Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczyński Lech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczyński Lech. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 sierpnia 2008

Po dymisji Anny Fotygi - kobiety, cieszcie się, że nie jesteście politykami!

Bogumiła Tyszkiewicz

Po dymisji Anny Fotygi "Dziennik" przypomniał wypowiedź posła PSL Stanisława Żelichowskiego, który w rozmowie z Tok FM stwierdził, że "we wspólnocie plemiennej zostałaby ona wrzucona przez starszyznę do kotła i ugotowana"; Michał Majewski zebrał wszystko złe, co się na nią dało znaleźć, a ponieważ niewiele złego się udało znaleźć w jej pracy, to ocenił jej charakter, zapobiegawczo wkładając te oceny w cudze, nieokreślone usta: "z reguły w Pałacu mówią o niej źle", że jest "małostkowa", "złośliwa", "przewrażliwiona", "nerwowa", "nadambitna" "zarzucająca prezydenta absurdalnymi problemami"; Grzegorz Miecugow z Cezarym Michalskim szczerze wyjaśnili sobie, jaki związek ma dobre dziennikarstwo z biciem kobiet, na przykładzie medialnej wojny o wizerunek Radosława Sikorskiego z Anną Fotygą: "młody, przystojny mężczyzna wiadomo, że będzie przodował w sondażach. Fotyga tej przewagi nie ma. Jest kobietą, kobieta w polityce zawsze będzie wrażliwsza na ciosy. Zawsze łatwiej będzie można znaleźć w niej to bolesne miejsce." mówi Miecugow i dodaje szczerze "dlaczego w Polsce kobieta ma większy kłopot, bo to nie tylko dotyczy kobiet PiS, np. Pitera oberwała wizerunkowo dużo bardziej niż Niesiołowski, niż Palikot."

Przy polskich dziennikarzach niemiecka kanclerz nie miałaby szans na wybór nawet na szefa terenowej organizacji jej partii w małej wiosce.
Autorzy tekstu zdają się zgadzać, a przynajmniej Michalski nie oponuje, że owo szczególne upodobanie do bicia kobiet przez media to efekt "dobrego dziennikarstwa", polegającego na spełnianiu oczekiwań widzów, bo takimże właśnie jesteśmy społeczeństwem, mizoginicznym, i nie traktującym kobiet jako partnerów. "Tak, to są tacy mężczyźni dziewiętnastowieczni. Może też peerelowscy, w tym sensie, w jakim PRL też był XIX-wieczny" oponuje Miecugow, i jako wzorzec mężczyzny XXI-wiecznego, przekonanego do równości praw obywatelskich kobiet i mężczyzn, dodaje: "Weźmy żelazną damę, która była twardsza od wszystkich ówczesnych brytyjskich polityków-mężczyzn. Czy teraz Angelę Merkel. Jej specjalnie nic nie ruszało. One potrafiły to przetrwać. Czy u nas są takie kobiety? Chyba nie. Nie ma takich kobiet. Może nasze polskie kobiety są łagodniejsze, cieplejsze."

Czy rzeczywiście musiały znosić to samo? "nikogo nie obchodziło, że (Fotyga) ukończyła handel zagraniczny, wyższą szkołę administracji publicznej w Danii, miała za sobą parę ważnych praktyk w USA" - powiada Michalski. " Dokładnie, takie elementy biografii muszą być ograne. Dotrzeć do opinii publicznej, najlepiej zanim jeszcze dana osoba trafi na bardzo wysoki urząd." - dodaje Miecugow. Obaj panowie nie precyzują, kogo mają na myśli mowiąc "nikogo" oraz kto takie elementy biografii powinien "ogrywać", bo gdzie indziej na świecie takie rzeczy robią właśnie dziennikarze. Publikują biogramy wszystkich polityków, a nie tylko mężczyzn. Oczywiście Merkel, jak każdy polityk, musiała się liczyć z atakami, ale już nie z tym, że dziennikarze, niezależnie od opcji politycznej, będą ukrywać jej biografię przed opinią publiczną, skupiać się na jej koafiurze i walce medialnej o to, jak bardzo jest nerwową i niezrównoważoną kobietą. Merkel stanęła do walki politycznej o uznanie własnych kompetencji i wygrała właśnie ze względu na prawo równego startu i jednakowego traktowania kobiet i mężczyzn, w tym przez dziennikarzy, które to prawo społeczeństwa Zachodu może nie do końca przestrzegają, ale nikt by tam się nie ośmielił poddać kobiety występującej w roli polityka takiemu mobbingowi, jak to ma miejsce w Polsce. Przy polskich dziennikarzach niemiecka kanclerz nie miałaby szans na wybór nawet na szefa terenowej organizacji jej partii w małej wiosce.

"Dyplomatołek" - termin ukuty w programie Miecugowa i przylepiony Fotydze, w rzeczywistości bardziej się należy Sikorskiemu. Zdecydowanie gorzej wykształcony niż Fotyga i z minimalną, w porównaniu z nią, praktyką, nigdy nie stanął do konkurencji na polityczną kompetencję. Nie musiał, zdaniem autorów tego tekstu głownie dlatego, że jest młodym, przystojnym mężczyzną. "Nikogo" również nie interesują jego cechy charakteru, nerwowość, płynność angielszczyzny oraz to, że to Fotygę, a nie Sikorskiego Rice nazwała "my friend".

Kobieta w Polsce albo ma swego politycznego "właściciela", albo wypada z gry.
Czy posłanka Pitera ma rzeczywiście mniej kompetencji do sprawowanego urzędu niż Donald Tusk czy Grzegorz Schetyna do swoich? Czy minister Kopacz odbiega rażąco od (niskiego, niestety) poziomu rządzenia wyznaczanego jednak przez premiera? Problem w tym, że coraz częściej zdarzają się kobiety lepiej wykształcone i lepiej przygotowane do pełnienia swoich funkcji, niż ich koledzy. Budzą zawiść i złość polskich mizoginów, także we własnych ugrupowaniach, którzy w konsekwencji chętnie podrzucają - równie mizoginistycznym - dziennikarzom wszystko złe, co na nie znajdą, w ramach eliminacji konkurencji. Najlepiej o minach, fryzurach i niezrównoważonym charakterze, który ani się równa kryształowym, męskim charakterom. A mizoginistyczni dziennikarze, szczęśliwi, że nie muszą młodemu, przystojnemu mężczyźnie zadawać kłopotliwych pytań o wykształcenie i kompetencję, przystępują do studiowania kobiecych, ciepłych, ale słabych charakterów Polek. Ma to miejsce w każdym ugrupowaniu. Czy ktoś jeszcze pamięta posłankę Barbarę Labudę? Była na lewicy...

Kobieta w Polsce albo ma swego politycznego "właściciela", albo wypada z gry. "Właścicielem" Labudy był Kwaśniewski. "Właścicielem" Pitery - Donald Tusk. "Właścicielem" Fotygi - Lech Kaczyński. Ale, jak w każdym systemie niewolniczym, właściciele mają własne interesy, a niewolnika zawsze można sprzedać. I tu też kobiety się od mężczyzn różnią: mężczyzna odsunięty od centrum władzy zwykle się utrzyma jakoś na jej obrzeżach. Kobieta - wypada ze sceny całkowicie, najczęściej zmobbowana tak, że żaden mobbing w firmie prywatnej się temu nie równa. Ale właściciel firmy by odpowiadał, za to, co robi, a dziennikarz jest bezkarny i podlega środowiskowej ochronie, tłumaczącej tego typu działania "kunsztem dziennikarskim".

"Jakiś czas temu, na tych łamach, napisałem tekst wychwalający dziennikarski kunszt Moniki Olejnik." - oznajmia właściciel blogu Toyah - Mówiąc krótko, szło o to, że red. Olejnik potrafiła uzyskać tak pełną symbiozę ze swoimi słuchaczami i widzami, że nie musi już ani wysłuchiwać politycznych wskazówek swoich przełożonych, ani też szczególnie manipulować samą informacją, bo dzięki swojemu talentowi, w każdym momencie kontaktu z odbiorcą zna jego dowolne pragnienie, każdą jego emocję, każdy moment zawodu, każdy uśmiech, każdy skurcz wściekłości, z tej prostej przyczyny, że ten uśmiech i to pragnienie są jednocześnie jej pragnieniem i jej uśmiechem. Monika Olejnik stała się dziennikarzem idealnym, podobnie zresztą jak i większość głównych prezenterów i komentatorów TVN-u. Wszyscy oni posiedli wspólną umiejętność uzyskiwania pełnej jedności z widzem, i w ten sposób, z punktu widzenia oczekiwań nowych, post-politycznych czasów, gdzie rządzą już tylko media i supermarkety, tworzą stację bardziej doskonałą nawet, niż Radio Maryja. Bez porównania doskonalszą".

Myślą, że mają prawo, albo wręcz obowiązek atakować w szczególny sposób kobiety, jak nigdy by nie zaatakowali mężczyzn - i nazywają to zjawisko nie zwyczajnym chamstwem, jak by należało, lecz - "postpolityką".
Toyah, określający się jako "łagodny konserwatysta", jako przykład owej szczególnej symbiozy szczególnego dziennikarza z szczególnym odbiorcą wybrał oczywiście kobietę, choć Miecugow się do tej roli nadaje zdecydowanie bardziej. Ale to tak już jest. Nie ma miejsca dla kobiet w polityce, mimo, że nieliczne wyjątki jakoś w niej funkcjonują, choć zwykle tylko do czasu. Ba, nawet w politycznej publicystyce kobietom się obrywa bardziej; Na Salonie24 przypuszczono kiedyś atak na Joannę Lichocką właśnie w tym specjalnym stylu, kiedy nie z poglądami się dyskutuje, a z wyglądem i nerwowymi słabościami autorki (nawet mi się nie chciało z tym polemizować, tak tego jest dużo). Konserwatyści myślą, że miejsce kobiety jest w domu. Liberalno- lewicowy salon dopuszcza istnienie kobiet w życiu publicznym, ale uważa, że ma prawo, albo wręcz "obowiązek rzetelnego dziennikarstwa" atakować w szczególny sposób kobiety, jak nigdy by nie zaatakowali mężczyzn - i nazywają to zjawisko nie zwyczajnym chamstwem, jak by należało, lecz - "postpolityką". Swoją drogą, wykazując tym samym, że nie mają pojęcia, co ten termin znaczy... Pytając o naturę owej symbiozy, toyah zauważa, że nie obejmuje ona swym zasięgiem całego kraju, jak długi i szeroki, lecz drąży jakieś koryta, meandry i rozlewiska. Ale kończy tradycyjnym pytaniem o plaże Michnika. Tymczasem ciekawiej jest zapytać, jaką rolę w polskim obiegu informacji i organizacji społecznej pełnią dziś dziennikarze? Do jakiego elektoratu się zwracają i z jakim popadają w symbiozę?

Elity to dzisiaj, czy przywódcy motłochu?

Cieszę się, że nie jestem polskim politykiem. Zastanawiam się tylko, co dalej. Mam dosyć Polski z jej całą egzotyką. Niedługo będę w Warszawie. Mogę pójść na Starówkę, demonstracyjnie spalić polski paszport, jak to onegdaj robił ruch Wolność i Pokój z książeczkami wojskowymi - i zostać Szwedką. Tylko, kto to zrozumie? Miecugow? Michalski? Podobnie jak Fotyga, nie jestem młodym, przystojnym mężczyzną, więc się dyskutuje wyłącznie o moich koafiurach i umiejętnościach tanecznych.... Pozostaje emigracja wewnętrzna...

Źródła:
Grzegorz Miecugow, Cezary Michalski: Fotyga odeszła, bo nie ma skóry nosorożca", Dziennik, 22 sierpnia 2008

Michał Majewski : "W Pałacu mówili o niej "złośliwa Foti", Dziennik 22 sierpnia 2008

"Fotyga powinna zostać wrzucona do kotła" Dziennik, 10 lipca 2008

Na jakiej plaży wypoczywa Adam Michnik - http://toyah.salon24.pl, 2008-07-28

Dyskusja na Salonie24

wtorek, 12 sierpnia 2008

Gruzińska cyberwojna obejmuje kolejne kraje

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

Co zrobić, gdy twój kraj jest w stanie wojny - pyta wydawca ZDNet Larry Dignan - a strony rządowe niszczy atak cybernetyczny? Jeśli jesteś Gruzją, zwracasz się ku Bloggerowi oraz internetowej stronie prezydenta Polski.

W poniedziałek 11 sierpnia londyńska ambasada Gruzji oskarżyła "jakieś siły z Rosji" o atak cybernetyczny przeciwko stronom rządowym, skoordynowany z operacjami militarnymi w Południowej Osetii. Rzecznik ambasady poinformował, że w związku z atakiem DDoS opracowano przekierowania, dzięki którym strony prezydenta Gruzji i ministerstwa spraw zagranicznych są ponownie widoczne, ale są to nowe strony, zawieszone na innych serwerach. Zrzut ekranu wykonany przez obserwatorów Salonu24 dowodzi, że stronę Michaiła Saakaszwilego zastąpił obrazek porównujący prezydenta Gruzji do Hitlera. W momencie publikowania tej notki strona ministerstwa obrony nie była jeszcze dostępna, gdyż trwały prace nad stosownym przekierowaniem. Atak denial-of-service (DDoS) polega na tym, że hakerzy za pomocą swych komputerów symulują równoczesne wizyty tysięcy ludzi, aby daną witrynę przeładować i wypchnąć z sieci. Gruziński rzecznik powiedział, że nie dysponuje żadnym potwierdzeniem, że atak cybernetyczny wyszedł z Rosji, ale zadał pytanie: "a któż by to inny mógł być?"

Oto oświadczenie rządu Gruzji:

Wojna cybernetyczna ze strony Rosji uniemożliwiła działanie gruzińskich stron internetowych; rząd Gruzji założył strony alternatywne.

Kampania wojny cybernetycznej ze strony Rosji poważnie utrudniła funkcjonowanie wielu stron gruzińskich, w tym Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W przypadku braku dostępu do oficjalnych stron Gruzji prosimy udać się na następujące strony celem uzyskania ostatnich oficjalnych wiadomości z Gruzji.

* http://georgiamfa.blogspot.com/

* Strona Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego: www.president.pl (szukaj linka: "information about the latest developments in Georgia.")


Free Image Hosting at www.ImageShack.usWięcej informacji podaje Jart Armin, prowadzący bloga monitorującego RBN. Po cyberataku na Gruzję analitycy niemal natychmiast wskazali jako sprawcę właśnie RBN (Russian Business Network), kryminalną sieć hakerów o ścisłych powiązaniach z rosyjską mafią i rządem. Armin opublikował dane sugerujące, że wizyty na gruzińskie strony były kierowane przez dwa serwery połączeniowe z Rosji i jeden z Turcji. Dla ludzi o zainteresowaniach technicznych załączamy diagram (kliknij, aby powiększyć) jasno pokazujący, że rosyjskie serwery AS12389 ROSTELECOM, AS8342 RTCOMM oraz AS8359 COMSTAR kontrolują cały ruch do kluczowych serwerów gruzińskich, przykładowo AS28751 CAUCASUS NET AS Caucasus Network Tbilisi i AS20771 DeltaNet Autonomous System DeltaNet ltd 0179 Tbilisi. Nawet turecki (często kontrolowany przez RBN serwer AS9121 TTNet jest obecnie blokowany przez COMSTAR, choć informatycy tureccy wspierani przez wladze próbuja odzyskać nad nimi kontrolę i zapewnić bezpośrednie przekierowania do Gruzji.

Według Amina serwery te są znane z tego, że znajdują się pod kontrolą RBN i pod wpływem rządu Rosji. Amin podał również, że początkowo zareagowali administratorzy sieci w Niemczech. Czasowo udostępnili gruzińskie strony, kierując ruch przez niemieckie serwery zarządzane przez Deutsche Telekom; jednak po kilku godzinach ruch zostal znowu przechwycony i skierowany - tym razem przez serwery znajdujące się w Moskwie (AS8359 COMSTAR Direct Moscow region network CJSC COMSTAR Direct Smolenskaya Sennaya Sq, 27 block 2 119121, Moscow). Niemieccy informatycy pracują obecnie nad ustanowieniem bezpośredniego połączenia z Gruzją i ominięciem rosyjskiego węzła. To wlaśnie dzięki takim wysiłkom zostały ustanowione alternatywne połączenia z serwerem AS35805 UTG AS United Telecom of Georgia i innymi, co `AQ umożliwiło pojawienie się w sieci stron mfa.gov.ge oraz president.gov.ge.

Opinię Armina potwierdziła monitorująca poważnie przypadki hakingu The Shadowserver Foundation: "obserwujemy właśnie nowe ataki przeciwko witrynom z końcówką .ge - www.parliament.ge oraz www.president.gov.ge są obecnie atakowane wywołaniami http." Armin ostrzegł też, że oficjalne strony Gruzji, które ponownie się pojawiły w sieci, mogą zostać przechwycone przez hakerów: "bądź ostrożny z jakąkolwiek stroną Gruzji, która się wydaje oficjalnym źródłem informacji, ale nie zawiera żadnych aktualizacji... gdyż taka strona może być oszustwem."

Interesującym aspektem tej sprawy jest, że domena president.gov.ge używała name server bazujący w USA i tak się złożyło, że on również znalazł się offline ze względu na ataki DDoS od czwartku do poniedziałku rano. Może to oznaczać, że rosyjscy hakerzy działają także na terenie USA. Na to samo wskazuje strona "stopgeorgia.ru", używająca też mirroru "stopgeorgia.info", która w sekcji Soft oferuje do ściągnięcia narzędzia służące atakom DDoS, a sekcja Cele - oprócz instytucji gruzińskich, jako cele ataku wskazuje też ambasady -amerykańską i brytyjską w Tbilisi. Strona ta działa od pewnego czasu jako witryna rekrutująca nowych czlonkow RBN. Szczegóły rejestracyjne tych stron są następujące: Stopgeorgia.ru - Hosted by AS36351 Softlayer of Plano Texas/ wiadomo, że są związani z Atrivo hostującym malware. Stopgeorgia.info - Hosted by AS28753 NETDIRECT Frankfurt, DE / AS12578 APOLLO LATTELEKOM APOLLO Latvia. Sponsoring Registrar: EstDomains, Inc. Registrant: Domain Manager, Protect Details, Inc, Street1: 29 Kompozitorov St., Saint Petersburg, RU, Phone:+7.8129342271

Hakerzy z RBN mają sporą praktykę w atakowaniu instytucji rządowych innych państw. Jak podaje The Baltic Business News, Estonia zaoferowała, że wyśle do Gruzji zespół specjalistów od bezpieczeństwa w sieci, gdyż ma już w pewną praktykę w cyberwojnie: w kwietniu tego roku systemy komputerowe rządu Estonii przeżyły trzytygodniowy, skoordynowany atak, którego autorstwo jest przypisywane właśnie rosyjskim hakerom. Zeszłoroczna fala ataków zaczęła się po kwietniowych awanturach wokół usunięciu Żołnierza z Brązu - pomnika sowieckiego żołnierza w Tallinie, upamiętniającego wysiłek wojenny ZSRR w II wojnie światowej (Nawiasem mówiąc, fiński pisarz Johan Bäckman właśnie szuka wydawcy dla swej nowej książki "Żołnierz z Brązu", w której twierdzi, że usunięcie tego pomnika było ostatnim dniem w historii Estonii i przewiduje, że państwo to utraci niepodległość w ciągu 10 lat). Celem stały się wtedy strony rządu, partii politycznych, banków i gazet. W ostatnich dniach czerwca celem ataku stało się około 300 litewskich witryn - zamiast normalnych stron internautom wyświetlały się symbol sierpa i mlota, pięcioramienna gwiazda oraz hasła obraźliwe dla Litwy. Kiedy więc Aleksander Wieszniakow, ambasador Rosji w Rydze grozi m.in. Polsce, że pożaluje swego wsparcia dla Gruzji, to mógł mieć na myśli nie tylko zakręcenie kurka z gazem czy wojnę mięsną.

Google nie posiada takich problemów jak Gruzja, której rząd desperacko usiłuje przebić się z własną, anglojęzyczną informacją na Zachód. Dlatego gruziński rząd założył bloga na Bloggerze oraz korzysta z gościnności internetowej strony prezydenta Polski; mainstreamowe media traktują opublikowane tam informacje jako materiały źródłowe strony gruzińskiej i z nich korzystają. A wniosek z tego taki - konstatuje Dignan - że działania wojenne coraz częściej będą korzystały z cyberpistoletu. Kiedy to się dzieje, całe państwo dosyć szybko redukuje się do bloga. Niekoniecznie - ripostuje Jart Armin - są sposoby, i są wykorzystywane.

Wojna cybernetyczna jest tania i niemal nie zostawia śladow. Dlatego może tak się podobać wielu krajom, nawet tym z wielkimi i potężnymi armiami jak Rosja czy Chiny. Do chwili obecnej była praktykowana na relatywnie małą skalę, ale wkrótce możemy zostać świadkami potężniejszych i bardziej brutalnych ataków niż do tej pory widzieliśmy. Ale każdy kij ma dwa końce. Rosja może zasmakować tego samego, co robi innym: hakerzy żyją nie tylko w Moskwie.

Być może przeciwdziałanie cyberatakom będzie jednym z tematów dzisiejszej wizyty sześciu prezydentów: Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy i Francji (która obecnie dzierży prezydenturę Unii Europejskiej ) w Tibilisi.

czwartek, 24 lipca 2008

SLD popełnia dziś ten sam błąd, co onegdaj PiS

Uprawdopodobnienie tego, że PO łamie zasady demokracji parlamentarnej, kiedy to im wygodne, wcale nie jest trudne. Nie tylko dlatego, że PO się z nikim nie konsultuje przy tworzeniu ustaw w tej kadencji, czy nawet ignoruje już przeprowadzone konsultacje (ustawa o służbie zdrowia). Warto przypomnieć w jaki sposób pułkownicy z PO wykończyli przeciwnika Donalda Tuska - Cimoszewicza - w poprzednich wyborach (Jarucka, sfałszowane dowody, kampania medialna). Jeden z tych pułkowników później reprezentował prawnie Kaczmarka w równie skandalicznej sprawie.

Nie da się przykładać równej miary do ludzi którzy wyją i tupią na posiedzeniu Komisji Regulaminowej, ale tych zasad nie łamią, do ludzi, którzy na zimno łamią zasady wyborcze czy wykorzystują polski kodeks karny do niszczenia przeciwnika. W tej konkretnej sprawie Ziobry, zarzut mu stawiany jest absurdalny, i ma w kieszeni wygraną, jeśli nie tu, to w Strasbourgu, ale jeśli PO odpowiednio ustawi sprawę w sądach, to zablokuje Ziobrę jako kandydata w najbliższych wyborach, i o to im chyba chodzi. To bardzo mocno przypomina sposób w jaki wyeliminowali Cimoszewicza z gry, kiedy im wyszło, że do wygranej z L.Kaczyńskim potrzebują elektoratu Cimoszewicza.

Ówczesnym błędem PiS było, że już wtedy, przy sprawie Cimoszewicza, PiS nie protestował i nie złożył jakiegoś wniosku do PKW. Dzisiaj błędem SLD jest to, że się przyłącza do "przepraszania" opinii publicznej za zachowanie PiS w trakcie słynnego posiedzenia, zamiast podnieść sprawę łamania regulaminu i dobrych obyczajów parlamentarnych przez PO. W jednym i drugim przypadku obie partie grały pod dyktando PO, na korzyść PO, i - jak widać w dłuższej perspektywie - na swoją niekorzyść. Nie ma żadnej gwarancji, że PO nie będzie tym sposobem rozgrywać opozycję w przeszłości, skoro widzą, że im się to bezkarnie udaje. Na kogo padnie, na tego bęc. Raz jeden przeciwnik, raz drugi... Zasady państwa prawa, regulaminy sejmowe, nie powstały ot, tak sobie. Ich celem jest ochrona parlamentarnej mniejszości przed nadużyciami władzy zwycięskiej większości.

Tak, jak PO bałkanizując prawo i obyczaje parlamentarne udowadnia, że nie dorosła do roli partii władzy, tak PiS oraz SLD swoją biernością w obu przypadkach jasno mówią swemu elektoratowi, że nie dorośli do roli opozycji.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

wtorek, 4 marca 2008

Obywatel Bronisław Góra

Zamiast wstępu: ważna i pilna prośba do dziennikarzy GW bywających na Salonie, żeby jednak jakoś skoordynować te wszystkie akcje związane z zwrotem obywatelstwa. Chodzi o to, że 1 marca GW opublikowała "List otwarty: Ci, którzy utracili obywatelstwo polskie w marcu '68, powinni je odzyskać" autorstwa Marii Janion. Podpisy są co prawda zbierane od 23 stycznia, a lista zebranych podpisów dosyć długa, ale przecież sygnatariusze w imię celu zawartego w tym tytule by się bez wahania zgodzili na drobne poprawki, które poprawiłyby skuteczność apelu. Chodzi mianowicie o adresata. Z notatki opublikowanej tego samego dnia przez GW pt. "MSWiA o obywatelstwie "marcowych emigrantów" wynika, że to MSWiA oraz jego wojewodowie odmawiają zwrotu obywatelstwa, a jego szef, Grzegorz Schetyna, przecież nie jest prezydentem tylko ministrem. Oczywiście z góry dziękujemy za wsparcie i dalsze wywieranie presji na opornych urzędników.

***

Co nam zostało po Marcu? Można powiedzieć, idylla, jakiej nigdy nie było. W 40 rocznicę Marca68 wszyscy się starają, wszystkim się otwierają usta i rozwiązują języki, i raptem nikomu już tak dramatycznie nie przeszkadza, że mogą istnieć nie tylko różne opowieści marcowe, ale także różne ich interpretacje oraz rozmaite wyciągane wnioski. Ta sytuacja najlepiej świadczy, jak bardzo Polska 2008 roku się różni od Polski z roku 1968. Ale sielankę stara się zepsuć Grzegorz Schetyna, szef MSWiA.

Gazeta Wyborcza z 1 marca informuje, że Lech Kaczyński chciałby, aby w 40 rocznicę Marca68 w Pałacu Prezydenckim uroczyście zostały wręczone akty potwierdzające polskie obywatelstwo tym osobom, które zwróciły się o to do wojewody. Przeciwne jest właśnie MSWiA i wojewodowie - twierdzą, że marcowi emigranci obywatelstwo utracili, mimo, że 4 października 2005 roku Naczelny Sąd Administracyjny postanowił inaczej. Rzeczniczka Grzegorza Schetyny Wioletta Paprocka oświadczyła, że „"resort zastanawia się nad rozwiązaniem tego problemu", a "stanowisko MSWIA w sprawie obywatelstwa osób, które wyemigrowały po Marcu, zostanie przedstawione w przyszłym tygodniu" - czyli po rocznicy.

Orzeczenie NSA z 2005 roku powiada, że tajna uchwała Rady Państwa z 1958 r. nie mogła być podstawą utraty obywatelstwa. Potrzebne było do tego indywidualne zezwolenie na jego zmianę wydane dla konkretnej osoby. Takich jednak Rada Państwa nie udzielała. Tym samym ci, którzy wyemigrowali po Marcu, nigdy nie utracili polskiego obywatelstwa i mają pełne prawo domagać się dowodu osobistego i numeru PESEL.

Miarą tego, jak się Polska zmieniła, jest to, że miast kiwać głową nad poziomem faszyzmu i antysemityzmu panoszących się w Platformie Obywatelskiej, wolimy pokiwać nad poziomem międzypartyjnego pieniactwa, które się przyczynia do tego, że obywatele nie mogą załatwić w urzędzie swoich spraw, a także nad miarą biurokratycznego chaosu, który spowodował, że resort nie mógł się zastanowić i przedstawić stanowiska przed rocznicą, której daty nikt przed nimi nie ukrywał.

Bronislaw Gora
Bronisław Góra

W Rzeczpospolitej z 18 października 2005 pojawiło się zdjęcie człowieka, który ten wyrok NSA wywalczył, i które tu publikujemy ponownie. Barouch Nathan Yagil, w Polsce Bronisław Góra, wyjechał z Polski w 1968 r., mieszka obecnie w Nofim w Izraelu. Ma czwórkę dzieci: syna i trzy córki, oraz trzy wnuczki. O potwierdzenie posiadania polskiego obywatelstwa wystąpił jeszcze w 1993 r. do Kancelarii Prezydenta RP, stamtąd go odesłano do Ambasady Polskiej w Tel Awiwie, a tam mu z kolei wręczono ankietę, która raczej miała potwierdzać, że obywatelstwa nie posiada, i dopiero stara się o jego nadanie. Wojna o dowód osobisty zajęła mu 12 lat.

Inny emigrant z identycznym problemem, który nie zgodził się podać swego nazwiska do wiadomości publicznej, powiedział dziennikarzowi Rzeczpospolitej „Dwa razy, i do prezydenta Wałęsy, i do prezydenta Kwaśniewskiego, zwracałem się o przywrócenie obywatelstwa. Za każdym razem otrzymywałem z kancelarii odpowiedź, że nie ma takiego trybu, mogę się tylko ubiegać o nadanie nowego. Ale na to się nie zgadzałem - mówi. - Teraz się zastanowię, czy wystąpić o potwierdzenie jego posiadania i do czego mi ono potrzebne.”

Czemu ludzie tak walczą o potwierdzenie obywatelstwa, a nie nadawanie nowego?

Bronisław Góra jest izraelskim biznesmenem. Nie ma żadnego interesu materialnego w Polsce, bo ani majątku tu nie zostawił, ani nie potrzebuje Polski do bezcłowego handlu z Unią, bo i tak w ten sposób handluje z Izraela. „Wyrok potwierdzający, że nigdy nie utraciłem polskiego obywatelstwa, daje mi ogromną satysfakcję. Jestem szczęśliwy. Czuję się i jestem i Polakiem, i Izraelczykiem” - powiedział dziennikarzowi. Zaplanował sobie otworzyć w Polsce drugie biuro swojej firmy i mieszkać trochę tu, trochę tam. Ale nie każdy marcowy emigrant chce do Polski wracać, i nie wszyscy się jeszcze czują także Polakami, choćby dlatego, że przez 40 lat można nieźle wrosnąć w nowe miejsca, nowe społeczeństwa i nowe rodziny.

Niemniej kwestia obywatelstwa obchodzi nawet tych, których przestała obchodzić Polska.

Celem nie jest samo posiadanie obywatelstwa, lecz także odzyskanie prawa wyboru, czy je się chce posiadać, czy nie. W 1968 roku to prawo wyboru zostało im odebrane. W roku 2008, gdyby ta uroczystość z wręczaniem dokumentów się odbyła, część emigrantów cieszyłaby się tak, jak Bronisław Góra, część wzruszała ramionami i po uzyskaniu polskiego paszportu wrzucała go do szuflady, a części by się w ogóle nie chciało zwracać o żadne potwierdzenia. Jednak każda z tych reakcji i postaw byłaby potwierdzeniem, że się ma prawo do bycia wolnym człowiekiem o wolnej woli, i że inni tą wolność i wolę respektują.

Możnaby tą historię skwitować, że wstydem i hańbą jest to, iż do dziś w Polsce urzędy powołują się na tajne prawo PRL czy zastanawiają się, czy je mogą przestać respektować. Ale jest jeszcze lepsza puenta. Być może po tygodniowym namyśle Grzegorz Schetyna wyda decyzję korzystną dla emigrantów, a może nie. Bronisław Góra wyjechał w 1968 na takim samym dokumencie podróży, jak i pozostali emigranci. Skoro MSWiA oraz wojewodowie uważają, że emigranci nie mają żadnego tytułu do ubiegania się o potwierdzenie obywatelstwa, to Bronisław Góra jest bezprawnym posiadaczem polskiego paszportu i w konsekwencji przyjdzie mu tak ciężko wywalczony paszport oddać. I tak, już po raz drugi w życiu, Bronisław Góra może zostać Barouchem Nathanem Yagilem...

mirror na Salonie24


Dopisek:
Szkoda, że wszyscy ludzie dobrej woli, biegający do GW z swoimi apelami, podpisujący się i zbierający podpisy, nie poczytali innych tekstów publikowanych w tej gazecie, np. Ewy Siedleckiej lub nie skonsultowali się z emigrantami. Emigranci nie są stadem i nie byliby zachwyceni siłowym, stadnym wciskaniem im obywatelstwa, tak samo, jak nie byli zachwyceni siłowym, stadnym odbieraniem. Każdy człowiek ma prawo do indywidualnych decyzji. I w takim kierunku poszły orzeczenia sądowe. Nie można też apelować do urzędującego prezydenta, żeby obywatelstwo nadawał/oddawał obywatelom, którzy już je mają. Siedlecka dosyć jasno opisała w tekście Prawna Kwadratura Marca , z ktorego wynika, że emigrantom nie sa potrzebne żadne podniosłe apele o tolerancję, tylko prosty jak drut papier z pieczątką, którego wydania wojewodowie oraz ich zwierzchnik Grzegorz Schetyna odmówili nie tylko obywatelom, ale nawet urzędującemu prezydentowi RP, świadomie przy tym łamiąc prawo oraz niemniej świadomie czyniąc świństwo ludziom, którzy niekiedy z daleka przyjechali z nadzieją, że w taką rocznicę i z prezydenckim poparciem to już na pewno ten papier dostaną. Zamiast papieru z pieczątką koledzy Schetyny złożyli do laski marszałkowskiej projekt uchwały upamiętniającej "tragiczne skutki" Marca 68. I przy tej wiadomości to człowiek już się zaczyna śmiać :)

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 27 kwietnia 2007

O gejach, Lechu Kaczyńskim, Fidelu Castro, Adamie Michniku i człowieczeństwie ogółem.

Tuje sobie takiego wizerunku wyprasza, ale doigraliśmy się. Do wojny z faszyzmem, jaka się od pewnego czasu toczy w Polsce, przystąpił Parlament Europejski. Zostaliśmy zakwalifikowani jako barbarzyńcy w europejskim ogrodzie, mutanci wyrastający na tej samej grządce, co Milosevic, Le Pen czy fanatycy islamscy. My, taliby Europy... Tuje skądinąd słusznie wytyka hipokryzję europejskim elitom, ale kiedy pyta, czy ludzie odmawiający przyjęcia do wiadomości ogromu stalinowskich zbrodni mają prawo do wytykania nam kołtuństwa, ksenofobii, albo i gorzej, to owo pytanie można odwrócić. Czy Hunowie, których elity dyskutują o grzywnach i więzieniach dla dyrektorów szkół zatrudniających homoseksualistów, którzy tolerują rzeczniczkę praw dziecka zapowiadającą przygotowanie listy zawodów zakazanych dla homoseksualistów, mogą cokolwiek komukolwiek wytykać?

Rezolucja Parlamentu Europejskiego pozornie świetnie się wpisuje się w wojnę III RP z IV RP. Ale tylko w tych oczach, które postrzegają ją jako wojnę "czerwonych" z "niebieskimi". My jesteśmy "pomarańczowi" - naszym zdaniem Pomarańczowi są trzecią siłą tej wojny, i to na tyle znaczną, że zdecydują o rezultatach najbliższych wyborów parlamentarnych. Nawet, jeśli dzisiaj nie posiadamy własnych mediów, partii, czy jednoznacznie zdeklarowanych reprezentantów politycznych.

Pomarańczowi nie chcą powrotu do III RP. Są zwolennikami zerwania z epoką postimperialną i poskomunistyczną także na poziomie lustracji i dekomunizacji, ale też konstytucjonalizmu i starych, republikańskich wartości, które każą wywodzić prawa człowieka z pojęcia obywatelstwa. Od czerwonych i niebieskich różni nas Abraham Lincoln.

Byłoby łatwiej, gdyby pomarańczowi znakowali swoje teksty w sieci obrazkiem pomarańczy, ale i tak idzie ich rozpoznać. W tej chwili są to pojedyńcze osoby, pisujące w bardzo różnych miejscach i plasujące się w rozmaitych elektoratach, ale wyrażane przez nich poglądy są już czymś więcej, niż postawą indywidualną.

Ktoś uważa, że przesadzamy? No to proszę się przyjrzeć dyskusji między Krytyką Polityczną a Gazetą Wyborczą z września 2005 roku. W ramach wojny KPP z faszystami, lub, jak kto woli, czerwonych z niebieskimi, Adam Michnik napisał artykuł "Geje i rewolucja moralna" opatrzony podtytułem "Lechowi Kaczyńskiemu pod rozwagę". Pisze tam między innymi "czy nie słuszniej bronić prawa gejów do Parady Równości, niż deptać to prawo wspólnie z dziwacznymi sojusznikami typu Fidel Castro w rewolucji moralnej przeciw gejom?" Kid odpowiada mu następującymi słowy:

Gdyby sojusznikiem był tu ktoś inny – powiedzmy Kościół – trzeba by się zastanowić, ale z Fidelem Castro? Never! A, jak wiadomo, to głównie na jego poparcie liczy Lech Kaczyński.

Załóżmy jednak, choć pewności mieć nie możemy, iż Adam Michnik uważa, że lepiej bronić niż łamać. W ten sposób doszlusowuje do prawicowych publicystów w rodzaju Rafała Ziemkiewicza i „liberałów” takich jak Donald Tusk. Z pewną satysfakcją należy bowiem stwierdzić, że lata powtarzania rzeczy oczywistych sprawiły, że demokratyczne minimum zostało uznane również przez bardziej cywilizowaną część prawicy. I w końcu nawet przez Michnika.

Michnik przeciwny jest również temu, aby homoseksualistów bić, deportować, osadzać w obozach koncentracyjnych, jak to robili komuniści na Kubie. No cóż, robili to również faszyści oraz najstarsze demokracje. Przypomnijmy tu Michnikowi sprawę Oskara Wilde'a. Robili to homofobi całego świata w poczuciu misji moralnej, posiadania jedynej prawdy i wtedy, kiedy mieli władzę. Władza ta została ograniczona przez demokrację, która przeznaczona jest również dla mniejszości. I w ramach postępu, który jednak istnieje, zostało to zaaprobowane przez co światlejszych homofobów. Przyznają sobie oni jednak nadal prawo do brzydzenia się, dyskryminowania oraz nie godzą się na przyznanie mniejszościom takich praw, jakie mają sami. [...]

Czego zatem moglibyśmy oczekiwać od Michnika?

Odrobiny taktu i poczucia smaku. Żeby, pozostając o parę kroków za Ziemkiewiczem, nie kreował się na świętoszkowatego moralistę, który uratuje polskich gejów i lesbijki przed kaczyńskim ciemnogrodem. Prawa mniejszości wymagają w Polsce obrony nie tylko przed Kaczyńskim, ale także przed Michnikiem, który tłumaczy, że nie zabierał dotąd głosu w kwestii praw gejów „z powodu braku kompetencji”. Miał kompetencję, aby oceniać lustrację, a tutaj wrażliwości moralnej i intelektualnej siły mu nie starcza. Ponieważ jednak lustrację już przemyślał, jest przeciwny lustrowaniu „polityków i literatów” ze względu na orientację seksualną.

Tyle na temat Hunów. Między Michnikiem a Giertychem jest jeszcze sporo miejsca na poczucie smaku wynikające ze zwyczajnego człowieczeństwa, patriotyzm obywatelski, a nie etniczny czy fundamentalistycznie religijny, na republikę, w która nie ogranicza pojęcia wolności wyłącznie do wolności ekonomicznych.

Dlatego to jest dobra rezolucja. Powinna być jeszcze jedna, na pohybel wszystkim Hunom, obojętnie, gdzie mieszkają, i w której gazecie piszą. O kobietach.

--

Dopisek późniejszy: Życie samo dopisało ciąg dalszy do dyskusji Kida z Michnikiem sprzed dwóch lat. Gazeta Wyborcza z 26 kwietnia publikuje artykuł Konrada Niklewicza "Polsce dostaje się w Strasburgu za rzekomą (podkr. nasze) homofobię". Niklewicz pisze, że doszło już do drugiej w ciągu ostatniego półrocza debaty "o możliwej dyskryminacji homoseksualistów w Polsce", gdyż "nie pomogły tłumaczenia polskich kolegów, że zarówno od propozycji Giertycha, jak i Orzechowskiego (by blokować homoseksualistom dostęp do posad nauczycielskich) publicznie odciął się premier Jarosław Kaczyński."

W końcówce tekstu Niklewicz pisze:

"Tylko jeden polski poseł Józef Pinior z SdPl (członek frakcji Europejskiej Partii Socjalistycznej) zdecydowanie opowiedział się zarówno za rezolucją, jak i koniecznością debatowania o homofobii w Polsce. - Z niedawno opublikowanego raportu przygotowanego m.in. przez organizację "Lambda" wynika, że mamy w Polsce do czynienia z prześladowaniem, łącznie z przemocą fizyczną, osób homoseksualnych. Kto, jeśli nie Parlament Europejski, ma stanąć w obronie tych ludzi? - tłumaczył "Gazecie" Pinior.

Skrytykował pozostałych eurodeputowanych (zwłaszcza tych z frakcji socjaldemokratycznej) za to, że do końca próbowali debatę oraz rezolucję zablokować. - To oznacza, że w Polsce nie ma już lewicy - uznał."

Nam pozostaje jedynie dodać, że nie uważamy, aby Jarosław Kaczyński był supermanem dysponującym mocami nadprzyrodzonymi. Nie wydaje się nam również, by jego osobista deklaracja spowodowała cudowną przemianę homofobii realnej ministra edukacji oraz jego tatusia w "rzekomą" czy równie cudowną odmianę przekonań i działań aktywistów LPR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Ponieważ autorzy GW tak chętnie posługują się porównaniami do 68 roku i czasów Gomułki, to i my pozwolimy sobie powspominać, jak to wyglądało po 68. Otóż pewna aktorka, gwiazda Teatru Żydowskiego przejętego przez Szurmieja na skutek wypędzenia z Polski Idy Kamińskiej i jej zespołu, i przerobionego na coś w rodzaju Cepelii, pojechała do Szwecji, aby przed kamerami tamtejszej telewizji oświadczyć, że Polsce się niesłusznie dostaje za rzekomy antysemityzm, gdyż ona przecież jest aktorką.


"I to by było na tyle, Drodzy Czytelnicy" - pisze Sidik - Acta est fabula".


wtorek, 19 grudnia 2006

Chanukah w Pałacu prezydenckim

Poland’s presidential palace hosted a Chanukah lighting for the first time.
President Lech Kaczynski lit a candle Monday in a Warsaw ceremony that included local Jewish community leaders, Israeli Ambassador David Peleg and visiting officials from the European Jewish Congress…


Oops wywiesilo taki napis: "my, Prawdziwi Polacy – nie wiemy, co o tym myśleć. poproszę o Komunikat Oficjalny". Z podziękowaniem za ściągnięty cytat z linkiem.

Dopisek 21 grudnia 2006

Chanukah lighting: W odległości ponizej 10 lat świetlnych od Słońca znajduje się 7 swiatełek:

1. Alfa Centauri (A,B i C): 4.22 -4.44
2. Barnard's Star: 5.94
3. Wolf 359: 7.80
4. Lalande 21185: 8.31
5. Sirius (A i B) : 8.60
6. L 726-8 (A i B): 8.73
7. Ross 154 : 9.69