List wysłany przez gen. Sławomira Petelickiego do premiera Donalda Tuska w związku z katastrofą Tu-154M w Smoleńsku.
LIST OTWARTY
DO PREMIERA DONALDA TUSKA
Panie Premierze!
Zakończyła się Żałoba Narodowa po największej Tragedii w historii powojennej Polski. W wyniku karygodnych zaniedbań, niekompetencji i arogancji staliśmy się jedynym na świecie krajem, który w jednym momencie stracił całe Dowództwo Wojska, ze Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej na czele. Apeluję do Pana o podjęcie radykalnych kroków mających na celu ratowanie Polskich Sił Zbrojnych i systemu antykryzysowego Państwa.
W trybie pilnym należy:
1. Rozwiązać Wojskową Prokuraturę i powierzyć prowadzone przez nią sprawy Prokuraturze Cywilnej. Będzie to zgodne z wcześniejszymi wnioskami Prawa i Sprawiedliwości popartymi przez Platformę Obywatelską, których orędownikami byli między innymi Świętej Pamięci Poseł Zbigniew Wassermann i Generał Franciszek Gągor.
2. Ustanowić pełnomocnika Rządu d/s ratowania naszych Sił Zbrojnych i powołać na to stanowisko generała dywizji Waldemara Skrzypczaka (byłego dowódcę Wojsk Lądowych, który miał odwagę głośno mówić o zaniedbaniach w MON), cieszącego się ogromnym autorytetem w Wojsku Polskim.
3. Odwołać Ministra Obrony Narodowej i do czasu wybrania Prezydenta powierzyć kierowanie Resortem przewodniczącemu Ko-misji Obrony Senatu Maciejowi Grubskiemu z Platformy Obywatelskiej, który broniąc żołnierzy z Nangar Khel wykazał się zaangażowaniem i dobrą znajomością problematyki wojskowej. Ministerstwem Obrony może skutecznie kierować tylko osoba nie związana z panującymi tam od lat „betonowymi układami".
4. Przywrócić na stanowisko Szefa Rządowego Centrum Antykryzysowego doktora Przemysława Gułę.
Ponad rok temu w obecności byłego wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego, profesora Krzysztofa Rybińskiego, przekazałem ministrowi Michałowi Boniemu notatkę na temat karygodnych zaniedbań w Ministerstwie Obrony Narodowej. Zdecydowałem się na to, gdyż Bogdan Klich wysłuchiwał moich rad popartych ekspertyzami specjalistów polskich i amerykańskich, a następnie postępował wbrew logice!
Wszyscy Polacy widzieli tragiczną katastrofę wojskowego samo-lotu CASA C-295M, w której zginęło dwudziestu znakomitych lotników. Tłumaczyłem Ministrowi Klichowi, dlaczego tak się stało, prezentując mu procedury NATO. Minister zapewniał, że wyciągnie z tego wnioski. Nie wyciągnął! Nastąpiła katastrofa wojskowego samolotu BRYZA, w której zginęła cała załoga. Była jeszcze katastrofa wojskowego śmigłowca Mi-24. Pytałem publicznie B. Klicha, ilu jeszcze dzielnych żołnierzy musi zginąć, żeby zaczął konieczne reformy w Wojsku? W sierpniu 2009 roku bohaterską śmiercią zginał kapitan Daniel Ambroziński, którego patrol w Afganistanie Talibowie ostrzeliwali przez sześć godzin, a nasze Lotnictwo nie mogło tam dole-cieć, bo miało za słabe silniki (MI24). Co więcej, jak już doleciało – było nieuzbrojone (Mi-17). Minister Klich zapewniał wtedy publicznie, że w trybie nadzwyczajnym dostarczy do Afganistanu odpowiedni sprzęt. Nie zrealizował tych obietnic, za to wodował uroczyście kadłub Korwety Gawron (który kosztował ponad mi-liard sto milionów złotych), komunikując zdumionym uczestnikom uroczystości, że na tym kończy się program budowy tak potrzebnego Marynarce Wojennej okrętu, gdyż nie ma środków na jego dokończenie.
W ubiegłym roku Bogdan Klich mówił, że robi coś, co nikomu dotąd się nie udało – leasinguje od LOT-u nowoczesne samoloty dla VIP, w miejsce awaryjnego sprzętu z poprzedniej epoki. Teraz twierdzi, że to się nie udało, bo przeszkadzali posłowie.
Gdy Bogdan Klich leciał dwukrotnie do Afganistanu, w niepotrzebną PR-owską podróż, wyleasingował dla siebie Boeinga Rumuńskich Linii Lotniczych za 150 tys. zł. Dodać należy, że za boeingiem leciał wojskowy samolot CASA, który dla Ministra Klicha była za mało wygodny. Dlaczego Minister Obrony Narodowej nie zdecydował się na leasing nowoczesnego samolotu dla tak ważnej delegacji państwowej, do składu której zatwierdził podsekretarza stanu w MON, szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i dowódców wszystkich rodzajów wojsk. Jak można było umieścić kluczowe dla bezpieczeństwa Państwa osoby w jednym samolocie z poprzedniej epoki i wysłać ten samolot w czasie mgły na polowe lotnisko, bez wyznaczenia z góry zapasowego wariantu lądowania i scenariusza pozwalającego na przesuniecie terminu uroczystości.
Tłumaczyłem B. Klichowi kilkakrotnie, co to jest nowoczesne zarządzanie ryzykiem, którego od 1990 roku uczyli nas Amerykanie. Przekonywałem, że nowoczesne samoloty pasażerskie są niezbędne nie tylko do przewozu VIP, ale dla ratowania Obywateli Polskich, gdy znajdą się na zagrożonych terenach. Teraz Minister Obrony twierdzi, że nie było pieniędzy na te samoloty, a jednocześnie wydawał dużo więcej na sprzęt, który okazał się nieprzydatny, że wspomnę tylko bezzałogowe Orbitery za 110 mln USD.
W maju 2009 roku Sejm RP powołał podkomisję do zbadania za-niedbań w Lotnictwie Wojskowym RP. Jej ekspert, znakomity pilot Major Arkadiusz Szczęsny napisał: „ Świadome narażanie przez MON naszych Żołnierzy na niebezpieczeństwo utraty życia jest niedopuszczalnym łamaniem prawa"!
Gdy Major Szczęsny poprosił podkomisję o przekazanie sprawy Prokuraturze, został odwołany z funkcji eksperta.
Jeden z najdzielniejszych komandosów GROMU, ranny w walce z terrorystami i odznaczony Krzyżem Zasługi za dzielność, napi-sał do mnie po katastrofie: „Czymże jest narażenie bezpieczeństwa Państwa, jak nie sabotażem. A kto tego nie rozumie, popełnia grzech zdrady!".
Reakcja Ministra Obrony Narodowej na tragiczną katastrofę, polegająca na chwaleniu się wzorowymi procedurami w Wojsku, którymi może on się podzielić z innymi resortami, wywołała zapytania ze strony moich wojskowych kolegów ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, którzy nie zrozumieli o co ministrowi chodzi.
Mijają się z prawdą zapewnienia, że w Wojsku jest wszystko w porządku bo zastępcy płynnie przejęli dowodzenie. Podobnie jest w Centrum Antykryzysowym Rządu. W nawale obowiązków mógł Pan nie zauważyć, że po odwołaniu doktora Przemysława Guły ze stanowiska Szefa Rządowego Centrum Antykryzysowego, na znak protestu odeszło dziesięciu najlepszych specjalistów od zarządzania Państwem w sytuacjach nadzwyczajnych.
Jestem Panu bardzo wdzięczny, za uratowanie Narodowej Jednostki Operacji Specjalnych GROM, która przez trzy miesiące pozostawała bez dowódcy i miała być „wdeptana w ziemię" przez „MON-owski beton”. Proszę, aby postąpił Pan podobnie w obec-nej tragicznej sytuacji Lotnictwa Wojskowego, Marynarki Wojennej i Wojsk Lądowych.
Sugerowane na początku listu rozwiązania inicjujące niezbędne reformy konsultowałem z wybitnymi polskimi i amerykańskimi specjalistami od zarządzania ryzykiem i ochrony infrastruktury krytycznej Państwa.
Jestem Naszą Tragedią tak przybity, że mimo licznych zaproszeń, nie będę na razie występował w mediach. Życzę, żeby nie zmarnował Pan Premier szansy zbudowania na wzór GROMU nowoczesnego Polskiego Wojska i systemu antykryzysowego Naszego Kraju.
Czołem,
generał Sławomir Petelicki
Warszawa 19 kwietnia 2010
Do wiadomości:
Posłowie i Senatorowie RP
Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika. – Exupery, "Twierdza"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 22 kwietnia 2010
wtorek, 29 grudnia 2009
Rządy motłochu
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
„Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, schizofrenia jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje socjalizm najwyższej jakości jako dzieło sztuki komicznej. Wiwat Sorbowit” - tak pisał Waldemar Maria „Major” Fydrych, przywódca Pomarańczowej Alternatywy w czasach polityki czarnobiałej. Dadaistyczny hymn na cześć napoju witaminizowanego jest swoistym manifestem najmłodszego pokolenia opozycji lat osiemdziesiątych, a przy okazji paradoksalnym wyrazem ewolucji, jaka się dokonała w kolejnych pokoleniach polskiej młodzieży: w latach młodości Andrzeja Czumy bohaterstwem bywało wysadzać pomniki – w czasach Pomarańczowej Alternatywy bohaterstwem było śmiać się tym głośniej, im bardziej się było obitym.
Śmiech jest bronią ruchów pokojowych, świadomie rezygnujących z przemocy, bronią ludzi słabych, bezbronnych wobec władzy. Bronią niezwykle skuteczną. Mark Twain pisał: „Perswazja, pieniądze – mogą czasem podważyć jakąś przepastną bzdurę, ale tylko śmiech potrafi jednym ciosem rozwalić ją w strzępy, rozbić na atomy”.
Jeśli jednak patrzymy na pręgierz umieszczony na wrocławskim rynku, to uświadamiamy sobie, że krewniak śmiechu - szyderstwo - należał do arsenału katowskiego od zarania dziejów. O ile śmiech jest bronią ludzi bezbronnych, to szyderstwo bywa bronią władzy, która tym sposobem, rękami motłochu, pozbywa się ludzi sobie niewygodnych. Temu celowi służyło wytarzanie delikwenta w smole i pierzu, i przegonienie go przez średniowieczne miasto. Na Tasmanii tubylcy umieszczali nieszczęśnika na niskiej gałęzi drzewa, aby każdy mógł się napawać jego reakcjami, a tłum zebrany pod drzewem – szydził. Temu też celowi służyły artykuły prasowe w polskiej prasie w trakcie procesów marcowych w 1968 roku. Współczesny sejm używa do tego celu komisji śledczej do sprawy afery hazardowej.
Zapewne istnieje wśród telewidzów jakaś grupa, która ogląda kolejne posiedzenia tej komisji z fascynacją i niezdrową ciekawością – ciekawość to niezdrowa, gdyż gdzieś w tle jest chęć popatrzenia na twarze i przypomnienia sobie poczucia odrazy sprzed wielu lat. Wystawa IPN o twarzach bezpieki w pewien sposób bardzo celnie utrafia swoim tytułem w swoistą pamięć o czasach PRL, bo w niej rzeczywiście chodzi o twarze. Te martwe, umalowane i upudrowane fizjonomie robotów w okienku telewizora, które bez drgnięcia powieką, bez śladu zażenowania na twarzy i bez wstydu uzasadniały telewidzom najokropniejsze rzeczy. To był jakiś inny gatunek ludzi, z którymi nie szło się identyfikować, poczuć emocjonalną, czy po prostu gatunkową wspólnotę, bo jakaż to może być wspólnota z istotami, które wyglądają jak my, ale posiadają zupełnie inne życie emocjonalne? Te twarze to były istoty z Marsa. Inwazja kosmitów. I te twarze znowu pojawiły się w telewizji, stąd człowiek wzdraga się, ale patrzy. Tym chętniej patrzy, im bardziej się wzdraga.
Prominentni posłowie Platformy Obywatelskiej popełniają przestępstwo. Partia ta ma w sejmie większość, więc ustala powołanie komisji śledczej, która będzie badać nie przestępstwo, a „procesy legislacyjne” wielu rządów. Członkowie Platformy Obywatelskiej mają w komisji śledczej większość, więc ustalają taką kolejność przesłuchań, że w terminie do 28 lutego, narzuconym przez parlamentarną większość PO, z góry wiadomo, że się z przesłuchaniami przestępców z PO nie zdąży. Następnie, pod nieobecność posła Stefaniuka z PSL, w późnych godzinach wieczornych i bez wcześniejszych zapowiedzi, że będzie taki punkt posiedzenia, większość Platformy Obywatelskiej wyrzuca z komisji dwoje posłów z PiS. Wszystkiemu towarzyszą konferencje prasowe i udział rozmaitych posłów PO w programach telewizyjnych, gdzie z kamiennymi twarzami, patrząc prosto w oko kamery, uzasadniają postępowanie kolegów partyjnych jako zasadne, moralne i etycznie bez zarzutu, a także insynuują rozmaite przewiny Wassermana i Kempy, które mają w pełni uzasadniać ich wyrzucenie z komisji. Och, jak się na te twarze patrzy!
Kulminacją tego patrzenia był 28 grudnia 2009. Tego dnia jedni posłowie Platformy Obywatelskiej przez siedem godzin przesłuchiwali w dosyć szczególny sposób człowieka niewinnego, a inni członkowie tej partii to ich postępowanie uzasadniali. Sami przedstawiciele PO w komisji nie potrafili w trakcie przesłuchania wskazać najmniejszego zarzutu, ani nawet powodu wezwania posła Wassermana na świadka, bo, jak wynikało z ich własnych dociekań, Wasserman ani działalności kryminalnej nie uprawiał, ani nie brał udziału w „nieprawidłowościach legislacyjnych”. Siedmiogodzinne przesłuchanie posła Wassermana było siedmiogodzinnym seansem nienawiści, szyderstwem i upokarzaniem człowieka niewinnego. Posłom PO poprzez siedem godzin nie schodził z twarzy szeroki uśmiech sadystycznego zaspokojenia. Trzeba przyznać, że twarze posłów Stefaniuka i Arłukowicza były cały czas poważne. Arłukowicz wyglądał nawet na zdenerwowanego, kiedy zastrzegał się, że on nie korzysta z porad przesyłanych komunikatorami internetowymi w trakcie posiedzenia, tylko pracuje na dokumentach. Przewodniczący Mirosław Sekuła, który już kilkakrotnie narzekał na brak doradców w komisji, nie zainteresował się personaliami doradców niejawnych i związkiem ich sposobu doradzania z regulaminem komisji.
Przewodniczący komisji Mirosław Sekuła przejdzie chyba do historii politycznego gangsteryzmu za wywiad, w którym uzasadniał, że posłowie wyrzuceni z komisji nie mogą do niej wrócić, gdyż byli przesłuchiwani jako świadkowie, rzecz jak z „Procesu” Kafki. Główny organizator sędziowania Platformy Obywatelskiej we własnej sprawie, z jego oblicza nie schodził wyraz dostojeństwa i zasadniczej, moralnej powagi, kiedy tłumaczył, że motywuje go troska „o dotrzymanie standardów” i przekonanie, że posłowie Kempa i Wasserman we własnej sprawie sędziować nie mogą. Cóż to za sprawa i jakie standardy, nie wyjaśnił, analogicznie, jak nikt nic nie wyjaśniał kafkowskiemu Józefowi K. Panu Sekule w pełni dorównują pracownicy Biura Analiz Sejmowych, którzy w zaskakującym terminie dostarczyli „analizę”, że człowiek przesłuchiwany w charakterze świadka nie może być członkiem komisji śledczej: „analiza” została przedstawiona opinii publicznej dopiero po przesłuchaniu Wassermana, a nie przed posiedzeniem Prezydium Sejmu, które zaleciło szybkie przesłuchanie posłów PiS właśnie po to, żeby można było ich przywrócić do komisji.
Mimo braku jakichkolwiek rezultatów Platforma Obywatelska zdecydowała, że będzie przesłuchiwać Wassermana ponownie, tym razem niejawnie. Ogląd pierwszej części przesłuchania każe powątpiewać, czy istnieje cokolwiek „tajnego” na posła Wassermana. Raczej można przypuszczać, że Platforma Obywatelska, podobnie jak każdy gang uliczny, woli sekować swoje ofiary w ciemnych zaułkach i bez świadków. Wedle wcześniejszych, ludożerczo- spożywczych sugestii posła Palikota, że członkowie PO z komisji śledczej zrobili swego czasu błąd, gdyż przerwali „grillowanie” swoich ofiar, gdy te jeszcze mogły się ruszać, być może członkowie PO w komisji śledczej postanowili ów błąd naprawić i zamierzają nękać Wassermana, aż padnie na zawał.
Zgodnie z tą samą filozofią w telewizji występuje teraz stadko ekspertów, którzy zgodnie twierdzą, że powadze i autorytetowi Sejmu szkodzą transmisje z obrad komisji śledczych. Na tej samej zasadzie można zarzucać organizacjom kobiecym, że nagłaśniają sprawy mężów bijących swoje żony – gdyż to szkodzi autorytetowi rodziny. Bronią słabych, i to wielce skuteczną, jest nie tylko śmiech, ale i jawność. Dziś służy ona nie Platformie Obywatelskiej, a jej ofiarom. Wzmacnia determinację posłów PSL i lewicy, by się poprawnie zachowywać i uodparnia ich na ewentualne zakulisowe presje. Opinia publiczna jest tu dla nich nagrodą, bo wiedzą, że właściwym postępowaniem przysporzą głosów swoim ugrupowaniom. Ekspercki atak na suwerenność i wolną wolę opinii publicznej znakomicie mieści się w konwencji wcześniejszych propozycji zmian w Konstytucji RP, proponowanych przez Donalda Tuska, które sprowadzały się do likwidacji najpopularniejszych w Polsce, powszechnych wyborów na prezydenta, odebraniu praw wyborczych opinii publicznej i przekazaniu ich parlamentarnej większości Platformy Obywatelskiej. Opinię publiczną, elektorat, też można zaliczyć do kategorii słabych podmiotów sceny politycznej, gdyż nie dysponuje ona policją, wojskiem, żadnymi formami przymusu i presji, poza kartką wyborczą dzierżoną w garści i własnym poinformowaniem, na podstawie którego podejmuje wyborcze decyzje. Właśnie w obronie suwerenności i poinformowania opinii publicznej w 1968 roku bunt młodzieży objął aż 200 tysięcy osób, krzyczących głośno w całej Polsce, że „Prasa kłamie”. Dziś historia zatoczyła koło i powróciła jako farsa. Członkowie Platformy Obywatelskiej czynią okropne rzeczy, a Donald Tusk, ich przywódca, opowiada telewidzom jak onegdaj Gomułka, że w „roku bieżącym wyprodukowaliśmy 20 tysięcy łyżeczek do herbaty więcej” niż inne kraje Unii Europejskiej, oraz, że jeszcze niedawno staliśmy o krok od przepaści (bo rządził PiS), a teraz wykonaliśmy ogromny skok do przodu...
Posłanka Kempa może być w pewnym sensie w gorszej psychologicznie sytuacji niż poseł Wasserman, bo oprócz „grillowania” można jeszcze uderzać i w to, że jest kobietą. Na jednym z wcześniejszych posiedzeń przewodniczący komisji Mirosław Sekuła upominał ją, że się nie zachowuje „jak kobieta”. Identyczne upomnienia świetnie pamiętają wszystkie kobiety, które działały w opozycji. To była celowa metoda SB, upokarzać, pozbawiać działaczki opozycji kobiecości i godności osoby ludzkiej. Aresztantkom nagminnie tłumaczono, że działają w opozycji, gdyż są brzydkie, „żaden chłop ich nie chce”, nie wiedzą, jak się zachowywać jak kobieta, na zmianę z insynuacjami o prostytucji, alkoholu i lekkim prowadzeniu się. Poseł Halicki z PO występujący w programie „Minęła dwudziesta” się otwarcie, szyderczo uśmiechał gumowym uśmiechem, kiedy posłanka Kempa mówiła, że cały dzień czekała pod drzwiami komisji. Oto wreszcie Platforma Obywatelska pokazała, jak powinna się zachowywać kobieta: ma tłuc się pociągami tam i nazad, siedzieć na fotelu pod drzwiami od dziesiątej rano do dwudziestej pierwszej, pokornie przyjąć decyzję komisji, że się jej nie chce z nią rozmawiać i w nocy wracać pociągiem do domu. Jako kobieta, osoba nieważna, nie powinna mieć pretensji, że jej ktoś wcześniej z wysiadywania na wycieraczce pod drzwiami panów szejków z PO nie zwolnił.
W komisjach śledczych zeznaje się pod rygorem karnym, na podstawie stosownych przepisów kpk, dlatego można by zaryzykować opinię, że choć w historii PRL codziennością było pożytkowanie majestatu kodeksu karnego i polskiego sejmu do maltretowania i skazywania osób niewinnych, to w historii wolnej Polski jest to jednak niepokojąca nowość. Polega ona na wielce innowacyjnej procedurze odbierania części praw obywatelskich (w postaci prawa kandydowania na członka komisji) nie za przewiny, a za to, że się było przesłuchiwanym. Jako, że ryba psuje się zwykle od głowy, w polskim wymiarze sprawiedliwości szykuje się wesoła rewolucja imienia Franza Kafki: oto z garaży wyjadą znowu czarne wołgi, złapie się przechodnia na ulicy, przesłucha na dowolną okoliczność, a potem wsadzi do więzienia za to, że przechodzień został przesłuchany. Na tej samej zasadzie Platforma Obywatelska będzie mogła odbierać bierne i czynne prawa wyborcze dowolnym obywatelom, nie wykluczając kontrkandydatów Donalda Tuska do fotela prezydenta RP.
Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, motłoch jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje Platforma Obywatelska, najwyższej jakości jako dzieło sztuki partyjnej. Wiwat Biuro Analiz Sejmowych. Wiwat soki owocowe....
Bogumiła Tyszkiewicz
„Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, schizofrenia jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje socjalizm najwyższej jakości jako dzieło sztuki komicznej. Wiwat Sorbowit” - tak pisał Waldemar Maria „Major” Fydrych, przywódca Pomarańczowej Alternatywy w czasach polityki czarnobiałej. Dadaistyczny hymn na cześć napoju witaminizowanego jest swoistym manifestem najmłodszego pokolenia opozycji lat osiemdziesiątych, a przy okazji paradoksalnym wyrazem ewolucji, jaka się dokonała w kolejnych pokoleniach polskiej młodzieży: w latach młodości Andrzeja Czumy bohaterstwem bywało wysadzać pomniki – w czasach Pomarańczowej Alternatywy bohaterstwem było śmiać się tym głośniej, im bardziej się było obitym.
Śmiech jest bronią ruchów pokojowych, świadomie rezygnujących z przemocy, bronią ludzi słabych, bezbronnych wobec władzy. Bronią niezwykle skuteczną. Mark Twain pisał: „Perswazja, pieniądze – mogą czasem podważyć jakąś przepastną bzdurę, ale tylko śmiech potrafi jednym ciosem rozwalić ją w strzępy, rozbić na atomy”.
Jeśli jednak patrzymy na pręgierz umieszczony na wrocławskim rynku, to uświadamiamy sobie, że krewniak śmiechu - szyderstwo - należał do arsenału katowskiego od zarania dziejów. O ile śmiech jest bronią ludzi bezbronnych, to szyderstwo bywa bronią władzy, która tym sposobem, rękami motłochu, pozbywa się ludzi sobie niewygodnych. Temu celowi służyło wytarzanie delikwenta w smole i pierzu, i przegonienie go przez średniowieczne miasto. Na Tasmanii tubylcy umieszczali nieszczęśnika na niskiej gałęzi drzewa, aby każdy mógł się napawać jego reakcjami, a tłum zebrany pod drzewem – szydził. Temu też celowi służyły artykuły prasowe w polskiej prasie w trakcie procesów marcowych w 1968 roku. Współczesny sejm używa do tego celu komisji śledczej do sprawy afery hazardowej.
Zapewne istnieje wśród telewidzów jakaś grupa, która ogląda kolejne posiedzenia tej komisji z fascynacją i niezdrową ciekawością – ciekawość to niezdrowa, gdyż gdzieś w tle jest chęć popatrzenia na twarze i przypomnienia sobie poczucia odrazy sprzed wielu lat. Wystawa IPN o twarzach bezpieki w pewien sposób bardzo celnie utrafia swoim tytułem w swoistą pamięć o czasach PRL, bo w niej rzeczywiście chodzi o twarze. Te martwe, umalowane i upudrowane fizjonomie robotów w okienku telewizora, które bez drgnięcia powieką, bez śladu zażenowania na twarzy i bez wstydu uzasadniały telewidzom najokropniejsze rzeczy. To był jakiś inny gatunek ludzi, z którymi nie szło się identyfikować, poczuć emocjonalną, czy po prostu gatunkową wspólnotę, bo jakaż to może być wspólnota z istotami, które wyglądają jak my, ale posiadają zupełnie inne życie emocjonalne? Te twarze to były istoty z Marsa. Inwazja kosmitów. I te twarze znowu pojawiły się w telewizji, stąd człowiek wzdraga się, ale patrzy. Tym chętniej patrzy, im bardziej się wzdraga.
Prominentni posłowie Platformy Obywatelskiej popełniają przestępstwo. Partia ta ma w sejmie większość, więc ustala powołanie komisji śledczej, która będzie badać nie przestępstwo, a „procesy legislacyjne” wielu rządów. Członkowie Platformy Obywatelskiej mają w komisji śledczej większość, więc ustalają taką kolejność przesłuchań, że w terminie do 28 lutego, narzuconym przez parlamentarną większość PO, z góry wiadomo, że się z przesłuchaniami przestępców z PO nie zdąży. Następnie, pod nieobecność posła Stefaniuka z PSL, w późnych godzinach wieczornych i bez wcześniejszych zapowiedzi, że będzie taki punkt posiedzenia, większość Platformy Obywatelskiej wyrzuca z komisji dwoje posłów z PiS. Wszystkiemu towarzyszą konferencje prasowe i udział rozmaitych posłów PO w programach telewizyjnych, gdzie z kamiennymi twarzami, patrząc prosto w oko kamery, uzasadniają postępowanie kolegów partyjnych jako zasadne, moralne i etycznie bez zarzutu, a także insynuują rozmaite przewiny Wassermana i Kempy, które mają w pełni uzasadniać ich wyrzucenie z komisji. Och, jak się na te twarze patrzy!
Kulminacją tego patrzenia był 28 grudnia 2009. Tego dnia jedni posłowie Platformy Obywatelskiej przez siedem godzin przesłuchiwali w dosyć szczególny sposób człowieka niewinnego, a inni członkowie tej partii to ich postępowanie uzasadniali. Sami przedstawiciele PO w komisji nie potrafili w trakcie przesłuchania wskazać najmniejszego zarzutu, ani nawet powodu wezwania posła Wassermana na świadka, bo, jak wynikało z ich własnych dociekań, Wasserman ani działalności kryminalnej nie uprawiał, ani nie brał udziału w „nieprawidłowościach legislacyjnych”. Siedmiogodzinne przesłuchanie posła Wassermana było siedmiogodzinnym seansem nienawiści, szyderstwem i upokarzaniem człowieka niewinnego. Posłom PO poprzez siedem godzin nie schodził z twarzy szeroki uśmiech sadystycznego zaspokojenia. Trzeba przyznać, że twarze posłów Stefaniuka i Arłukowicza były cały czas poważne. Arłukowicz wyglądał nawet na zdenerwowanego, kiedy zastrzegał się, że on nie korzysta z porad przesyłanych komunikatorami internetowymi w trakcie posiedzenia, tylko pracuje na dokumentach. Przewodniczący Mirosław Sekuła, który już kilkakrotnie narzekał na brak doradców w komisji, nie zainteresował się personaliami doradców niejawnych i związkiem ich sposobu doradzania z regulaminem komisji.
Przewodniczący komisji Mirosław Sekuła przejdzie chyba do historii politycznego gangsteryzmu za wywiad, w którym uzasadniał, że posłowie wyrzuceni z komisji nie mogą do niej wrócić, gdyż byli przesłuchiwani jako świadkowie, rzecz jak z „Procesu” Kafki. Główny organizator sędziowania Platformy Obywatelskiej we własnej sprawie, z jego oblicza nie schodził wyraz dostojeństwa i zasadniczej, moralnej powagi, kiedy tłumaczył, że motywuje go troska „o dotrzymanie standardów” i przekonanie, że posłowie Kempa i Wasserman we własnej sprawie sędziować nie mogą. Cóż to za sprawa i jakie standardy, nie wyjaśnił, analogicznie, jak nikt nic nie wyjaśniał kafkowskiemu Józefowi K. Panu Sekule w pełni dorównują pracownicy Biura Analiz Sejmowych, którzy w zaskakującym terminie dostarczyli „analizę”, że człowiek przesłuchiwany w charakterze świadka nie może być członkiem komisji śledczej: „analiza” została przedstawiona opinii publicznej dopiero po przesłuchaniu Wassermana, a nie przed posiedzeniem Prezydium Sejmu, które zaleciło szybkie przesłuchanie posłów PiS właśnie po to, żeby można było ich przywrócić do komisji.
Mimo braku jakichkolwiek rezultatów Platforma Obywatelska zdecydowała, że będzie przesłuchiwać Wassermana ponownie, tym razem niejawnie. Ogląd pierwszej części przesłuchania każe powątpiewać, czy istnieje cokolwiek „tajnego” na posła Wassermana. Raczej można przypuszczać, że Platforma Obywatelska, podobnie jak każdy gang uliczny, woli sekować swoje ofiary w ciemnych zaułkach i bez świadków. Wedle wcześniejszych, ludożerczo- spożywczych sugestii posła Palikota, że członkowie PO z komisji śledczej zrobili swego czasu błąd, gdyż przerwali „grillowanie” swoich ofiar, gdy te jeszcze mogły się ruszać, być może członkowie PO w komisji śledczej postanowili ów błąd naprawić i zamierzają nękać Wassermana, aż padnie na zawał.
Zgodnie z tą samą filozofią w telewizji występuje teraz stadko ekspertów, którzy zgodnie twierdzą, że powadze i autorytetowi Sejmu szkodzą transmisje z obrad komisji śledczych. Na tej samej zasadzie można zarzucać organizacjom kobiecym, że nagłaśniają sprawy mężów bijących swoje żony – gdyż to szkodzi autorytetowi rodziny. Bronią słabych, i to wielce skuteczną, jest nie tylko śmiech, ale i jawność. Dziś służy ona nie Platformie Obywatelskiej, a jej ofiarom. Wzmacnia determinację posłów PSL i lewicy, by się poprawnie zachowywać i uodparnia ich na ewentualne zakulisowe presje. Opinia publiczna jest tu dla nich nagrodą, bo wiedzą, że właściwym postępowaniem przysporzą głosów swoim ugrupowaniom. Ekspercki atak na suwerenność i wolną wolę opinii publicznej znakomicie mieści się w konwencji wcześniejszych propozycji zmian w Konstytucji RP, proponowanych przez Donalda Tuska, które sprowadzały się do likwidacji najpopularniejszych w Polsce, powszechnych wyborów na prezydenta, odebraniu praw wyborczych opinii publicznej i przekazaniu ich parlamentarnej większości Platformy Obywatelskiej. Opinię publiczną, elektorat, też można zaliczyć do kategorii słabych podmiotów sceny politycznej, gdyż nie dysponuje ona policją, wojskiem, żadnymi formami przymusu i presji, poza kartką wyborczą dzierżoną w garści i własnym poinformowaniem, na podstawie którego podejmuje wyborcze decyzje. Właśnie w obronie suwerenności i poinformowania opinii publicznej w 1968 roku bunt młodzieży objął aż 200 tysięcy osób, krzyczących głośno w całej Polsce, że „Prasa kłamie”. Dziś historia zatoczyła koło i powróciła jako farsa. Członkowie Platformy Obywatelskiej czynią okropne rzeczy, a Donald Tusk, ich przywódca, opowiada telewidzom jak onegdaj Gomułka, że w „roku bieżącym wyprodukowaliśmy 20 tysięcy łyżeczek do herbaty więcej” niż inne kraje Unii Europejskiej, oraz, że jeszcze niedawno staliśmy o krok od przepaści (bo rządził PiS), a teraz wykonaliśmy ogromny skok do przodu...
Posłanka Kempa może być w pewnym sensie w gorszej psychologicznie sytuacji niż poseł Wasserman, bo oprócz „grillowania” można jeszcze uderzać i w to, że jest kobietą. Na jednym z wcześniejszych posiedzeń przewodniczący komisji Mirosław Sekuła upominał ją, że się nie zachowuje „jak kobieta”. Identyczne upomnienia świetnie pamiętają wszystkie kobiety, które działały w opozycji. To była celowa metoda SB, upokarzać, pozbawiać działaczki opozycji kobiecości i godności osoby ludzkiej. Aresztantkom nagminnie tłumaczono, że działają w opozycji, gdyż są brzydkie, „żaden chłop ich nie chce”, nie wiedzą, jak się zachowywać jak kobieta, na zmianę z insynuacjami o prostytucji, alkoholu i lekkim prowadzeniu się. Poseł Halicki z PO występujący w programie „Minęła dwudziesta” się otwarcie, szyderczo uśmiechał gumowym uśmiechem, kiedy posłanka Kempa mówiła, że cały dzień czekała pod drzwiami komisji. Oto wreszcie Platforma Obywatelska pokazała, jak powinna się zachowywać kobieta: ma tłuc się pociągami tam i nazad, siedzieć na fotelu pod drzwiami od dziesiątej rano do dwudziestej pierwszej, pokornie przyjąć decyzję komisji, że się jej nie chce z nią rozmawiać i w nocy wracać pociągiem do domu. Jako kobieta, osoba nieważna, nie powinna mieć pretensji, że jej ktoś wcześniej z wysiadywania na wycieraczce pod drzwiami panów szejków z PO nie zwolnił.
W komisjach śledczych zeznaje się pod rygorem karnym, na podstawie stosownych przepisów kpk, dlatego można by zaryzykować opinię, że choć w historii PRL codziennością było pożytkowanie majestatu kodeksu karnego i polskiego sejmu do maltretowania i skazywania osób niewinnych, to w historii wolnej Polski jest to jednak niepokojąca nowość. Polega ona na wielce innowacyjnej procedurze odbierania części praw obywatelskich (w postaci prawa kandydowania na członka komisji) nie za przewiny, a za to, że się było przesłuchiwanym. Jako, że ryba psuje się zwykle od głowy, w polskim wymiarze sprawiedliwości szykuje się wesoła rewolucja imienia Franza Kafki: oto z garaży wyjadą znowu czarne wołgi, złapie się przechodnia na ulicy, przesłucha na dowolną okoliczność, a potem wsadzi do więzienia za to, że przechodzień został przesłuchany. Na tej samej zasadzie Platforma Obywatelska będzie mogła odbierać bierne i czynne prawa wyborcze dowolnym obywatelom, nie wykluczając kontrkandydatów Donalda Tuska do fotela prezydenta RP.
Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, motłoch jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje Platforma Obywatelska, najwyższej jakości jako dzieło sztuki partyjnej. Wiwat Biuro Analiz Sejmowych. Wiwat soki owocowe....
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Nostalgia za jednopartyjną Polską
Bogumiła Tyszkiewicz
W komentarzach do notki postulującej obniżenie progu wyborczego na Salonie24 wprost powołałam się na przykład Partido Revolucionario Institucional (PRI), która w Meksyku rzadzila od 1923 praktycznie do wyborow prezydenckich w 2000. Antykonstytucyjny balon próbny w wykonaniu Schetyny, dotyczący połączenia funkcji prezydenta i szefa partii, jeszcze wtedy nie został wypuszczony, dlatego nie został przywołany jako jeden z śladów wskazujących kierunek, w którym może zmierzać polska scena polityczna.
Antykonstytucyjna wypowiedź członka rządu wytwarza niewyobrażalny do niedawna klimat dyskusji politycznej, w którym najwyższy akt prawny konstytuujący państwo prawa może być ignorowany w kontekście doraźnych rozwiązań politycznych - trudno się spodziewać, by członek rządu nie wiedział, kiedy jego pomysły są zgodne z konstytucją, kiedy nie. Premier Donald Tusk się zresztą od tej propozycji nie odciął, i nie skomentował, że to jest prywatna opinia Schetyny, a nie informacja o kierunku rozważań kierownictwa Platformy Obywatelskiej. Jakąś wskazówką co do antydemokratycznych upodobań obecnego kierownictwa PO jest też przesłanie tej partii do elektoratu w trakcie wyborów europejskich, sugerujące, że głosowanie na partię inną niż PO jest wbrew polskiemu interesowi narodowemu oraz "marnowaniem głosu".
Pod czyim adresem Schetyna wypuścił swój balon? Opozycji politycznej? Oczywiście, że nie. W systemie meksykańskim zdanie opozycji się zupełnie nie liczy, gdyż jest zbyt słaba elektoralnie, by swoje opinie forsować. Schetyna sprawdzał, jak na to zareaguje elektorat PO. I elektorat zaczyna reagować... z entuzjazmem.
"Wobec totalnej słabości i nieudolności sceny opozycji, taka forma rządów demokracji jest jak najbardziej dopuszczalna" pisze dziś basia25 w notce "Nieudolna opozycja - ciężarem dla Narodu" - "objęcie jak najszerszych obszarów działalności politycznej przez PO - jest gwarantem sukcesywnego zabezpieczania obszarów - tam gdzie symulanci opozycji nie wypełniają swojej roli, gdzie pieniądze podatnika wydawane z budżetu na działalność partyjną - mogą i będą lepiej zagospodarowane i ich wielokrotność zwrocona Narodowi."
W notce basi25 pojawił się niezbyt precyzyjny termin "symulanci opozycji", żywcem przeniesiony z PRLowskiej propagandy. Schetyna zaproponował, basi się skojarzyło - i twórczo rozwinęła. Poniekąd, symptomatyczny jest język całej tej notki, sformułowania typu "sukcesywne zabezpieczanie obszarów" też mają swoje historyczne korzenie...
Pytanie, ilu wyborcom PO, ilu Polakom się obecnie kojarzy i twórczo rozwija uzasadnienie, ze Polska potrzebuje tylko jednej partii. Zdaje się, że przy partyjnych władzach, które rozważają własne postępowanie bez uwzględniania ograniczeń, narzucanych przez konstytucję, o przyszłości Polski może zdecydować ilość wyborców myślących mniej więcej tak samo, jak basia. Swoją drogą, taka nostalgia za systemem jednopartyjnym może też wskazywać, że wolnościowo- demokratyczny festiwal w świadomości Polaków właśnie się kończy...
W komentarzach do notki postulującej obniżenie progu wyborczego na Salonie24 wprost powołałam się na przykład Partido Revolucionario Institucional (PRI), która w Meksyku rzadzila od 1923 praktycznie do wyborow prezydenckich w 2000. Antykonstytucyjny balon próbny w wykonaniu Schetyny, dotyczący połączenia funkcji prezydenta i szefa partii, jeszcze wtedy nie został wypuszczony, dlatego nie został przywołany jako jeden z śladów wskazujących kierunek, w którym może zmierzać polska scena polityczna.
Antykonstytucyjna wypowiedź członka rządu wytwarza niewyobrażalny do niedawna klimat dyskusji politycznej, w którym najwyższy akt prawny konstytuujący państwo prawa może być ignorowany w kontekście doraźnych rozwiązań politycznych - trudno się spodziewać, by członek rządu nie wiedział, kiedy jego pomysły są zgodne z konstytucją, kiedy nie. Premier Donald Tusk się zresztą od tej propozycji nie odciął, i nie skomentował, że to jest prywatna opinia Schetyny, a nie informacja o kierunku rozważań kierownictwa Platformy Obywatelskiej. Jakąś wskazówką co do antydemokratycznych upodobań obecnego kierownictwa PO jest też przesłanie tej partii do elektoratu w trakcie wyborów europejskich, sugerujące, że głosowanie na partię inną niż PO jest wbrew polskiemu interesowi narodowemu oraz "marnowaniem głosu".
Pod czyim adresem Schetyna wypuścił swój balon? Opozycji politycznej? Oczywiście, że nie. W systemie meksykańskim zdanie opozycji się zupełnie nie liczy, gdyż jest zbyt słaba elektoralnie, by swoje opinie forsować. Schetyna sprawdzał, jak na to zareaguje elektorat PO. I elektorat zaczyna reagować... z entuzjazmem.
"Wobec totalnej słabości i nieudolności sceny opozycji, taka forma rządów demokracji jest jak najbardziej dopuszczalna" pisze dziś basia25 w notce "Nieudolna opozycja - ciężarem dla Narodu" - "objęcie jak najszerszych obszarów działalności politycznej przez PO - jest gwarantem sukcesywnego zabezpieczania obszarów - tam gdzie symulanci opozycji nie wypełniają swojej roli, gdzie pieniądze podatnika wydawane z budżetu na działalność partyjną - mogą i będą lepiej zagospodarowane i ich wielokrotność zwrocona Narodowi."
W notce basi25 pojawił się niezbyt precyzyjny termin "symulanci opozycji", żywcem przeniesiony z PRLowskiej propagandy. Schetyna zaproponował, basi się skojarzyło - i twórczo rozwinęła. Poniekąd, symptomatyczny jest język całej tej notki, sformułowania typu "sukcesywne zabezpieczanie obszarów" też mają swoje historyczne korzenie...
Pytanie, ilu wyborcom PO, ilu Polakom się obecnie kojarzy i twórczo rozwija uzasadnienie, ze Polska potrzebuje tylko jednej partii. Zdaje się, że przy partyjnych władzach, które rozważają własne postępowanie bez uwzględniania ograniczeń, narzucanych przez konstytucję, o przyszłości Polski może zdecydować ilość wyborców myślących mniej więcej tak samo, jak basia. Swoją drogą, taka nostalgia za systemem jednopartyjnym może też wskazywać, że wolnościowo- demokratyczny festiwal w świadomości Polaków właśnie się kończy...
wtorek, 2 czerwca 2009
Pruszków na Wiejskiej
Nawet kryzysu gospodarczego nie trzeba, by uznać za niezwykłą sytuację, gdy gwiazda Platformy Obywatelskiej, a zarazem "bulterier kampanii prezydenckiej Donalda Tuska", mową i czynem zachęca obywateli do wycofywania i wywożenia swoich oszczędności z Polski do egzotycznych rajów podatkowych.
Zdaniem Witolda Gadomskiego działalność Janusza Palikota wymyka się ocenie prawnej ("do dziś nikt nie podał "nawet cienia dowodu na to, że inwestycje Janusza Palikota w rajach podatkowych są nielegalne"), a także osądowi etycznemu: Jeśli tych dowodów nie będzie, to można dyskutować wyłącznie o postawie etycznej Palikota. Może i posłów obowiązują wyższe standardy etyczne, ale, zauważa dalej Gadomski, "nie ma kodeksu etycznego posła, który by jednoznacznie określał, co jest, a co nie jest dopuszczalne".
Podobnie toczy się dyskusja o Palikocie w pozostałych mediach. Gdyby pokusić się o jej graficzną reprezentację, to oś rzędnych z jednej strony ograniczałby kodeks karny, z drugiej nieistniejący kodeks etyki poselskiej, a oś odciętych by wyrażała poziom aprobaty (w górę) bądź negacji (w dół). Niemal nikt poza ten obszar nie wykracza. Z afiliacji politycznej oceniającego z góry można przewidzieć, co powie. Możnaby się pokusić o namalowanie punktów na wykresie, odzwierciedlających poszczególne opinie, nie kłopocząc pytaniami zbyt wielu osób.
Zresztą, "czy jest jakiś poseł, który świadomie nie korzysta z przysługującej mu ulgi podatkowej?" - pyta Gadomski, zrównując ucieczkę kapitału do rajów podatkowych z ulgami funkcjonującymi tylko wtedy, gdy się z kapitałem nie ucieka. O podobne zrównanie pokusił się także Janusz Palikot, który w wywiadzie w TVP.info zadeklarował swoją nadzieję, że powróci do komisji "Przyjazne Państwo" i dopiero wszystkim pokaże, jak będzie walczył o ulgi podatkowe - co budzi pewien niepokój, czy pan poseł rozumie, że Polska jest w Unii Europejskiej, a nie na Karaibach, i raju podatkowego się tu raczej nie zrobi.
Przepytywany przez dziennikarkę o szczegóły swoich transakcji i pożyczek, Palikot obszernie uzasadnił, dlaczego on, bogaty biznesmen, uznał, że nie opłaca mu się ani trzymać pieniędzy w polskiej sieci bankowej, ani robić w Polsce interesów. Generalnie, mamy tu zbyt wiele podatków i biurokracji, a na Karaibach jest swoboda gospodarcza i tajność (czytaj - nie istnieje NIK). Być może swoim wykładem na temat wyższości raju podatkowego na Polską zachęcił paru bogatych biznesmenów i drobniejszych ciułaczy do likwidacji kont w NBP i szukania szczęścia oraz wolności gospodarczej tam, gdzie on ją znalazł? Ku temu samemu zmierza zresztą tekst Gadomskiego, szczególnie w fragmencie, który na nowo definiuje pojęcie ulgi podatkowej.
Ale Gadomski jest tylko dziennikarzem, a Janusz Palikot posłem, jedną z gwiazd partii rządzącej Polską. Przedstawicielem władzy.
Nasza oś współrzędnych potrzebuje trzeciego wymiaru - osi polityki i państwa. Polski się nie da przerobić na raj podatkowy, ale na bananowe państewko na pewno można... Już teraz część naszego przemysłu stoczniowego znalazła się w tajemniczych, bananowych rękach. Trudno będzie z nimi dyskutować pracę i płacę, skoro nie znamy nawet nazwisk właścicieli. Trudno będzie znaleźć pieniądze na inwestycje czy łatanie dziur w budżecie, jeśli przedstawiciele władzy będą zachęcać - lub nie oponować przeciwko zachęcaniu inwestorów do ucieczki z kapitałem z Polski. Zachęcaniu, ze strony innych przedstawicieli władzy, która "wzięła za Polskę odpowiedzialność".
Na tej samej stronie co tekst Gadomskiego, w rubryce "Ciekawe dyskusje", widnieje zachęta "Palikot przestępca? Nie, być może to nieetyczne i być może okradł byłą żonę". Klikasz - i trafiasz na dyskusję zatytułowaną "Palikot: Mordercy medialni. Będę domagał się ok. 10 mln zł". To dyskusja pod artykułem GW podpisanym nickiem "mm". Nagabywany przez dziennikarzy Donald Tusk oświadczył, że widzi w tej sprawie "prywatny spór finansowy między zwaśnionymi małżonkami", i że nie będzie wnikał w jego treść. Gdyby był politykiem, a nie piłkarzem, może by dostrzegł, że obowiązki premiera się jednak czymś różnią od zajęć Paris Hilton. Gdyby Gadomski był komentatorem politycznym, to może by pomyślał, że dyskusja o tym, że kodeksu etycznego nie ma, a dowodów nie mają, jako żywo kojarzy się z roboczą naradą mafii pruszkowskiej, którą nie żona prześladuje, a wydział do spraw przestępczości zorganizowanej.
"Dla mnie przekroczeniem niepisanego kodeksu jest wykorzystywanie przez polityka swej pozycji dla czerpania materialnych korzyści. Palikotowi nikt tego nie zarzuca. Przeciwnie, swoje dawne firmy sprzedał, a jako biznesmen i bogaty polityk był i jest hojnym sponsorem różnych akcji społecznych i kulturalnych." - kończy Gadomski. Nawet to jest trochę bardziej skomplikowane. "Eksperci szacują, że mój wizerunek jest wart 10 milionów złotych. Tyle musiałaby mi zapłacić firma za reklamę piwa czy szamponu do włosów" -mówi bowiem Palikot. Ów wizerunek osiągnął taką astronomiczną wartość m.in. dzięki wykorzystaniu parlamentu do demonstrowania gumowego penisa rozradowanym dziennikarzom. W kodeksie cywilnym istnieje pojęcie "przewidywanych zysków przyszłych". Skoro poseł Palikot przelicza sesje parlamentarne, konferencje prasowe pod szyldem partii władzy i swój wizerunek posła na dochody z reklamy szamponu do włosów, to nie można z całą stanowczością stwierdzić, że poseł Palikot nie odniósł żadnych korzyści materialnych z takiego sprawowania mandatu poselskiego, jaki odpowiadał tak jemu, jak i Platformie Obywatelskiej i jej szefowi, Donaldowi Tuskowi. Chyba, że redaktor Gadomski przedstawi niezbity dowód, że Poseł Palikot w przyszłości w żadnej reklamie nie wystąpi.
Ponieważ tak się zrobiło głośno o Palikocie, to komentatorom niemal umknęła informacja, że szefowie koncernu ITI wpłacali pieniądze na kampanię Hanny Gronkiewicz Walc (via konto Platformy Obywatelskiej), a potem z kasy miasta Warszawy otrzymali niemal pół miliarda złotych dofinansowania do budowy nowego stadionu Legii. Właścicielem stołecznego klubu piłkarskiego Legia jest właśnie koncern ITI, który kontroluje również telewizję TVN i TVN24 oraz portal Onet.pl. Publiczna TVP.info może przestać istnieć. Piotr Skwieciński zauważył, że minister skarbu Aleksander Grad oszczędził na wypłacie rocznej nagrody 50 tys. złotych byłemu prezesowi TVP, Andrejowi Urbańskiemu, tą samą kwotę wypłacając aktualnemu prezesowi, Piotrowi Farfałowi, jako "zaliczkę za brudną robotę", tj. przeprowadzenie czystki w telewizji przed przejęciem jej przez PO, aby wina spadła na nie istniejącą LPR. Farfał to ten, którego środowiska zbliżone do PO chętnie wymieniają jako "byłego neonazistę".
Do tego sondaże wskazują, że połowa Polaków kocha Platformę Obywatelską i jej styl "rządzenia". Ja zagłosuję na Centrolewicę.
Witold Gadomski, Winy Palikota, Gazeta Wyborcza, 1 czerwca 2009
Andrzej Stankiewicz, Szefowie ITI wsparli kampanię Gronkiewicz-Waltz, Newsweek.pl, 31 maja 2009.
Palikot: Jestem wart 10 milionów. Dziennik, 1 czerwca 2009
Piotr Skwieciński, 50 tysięcy zaliczki za brudną robotę w TVP, Blogi Rzeczpospolitej, 31 maja 2009
Zdaniem Witolda Gadomskiego działalność Janusza Palikota wymyka się ocenie prawnej ("do dziś nikt nie podał "nawet cienia dowodu na to, że inwestycje Janusza Palikota w rajach podatkowych są nielegalne"), a także osądowi etycznemu: Jeśli tych dowodów nie będzie, to można dyskutować wyłącznie o postawie etycznej Palikota. Może i posłów obowiązują wyższe standardy etyczne, ale, zauważa dalej Gadomski, "nie ma kodeksu etycznego posła, który by jednoznacznie określał, co jest, a co nie jest dopuszczalne".
Podobnie toczy się dyskusja o Palikocie w pozostałych mediach. Gdyby pokusić się o jej graficzną reprezentację, to oś rzędnych z jednej strony ograniczałby kodeks karny, z drugiej nieistniejący kodeks etyki poselskiej, a oś odciętych by wyrażała poziom aprobaty (w górę) bądź negacji (w dół). Niemal nikt poza ten obszar nie wykracza. Z afiliacji politycznej oceniającego z góry można przewidzieć, co powie. Możnaby się pokusić o namalowanie punktów na wykresie, odzwierciedlających poszczególne opinie, nie kłopocząc pytaniami zbyt wielu osób.
Zresztą, "czy jest jakiś poseł, który świadomie nie korzysta z przysługującej mu ulgi podatkowej?" - pyta Gadomski, zrównując ucieczkę kapitału do rajów podatkowych z ulgami funkcjonującymi tylko wtedy, gdy się z kapitałem nie ucieka. O podobne zrównanie pokusił się także Janusz Palikot, który w wywiadzie w TVP.info zadeklarował swoją nadzieję, że powróci do komisji "Przyjazne Państwo" i dopiero wszystkim pokaże, jak będzie walczył o ulgi podatkowe - co budzi pewien niepokój, czy pan poseł rozumie, że Polska jest w Unii Europejskiej, a nie na Karaibach, i raju podatkowego się tu raczej nie zrobi.
Przepytywany przez dziennikarkę o szczegóły swoich transakcji i pożyczek, Palikot obszernie uzasadnił, dlaczego on, bogaty biznesmen, uznał, że nie opłaca mu się ani trzymać pieniędzy w polskiej sieci bankowej, ani robić w Polsce interesów. Generalnie, mamy tu zbyt wiele podatków i biurokracji, a na Karaibach jest swoboda gospodarcza i tajność (czytaj - nie istnieje NIK). Być może swoim wykładem na temat wyższości raju podatkowego na Polską zachęcił paru bogatych biznesmenów i drobniejszych ciułaczy do likwidacji kont w NBP i szukania szczęścia oraz wolności gospodarczej tam, gdzie on ją znalazł? Ku temu samemu zmierza zresztą tekst Gadomskiego, szczególnie w fragmencie, który na nowo definiuje pojęcie ulgi podatkowej.
Ale Gadomski jest tylko dziennikarzem, a Janusz Palikot posłem, jedną z gwiazd partii rządzącej Polską. Przedstawicielem władzy.
Nasza oś współrzędnych potrzebuje trzeciego wymiaru - osi polityki i państwa. Polski się nie da przerobić na raj podatkowy, ale na bananowe państewko na pewno można... Już teraz część naszego przemysłu stoczniowego znalazła się w tajemniczych, bananowych rękach. Trudno będzie z nimi dyskutować pracę i płacę, skoro nie znamy nawet nazwisk właścicieli. Trudno będzie znaleźć pieniądze na inwestycje czy łatanie dziur w budżecie, jeśli przedstawiciele władzy będą zachęcać - lub nie oponować przeciwko zachęcaniu inwestorów do ucieczki z kapitałem z Polski. Zachęcaniu, ze strony innych przedstawicieli władzy, która "wzięła za Polskę odpowiedzialność".
Na tej samej stronie co tekst Gadomskiego, w rubryce "Ciekawe dyskusje", widnieje zachęta "Palikot przestępca? Nie, być może to nieetyczne i być może okradł byłą żonę". Klikasz - i trafiasz na dyskusję zatytułowaną "Palikot: Mordercy medialni. Będę domagał się ok. 10 mln zł". To dyskusja pod artykułem GW podpisanym nickiem "mm". Nagabywany przez dziennikarzy Donald Tusk oświadczył, że widzi w tej sprawie "prywatny spór finansowy między zwaśnionymi małżonkami", i że nie będzie wnikał w jego treść. Gdyby był politykiem, a nie piłkarzem, może by dostrzegł, że obowiązki premiera się jednak czymś różnią od zajęć Paris Hilton. Gdyby Gadomski był komentatorem politycznym, to może by pomyślał, że dyskusja o tym, że kodeksu etycznego nie ma, a dowodów nie mają, jako żywo kojarzy się z roboczą naradą mafii pruszkowskiej, którą nie żona prześladuje, a wydział do spraw przestępczości zorganizowanej.
"Dla mnie przekroczeniem niepisanego kodeksu jest wykorzystywanie przez polityka swej pozycji dla czerpania materialnych korzyści. Palikotowi nikt tego nie zarzuca. Przeciwnie, swoje dawne firmy sprzedał, a jako biznesmen i bogaty polityk był i jest hojnym sponsorem różnych akcji społecznych i kulturalnych." - kończy Gadomski. Nawet to jest trochę bardziej skomplikowane. "Eksperci szacują, że mój wizerunek jest wart 10 milionów złotych. Tyle musiałaby mi zapłacić firma za reklamę piwa czy szamponu do włosów" -mówi bowiem Palikot. Ów wizerunek osiągnął taką astronomiczną wartość m.in. dzięki wykorzystaniu parlamentu do demonstrowania gumowego penisa rozradowanym dziennikarzom. W kodeksie cywilnym istnieje pojęcie "przewidywanych zysków przyszłych". Skoro poseł Palikot przelicza sesje parlamentarne, konferencje prasowe pod szyldem partii władzy i swój wizerunek posła na dochody z reklamy szamponu do włosów, to nie można z całą stanowczością stwierdzić, że poseł Palikot nie odniósł żadnych korzyści materialnych z takiego sprawowania mandatu poselskiego, jaki odpowiadał tak jemu, jak i Platformie Obywatelskiej i jej szefowi, Donaldowi Tuskowi. Chyba, że redaktor Gadomski przedstawi niezbity dowód, że Poseł Palikot w przyszłości w żadnej reklamie nie wystąpi.
Ponieważ tak się zrobiło głośno o Palikocie, to komentatorom niemal umknęła informacja, że szefowie koncernu ITI wpłacali pieniądze na kampanię Hanny Gronkiewicz Walc (via konto Platformy Obywatelskiej), a potem z kasy miasta Warszawy otrzymali niemal pół miliarda złotych dofinansowania do budowy nowego stadionu Legii. Właścicielem stołecznego klubu piłkarskiego Legia jest właśnie koncern ITI, który kontroluje również telewizję TVN i TVN24 oraz portal Onet.pl. Publiczna TVP.info może przestać istnieć. Piotr Skwieciński zauważył, że minister skarbu Aleksander Grad oszczędził na wypłacie rocznej nagrody 50 tys. złotych byłemu prezesowi TVP, Andrejowi Urbańskiemu, tą samą kwotę wypłacając aktualnemu prezesowi, Piotrowi Farfałowi, jako "zaliczkę za brudną robotę", tj. przeprowadzenie czystki w telewizji przed przejęciem jej przez PO, aby wina spadła na nie istniejącą LPR. Farfał to ten, którego środowiska zbliżone do PO chętnie wymieniają jako "byłego neonazistę".
Do tego sondaże wskazują, że połowa Polaków kocha Platformę Obywatelską i jej styl "rządzenia". Ja zagłosuję na Centrolewicę.
Witold Gadomski, Winy Palikota, Gazeta Wyborcza, 1 czerwca 2009
Andrzej Stankiewicz, Szefowie ITI wsparli kampanię Gronkiewicz-Waltz, Newsweek.pl, 31 maja 2009.
Palikot: Jestem wart 10 milionów. Dziennik, 1 czerwca 2009
Piotr Skwieciński, 50 tysięcy zaliczki za brudną robotę w TVP, Blogi Rzeczpospolitej, 31 maja 2009
sobota, 28 marca 2009
Rozpaczliwa agonia lewicy
Józef Pinior
Z polskiej polityki znikają ostatnie już ślady lewicowych idei
Książka Bernarda-Henri Lévy’ego "Ce grand cadavre à la renverse" rozpoczyna się od opisu rozmowy telefonicznej, którą Nicolas Sarkozy przeprowadził z francuskim intelektualistą przed zakończeniem kampanii prezydenckiej we Francji. Przyszły prezydent zadzwonił do Lévy’ego, prosząc, by, podobnie jak André Glucksmann, wyraził on poparcie dla jego kandydatury. Ku zdziwieniu Sarkozy’ego, mimo podobieństwa poglądów, a nawet bliskich stosunków, jakie ich łączyły, Lévy odmówił. Jego zdaniem bowiem - jak tłumaczy na dalszych stronach książki - nie wolno rezygnować z odrębności lewicy ani pozwalać na jej rozpłynięcie się w ogólnie centrowej platformie politycznej.
Choć książka Lévy’ego stanowi krytykę postmodernizmu i triumfującej bezideowości w polityce francuskiej, zaproponowana w niej diagnoza świetnie przystaje do polityki światowej - w tym również polskiej. Po 1989 roku intelektualiści wskazywali na wyczerpywanie się XX-wiecznych sporów ideologicznych. Podkreślano trwałość konsensusu liberalno-demokratycznego, liberalizację gospodarki i polityki. Miało to szczególne znaczenie dla Europy Środkowo-Wschodniej. Powstające tam partie polityczne odwracały się od walki o idee. Proces ten w sposób bardzo podobny przebiegał we wszystkich krajach byłego bloku wschodniego, jednak szczególną siłę osiągnął właśnie w Polsce, stając się jedną z głównych przyczyn upadku naszej polityki.
Szczególną bezbronność na tym polu - i tu znów analizy zawarte w książce Lévy’ego okazują się uniwersalne i dalekowzroczne - prezentowała i prezentuje nadal polska lewica. Widać to na przykład w zbyt daleko idących kompromisach, jakie zawiera z innymi opcjami politycznymi. Platforma Obywatelska postępuje z lewicą podobnie jak Nicolas Sarkozy we Francji. Nawet silne postaci polskiej lewicy - jak Danuta Hübner czy Włodzimierz Cimoszewicz - wchodzą bardzo często w takie układy. Z punktu widzenia działania politycznego nie ma w tym nic niewłaściwego. Problemem jest jednak to, że ludzie lewicy nie odróżniają współpracy (na przykład przy przegłosowywaniu ustaw) od rezygnacji z własnych projektów ideowych.
I właśnie to, że polska lewica do dziś nie podjęła walki o stworzenie odrębnych idei, o ponowne wprowadzenie do publicznego dyskursu tradycji politycznej oraz wydarzeń historycznych, które tworzą jej tożsamość i odróżniają ją od prawicy populistycznej, jest jej największym problemem. Choć często zdajemy się o tym zapominać, lewicowe idee mogą być bardzo wyraziste, również w Polsce. Po pierwsze, naszą lewicę zawsze odróżniała od prawicy koncepcja narodu politycznego. Od końca XIX wieku lewicowcy przeciwstawiali się definiowaniu polskości w kategoriach etnicznych i religijnych, podkreślając polityczny i obywatelski charakter społeczeństwa. Po drugie, choć lewica w Polsce utożsamia się z rozpoczętą w 1989 roku demokratyczną transformacją, budową instytucji liberalnych oraz rządów prawa, osią budowania jej tożsamości w obecnej chwili powinna stać się krytyka szokowej terapii gospodarczej, jaką zastosowano w naszym kraju po przełomie.
Postpolityka i postkomunizm
Powody kryzysu lewicy polskiej mają trojaki charakter. Po pierwsze, jak wskazywałem wyżej, kryzys ten powiązany jest ze znacznie rozleglejszą polityczną zapaścią. Choć zwykle traktujemy teorię Francisa Fukuyamy o końcu historii z pobłażaniem, trudno nie przyznać amerykańskiemu filozofowi racji w tym, że wielki spór ideologiczny między lewicą a prawicą heglowską wyczerpał się u końca XX wieku. "Końcem historii", w heglowskim rozumieniu tego słowa, jest pojawienie się postpolityki, niedysponującej żadnymi ideami. To właśnie z tego kryzysu wynika fakt, że "Solidarność" nie potrafiła stworzyć żadnej silnej lewicowej partii politycznej po 1989 roku.
Po drugie, z racji niemocy, jaką wykazała lewica solidarnościowa, opisywany tu kryzys wiąże się również z tym, że monopol na politykę socjaldemokratyczną znalazł się w rękach lewicy o PZPR-owskim rodowodzie. Należy pamiętać, że podstawowym punktem odniesienia dla świadomości lewicowej w Polsce jest ciągle Radom. Moje pokolenie, czyli generacja "Solidarności", w wieku 21 lat po wydarzeniach w Radomiu, stanęło przed następującym wyborem, który zadecydował o kształcie jego życia: albo idziesz do organizacji, takiej jak ZMP czy PZPR, albo w kierunku KOR - czyli wybierasz opozycję. Albo urządzasz sobie wygodne życie, albo podążasz za swoimi ideami. Lewica wywodząca się z PZPR od samego początku pozbawiona była fundamentu ideowego i nie miała powodów, by cokolwiek w tym aspekcie zmieniać. To spowodowało, że kryzysy polityczne w postaci korupcji, kompromitacji działaczy, a wreszcie całego ruchu lewicowego, przyniosły z sobą prawdziwą anihilację lewicy.
Po trzecie, gdybyśmy winą za kryzys lewicy w Polsce chcieli obarczać tylko postkomunistów i globalny kryzys, byłoby to - niestety - zbyt daleko idące uproszczenie. Właściwe, i być może najważniejsze pytanie brzmi: co się stało ze społeczeństwem? Nie jest prawdą, że społeczeństwo polskie nigdy nie miało do wyboru lewicy innej niż postpezetpeerowska. Była przecież próba odbudowania PPS przez młodą inteligencję, powstała Unia Pracy, Partia Zielonych, były też inne propozycje. To, że społeczeństwo nie chciało na nie głosować, a ostatecznie doprowadziło do sytuacji, w której hasła sprawiedliwości społecznej używa PiS, świadczy o ogromnym wewnętrznym kryzysie jego samego, o obecnych w nim skłonnościach populistycznych, a nawet autorytarnych.
Odpowiedzialność za tę sytuację ponosi również mój macierzysty związek zawodowy. W momencie swego powstania "Solidarność" (a wcześniej opozycja przedsolidarnościowa) reprezentowała ogromny potencjał emancypacyjny. Już w 1980 roku stworzono bardzo oryginalny program samorządnej Rzeczypospolitej, łączący wolny rynek, samorząd i plan, stawiający na emancypację i wejście Polski na dobrych warunkach w obręb gospodarki kapitalistycznej. Ta emancypacja została później osłabiona represjami, które spadły na ruch robotniczy w stanie wojennym. Jednak przełomowi 1989 roku powinna była towarzyszyć już pewna refleksja, dotycząca naszego wejścia na światowy rynek. Prywatyzacja nie musiała oznaczać, że koniecznie trzeba sprzedać na tym rynku wszystkie gazety, wszystkie media i wszystkie zakłady pracy. Przestawienie Polski na gospodarkę kapitalistyczną nie musiało być tożsame z wprowadzeniem planu Balcerowicza. Nie wolno było bezkrytycznie aprobować przyjęcia przez parlament kontraktowy między Wigilią a sylwestrem 1989 roku programu gospodarczego, który spowodował falę bezrobocia, zaszczepiając tysiącom ludzi poczucie poniżenia i krzywdy. Po stronie "Solidarności" nie pojawiła się jednak wówczas jakakolwiek samokrytyczna refleksja dotycząca tego procesu.
Lata po 1989 roku to również bez wątpienia druzgocąca klęska polskiego ruchu pracowniczego, który nie potrafił stanąć na własnych nogach i oprzeć się na własnych wartościach - czy to socjaldemokratycznych, czy lewicowo-chadeckich. Ironią historii jest to, że "Solidarność", która do dziś jest na całym świecie symbolem wyzwolenia, nie ukonstytuowała się jako samodzielny podmiot polityczny. Kompletny rozkład intelektualny i duchowy środowiska "Solidarności" doprowadził w istocie do tego, że Związek nie ma żadnego pomysłu na nowoczesność. Po 1989 roku można było pokusić się o sformowanie partii pracowniczej, jak to się stało na początku XX wieku w Wielkiej Brytanii, czy w 1980 roku, w momencie demokratyzacji, w Brazylii (Partia Pracowników). Dziś brazylijski model prezydenta Luli da Silvy przedstawia się w najpoważniejszych światowych gazetach jako wzorzec tego, co należy robić w warunkach kryzysu globalnego. W Polsce niestety nikt tego rodzaju działań nie podjął.
W sytuacji, gdy kryzys finansowy wymaga poważnej ogólnospołecznej dyskusji, "Solidarność" pozostaje właściwie nieobecna - co najwyżej spełnia rolę marnej przybudówki Prawa i Sprawiedliwości. Potencjał emancypacyjny został roztrwoniony przez populistów.
Ksiądz Jerzy i Ojciec Dyrektor
Niestety, nie tylko "Solidarność", ale i Kościół rzymskokatolicki, który w czasach komunistycznych wspierał związki zawodowe i za sprawą idei personalizmu był lewicy bardzo bliski, po 1989 roku nie odnalazł się w nowej rzeczywistości.
Wejście na rynek światowy w warunkach globalizacji było dla Kościoła polskiego szokiem. Dlatego w wolnej Polsce, w odróżnieniu od czasów PRL, Kościół nie jest w stanie tworzyć dla społeczeństwa enklaw niezależności duchowo-intelektualnej. W latach 80. działał Jerzy Popiełuszko i podobni mu księża. Ksiądz Jerzy był w stanie tworzyć wokół siebie i swojej parafii niezależną przestrzeń publiczną, w której mogli odnaleźć się robotnicy i intelektualiści, mężczyźni i kobiety, wierzący i niewierzący, wspólnotę opartą na szacunku dla odrębnej tożsamości oraz tradycji ideowej. Dziś Ojciec Dyrektor prezentuje za pośrednictwem swego koncernu medialnego model Polski etnicznej, zamkniętej, wręcz ksenofobicznej, nacjonalistycznej i szowinistycznej. Używa retoryki antymodernizacyjnej, która prowadzi donikąd. Co więcej, radio Rydzyka uformowało w Polsce całą rzeszę księży, którzy dziś mają wpływ na Kościół. A takim wyjątkom, jak Węcławski, Bartoś czy Obirek pozostaje tylko odejść samemu lub poczekać na usunięcie z Kościoła.
Być może zatem pozostaje nam jedynie czekać, aż Kościół odnajdzie się w nowych warunkach społeczno-politycznych, aż uformuje się w nim kolejne pokolenie otwartych, mądrych księży. Wtedy nareszcie nie będzie trzeba określać Kościoła jako instytucji prawicowej i autorytarnej - jest to przecież instytucja odrębna względem opcji politycznych, zakorzeniona głęboko w polskim społeczeństwie. Tylko pod takim warunkiem lewica w Polsce będzie mogła prowadzić z nim dialog, korzystając z tego, że krytyka współczesnej cywilizacji, dokonywana przez duchownych w obrębie Kościoła, jest w wielu punktach zbieżna z myśleniem intelektualistów lewicowych.
Jaka przyszłość lewicy?
Wygląda na to, że na ponowną emancypację Kościoła, jak również na odrodzenie się polskiego społeczeństwa, przyjdzie jeszcze poczekać. Nawet nowa inteligencja z pokolenia 20- czy 30-latków wydaje się zupełnie zagubiona w dzisiejszej rzeczywistości politycznej i ideowej, przez co albo nie bierze udziału w wyborach, albo głosuje na populistów. O zaangażowaniu w aktywną politykę nie ma w ogóle co wspominać.
Zwiastunem czegoś ożywczego w polskiej polityce może być środowisko "Krytyki Politycznej". To pierwsze autentyczne pokolenie polskiej inteligencji po 1989 roku, starające się na nowo wykuwać zręby polityki lewicowej. Nigdy nie kryłem entuzjazmu dla ich pracy ideowej, polityki wydawniczej i działalności klubowej. Jednak ich fascynacja literaturą lewicową nie może w nieskończoność usprawiedliwiać bezradności politycznej w konkretnej polskiej rzeczywistości. Żywione przez to środowisko nadzieje na załamanie się kapitalizmu, na jakiś kataklizm gospodarczo-polityczny zostawiają politykę polską pod kontrolą neoliberałów z PO i konserwatywnych populistów z PiS. Wielkie wybuchy społeczne w rodzaju rewolucji 1905 czy pierwszej "Solidarności" z 1980 roku nie wydarzają się w społeczeństwach co dekadę. Od kilku lat w Polsce następuje konsekwentne wypłukiwanie wszystkiego, co lewicowe, z głównego nurtu polityki. Prawica w Polsce nie boi się nowego Lenina lecz nowego Tony’ego Blaira! "Krytyka Polityczna" nie ma pomysłów na "wyjście w lud", na to, co w XIX wieku nazywano "pracą u podstaw".
Jestem tak otwarcie krytyczny, bo traktuję to środowisko poważnie jako najbliższe mi na polskiej scenie politycznej. Mówiłem o tym w redakcji "Krytyki" na Chmielnej i w czasie nocnej dyskusji z Danielem Cohn-Benditem w Warszawie w maju 2008 roku. Młoda lewica popełni rozłożone na lata samobójstwo polityczne, jeżeli odwróci się od instytucji demokracji liberalnej. Sukces socjaldemokracji w ostatnim stuleciu czy sukces Zielonych w ciągu ostatnich 30 lat polegał na wygrywaniu wyborów, na odwadze szukania poparcia dla swojego programu nie tylko w elitach, ale także w masowym elektoracie. Do tego przecież sprowadza się w istocie triumf Baracka Obamy w Ameryce. W Polsce muszą się pojawić formacje polityczne, które będą w stanie wygrywać wybory i - na instytucjonalnym gruncie liberalnej demokracji - mieć wystarczający potencjał woli politycznej i profesjonalizmu, by realnie zmieniać budżet na rzecz finansowania edukacji i nauki, by aktywnie pobudzać polski, peryferyjny kapitalizm w kierunku modernizacyjnym i prospołecznym, by wreszcie zawrócić politykę polską do głównego nurtu polityki europejskiej.
Pogarda w stosunku do wyborów i partii politycznych zaowocuje dziecięcą zabawą w lewicowość i rozgrywaniem "Krytyki Politycznej" przez wielkie gazety. Zaowocuje lewicowością, z której nic nie będzie wynikało dla społeczeństwa poddanego kontroli tabloidów, wegetującego w pustce cywilizacyjnej dzisiejszej Polski. "Krytyka" dociera do swojej smugi cienia i musi uważać, by nie rozpłynąć się we wpisanym w konstytucję tego narodu życiu na niby. W na niby kapitalizmie, na niby Unii Europejskiej, na niby lewicowości, na niby debacie...
opublikowane: "Europa" nr 260, "Dziennik", 28.03.2009
***
Józef Pinior, ur. 1955, polityk, prawnik, filozof. W PRL działacz Solidarności", aresztowany w 1983 roku i skazany na cztery lata więzienia. Od 1987 roku uczestniczył w próbach reaktywowania PPS. Obecnie członek SdPl i poseł do Parlamentu Europejskiego. W "Europie" nr 253 z 7 lutego br. opublikowaliśmy jego głos w ankiecie "Czym był Okrągły Stół". (notka "Dziennika")
piątek, 25 lipca 2008
Rzeczpospolita lemingów i partii wodzowskich
Dzięki "przesłaniom" dla posłów i "instrukcjom" dla ich młodzieżówki Platforma Obywatelska wylądowała dziś na samym szczycie piramidy organizacji politycznych w Polsce dla kretynów. Niewątpliwie każdy kretyn i (w sensie medycznym, nie obraźliwym) i wychowanek Big Brothera może tam zostać gwiazdą. Tyle, że to nie jedyne lemingi w Polsce. W zasadzie nie ma ani jednej partii, która by nie była otoczona stadem lemingów gotowych wykonywać czynności usługowe, bezrozumnie, bezkrytycznie i bez wynagrodzenia, byleby im ktoś powiedział, co mają robić - językiem prostym i dla nich zrozumiałym. Platforma to po prostu wykorzystała bardziej niż inni... Patrząc na scenę z lotu ptaka można też dostrzec, że wszystkie dzisiejsze partie balansują na skraju tego, co w politologii się nazywa partią wodzowską. Jeden lider otoczony świtą, potem długo, długo nic, potem żołnierze, a w kręgu najbardziej zewnętrznym - lemingi. Żadna partia w Polsce nie ma własnych, wykształconych, pluralistycznych elit. Być może najbliżej takiego stanu jest malutki PSL, który dzięki marginalizacji i strategii silnie zorientowanej na własne interesy dorobił się mechanizmów promocji dosyć niezależnych od tego, co oferuje główny nurt polskiej polityki.
Polska nie jest wyjątkiem. Po 11 września zaskoczeni opiniotwórcy na całym świecie skarżyli się, że zabrakło nam wiedzy, dlaczego społeczeństwa muzułmańskie są aż tak obrażone na Zachód, że światu zagroził terroryzm. Ale przecież oznaczało to, że najbardziej rozwiniętym państwom świata zwyczajnie zabrakło zarówno zainteresowania, jak i ludzi znających potoczne języki Bliskiego Wschodu, i że złudzenie globalnej wioski, wywoływane przez powszechną dostępność MTV na całej kuli ziemskiej, jest tylko złudzeniem. Nowy, globalny porządek, do którego opisania i wyjaśnienia miał wystarczyć monetarystyczny język sprawnego menagera neokonsów, okazał się nie istnieć, tak samo, jak nie istnieje "postpolityka", rzekomo towarzysząca sprawnemu zarządzaniu i wypierająca z życia publicznego politykę.
Niedostateczna wiedza językowa i i elity pozbawione ciekawości świata w początkach XXI stulecia nie są niczym szczególnym. Kultura masowa traktuje dorosłych, tak wytwórców, jak i konsumentów, jak dzieci. Wg. Franka Furediego (socjologa węgierskiego pochodzenia, wykładającego na Uniwersytecie Kentu w Wielkiej Brytanii, ur. 1947) [*1], analiza słów, którymi posługiwali się podczas debat publicznych kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych pokazuje, że słownik Lincolna byłby zrozumiały dla licealistów. Clintona - dla siódmoklasistów, a Bush mówił już na poziomie średnio rozgarniętego sześcioklasisty. Współcześni ludzie nie ufają ani nauce, ani celowości gruntownego wykształcenia. Wszechobecny przedrostek "-post" wskazuje, w jakim miejscu znalazły się nauki humanistyczne, a naukom biologicznym i inżynieryjnym ludzkość już od dawna nie dowierza. Kiedyś studenci nie przepadający za naukami ścisłymi i przyrodniczymi wybierali humanistykę i sztuki wyzwolone. Dzisiaj jedne i drugie są im jednakowo obce: w USA między 1970 a 1995 liczba magistrów historii spadła o około 37%, magistrów filologii zagranicznych o 37%, anglistyki o 10% - i to w czasie, kiedy ogólna liczba studentów stale rosła. Temu zjawisku towarzyszy przekształcanie procesu kształcenia w rodzaj show dla niedorosłej publiczności, nagradzającej swego profesora brawami za widowiskowość wykładu, a nie poziom przekazywanej wiedzy, a także poszerzający się rynek książek popularnonaukowych, pisanych tak, by wysiłek umysłowy dla ich zrozumienia był czynnością zbędną. Absolwenci uniwersyteckich kursów zarządzania korporacyjną kadrą, telemarketingu i bankowości są znakomicie dostosowani do życia w monetarystycznej utopii, którą zamach na WTC już dawno obrócił w pył. Pytanie, co z nimi teraz zrobić?
Nie ma co szukać odpowiedzi na to pytanie w tradycyjnym miejscu, u intelektualistów, gdyż w swej większości zaakceptowali oni tą przygnębiającą odmianę. Klasyczny wzorzec heroicznego, niezależnego badacza zastąpiła dzisiaj postać intelektualisty zdewaluowanego do jednego z wielu podmiotów rynku informacji, któremu ton narzucają reguły talk shows, a nie debaty oksfordzkiej. Wartość wykształcenia wyższego, a w konsekwencji i tytułów naukowych, maleje w miarę, jak uniwersytety obniżają kryteria naboru lub w ogóle rezygnują z egzaminów wstępnych, żeby przyjąć jak największą liczbę studentów, i tym bardziej, im częściej wartość profesorów dla uczelni obliczana jest w według liczby absolwentów, a nie ich jakości. Kiedy w początkach grudnia 2001 opublikowano pierwsze rezultaty PISA (badania porównawcze funkcjonalnego alfabetyzmu, jakości nauczania i systemów edukacyjnych w Europie), okazały się być one szokująco słabe. Szczególnie silnie wstrząsnęły dumą narodową Niemców (21 pozycja na 32 państwa), a same zjawisko uzyskało nazwę "PISA-Schock". W efekcie rozpętała się desperacka dyskusja jak włączyć media do promocji "informacyjnego alfabetyzmu", a tamtejsi bibliotekarze wykorzystali sytuację do kolejnego, beznadziejnego przypomnienia, że biblioteki, a szczególnie biblioteki szkolne, jednak czemuś służą. [*2]
"Przez ostatnie dwa stulecia na straży autorytetu, jakim cieszyli się intelektualiści, stała wiara w to, że dążenie do wiedzy i prawdy zasługuje na powszechne uznanie. Wiara ta nadawała pracy umysłowej wyjątkowe znaczenie, ludziom zaś zgłębiającym wiedzę pozwalała sądzić, że to, co robią, ma sens." - powiada Frank Furedi. Mimo dezaprobaty dla gnuśności, jaka jego zdaniem cechowała uczonych jego pokolenia, Orwell niezmiennie wierzył, że idee mogą stworzyć lepszy świat, i że wszelka działalność intelektualna i kontemplacyjna jest tym, co odróżnia człowieka od zwierzęcia. Dzisiejsi intelektualiści sprowadzili czynność kontemplacji świata do upraszczania i minimalizowania wiedzy potrzebnej człowiekowi do funkcjonowania w społeczeństwie. Między innymi dlatego radykalne zmniejszenie listy lektur szkolnych wprowadzone przez rząd Platformy Obywatelskiej nie spotkało się ze znaczącym protestem. Polska inteligencja, w przeciwieństwie do niemieckiej, nie broni bibliotek.
W klasycznej powieści SF Asimowa "Fundacja" twórca psychohistorii Harry Seldon rozpoznaje zbliżający się upadek Imperium - po wtórności jego kultury wobec czasów przeszłych oraz cywilizacyjnej infantylizacji wszystkich warstw społecznych, nie rozumiejących wytworów technicznych poprzednich pokoleń ani złożoności własnego świata; nieufnych wobec nauki, ponad samodzielność myślenia i nowatorskość badań przedkładających naśladownictwo i epigonię. Na Ziemi w XXI wieku miejsce ludzi takich, jak Bertrand Russell czy Hannah Arendt, zajęli twórcy telewizyjnego Big Brother, a klasyczny wzorzec heroicznego, niezależnego myśliciela zastąpił homo ludens. Taka też jest polityka. Nie modernizacja, a rozkład. Ale czy ta analogia ma sens? [*3]
Przypisy:
1. Frank Furedi: Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? (Where Have All the Intellectuals Gone?) przeł. Katarzyna Makaruk, Państwowy Instytut Wydawniczy , Styczeń 2008
2. Susanne Krüger - The PISA-shock and its consequences: The future of libraries for children in Germany, World Library and Information Congress: 69th IFLA General Conference and Council, 1-9 August 2003, Berlin
http://www.ifla.org/IV/ifla69/papers/079e_trans-Krueger.pdf
3. Czytaj również: Palnick: Toksyczna moc autorytetów. Blog: Palnick, 2008-07-24
http://palnick.salon24.pl/85478,index.html
Polska nie jest wyjątkiem. Po 11 września zaskoczeni opiniotwórcy na całym świecie skarżyli się, że zabrakło nam wiedzy, dlaczego społeczeństwa muzułmańskie są aż tak obrażone na Zachód, że światu zagroził terroryzm. Ale przecież oznaczało to, że najbardziej rozwiniętym państwom świata zwyczajnie zabrakło zarówno zainteresowania, jak i ludzi znających potoczne języki Bliskiego Wschodu, i że złudzenie globalnej wioski, wywoływane przez powszechną dostępność MTV na całej kuli ziemskiej, jest tylko złudzeniem. Nowy, globalny porządek, do którego opisania i wyjaśnienia miał wystarczyć monetarystyczny język sprawnego menagera neokonsów, okazał się nie istnieć, tak samo, jak nie istnieje "postpolityka", rzekomo towarzysząca sprawnemu zarządzaniu i wypierająca z życia publicznego politykę.
Niedostateczna wiedza językowa i i elity pozbawione ciekawości świata w początkach XXI stulecia nie są niczym szczególnym. Kultura masowa traktuje dorosłych, tak wytwórców, jak i konsumentów, jak dzieci. Wg. Franka Furediego (socjologa węgierskiego pochodzenia, wykładającego na Uniwersytecie Kentu w Wielkiej Brytanii, ur. 1947) [*1], analiza słów, którymi posługiwali się podczas debat publicznych kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych pokazuje, że słownik Lincolna byłby zrozumiały dla licealistów. Clintona - dla siódmoklasistów, a Bush mówił już na poziomie średnio rozgarniętego sześcioklasisty. Współcześni ludzie nie ufają ani nauce, ani celowości gruntownego wykształcenia. Wszechobecny przedrostek "-post" wskazuje, w jakim miejscu znalazły się nauki humanistyczne, a naukom biologicznym i inżynieryjnym ludzkość już od dawna nie dowierza. Kiedyś studenci nie przepadający za naukami ścisłymi i przyrodniczymi wybierali humanistykę i sztuki wyzwolone. Dzisiaj jedne i drugie są im jednakowo obce: w USA między 1970 a 1995 liczba magistrów historii spadła o około 37%, magistrów filologii zagranicznych o 37%, anglistyki o 10% - i to w czasie, kiedy ogólna liczba studentów stale rosła. Temu zjawisku towarzyszy przekształcanie procesu kształcenia w rodzaj show dla niedorosłej publiczności, nagradzającej swego profesora brawami za widowiskowość wykładu, a nie poziom przekazywanej wiedzy, a także poszerzający się rynek książek popularnonaukowych, pisanych tak, by wysiłek umysłowy dla ich zrozumienia był czynnością zbędną. Absolwenci uniwersyteckich kursów zarządzania korporacyjną kadrą, telemarketingu i bankowości są znakomicie dostosowani do życia w monetarystycznej utopii, którą zamach na WTC już dawno obrócił w pył. Pytanie, co z nimi teraz zrobić?
Nie ma co szukać odpowiedzi na to pytanie w tradycyjnym miejscu, u intelektualistów, gdyż w swej większości zaakceptowali oni tą przygnębiającą odmianę. Klasyczny wzorzec heroicznego, niezależnego badacza zastąpiła dzisiaj postać intelektualisty zdewaluowanego do jednego z wielu podmiotów rynku informacji, któremu ton narzucają reguły talk shows, a nie debaty oksfordzkiej. Wartość wykształcenia wyższego, a w konsekwencji i tytułów naukowych, maleje w miarę, jak uniwersytety obniżają kryteria naboru lub w ogóle rezygnują z egzaminów wstępnych, żeby przyjąć jak największą liczbę studentów, i tym bardziej, im częściej wartość profesorów dla uczelni obliczana jest w według liczby absolwentów, a nie ich jakości. Kiedy w początkach grudnia 2001 opublikowano pierwsze rezultaty PISA (badania porównawcze funkcjonalnego alfabetyzmu, jakości nauczania i systemów edukacyjnych w Europie), okazały się być one szokująco słabe. Szczególnie silnie wstrząsnęły dumą narodową Niemców (21 pozycja na 32 państwa), a same zjawisko uzyskało nazwę "PISA-Schock". W efekcie rozpętała się desperacka dyskusja jak włączyć media do promocji "informacyjnego alfabetyzmu", a tamtejsi bibliotekarze wykorzystali sytuację do kolejnego, beznadziejnego przypomnienia, że biblioteki, a szczególnie biblioteki szkolne, jednak czemuś służą. [*2]
"Przez ostatnie dwa stulecia na straży autorytetu, jakim cieszyli się intelektualiści, stała wiara w to, że dążenie do wiedzy i prawdy zasługuje na powszechne uznanie. Wiara ta nadawała pracy umysłowej wyjątkowe znaczenie, ludziom zaś zgłębiającym wiedzę pozwalała sądzić, że to, co robią, ma sens." - powiada Frank Furedi. Mimo dezaprobaty dla gnuśności, jaka jego zdaniem cechowała uczonych jego pokolenia, Orwell niezmiennie wierzył, że idee mogą stworzyć lepszy świat, i że wszelka działalność intelektualna i kontemplacyjna jest tym, co odróżnia człowieka od zwierzęcia. Dzisiejsi intelektualiści sprowadzili czynność kontemplacji świata do upraszczania i minimalizowania wiedzy potrzebnej człowiekowi do funkcjonowania w społeczeństwie. Między innymi dlatego radykalne zmniejszenie listy lektur szkolnych wprowadzone przez rząd Platformy Obywatelskiej nie spotkało się ze znaczącym protestem. Polska inteligencja, w przeciwieństwie do niemieckiej, nie broni bibliotek.
W klasycznej powieści SF Asimowa "Fundacja" twórca psychohistorii Harry Seldon rozpoznaje zbliżający się upadek Imperium - po wtórności jego kultury wobec czasów przeszłych oraz cywilizacyjnej infantylizacji wszystkich warstw społecznych, nie rozumiejących wytworów technicznych poprzednich pokoleń ani złożoności własnego świata; nieufnych wobec nauki, ponad samodzielność myślenia i nowatorskość badań przedkładających naśladownictwo i epigonię. Na Ziemi w XXI wieku miejsce ludzi takich, jak Bertrand Russell czy Hannah Arendt, zajęli twórcy telewizyjnego Big Brother, a klasyczny wzorzec heroicznego, niezależnego myśliciela zastąpił homo ludens. Taka też jest polityka. Nie modernizacja, a rozkład. Ale czy ta analogia ma sens? [*3]
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
Przypisy:
1. Frank Furedi: Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? (Where Have All the Intellectuals Gone?) przeł. Katarzyna Makaruk, Państwowy Instytut Wydawniczy , Styczeń 2008
2. Susanne Krüger - The PISA-shock and its consequences: The future of libraries for children in Germany, World Library and Information Congress: 69th IFLA General Conference and Council, 1-9 August 2003, Berlin
http://www.ifla.org/IV/ifla69/papers/079e_trans-Krueger.pdf
3. Czytaj również: Palnick: Toksyczna moc autorytetów. Blog: Palnick, 2008-07-24
http://palnick.salon24.pl/85478,index.html
czwartek, 24 lipca 2008
SLD popełnia dziś ten sam błąd, co onegdaj PiS
Uprawdopodobnienie tego, że PO łamie zasady demokracji parlamentarnej, kiedy to im wygodne, wcale nie jest trudne. Nie tylko dlatego, że PO się z nikim nie konsultuje przy tworzeniu ustaw w tej kadencji, czy nawet ignoruje już przeprowadzone konsultacje (ustawa o służbie zdrowia). Warto przypomnieć w jaki sposób pułkownicy z PO wykończyli przeciwnika Donalda Tuska - Cimoszewicza - w poprzednich wyborach (Jarucka, sfałszowane dowody, kampania medialna). Jeden z tych pułkowników później reprezentował prawnie Kaczmarka w równie skandalicznej sprawie.
Nie da się przykładać równej miary do ludzi którzy wyją i tupią na posiedzeniu Komisji Regulaminowej, ale tych zasad nie łamią, do ludzi, którzy na zimno łamią zasady wyborcze czy wykorzystują polski kodeks karny do niszczenia przeciwnika. W tej konkretnej sprawie Ziobry, zarzut mu stawiany jest absurdalny, i ma w kieszeni wygraną, jeśli nie tu, to w Strasbourgu, ale jeśli PO odpowiednio ustawi sprawę w sądach, to zablokuje Ziobrę jako kandydata w najbliższych wyborach, i o to im chyba chodzi. To bardzo mocno przypomina sposób w jaki wyeliminowali Cimoszewicza z gry, kiedy im wyszło, że do wygranej z L.Kaczyńskim potrzebują elektoratu Cimoszewicza.
Ówczesnym błędem PiS było, że już wtedy, przy sprawie Cimoszewicza, PiS nie protestował i nie złożył jakiegoś wniosku do PKW. Dzisiaj błędem SLD jest to, że się przyłącza do "przepraszania" opinii publicznej za zachowanie PiS w trakcie słynnego posiedzenia, zamiast podnieść sprawę łamania regulaminu i dobrych obyczajów parlamentarnych przez PO. W jednym i drugim przypadku obie partie grały pod dyktando PO, na korzyść PO, i - jak widać w dłuższej perspektywie - na swoją niekorzyść. Nie ma żadnej gwarancji, że PO nie będzie tym sposobem rozgrywać opozycję w przeszłości, skoro widzą, że im się to bezkarnie udaje. Na kogo padnie, na tego bęc. Raz jeden przeciwnik, raz drugi... Zasady państwa prawa, regulaminy sejmowe, nie powstały ot, tak sobie. Ich celem jest ochrona parlamentarnej mniejszości przed nadużyciami władzy zwycięskiej większości.
Tak, jak PO bałkanizując prawo i obyczaje parlamentarne udowadnia, że nie dorosła do roli partii władzy, tak PiS oraz SLD swoją biernością w obu przypadkach jasno mówią swemu elektoratowi, że nie dorośli do roli opozycji.
Nie da się przykładać równej miary do ludzi którzy wyją i tupią na posiedzeniu Komisji Regulaminowej, ale tych zasad nie łamią, do ludzi, którzy na zimno łamią zasady wyborcze czy wykorzystują polski kodeks karny do niszczenia przeciwnika. W tej konkretnej sprawie Ziobry, zarzut mu stawiany jest absurdalny, i ma w kieszeni wygraną, jeśli nie tu, to w Strasbourgu, ale jeśli PO odpowiednio ustawi sprawę w sądach, to zablokuje Ziobrę jako kandydata w najbliższych wyborach, i o to im chyba chodzi. To bardzo mocno przypomina sposób w jaki wyeliminowali Cimoszewicza z gry, kiedy im wyszło, że do wygranej z L.Kaczyńskim potrzebują elektoratu Cimoszewicza.
Ówczesnym błędem PiS było, że już wtedy, przy sprawie Cimoszewicza, PiS nie protestował i nie złożył jakiegoś wniosku do PKW. Dzisiaj błędem SLD jest to, że się przyłącza do "przepraszania" opinii publicznej za zachowanie PiS w trakcie słynnego posiedzenia, zamiast podnieść sprawę łamania regulaminu i dobrych obyczajów parlamentarnych przez PO. W jednym i drugim przypadku obie partie grały pod dyktando PO, na korzyść PO, i - jak widać w dłuższej perspektywie - na swoją niekorzyść. Nie ma żadnej gwarancji, że PO nie będzie tym sposobem rozgrywać opozycję w przeszłości, skoro widzą, że im się to bezkarnie udaje. Na kogo padnie, na tego bęc. Raz jeden przeciwnik, raz drugi... Zasady państwa prawa, regulaminy sejmowe, nie powstały ot, tak sobie. Ich celem jest ochrona parlamentarnej mniejszości przed nadużyciami władzy zwycięskiej większości.
Tak, jak PO bałkanizując prawo i obyczaje parlamentarne udowadnia, że nie dorosła do roli partii władzy, tak PiS oraz SLD swoją biernością w obu przypadkach jasno mówią swemu elektoratowi, że nie dorośli do roli opozycji.
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
Palnick: Scenariusz PO na komisję regulaminową
Prześledźmy jak następowały po sobie wydarzenia, które doprowadziły do kompromitacji PO w polskim sejmie dzisiaj w trakcie obrad "Komisji Regulaminowej"... Wczoraj, po posiedzeniu komisji, na którym był obecny Ziobro, jej przewodniczący Jerzy Budnik (PO) poinformował dziennikarzy o decyzji prezydium w sprawie zajęcia się wnioskiem w sprawie immunitetu byłego ministra sprawiedliwości na wrześniowym posiedzeniu sejmu - pierwszym po wakacjach sejmowych. Ponadto Ziobro poinformował komisję, że w czwartek musi być w sprawach rodzinnych w Krakowie. Ojcowie Pijarzy z PO wyczuli doskonałą okazję, żeby w komisji przeszedł wniosek o odebranie immunitetu Ziobrze, bez jego tam obecności i bez dania mu szansy publicznej polemiki z zarzutami ćwiąkającej prokuratury. Potrzebny był tylko usłużny marszałek Komorowski - gotów złamać Regulamin Sejmu (warunek spełniony) oraz potwierdzenie się założenia, że Ziobro wyjedzie do Krakowa już w środę (tu trzeba było czekać). Warunek konieczny - czyli wprowadzenie Ziobry w błąd co do terminu zwołania komisji we wrześniu - już został spełniony.
Jest środa 23.07.2008 - wczesne godziny poranne. Ziobro bierze udział w audycji radiowej.
Platforma miała informację o tym, że Ziobro ma rezerwację na lot z Warszawy o godz.08:35 z lądowaniem w Krakowie o 09:35. Pozostało tylko upewnić się, że Ziobro wejdzie na pokład samolotu.
Kiedy do PO dotarła wiadomość, że samolot wystartował, Komorowski o godz. 09:07 wystosował do Ziobry wezwanie do wstawiennictwa na obrady komisji regulaminowej zwołanej przez niego w trybie specjalnym na parę minut po 10.
Potwierdzeniem tego, że Platforma wiedziała, gdzie w tym momencie jest Ziobro, jest fakt, że pismo skierowano do biura poselskiego w Krakowie. W tym czasie Ziobro był w trakcie lotu, dlatego nie odbierał telefonów. Komorowski twierdził w TVN24, że od kilku dni usiłowano wręczyć to wezwanie Ziobrze (sic!), ale on nie odbierał. Jak mógł marszałek czynić takie próby, skoro decyzja o zwołaniu szacownego gremium zapadła dzisiaj między 08:35 - start samolotu a 09:07 - wysłanie wezwania?
Dalej komisja z jasno wydanym poleceniem uwalenia Ziobry zaczęła "procedowanie". Najpierw było spokojnie, choć "komisja" odrzucała wszystkie wnioski PiS - zwłaszcza o przeniesienie obrad na inny dzień a potem nawet wniosek o kilkugodzinną przerwę dającą szansę powrotu posłowi Ziobrze.Było tak dlatego, że komisja miała zrobić swoje po cichu i bez Ziobry wprowadzonego w błąd co do terminu rozpatrywania wniosku go dotyczącego. Po drugie, pozbawiła go przysługującego mu prawa do przedstawienia komisji swoich wyjaśnień i wniosków. Tylko dzięki zadymie w sejmie sprawa stała się głośna, choć nadal zamaskowana. TVN pracował dzisiaj pełną parą, żeby nie powiedzieć nic na temat powodów gwałtownej reakcji posłów PiS-u, a utaplać ich w szambie ze względu na ich zachowanie.
W końcu posłowie PiS-u wyszli z tego kabaretu, a szacowna komisja pod światłym kierownictwem Niesiołowskiego (skąd się tam wziął?) głosami PO, PSL i SLD przegłosowała to, co miała przegłosować. Odebrania z powodów stricte politycznych Ziobrze immunitetu chcą te kręgi, którym dał się on najmocniej we znaki.
Obawiam się, że Ćwiąkalski ma już przygotowaną ścieżkę przez kolejne składy sędziowskie, które skażą byłego ministra jak amen w pacierzu. Któż bowiem bardziej naraził się mafii prawniczej od niego?
Myślę, że już teraz pozostaje mu jedynie skierowanie sprawy do Strasburga, po przejściu drogi krzyżowej przez polski "wymiar sprawiedliwości".
Tak to wygląda stosowanie prawa przez koalicję miłości :-)
Jest środa 23.07.2008 - wczesne godziny poranne. Ziobro bierze udział w audycji radiowej.
Platforma miała informację o tym, że Ziobro ma rezerwację na lot z Warszawy o godz.08:35 z lądowaniem w Krakowie o 09:35. Pozostało tylko upewnić się, że Ziobro wejdzie na pokład samolotu.
Kiedy do PO dotarła wiadomość, że samolot wystartował, Komorowski o godz. 09:07 wystosował do Ziobry wezwanie do wstawiennictwa na obrady komisji regulaminowej zwołanej przez niego w trybie specjalnym na parę minut po 10.
Potwierdzeniem tego, że Platforma wiedziała, gdzie w tym momencie jest Ziobro, jest fakt, że pismo skierowano do biura poselskiego w Krakowie. W tym czasie Ziobro był w trakcie lotu, dlatego nie odbierał telefonów. Komorowski twierdził w TVN24, że od kilku dni usiłowano wręczyć to wezwanie Ziobrze (sic!), ale on nie odbierał. Jak mógł marszałek czynić takie próby, skoro decyzja o zwołaniu szacownego gremium zapadła dzisiaj między 08:35 - start samolotu a 09:07 - wysłanie wezwania?
Dalej komisja z jasno wydanym poleceniem uwalenia Ziobry zaczęła "procedowanie". Najpierw było spokojnie, choć "komisja" odrzucała wszystkie wnioski PiS - zwłaszcza o przeniesienie obrad na inny dzień a potem nawet wniosek o kilkugodzinną przerwę dającą szansę powrotu posłowi Ziobrze.Było tak dlatego, że komisja miała zrobić swoje po cichu i bez Ziobry wprowadzonego w błąd co do terminu rozpatrywania wniosku go dotyczącego. Po drugie, pozbawiła go przysługującego mu prawa do przedstawienia komisji swoich wyjaśnień i wniosków. Tylko dzięki zadymie w sejmie sprawa stała się głośna, choć nadal zamaskowana. TVN pracował dzisiaj pełną parą, żeby nie powiedzieć nic na temat powodów gwałtownej reakcji posłów PiS-u, a utaplać ich w szambie ze względu na ich zachowanie.
W końcu posłowie PiS-u wyszli z tego kabaretu, a szacowna komisja pod światłym kierownictwem Niesiołowskiego (skąd się tam wziął?) głosami PO, PSL i SLD przegłosowała to, co miała przegłosować. Odebrania z powodów stricte politycznych Ziobrze immunitetu chcą te kręgi, którym dał się on najmocniej we znaki.
Obawiam się, że Ćwiąkalski ma już przygotowaną ścieżkę przez kolejne składy sędziowskie, które skażą byłego ministra jak amen w pacierzu. Któż bowiem bardziej naraził się mafii prawniczej od niego?
Myślę, że już teraz pozostaje mu jedynie skierowanie sprawy do Strasburga, po przejściu drogi krzyżowej przez polski "wymiar sprawiedliwości".
Tak to wygląda stosowanie prawa przez koalicję miłości :-)
wtorek, 4 marca 2008
Obywatel Bronisław Góra
Zamiast wstępu: ważna i pilna prośba do dziennikarzy GW bywających na Salonie, żeby jednak jakoś skoordynować te wszystkie akcje związane z zwrotem obywatelstwa. Chodzi o to, że 1 marca GW opublikowała "List otwarty: Ci, którzy utracili obywatelstwo polskie w marcu '68, powinni je odzyskać" autorstwa Marii Janion. Podpisy są co prawda zbierane od 23 stycznia, a lista zebranych podpisów dosyć długa, ale przecież sygnatariusze w imię celu zawartego w tym tytule by się bez wahania zgodzili na drobne poprawki, które poprawiłyby skuteczność apelu. Chodzi mianowicie o adresata. Z notatki opublikowanej tego samego dnia przez GW pt. "MSWiA o obywatelstwie "marcowych emigrantów" wynika, że to MSWiA oraz jego wojewodowie odmawiają zwrotu obywatelstwa, a jego szef, Grzegorz Schetyna, przecież nie jest prezydentem tylko ministrem. Oczywiście z góry dziękujemy za wsparcie i dalsze wywieranie presji na opornych urzędników.
***
Co nam zostało po Marcu? Można powiedzieć, idylla, jakiej nigdy nie było. W 40 rocznicę Marca68 wszyscy się starają, wszystkim się otwierają usta i rozwiązują języki, i raptem nikomu już tak dramatycznie nie przeszkadza, że mogą istnieć nie tylko różne opowieści marcowe, ale także różne ich interpretacje oraz rozmaite wyciągane wnioski. Ta sytuacja najlepiej świadczy, jak bardzo Polska 2008 roku się różni od Polski z roku 1968. Ale sielankę stara się zepsuć Grzegorz Schetyna, szef MSWiA.
Gazeta Wyborcza z 1 marca informuje, że Lech Kaczyński chciałby, aby w 40 rocznicę Marca68 w Pałacu Prezydenckim uroczyście zostały wręczone akty potwierdzające polskie obywatelstwo tym osobom, które zwróciły się o to do wojewody. Przeciwne jest właśnie MSWiA i wojewodowie - twierdzą, że marcowi emigranci obywatelstwo utracili, mimo, że 4 października 2005 roku Naczelny Sąd Administracyjny postanowił inaczej. Rzeczniczka Grzegorza Schetyny Wioletta Paprocka oświadczyła, że „"resort zastanawia się nad rozwiązaniem tego problemu", a "stanowisko MSWIA w sprawie obywatelstwa osób, które wyemigrowały po Marcu, zostanie przedstawione w przyszłym tygodniu" - czyli po rocznicy.
Orzeczenie NSA z 2005 roku powiada, że tajna uchwała Rady Państwa z 1958 r. nie mogła być podstawą utraty obywatelstwa. Potrzebne było do tego indywidualne zezwolenie na jego zmianę wydane dla konkretnej osoby. Takich jednak Rada Państwa nie udzielała. Tym samym ci, którzy wyemigrowali po Marcu, nigdy nie utracili polskiego obywatelstwa i mają pełne prawo domagać się dowodu osobistego i numeru PESEL.
Miarą tego, jak się Polska zmieniła, jest to, że miast kiwać głową nad poziomem faszyzmu i antysemityzmu panoszących się w Platformie Obywatelskiej, wolimy pokiwać nad poziomem międzypartyjnego pieniactwa, które się przyczynia do tego, że obywatele nie mogą załatwić w urzędzie swoich spraw, a także nad miarą biurokratycznego chaosu, który spowodował, że resort nie mógł się zastanowić i przedstawić stanowiska przed rocznicą, której daty nikt przed nimi nie ukrywał.

Bronisław Góra
W Rzeczpospolitej z 18 października 2005 pojawiło się zdjęcie człowieka, który ten wyrok NSA wywalczył, i które tu publikujemy ponownie. Barouch Nathan Yagil, w Polsce Bronisław Góra, wyjechał z Polski w 1968 r., mieszka obecnie w Nofim w Izraelu. Ma czwórkę dzieci: syna i trzy córki, oraz trzy wnuczki. O potwierdzenie posiadania polskiego obywatelstwa wystąpił jeszcze w 1993 r. do Kancelarii Prezydenta RP, stamtąd go odesłano do Ambasady Polskiej w Tel Awiwie, a tam mu z kolei wręczono ankietę, która raczej miała potwierdzać, że obywatelstwa nie posiada, i dopiero stara się o jego nadanie. Wojna o dowód osobisty zajęła mu 12 lat.
Inny emigrant z identycznym problemem, który nie zgodził się podać swego nazwiska do wiadomości publicznej, powiedział dziennikarzowi Rzeczpospolitej „Dwa razy, i do prezydenta Wałęsy, i do prezydenta Kwaśniewskiego, zwracałem się o przywrócenie obywatelstwa. Za każdym razem otrzymywałem z kancelarii odpowiedź, że nie ma takiego trybu, mogę się tylko ubiegać o nadanie nowego. Ale na to się nie zgadzałem - mówi. - Teraz się zastanowię, czy wystąpić o potwierdzenie jego posiadania i do czego mi ono potrzebne.”
Czemu ludzie tak walczą o potwierdzenie obywatelstwa, a nie nadawanie nowego?
Bronisław Góra jest izraelskim biznesmenem. Nie ma żadnego interesu materialnego w Polsce, bo ani majątku tu nie zostawił, ani nie potrzebuje Polski do bezcłowego handlu z Unią, bo i tak w ten sposób handluje z Izraela. „Wyrok potwierdzający, że nigdy nie utraciłem polskiego obywatelstwa, daje mi ogromną satysfakcję. Jestem szczęśliwy. Czuję się i jestem i Polakiem, i Izraelczykiem” - powiedział dziennikarzowi. Zaplanował sobie otworzyć w Polsce drugie biuro swojej firmy i mieszkać trochę tu, trochę tam. Ale nie każdy marcowy emigrant chce do Polski wracać, i nie wszyscy się jeszcze czują także Polakami, choćby dlatego, że przez 40 lat można nieźle wrosnąć w nowe miejsca, nowe społeczeństwa i nowe rodziny.
Niemniej kwestia obywatelstwa obchodzi nawet tych, których przestała obchodzić Polska.
Celem nie jest samo posiadanie obywatelstwa, lecz także odzyskanie prawa wyboru, czy je się chce posiadać, czy nie. W 1968 roku to prawo wyboru zostało im odebrane. W roku 2008, gdyby ta uroczystość z wręczaniem dokumentów się odbyła, część emigrantów cieszyłaby się tak, jak Bronisław Góra, część wzruszała ramionami i po uzyskaniu polskiego paszportu wrzucała go do szuflady, a części by się w ogóle nie chciało zwracać o żadne potwierdzenia. Jednak każda z tych reakcji i postaw byłaby potwierdzeniem, że się ma prawo do bycia wolnym człowiekiem o wolnej woli, i że inni tą wolność i wolę respektują.
Możnaby tą historię skwitować, że wstydem i hańbą jest to, iż do dziś w Polsce urzędy powołują się na tajne prawo PRL czy zastanawiają się, czy je mogą przestać respektować. Ale jest jeszcze lepsza puenta. Być może po tygodniowym namyśle Grzegorz Schetyna wyda decyzję korzystną dla emigrantów, a może nie. Bronisław Góra wyjechał w 1968 na takim samym dokumencie podróży, jak i pozostali emigranci. Skoro MSWiA oraz wojewodowie uważają, że emigranci nie mają żadnego tytułu do ubiegania się o potwierdzenie obywatelstwa, to Bronisław Góra jest bezprawnym posiadaczem polskiego paszportu i w konsekwencji przyjdzie mu tak ciężko wywalczony paszport oddać. I tak, już po raz drugi w życiu, Bronisław Góra może zostać Barouchem Nathanem Yagilem...
mirror na Salonie24
Dopisek: Szkoda, że wszyscy ludzie dobrej woli, biegający do GW z swoimi apelami, podpisujący się i zbierający podpisy, nie poczytali innych tekstów publikowanych w tej gazecie, np. Ewy Siedleckiej lub nie skonsultowali się z emigrantami. Emigranci nie są stadem i nie byliby zachwyceni siłowym, stadnym wciskaniem im obywatelstwa, tak samo, jak nie byli zachwyceni siłowym, stadnym odbieraniem. Każdy człowiek ma prawo do indywidualnych decyzji. I w takim kierunku poszły orzeczenia sądowe. Nie można też apelować do urzędującego prezydenta, żeby obywatelstwo nadawał/oddawał obywatelom, którzy już je mają. Siedlecka dosyć jasno opisała w tekście Prawna Kwadratura Marca , z ktorego wynika, że emigrantom nie sa potrzebne żadne podniosłe apele o tolerancję, tylko prosty jak drut papier z pieczątką, którego wydania wojewodowie oraz ich zwierzchnik Grzegorz Schetyna odmówili nie tylko obywatelom, ale nawet urzędującemu prezydentowi RP, świadomie przy tym łamiąc prawo oraz niemniej świadomie czyniąc świństwo ludziom, którzy niekiedy z daleka przyjechali z nadzieją, że w taką rocznicę i z prezydenckim poparciem to już na pewno ten papier dostaną. Zamiast papieru z pieczątką koledzy Schetyny złożyli do laski marszałkowskiej projekt uchwały upamiętniającej "tragiczne skutki" Marca 68. I przy tej wiadomości to człowiek już się zaczyna śmiać :)
***
Co nam zostało po Marcu? Można powiedzieć, idylla, jakiej nigdy nie było. W 40 rocznicę Marca68 wszyscy się starają, wszystkim się otwierają usta i rozwiązują języki, i raptem nikomu już tak dramatycznie nie przeszkadza, że mogą istnieć nie tylko różne opowieści marcowe, ale także różne ich interpretacje oraz rozmaite wyciągane wnioski. Ta sytuacja najlepiej świadczy, jak bardzo Polska 2008 roku się różni od Polski z roku 1968. Ale sielankę stara się zepsuć Grzegorz Schetyna, szef MSWiA.
Gazeta Wyborcza z 1 marca informuje, że Lech Kaczyński chciałby, aby w 40 rocznicę Marca68 w Pałacu Prezydenckim uroczyście zostały wręczone akty potwierdzające polskie obywatelstwo tym osobom, które zwróciły się o to do wojewody. Przeciwne jest właśnie MSWiA i wojewodowie - twierdzą, że marcowi emigranci obywatelstwo utracili, mimo, że 4 października 2005 roku Naczelny Sąd Administracyjny postanowił inaczej. Rzeczniczka Grzegorza Schetyny Wioletta Paprocka oświadczyła, że „"resort zastanawia się nad rozwiązaniem tego problemu", a "stanowisko MSWIA w sprawie obywatelstwa osób, które wyemigrowały po Marcu, zostanie przedstawione w przyszłym tygodniu" - czyli po rocznicy.
Orzeczenie NSA z 2005 roku powiada, że tajna uchwała Rady Państwa z 1958 r. nie mogła być podstawą utraty obywatelstwa. Potrzebne było do tego indywidualne zezwolenie na jego zmianę wydane dla konkretnej osoby. Takich jednak Rada Państwa nie udzielała. Tym samym ci, którzy wyemigrowali po Marcu, nigdy nie utracili polskiego obywatelstwa i mają pełne prawo domagać się dowodu osobistego i numeru PESEL.
Miarą tego, jak się Polska zmieniła, jest to, że miast kiwać głową nad poziomem faszyzmu i antysemityzmu panoszących się w Platformie Obywatelskiej, wolimy pokiwać nad poziomem międzypartyjnego pieniactwa, które się przyczynia do tego, że obywatele nie mogą załatwić w urzędzie swoich spraw, a także nad miarą biurokratycznego chaosu, który spowodował, że resort nie mógł się zastanowić i przedstawić stanowiska przed rocznicą, której daty nikt przed nimi nie ukrywał.
Bronisław Góra
W Rzeczpospolitej z 18 października 2005 pojawiło się zdjęcie człowieka, który ten wyrok NSA wywalczył, i które tu publikujemy ponownie. Barouch Nathan Yagil, w Polsce Bronisław Góra, wyjechał z Polski w 1968 r., mieszka obecnie w Nofim w Izraelu. Ma czwórkę dzieci: syna i trzy córki, oraz trzy wnuczki. O potwierdzenie posiadania polskiego obywatelstwa wystąpił jeszcze w 1993 r. do Kancelarii Prezydenta RP, stamtąd go odesłano do Ambasady Polskiej w Tel Awiwie, a tam mu z kolei wręczono ankietę, która raczej miała potwierdzać, że obywatelstwa nie posiada, i dopiero stara się o jego nadanie. Wojna o dowód osobisty zajęła mu 12 lat.
Inny emigrant z identycznym problemem, który nie zgodził się podać swego nazwiska do wiadomości publicznej, powiedział dziennikarzowi Rzeczpospolitej „Dwa razy, i do prezydenta Wałęsy, i do prezydenta Kwaśniewskiego, zwracałem się o przywrócenie obywatelstwa. Za każdym razem otrzymywałem z kancelarii odpowiedź, że nie ma takiego trybu, mogę się tylko ubiegać o nadanie nowego. Ale na to się nie zgadzałem - mówi. - Teraz się zastanowię, czy wystąpić o potwierdzenie jego posiadania i do czego mi ono potrzebne.”
Czemu ludzie tak walczą o potwierdzenie obywatelstwa, a nie nadawanie nowego?
Bronisław Góra jest izraelskim biznesmenem. Nie ma żadnego interesu materialnego w Polsce, bo ani majątku tu nie zostawił, ani nie potrzebuje Polski do bezcłowego handlu z Unią, bo i tak w ten sposób handluje z Izraela. „Wyrok potwierdzający, że nigdy nie utraciłem polskiego obywatelstwa, daje mi ogromną satysfakcję. Jestem szczęśliwy. Czuję się i jestem i Polakiem, i Izraelczykiem” - powiedział dziennikarzowi. Zaplanował sobie otworzyć w Polsce drugie biuro swojej firmy i mieszkać trochę tu, trochę tam. Ale nie każdy marcowy emigrant chce do Polski wracać, i nie wszyscy się jeszcze czują także Polakami, choćby dlatego, że przez 40 lat można nieźle wrosnąć w nowe miejsca, nowe społeczeństwa i nowe rodziny.
Niemniej kwestia obywatelstwa obchodzi nawet tych, których przestała obchodzić Polska.
Celem nie jest samo posiadanie obywatelstwa, lecz także odzyskanie prawa wyboru, czy je się chce posiadać, czy nie. W 1968 roku to prawo wyboru zostało im odebrane. W roku 2008, gdyby ta uroczystość z wręczaniem dokumentów się odbyła, część emigrantów cieszyłaby się tak, jak Bronisław Góra, część wzruszała ramionami i po uzyskaniu polskiego paszportu wrzucała go do szuflady, a części by się w ogóle nie chciało zwracać o żadne potwierdzenia. Jednak każda z tych reakcji i postaw byłaby potwierdzeniem, że się ma prawo do bycia wolnym człowiekiem o wolnej woli, i że inni tą wolność i wolę respektują.
Możnaby tą historię skwitować, że wstydem i hańbą jest to, iż do dziś w Polsce urzędy powołują się na tajne prawo PRL czy zastanawiają się, czy je mogą przestać respektować. Ale jest jeszcze lepsza puenta. Być może po tygodniowym namyśle Grzegorz Schetyna wyda decyzję korzystną dla emigrantów, a może nie. Bronisław Góra wyjechał w 1968 na takim samym dokumencie podróży, jak i pozostali emigranci. Skoro MSWiA oraz wojewodowie uważają, że emigranci nie mają żadnego tytułu do ubiegania się o potwierdzenie obywatelstwa, to Bronisław Góra jest bezprawnym posiadaczem polskiego paszportu i w konsekwencji przyjdzie mu tak ciężko wywalczony paszport oddać. I tak, już po raz drugi w życiu, Bronisław Góra może zostać Barouchem Nathanem Yagilem...
mirror na Salonie24
Dopisek: Szkoda, że wszyscy ludzie dobrej woli, biegający do GW z swoimi apelami, podpisujący się i zbierający podpisy, nie poczytali innych tekstów publikowanych w tej gazecie, np. Ewy Siedleckiej lub nie skonsultowali się z emigrantami. Emigranci nie są stadem i nie byliby zachwyceni siłowym, stadnym wciskaniem im obywatelstwa, tak samo, jak nie byli zachwyceni siłowym, stadnym odbieraniem. Każdy człowiek ma prawo do indywidualnych decyzji. I w takim kierunku poszły orzeczenia sądowe. Nie można też apelować do urzędującego prezydenta, żeby obywatelstwo nadawał/oddawał obywatelom, którzy już je mają. Siedlecka dosyć jasno opisała w tekście Prawna Kwadratura Marca , z ktorego wynika, że emigrantom nie sa potrzebne żadne podniosłe apele o tolerancję, tylko prosty jak drut papier z pieczątką, którego wydania wojewodowie oraz ich zwierzchnik Grzegorz Schetyna odmówili nie tylko obywatelom, ale nawet urzędującemu prezydentowi RP, świadomie przy tym łamiąc prawo oraz niemniej świadomie czyniąc świństwo ludziom, którzy niekiedy z daleka przyjechali z nadzieją, że w taką rocznicę i z prezydenckim poparciem to już na pewno ten papier dostaną. Zamiast papieru z pieczątką koledzy Schetyny złożyli do laski marszałkowskiej projekt uchwały upamiętniającej "tragiczne skutki" Marca 68. I przy tej wiadomości to człowiek już się zaczyna śmiać :)
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
poniedziałek, 2 lipca 2007
Niewypał z LiD?
Dotychczas nowe ugrupowania i próby konsolidacji na scenie politycznej uzyskiwały premię elektoralną za nowość i współpracę, która trochę topniała w wyborach. Właściwie nigdy się nie zdarzyło odwrotnie, by z mizernego początku wyszedł imponujący wynik wyborczy. Według najnowszego sondażu Rzeczpospolitej LiD ma zaledwie 10 proc. poparcia.
Aleksander Kwaśniewski i jego rada programowa mieli być elektoralnym pociągiem, ale najwyraźniej nim nie są i już raczej nie będą, bo taka mobilizacja, jak obecne strajki służby zdrowia, nie będzie trwała wiecznie, a już widać, że wizyta Jolanty Kwaśniewskiej u pielęgniarek nie przełożyła się na ani jeden pielęgniarski głos, podobnie nie przyczyniły się krokodyle łzy wylewane nad ciężką, pielęgniarską dolą przez ludzi kojarzonych z ultraliberalnym programem Balcerowicza.
Na strajkującą służbę zdrowia usiłuje wejść politycznie Platforma Obywatelska z postulatem prywatyzacji usług medycznych, poniekąd słusznie, liberałowie proponują liberalne rozwiązania, tyle że one oznaczałyby dalsze ograniczenia dostępu do świadczeń medycznych i upadek wielu obecnie istniejących szpitali ze względu na brak wystarczającej ilości zamożnych klientów. Tyle to strajkujący chyba wiedzą, więc PO może liczyć najwyżej na zdobycie głosów jakiejś skromnej części środowiska lekarskiego. Reszta jest niezagospodarowana politycznie. Państwowej służby zdrowia broni konserwatywna PiS, a lewicy nie ufają sami strajkujący.
Jak więc tą sytuację zdefiniować? Czy owe 10 procent oznacza, że w Polsce nie ma lewicowego elektoratu, czy też problem leży w składzie rady programowej LiD? Niemal dwa lata zostały do następnych wyborów i wiele się jeszcze może przydarzyć, z procesami o nadużycia gospodarcze włącznie. Niezmiennie, Aleksander Kwaśniewski tłumaczy je atakami politycznymi na lewicę, ale czy jego własny elektorat mu wierzy i podtrzyma poparcie?
[mirror: http://autostopem.salon24.pl/21564,index.html ]
Aleksander Kwaśniewski i jego rada programowa mieli być elektoralnym pociągiem, ale najwyraźniej nim nie są i już raczej nie będą, bo taka mobilizacja, jak obecne strajki służby zdrowia, nie będzie trwała wiecznie, a już widać, że wizyta Jolanty Kwaśniewskiej u pielęgniarek nie przełożyła się na ani jeden pielęgniarski głos, podobnie nie przyczyniły się krokodyle łzy wylewane nad ciężką, pielęgniarską dolą przez ludzi kojarzonych z ultraliberalnym programem Balcerowicza.
Na strajkującą służbę zdrowia usiłuje wejść politycznie Platforma Obywatelska z postulatem prywatyzacji usług medycznych, poniekąd słusznie, liberałowie proponują liberalne rozwiązania, tyle że one oznaczałyby dalsze ograniczenia dostępu do świadczeń medycznych i upadek wielu obecnie istniejących szpitali ze względu na brak wystarczającej ilości zamożnych klientów. Tyle to strajkujący chyba wiedzą, więc PO może liczyć najwyżej na zdobycie głosów jakiejś skromnej części środowiska lekarskiego. Reszta jest niezagospodarowana politycznie. Państwowej służby zdrowia broni konserwatywna PiS, a lewicy nie ufają sami strajkujący.
Jak więc tą sytuację zdefiniować? Czy owe 10 procent oznacza, że w Polsce nie ma lewicowego elektoratu, czy też problem leży w składzie rady programowej LiD? Niemal dwa lata zostały do następnych wyborów i wiele się jeszcze może przydarzyć, z procesami o nadużycia gospodarcze włącznie. Niezmiennie, Aleksander Kwaśniewski tłumaczy je atakami politycznymi na lewicę, ale czy jego własny elektorat mu wierzy i podtrzyma poparcie?
[mirror: http://autostopem.salon24.pl/21564,index.html ]
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
Subskrybuj:
Posty (Atom)