Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mordor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mordor. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 kwietnia 2018

Henryk Szlajfer - Panie Prezydencie, nie mogę przyjąć Pańskiego zaproszenia

Uroczystości 74. rocznicy powstania w warszawskim getcie pod pomnikiem Bohaterów Getta w 2017 r. (AGATA GRZYBOWSKA)
Żydowscy powstańcy z warszawskiego getta zasługują na coś więcej aniżeli obecność przed ich pomnikiem 19 kwietnia ludzi reprezentujących rządzący obecnie obóz polityczny. Nie usłyszałem głosu protestu z Pańskiej strony, gdy zaślepieni ignoranci i doktrynerzy z Pańskiego obozu, prawdziwi bluźniercy, pisząc historię "na nowo", doprowadzili do brutalnej ingerencji w historię żydowskiego oporu i powstania.

wtorek, 29 grudnia 2009

Rządy motłochu

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz


„Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, schizofrenia jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje socjalizm najwyższej jakości jako dzieło sztuki komicznej. Wiwat Sorbowit” - tak pisał Waldemar Maria „Major” Fydrych, przywódca Pomarańczowej Alternatywy w czasach polityki czarnobiałej. Dadaistyczny hymn na cześć napoju witaminizowanego jest swoistym manifestem najmłodszego pokolenia opozycji lat osiemdziesiątych, a przy okazji paradoksalnym wyrazem ewolucji, jaka się dokonała w kolejnych pokoleniach polskiej młodzieży: w latach młodości Andrzeja Czumy bohaterstwem bywało wysadzać pomniki – w czasach Pomarańczowej Alternatywy bohaterstwem było śmiać się tym głośniej, im bardziej się było obitym.

Śmiech jest bronią ruchów pokojowych, świadomie rezygnujących z przemocy, bronią ludzi słabych, bezbronnych wobec władzy. Bronią niezwykle skuteczną. Mark Twain pisał: „Perswazja, pieniądze – mogą czasem podważyć jakąś przepastną bzdurę, ale tylko śmiech potrafi jednym ciosem rozwalić ją w strzępy, rozbić na atomy”.

Jeśli jednak patrzymy na pręgierz umieszczony na wrocławskim rynku, to uświadamiamy sobie, że krewniak śmiechu - szyderstwo - należał do arsenału katowskiego od zarania dziejów. O ile śmiech jest bronią ludzi bezbronnych, to szyderstwo bywa bronią władzy, która tym sposobem, rękami motłochu, pozbywa się ludzi sobie niewygodnych. Temu celowi służyło wytarzanie delikwenta w smole i pierzu, i przegonienie go przez średniowieczne miasto. Na Tasmanii tubylcy umieszczali nieszczęśnika na niskiej gałęzi drzewa, aby każdy mógł się napawać jego reakcjami, a tłum zebrany pod drzewem – szydził. Temu też celowi służyły artykuły prasowe w polskiej prasie w trakcie procesów marcowych w 1968 roku. Współczesny sejm używa do tego celu komisji śledczej do sprawy afery hazardowej.

Zapewne istnieje wśród telewidzów jakaś grupa, która ogląda kolejne posiedzenia tej komisji z fascynacją i niezdrową ciekawością – ciekawość to niezdrowa, gdyż gdzieś w tle jest chęć popatrzenia na twarze i przypomnienia sobie poczucia odrazy sprzed wielu lat. Wystawa IPN o twarzach bezpieki w pewien sposób bardzo celnie utrafia swoim tytułem w swoistą pamięć o czasach PRL, bo w niej rzeczywiście chodzi o twarze. Te martwe, umalowane i upudrowane fizjonomie robotów w okienku telewizora, które bez drgnięcia powieką, bez śladu zażenowania na twarzy i bez wstydu uzasadniały telewidzom najokropniejsze rzeczy. To był jakiś inny gatunek ludzi, z którymi nie szło się identyfikować, poczuć emocjonalną, czy po prostu gatunkową wspólnotę, bo jakaż to może być wspólnota z istotami, które wyglądają jak my, ale posiadają zupełnie inne życie emocjonalne? Te twarze to były istoty z Marsa. Inwazja kosmitów. I te twarze znowu pojawiły się w telewizji, stąd człowiek wzdraga się, ale patrzy. Tym chętniej patrzy, im bardziej się wzdraga.

Prominentni posłowie Platformy Obywatelskiej popełniają przestępstwo. Partia ta ma w sejmie większość, więc ustala powołanie komisji śledczej, która będzie badać nie przestępstwo, a „procesy legislacyjne” wielu rządów. Członkowie Platformy Obywatelskiej mają w komisji śledczej większość, więc ustalają taką kolejność przesłuchań, że w terminie do 28 lutego, narzuconym przez parlamentarną większość PO, z góry wiadomo, że się z przesłuchaniami przestępców z PO nie zdąży. Następnie, pod nieobecność posła Stefaniuka z PSL, w późnych godzinach wieczornych i bez wcześniejszych zapowiedzi, że będzie taki punkt posiedzenia, większość Platformy Obywatelskiej wyrzuca z komisji dwoje posłów z PiS. Wszystkiemu towarzyszą konferencje prasowe i udział rozmaitych posłów PO w programach telewizyjnych, gdzie z kamiennymi twarzami, patrząc prosto w oko kamery, uzasadniają postępowanie kolegów partyjnych jako zasadne, moralne i etycznie bez zarzutu, a także insynuują rozmaite przewiny Wassermana i Kempy, które mają w pełni uzasadniać ich wyrzucenie z komisji. Och, jak się na te twarze patrzy!

Kulminacją tego patrzenia był 28 grudnia 2009. Tego dnia jedni posłowie Platformy Obywatelskiej przez siedem godzin przesłuchiwali w dosyć szczególny sposób człowieka niewinnego, a inni członkowie tej partii to ich postępowanie uzasadniali. Sami przedstawiciele PO w komisji nie potrafili w trakcie przesłuchania wskazać najmniejszego zarzutu, ani nawet powodu wezwania posła Wassermana na świadka, bo, jak wynikało z ich własnych dociekań, Wasserman ani działalności kryminalnej nie uprawiał, ani nie brał udziału w „nieprawidłowościach legislacyjnych”. Siedmiogodzinne przesłuchanie posła Wassermana było siedmiogodzinnym seansem nienawiści, szyderstwem i upokarzaniem człowieka niewinnego. Posłom PO poprzez siedem godzin nie schodził z twarzy szeroki uśmiech sadystycznego zaspokojenia. Trzeba przyznać, że twarze posłów Stefaniuka i Arłukowicza były cały czas poważne. Arłukowicz wyglądał nawet na zdenerwowanego, kiedy zastrzegał się, że on nie korzysta z porad przesyłanych komunikatorami internetowymi w trakcie posiedzenia, tylko pracuje na dokumentach. Przewodniczący Mirosław Sekuła, który już kilkakrotnie narzekał na brak doradców w komisji, nie zainteresował się personaliami doradców niejawnych i związkiem ich sposobu doradzania z regulaminem komisji.

Przewodniczący komisji Mirosław Sekuła przejdzie chyba do historii politycznego gangsteryzmu za wywiad, w którym uzasadniał, że posłowie wyrzuceni z komisji nie mogą do niej wrócić, gdyż byli przesłuchiwani jako świadkowie, rzecz jak z „Procesu” Kafki. Główny organizator sędziowania Platformy Obywatelskiej we własnej sprawie, z jego oblicza nie schodził wyraz dostojeństwa i zasadniczej, moralnej powagi, kiedy tłumaczył, że motywuje go troska „o dotrzymanie standardów” i przekonanie, że posłowie Kempa i Wasserman we własnej sprawie sędziować nie mogą. Cóż to za sprawa i jakie standardy, nie wyjaśnił, analogicznie, jak nikt nic nie wyjaśniał kafkowskiemu Józefowi K. Panu Sekule w pełni dorównują pracownicy Biura Analiz Sejmowych, którzy w zaskakującym terminie dostarczyli „analizę”, że człowiek przesłuchiwany w charakterze świadka nie może być członkiem komisji śledczej: „analiza” została przedstawiona opinii publicznej dopiero po przesłuchaniu Wassermana, a nie przed posiedzeniem Prezydium Sejmu, które zaleciło szybkie przesłuchanie posłów PiS właśnie po to, żeby można było ich przywrócić do komisji.

Mimo braku jakichkolwiek rezultatów Platforma Obywatelska zdecydowała, że będzie przesłuchiwać Wassermana ponownie, tym razem niejawnie. Ogląd pierwszej części przesłuchania każe powątpiewać, czy istnieje cokolwiek „tajnego” na posła Wassermana. Raczej można przypuszczać, że Platforma Obywatelska, podobnie jak każdy gang uliczny, woli sekować swoje ofiary w ciemnych zaułkach i bez świadków. Wedle wcześniejszych, ludożerczo- spożywczych sugestii posła Palikota, że członkowie PO z komisji śledczej zrobili swego czasu błąd, gdyż przerwali „grillowanie” swoich ofiar, gdy te jeszcze mogły się ruszać, być może członkowie PO w komisji śledczej postanowili ów błąd naprawić i zamierzają nękać Wassermana, aż padnie na zawał.

Zgodnie z tą samą filozofią w telewizji występuje teraz stadko ekspertów, którzy zgodnie twierdzą, że powadze i autorytetowi Sejmu szkodzą transmisje z obrad komisji śledczych. Na tej samej zasadzie można zarzucać organizacjom kobiecym, że nagłaśniają sprawy mężów bijących swoje żony – gdyż to szkodzi autorytetowi rodziny. Bronią słabych, i to wielce skuteczną, jest nie tylko śmiech, ale i jawność. Dziś służy ona nie Platformie Obywatelskiej, a jej ofiarom. Wzmacnia determinację posłów PSL i lewicy, by się poprawnie zachowywać i uodparnia ich na ewentualne zakulisowe presje. Opinia publiczna jest tu dla nich nagrodą, bo wiedzą, że właściwym postępowaniem przysporzą głosów swoim ugrupowaniom. Ekspercki atak na suwerenność i wolną wolę opinii publicznej znakomicie mieści się w konwencji wcześniejszych propozycji zmian w Konstytucji RP, proponowanych przez Donalda Tuska, które sprowadzały się do likwidacji najpopularniejszych w Polsce, powszechnych wyborów na prezydenta, odebraniu praw wyborczych opinii publicznej i przekazaniu ich parlamentarnej większości Platformy Obywatelskiej. Opinię publiczną, elektorat, też można zaliczyć do kategorii słabych podmiotów sceny politycznej, gdyż nie dysponuje ona policją, wojskiem, żadnymi formami przymusu i presji, poza kartką wyborczą dzierżoną w garści i własnym poinformowaniem, na podstawie którego podejmuje wyborcze decyzje. Właśnie w obronie suwerenności i poinformowania opinii publicznej w 1968 roku bunt młodzieży objął aż 200 tysięcy osób, krzyczących głośno w całej Polsce, że „Prasa kłamie”. Dziś historia zatoczyła koło i powróciła jako farsa. Członkowie Platformy Obywatelskiej czynią okropne rzeczy, a Donald Tusk, ich przywódca, opowiada telewidzom jak onegdaj Gomułka, że w „roku bieżącym wyprodukowaliśmy 20 tysięcy łyżeczek do herbaty więcej” niż inne kraje Unii Europejskiej, oraz, że jeszcze niedawno staliśmy o krok od przepaści (bo rządził PiS), a teraz wykonaliśmy ogromny skok do przodu...

Posłanka Kempa może być w pewnym sensie w gorszej psychologicznie sytuacji niż poseł Wasserman, bo oprócz „grillowania” można jeszcze uderzać i w to, że jest kobietą. Na jednym z wcześniejszych posiedzeń przewodniczący komisji Mirosław Sekuła upominał ją, że się nie zachowuje „jak kobieta”. Identyczne upomnienia świetnie pamiętają wszystkie kobiety, które działały w opozycji. To była celowa metoda SB, upokarzać, pozbawiać działaczki opozycji kobiecości i godności osoby ludzkiej. Aresztantkom nagminnie tłumaczono, że działają w opozycji, gdyż są brzydkie, „żaden chłop ich nie chce”, nie wiedzą, jak się zachowywać jak kobieta, na zmianę z insynuacjami o prostytucji, alkoholu i lekkim prowadzeniu się. Poseł Halicki z PO występujący w programie „Minęła dwudziesta” się otwarcie, szyderczo uśmiechał gumowym uśmiechem, kiedy posłanka Kempa mówiła, że cały dzień czekała pod drzwiami komisji. Oto wreszcie Platforma Obywatelska pokazała, jak powinna się zachowywać kobieta: ma tłuc się pociągami tam i nazad, siedzieć na fotelu pod drzwiami od dziesiątej rano do dwudziestej pierwszej, pokornie przyjąć decyzję komisji, że się jej nie chce z nią rozmawiać i w nocy wracać pociągiem do domu. Jako kobieta, osoba nieważna, nie powinna mieć pretensji, że jej ktoś wcześniej z wysiadywania na wycieraczce pod drzwiami panów szejków z PO nie zwolnił.

W komisjach śledczych zeznaje się pod rygorem karnym, na podstawie stosownych przepisów kpk, dlatego można by zaryzykować opinię, że choć w historii PRL codziennością było pożytkowanie majestatu kodeksu karnego i polskiego sejmu do maltretowania i skazywania osób niewinnych, to w historii wolnej Polski jest to jednak niepokojąca nowość. Polega ona na wielce innowacyjnej procedurze odbierania części praw obywatelskich (w postaci prawa kandydowania na członka komisji) nie za przewiny, a za to, że się było przesłuchiwanym. Jako, że ryba psuje się zwykle od głowy, w polskim wymiarze sprawiedliwości szykuje się wesoła rewolucja imienia Franza Kafki: oto z garaży wyjadą znowu czarne wołgi, złapie się przechodnia na ulicy, przesłucha na dowolną okoliczność, a potem wsadzi do więzienia za to, że przechodzień został przesłuchany. Na tej samej zasadzie Platforma Obywatelska będzie mogła odbierać bierne i czynne prawa wyborcze dowolnym obywatelom, nie wykluczając kontrkandydatów Donalda Tuska do fotela prezydenta RP.

Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, motłoch jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje Platforma Obywatelska, najwyższej jakości jako dzieło sztuki partyjnej. Wiwat Biuro Analiz Sejmowych. Wiwat soki owocowe....

sobota, 1 września 2007

Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie?

Bronisław Komorowski i Ryszard Kalisz powoływali się na art 19 ustawy o CBA twierdząc, że jest w nim zawarty zakaz informowania o tajnej akcji kogokolwiek oprócz ministra Ziobry oraz - domyślnie - za każdym razem, kiedy sugerowali, że właściwym źródłem przecieku jest ktoś, od kogo Kaczmarek się dowiedział. Łżą. W (cytowanym poniżej) artykule 19 taki zakaz nie istnieje. Jest tylko zapis, kogo szef CBA ma obowiązek na bieżąco informować. Kaczmarek miał certyfikat uprawniający go do dostępu do największych tajemnic państwa, ale też wprost nakazujący mu dochowanie tajemnicy, nie rozróżniając przy tym sposobów nabywania wiedzy tajnej na takie, które go przestrzegania tajemnic zobowiązują, i takie, które by go z tego obowiązku zwalniały. O przecieku można mówić dopiero, gdy wiedza o akcji CBA dostaje się w ręce osób nie posiadających takich uprawnień.

Dlatego to Kaczmarek jest źródłem, obojętnie, czy dowiedział się przez przypadek, czy też został poinformowany, oraz obojętnie, kto i z jakich przyczyn go informował. W świetle materiałów przedstawionych przez prokuraturę jest to raczej oczywiste. Innego źródła nie ma, pojawia się za to pytanie o rolę polityków w tej sprawie. Do jakiego momentu działania opozycji są normalną praktyką demokratycznego państwa, a kiedy stają się pomocą w mataczeniu i utrudnianiu śledztwa? Bezprzykładna presja, w tym oskarżenia, że prokuratura bierze faktycznie udział w zamachu stanu, wymusiły na prokuraturze ujawnienie większości materiału dowodowego zanim przesłuchali ostatnią z osób, Ryszarda Krauze. Prokuratorzy, pytani na konferencji, czy im to utrudni postawienie zarzutów Krauzemu, powiedzieli, że nie, gdyż pan Brochwicz, adwokat Kaczmarka, jest też członkiem rady nadzorczej jednej ze spółek Krauzego i w tej sytuacji nie można liczyć, że Krauze będzie nieświadomy co do bieżącego stanu śledztwa.

Ale pan Brochwicz jest też wymieniany jako jeden z pułkowników związanych z Platformą Obywatelską, których paskudna akcja z Jarucką swego czasu wyeliminowała z gry jedynego poważnego kandydata lewicy, Włodzimierza Cimoszewicza, torując drogę Tuskowi do drugiej tury i starcia z Lechem Kaczyńskim. Powstaje więc pytanie, czy Bronisław Komorowski samodzielnie wymyślił argument o artykule 19, czy też mu go ktoś zasugerował, a jeśli tak, to kto? Na ile komentatorzy z PO są samodzielni w tym, co mówią, na ile pomagają koledze z własnej partii, i na ile konsultują swoje wypowiedzi i działania publiczne z adwokatem osób, którym postawiono zarzut kłamstwa w śledztwie?

Jeśli nacisk na prokuraturę po prezentacji się zmniejszył, to niewiele. Wg. Dziennika Bronisław Komorowski miał powiedzieć "To było niebywałe zjawisko. Forma procesu pokazowego jak za najgorszych czasów. To potwierdzenie przypuszczenie o uwikłaniu prokuratury w układ partyjno-polityczny." To oskarżenie jest niewiele słabsze od oskarżenia o zamach stanu. Od początku afery Kaczmarka trwa też bardzo ostra presja na dziennikarzy komentujących inaczej, niż tego by chciała opozycja. Pojawiają się jakieś listy nazwisk i oskarżenia niewiele słabsze niż te pod adresem prokuratury.

I tu ponownie docieramy do tytułowego, kontrowersyjnego pytania. Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie? To znaczy, do jakiego momentu krytyka instytucji państwa i sposobu ich działania jest żelaznym, konstytucyjnie zagwarantowanym prawem polityka do wolności słowa, wykonywaniem obowiązków poselskich, i czy powinna istnieć jakaś prawna granica korzystania ze swobody wypowiedzi poselskiej? Innymi słowy, czy jest wyobrażalna sytuacja, by można było zgłosić do Komisji Etyki Poselskiej wniosek o pozbawienie jakiegoś posła immunitetu celem postawienia mu zarzutu utrudniania pracy prokuratury, mataczenia w śledztwie, etc., poprzez wpływanie na opinię publiczną środkami, jakie ma do dyspozycji każdy poseł? Czy, a jeśli tak, to od kiedy krytyka staje się wykorzystywaniem własnej pozycji do zwyczajnego zastraszania?

W "Tańcu chochołów" pisaliśmy o tytule komentarza Mirosława Czecha w Gazecie Wyborczej "Musi być sąd nad PiSem." Autor sądzi, że ów sąd powinien się odbyć "dla ukarania winnych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców". Histeria to li tylko, czy już pogróżka, element presji? Słowa jakiegokolwiek dziennikarza mają zupełnie inną moc niż słowa polityka, który za miesiąc może rządzić państwem. Ale kiedy zbierze się słowa polityka i słowa dziennikarza do jednego koszyka, to pojawia się pytanie, czy przypadkiem nie są to słowa zbyt ostre, oraz pojawia się myśl, że jednak mogą one mieć znaczący wpływ na tok śledztwa oraz na relacje medialne. Ile musi mieć odwagi cywilnej prokurator, żeby się podpisać pod jakimkolwiek protokołem z przeprowadzanych czynności procesowych, jeśli czytając gazety i oglądając telewizję zastanawia się, ile lat może posiedzieć w więzieniu za udowodnienie Kaczmarkowi, że skłamał pod przysięgą? A dziennikarz, co napisze w swojej relacji, kiedy jego koledzy po fachu praktykują wolność słowa apelując o przykładne kary dla myślących inaczej niż on sam?



- - - -



Art. 19. 1. W sprawach o przestępstwa określone w art. 17 ust. 1, czynności operacyjno-rozpoznawcze zmierzające do sprawdzenia uzyskanych wcześniej wiarygodnych informacji o przestępstwie oraz wykrycia sprawców i uzyskania dowodów mogą polegać na dokonaniu w sposób niejawny nabycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub obrót są zabronione, a także przyjęciu lub wręczeniu korzyści majątkowej.

2. Szef CBA może zarządzić, na czas określony, czynności wymienione w ust. 1, po uzyskaniu pisemnej zgody Prokuratora Generalnego, którego bieżąco informuje o przebiegu tych czynności i ich wyniku.

3. Czynności określone w ust. 1 mogą polegać na złożeniu propozycji nabycia,zbycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi, albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub którymi obrót są zabronione, a także złożeniu propozycji przyjęcia lub wręczenia korzyści majątkowej.

4. Czynności określone w ust. 1 nie mogą polegać na kierowaniu działaniami wyczerpującymi znamiona czynu zabronionego pod groźbą kary.

5. W przypadku potwierdzenia informacji o przestępstwie określonym w art. 2 ust. 1 pkt 1 Szef CBA przekazuje Prokuratorowi Generalnemu materiały uzyskane w wyniku czynności z wnioskiem o wszczęcie postępowania karnego. W postępowaniu przed sądem, w odniesieniu do tych materiałów, stosuje się odpowiednio przepis art. 393 § 1 zdanie pierwsze ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. - Kodeks postępowania karnego.

6. Prezes Rady Ministrów określi, w drodze rozporządzenia, sposób przeprowadzania i dokumentowania czynności, o których mowa w ust. 1. Rozporządzenie powinno, uwzględniając niejawny charakter czynności, określić sposób przechowywania, przekazywania i niszczenia materiałów i dokumentów uzyskanych lub wytworzonych w związku z realizacją czynności, o których mowa w ust. 1, a także określać wzory stosowanych druków i rejestrów.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

poniedziałek, 16 kwietnia 2007

Aleksander Kwaśniewski mówi z taką wrodzoną skromnością

Drukowaliśmy, co ma do powiedzenia generał Wojciech Jaruzelski o seksie i Państwie Polaków, drukujemy, co ma do powiedzenia były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski o sobie samym: "Powiem z taką wrodzoną skromnością, że ja się po prostu nadaję na lidera. To jest ten problem." Owszem, jest.

W podlinkowanym tekście Aleksander Kwaśniewski dziękuje serdecznie pomysłodawcom z "Dziennika", którzy zasugerowali, że były prezydent "zakłada Ruch Obrony Praw Człowieka w Polsce, razem z profesorem Geremkiem, Andrzejem Olechowskim, Tadeuszem Mazowieckim, Markiem Ungierem, Waldemarem Dubaniowskim i między innymi Pawłem Piskorskim."

Kwaśniewski zaprzecza, że "takiego projektu, w tej fazie zaawansowania po prostu nie ma" - co zwykle w języku dyplomacji oznacza, że pomysł jest, ale faza jest niezaawansowana. Dlatego informujemy Kwaśniewskiego, zanim się - z wrodzoną skromnością - poczuje jego liderem, a także publicystów "Dziennika" oraz "Gazety Wyborczej", że pierwszy kongres krajowy tego ruchu miał miejsce w 1992 roku we Wrocławiu. Brało w nim udział ponad 20 organizacji, w tym - przedstawiciele wtedy organizującej się w Polsce Amnesty International. "Czy pretekstem tego ruchu będzie raport Rady Europy w sprawie praw człowieka w Polsce?" - pyta Żakowski Kwaśniewskiego, a ów mu na to, że "Ten raport został przesunięty w czasie."

Kwaśniewski, jak Wałęsa, nie chce, ale musi. Wypiera się pomysłu, ale, gdyby został zrealizowany, skromnie widzi się jego liderem, zanim przekaże pałeczkę troskliwie przez siebie wybranym raperom. Zanim sprawy potoczą się dalej, współautorka tego bloga uprzejmie informuje wszystkich zainteresowanych wstąpieniem do ruchu praw człowieka zakładanego przez Aleksandra Kwaśniewskiego, że formalnie współpracowała z Komisją Praw Człowieka Rady Europy w tej sferze przez czas jakiś, żeby się nie przechwalać, to tylko powiedzmy, że w dosyć reprezentacyjnej pozycji, i stąd jest nam wiadomo, że:

1. Ruchu praw człowieka nie trzeba zakładać w Polsce, bo istnieje.

2. Organizacje praw człowieka, jak np. Amnesty International, mają zakaz udziału w polityce partyjnej wpisany w statut. Bardzo słusznie zresztą, broni je to przed partykularyzmami w lokalnej polityce. Mają również zakaz udziału w polityce kraju, w którym są zorganizowane. Jest to więcej niż mądry zakaz, zapewnia Amnesty działalność suwerenną wobec władz państw. Za przykładem Amnesty poszła większość organizacji zajmujących się prawami człowieka.

3. Wykorzystanie polskich organizacji praw człowieka do partykularnych celów politycznych grozi ich izolacją, obcięciem funduszy do zera oraz całkowitą utratą ich wiarygodności na rynku międzynarodowym. O ile znamy te organizacje oraz ich działaczy - nie do zrobienia.

4. Raport Rady Europy, obojętnie jaki by nie był, nie może być pretekstem do czegokolwiek, z powodów pryncypialnych. Gdyby placówka RE została oskarżona o inspirowanie lub udział w życiu politycznym danego kraju, to byłby to ostatni dzień pracy jej dyrekcji. Co oczywiście nie zmienia charakteru raportu - będzie, jaki będzie. Ale jest adresowany do wszystkich, szczególnie władz państwa oraz istniejącego w Polsce ruchu praw człowieka.

Załączamy serdeczne pozdrowienia dla Jacka Żakowskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego oraz tuzów od lewicy z "Dziennika". Przy okazji, szanowni państwo, dla współautorki tego bloga prawa człowieka są zasadniczą kwestią światopoglądową, która swego czasu spowodowała bardzo radykalną zmianę życiorysu. Próby instrumentalnego wykorzystania pięknej idei i pięknego ruchu przez nieudaczników politycznych rozjuszają. Pampersy, baczność! No Pasaran! -

środa, 4 kwietnia 2007

Armageddon to iluzja...

Absolutna prawda jest możliwa tylko w państwie totalitarnym i religiach. W życiu społeczeństwa demokratycznego istnieją różne racje i różne opowieści, które składają się na historię. Sądząc z moralizatorskiego zadęcia widocznego po obu stronach aktualnej debaty lustracyjnej, pewnej części dyskutantów wydaje się, że żyją w PRL, gdzie może istnieć tylko jedna prawda, więc najlepiej, żeby to była ich prawda, lub że uczestniczą w debacie jakiejś sekty gnostycznej o praprzyczynach wszystkiego czy apokaliptycznym końcu świata, która ustali duchowy, ostateczny wymiar ich wiary. Tymczasem każde społeczeństwo zapomina, nawet takie bez totalitarnych doświadczeń, i dlatego każde przeprowadza różne działania rekonstrukcyjne. Rekonstrukcja, odtwarzanie, jest najzupełniej normalną praktyką w zachowaniach społecznych. Zajęciem, które bywa pasjonujące, ale które niezwykle rzadko wywołuje histerię.

Jeśli z doświadczenia społecznego zostanie wycięta część doświadczeń jednostkowych, to w zbiorowej pamięci powstaje system dziur, w których zamiast racjonalności rządzą emocje i strach. Takim echem totalitarnej przeszłości jest na przykład irracjonalizm w odniesieniu do państwa, wyskakujący przy najróżniejszych okazjach. Tylko w jednej debacie lustracyjnej w Rzeczpospolitej z 17 marca dowiadujemy się, że Polska to „państwo szantażu”, „państwo strachu”, „państwo okresowej dyktatury z dyskrecjonalną władzą urzędników IPN”, w którym na porządku dziennym jest wykluczanie, wyjmowanie spod prawa, lojalki, cenzura, „brutalne wymuszanie dyscypliny”, „myślenie konkwistadorskie” władzy, a nawet „agenci obiektywni na zasadzie odwrotnej do stalinizmu”, którą to zasadę rozumie chyba jedynie Tomasz Lis, pomysłodawca formuły.

Na poziomie racjonalnym wszyscy wiedzą, że ustrój RP nijak się ma do ustroju PRL, ale emocjonalne zrównanie obu państw ma równie nihilistyczny skutek, co intelektualne, powoduje, że nawyki myślowe, wzorce, rytuały i praktyki z jednego systemu zaczynają funkcjonować w innym. Po pierwsze, wywołuje się „onych” Teresy Torańskiej - obraz władzy wyalienowanej, obcej, niemoralnej, stosującej terror jako metodę rządzenia i tworzącej nieprawomocne prawa, wobec czego takiej władzy nie musimy słuchać, praw nie musimy przestrzegać, a nawet będziemy wysoce godni i szlachetni, jeśli posłuszeństwo wypowiemy.

Po drugie, przydaje się znamion poprawności i normalności takim zjawiskom we współczesnych elitach politycznych, które w demokracjach do poprawnych na pewno nie należą, za to łatwo można odnaleźć ich pierwowzory w epoce totalitarnej. Oto Jan Rokita w wywiadzie dla „Dziennika” z 19 marca mówi, że po obaleniu rządu Olszewskiego „zainteresowani dostali prawo, by w zupełnie nieformalnym, tak naprawdę politycznie uzgodnionym, trybie sprawdzić dokumentację zgromadzoną w UOP.” Chyba nie zdaje sobie sprawy, że dokładnie to samo mógłby powiedzieć i Michnik o powoływaniu swojej wcześniejszej „komisji historycznej”.

Trzecim skutkiem emocjonalnego zrównania PRL i RP jest zamazanie różnic między demokracją a totalitaryzmem, ku szkodzie współczesnej demokracji, a ku pożytkowi wszelkim pozostałościom po epoce totalitarnej. Pojawiają się obszary werbalnego tabu. Nawet zwolennicy dekomunizacji unikają słowa „totalitaryzm” w odniesieniu do PRL, używając zamiennie słów „dyktatura” czy „autorytaryzm”. Tymczasem żadna junta wojskowa i żadne autorytarne państwo nie likwiduje rynku, systemu własności i klasy średniej. System sowiecki w schyłkowej fazie nie był tak morderczy i konsekwentny jak w swoich początkach, ba, można wymienić cała listę rządów autorytarnych, które wymordowały więcej ludzi niż junta Jaruzelskiego, niemniej totalitaryzm to totalitaryzm. System sowiecki nie był ani trochę lepszy niż nazistowski, a jeśli masz w tym względzie jakąś wątpliwość, to zapytaj mordowanego człowieka, czy mu sprawi różnicę, jeśli miejsce, w którym go mordują, zostanie przemianowane z gułagu na obóz koncentracyjny lub odwrotnie. Jeszcze Reagan dyskutował z Gorbaczowem o łagrach.

Społeczeństwa podnoszą się z totalitaryzmu dużo dłużej niż z jakiegokolwiek autorytaryzmu, gdyż zniszczenia są nieporównywalnie głębsze. W zasadzie do dzisiaj Polska jest mentalnie zanurzona w fazie posttotalitarnej, o czym mogą świadczyć choćby uwagi Żakowskiego o „dyskrecjonalnej władzy urzędników IPN”. Jeśli nie rozumie się świata, w którym się żyje, to trudno oczekiwać, by ktoś taki myślał i działał racjonalnie. Gorzej, jeśli zwątpienie w racjonalność pobudek dotyczy nie jednostek, a sporych i wpływowych grup społecznych.

Schemat etniczny

Po wojnie walczący z faszyzmem na zasadach innych niż stalinowskie zostali wymordowani lub trafili do więzień. Obozy koncentracyjne były „złe”, bo robione przez wroga, łagry „dobre”, bo robione przez „naszych”. Jednak zadziwiająca powojenna symbioza nazistów z komunistami bardzo wyraźnie ujawnia się w spadku politycznym po NRD czy tym, że Moczarowi udało się dokończyć dzieła Hitlera - Polska rzeczywiście stała się niemal „Juden - frei”. Kropkę nad i postawiło łódzkie UB, które spolonizowało „Protokoły mędrców Syjonu” i opublikowało je jako partyjny materiał propagandowy. Nie można tego nazwać tłumaczeniem, gdyż polska wersja różni się od niemieckiej. Została zaktualizowana i wzbogacona o treści „pożyteczne” do wojny z „syjonistyczną zarazą” w 1968 roku, razem z nazistowskimi plakatami skopiowanymi z Sturmera.

Po 1968r moczarowcy systematycznie powiększali swoją sferę wpływów, by osiągnąć apogeum władzy w latach 1980tych. Jaruzelski i Kiszczak są właśnie moczarowcami. Sowiecki agent „Wolski” i - być może - jego oficer prowadzący symbolizują frakcję PZPR, której udało się dokonać ideologicznego mariażu obu totalitaryzmów: wolny od Żydów barak w sowieckim łagrze. Mentalność Prawdziwych Polaków spod znaku sierpa i młota wypaliła piętno nawet na działaczach byłej opozycji. Obserwując krajową modę z drugiej połowy lat 1990tych na „ujawnianie” własnego żydowskiego pochodzenia pewna emigrantka 1968 roku skomentowała, że robi się jej słabo, jak to widzi, gdyż kojarzy się jej z tymi dwoma Japończykami, co ukrywali się w dżungli na filipińskiej wyspie Mindanao przez 60 lat od zakończenia II wojny światowej. A w trakcie pierwszych dyskusji o księdzu Czajkowskim pewien Polak, określający się jako filosemita, powiedział, że Czajkowskiego należy bronić, gdyż inaczej załamie się dialog polsko - żydowski. Czyli bycie Żydem to jakaś wstydliwa choroba, Polacy mogą konwersować z Żydami wyłącznie za pośrednictwem totalitarnej policji politycznej, nawet jak upadnie państwo, które ją powołało do życia, a tak poza tym, to „wszystko załatwiliśmy” i jesteśmy wielce cywilizowani...

Piętno moczaryzmu widać nawet w tekście Karola Modzelewskiego, który w Gazecie Wyborczej z 17 marca najpierw przywołuje doświadczenia 1968 roku, a zaraz potem nazywa dziwactwem, że ustawa obejmuje też „badacza ssaków kopalnych z PAN lub wykładowcę matematyki z uniwersytetu”, którzy „po prostu wykonują swój zawód.” Właśnie czystki antysemickie na uniwersytetach w 1968 roku są świetnym argumentem, że jakieś minimum postawy obywatelskiej powinno obowiązywać także badaczy ssaków kopalnych, matematyków i astronomów. To chyba niemożliwe, żeby autor zapomniał, że Żydzi miewali problemy nie tylko na wydziałach uczących marksizmu - leninizmu?

Być może żaden z dzisiejszych, profesorskich, sympatycznych badaczy przyrody ludzkiej i zwierzęcej nie zaczął swojej kariery od napisania donosu na knującego spiski syjonistę, który okupuje etat mu należny; być może żaden nie wpisywał do indeksu stopni zależnych od koloru włosów, oczu i brzmienia nazwiska, być może żaden nie ścigał się w lojalkach, donosach i współpracy z bezpieką, byle tylko zostać marcowym docentem. A może i donosił, ale potem przestał. Albo był „tylko” lojalny ideologicznie, na zebraniach PZPR potępiał syjonistów wystarczająco gromko, by go wpisano na listę osób godnych awansu i nigdy nie wybierał asystentów o światopoglądzie jak najbardziej zbliżonym do własnego? Ale czemu w takim razie tego nie sprawdzić?

Ewa Milewicz, często wymieniana jako przywódczyni akcji bojkotu ustawy lustracyjnej, pisze w swoim blogu, że jej przeszłość jest jej prywatną sprawą; nieco wcześniej powiada o Wojciechu Jaruzelskim, że atakowanie go po utracie władzy jej nie interesuje, a nawet pisze, że „degradowanie generała bym uznała za degradowanie siebie”. „Przy takim podejściu to dr Mengele, wiodący nobliwe lekarskie życie w Urugwaju czy Paragwaju, byłby tylko miłym starszym panem kochającym dzieci” - odpowiada jej w dodatku lokalnym GW profesor fizyki z Uniwersytetu Wrocławskiego Ludwik Turko. Bardzo przyjemnie się czyta wykładowcę uniwersyteckiego, który jeszcze pamięta, że jego praca to nie tylko zajęcie zarobkowe, lecz także pełnienie funkcji autorytetu wychowawczego.

Milewicz powiada, że nie musi być dziennikarzem. Może prowadzić pasmanterię, bo lubi guziki. To prawda, nie musi. Nie musi być również wykładowcą uniwersyteckim, politykiem, dyplomatą. Ale jej przeszłość przestała być jej prywatną sprawą, gdyż robi wokół niej kampanię publiczną, która krzywdzi cudzą teraźniejszość - na przykład żydowską. A także i polską, gdyż i po polskiej stronie jest wystarczająco dużo ludzi, którzy wiedzą, że Polska nigdy nie była państwem jednoetnicznym, i którzy nie chcą się pogodzić z polską teraźniejszością i przyszłością wyznaczaną przez kolejne mutacje ideologii Adolfa Hitlera i Mieczysława Moczara. Nie każdemu podoba się nakładanie tabu społecznych przemilczeń na mniejszości etniczne, polityczna etykieta „żydokomuny”, dzisiaj bezmyślnie powtarzana nawet przez publicystów Gazety Wyborczej, np. ustami Głowińskiego, któremu się widać wydaje zabawne o ofiarach czystek etnicznych przytoczyć cytat, że „pies nie ucieka z miejsca, gdzie nasrał”.

Otóż te „psy” nie wróciły dlatego, że do końca PRL na granicach funkcjonowały listy z ich nazwiskami, a ambasady PRL odmawiały wiz nawet na pogrzeb członka rodziny. Za to w czasach „Solidarności” wracały duchem, organizując komitety poparcia „Solidarności”, zbiórki pieniędzy, transporty dla podziemia i zwyczajne paczki żywnościowe, którymi rodziny osób działających w opozycji mogły nadrobić brak kartek żywnościowych. Ale kto z dzisiejszej młodzieży o tym wie? I kto w ogóle za czas jakiś będzie wiedział, że istnieli Polscy Żydzi, że ich tradycja tysiąca lat na polskiej ziemi to dłużej, niż istnienie niejednego narodu? Jak można nauczyć młodzieży czegokolwiek o najpiękniejszych tradycjach Polski, jeśli w samej Polsce się ludzie uprą pamiętać wyłącznie o „żydokomunie” i epitetach w stylu Głowińskiego? Czy dla obrony aliansu z Jaruzelskim było warto poświęcić aż tak wiele?

Co złego się stanie, że się młodzieży powie, że agenci bezpieki bywali po wszystkich stronach etnicznych barier, i że grali ten sam mecz? Byli również na emigracji. Totalitaryzm jest paskudny i chwyta się każdych metod. Etniczni Żydzi i etniczni Polacy przez całe lata toczyli wściekłe wojny polsko - żydowskie, pobierając za nie wynagrodzenie z jednego i tego samego urzędu. To się nasiliło w latach „Solidarności” - z oczywistych powodów. Dlaczego polska młodzież miałaby nie poznać i tego kawałka historii, i całej reszty? A relacja między etnicznością a komunizmem? Kontrowersyjne pytanie, czy Jaruzelski jest Polakiem? Może i się taki urodził, ale jedyne jego prawdziwie uśmiechnięte fotografie zostały wykonane w Moskwie... KPP a Bund czy PPS to też bardzo ciekawy, konfliktowy układ, którego ślady istnieją do dzisiaj w postaci represyjnego myślenia w stosunku do „heretyków.” Istnieje całe morze pasjonujących tematów do dyskusji, które się otworzą wraz z otwieraniem archiwów, i które nie zawierają żadnych absolutnych prawd, gdyż są dyskusjami możliwymi do przeprowadzenia tylko i wyłącznie w demokratycznym społeczeństwie. I tak, kiedy jedni wypisują, że Polska to już nie ich państwo, drudzy odzyskują paszporty i wracają do domu.

Miedzy faszyzmem a komunizmem

Aż zatyka kompletnie, kiedy czyta się te porównania lustracji, czy w ogóle IV RP do PRL z lat 60tych: „kiedyś była demokracja, dzisiaj wolność, ale poza tym wszystko jest powtórzeniem, Kaczyńscy organizują gomułkowskie wiece, lustracja to powtórka Marca, a argumenty zwolenników otwierania archiwów powtórką propagandy Gontarza.” Skoro Kiszczak z Jaruzelskim, totalitarna bezpieka i jej agenci mają być dzisiejszymi syjonistami, to kto gra rolę Gontarza? Ci, co pójdą po swoją teczkę i powiedzą, co w niej znaleźli? A co na to wszystko mają powiedzieć ci oryginalni syjoniści, wypędzeni z Polski w 68? Robert Krasowski w Dzienniku z 15 marca pisze, że gdyby zapytać dzisiejszego trzydziestolatka, o co chodzi w wojnie lustracyjnej, największej i najdłużej trwającej wojnie ideowej w III RP, to zapewne ów trzydziestolatek nie potrafiłby odpowiedzieć. Ale nie tylko on. Marcowy emigrant też się łapie za głowę i zastanawia o co chodzi: czy dawni koledzy z opozycji oczekują, że przyjmiemy moczarowców, czyli tych wszystkich, co nas z Polski wygonili, w szeregi ofiar czystek antysemickich totalitarnego aparatu? To jest tak dziwne, że w naszych mózgownicach w żaden sposób nie chce się połączyć w koherentną całość.

Krasowski trafnie też zauważa kilka rzeczy, na przykład, że energia włożona w lustrację jest niepomiernie wielka w stosunku do energii włożonej w dekomunizację, ale z oglądu sytuacji wyciąga wnioski jedynie personalne. Że to wojna w obrębie KORu, poniekąd wojna w rodzinie, lustracja wzbudza więcej energii, gdyż kwestia zdrajców w obrębie rodziny zawsze budzi więcej emocji niż wrogowie. Ale nam się wydaje, że jest gorzej.

Wojna, która okazała się ważniejsza od wszystkich klasycznych sporów ideowych, inscenizowana jest w bardzo szczególnej scenografii: wojny faszystów z komunistami. Blog Ewy Milewicz ozdabia informacja „tu pisze KPP”, a jej najzaciętsi wrogowie z LPR powołują się na tradycję gett ławkowych przedwojennej Młodzieży Wszechpolskiej. Wojna KPP z ONR to nie lata 60te tylko lata 30te. Polscy Żydzi nie mają w tej wojnie nic do roboty. Późniejszy rozwój wypadków, a także zawartość rozmaitych blogów, pozwalają nawet postawić hipotezę, że to lewica Jaruzelskiego walczy z Jaruzelskiego prawicą. I że to dlatego komunistów nigdy nie denerwowało 30-procentowe bezrobocie wynikające z programu Balcerowicza, a rycerzy lustracji i łagiewnickiego katolicyzmu współpraca ideologa LPR z ateistą Jaruzelskim. Powiadają, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi prawdopodobnie o kasę. Grę iluzji uprawianą za pomocą tego, co marksiści nazywali dialektyką, a co jest używaniem sprzeczności do kontynuowania kontroli nad życiem społecznym, poprzez umiejętne dozowanie entuzjazmu i strachu, poczucie uczestnictwa „w słusznej walce”, tych samych emocji, które jednoczyły onegdaj aparat ZMP. Mentalne wzorce działania przeżywają systemy, które je zrodziły. Polityka posttotalitarna jest sztuką iluzji, nie tylko na radykalnych skrzydłach. Dużo się dzieje, króliki wyskakują z kapelusza, osoby pojawiają się i znikają, powstają i znikają partie, elektorat stawia się na kolejne wezwania do wojny o moralność, a ogólny układ sceny się nie zmienia, pozostawiając mgliste wrażenie ciasnoty. Ano, może tu za „Szewcami” Witkacego z 1934 roku powiedzieć, „komunista czy faszysta, ja w tym serze jako glista”.Co w tej sytuacji może zrobić człowiek, który się nie chce zapisać ani do faszystów, ani komunistów?

Emigracja 1968 roku przeszła niemal analogiczną antylustracyjną histerię niemal równo rok temu. Po spotkaniu z premierem Marcinkiewiczem, który publicznie obiecał otwarcie marcowych archiwów, rozpętała się agresywna kampania propagandowa, która zakończyła się małym deszczem z wielkiej chmury: zebrano tylko nieco ponad 200 podpisów pod czymś w rodzaju autodonosu wysłanego do Kancelarii Premiera. Też uważali, jak Ewa Milewicz, że ich przeszłość jest tylko ich, i zorganizowali akcję „obywatelskiego nieposłuszeństwa”, pod którą imiennie się podpisali. Na wieść o autodonosie najbardziej ucieszyli się historycy IPN oraz ci, co uważają, że tak mała liczba osób na tak dużą emigrację to niewiele i dobrze o emigrantach świadczy. Szczególnie jeśli się wie, że wśród niżej podpisanych były nie tylko króliczki, ale też krewni i znajomi króliczka, którym nijak było odmówić koledze, a także jakaś grupa głupców, która lubi błyszczeć z obojętnie jakiej okazji. Za to nie wszystkie króliczki były aż takie głupie, żeby się wpisywać na taką listę. Po roku z wielkiej kampanii pozostało jedynie zażenowanie, i zapewne tak samo potoczy się w Polsce.

Człowiek, który nie chce być ani faszystą, ani komunistą, musi szukać racjonalności we wszystkim, co myśli i robi. Początkiem jest empatia. Nie jest żadną katastrofą, że przeciwnik polityczny myśli dokładnie odwrotnie, niż my. Autorzy tego tekstu piszą z punktu widzenia osób żywiących nadzieję, że powrót do wielokulturowej Polski jest możliwy. Nie da się tego zrobić bez otwierania archiwów, ale dyskusje wokół najnowszej historii Polski można toczyć bez popadania w skrajne nastroje i złudzenia, że polityka toczy się między siłami anielskimi a zastępami szatana. Obojętnie, z jakiej pozycji się występuje.

czwartek, 22 lutego 2007

Piotr Malawski: A udawanie dziennikarza to nie hańba?

Po przeczytaniu artykułu zatytułowanego „Hańba – udawali morderców” opublikowanego w Fakcie nr 25 (995) z dnia 30 stycznia 2007 na stronie 9 doznałem prawdziwego szoku. Mam wrażenie, że autor opisywał w ogóle jakąś inną imprezę, odbywającą się w innym miejscu i czasie. Autor tego paszkwilu opisuje jakiś „zlot”. Prawda jednak jest taka, że w tamtym miejscu i czasie nie odbywał się żaden zlot.

Inscenizacja pt. „PRZEŁAMANIE 2007” była tylko jednym z punktów oficjalnej imprezy odbywającej się już od kilku lat pod nazwą „RAJD KARABANOWA”. W programie tej imprezy poza inscenizacją były też: bieg rekreacyjny, rajd Karabanowa, złożenie kwiatów pod pomnikiem upamiętniającym majora KARABANOWA, wystawa fotograficzna, kiermasz i inne atrakcje. Ponadto patronami tejże imprezy były między innymi: Gmina Międzyrzecz, Międzyrzecki Ośrodek Sportu i Wypoczynku oraz Trasa Turystyczna „Ostwall”. Na plakacie reklamującym imprezę można było przeczytać, że jest to: „IMPREZA POD HONOROWYM PATRONATEM DOWÓDCY WOJSK LĄDOWYCH”. Była to całkiem oficjalna i legalna impreza, do tego stopnia, że czescy rekonstruktorzy, którzy również w niej występowali, dostali oficjalne pozwolenie na przewóz przez granicę działającej (ale na ślepą amunicję) broni palnej.

Autor artykułu w sposób całkowicie nierzetelny i niedbały opisywał to, co działo się podczas inscenizacji. Przykładem braku rzetelności, a przede wszystkim dokładności - wynikającej przecież z dziennikarskiego obowiązku - może być przeinaczanie faktów, jak również nadużywanie sformułowań w stylu „bezwstydnie bawili się”. Zamiast zająć się sumiennym opisem wydarzeń, dziennikarz poszukiwał taniej sensacji.

Jeżeli ktoś zamierza napisać relację z imprezy, w trakcie której ma odbyć się rekonstrukcja historyczna lub inscenizacja batalistyczna (nie będę tutaj szczegółowo opisywał, czym oba pojęcia się różnią), powinien najpierw zdobyć podstawową wiedzę, o co w tym wszystkim chodzi.

Pojęcie „rekonstrukcja historyczna” określa zjawisko nazywane w języku angielskim jako „reenactment”. Ruch ten wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych. Tam właśnie - już w kilkanaście lat po uzyskaniu niepodległości - pierwsi rekonstruktorzy przebierali się w charakterystyczne czerwone mundury piechoty brytyjskiej oraz stroje kolonistów, odtwarzając poszczególne fragmenty bitew i potyczek z okresu wojny o niepodległość (1775 - 83). Nie czas to jednak ani miejsce na opisywanie szczegółów zjawiska określanego mianem rekonstrukcji historycznej; można jedynie dodać, że chociażby corocznie odbywająca się w Polsce inscenizacja bitwy pod Grunwaldem, to też element ruchu rekonstrukcyjnego, a występują tam ludzie poprzebierani w stroje rycerzy Zakonu Krzyżackiego - który, jak wiemy, też taki niewinny nie był...

Kiedy odtwarzanie żywej historii obejmuje okres II wojny światowej, na polu bitwy pojawiają się różne formacje walczące w tym konflikcie – zarówno Wojsko Polskie, Armia Krajowa, formacje Armii Czerwonej (w tym także NKWD) oraz formacje Niemieckie (również SS). Trochę śmiesznie by wyglądało gdyby po polu biegali tylko ludzie w mundurach Wojska Polskiego… Tak na marginesie, to aby nikomu nic złego się z niczym nie kojarzyło, można by odtwarzać bitwy z II wojny przy pomocy np. krasnoludków i gnomów… tylko czy to by było dobre?

Idąc dalej. Ciekaw jestem, jak miałyby wyglądać filmy obejmujące swą tematyką okres II wojny bez aktorów w mundurach niemieckich formacji wojskowych. Czy Hans Kloss też powinien być zakazany? A może na starość oberwie się też panu Emilowi Karewiczowi, który występował przecież w mundurze zbrodniczej formacji, i to publicznie, bo w filmie? W jakich mundurach powinni występować aktorzy w kręconym właśnie serialu „Halo Hans!”, może w strojach kowboi i Indian? Film filmem, teatr teatrem, a inscenizacja inscenizacją. Podczas inscenizacji historycznej rekonstruktorzy są właśnie AKTORAMI przebranymi w historyczne stroje odpowiadające okresowi, jaki odtwarzają.

Jak można nazwać kogoś wykonującego określoną pracę, w tym wypadku piszącego relację, i to nie zadając sobie minimum trudu, aby poznać temat o którym pisze, używając w stosunku do opisywanych przez siebie osób epitetu „idiota”?

Autor tegoż krzykliwego artykułu nie zadał sobie nawet trudu aby przeczytać ulotki informacyjnej wydanej przez organizatorów obchodów rocznicy przełamania Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego. Gdyby to zrobił, przeczytałby między innymi: „Rok 1945 to zakończenie wojny: - w którą zaangażowane było 61 państw, - ok. 110 milionów ludzi powołano pod broń, - ok. 50 milionów ludzi zginęło, - która trwała sześć długich lat. Ogrom zniszczeń, ogrom ofiar, wielkie szkody wyrządzone zabytkom, kulturze oraz gospodarce – zamieniło wiele miast i wsi w ruinę (…) Widowisko, które przygotowaliśmy, ma przypomnieć te tragiczne czasy, zainteresować młode pokolenie tamtymi wydarzeniami. Nie jest naszym zadaniem gloryfikowanie żadnej ideologii tamtych lat. NIGDY WIĘCEJ WOJNY – dlatego też należy zabiegać, by nigdy się nie powtórzyły te straszne czasy, a pamięć o nich ma być ostrzeżeniem.”.

Ponieważ sam czasami zajmuję się dziennikarstwem, zgodziłem się na podanie swoich danych osobowych, wierząc w uczciwość i rzetelność dziennikarskiej profesji. Miałem nadzieję, że osoba pisząca relację z takiej imprezy, wierna będzie zasadom wykonywanego zawodu i postara się zdobyć jak najwięcej autentycznych informacji dotyczących relacjonowanej przez siebie imprezy.
Oczywiście Pan ukrywający się pod pseudonimem ”DUT” nie raczył zapytać kogokolwiek z organizatorów, w jakim celu jest organizowana.

Rekonstrukcją historyczną zajmuję się na poważnie od ponad pięciu lat, w tym czasie wziąłem udział w kilkudziesięciu inscenizacjach batalistycznych. Jestem członkiem dwóch działających legalnie stowarzyszeń Grup Rekonstrukcji Historycznej. Grupy te zajmują się odtwarzaniem różnych armii. Zarówno jednostek rosyjskich, polskich, niemieckich, żołnierzy Armii Krajowej jak i Oddziałów Powstańczych walczących w Powstaniu Wielkopolskim.

Insynuowanie, iż podczas inscenizacji mogło dojść do demonstrowania sympatii profaszystowskich, zbulwersowało mnie osobiście najbardziej. Jako aktywny działacz ruchu antyfaszystowskiego bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, czym był faszyzm. Byłem jednym z założycieli organizacji antyfaszystowskiej Anty Nazi Front. Mogę jeszcze dodać, iż znam wielu rekonstruktorów, którzy byli zaangażowani w ruch antyfaszystowski, lub wręcz byli jego założycielami w Polsce. Ja osobiście jestem zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich systemów totalitarnych, takich jak faszyzm czy komunizm.

Jeszcze jedna uwaga – jeżeli ktoś zarzuca uczestnikom imprezy w Pniewie, biorącym udział w inscenizacji, iż „udają miłośników historii”, to wnioskować można, więc że sam jest prawdziwym miłośnikiem historii i znawcą tematu. Jeżeli zaś ta sama osoba pisze, że w inscenizacji brali udział „młodzi Polacy zafascynowani legendą SS,” to dlaczego sam zauważa jedynie ludzi przebranych w mundury SS i nie wspomina słowem o ludziach przebranych w mundury Armii Czerwonej, a zwłaszcza „niewinnego” NKWD? W relacji oraz na zdjęciach zostali umieszczeni głównie ludzie w mundurach SS. Wnioskować więc można, że ten "prawdziwy miłośnik historii" albo sam szuka taniej sensacji, albo sam jest zafascynowany „legendą SS”...

Wielokrotnie po inscenizacjach rozmawiałem z ludźmi oglądającymi nasze widowiska, także ludźmi starszymi, i nigdy nie spotykałem się z wrogością. Nie raz trzeba było podczas rzeczowej dyskusji wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Pamiętam, gdy po jednej z inscenizacji na Westerplatte rozmawiałem z grupą kombatantów (między innymi byłymi żołnierzami AK), którzy nie tylko doradzali nam, mówili o taktyce, opowiadali jak to wyglądało w rzeczywistości. Mówili też, że ich zdaniem takie widowiska przyczyniają się do upamiętnienia wydarzeń, jakie oni przeżyli. Gdy po inscenizacji Powstania Warszawskiego ludzie biorący udział w rekonstrukcji spotykali się z kombatantami walczącymi w Powstaniu, nikt nie miał do nikogo żadnych pretensji. Byli AK-owcy nie widzieli nic złego w tym, że część rekonstruktorów była przebrana w mundury niemieckie, a nawet mundury SS. Na pytanie o odczucia można było usłyszeć: „-Przecież SS też tutaj walczyło”, „sam do takich strzelałem…” – dodał z uśmiechem jeden z kombatantów. Ludzie ci przeżyli koszmar wojny, sami brali w walce bardzo aktywny udział, lecz rozumieli doskonale, że jeżeli ma być to inscenizacja, czyli odtworzenie historii, to powinny być przedstawione obydwie strony konfliktu.

Autor tegoż artykułu pisze też: „Choć noszenie uniformów zbrodniczej organizacji SS jest w Polsce zakazane, nikt nie zwrócił im uwagi! Policjanci z przymrużeniem oka patrzyli na idiotów w mundurach”. Nie będę dyskutował z autorem w aspekcie prawnym, zapewne prawo zna on lepiej ode mnie. Mam tylko jedno zastrzeżenie – mianowicie, jeżeli ktoś uważający siebie za prawowitego obywatela i osobę praworządną zauważa, iż popełniane jest przestępstwo, powinien zgłosić to natychmiast organom upoważnionym do wpływania na obywateli, aby respektowali prawo. Idąc dalej – jeżeli osoba ta widzi w pobliżu stróżów prawa i wie, że popełniane jest przestępstwo, ma obywatelski obowiązek powiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa, jeżeli zaś tego nie robi, to pośrednio bierze współudział w przestępstwie.

Publiczne określanie innych osób mianem „idiotów” również nie jest całkiem zgodne z prawem... a już na pewno bywa tytułem do wystąpienia na drogę prawną.

Zasadniczym celem takich widowisk jest nie tylko promocja regionu, lecz również ocalenie historii przed zapomnieniem. Przypominając wydarzenia historyczne chcemy równocześnie, by ludzie zdali sobie sprawę z tego, czym była wojna, ile pochłonęła ofiar i ile cierpienia przyniosła ze sobą. Kategorycznie sprzeciwiamy się natomiast posądzaniu nas o sympatie czy propagowanie przez nas faszyzmu, komunizmu (obydwie te ideologie uważamy za równie zbrodnicze i nieludzkie) lub jakiejkolwiek skrajnej ideologii. Naszym założeniem jest przede wszystkim przedstawianie wydarzeń historycznych, a nie gloryfikowanie którejkolwiek ze stron.

Tak na marginesie – widowiska takie pokazują raczej heroizm i bohaterstwo zwycięskiej Armii Czerwonej, która, jak wiadomo, dokonywała równie potwornych zbrodni jak formacje hitlerowskich Niemiec... Swoimi działaniami chcemy tylko upamiętniać pewne epizody historyczne, mamy jednocześnie nadzieję, że dla wielu - szczególnie młodych - ludzi, takie widowiska batalistyczne będą ciekawsze, niż niejedna nudna lekcja historii. Być może dzięki temu poważniej zainteresują się oni szeroko rozumianą tematyką związaną z historią.

środa, 10 stycznia 2007

Ingres czy regres?

Drugi poważny błąd papieża. Pierwszym była niefortunna, krytyczna wypowiedź o islamie w trakcie wykładu papieskiego w Ratyzbonie. Poszukiwanie chrześcijańskiego uniwersalizmu i odświeżanie mitu IV Rzymu w towarzystwie Oriany Fallaci, oszalałej z nienawiści do islamu jako takiego, okazało się być odświeżeniem pamięci głównie o krzyżowcach i nawracaniu siłą. Aby załagodzić skutki swego wystąpienia papież zmienił nieprzejednane - do tamtej pory - stanowisko w sprawie wejścia Turcji do Unii Europejskiej.

Drugim poważnym błędem jest nominacja arcybiskupa Wielgusa na stanowisko metropolity warszawskiego pomimo przecieków o jego współpracy z SB i okazany w tej sprawie upór, co spowodowało konieczność odwołania ingresu w ostatniej chwili, w atmosferze niebywałego skandalu, agresji i awantur, o których pisała cała światowa prasa, i którym daleko do końca - np. Andrea Tornielli, watykanista gazety 'Il Giornale' pisze, że "ktoś" przechwycił 68-stronicowe dossier na temat Wielgusa wysłane z Warszawy do Watykanu 10 dni temu, w wyniku czego nigdy nie dotarło na biurko prefekta Kongregacji ds. Biskupów kardynała Giovanniego Battisty Re. Co jest może i prawdą, ale trudno przypuścić, by hipotetyczny "ojciec delator" zdołał zablokować wszystkie kanały informacji między Polską a Watykanem, z gazetami włacznie. Chyba Watykan też nie bardzo chciał słuchać...

Ale są jeszcze dwa kolejne błedy, dziś przysłonięte hałaśliwymi awanturami, choć w długiej perspektywie chyba bardziej brzemienne w skutki. Pierwszy, to papieski konserwatyzm, którym Benedykt XVI - nieintencjonalnie - wywołuje demony z najczarniejszych kart chrześcijaństwa. Ratyzbońskie odwołanie do praw spadkowych po dynastii Paleologów i Cesarstwie Bizantyńskim oraz jego wcześniejsze teksty z okresu inkwizycyjnego sugerują, by zastanowić się nad potencjalnym zbliżeniem znaczenia terminu "katholikos" - "powszechny" ku definicji obecnej w prawosławnej, skrajnej ortodoksji. I skutkach jej zastosowania w czasach pozimnowojennego zagubienia, rozpadu dotychczasowych tożsamości oraz poczucia zagrożenia wynikającego z coraz silniejszej fali globalizacji, w epoce zachwiania priorytetów i zasad prowadzenia polityki międzynarodowej oraz koncepcji terroru i globalnej wojny motywującej terrorystów do wysadzania w powietrze pociągów i budynków, obliczonego na jak najwięcej strat cywilnych, w dobie polityki wirtualnej, którą nie rządzą żadne idee oprócz tej jednej, że lepiej mieć władzę i pieniądze, niż ich nie mieć.

W takiej sytuacji i takich czasach dogmat może stać się jedynym pewnikiem, punktem oparcia i źródłem tożsamości osób i wspólnot, dawać poczucie bezpieczeństwa i uwolnienia od strachu przed niepewnością na miarę, jaką dawno odkryły już wszystkie sekty w historii ludzkości. Tyle, że sekty są zawsze niepowszechne: "Lęk można porównać do zawrotu głowy." pisze Kierkegaard (1) - "Ten, kto zwraca oczy ku przepastnej głebi, doznaje zawrotu głowy. Lecz przyczyną jest zarówno jego oko jak i przepaść, w którą spojrzał. Podobnie lęk jest zawrotem głowy spowodowanym przez wolność, który powstaje wtedy, gdy duch pragnie ustanowić syntezę oraz wolność, patrząc w dół na swoją własną możliwość, i wówczas chwyta się skończoności, by się na niej zatrzymać."

Człowiek z zawrotem głowy odwróci się plecami od przepastnych głębin, uchwyci pewnej skały i pewności swego chwytu będzie bronić agresją. Bo inaczej się rozpadnie.

"...'Powszechność' przekracza tu wszelkie granice zewnętrzne, w tym konfesjonalne i w pełni pokrywa się z „katolickością Kościoła”, w interpretacji np. prawosławnego teologa Paula Evdokimowa: „wyraża całość, ale nie geograficzną, poziomą czy ilościową, lecz pionową i jakościową, przeciwną wszelkiemu dzieleniu dogmatu”. - pisze Andrzej de Lazari (2) w eseju "Ekumeniści - porzućcie wszelką nadzieję" z 2002r., i dodaje, niemal w proroczym natchnieniu:

"Dla Sergiusza Bułhakowa „jedność w poglądach tworzy sektę, szkołę, partię, która może być wspaniale zjednoczona, a mimo wszystko będzie tak samo daleka od »soborowości«, jak i wojsko dowodzone przez jedną władzę i jedną wolę”, gdyż „soborowość” jest „jednością w miłości”, a nie "jednością w poglądach"."

Dlatego właśnie Andrzejowi de Lazari ripostuje kilka lat później Wierzejski, uskrzydlony papieskim wykładem w Ratyzbonie: ""Współczesny bluźnierca udaje kulturalnego i wykształconego. W rzeczywistości to neandertalczyk, który rozumie tylko wtedy, gdy dostanie po mordzie” oraz przeciwnicy dzielenia dogmatu, przekonani, że wyrażają powszechną całość, pionową i jakościową, zorganizowani przez Radio Maryja na niedoszłym ingresie. Swój sposób na pewne uchwycenie się skończoności proponuje też prymas Glemp: ci, którzy nie słuchają mediów, nie będą zakłopotani.

Drugi błąd, być może trudny do uniknięcia, wynika z niemieckości papieża. Tak, jak świadomość papieża - Polaka ukształtowały w jakimś stopniu tradycje i historia kultury, w której się narodził, tak z natury rzeczy to samo dotyczy papieża - Niemca. Popełnił bład, uniwersalizując niemieckie doświadczenia z "polityką historyczną" po II wojnie światowej na obecne czasy i inne społeczeństwo. Koszmarna moralnie epoka Adenauera jednak ponownie wpisała Niemcy w Europę, więc możnaby sądzić, że taktyka amnezji i uniewinniania esesmanów okazała się słuszna i skuteczna. Tyle, że osąd ten nie uwzględnia miejsca i czasu: kiedy się to odbywało, trwała Zimna Wojna.

Świat zewnętrzny dał Niemcom przyzwolenie na odstąpienie od osądzania dawnych zbrodniarzy i dawnych zbrodni, gdyż istniał inny, agresywny i totalitarny wróg, który zagrazał tu i teraz. Gdyby nie było zagrożenia sowieckim totalitaryzmem, nikt by nie wpadał na pomysł, by np. wykorzystywać wynalazców cudownych broni Hitlera do wyścigu zbrojeń po stronie Zachodu. Gdyby nie było ZSRR, to szubienica czekałaby nie tylko osądzonych w Norymberdze, a pomniejsi esesmani nigdy nie opuściliby więzień. A dzisiaj ZSRR nie istnieje, za to istnieje opinia publiczna.

"Jeśli wolność obawia się winy, to wina nie jest tym, czego obawia się wolność, to znaczy uznania siebie za winną, gdy nią jest; lecz boi stać się nią; i dlatego gdy tylko zostanie ustanowiona wina ponownie wkracza wolność, jako skrucha." - powiada Kierkegaard (3). Skrucha jest więc nie tylko warunkiem uzyskania wybaczenia; jest wstępem do osobistej wolności. Ale, przestrzega filozof, zarówno wolność, jak i wszystkie kroki do niej prowadzące, muszą się zrodzić w osobie, której dotyczą. Inaczej nie może być mowy o wolności powszechnej, zawartej w nieskończoności, jaką jest miłość.

Wniosek z tego jest taki, że polityka nie jest środkiem realizacji poglądów etycznych. System głosowania oraz identyfikowania aktualnych większości i mniejszości to tylko techniczny sposób negocjacji rozmaitych interesów. Moralność głosowaniu się nie poddaje. Kompletną bzdurą jest oczekiwać, by aktualna większość za pomocą mechanizmów dostępnych demokracjom zaprowadziła "moralną sprawiedliwość"; ale podobnie nieprzytomnym poglądem jest ów, że niszcząc przeciwników lub wygrywając pozycję władzy - metropolitalnej czy jakiejkolwiek świeckiej - uzyska się wybaczenie, zapomnienie i moralną czystość.

1. S. Kierkegaard, Pojęcie lęku, wyd. Antyk 2000, s. 67

2. Andrzej de Lazari, Ekumeniści - porzućcie wszelką nadzieję. Dwugłos o prawosławiu i ekumenizmie. Tygodnik Powszechny nr 23 (2761), 9 czerwca 2002. Autor jest rusycystą, profesorem Uniwersytetu Łódzkiego.

3. S. Kierkegaard, Pojęcie lęku, ... s. 113

poniedziałek, 18 grudnia 2006

Dzwonnicy z Notre Dame

Krótko przed śmiercią Gabriel Narutowicz zwrócił się do Józefa Piłsudskiego: "Ma pan rację, to nie jest Europa. Ci ludzie lepiej by się czuli pod tym, kto karki im deptał i bił po pysku". Nie chciałbym, by kiedykolwiek ktokolwiek powtórzył te słowa polskiego prezydenta, zaszczutego i zamordowanego przez polski rynsztok. - Adam Michnik, Smutek Rynsztoków.


Tekst Michnika o Narutowiczu towarzyszył atakom na Cimoszewicza w ostatniej kampanii prezydenckiej. Jest dowodem na to, że jego intuicja jest rownie wielka, jak jego pomylki. Michnik przez całe lata uważał, że źródłem ewentualnych zagrożeń dla demokracji w Polsce jest i bedzie "Ciemnogród" - moherowa, katolicka prawica. Ale już wtedy, gdy to pisał, to pułkownicy z Platformy Obywatelskiej mordowali Cimoszewicza za pomocą sprokurowanych fałszywek. Sprawa Jaruckiej była przełomem. Nie tylko dlatego, że doszło do bezprecedensowanego złamania zasad wobec kandydata na najwyższy urząd w państwie, który odbierał głosy kandydatowi PO. Głównie dlatego, że przemoc i fałsz zostały nagrodzone. Partia, w której nazwie jest wyraz "obywatelska" w żadnym stopniu nie ukarała swoich członków za tego rodzaju eliminacje konkurencji. Taka metoda zdobywania głosów nie spotkała się również z żadną wyrazistą reakcją ówczesnego kandydata tej partii na stolec prezydencki, a sama metoda - jako skuteczna, została zaadoptowana na stałe do niszczenia kolejnych wrogów tej partii.

Jakiś czas temu pewien głupiec napisał na forach GW jeden post o bezpośredniej przemocy wobec papieża. Został odnaleziony przez policję i aresztowany, a jego wyczyn komentowano w gazetach - oraz na forach dyskusyjnych, w tym forach GW - jako "skrajny". Niedawno błąkał się po forum Kraj człowiek z sygnaturką o strzelaniu do prezydenta: "Mój dziadek był piłsudczykiem. Dzisiaj by strzelał do kaczek". Nikomu to nie przeszkadzało, z moderatorami forum włącznie. To jest właściwa miara przemocy, przyzwyczajenia do przemocy i zmian, jakie dokonały się w świadomości społecznej w ostatnim roku. Któż nie widział w internecie flashowych gierek zapraszających do odstrzału kaczek albo nie słyszał dowcipów również zawierających bezpośrednie odwołania do przemocy? Przemoc jest dzisiaj normą, a uwagi, które jeszcze nie tak dawno byłyby nazywane "nawoływaniem do przemocy bezpośredniej" - trendy. Tyle, że tego nie robią mohery Rydzyka...

"Mit polityczny to twór częściowy, to wyolbrzymienie pewnych autentycznych elementów przestrzeni politycznej; siła jego oddziaływania bierze się z tego, że pozbawiony jest nieśmiałości konceptualnej. To, do czego tradycyjni twórcy doktryn mogą zaledwie czynić aluzje, mitografowie przekształcają w szokujące, niczym niehamowane twierdzenia, choć racjonalne argumenty im zaprzeczają." (Jacob L. Talmon, "Myth of the Nation and Vision of the Revolution in the Twentieth Century, New Brunswick, Transaction Publishers, 1991)

Zabójstwo Narutowicza poprzedził mit ohydy i oczyszczającej ją przemocy. Mit rynsztoka, wymyślony przez Adama Michnika, to już połowa drogi: wróg jest ohydny. Teraz czas na przemoc, która oczyści Polskę z ohydy. Paradoksalnie, esej Michnika ukazał się w GW, i brzmi, jakby Michnikowi taka eschatologia wojny o władzę się bardzo nie podobała; ale to GW, choć już bez Michnika, "strzela do prezydenta" od momentu objęcia urzędu nabojami dowolnej wartości. Andrzej Lepper rechotał kiedyś, że "prostytutki nie można zgwałcić". Wróg musi być pomniejszony, odrażający fizycznie, śmierdzący, musi być Dzwonnikiem z Katedry z Notre-Dame. Kiedy "wszyscy" go tak zobaczą, to i "wszyscy" chwycą za kij. A może nie wszyscy, ale jakiś jeden się znajdzie...

Metoda "najpierw zohydzić, potem zastrzelić" staje się powoli normą. Kampania nienawiści - metodą uprawiania polityki. Degenerują się również głowni aktorzy tego spektaklu: gdyby Michnik chciał oszkalować Ojca Dyrektora, napisałby ostry, zjadliwy paszkwil. Dzisiejsza GW fałszuje wywiad Ojca Dyrektora za pomocą kompilacji z jego różnych wypowiedzi i dopisania do nich pytań, wedle własnego uznania. Robią to samo, co onegdaj zrobiła Jarucka z Cimoszewiczem: nieważne, z czego jest zrobiony nabój. Ważne, żeby trafił.

"Mit polityczny jest częścią nowoczesności, z powodu swej nieuchwytności jawi się jako spójny i kompletny zestaw poglądów, nie potrzebuje żadnych legitymizacji oprócz własnego potwierdzenia i żadnej logiki, oprócz własnego rozwoju." - pisze Vladimir Tismaneanu (Wizje zbawienia,Wyd. Literackie Muza, Warszawa 2000). O ile wiek XX był wiekiem ideologii, to wiek XXI będzie wiekiem politycznych mitów. Nie starcia cywilizacji, nie wojny z terroryzmem, a mitografów zatrudnianych przez firmy specjalizujące się w inżynierii społecznej, partie i lobby nacisku.

Ostatnie wybory samorządowe przebiegały pod egidą mitu utraconego Złotego Wieku i drugiego, mitu ostatecznego rozwiązania. Utracony Złoty Wiek to III RP: utracona niewinność, ofiara, męczeństwo, początki i upadek wraz z nadejściem modernizacji, charyzmatyczni zbawiciele oraz półboscy patriarchowie. W tym utraconym Złotym Wieku nigdy nie było komisji śledczych oraz powszechnej korupcji. Mit ostatecznego rozwiązania, to mit powszechnej szczęśliwości, jaka nastanie po dokonaniu rewolucyjnego aktu: pokonania PiS. To jeden z najsilnieszych mitów w inżynierii społecznej: "Możliwość ostatecznego rozwiązania - nawet gdy zapomnimy o straszliwym znaczeniu, jakiego te słowa nabrały w czasach Hitlera - okazuje się złudzeniem, bardzo przy tym niebezpiecznym. Jeśli bowiem się naprawdę wierzy, iż takie rozwiązanie jest możliwe, żadne koszty nie będą zbyt wielkie, by je osiągnąć, by raz na zawsze uszczęśliwić ludzkość, sprawić, by ludzie stali się twórczy i żyli w harmonii. Jaka cena byłaby za wysoka? Gdy chce się zrobić taki omlet, liczba jajek, jakie należy rozbić, będzie z całą pewnością nieograniczona... (Isaiah Berlin, The Crooked Timnber of Humanity: Chapters in the History of Ideas (New York: Knopf, 1991, s. 15) Obalmy PiS. Nieważne, że nie wiemy, co będziemy robić potem; nieważne, ile jajek zostanie po drodze rozbitych; ważne, że wierzymy w obietnicę szczęścia...

wątek na forum: Gabriel Narutowicz. Non omnis moriar

wtorek, 8 sierpnia 2006

Homo Sovieticus na wolności

"...Związek Radziecki jest nie tylko naszym sojusznikiem - to jest powiedzenie dla narodu. Dla nas, partyjniaków, ZSRR jest naszą Ojczyzną, a granice nasze nie jestem w stanie dziś określić, dziś są za Berlinem, a jutro będą na Gibraltarze" - Mieczysław Moczar, sierpień 1948.

"...Prymas udzielił Wałęsie rad odnośnie tego, jaki kierunek działalności winna przyjąć "S". ... Poza tym Wyszyński oświadczył Wałęsie, że przy "S" oraz przy jego osobie "kręcą się bardzo dziwni i nieciekawi ludzie", od których należy się uwolnić. ...Lech Wałęsa z wizyty we Włoszech wyniósł dużo konstruktywnych poglądów i dostrzegł, że w jego otoczeniu znajdują się ludzie nieodpowiedzialni i należy zrobić czystkę w "S". - Raport "Delegata"

SB zaplanowała użycie sieci agentury w celu "inspirowania delegatów do zajmowania postaw politycznie korzystnych, neutralizacji i dezaprobaty w stosunku do elementów ekstremalnych". Wykorzystać w tym celu zamierzała przede wszystkim "k.o. ps. Delegat, który użyty będzie także do przekazywania prymasowi J. Glempowi odpowiednich opinii i sugestii na temat środowisk "S" i występujących tam tendencji". - IV wydział SB w Gdańsku.

"Było więcej ludzi bardziej niebezpiecznych. On nie chciał szkodzić Kościołowi". - prymas Glemp o k.o. "Delegat", sierpień 2006.

I tak oto każda gazeta w Polsce studiuje jakieś teczki. W Gazecie Wyborczej reklamują teczki Teresy Boguckiej znalezione w szopie na Służewcu, w Rzeczpospolitej "Delegata" znalezionego w archiwach IPN, "Życie Warszawy" piękną i dystyngowaną Helenę Wolińską, we "Wprost" częściowo sfałszowanego agenta Bolka oraz zniknięte teczki zbrodniarzy hitlerowskich, których nie idzie znaleźć w archiwach Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (wcześniej Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich), bo od wiosny 1959 kolejni szefowie tej komisji zamiast stawiać zbrodniarzy przed sądem, odsyłali akta do Niemiec, a tam tonęły w archiwach w Ludwigsburgu. Ostatnim z szefów Komisji był profesor Witold Kulesza, dzisiejszy szef pionu śledczego IPN, ale ponieważ od czerwca ściga go prokuratora na wniosek prezesa Kurtyki, szefa IPN, to nie wiadomo, czy profesor Kulesza dalej będzie zarządzał ściganie za zbrodnie stalinowskie z ramienia pionu śledczego IPN.

Centrala w Ludwigsburgu powstała w 1958 r. do archiwizowania i przekazywania spraw prokuraturze, potem była jedynie archiwum tych spraw; teraz ma być w ogóle rozwiązana i jej zawartość już została częściowo zniszczona ze względu na "przedawnienie okresu przechowywania", natomiast pozostałości mają się rozpłynąć w czeluściach rozmaitych niemieckich archiwów. Do których Polacy będą mieli dostęp lub nie.

Chodzi o kilka tysięcy śledztw z okresu wojny. Dr Antoni Kura, naczelnik Wydziału Nadzoru nad Śledztwami Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu szacuje, że takich niezamkniętych postępowań może być nawet 10 tysięcy, w tym niektore są bardzo głośne, na przykład sprawa zbrodni niemieckich popełnionych na terenie obozów Gross-Rosen czy Treblinka.

"Tylko w latach 1965-1989 Polacy przekazali Niemcom 36 tys. protokołów zeznań, 150 tys. fotografii, kilkadziesiąt tysięcy mikrofilmów i 12 tys. kompletów materiałów z prowadzonych śledztw. W zamian strona polska otrzymała z Ludwigsburga... listę polskich gajowych i leśniczych współpracujących z RSHA (Głównym Urzędem Bezpieczeństwa Rzeszy)" - pisze Jan M. Fijor w artykule "Komisja zacierania zbrodni." Zadnego porozumienia międzyrządowego w tej sprawie nie było, więc interesujące jest, jak te tony akt w ogóle przejeżdżały przez granicę i Mur Berliński. "Zmarły niedawno tropiciel zbrodni hitlerowskich Szymon Wiesenthal nie mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że fotografie esesmanów mordujących Polaków, zarejestrowane w aktach GKBZH, są odnajdywane w niemieckich archiwach." - dodaje Fijor - "Prof. Kulesza nadal opowiada się za współpracą z Ludwigsburgiem. W 2005 r. pracownicy IPN otrzymali podpisaną przez niego notatkę służbową, w której apeluje o pomoc dla centrum w Ludwigsburgu "w związku z tendencjami likwidacyjnymi tej instytucji". Innymi słowy, chodziło o wysyłanie do Ludwigsburga jak najwięcej akt. W uznaniu zasług dla polsko-niemieckiej współpracy prof. Kulesza jest często zapraszany do RFN na wykłady, prelekcje, a niedawno został także nagrodzony medalem przyjaźni."Nasz Dziennik" podaje, że na wieść o likwidacji Ludwigsburga prof. Kulesza nakazał jeszcze przyspieszyć wysyłkę akt, ale - "prokurator IPN, który otrzymał to polecenie, odmówił, wskazując, że wysyłka akt bez zachowania procedury kodeksowej to przestępstwo. W ostatnim dniu urzędowania na tym stanowisku prof. Kulesza nakazał prokuratorom wysyłkę wybranych dokumentów; łącznie 256 tomów, w tym akta egzekucji ulicznych z lat 1943-1944 na terenie getta, akta zbrodni w Pruszkowie, w Palmirach, na Ochocie, w Piasecznie, akta dotyczące zabójstw Polaków za pomoc Żydom."

Pod artykułem w tygodniku "Wprost" o Komisji Zacierania Zbrodni zamieszczona jest wypowiedź prof. Darii Nałęcz, dyrektora naczelnego Archoiwów Państwowych: "Utrata znacznej części tak ważnego dla Polski archiwum dokumentującego niemieckie zbrodnie to kuriozum. Mogłabym jeszcze zrozumieć, gdyby chodziło tylko o naszą pomoc prawną, bo do tego jesteśmy zobowiązani. Jednakże niewykonanie kopii, brak dbałości o zwrot oryginałów, nie mówiąc już o utajnieniu tego procederu przed negocjatorami procesu restytucji archiwaliów z Niemiec, jest co najmniej niepokojące. Mam nadzieję, że ktoś w tej sprawie pójdzie jednak po rozum do głowy. Dobrze byłoby wiedzieć, czy chociaż jedna ze spraw, których akta przekazano, zakończyła się procesem lub skazaniem winnego." Mąż pani profesor był swego czasu członkiem Komitetu Centralnego PZPR, co jednak oczywiście nie znaczy, że o czymkolwiek wiedział.

Casablanka, a jeszcze Macierewicz nie zdążył rozpruć sejfów po rozwiązywanej WSI. Najsmakowitsze kąski są właśnie tam, w aktach wojskowych, nie tylko polskich. Być może wyjaśni się, dlaczego tak łatwo przyszło niektórym funkcjonariuszom zdobyć nie tylko zaufanie, ale i przeszkolenie u Amerykanów po 89 roku - warunkiem są badania krzyżowe. Co zatajnią Amerykanie, jako agentów skonwertowanych na dolary, to ujawni Instytut Gaucka lub Mitrochin. Gra się toczy o to, kto szybciej dotrze do mety: czy Macierewicz otworzy archiwa, czy zamkną Macierewicza; wariant małej dębowej skrzyneczki pod ziemią też się wykluczyć nie da, biorąc pod uwagę los komendanta głownego policji Papały, który miał pecha nadmiernie się zainteresować przestępczością zorganizowaną. Nikogo innego nie odpukną, choćby chcieli, gdyż skład 24 osobowej komisji weryfikacyjnej został utajniony ze względu na bezpieczeństwo członków.

A co czuje w takiej sytuacji człowiek, który żołdu od żadnego wywiadu nie pobierał?

Myśli sobie o minionych latach. Myśli sobie o "Delegacie", kim by on nie był, jak doradzał prymasowi Glempowi, a ów doradzał Lechowi Wałęsie i innym z kierownictwa Solidarności. O pierwszym zjeździe Solidarności i o układaniu listy doradców. O Komitecie Obywatelskim przy Lechu Wałęsie i doradcach przy układaniu listy jego członków. O Okrągłym Stole i zdjęciach z Lechem Wałęsą dla Komitetu Obywatelskiego, i o etykiecie "opozycji niekonstruktywnej" oraz kordonie sanitarnym dla drugich. Nic dziwnego, że w okresie przełomu "Trybuna Ludu" oraz reprezentanci Komitetu Obywatelskiego mówili tym samym językiem - ten sam wydział go wyprodukował.

Najlepsze, że do tego nie trzeba było żadnej rozwiniętej agentury, salon, ktoremu pokazano palcem "podejrzanych" sam ich butował dalej i konstruował kordony sanitarne. Wdrukowanie... "Należy zrobić czystkę w Solidarności" - powiedział "Delegat" w 1981.

Człowiek bez wywiadowczego żołdu odczuwa dziś ulgę. To były baaardzo długie lata. Kiedy wszyscy się od ciebie odsuwają marszcząc nos, to w końcu się zaczynasz zastanawiać, czy nie śmierdzisz. Jeśli ciągle trafiasz na ataki agresji ze strony rozmaitych ludzi, myślisz sobie, że to może w tobie jest przyczyna. Może masz coś nie tak z charakterem? No więc po bardzo wielu latach okazuje się, że jednak wszystko z tobą jest w najlepszym porządku. A oni? Homo sovietikus na wolności, ale nie ci Tishnera tylko Zinowiewa:

"Pierwsza to kreowany przez władzę wzorcowy typ ludzki - bohaterski, upiększony, znany z literatury, filmu i gazet. Druga natura homososa to postawa pełna złości, zniecierpliwienia i zawiści do świata zewnętrznego. Cechuje ją miałkość, brak inicjatywy, pasywność i trywialność charakteru. ... Na emigracji (Zinowiew) obserwuje "homo sovieticusów na wolności", których tak opisuje: "Homosos przyzwyczajony jest do marnego życia, ciągle oczekuje czegoś gorszego od losu i z pokorą przyjmuje wszelkie decyzje władzy. Wiele doświadczeń homososa zdobytych w warunkach społeczeństwa totalitarnego jest bardzo przydatnych w jego życiu na Zachodzie". Podaje przykłady przeobrażeń aktywistów komsomolców w wielkich orędowników prawosławia. Uważa, że w nowych warunkach społeczno-politycznych są zdolni do siania intryg, zawiści, walki o władzę - a więc wszystkiego tego, od czego uciekali w Związku Sowieckim."

Dzisiejsza Polska to właśnie Zachód. Niech się sowoki nawzajem pozabijają... Coż nas to obchodzi? "Zinowiew uważa, że system komunistyczny dla homososa był wygodny, a jego burzenie - bezcelowe. Dlatego rozpad ZSRR spowodowany był nie przez działania wewnętrzne, lecz został narzucony Rosjanom z zewnątrz przez "piątą kolumnę Zachodu".

No właśnie...


Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 25 listopada 2005

Józef Pinior: Tajne ośrodki odosobnienia w Europie

Panie Przewodniczący! W związku z artykułem Dany Priest w The Washington Post z dnia 2 listopada br., podającym informacje o istnieniu tajnych więzień CIA w Europie Wschodniej, chciałem poruszyć dwie sprawy. Tak zwane "tajne więzienia CIA" pozostają poza jakąkolwiek jurysdykcją sądową nie tylko instytucji międzynarodowych, ale także wymiaru sprawiedliwości USA - zarówno amerykańskiego sądownictwa cywilnego jak i wojskowego. Ten fakt już sam w sobie narusza podstawowe wartości demokratyczno-liberalne, które stanowią fundamenty Ameryki, Unii Europejskiej jak i sojuszu transatlantyckiego.`

Tajne więzienia CIA oraz stosowane metody przesłuchiwania w ośrodkach, w których przetrzymuje się osoby podejrzane o działalność terrorystyczną, budzą sprzeciw opinii publicznej, w tym także wielu polityków republikańskich w USA. Świadectwem tego może być ostatnia inicjatywa senatora Johna McCaina blokująca stosowanie tortur oraz metod zbliżonych do tortur w takich ośrodkach.

Druga sprawa dotyczy ewentualnego położenia tajnych ośrodków odosobnienia CIA w Państwach Członkowskich Unii Europejskiej i państwach będących na drodze do członkowstwa. Taka sytuacja podważa podstawowe traktaty europejskie. Unia Europejska ma wszelkie prawo, aby domagać się od Państw Członkowskich, w tym od mojego kraju - Polski, poważnego ustosunkowania się do tych zarzutów, ponownego zbadania sprawy i wyjaśnienia wszystkich okoliczności związanych z lądowaniem więziennego boeinga CIA na terytorium Polski.

*wystąpienie w trakcie debaty na temat tajnych ośrodków odosobnienia w Europie, poniedziałek, 14 listopada 2005 r. - Strasburg

--

Wątek na forum: czy żołnierze USA mogą torturować więźniów?

czwartek, 10 listopada 2005

Plotkies o sraniu

"Przedmówcy wielce szanowni, ja w temacie Zimanda: "człowiek nie prawa uciekać z miejsca, w którym nasrał " jest stwierdzeniem zgoła zdumiewającym. Analizując je w sensie dosłownym, stoi ono w skrajnej sprzeczności z tzw. rzeczywistością lub naturą: wszystko co żyje, jeśli tylko może, z miejsca owego ucieka. Także i człowiek od zarania dziejów swoich, gdzie indziej żył, jadł, spał i kochał, a gdzie indziej defekował. Przyjemność z zabawy własnym g......em znanym jest medycynie objawem wielkiej mózgu niedojrzałości, jak u niemowlaków, albo ciężkiego tego mózgu uszkodzenia, jak u zupełnie rozpadniętych psychotyków lub smutno rozmiękczonych starców.

Zatem ustalanie prawa natury, tak zupełnie z życiem i natura sprzecznego, skłania do zadumy lub co najmniej brwi zmarszczenia. Gwoli sprawiedliwości, należy również odnieść się do powyższego zdania w jego sensie moralnym, potraktować jako głęboką metaforę, jako przykazanie moralne tylko przez niedopatrzenie w Dekalogu nie zawarte. I znów brew się marszczy i myśl skupia nad świeżością intelektualną i elegancją formy ujęcia zasady moralnej odpowiedzialności za konsekwencje własnych poczynań. Nie wszystko jednak miażdżąca krytyka z mojej strony będzie; otóż Zimandowskie zdanie owo w całej swojej dosłownej, a i metaforycznej głębi, doskonałym jest wywiadu Głowińskiego skrótem. Bo zadziwiające w tym wywiadzie są w kolejności: brak perspektywy w omawianiu wydarzeń sprzed lat bez mała czterdziestu, ignorancja, jeśli o podstawowe fakty chodzi, oraz jakże mocna potrzeba moralnego g...nem się umazania."

Emigracja marcowa ma swoją gazetę, nazywa się Plotkies (nawiasem mówiąc, poziom intelektualny artykułów publikowanych w Plotkies zdecydowanie przewyższa poziom GW) To z dyskusji w Plotkies pochodzi cytowany fragment, komentarz czytelnika. Redaktorzy GW nie mają do Plotkies dostępu, postanowiliśmy więc im donieść o pełnej zakłopotania dyskusji o niesalonowych czynnościach fizjologicznych, która się tam odbywa. Czytelnicy Plotkies nie są obyci z analną poetyką motłochu srającego do rynsztoka tak, jak czytelnicy Gazety Wyborczej. Najlepszym dowodem jest, że krajowi czytelnicy tej metaforyki w ogóle już nawet nie skomentowali, a czytelników Plotkies mocno oszołomiło i dyskutują o sraniu... chyba po raz pierwszy w dziejach tej gazety pojawił się tak niesalonowy temat. Redaktor Plotkies sumituje się i przeprasza czytelników za pytanie "Czy nasraliśmy w Polsce?" i tłumaczy, że to nie jego wina, tylko treści wywiadu Teresy Torańskiej z Michałem Głowińskim pod tytułem "Polskie gadanie", jaki ukazał się w magazynie "Duży Format" nr 19 z 23 maja. Wyjaśnia, że "Duży Format" to taki dodatek do gazety, która się nazywa "Gazeta Wyborcza", a Teresę Torańską reklamuje jaki znaną dziennikarkę, specjalistkę od wywiadów z prominentami PRL żydowskiego pochodzenia oraz tematu "...tak popularnego w prasie p.t. "okazuje się, że jestem Żydem (wcześniej tego broń Boże nie wspominałem)". A na zakończenie swojego tekstu pisze: " W prasie polskiej natomiast ukazał się ciekawy artykuł "z drugiej strony płotu" ukazujący jak Torańska prowadzi swoje wywiady" i podaje linka do artykułu Antka Zambrowskiego w Antysocjalistycznym Mazowszu z 9 czerwca 2005.

Nawiasem mówiąc, z innych doniesień i komentarzy w Plotkies można było się domyśleć, że Teresa Torańska zaszczyciła swoją osobą tegoroczny zjazd w Aszkelonie (to są takie zjazdy emigracji marcowej), gdzie, możnaby podejrzewać, prowadziła dyskretne poszukiwania żydowskich komunistów, żeby zrobić z nimi kolejny wywiad i ogłosić w polskiej prasie na dowód, że za komunizm odpowiadają Żydzi, którzy z Polski wyjechali w 1968 roku. Poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem, ale wszyscy się do niej grzecznie uśmiechali. Jakiś czytelnik nazwał ją specjalistką od "teorii żydokomuny". Teoria, faktycznie, ciekawa, bo skoro za PRL odpowiada emigracja marcowa, to dlaczego po ich wyjeździe PRL nie padła i niby kto nią rządził? Ludzie Honoru?

Albo na przykład Morel, osobnik narodowości komunistycznej pochodzenia żydowskiego, który z Polski uciekł dopiero w 1992 roku, jak mu się katowicka prokuratura dobrała do skóry... Według teorii "marcowej żydokomuny" Morel jest niewinny, co więcej, swoją sowitą pensję, a potem emeryturę, pobierał jak najbardziej słusznie. Skądinąd jego prawą polskość zaświadczył osobiście pogromca marcowej żydokomuny, Mieczysław Moczar. Także narodowości komunistycznej, z pochodzenia Ukrainiec. W archiwach IPN znajduje się jego wysoce pozytywna opinia o Morelu, że to dobry komunista, były partyzant z oddziałów Mieczysława Moczara. A Wojciech Jaruzelski, kumpel Moczara narodowości komunistycznej pochodzenia polskiego, bynajmniej tego błędu Moczara nie naprawił. Wręcz przeciwnie, w stanie wojennym wręczał bilety w jedną stronę nadmiernie dokuczliwym działaczom "Solidarności" dowolnego pochodzenia, Morelowi płacąc emeryturę.

"...Emigracja marcowa od początku budziła we mnie wątpliwości". I żeby już jasno podkreślić co myśli o emigracji marcowej, to [Głowiński] cytuje powiedzonko Romana Zimanda ".. człowiek nie ma prawa uciekać z miejsca gdzie nasrał". Dalej jest też o postawie niektórych emigrantów, których spotykał za granica "...Ale to były tez często wspomnienia byłych właścicieli Polski Ludowej, którzy nagle przypomnieli sobie, ze są Żydami, i zauważyli, ze w Polsce mówi się antysemickim językiem". - przytacza inny czytelnik i komentuje: "Ironią losu jest to, że mnie się to kojarzy z językiem moczarowskiej propagandy. ... Sprawa ma może też inny wymiar, bardziej ogólny. To już nie pierwszy raz ktoś z obecnych Żydów mieszkających w Polsce w skandaliczny sposób przejeżdża się po temacie Żydzi, komunizm, udział Żydów we władzach PRL. Ale to chyba pierwszy raz, że ktoś z tych Żydów w Polsce tak wyraża się o emigracji marcowej."

Ten czytelnik się myli. Nie pierwszy raz, i to raczej pewna prawidłowość, a nie wyjątek. Prawidłowość, która co nieco mówi o naturze ludzkiej. Jeśli powiesz, że winni są nieobecni, to jesteś z założenia niewinny, bo zostałeś. A któż by nie chciał być uważany za niewinnego? Jakże to ludzkie... i tym bardziej zrozumiałe, że w Polsce właśnie trwa lustracja.

Ale jest coś więcej. Chodzi o znaczenie terminu "asymilacja". Któryś z moczarowców napisał w wspominkach o salonowej zabawie zwanej "oswajaniem Żyda". Zapraszało się delikwenta na jeden z "wieczorów czwartkowych" u Mieczysława Moczara, stawiało pod palmą i... oswajało. A to lampką wina, a to podawaniem ręki, a to poklepaniem po plecach. Celem zabawy było doprowadzenie do sytuacji, że Żyd wychodził z przyjęcia zadowolony, że został przez moczarowców zaakceptowany. Jedną z ofiar takich zabaw był Adam Schaff, napisał we wspomnieniach, że po pewnym przyjęciu, na którym moczarowcy miło z nim rozmawiali, doszedł do wniosku, że wcale nie są tacy źli, a nawet całkiem kulturalni...

Tej zabawie odpowiadała praktyka społeczna, w której chodziło nie tylko o to, co kto mówi, ale nawet bardziej o to, co NIE mówi. Można było na przykład zostać Prawdziwym Polakiem z awansu społecznego, pod pewnymi warunkami. Głowiński spełnił jeden warunek, mówiąc Teresie Torańskiej, że emigranci marcowi "zawsze mu się wydawali podejrzani", i obwiniając ich za PRL. Potwierdził tym sposobem tezy słynnego przemówienia Gomułki o piątej kolumnie, a o to przecież chodzi, no nie? Nawiasem mówiąc, "zawsze mi się wydawali podejrzani" to jest termin, ktorego Głowiński nie wpisał do swojej książki "Marcowe gadanie" o PRLowskiej nowomowie, aż dziw, bo to jest bardzo żywotny termin. Niedawno użył go Bugaj przepytywany przez dziennikarzy Rzeczpospolitej o Henryka Szlajfera i dodał, że w związku z tym "zawsze go obserwował." Kolejny termin, którego w tej książce nie ma, a który się często pojawiał na zebraniach POP w ustach działaczy odcinających się od zakażonych stonką ziemniaczaną. Do książki o marcowym gadaniu należałoby wpisać także wypowiedż samego Głowińskiego, że emigranci marcowi będąc na emigracji "nagle przypomnieli sobie, ze są Żydami". Bo raczej to im przypomniano, i nie po znalezieniu sie na emigracji, tylko przed. W w ogóle to mam też wątpliwości co do terminu "emigracja", bo na przykład Human Rights Watch inaczej określa ofiary czystek etnicznych i wypędzeń....

Drugi warunek, również przez Głowińskiego spełniony, to wstydliwość w zakresie własnego pochodzenia. To jest trochę nielogiczne, pisze, że "to" nie miało dla niego żadnego znaczenia, a równocześnie, że w jego domu nigdy "o tym się nie mówiło". A czemu nie, skoro tak bez znaczenia?

"Facet wyszedł z szafy po 50 latach i trochę mi przypomina tego Japończyka, który ukrywał się w dżungli 30 lat po wojnie. Mnie się słabo robi, jak patrzę na tych, co sobie teraz przypominają, że byli Żydami." - to czytelniczka Plotkies. Ale ona nie wie co było dalej, i w związku z tym nie rozumie, że Prawdziwy Polak z awansu społecznego mógł mieć z tym pewien problem na moczarowskich salonach... O "tym" się nie mówiło, jak nie mówi się na salonach, że się posiada francę. Chyba, że się miało pecha, i WSZYSCY o tym wiedzieli. Wtedy zostawała otwarta droga awansu na Prawdziwego Polaka poprzez udowodnienie własnego Prawdziwego Patriotyzmu. (co wcale nie oznacza, że wszyscy "wstydzący się" bywali na moczarowskich salonach, raczej, że taki był efekt wygranej moczarowców w 68 roku w świadomości społecznej: przyjęcie moczarowskiego punktu widzenia na samego siebie).

Głowińskiego można spokojnie nazwać Prawdziwym Patriotą, bo kiedy Żyd obwinia innych Żydów za komunizm, to brzmi to wiarygodniej, niż kiedy Żydów obwinia Maciej Giertych. Specyfiką Prawdziwego Polskiego Patrioty jest również to, że się nie kłopocze o szczegóły i nazwiska - winni są zbiorowi "ONI". Co zresztą ma jeszcze taki skutek, że rozmywa winy, bo skoro winni są WSZYSCY, to jak ścigać za zbrodnie komunistyczne tego czy owego pana lub panią, w kraju lub za granicą? I jak ścigać takich, co mogą pokazać papier, że są nie-Żydami, krew z krwi?

Nawiasem mówiąc, Adam Michnik udowodnił swój patriotyzm już dawno, kiedy napisał, że Czeslaw Kiszczak i Wojciech Jaruzelski (obaj moczarowcy) są Ludżmi Honoru, a całkiem niedawno swój patriotyzm udowodniła Gazeta Wyborcza jako całość.

4 października 2005 padł ostatni Mur Berliński Europy. Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok, że obywatele polscy wyjeżdżający na podstawie tzw. dokumentów podróży po Marcu 68 nigdy nie utracili polskiego obywatelstwa. "Witajcie w domu, jesteście Polakami" - tak napisali forumowicze na portalu "Agory" (spółka wydająca GW) po przeczytaniu aż dwóch artykułów na ten temat w Rzeczpospolitej z 17 października i kolejnego 18 października. Na forum Świat, słynnym z bójek polsko- żydowskich, nie znalazł się ANI JEDEN post kwestionujący zasadność tego wyroku. Reakcje "wojujących z Żydami" były takie, że "ale ten i ten Żyd piszący na forum i tak jest pacanem" Albo, że teraz będzie sposób na zlustrowanie emigracji.... Ale wyroku nie kwestionował nikt. Polska jagiellońska wreszcie wygrała z PRL.

Z Gazetą Wyborczą było inaczej. 17 października można było się dowiedzieć z jej łamów, że posłanka Renata Szynalska była pijana. 18 października - że SLD nie popiera żadnego z prawicowych kandydatów na prezydenta, prokurator Mariusz Szewczyk z Lublina trzasnął w sądzie drzwiami i za to dziennikarz ukarał go tytułem "prokurator trzask - prask", że generał Wojciech Jaruzelski na procesie dotyczącym kopalni "Wujek" pochwalił generała Czesława Kiszczaka za rozsądek i stwierdził, że pluton specjalny strzelał spontanicznie w powietrze, a rozstrzelani górnicy przypadkowo znaleźli się na linii strzału. 19 października - że Donald Tusk wpadł do Szczecina z gospodarską wizytą: "aula Uniwersytetu Szczecińskiego wypełniona była po brzegi. Nie wszyscy się mieścili, stali na schodach. Brawa. Gorące przyjęcie" słów, że Rzeczpospolitej Polskiej grozi upadek niepodległości na skutek agresji hitlerowca Kaczyńskiego na Polskę, albo nawet gorzej: "I RP upadła po utracie przez Polskę niepodległości, II RP po agresji Hitlera na Polskę. Aż dreszcz mnie przechodzi, co chciałby ktoś nam zafundować, powołując IV RP". Ani słowa o wyroku NSA. Trudno uwierzyć, że GW tą wiadomość przeoczyła: o tym wyroku pisały światowe media, a o pijanej posłance - nikt, prócz Gazety Wyborczej.

IV RP zafundowała na starcie delegalizację postanowień rządu Gomułki o odbieraniu obywatelstwa osobom wypędzanym z Polski w 68 roku. Już dobitniej państwo polskie nie mogło wyrazić, co sądzi o epoce oraz ideologii Moczara. To zmienia bardzo wiele, właściwie wszystko. Skończyli się "ONI". Teraz jesteśmy "MY", i wspólnie możemy sobie stawiać rozmaite pytania oraz informować się nawzajem. Na przykład, po Polsce od lat jeździ pewien esbek i wiesza tablice oraz organizuje uroczyste akademie "ku czci" emigracji marcowej. Niewykluczone, że swego czasu brał udział w ich wyrzucaniu... Szkoda bardzo, że emigracja marcowa nie ma o tym zielonego pojęcia, bo zapewne by się wkurzyli. Głos marcowych emigrantów jest dzisiaj integralną częścią polskiej opinii publicznej, a teoretycy "żydokomuny" już nie mają możliwości zamykania ust komukolwiek.

Najwyższy czas jakoś połączyć te forumowe dyskusje. Między innymi po to, żeby forumowicze portalu gazeta.pl mogli poinformować forumowiczów Plotkies, że też mają dosyć tematyki analnej... albo też wyspowiadać forumowiczów Plotkies z ich straszliwych zbrodni komunistycznych, popełnianych na prominentnych stanowiskach studentów ówczesnych polskich uniwersytetów. A przy okazji ci, którzy rzeczywiście uciekali przed odpowiedzialnością i używali emigracji marcowej jako swojej tarczy propagandowej, lub też ci, wysyłani wraz z marcowcami na "z góry upatrzone placówki" w różnych państwach świata w ramach działalności operacyjnej PRLowskiego wywiadu, też stracą swój dotychczasowy listek figowy. I dobrze.
-

środa, 21 września 2005

Irena Lasota - komandoska roku 2005

ZDJECIE FATWY i PRZYZNANIE HONORU
Autor: komandos0
Data: 21.09.05, 00:23

NINIEJSZYM ZDEJMUJE SIE FATWE Z OSOBY IRENY LASOTY NALOZONA PRZEZ ADAMA MICHNIKA W ROKU 1970.JEDNOCZESNIE PRZYZNAJE SIE IRENIE LASOCIE HONOR KOMANDOSKI ROKU.
komandos0

Re: ZDJECIE FATWY i PRZYZNANIE HONORU LASOCIE
Autor: akri
Data: 21.09.05, 01:40

Zawiadomilem Lasote. Ona jeszcze nie umie sie zalogowac. Mowi ze ten kto nalozyl Fatwe niech zdejmuje.

Rozpisuje konkurs PT: "Jak Michnik i jego druzyna nakladali Fatwe na Lasote".

Wchodzac do konkursu musisz napisac kto, oddalony o nie wiecej niz 6 miejsc od Michnika, probowal usunac Lasote z zycia towarzyskiego i historii.

Najlepsze szesc odpowiedzi dostanie w nagrode ksiazki z ksiegozbioru Lasoty. Sprobujemy tez opublikowac ksiazke z psychologii spolecznej i humorystyczna "Michnik i jego druzyna".