełności wystarczy.

Kiedy wykrywają kolejnych agentów, z lewej (zwłaszcza) strony politycznej słychać wrzask. – To hańba, trzeba skończyć z wybiórczym otwieraniem teczek!

Ciekaw jestem, kto podniósłby głos protestu, gdyby z pożółkłych ipeenowskich akt zaczęto wyciągać nazwiska osób, będących podczas wojny szmalcownikami i kolaborantami? Nikt.

A czy jest jakaś różnica?

Nie jestem zwolennikiem pojedynczego otwierania teczek, ale jak już je otworzą, jest mi wszystko jedno – nie myślę o formie. Czytam i zastanawiam się, gdzie kończy się godność, a zaczyna upodlenie.

Jeśli kiedyś napotkam człowieka, który podpisał kontrakt z diabłem, bo mógł za to dostać lekarstwa dla ciężko chorego członka rodziny, to nie potępię go, bo to było ludzkie i zrozumiałe w tym podłym systemie, w którym żyliśmy.

Nie będę natomiast podawał ręki komuś, kto zobowiązał się do współpracy, ponieważ bez odebranego prawa jazdy nie mógł żyć, ponieważ paszport zagraniczny, ponieważ kariera. W Polsce po 1956 roku można było spokojnie posłać ubeka na niecenzuralne słowo. Jeden ze znanych aktorów właśnie zrobił coś w tym rodzaju; wiemy, że nic mu się nie stało oprócz tego, że zachował godność.

To nie był Związek Sowiecki, gdzie za takie słowa posyłało się kartki świąteczne z Kołymy.

Oni nie wiedzą, lub nie chcą wiedzieć, że podpisując lojalkę, ubezwłasnowolnili się. Jak mówił jeden z ujawnionych, odpowiadając na pytanie, czy udzielał się w opozycji w latach osiemdziesiątych: - Chciałem, ale niestety nie mogłem, przecież wiedzieli o mnie wszystko.

Właśnie. A gdyby dziesięć milionów podpisało lojalkę, to nie byłoby niczego: ani KOR-u, ani Solidarności, ani wolnej Polski. I deklaracje, że nikomu nie zrobili krzywdy są śmieszne – zrobili krzywdę społeczeństwu, które na ich pomoc liczyć już nie mogło.

Wielu donosicieli, którzy się dotychczas nie ujawnili, nadal mają podpisany kontrakt ze służbami bezpieczeństwa PRL – przecież nie odmówili dalszej współpracy. Że system się zmienił? Co z tego, to nie ich zasługa. Zwłaszcza nie ich.

Liczą na cud, że teczka zaginęła lub została zniszczona. IPN-owski historyk mówi, że nie ma na to szans, że ślady pozostają w innych aktach.

Gdyby system się nie zmienił, wielu donosicieli donosiłoby nadal.

Dlaczego?

Jeśli dziś, kiedy wolna Polska może uwolnić ich z tego koszmaru - kiedy za przyznanie się nie grozi żadna kara – nie chcą tego zrobić, to dlaczego mieliby zrezygnować z donoszenia, gdyby nadal żyli w PRL-u? I kto by im na to pozwolił?

W książce „Aparat represji w Polsce Ludowej 1944 – 1989” (IPN, 2006) można przeczytać, iż czasami „ostatnim dokumentem w teczce osobowej tajnego współpracownika jest raport oficera prowadzącego z pogrzebu donosiciela”.

Dziś, na wiadomość o agenturalnej przeszłości znanych ludzi powstaje ogólnonarodowa dyskusja.

– Przecież to wielki człowiek, jego zasługi dla polskiej – i nawet światowej – kultury są nieocenione.

W porządku. Tego mu nikt nie zabierze, bo nie jest w stanie zabrać tak wielkiego dorobku. Ale nauczmy się nazywać rzeczy po imieniu:

Pan X był wielkim pisarzem, wspaniałym publicystą, przeuroczym człowiekiem – jak również szują.

Pan Y był wspaniałym krytykiem teatralnym, wybitnym działaczem społecznym – i również szują.

Bo nie można - i nie wolno – niczego pominąć, kiedy mówimy o ich życiu i działalności.

W tej sytuacji jasne jest, że X i Y przestali już być autorytetami moralnymi, bo jakże można z takim fragmentem życiorysu dawać przykład młodym?

Braci Kaczyńskich można lubić lub nie. Ale jedna rzecz jest pewna: za ich rządów otworzą się akta bezpieki. I dobrze, bo teczki są własnością narodu, a naród ma prawo poznać ten ponury okres swojej historii.

Mimo ostrych – czasami - protestów tych, wśród których nie jeden spuści niebawem wzrok, spotykając na ulicy znajomego.

Juliusz Pilpel

wtorek, 29 sierpnia 2006

20 lat mojego życia w pigułce

Bogumiła Tyszkiewicz
1 maja 1985

.... w obecnej sytuacji gospodarczej należy wprowadzić działaczy „SOLIDARNOŚCI” do samorządów, ale tylko działaczy w sensie pozytywnym, tj. z autorytetem w środowisku i umiarkowanych. Jest dużo działaczy młodych, bardzo radykalnych, lecz oni nie potrafią działać w sensie pozytywnym, są świetni do kolportażu, druku, a nawet w okresie strajków, lecz do działalności w strukturach legalnych (samorządowych) nie nadają się. [...] Pogarszający się stan życia może doprowadzić do wybuchów społecznych, których nawet działacze „S” nie opanują.

16 września 1985

...W przypadku znalezienia formuły porozumienia TKK – zdaniem J. Kuronia – winna zobowiązać się do wydania polecenia rozwiązania wszystkich struktur konspiracyjnych i swojego przedstawicielstwa na Zachodzie. Ocenia, iż takiej decyzji TKK podporządkowałby się cały układ organizacyjny. Poza tą decyzją – wg J. Kuronia – pozostałaby „Organizacja Solidarności Walczącej” oraz różne – jak z ironią podkreślił – „partie polityczne”, co jednak nie miałoby – jak stwierdził – większego znaczenia;

...związek przyjmuje na siebie odpowiedzialność za aktywny udział w łagodzeniu nastrojów społecznych wynikających z obniżenia stopy życiowej oraz za rozwiązanie problemów ekonomicznych

...sporządzona zostaje liczba osób, które nie mogą być członkami tego związku.

30 kwietnia 1986

Jacek Kuroń oświadczył, iż nie weźmie udziału w nielegalnym pochodzie pierwszomajowym, pod rzekomym pretekstem kontuzji kolana. Jednocześnie przyznał się, że jest współautorem pomysłu wystąpienia do władz administracyjnych o zgodę na zorganizowanie takiej manifestacji.

7 września 1988

1. Utrzymanie wyłączności na doradztwo L. Wałęsy

2. Decydowanie o składzie rozmówców „okrągłego stołu” od strony opozycji.

Środowisko opozycji ocenia, iż rozmówcy muszą stanowić reprezentację „Solidarności” dyskutującą wyłącznie na temat pluralizmu związkowego.
zdrada
W środowisku opozycyjnym stwierdza się, iż uczestnictwo w dyskusji przy „okrągłym stole” będzie nobilitowało, bowiem oznacza formalne uznanie przez władzę społecznej reprezentatywności osób zaproszonych. Co więcej, w przekonaniu większości osób z opozycji uczestnictwo w rozmowach otwiera szerokie możliwości kariery politycznej. Przed ludźmi mającymi szanse na takie uczestnictwo staje alternatywa: albo ukorzyć się przed środowiskiem postkorowskim i złożyć niejako deklarację lojalności, albo zachować samodzielność. J. KUROŃ w prowadzonych licznych rozmowach stara się wytwarzać wrażenie, że może on, co najmniej odsunąć każdego niewygodnego działacza opozycyjnego.

3. Kontrolowanie, a w sprzyjających warunkach, kierowanie tematyką rozmów.

J. KUROŃ dąży do zmiany statusu doradców, tzn. chce, by mieli status reprezentantów „Solidarności”, a nie jej doradców. Ma to – według jego oceny – ogromne znaczenie podczas dyskusji, bowiem umożliwia natychmiastowe torpedowanie każdego niewygodnego pomysłu i jednocześnie eksponowanie własnych ludzi. Ponadto daje możliwość kontrolowania L. Wałęsy, który – jak stwierdza się w tym środowisku – stosuje się do ostatniej rady, jaką usłyszał. Taktyka bezpośredniego uczestnictwa doradców ma ponadto cel strategiczny. J. KUROŃ dąży do przeforsowania, aby dyskusja koncentrowała się tylko nad jednym punktem – legalizacją „Solidarności”. Legalizacja „Solidarności”, przeforsowana i wynegocjowana przez przedstawicieli środowiska postkorowskiego, oznaczałaby ich automatyczne wejście do kierownictwa zalegalizowanego związku i dałaby im moralne prawo do manipulacji, jako tym, którzy przyczynili się do jego zmartwychwstania. J. KUROŃ jest świadom, że jeżeli środowisko postkorowskie będzie mogło w odczuciu społecznym przypisać sobie autorstwo legalizacji „Solidarności”, to będzie miało możliwość „obcinania od tego kuponów” (...)

Źródło: IPN 0204/1417 t. 12, k. 205-207.


Dopisek BT: Jedyne co się nie spodziewałam, to to, że zaczęliście tworzyć listy proskrypcyjne już w 1985 roku. Nie pytam, kto mi odda 20 lat mojego życia. Nie pytam nawet czy jesteście w stanie powiedzieć przepraszam. Pytam tylko co dalej macie zamiar robić z tymi listami. Z fatwą na Henryka Szlajfera i Irkę Lasotę również.

BT

PS. "...może on, co najmniej odsunąć każdego niewygodnego działacza opozycyjnego" ... a co najbardziej? Nelson Mandela też rozmawiał z tamtejszą policją polityczną. Tylko inaczej. Nie o listach proskrypcyjnych. Rozmawiał o tym, że nie będzie rozmawiał, i nie będzie organizował żadnych okrągłych stołów, póki nie zostanie wypuszczony ostatni więzień polityczny. Wyszedł jako ostatni.

Wątek na forum gazeta.pl: Negocjacje Kuronia z SB - co o tym myślicie?

Dopisek 24.08.2008: Powyższy link do artykułu "Negocjacje Kuronia z esbekami. Dokumenty IPN: Twórca KOR rozmawiał z SB o Okrągłym Stole", Życie Warszawy, 2006-08-29, już nie działa - dlatego chętnym do zapoznania się z treścią opublikowanych tam dokumentów z rozmów Jacka Kuronia z płk. Lesiakiem oferuję cache ówczesnej strony.