Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika. – Exupery, "Twierdza"
wtorek, 22 czerwca 2010
Wybór Napieralskiego
Odrzucił nie tylko ludzkość, ale także jej śmietniki. Ten obraz nie daje mi spokoju. Nie dlatego nawet, że mogłabym wtedy coś zrobić, zadzwonić gdzieś, a uciekłam. Sam obraz. Cichutko, spokojnie... Mysz piszczy tylko raz, z przerażenia, gdy złapie ją kot. Potem kot zanosi ją do swego legowiska, puszcza, a ona nie ucieka, patrzy cichutko i czeka na swój koniec. Nawet się nie kurczy ze strachu, tylko patrzy. Podobnie postrzelona sarna czeka cichutko i spokojnie na myśliwego, by ją dobił. W tej krótkiej chwili zwierzęta funkcjonują w stanie zawieszenia, poza życiem i jego normalnymi odruchami. On wyglądał jak umierające, sparaliżowane przerażeniem zwierzę. Co go tak przeraziło w świecie? - pomyślałam.
Seks, pomyślałam dalej, może być jak mruczenie kota. Niewiele osób wie, że kot mruczy także wtedy, gdy bardzo cierpi. Mruczenie wyzwala endorfiny i zmniejsza ból. Przyjemność w sytuacji granicznej wspomaga przetrwanie... ach, więc to tak zachowywali się muzułmanie w obozach koncentracyjnych... To wszystko przemknęło mi przez głowę w ułamku sekundy. Uciekłam.
Nie jest łatwo o solidarność społeczną z kimś takim, prawda?
* * *
Największym sukcesem kandydata lewicy jest nie sam wynik, choć niewątpliwie znakomity, lecz to, że na ów wynik znacząco złożyły się głosy ludzi młodych. Tak powiadają sondażownie. Wielka to odmiana po lewicy Olejniczaka i Kwaśniewskiego. Dotychczasowy „żelazny” elektorat SLD przeżył swe młode lata w PRL i choć zdyscyplinowany i gotowy zaakceptować każdą programową woltę swego przywództwa, to coraz mniej chciało mu się głosować - aż przed ich partią pojawiło się widmo niebytu. Bo rzeczywiście, po cóż głosować na pseudoliberalną kopię, skoro większy, wyrazistszy i nie obciążony przeszłością oryginał ma się dobrze? Kiedy Napieralski przejmował schedę po Olejniczaku napisaliśmy, że szansą jego partii na przeżycie są – mówiąc skrótowo - związki zawodowe, a także przezwyciężenie PZPR-owskiej przeszłości. To pierwsze Napieralski robi, i to właśnie dało mu tak znakomity rezultat. To drugie jeszcze przed Napieralskim.
Wszyscy jesteśmy obywatelami politycznej agory, ale kiedy jedni zajęci są poszukiwaniem portrecistów i piewców, innym przyziemne zajęcia uniemożliwiają choćby zapoznanie się ze zdjęciem garnituru od Armaniego, a jeszcze inni myślą tylko o sprzątaniu po powodzi. Agora jest jedna, ale tworzą się na niej różne języki i różne sfery komunikacji, tylko czasami krzyżujące się ze sobą. A są jeszcze i tacy, jak ów człowiek pod wiatą. Pojęcie solidaryzmu społecznego wcale nie oznacza, że powstanie język wspólny dla wszystkich, to zaledwie postulat, by czynić starania, imperatyw zależny od woli.
Podkreślana w mediach izolacja polityczna PiS jest faktycznie tylko słabym refleksem sytuacji SLD po 1989 roku. Postpezetpeerowska lewica budzi zażenowanie. Dzięki swym wyborcom są obywatelami politycznej agory, ale obywatelami drugiej kategorii. Ekipą, z którą bywa się na tych samych imprezach lub robi się interesy, ale nie zasiada do wspólnego stołu. W obrębie lewicującego środowiska też wytworzył się rodzaj kultury „gradacji nieczystości” - pisaliśmy onegdaj o gorszącym wydarzeniu, jak to Jerzy Urban z uprzejmości podwiózł Monikę Olejnik, ktoś ją w aucie Urbana zauważył, więc ona powiedziała „w towarzystwie”, że żałuje, że do urbanowego auta wsiadła. Tak w ramach wdzięczności za bezinteresowny gest. To jest jedna z przyczyn, dla których do chwili obecnej SLD nie udało się przyciągnąć znaczących postaci z lewicy posolidarnościowej. Nawet nie o przeszłość czy lustrowanie idzie, a o poczucie rozwiniętej, obyczajowej dziwności. Człowiek w zetknięciu z kulturą „nietykalnych” czuje się nieswojo i nic na to nie może poradzić.
Ale też człowiek, póki nie znajdzie się pod wiatą, w pozycji „nietykalnego” czuje się upokorzony i stara się z niej wywikłać. Lewica Olejniczaka i Kwaśniewskiego radziła sobie za pomocą handlowania głosami. Za chwilową ulgę, za chwilowe poczucie równości w obrębie niematerialnej agory – głos. A bogacz z byłego PZPR – dotacja lub stawianie obiadów. Albo „realizm polityczny” sprowadzający się do prostego rachunku stołków należnych za głosy oddane za dowolną ustawą czy atakowanie cudzego wroga. Psychologiczne sado- maso, częściowo wynikające z błędu założycielskiego, popełnionego przy Okrągłym Stole, częściowo może z upodobań przywódców, co owocowało, że obserwując to środowisko przez całe lata, czasem się zastanawiałam, czy przypadkiem nie są już ludźmi spod wiaty...
* * *
Napieralski poprowadził SLD z powrotem ku lewicowości i otrzymał za to sowitą nagrodę, zapewnioną – jak powiadają sondażownie – w znaczącym stopniu głosami młodych ludzi. SLD się zmienia. Błądzą ci z ekspertów, którzy na gorąco analizowali, że „SLD odzyskuje żelazny elektorat”, gdyż jest to już całkiem inny elektorat. Na przykład, czy młodzi wyborcy Napieralskiego rzeczywiście boją się IV RP i lustracji? Na ile skuteczna jest taktyka straszenia lewicującej młodzieży, że PiS, o ile wygra, będzie zainteresowany sprawdzaniem, co robili w pieluchy? Pewne strachy pozostają przypisane tylko do pewnych pokoleń. Zwrot ku solidaryzmowi społecznemu oznacza dla formacji lewicowej, że przeżyje, ale też, że – odrzucając jego konserwatyzm - musi ułożyć się między innymi z Jarosławem Kaczyńskim, gdyż pojęcie społecznego solidaryzmu w najnowszej historii Polski jest nierozłącznie (choć nie tylko) związane z braćmi Kaczyńskimi; musi się też ułożyć z IV RP, gdyż ona – to także społeczna solidarność, bez której lewicy po prostu nie ma. Z numerkiem czy bez, Polska po 1989 roku jest krajem głębokiej transformacji ustrojowej, politycznej i gospodarczej i owa transformacja musi się wreszcie skończyć, a Polska ustabilizować w jakiejś postaci. Jaka to ma być postać? Czy wspólnotowość ograniczy się do wspólnej, niedzielnej wizyty w kościele, czy też obejmie również dbałość o powszechność publicznego dobra – szpitali szkół, ubezpieczeń, praw pracowniczych, mediów? SLD nie ucieknie przed pytaniem o IV RP i moment, w którym transformacja się wreszcie skończy. W jakim wtedy będziemy żyć kraju?
Wspólnotowość PiS wynika z ich katolicyzmu. A co jest taką światopoglądową więzią dla polskiej lewicy? Co zostaje z in vitro bez wspólnoty? Hodowanie ludzi przez bogatych? Co zostaje z praw kobiet bez wspólnoty? Prawo luksusowch dziwek do abortcji na żądanie? W pierwszych latach po transformacji na gospodarczej prawicy odbyła się fascynująca dyskusja o przyszłości Polski, w trakcie której jeden z tygodników „Wprost” bił w oczy okładką z ogromnym napisem „Gospodarka, głupcze!” Dzisiaj to samo musi sobie powiedzieć lewica. Lewica Olejniczaka i Kwaśniewskiego konstruowała swe polityczne sojusze niemal całkowicie pomijając fakt, że materialna organizacja życia społecznego jednak w dużym stopniu determinuje ludzkie losy. Co zostanie z mediów po likwidacji mediów publicznych? Korporacyjny rząd kieszeni i dusz? Może więc jednak warto oprzeć się propagandzie uprawianej w prywatnych mediach i zastanowić nad użytecznością wartości republikańskich dla lewicy? Uczyć się od PiS?
Tak wygląda pierwszy krok Napieralskiego, skrótowo opisany jako opcja związkowa, w odróżnieniu od liberalnej Kwaśniewskiego i Olejniczaka. Krok ten da się wykonać we własnym towarzystwie, ale krok drugi – przezwyciężanie PZPRowskiej przeszłości – musi być wykonany w relacji ze światem, w tym w interakcji z osobami ze środowisk posolidarnościowych. Jeszcze nikomu się tego nie udało zrobić, ale Napieralski rozpoczyna teraz grę o wysoką stawkę. Może zostać ojcem – założycielem nowoczesnej formacji lewicowej w Polsce.
* * *
Nie zakończono liczenia głosów, a już rozpoczęło się kuszenie lewicy. Napieralski może zostać wicepremierem w rządzie Donalda Tuska. Ale tak naprawdę PO nie ma nic do zaoferowania lewicy poza kontynuacją egzotycznego bycia na scenie wzorem Kwaśniewskiego i Olejniczaka, na identycznych warunkach oraz identycznym kosztem ich własnej partii, ale na niższych pozycjach w państwie. Nawet ewentualna zasłona dymna dla tej transakcji handlowej nie może być zanadto szczelna, gdyż nadto jawna rezygnacja PO z własnego, liberalnego programu odbyłaby się kosztem elektoratu PO. W rozważaniach strategicznych warto czasem oderwać się od bezpośrednich targów i spojrzeć od strony kultury politycznej, uruchamiając intuicję. Tak, jak kultura polityczna skutecznie zapobiegła przez dwa dziesięciolecia wyjściu SLD poza PZPRowski skansen, tak i tutaj można spodziewać się, gdzie nie urosną owoce. Oto niedziela dwudziestego czerwca, zbliża się dwudziesta, zbierają się sztaby wyborcze, by zapoznać się z pierwszymi wynikami. W obszernych lokalach PiS i SLD tłumy, wielkie ekrany. Za to ze sztabu PO relacjonuje dziennikarz radia RFM FM, że pomieszczenie strojne, choć niewielkie, że jest już tylu dziennikarzy, że nie wszyscy sztabowcy Komorowskiego się w nim zmieszczą, że ekran niewielki i umieszczony niemal na zapleczu. „PO postawiło na stylowość” - skonstatował. „Stylowy” - oto nowy antonim do wyrazu egalitaryzm. Pytanie, czy Napieralski i jego wyborcy oddadzą na niego głos, kosztem własnej partii, za to zgodnie z własną, dwudziestoletnią tradycją? Jeszcze niedawno PO nazywała Napieralskiego „politycznym handlarzem” a dzisiaj spodziewa się, że ubije z nim – i jego wyborcami - interes.
W okrągłym stole dotyczącym służby zdrowia nie ma etatów, za to jest godność. Wyjście z kryteriów kultury „nietykalnych”. Lewica nie jest „stylowym” salonem, w którym niewiele osób się mieści, nawet spośród tych, co pracowali na rzecz jego właściciela. To nie są wybory parlamentarne, tylko prezydenckie. Nie chodzi o dyskusje nad całościowym programem partyjnym, lecz o to, że liberalny prezydent Komorowski byłby raczej poparł liberalne reformy służby zdrowia własnej partii czy likwidację telewizji publicznej, a Jarosław Kaczyński stuprocentowo zawetuje. Pozbawieni godności mogą i oczywiście biorą udział w grach politycznych na całym świecie, ale nie w pierwszej lidze, bo ta jest zarezerwowana dla graczy, którzy szanują sami siebie. Mysz, przerażona własną przeszłością, wyjdzie spod wiaty lub zginie. Oto rzeczywisty wybór Napieralskiego: doraźny dostatek i etaty dla szczytów partyjnego aparatu, ale w kurtce na politycznej głowie i ręką w politycznych spodniach, albo godność wynikająca z zajmowania swego miejsca w świecie, choć czasem można w nim zmoknąć, bo się nie przebywa pod wiatą.
środa, 9 września 2009
Wersja Leppera coraz bardziej wiarygodna
Po dzisiejszych przesłuchaniach komisji ds. nacisków na służby śledcze nasuwają się wnioski - coraz smutniejsze dla zwolenników IV RP, którzy w 2005 roku glosowali na PiS. IV RP miała być odrodzeniem polskiej państwowości. Kto dziś pamięta aferę Kulczyka, charakteryzującą III RP jako „Rzeczpospolitą Gangsterską”? Rekwirowanie samochodów firmy przez jakieś wojskowe instytucje, gdyż właściciel tej firmy nie chciał płacić haraczu elitom politycznym? Zdumiewające działania urzędów skarbowych? Z wyroków sadowych wynika, ze firma Kulczyka była świetną, odnoszącą sukcesy firmą komputerową – a więc w sferze uznawanej na światowym rynku jako jedną z najbardziej nowoczesnych. Co z tego, ze Kulczyk procesy wygrał, skoro jego firma przestała istnieć?
IV RP miała to zmienić.
Z dzisiejszych zeznań Leppera wynika, ze w pewnym momencie ówcześnie największa partia, tj. PiS, wymyśliła, ze razem z Lepperem swoich koncepcji nie zrealizuje. Wicepremier i minister rolnictwa Andrzej Lepper co prawda niczego nie kradł, ale był przeszkodą, gdyż miewał własne pomysły, a zawsze łatwiej rządzi się we własnym gronie. Kiedy powstała koncepcja, ze zamiast negocjacji i współrządzenia lepsze jest rozbicie partii Leppera, przejecie jej posłów i elektoratu poprzez zamkniecie w pudle jej szefa?
W trakcie tych zeznań padło nazwisko prominentnej osoby z PiS, znanej od lat lokalnie we Wrocławiu jako bardzo uczciwy i porządny człowiek Jak to się stało, ze mówiąc „A” zdecydował się powiedzieć „B” ?
Z dzisiejszych obrad Komisji wynika, ze zaangażowani w aferę agenci CBA nie mieli pojęcia o tym, ze minister Lepper, nawet gdyby bardzo chciał przyjąć łapówkę za odrolnienie gruntów w Mrągowie, i tak jej przyjąć by nie mógł, gdyż w całej sprawie jego wpływ był marginalny – te sprawy się załatwia na poziomie lokalnym, a nie centralnym. Nieznajomość procedur świadczy, jak dalece mijały się deklaracje intencji założycieli CBA z rzeczywistością. Z prowokacją czy bez – nikogo nie złapiesz, jeśli nie znasz procedur...
Wynika tez, ze ktoś z CBA zdał sobie w końcu z tego sprawę i postawił na kolejna multimedialna prezentacje, w której chodziło o to, by nagrać na (niezupełnie legalnych) podsłuchach jak jakieś osoby wchodzą do Ministerstwa Rolnictwa z wpisana do dokumentacji intencją udania się do ministra, a następnie miały być teatralnie aresztowania z walizka pełna miliona złotych. I wtedy – być może - mielibyśmy kolejna multimedialną, kolorową prezentacje prokuratury, o tym, jak łapówka dociera do ministerstwa rolnictwa....Lepper po kilkuletnich procesach by się wybronił, ale tymczasem politycznie jego partia znalazłaby się na dnie. Co się zresztą stało – ale PiS-owi to w niczym nie pomogło, koncepcja utrzymania władzy jako parlamentarna większość każdym kosztem okazała się nierealna. Być może powinni się zastanowić nad tym, czy dobrze wychodzą na koncepcji, skądinąd posttotalitarnej, ze cel uświęca środki...
Na marginesie dzisiejszych zeznań – nikogo z Komisji to nie obeszło, ale Lepper wspomniał dzisiaj o wyroku skazującym, jaki otrzymał za wysypywanie zbożna na tora kolejowe. Dodał, ze nikt nie cytował z uzasadnienia tego wyroku, zawierającego m.in. to, ze owo zboże pochodziło z importu pewnego biznesmena, sprowadzającego zboże z Niemiec, i ze owo zboże wg badan ekspertów około 700 razy przekraczało normy zdrowotne na pewna substancje chemiczna, której nazwy już nie pamiętam, i które było przerabiane na make, a potem chleb, spożywany nie tylko przez dolnoslazakow.
Jak ktoś się nazywa Lepper, to z góry niegodny wysłuchania?
I kto najbardziej zaszkodził IV RP – aferzyści czy politycy, którzy uznali, ze cel uświęca środki?
czwartek, 23 sierpnia 2007
A jednak to był niezły rząd
NiK stwierdził, że pisali prawdę, to jest, że ich raporty stanowiły rzeczywiste sumy dysponentów 2-go i 3-go szczebla, stwierdzone na poziomie kontroli szczegółowych. Kto nie czytał tekstu Jadwigi Staniszkis sprzed kilku lat, o 1/3 budżetu "wyprowadzanego" za pomocą rozmaitych agend, ten nie rozumie, jak wielka to zmiana. Walka z korupcją na najwyższych szczeblach PiSowi rzeczywiście wyszła. Gorzej już na niższych szczeblach.
Co niepokoi, w długiej fali?
Dwie rzeczy. Prywatyzacja zaległa, ale to jest problem tylko dla sekty Balcerowicza. Ale zwiększył się procentowy udział wydatków sztywnych do funduszy aktywnych, a to fundusze aktywne w długiej fali stwarzają rządom możliwości aktywnej polityki ekonomicznej. Po drugie, na inwestycje długofalowe wydali tylko 54 proc planowanych środków. Tu jest prawdziwy problem. Nauka oraz inwestycje wieloletnie.
Szkoda, że właśnie padają, bo wydaje się, że w dziedzinie zarządzania gospodarką mają pewien potencjał, który nie został w pełni wykorzystany. Parę ryzykownych pomysłów się sprawdziło, np. manipulacja kursem złotego - wstępnie krytykowana, ale tu rzeczywiście im się udało w pełni skonsumować wzrost gospodarczy. Rozdzierającemu koszulę Balcerowiczowi najwyraźniej zabrakło wyobraźni. Dochodowość rezerw podwyższyła się do 4,2 proc. Silna aprecjacja złotego w ogóle nie miała wpływu na zdolności NBP. Podejmują dosyć niekonwencjonalne działania, ale chyba to jest pora, że powinien to poczuć klient indywidualny. Właśnie wtedy, gdy Jarosław Kaczyński przestanie być premierem...
Mirror i komentarze
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
poniedziałek, 9 lipca 2007
Jackowi Łęckiemu (i nie tylko) Odp... sie od Żydów!
Salonowy poranek zdominowały dyskusje o taśmie Rydzyka. Popołudnie - Żydzi. Biorąc udział w porannych dyskusjach zachowaliśmy ostrożność, na przykład popierając Free Your Mind, że zaskakuje opieszałość w publikacji nagrań, które od kwietnia czekały na moment, kiedy Jarosław Kaczyński udał się na pielgrzymkę jasnogórską. Skłócenie Kaczyńskich z Rydzykiem niewątpliwie może odebrać PiSowi parę moherowych głosów zdobytych dzięki wystąpieniu Jarosława. To jedna strona medalu, a druga, to sama treść nagrania. Jeśli taśmy są prawdziwe, to biada studentom Rydzyka.... i nie tylko. Rybitzky pisze o zgubnym wpływie Rydzyka na wizerunek PiS, i doprawdy trudno się z nim nie zgodzić. Wpisaliśmy się i tam, że najbardziej obraźliwe dla głowy państwa nie są ani chamskie uwagi o żonie prezydenta, ani antysemityzm, ale przechwałki Rydzyka, że zażądał, aby na spotkaniu z nim stawili się obaj Kaczyńscy, bo z jednym to mu się nie chce gadać.
Podobnej wstrzemięźliwości nie wykazał ani Jacek Łęski, ani jego czytelnicy, jeśli chodzi o Żydów. "Jedni mają Rydzyka, inni panią Alinę. Zaiste diabelska alternatywa" - napisał Łęski. Poprosiliśmy autora o doprecyzowanie, czy miał na myśli, że Rydzyka "ma" PiS, a panią Alinę Żydzi hurtem? Autor wyparł się, że chodziło mu o GW oraz Tok FM, ale sądząc po komentarzach, sporo jego czytelników zrozumieli dokładnie jak i my, że chodzi jednak o Żydów: "Zydzi i filosemici atakują Polskę i Polaków"; Zydzi stworzyli ojca Rydzyka i jego rzekomy antysemityzm, tysiące Żydów przed Aliną całą pluło na Polskę i Polaków; "Co jest z tymi polskimi Zydami, chyba tylko u nas tak się dzieje, żeby Zydzi s-li we własne gniazdo. Jakoś przestaje już dziwić ich szczególe zaangażowanie w ubecje i podobne służby"; "rasowa polakożerczyni"; "swoją drogą do koszernego nieba żaden stalinowiec by chyba nie wszedł, więc czemu ich porządni Żydzi nie wypunktują sami? Czyżby nie było już w Polsce - jak ćwierkają wróbelki - porządnych Żydów?"; "Tak właśnie przedstawia się obraz żydostwa,które podobno tak wiele wycierpiało.Wypowiedź ta przekonuje mnie,że wycierpiało prawdopodobnie na własną prośbę.Warto tej pani też powiedzieć,że historia lubi się powtarzać i wtedy Polacy zrezygnują z tych sadzonych drzewek w parku pamieci." Kataryna naigrywa się z pani Aliny: "chora kobieta i tyle, różnicy między obsesjami Rydzyka i Całej nie ma, oboje są stuknięci." i jako dowód jej choroby podaje link, gdzie Alina cała jako dowód antysemityzmu lejącego się z studia Ojca Rydzyka przytacza taką wypowiedź słuchacza w rozmowie z ks. Cydzikiem "Na przykład, wymordowanie 6 milionów chłopów w Rosji nie leżało w żaden sposób w hasłach socjalizmu, czy komunizmu, natomiast w Talmudzie chłopi są jednym z najgorszych gatunków ludzi, więc trzeba ich wymordować – i zostało to zrealizowane.'
Kropkę nad "I" stawia Mona: "czas na odwagę!" - woła - Pewnie sobie kupię mieczyk Chrobrego, żeby "dać wyraz".Publicznie..".
No więc, my, Żydzi hurtem, może jesteśmy porządni, może nie, ale nie wydaje nam się, żeby nasza "porządność" polegała na tym, że mamy jakiś rasowy obowiązek krytykowania i odcinania się od głupich Żydów czy ich głupich wypowiedzi. Nie wydaje nam się również, żeby Polacy mieli rasowy obowiązek krytykowania i odcinania się jako słowiańska rasa za każdym razem, gdy jakiś czkacz idiota słowiańskiej prowieniencji pozwoli sobie na antysemickie wypowiedzi na falach eteru Radia Maryja. Ustawy norymberskie oraz zbiorowa odpowiedzialność Żydów za cokolwiek, z ojcem Rydzykiem włacznie, nie mówiąc o straszeniu, że "historia się lubi powtarzać", kojarzy nam się z czasami II wojny światowej - a ta już dość dawno minęła, i byłoby nam miło, gdyby komentujący w blogu Łęskiego raczyli to zauważyć. Mieczyk Chrobrego jako oznaka odwagi walki z Żydami kojarzy nam się jak najgorzej. Równie źle kojarzy się nam zrównanie postaci Aliny Całej i Ojca Dyrektora, gdyż, o ile nam wiadomo, imperium medialne Aliny Całej nie istnieje. "Ci, co ponoć "maja pania Aline" prawdopodobnie nie wiedza o jej istnieniu. Ta - jak pan ja okresla - "publiczność Agory(...) i skoligaconych mediów oraz licznych nasladowców" byc moze nawet poczula sie zniesmaczona wypowiedzia pani Aliny, moze puscila ja mimo uszu." - pisze bryt.bryt
"To nie nasza wina, że wśród takich najwięcej jest Żydów" - pisze ktoś z satysfakcją. Gwoli ścisłości, pierwszym, który Kaczyńskich porównał do Hitlera, był rasowy aryjczyk, Donald Tusk z Platformy Obywatelskiej, w trakcie kampanii prezydenckiej. Napisaliśmy wtedy, że wolność słowa nawet kandydatów na prezydenta powinna podlegać pewnym ograniczeniom, i że tego rodzaju wypowiedziami powinno się zająć PKW. I byliśmy w tym osamotnieni, nikt właściwie nie podchwycił. Czy mamy więc teraz domniemywać, że to nie o oskarżenie o hitleryzm chodzi, tylko dowody rzeczowe na "szczegółne natężenie Żydów" wśród posuwających się do takich oskarżeń?
Ten tekst miał być zupełnie o czymś innym. Mianowicie o artykule Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego "Polska dla Polaków" z 3go lipca. Też, naszym zdaniem, manipulujący, i też używający Żydów do bicia w rząd. Ale już nam się nie chce. Chce nam się tylko napisać, żeby się wszyscy od Żydów odpieprzyli. I ci z GW, i ci zgromadzeni w blogu Jacka Łęskiego.
A to miał być przyjemny dzień...
mirror: http://autostopem.salon24.pl/22732,index.html
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
sobota, 12 maja 2007
Felonia
Niektórzy z nas zetknęli się po raz pierwszy z Michnikiem i młodzieżą walterowską całe lata temu, jeszcze przed Marcem 68 roku, i zawdzięczają im zrozumienie, poprzez egzemplifikację, które określiło tory ich życia: że zdefiniowanie się jako przeciwnik nie-demokracji wcale nie oznacza, że samemu jest się demokratą. A w konsekwencji, że podziały istniejące między niedemokratami a demokratami mogą być w Polsce dawnej i obecnej równie przepastne, co i między demokracją, a nie-demokracją. W Polsce dzisiejszej Jacek.Ka opisuje dwuwymiarowy model myślenia politycznego, a jego otoczenie łatwo przyjmuje jako naturalną koncepcję, że do opisu świata idei potrzebne są dwie osie współrzędnych, a nie jedna; Jarosław Kaczyński też zdaje się zgadzać, że nie wystarczy zaznaczyć na osi rzędnych odległości osoby od punku zero w kierunku lewym lub prawym. Jednak w latach 1960tych, a dla niektórych ludzi niekiedy do dzisiaj, jest to prawdziwe odkrycie: zresztą, dorysowanie osi prostopadłej (demokracja i nie-demokracja) do dualnego modelu myślenia niebywale wzbogaca intelektualnie. W zasadzie można powiedzieć, że zmienia życie, na tej zasadzie, że głęboko transformuje najgłębsze warstwy mechanizmów dokonywania życiowych wyborów. Inną rzeczą jest, czy rzut na płaszczyznę wystarcza, by poradzić sobie z opisem wszelkich procesów dziejących się w społeczeństwie wychodzącym zarówno z epoki totalitarnej, jak i z imperialnego uzależnienia.
To prawda, na przykład, że Ewa Milewicz ozdabia swój blog stwierdzeniem "tu pisze KPP". Ale na ile ta etykieta jeszcze odpowiada treści? Możnaby zaryzykować stwierdzenie, że z tekstów Michnika oraz jego środowiska coraz jawniej przebija głęboka pogarda dla "nizin społecznych" z pozycji, które już nie mają wiele wspólnego z etosem jakiejkolwiek lewicy, nie tylko tej Pużaka, ale także autorytarnej czy totalitarnej: przecież nawet uwielbienie dla Robotnika symbolizującego racje moralne Ludu w twórczości marksistów - leninistów (ale koniecznie z dużej litery, i koniecznie z zastrzeżeniem, że wyrazicielem woli Robotnika jest Komitet Centralny jego Partii), w tekstach Michnika zostało zastąpione jawną niechęcią, agresją i stygmatyzacją przedstawicieli Ludu w zasadzie wyłącznie negatywnymi konotacjami emocjonalnymi, widocznymi w samej terminologii: "przegrani," "zawistnicy", "rynsztok", "motłoch" etc. Sfera werbalnej symboliki była dla partii komunistycznych tak ważna, że trudno uznać to odstępstwo za mało istotne.
"Po roku 1989 Polska korzystała z owoców uwolnienia od komunizmu. Polska Solidarność spowodowała pokojowe przemiany. Dziś jednak koalicja, żądnych zemsty przegranych demokratycznego zwrotu, spycha kraj w nową niewolę" - pisze Adam Michnik na łamach niemieckiego dziennika "Die Welt" i dodaje, że "Solidarność kierowała się filozofią kompromisu, a nie zemsty. Chciała Polski dla wszystkich, a nie państwa podzielonego na wszechwładnych zwycięzców i uciskanych przegranych."
Człowiek staje czasem przed prostą alternatywą, albo - albo, szczególnie w sytuacjach granicznych. Można zaakceptować, że dla jakiegoś szeregu ludzi sytuacją graniczną jest ustawa lustracyjna, ale alternatywie Michnika "kompromis lub zemsta" brakuje definicyjnego aneksu. Kompromisy między światopoglądami są w ogóle niemożliwe, gdyż ich immanentną cechą jest samoistość, ale można kompromisować się w zakresie praktycznych skutków współistnienia rozmaitych światopoglądów na tym samym terytorium. Dlatego noblista Nelson Mandela zdefiniował kompromis jako najzupełniej praktyczną sytuację, że przywódca jako ostatni wychodzi z więzienia (czego o ekipie z Magdalenki nie da się powiedzieć) i powołuję Komisje Prawdy i Pojednania. Michnik swojej koncepcji kompromisu w ogóle nie definiuje, zaniedbuje również zaopatrzyć czytelnika w definicję słowa "zemsta", wystarczającą odróżnić ją od poczucia sprawiedliwości czy zwyczajnej, historycznej ciekawości; ustawia więc ową alternatywę tak, że oskarżając adwersarzy o niskie pobudki, na nich zrzuca ciężar dowodzenia własnej niewinności w procesie, w którym nie znają aktu oskarżenia. Trudno też poważnie polemizować z hasłem "Polska dla wszystkich" z prostego powodu, że najbardziej zawzięci lustratorzy nie proponują pozbawiać obywatelstwa swoich adwersarzy.
Proste, kafkowskie alternatywy kompromisu i zemsty, wygranych i przegranych, taką dualną optyką posługuje się również Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu obalającym ustawę lustracyjną. Wspomina o zemście jako nieakceptowalnej motywacji ("lustracja nie może być narzędziem zemsty), oraz ogranicza cele lustracji do "clearingu" instytucji państwa, powiadając, że lustracja ma zapobiegać antydemokratycznym działaniom lustrowanych osób i ich ewentualnemu szantażowaniu przeszłością. Ewidentnie taka definicja celów lustracji może być wyznaczana tylko pod warunkiem przyjęcia arbitrażu Michnika w interpretacji, a raczej nie-interpretacji terminu "kompromis", ewidentnie też, prawa człowieka, wskazane w orzeczeniu jako "zabezpieczenie przed zemstą", same w sobie nie zostały przez Trybunał Konstytucyjny wystarczająco zinterpretowane, jak i zresztą pozostałe terminy; np. co rozumie TK pod terminem "zemsta" ? W kategoriach prawnej dyskusji należałoby się spodziewać większej precyzji, niż w publicystyce Michnika, gdzie pewne terminy bywają - naszym zdaniem - zaledwie zabiegiem erystycznym, celowo niedoprecyzowanym, zamykającym antagonistom prawo do równorzędnej dyskusji równie skutecznie, i niemal równie często, co oskarżenie o antysemityzm.
Tekst Michnika w "Die Welt" zwięźlej i bardziej zrozumiale niż tekst orzeczenia TK ujawnia, że język wysokiej moralności służy czasem upraszczaniu świata do granic absurdalnej prostoty - czy istotnie da się podzielić ludzi na jednoznacznie wygranych i jednoznacznie przegranych oraz uznać, że życie, w tym polityka, polegają na nieustającej wojnie o to, po której będzie się stronie, kto kim będzie miał prawo pogardzać, i czy istotnie wygrana materialna lub wysoka pozycja społeczna przydają osądom moralnym i towarzyskim wygranych znamion jakiejś absolutnej prawdy?
Jarosław Kaczyński powiada o inteligenckim etosie "to przede wszystkim etos służby innym - ludowi, społeczeństwu, narodowi, wreszcie państwu. W moim rozumieniu inteligenci to ludzie, którzy coś z tego tradycyjnego etosu zachowali." Swego czasu całkiem podobna dyskusja o etosie miała miejsce w USA, ale nie na lewicy, tylko prawicy.
W zamierzchłych czasach, kiedy Bush nie dotarł jeszcze do półmetka swej pierwszej prezydentury, jego Partia Republikańska przeżyła wielką awanturę o bezdomnych. Poszło o pomysły przedstawicieli skrajnie konserwatywnego skrzydła, którym udało się wygrać tu i ówdzie wybory miejskie. Nazwiska utonęły nam w mrokach niepamięci, ale jeden z nowych, ultrakonserwatywnych burmistrzów wymyślił, że najlepszym programem walki z bezdomnością jest... wyrzucanie bezdomnych z miasta! Trzeba bezdomnego złapać, wywieźć za miasto, i już. Hycel na ludzi, na tym to polegało w praktyce, że owi skrajni konserwatyści zaproponowali takie powiększenie szeregów policji, by hyclowanie odbywało się bez nadwerężania innych jej obowiązków. Z obliczeń wynikało, że i tak budżet miejski na tym zyska, gdyż w miejskiej kasie pozostaną pieniądze wydawane na schroniska i garkuchnie dla biednych.
I wtedy rozpętała się wielka awantura o moralność i - właśnie - etos! - w obrębie Partii Republikańskiej. Amerykańska tradycja republikańska jest wystarczająco silnie oparta na tradycjach nędzarzy odrzuconych ze Starego Kontynentu, emancypujących się ku dumnej obywatelskości, protestanckiej koncepcji współczucia i niechęci do arystokracji, by dla części członków i zwolenników Republikanów takie koncepcje okazały się nie do przyjęcia. Stało się jasne, kto tą bitwę wygra, kiedy do gry wkroczyły żony polityków i biznesu, w obronie ich style of life, polegającego na balach charytatywnych i dobroczynności, w tym i takiej, że raz w tygodniu pracuje się za darmo w jakiejś garkuchni lub schronisku dla kobiet.
Michnik pisze, że Polską rządzi "koalicja, żądnych zemsty przegranych demokratycznego zwrotu," motywowanych "poczuciem niesprawiedliwości, rozgoryczenia, zawiści i destruktywnej energii, skierowanej na odwet wobec dawnych wrogów i dawnych przyjaciół, którym się lepiej powiodło."
"Którym się lepiej powiodło".... Czyli to jest właściwe znaczenie zdania, od którego Michnik zaczyna swój wywód: "Polska korzystała z owoców uwolnienia od komunizmu."
I to jest aż takie proste. Świat Michnika, podobnie jak owych skrajnych konserwatystów, jest bardzo prostym światem, w którym ludzie dzielą się na wygranych, obficie "korzystających z owoców", oraz identyfikowanych z samym państwem, gdy po drugiej stronie wrą rzesze zawistnych "przegranych", godnych pogardy i "obywatelskiego nieposłuszeństwa" nawet, jeśli zajmują najwyższe stanowiska w państwie, gdyż ich pobudki i motywacje są równie niskie, co i pozycja społeczna, przypisana im niemal "genetycznie", skoro nijak się ma do pozycji w państwie realnie zajmowanej. Owym "wygranym" przysługuje wysoka moralność i pozycja wygranych, właśnie dlatego, że są do wygrywania predystynowani, a bezdomni są sami sobie winni, i dlatego godni pogardy - zresztą, zasługują na bezdomność i pogardę poniekąd z urodzenia, zupełnie niezależnie od mechanizmów demokracji formalnej.
Tylko, właśnie, co ma to wspólnego z prawami człowieka, demokracją i państwem prawa, albo jakąkolwiek lewicą, nawet tą totalitarną?
Być może potrzebny jest jakiś trzeci wymiar, w którym da się opisać ewolucję od totalitarnej lewicowości do mentalności cwaniaka, który obdziela ludzi szacunkiem w zależności od ich statusu materialnego, odległości od społecznych szczytów i predystynacji do sprawowania władzy oraz stanowienia prawa. W tym bardzo egzotycznym obszarze trzeba się poruszać jak po polu minowym, jeśli chodzi o terminologię. Ewolucja czy dewolucja, czy można nazywać degradacją proces, w którym jakieś zmiany niewątpliwie zachodzą, ale który się zaczyna w punkcie totalitaryzm? "Czy można być większym kanalią? " - szczerze kiedyś zapytał Michnik swoich fanów. Nie doczekał się odpowiedzi.
"Prawdziwość sądów weryfikuje się, odwołując się do autorytetu. To tragedia polskiego myślenia." - powiedział Jarosław Kaczyński. O tak, powiedzielibyśmy, dodając, że nie tylko wtedy, gdy określamy się weryfikując pozytywnie swoją opinię z sądem autorytetu. Weryfikacja negatywna bywa równie często tragiczna w skutkach, gdyż w obu przypadkach ów autorytet staje się punktem odniesienia, początkiem własnego światopoglądu, ocen własnych, lub własnego umysłu pomięszania, świetnie opisanego przez Tomasza Wróblewskiego w notce "Jak stałem się faszystą". Życie demokratyczne uwzględnia i to, że w dyskusji intelektualnej nie ma demokracji, gdyż siła przekonywania zależy od talentu, a nie ilości głosów. Ale kiedy Jarosław Kaczyński przypomina, że w średniowiecznym prawie lennym funkcjonował termin "felonia", oznaczający m.in. złamanie powinności lennych przez seniora wobec wasala, karane utratą lenna albo zwierzchnictwa lennego, to aż się prosi zderzyć implikacje tego terminu na współczesnym gruncie intelektualnym z koncepcjami obywatelskiego nieposłuszeństwa, promowanymi w blogu Ewy Milewicz. I to jest właśnie ten wątek, którego nam zabrakło. Nawet nie prawo do rezygnacji z weryfikowania własnych poglądów poprzez odwołania do autorytetów, ale skromniej, prawo do intelektualnej, a nie prawnej felonii, czyli zupełnego ignorowania takich punktów odniesienia, obojętnie, zgodnych lub przeciwnych własnemu światopoglądowi, które mają zbyt wiele wspólnego z koncepcjami nadczłowieka i "genetyką" uprawnień do stanowienia lub obalania prawa, wskazywania ludzi pozbawionych wyższych motywacji, a nawet zdolności do przeżywania tychże.
link: mirror na Salonie24
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
piątek, 27 kwietnia 2007
O gejach, Lechu Kaczyńskim, Fidelu Castro, Adamie Michniku i człowieczeństwie ogółem.
Tuje sobie takiego wizerunku wyprasza, ale doigraliśmy się. Do wojny z faszyzmem, jaka się od pewnego czasu toczy w Polsce, przystąpił Parlament Europejski. Zostaliśmy zakwalifikowani jako barbarzyńcy w europejskim ogrodzie, mutanci wyrastający na tej samej grządce, co Milosevic, Le Pen czy fanatycy islamscy. My, taliby Europy... Tuje skądinąd słusznie wytyka hipokryzję europejskim elitom, ale kiedy pyta, czy ludzie odmawiający przyjęcia do wiadomości ogromu stalinowskich zbrodni mają prawo do wytykania nam kołtuństwa, ksenofobii, albo i gorzej, to owo pytanie można odwrócić. Czy Hunowie, których elity dyskutują o grzywnach i więzieniach dla dyrektorów szkół zatrudniających homoseksualistów, którzy tolerują rzeczniczkę praw dziecka zapowiadającą przygotowanie listy zawodów zakazanych dla homoseksualistów, mogą cokolwiek komukolwiek wytykać?
Rezolucja Parlamentu Europejskiego pozornie świetnie się wpisuje się w wojnę III RP z IV RP. Ale tylko w tych oczach, które postrzegają ją jako wojnę "czerwonych" z "niebieskimi". My jesteśmy "pomarańczowi" - naszym zdaniem Pomarańczowi są trzecią siłą tej wojny, i to na tyle znaczną, że zdecydują o rezultatach najbliższych wyborów parlamentarnych. Nawet, jeśli dzisiaj nie posiadamy własnych mediów, partii, czy jednoznacznie zdeklarowanych reprezentantów politycznych.
Pomarańczowi nie chcą powrotu do III RP. Są zwolennikami zerwania z epoką postimperialną i poskomunistyczną także na poziomie lustracji i dekomunizacji, ale też konstytucjonalizmu i starych, republikańskich wartości, które każą wywodzić prawa człowieka z pojęcia obywatelstwa. Od czerwonych i niebieskich różni nas Abraham Lincoln.
Byłoby łatwiej, gdyby pomarańczowi znakowali swoje teksty w sieci obrazkiem pomarańczy, ale i tak idzie ich rozpoznać. W tej chwili są to pojedyńcze osoby, pisujące w bardzo różnych miejscach i plasujące się w rozmaitych elektoratach, ale wyrażane przez nich poglądy są już czymś więcej, niż postawą indywidualną.
Ktoś uważa, że przesadzamy? No to proszę się przyjrzeć dyskusji między Krytyką Polityczną a Gazetą Wyborczą z września 2005 roku. W ramach wojny KPP z faszystami, lub, jak kto woli, czerwonych z niebieskimi, Adam Michnik napisał artykuł "Geje i rewolucja moralna" opatrzony podtytułem "Lechowi Kaczyńskiemu pod rozwagę". Pisze tam między innymi "czy nie słuszniej bronić prawa gejów do Parady Równości, niż deptać to prawo wspólnie z dziwacznymi sojusznikami typu Fidel Castro w rewolucji moralnej przeciw gejom?" Kid odpowiada mu następującymi słowy:
Gdyby sojusznikiem był tu ktoś inny – powiedzmy Kościół – trzeba by się zastanowić, ale z Fidelem Castro? Never! A, jak wiadomo, to głównie na jego poparcie liczy Lech Kaczyński.
Załóżmy jednak, choć pewności mieć nie możemy, iż Adam Michnik uważa, że lepiej bronić niż łamać. W ten sposób doszlusowuje do prawicowych publicystów w rodzaju Rafała Ziemkiewicza i „liberałów” takich jak Donald Tusk. Z pewną satysfakcją należy bowiem stwierdzić, że lata powtarzania rzeczy oczywistych sprawiły, że demokratyczne minimum zostało uznane również przez bardziej cywilizowaną część prawicy. I w końcu nawet przez Michnika.
Michnik przeciwny jest również temu, aby homoseksualistów bić, deportować, osadzać w obozach koncentracyjnych, jak to robili komuniści na Kubie. No cóż, robili to również faszyści oraz najstarsze demokracje. Przypomnijmy tu Michnikowi sprawę Oskara Wilde'a. Robili to homofobi całego świata w poczuciu misji moralnej, posiadania jedynej prawdy i wtedy, kiedy mieli władzę. Władza ta została ograniczona przez demokrację, która przeznaczona jest również dla mniejszości. I w ramach postępu, który jednak istnieje, zostało to zaaprobowane przez co światlejszych homofobów. Przyznają sobie oni jednak nadal prawo do brzydzenia się, dyskryminowania oraz nie godzą się na przyznanie mniejszościom takich praw, jakie mają sami. [...]
Czego zatem moglibyśmy oczekiwać od Michnika?
Odrobiny taktu i poczucia smaku. Żeby, pozostając o parę kroków za Ziemkiewiczem, nie kreował się na świętoszkowatego moralistę, który uratuje polskich gejów i lesbijki przed kaczyńskim ciemnogrodem. Prawa mniejszości wymagają w Polsce obrony nie tylko przed Kaczyńskim, ale także przed Michnikiem, który tłumaczy, że nie zabierał dotąd głosu w kwestii praw gejów „z powodu braku kompetencji”. Miał kompetencję, aby oceniać lustrację, a tutaj wrażliwości moralnej i intelektualnej siły mu nie starcza. Ponieważ jednak lustrację już przemyślał, jest przeciwny lustrowaniu „polityków i literatów” ze względu na orientację seksualną.
Tyle na temat Hunów. Między Michnikiem a Giertychem jest jeszcze sporo miejsca na poczucie smaku wynikające ze zwyczajnego człowieczeństwa, patriotyzm obywatelski, a nie etniczny czy fundamentalistycznie religijny, na republikę, w która nie ogranicza pojęcia wolności wyłącznie do wolności ekonomicznych.
Dlatego to jest dobra rezolucja. Powinna być jeszcze jedna, na pohybel wszystkim Hunom, obojętnie, gdzie mieszkają, i w której gazecie piszą. O kobietach.
--
Dopisek późniejszy: Życie samo dopisało ciąg dalszy do dyskusji Kida z Michnikiem sprzed dwóch lat. Gazeta Wyborcza z 26 kwietnia publikuje artykuł Konrada Niklewicza "Polsce dostaje się w Strasburgu za rzekomą (podkr. nasze) homofobię". Niklewicz pisze, że doszło już do drugiej w ciągu ostatniego półrocza debaty "o możliwej dyskryminacji homoseksualistów w Polsce", gdyż "nie pomogły tłumaczenia polskich kolegów, że zarówno od propozycji Giertycha, jak i Orzechowskiego (by blokować homoseksualistom dostęp do posad nauczycielskich) publicznie odciął się premier Jarosław Kaczyński."
W końcówce tekstu Niklewicz pisze:
"Tylko jeden polski poseł Józef Pinior z SdPl (członek frakcji Europejskiej Partii Socjalistycznej) zdecydowanie opowiedział się zarówno za rezolucją, jak i koniecznością debatowania o homofobii w Polsce. - Z niedawno opublikowanego raportu przygotowanego m.in. przez organizację "Lambda" wynika, że mamy w Polsce do czynienia z prześladowaniem, łącznie z przemocą fizyczną, osób homoseksualnych. Kto, jeśli nie Parlament Europejski, ma stanąć w obronie tych ludzi? - tłumaczył "Gazecie" Pinior.
Skrytykował pozostałych eurodeputowanych (zwłaszcza tych z frakcji socjaldemokratycznej) za to, że do końca próbowali debatę oraz rezolucję zablokować. - To oznacza, że w Polsce nie ma już lewicy - uznał."
Nam pozostaje jedynie dodać, że nie uważamy, aby Jarosław Kaczyński był supermanem dysponującym mocami nadprzyrodzonymi. Nie wydaje się nam również, by jego osobista deklaracja spowodowała cudowną przemianę homofobii realnej ministra edukacji oraz jego tatusia w "rzekomą" czy równie cudowną odmianę przekonań i działań aktywistów LPR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Ponieważ autorzy GW tak chętnie posługują się porównaniami do 68 roku i czasów Gomułki, to i my pozwolimy sobie powspominać, jak to wyglądało po 68. Otóż pewna aktorka, gwiazda Teatru Żydowskiego przejętego przez Szurmieja na skutek wypędzenia z Polski Idy Kamińskiej i jej zespołu, i przerobionego na coś w rodzaju Cepelii, pojechała do Szwecji, aby przed kamerami tamtejszej telewizji oświadczyć, że Polsce się niesłusznie dostaje za rzekomy antysemityzm, gdyż ona przecież jest aktorką.
"I to by było na tyle, Drodzy Czytelnicy" - pisze Sidik - Acta est fabula".