Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
„Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, schizofrenia jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje socjalizm najwyższej jakości jako dzieło sztuki komicznej. Wiwat Sorbowit” - tak pisał Waldemar Maria „Major” Fydrych, przywódca Pomarańczowej Alternatywy w czasach polityki czarnobiałej. Dadaistyczny hymn na cześć napoju witaminizowanego jest swoistym manifestem najmłodszego pokolenia opozycji lat osiemdziesiątych, a przy okazji paradoksalnym wyrazem ewolucji, jaka się dokonała w kolejnych pokoleniach polskiej młodzieży: w latach młodości Andrzeja Czumy bohaterstwem bywało wysadzać pomniki – w czasach Pomarańczowej Alternatywy bohaterstwem było śmiać się tym głośniej, im bardziej się było obitym.
Śmiech jest bronią ruchów pokojowych, świadomie rezygnujących z przemocy, bronią ludzi słabych, bezbronnych wobec władzy. Bronią niezwykle skuteczną. Mark Twain pisał: „Perswazja, pieniądze – mogą czasem podważyć jakąś przepastną bzdurę, ale tylko śmiech potrafi jednym ciosem rozwalić ją w strzępy, rozbić na atomy”.
Jeśli jednak patrzymy na pręgierz umieszczony na wrocławskim rynku, to uświadamiamy sobie, że krewniak śmiechu - szyderstwo - należał do arsenału katowskiego od zarania dziejów. O ile śmiech jest bronią ludzi bezbronnych, to szyderstwo bywa bronią władzy, która tym sposobem, rękami motłochu, pozbywa się ludzi sobie niewygodnych. Temu celowi służyło wytarzanie delikwenta w smole i pierzu, i przegonienie go przez średniowieczne miasto. Na Tasmanii tubylcy umieszczali nieszczęśnika na niskiej gałęzi drzewa, aby każdy mógł się napawać jego reakcjami, a tłum zebrany pod drzewem – szydził. Temu też celowi służyły artykuły prasowe w polskiej prasie w trakcie procesów marcowych w 1968 roku. Współczesny sejm używa do tego celu komisji śledczej do sprawy afery hazardowej.
Zapewne istnieje wśród telewidzów jakaś grupa, która ogląda kolejne posiedzenia tej komisji z fascynacją i niezdrową ciekawością – ciekawość to niezdrowa, gdyż gdzieś w tle jest chęć popatrzenia na twarze i przypomnienia sobie poczucia odrazy sprzed wielu lat. Wystawa IPN o twarzach bezpieki w pewien sposób bardzo celnie utrafia swoim tytułem w swoistą pamięć o czasach PRL, bo w niej rzeczywiście chodzi o twarze. Te martwe, umalowane i upudrowane fizjonomie robotów w okienku telewizora, które bez drgnięcia powieką, bez śladu zażenowania na twarzy i bez wstydu uzasadniały telewidzom najokropniejsze rzeczy. To był jakiś inny gatunek ludzi, z którymi nie szło się identyfikować, poczuć emocjonalną, czy po prostu gatunkową wspólnotę, bo jakaż to może być wspólnota z istotami, które wyglądają jak my, ale posiadają zupełnie inne życie emocjonalne? Te twarze to były istoty z Marsa. Inwazja kosmitów. I te twarze znowu pojawiły się w telewizji, stąd człowiek wzdraga się, ale patrzy. Tym chętniej patrzy, im bardziej się wzdraga.
Prominentni posłowie Platformy Obywatelskiej popełniają przestępstwo. Partia ta ma w sejmie większość, więc ustala powołanie komisji śledczej, która będzie badać nie przestępstwo, a „procesy legislacyjne” wielu rządów. Członkowie Platformy Obywatelskiej mają w komisji śledczej większość, więc ustalają taką kolejność przesłuchań, że w terminie do 28 lutego, narzuconym przez parlamentarną większość PO, z góry wiadomo, że się z przesłuchaniami przestępców z PO nie zdąży. Następnie, pod nieobecność posła Stefaniuka z PSL, w późnych godzinach wieczornych i bez wcześniejszych zapowiedzi, że będzie taki punkt posiedzenia, większość Platformy Obywatelskiej wyrzuca z komisji dwoje posłów z PiS. Wszystkiemu towarzyszą konferencje prasowe i udział rozmaitych posłów PO w programach telewizyjnych, gdzie z kamiennymi twarzami, patrząc prosto w oko kamery, uzasadniają postępowanie kolegów partyjnych jako zasadne, moralne i etycznie bez zarzutu, a także insynuują rozmaite przewiny Wassermana i Kempy, które mają w pełni uzasadniać ich wyrzucenie z komisji. Och, jak się na te twarze patrzy!
Kulminacją tego patrzenia był 28 grudnia 2009. Tego dnia jedni posłowie Platformy Obywatelskiej przez siedem godzin przesłuchiwali w dosyć szczególny sposób człowieka niewinnego, a inni członkowie tej partii to ich postępowanie uzasadniali. Sami przedstawiciele PO w komisji nie potrafili w trakcie przesłuchania wskazać najmniejszego zarzutu, ani nawet powodu wezwania posła Wassermana na świadka, bo, jak wynikało z ich własnych dociekań, Wasserman ani działalności kryminalnej nie uprawiał, ani nie brał udziału w „nieprawidłowościach legislacyjnych”. Siedmiogodzinne przesłuchanie posła Wassermana było siedmiogodzinnym seansem nienawiści, szyderstwem i upokarzaniem człowieka niewinnego. Posłom PO poprzez siedem godzin nie schodził z twarzy szeroki uśmiech sadystycznego zaspokojenia. Trzeba przyznać, że twarze posłów Stefaniuka i Arłukowicza były cały czas poważne. Arłukowicz wyglądał nawet na zdenerwowanego, kiedy zastrzegał się, że on nie korzysta z porad przesyłanych komunikatorami internetowymi w trakcie posiedzenia, tylko pracuje na dokumentach. Przewodniczący Mirosław Sekuła, który już kilkakrotnie narzekał na brak doradców w komisji, nie zainteresował się personaliami doradców niejawnych i związkiem ich sposobu doradzania z regulaminem komisji.
Przewodniczący komisji Mirosław Sekuła przejdzie chyba do historii politycznego gangsteryzmu za wywiad, w którym uzasadniał, że posłowie wyrzuceni z komisji nie mogą do niej wrócić, gdyż byli przesłuchiwani jako świadkowie, rzecz jak z „Procesu” Kafki. Główny organizator sędziowania Platformy Obywatelskiej we własnej sprawie, z jego oblicza nie schodził wyraz dostojeństwa i zasadniczej, moralnej powagi, kiedy tłumaczył, że motywuje go troska „o dotrzymanie standardów” i przekonanie, że posłowie Kempa i Wasserman we własnej sprawie sędziować nie mogą. Cóż to za sprawa i jakie standardy, nie wyjaśnił, analogicznie, jak nikt nic nie wyjaśniał kafkowskiemu Józefowi K. Panu Sekule w pełni dorównują pracownicy Biura Analiz Sejmowych, którzy w zaskakującym terminie dostarczyli „analizę”, że człowiek przesłuchiwany w charakterze świadka nie może być członkiem komisji śledczej: „analiza” została przedstawiona opinii publicznej dopiero po przesłuchaniu Wassermana, a nie przed posiedzeniem Prezydium Sejmu, które zaleciło szybkie przesłuchanie posłów PiS właśnie po to, żeby można było ich przywrócić do komisji.
Mimo braku jakichkolwiek rezultatów Platforma Obywatelska zdecydowała, że będzie przesłuchiwać Wassermana ponownie, tym razem niejawnie. Ogląd pierwszej części przesłuchania każe powątpiewać, czy istnieje cokolwiek „tajnego” na posła Wassermana. Raczej można przypuszczać, że Platforma Obywatelska, podobnie jak każdy gang uliczny, woli sekować swoje ofiary w ciemnych zaułkach i bez świadków. Wedle wcześniejszych, ludożerczo- spożywczych sugestii posła Palikota, że członkowie PO z komisji śledczej zrobili swego czasu błąd, gdyż przerwali „grillowanie” swoich ofiar, gdy te jeszcze mogły się ruszać, być może członkowie PO w komisji śledczej postanowili ów błąd naprawić i zamierzają nękać Wassermana, aż padnie na zawał.
Zgodnie z tą samą filozofią w telewizji występuje teraz stadko ekspertów, którzy zgodnie twierdzą, że powadze i autorytetowi Sejmu szkodzą transmisje z obrad komisji śledczych. Na tej samej zasadzie można zarzucać organizacjom kobiecym, że nagłaśniają sprawy mężów bijących swoje żony – gdyż to szkodzi autorytetowi rodziny. Bronią słabych, i to wielce skuteczną, jest nie tylko śmiech, ale i jawność. Dziś służy ona nie Platformie Obywatelskiej, a jej ofiarom. Wzmacnia determinację posłów PSL i lewicy, by się poprawnie zachowywać i uodparnia ich na ewentualne zakulisowe presje. Opinia publiczna jest tu dla nich nagrodą, bo wiedzą, że właściwym postępowaniem przysporzą głosów swoim ugrupowaniom. Ekspercki atak na suwerenność i wolną wolę opinii publicznej znakomicie mieści się w konwencji wcześniejszych propozycji zmian w Konstytucji RP, proponowanych przez Donalda Tuska, które sprowadzały się do likwidacji najpopularniejszych w Polsce, powszechnych wyborów na prezydenta, odebraniu praw wyborczych opinii publicznej i przekazaniu ich parlamentarnej większości Platformy Obywatelskiej. Opinię publiczną, elektorat, też można zaliczyć do kategorii słabych podmiotów sceny politycznej, gdyż nie dysponuje ona policją, wojskiem, żadnymi formami przymusu i presji, poza kartką wyborczą dzierżoną w garści i własnym poinformowaniem, na podstawie którego podejmuje wyborcze decyzje. Właśnie w obronie suwerenności i poinformowania opinii publicznej w 1968 roku bunt młodzieży objął aż 200 tysięcy osób, krzyczących głośno w całej Polsce, że „Prasa kłamie”. Dziś historia zatoczyła koło i powróciła jako farsa. Członkowie Platformy Obywatelskiej czynią okropne rzeczy, a Donald Tusk, ich przywódca, opowiada telewidzom jak onegdaj Gomułka, że w „roku bieżącym wyprodukowaliśmy 20 tysięcy łyżeczek do herbaty więcej” niż inne kraje Unii Europejskiej, oraz, że jeszcze niedawno staliśmy o krok od przepaści (bo rządził PiS), a teraz wykonaliśmy ogromny skok do przodu...
Posłanka Kempa może być w pewnym sensie w gorszej psychologicznie sytuacji niż poseł Wasserman, bo oprócz „grillowania” można jeszcze uderzać i w to, że jest kobietą. Na jednym z wcześniejszych posiedzeń przewodniczący komisji Mirosław Sekuła upominał ją, że się nie zachowuje „jak kobieta”. Identyczne upomnienia świetnie pamiętają wszystkie kobiety, które działały w opozycji. To była celowa metoda SB, upokarzać, pozbawiać działaczki opozycji kobiecości i godności osoby ludzkiej. Aresztantkom nagminnie tłumaczono, że działają w opozycji, gdyż są brzydkie, „żaden chłop ich nie chce”, nie wiedzą, jak się zachowywać jak kobieta, na zmianę z insynuacjami o prostytucji, alkoholu i lekkim prowadzeniu się. Poseł Halicki z PO występujący w programie „Minęła dwudziesta” się otwarcie, szyderczo uśmiechał gumowym uśmiechem, kiedy posłanka Kempa mówiła, że cały dzień czekała pod drzwiami komisji. Oto wreszcie Platforma Obywatelska pokazała, jak powinna się zachowywać kobieta: ma tłuc się pociągami tam i nazad, siedzieć na fotelu pod drzwiami od dziesiątej rano do dwudziestej pierwszej, pokornie przyjąć decyzję komisji, że się jej nie chce z nią rozmawiać i w nocy wracać pociągiem do domu. Jako kobieta, osoba nieważna, nie powinna mieć pretensji, że jej ktoś wcześniej z wysiadywania na wycieraczce pod drzwiami panów szejków z PO nie zwolnił.
W komisjach śledczych zeznaje się pod rygorem karnym, na podstawie stosownych przepisów kpk, dlatego można by zaryzykować opinię, że choć w historii PRL codziennością było pożytkowanie majestatu kodeksu karnego i polskiego sejmu do maltretowania i skazywania osób niewinnych, to w historii wolnej Polski jest to jednak niepokojąca nowość. Polega ona na wielce innowacyjnej procedurze odbierania części praw obywatelskich (w postaci prawa kandydowania na członka komisji) nie za przewiny, a za to, że się było przesłuchiwanym. Jako, że ryba psuje się zwykle od głowy, w polskim wymiarze sprawiedliwości szykuje się wesoła rewolucja imienia Franza Kafki: oto z garaży wyjadą znowu czarne wołgi, złapie się przechodnia na ulicy, przesłucha na dowolną okoliczność, a potem wsadzi do więzienia za to, że przechodzień został przesłuchany. Na tej samej zasadzie Platforma Obywatelska będzie mogła odbierać bierne i czynne prawa wyborcze dowolnym obywatelom, nie wykluczając kontrkandydatów Donalda Tuska do fotela prezydenta RP.
Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, motłoch jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje Platforma Obywatelska, najwyższej jakości jako dzieło sztuki partyjnej. Wiwat Biuro Analiz Sejmowych. Wiwat soki owocowe....
Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika. – Exupery, "Twierdza"
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Józef Dajczgewand, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Józef Dajczgewand, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 grudnia 2009
czwartek, 3 grudnia 2009
Czyż nie do władcy więc państwo należy?
Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
Ksenofont, snując rozważania co zrobić z prawomocnym władcą, który zaczyna łamać prawo, pisze: "tyrania to najwyższa władza rządzenia, która nie liczy się ani z wolą poddanych, ani z istniejącym ustawodawstwem, ale jest sprawowana wedle samowoli panującego". Według Ksenofonta i wielu późniejszych myślicieli, rządy większości, którym nie towarzyszy poszanowanie prawa państwowego, uwzględnienie woli obywateli oraz uszanowanie praw mniejszości, to tyrania. Innymi słowy, demokracja tym się różni od tyranii, że demokratyczna większość dobrowolnie "posuwa się", czyniąc na scenie publicznej miejsce tym, którzy nie chcą się z większością identyfikować. Immanentną cechą demokracji jest metoda consensusu i zasada samoograniczania się większości. W tyraniach obie te zasady są zniesione. To rozróżnienie odnosi się nawet do wojen: dziewiętnastowieczne wojny epoki wiktoriańskiej bywały krwawe, okrutne i niesprawiedliwe, ale cele i zakres wojny oraz dalsze koleje losów jeńców wojennych wyznaczało coś, co by można było nazwać przekonaniem o fundamentalnej wspólnocie ludzkiego gatunku - epoka wiktoriańska przestrzegała Konwencji Genewskich! W wypadkach, gdy je naruszano, elity ówczesnego świata potrafiły nazwać zło - złem. W obu dwudziestowiecznych wojnach, w Holokauście, w Gułagu, w utopiach negatywnych Orwella koegzystencja jako wartość, jako dobro samo w sobie, jest w ogóle nieobecna. Podstawowym, pierwotnym wyborem zbiorowości, narodów, ale i indywidualnych ludzi jest decyzja, jakimi zasadami moralnymi chcemy się kierować: tymi, wywodzącymi się z demokracji, czy tymi, wywodzącymi się z tyranii. Wszystko inne wypływa z tego pierwszego wyboru: społeczeństwa będą otwarte lub zamknięte; w firmie pracodawca będzie stosował mobbing jako technikę zarządzania lub nie; w rodzinie mąż będzie katował żonę i dzieci, lub nie.
W Polsce znów pojawiły się dowcipy polityczne: "Donald Tusk po pijaku powoduje kraksę. Co na to PO? Odpowiedź - Powołuje komisję śledczą do spraw zbadania stanów upojenia alkoholowego wszystkich premierów w Polsce, poczynając od Bieruta". Przewodniczącym parlamentarnej komisji śledczej do zbadania afery hazardowej, w której uczestniczyli członkowie rządu Platformy Obywatelskiej, został Mirosław Sekuła z Platformy Obywatelskiej, bo Platforma ma parlamentarną większość. Zbigniew Wassermann z PiS w brzydki sposób został wyrugowany z prezydium komisji, bo Platforma ma większość (tu Platformie dzielnie sekundował przedstawiciel lewicy Bartosz Arłukowicz, który głosował przeciwko Wassermanowi, odwzajemniając się tym sposobem za wcześniejsze poparcie jego kandydatury do prezydium przez Wassermana i Beatę Kempę z PiS). Następnie Platforma podjęła próbę całkowitego wyrugowania dwojga przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości z komisji, ale im nie wyszło - nie dlatego, że zastanowili się, co czynią, lecz dlatego, że poseł z lewicy już tego nie wytrzymał psychicznie i z większości zrobiła się mniejszość. Aferzysta Zbigniew Chlebowski po krótkim urlopie (twierdzi, że był z rodziną na wakacjach) wrócił do parlamentu, przywitany uściskami rąk innych parlamentarzystów PO i bez cienia zażenowania na pulchnych policzkach oświadczył, że teraz będzie pracował w komisji budżetowej, czyli tam, gdzie wcześniej nabałaganił. Nikt jednak się tym nie przejął, gdyż komisja śledcza dyskutowała właśnie nad urządzeniem konfrontacji szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego z byłym szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariuszem Kamińskim - nie dlatego, że komisja podejrzewa, że Jarosław Kaczyński również uczestniczył w tajnych spotkaniach organizowanych przez Chlebowskiego na cmentarzach i stacjach benzynowych, a Kamiński to ukrył, a dlatego, że Platforma ma w komisji większość. Większościowa pozycja Platformy Obywatelskiej jest często ostatecznym, zamykającym dyskusję argumentem objaśniającym bieg spraw w parlamencie, rozmaitych komisjach i urzędach. "Tak być musi, bo na tym polegają rządy większości w demokracjach" pada z telewizyjnego okienka przynajmniej raz dziennie. Z większościowym przymusem zgadzają się posłowie wszystkich partii, komentatorzy i publicyści z wszystkich opcji, a także, niestety, profesorowie. Do dzisiaj nikt publicznie nie zauważył, że takie większościowe zasady obowiązują nie w demokracjach, a w ustroju bolszewickim, który właśnie dlatego się nazywa tak, jak się nazywa. Wolter pisał "Stale odmawiam krótką modlitewkę 'Boże, ośmiesz moich wrogów.' I dobry Bóg przychylał się do mojej prośby." Największym wrogiem polskich elit są polskie elity, stąd wiadomo, o co się codziennie modlą.
Dzień Święta Nauki 2 grudnia przypadł w 2009 roku na środę. Środek tygodnia, połowa rządów Donalda Tuska, półmetek transformacji ustrojowej. Przemawiając do studentów - stypendystów premier Tusk wspomniał o własnym pokoleniu, którego "szczytem marzeń było wejść do lepszego towarzystwa" - tj. zachodniej cywilizacji. Pochwalił studentów za "wygraną w ich pierwszym wyścigu" (zdobyli stypendia naukowe) i scharakteryzował resztę ich życia jako wyścig - "Będą wam mówić, że sam udział w wyścigu jest wartościowy, ale to nieprawda. Biorących udział w wyścigu trzeba szanować, ale mówię wam, liczy się tylko zwycięstwo. Trzeba zawsze liczyć na to, że się zwycięży. Mówię wam, trzeba walczyć o swoje, a niektórzy z was będą potem przez nas wszystkich podziwiani".Termin "walczyć o swoje" powtórzył kilkakrotnie i z naciskiem. Od powstania Stanów Zjednoczonych przesłania wszystkich amerykańskich prezydentów, wygłoszone do młodzieży w analogicznych sytuacjach, językiem zdecydowanie mniej zmilitaryzowanym, zachęcały raczej nie do walki, a do pracy i uporu w dążeniu do wytyczonych celów, i nie do "walki o swoje" a do dbałości o siebie, o swoją rodzinę i swoją wspólnotę polityczną, która to katagoria w przemówieniu polskiego premiera w ogóle się nie pojawiła, a w wypowiedziach i działaniach innych przedstawicieli Platformy Obywatelskiej pojawia się głównie w formule negatywnej, wykluczającej - a to w apelach o odbieranie babciom dowodów osobistych, żeby nie mogły uczestniczyć w wyborach i głosować na przeciwników PO, a to w rozmaitych zachętach do pastwienia się nad członkami PiS czy uwagach na marginesie wyraźnie dających do zrozumienia, że Prawo i Sprawiedliwość to inny naród niż naród Platformy Obywatelskiej.
Polskie elity nie wiedzą co to Konwencje Genewskie nie tylko w odniesieniu do wojny, ale i w bitwach politycznych, w dyskursie publicznym, w nauce i w obyczajach. Mariusz Kamiński wyleciał z roboty, bo wykrył aferę hazardową, w tym przeciek z kancelarii Donalda Tuska. Dwaj naukowcy z IPN (Cenckiewicz i Gontarczyk) napisali książki, które nie podobają się politykom z PO - problemową o Wałęsie i źródłoznawczą o Aleksanrze Kwaśniewskim. W konsekwencji większość parlamentarna Platformy Obywatelskiej wyznaczy większość członków nowego ciała kontrolującego prezesa IPN i publikacje IPN, zwanego "Radą Instytutu Pamięci Narodowej" oraz wprowadzi ułatwienia do procedury wyrzucania prezesa IPN z roboty. W trakcie konferencji prasowej PO zapowiadającej te zmiany padła też liczba historyków z IPN, którzy nie nadają się do roboty w IPN, oraz uzasadnienie dlaczego się nie nadają: jest ich około dziesięciu, a wylecą za "promowanie wizji historii politycznej", która nie podoba się Platformie Obywatelskiej. Robotę w IPN zapewne zachowają ci historycy, którzy wiedzą, że nie powinno się publikować prac - ani problemowych, ani źródłoznawczych - o tym, że SB odnotowywała niektórych prominentnych uczestników życia publicznego jako agentów. Za to dzięki Platformie Obywatelskiej każdy obywatel będzie mógł zajrzeć do archiwów IPN i osobiście przeczytać, z kim Adam Michnik oraz niżej podpisani uprawiali seks i na co chorowali. Zapewne w imię wolności badań naukowych oraz "odpolitycznienia Instytutu Pamięci Narodowej, długo wyczekiwanego przez społeczeństwo", które w demokracjach zostałoby nazwane raczej mobbingiem sankcjonowanym przez państwo lub wymuszanym przez państwo ekshibicjonizmem - być może rzeczywiście długo wyczekiwanym, ale nie tyle przez społeczeństwo, co przez portal plotkarski "Pudelek", który dzięki inicjatywie ustawodawczej Platformy Obywatelskiej znalazł się właśnie u wrót raju. Politycy PO przedstawiający dziennikarzom projekt tych zmian zaprosili ich do zadawania pytań słowami "także dziennikarzy z Prawa i Sprawiedliwości", co spowodowało, że dziennikarka z TOK FM przed zadaniem pytania zadeklarowała swoją przynależność partyjną, pragnąc zapewne zagwarantować sobie prawo do zadawania pytań Platformie Obywatelskiej także bez wyraźnego zezwolenia ze strony polityków Platformy Obywatelskiej.
Dystans cywilizacyjny między Polską a USA, polskimi a amerykańskimi elitami politycznymi, nie da się wytłumaczyć amerykańską przewagą technologiczną, przewagą w wykształceniu czy bogactwie materialnym. Przeczą temu Indie, kraj biednych ludzi, którzy potrafią to samo, co Europejczycy epoki wiktoriańskiej: wiedzą, co to jest demokracja, a gdy jej zabraknie, potrafią to nazwać tendencją antydemokratyczną. Indyjski noblista Amartya Sen pisze" Rozwój polega na usuwaniu różnego typu zniewoleń, które pozostawiają ludziom niewielki wybór i niewielkie szanse realizacji przemyślanego działania. [...] Wolność ludzka jest zasadniczym celem rozwoju, ale to centralne jej znaczenie jest wzbogacane przez skuteczność, z jaką jedne rodzaje wolności wspierają swobody innych typów." Być może obecną wiekszość w Polsce stanowią ludzie podziwiający Donalda Tuska za to, że w wyścigu do stołka premiera okazał się największym i najbardziej żarłocznym szczurem, ale hipotetycznie przynajmniej powinna istnieć w Polsce i taka mniejszość, która wolałaby go podziwiać za skuteczność w promowaniu swobód poszerzających ludziom zakres ich wyborów życiowych.
W schyłkowych czasach "dyktatury proletariatu" pewien wrocławski robotnik, członek Tajnej Komisji Zakładowej Solidarności, użył terminu "lumpenproletariusz" dla opisania mentalności ówczesnego szefa Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR w jego zakładzie. Jego zdaniem był to człowiek interesujący się wyłacznie przywilejami, znajomościami, talonami na pralki i lodówki, i dlatego niegroźny dla "Solidarności".
- "To tacy ludzie"- powiedział z pogardą - "którzy wychowali się w domach, gdzie zadrukowanego papieru brakło nawet do podcierania tyłka, i którzy sami nie kupili w życiu ani jednej książki". Melchior Wańkowicz do swego polemisty: "Wymieniłem się z panem myślami i teraz czuję pustkę w głowie." Immanuel Kant pisze w tej samej sprawie "nie należy oczekiwać ani pragnąć tego, by królowie filozofowali lub filozofowie zostawali królami, ponieważ posiadanie władzy nieuchronnie niszczy sąd rozumu". Innymi słowy, w wyścigu do "lepszego towarzystwa" czy w "walce o swoje" nie decyduje posiadana wiedza, ilość zdobytych stypendiów naukowych czy przeczytanych książek, tylko inne talenta, których nie idzie wytrenować w trakcie zabiegów o jak najlepsze stopnie w indeksie. Sukces w biegu maratońskim, ale też i w nauce, polega nie na zwycięstwie nad innymi, a na pokonaniu siebie, własnych słabości. Generalizacje są niebezpieczne: Donaldowi Tuskowi może wydaje się, że szczytem marzeń jego pokolenia było wydostanie się z "towarzystwa gorszego" do "lepszego towarzystwa", ale może jakaś mniejszość w jego pokoleniu nie dzieliła ludzkości na towarzystwa gorsze i lepsze, tylko marzyła o wolności dla wszystkich... ktoś przecież napisał "Posłanie do Narodów Europy Środkowej i Wschodniej" i jakaś młodzież to posłanie czytała z wypiekami na twarzy... I tak zapewne jest też w pokoleniu obecnej młodzieży.
Zapolska wyraziła powszechną wśród jej współczesnych pogardę dla drobnomieszczańskich ambicji państwa Dulskich, ale czy rzeczywiście Dulscy są aż tak okropni? Epoka PRL zniszczyła całkowicie uwarstwienie społeczne i sprowadziła całe społeczeństwo do poziomu lumpenproletariatu, dla którego marzenia Dulskich byłyby symbolem awansu społecznego. U schyłku rządów generała Jaruzelskiego jedni pasjonowali się ilością uścisków ręki pierwszego sekretarza, inni emocjonowali się "nazwiskami" u których się osobiście było, by zebrać ich podpis pod listem protestacyjnym. Nie byłoby państwa Dulskich bez przyjemnej epoki wiktoriańskiej, która ich powołała do życia. Wiek XIX to Balzac, Stendhal, Zola, France, Dickens, Henry James, Poe, Mark Twain, Rosjanie - od Gogola do Tołstoja i Czechowa, Polacy - Norwid, Prus, Conrad (ważna część jego życia przypada na wiek XX, ale pisarstwo jest zanurzone w wieku XIX). Dulscy są niezbyt mądrzy, a ich pomysły na życie malutkie, ale to setkom i milionom Dulskich, a nie wielkim pisarzom, wiek XIX zawdzięczał swoją stabilność. Donald Tusk wygłosił swoje przemówienie z zamyślonym obliczem, od czasu do czasu przerywając wypowiedź pełnym namysłu "mmm...". Postawa i ton głosu godny Sokratesa, a plótł trzy po trzy jak potłuczony - co razem składało się na scenę jakby żywcem wziętą z komedii Zapolskiej. Ale on sam i jego partia to bardzo pocieszający dowód, że po dwudziestu latach od transformacji polska tkanka społeczna odbudowała się przynajmniej w warstwie drobnomieszczańskiej, i że czas wspólnot politycznych przełomu wieków XX i XXI biegnie, być może, w odwrotną stronę, niż na przełomie wieków XIX i XX - wtedy od wielkich pisarzy i etyki owocującej Konwencjami Genewskimi świat zmierzał ku totalitaryzmom i powszechnemu mordowi. Teraz oddalamy się od totalitaryzmów - ku epoce wiktoriańskiej? Trzeba przeczekać. A niech Donald Tusk i jego partia "walczą o swoje", na zdrowie. Niech przerabiają Instytut Pamięci Narodowej na konkurencję dla portalu "Pudelek". Niech z tytułu profesorskiego dedukują apolityczną mądrość jego dumnego posiadacza. Demokracji i myśli demokratycznej jest w Polsce tyle, ile u nas mieszczaństwa, bo w ogóle demokracja to mieszczański pomysł, i nie ma co stresować się stanem rzeczy, który jest, jaki jest. Być może, zalew idiotyzmów z szklanego ekranu trochę denerwuje, u Ksenofonta nie idzie znaleźć dobrej rady na sytuację, gdy władzę w państwie zdobywają państwo Dulscy, nie ma też mieszczańskich salonów, gdzie możnaby się odstresować, ale, z drugiej strony, może wystarczy poczekać, a pojawi się Tomasz Mann... tymczasem dedykując zwycięskiej większości ten oto dialog z "Antygony":
KREON: Sobie czy innym gwoli ja tu rządzę?
HAJMON: Marne to państwo, co li panu służy.
KREON: Czyż nie do władcy więc państwo należy?
HAJMON: Pięknie byś wtedy rządził [...] na pustyni.
niedziela, 7 czerwca 2009
Samotność długodystansowca
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz
Frasyniuk: "Biegnę przez tłum, tłum się rozsuwa, ubecy za mną, skręcam w lewo, w prawo. I nagle słyszę: Wła-dek, Wła-dek. Wszyscy mnie przecież znali. Tłum skanduje i bije brawo. Rozumiesz? Dotarło do mnie, że znalazłem się w kretyńskiej sytuacji. Jest kilkaset osób, może tysiąc, i oni się cieszą, że ich Władek taki dzielny i szybko biegnie. Dla nich to były zawody sportowe. ... W sierpniu ,88, w drugiej fali strajków, chciałem im uciec, ale mnie skręcili i znowu posadzili."Sporo prawdy w jego wspomnieniach. Ludzie się bali, trudno było wynająć mieszkanie, bo często, jeśli właściciel dowiedział się, żeś z opozycji, to z mety wyrzucał na bruk. Nie dlatego, że przeciwnik, lecz ze zwyczajnego strachu, obawy przed rewizjami czy milicyjną nyską pod domem. Całym majątkiem Bogumiły w drugiej połowie lat 80tych był plecak na plecach i to, co się w nim zmieściło. Człowiek miewał często poczucie zawieszenia w powietrzu, oddzielenia od świata... bycia trędowatym. Izolacja bywała trudniejsza do udźwignięcia, niż - w sumie klarowne - relacje z ówczesnym wrogiem. Czasem w zwykłych, codziennych sytuacjach ludzie reagowali na ciebie, jak na nosiciela śmiertelnej zarazy. Bali się i uciekali, jak najdalej się da...
Identyczne samopoczucie miał Józef na początku lat 1970tych. Pamiętał Warszawę z 1968 roku, roznamiętnioną i radosną, mimo represji. Ale nie do takiej Warszawy wrócił. Na parę dni przed wyjściem z więzienia administracja miasta Łodzi zabrała mu mieszkanie po rodzicach, zresztą, do dziś nie odzyskane, nie miał co ze sobą zrobić. Poszedł do sąsiadów, przyzwoitych ludzi, pogrzebał w rzeczach, które im się udało dla niego uratować i przechować, i wsiadł w pociąg do Warszawy.
Szedł przez opustoszałe miasto. Na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego robił się wokół niego pusty krąg. W knajpkach chętnie odwiedzanych przed więzieniem, traktowanych jako punkty spotkań towarzyskich - teraz skuleni ludzie o znajomych twarzach wychodzili, gdy on wchodził. Więc idziesz sobie Marszałkowską i masz wrażenie totalnego, śmiertelnego mrozu. Mrozu i pustyni. Równie dobrze można było być niemową, nie było z kim i o czym rozmawiać.
Problemy z noclegami. Ławka w parku? Z czego żyć? Ówczesna opozycja, sama połamana przesłuchaniami i więzieniami, nie bardzo się interesowała kolegą. Za to bezpieka - owszem. Ciągnął za sobą "ruską obstawę", jak ją nazwał wiele lat później Władysław Frasyniuk, a jedynym człowiekiem, który z nim w akademiku rozmawiał bez okazywania na wszelkie sposoby, że ta rozmowa jest wymuszona, był prowokator, który złożył propozycję zamachów bombowych.
Znaleźli się wtedy dzielni ludzie, którzy dali Józefowi mieszkanie i jedzenie. Wiele lat później w dokumentach IPN znalazły się dokumenty. Zarówno ten o odebraniu mieszkania, jak i ten z rozkazem SB, by wszystkich, którzy mu udzielą schronienia, nękać przesłuchaniami. Taka taktyka SB wystarczała i później, w latach osiemdziesiątych. Samotność i i poczucie emocjonalnego mrozu, o których przypomina sobie Frasyniuk, dotykały wielu opozycjonistów drugiej połowy lat 1980tych, tym bardziej, że ówczesna opozycja, podobnie jak ta z lat 1970tych, w sporej swej części była opozycją połamaną, pokonaną przez strach. W końcówce lat 19980tych zafunkcjonowało zjawisko "opozycji kościelnej", tj. takiej, której działalność ograniczała się tylko do uczestnictwa w mszach oraz śpiewania patriotycznych pieśni, i która bardzo nerwowo reagowała na inne propozycje, czy to składane przez Frasyniuka, czy Piniora, a dotyczące tak prostych czynności, jak złożenie kwiatów pod pomnikiem Solidarności.
Sytuację w drugiej połowie lat 1980tych zmieniła dopiero wrocławska Pomarańczowa Alternatywa. Jej największym sukcesem jest nie to, że zgromadziła ludzi z poczuciem humoru, którzy potrafili zorganizować miasto wokół oczyszczającego śmiechu z komuny i własnego losu, lecz to, że odebrała komunie ulicę, a nawet areszty. Ludzie nie tylko, że przestali się bać uczestnictwa w imprezach nie akceptowanych przez komunę, lecz nawet zaczęli się ustawiać w kolejkach do aresztanckich bud, które obstawiały całą ulicę Świdnicką. Oprzytomnieli na tyle, by sobie zdać sprawę, że traktowanie aresztantów zależy od tego, ilu ich jest. W pewnym momencie śpiewanie radosnych, opozycyjnych pieśni na korytarzach Komendy Wojewódzkiej MO we Wrocławiu, nabrało charakteru beztroskiego pikniku. A potem narosła fala strajków 1988...
Wrocław miał szczęście do liderów, bo zarówno Pinior i Frasyniuk są rówieśnikami. Byli chyba najmłodszymi przywódcami Solidarności w kraju i każdego z nich otaczało stado małolatów. To nie całkiem prawda, kiedy Frasyniuk powiada "dla nich... to były zawody sportowe". Dla nas często też. W 1988 Frasyniukowi nie udało się uciec, a drużyna Piniora zadzierała nosa do góry, że Pinior uciekł.
Ruska obstawa stała pod jego drzwiami, ale w pewnej późnej godzinie nocnej znudziło im się, a może chcieli porozmawiać nie będąc podsłuchiwani, i zeszli na dół. Pinior zgarnął Bogumiłę, która wtedy spała u niego na podłodze w kuchni, i udał się schodami na strych, a potem przez okienko na dach, szczytami dachów przedostali się na drugi koniec ulicy, zeszli na dół, i tyle ich było widać. Innym znów razem Frasyniuk wykonał kaskaderski skok z okna prosto na siodełko podstawionego motocykla, i to jego drużyna zadzierała nosa.
Dziś można się zastanowić, na ile owe małoletnie drużyny wymuszały na swych uwielbianych wodzach kaskaderskie wyczyny, w wyniku których mogli stracić życie, i czy to w ogóle było mądre. Jedyne, co usprawiedliwia, to to, że owe drużyny też chętnie ze sobą konkurowały na dzikie eksperymenty. Jak jedni się wspięli na komin elektrowni, by na jego szczycie zawiesić transparent, to drudzy koniecznie musieli wspiąć się z transparentem na budynek KC. A Józef, bywało, też się świetnie bawił. I w wojnie o rękawiczki na przysposobieniu wojskowym, i wtedy, gdy zorganizował pierwszy w Polsce happening uliczny, polegający na wdarciu się sporej grupy młodzieży na marsz pierwszomajowy i rozwinięciu transparentów wymalowanych pastą do zębów prosto w twarz w Gomułce.
Frasyniuk przypomina sobie zdziwienie funkcjonariusza SB, że nie jest człowiekiem połamanym i dodaje "bo w życiu jest odwrotnie, niż głosi Kościół, że cierpienie uszlachetnia. Nieprawda - wiem, że wykrzywia." Ano, prawda, wspomnienia o cierpieniu też potrafią wykrzywić. Czy to prawda, że samotność była aż tak głęboka, jak to wmawiają nam złe wspomnienia? - "Więc skończmy uprawiać megalomanię, że cały naród bohatersko walczył z komuną. I przestańmy wmawiać młodzieży, że wolność zawdzięczają tym, co się teraz pokazują bez przerwy w telewizorze." - powiada Frasyniuk - "Powiem brutalnie. "Solidarności" nie było w Gorzowie, Radomiu czy w Tarnowie. Nawet nie mogło być. W mniejszych ośrodkach milicja ją tam w miesiąc likwidowała. Podziemna "Solidarność" była mocna tylko w czterech regionach: w Gdańsku, Wrocławiu, Warszawie i w Nowej Hucie, bo już nie w Krakowie."
W pewnym sensie to prawda. Telewizję przepełniają dziś styropianowi kombatanci, którym aż chce się przypomnieć komentarz Piłsudskiego, gdy zobaczył kłębiący się tłum kombatantów - legionistów: "Ach, gdyby wtedy tylu ich było..." Ale złe wspomnienia kłamią. Jednak opozycjoniści znajdowali jakiś dach nad głową i na ogół nie sypiali pod mostami, a w w fali strajkowej 1988 Bogumiła woziła ulotki do Wałbrzycha, do nieistniejącej, zdaniem Frasyniuka, górniczej Solidarności, na ich wyraźne zamówienie. W Katowicach i Zagłębiu Miedziowym też była, bynajmniej nie na spotkaniach autorskich... Aż tak źle nie było. I na początku lat 1970tych, i w końcówce lat 1980tych.
materiały:
Teresa Torańska, Frasyniuk, nie bądź taki kozak, Gazeta Wyborcza, 6 czerwca 2009.
czwartek, 15 stycznia 2009
Korytarz Filadelfijski i list gończy na Mubaraka za milion dolarów
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz
Rozumnemu człowiekowi byłoby trudno nazwać „zwycięską” politykę, która prowadzi do śmierci ponad 1000 współbratymców i ogromne zniszczenia materialne. Niemniej Hamas będzie tak właśnie przedstawiał skutki militarnego konfliktu w Gazie, chociaż po stronie arabskiej prawdziwym zwycięzcą tej wojny jest Egipt. Na tle chwiejnej postawy Turcji, słomianego zapału Francji, niezdecydowania, podziałów i braku konceptu w obrębie państw Ligi Arabskiej, tym jaśniej błyszczy błyskotliwa dyplomacja Egiptu i zimna krew jego elit, które doprowadziły do tego, że mimo bardzo ostrego potępiania kierownictwa Hamasu i jednoznacznego obwiniania ich o wywołanie wojny, to właśnie Egipt przywołał kierownictwo Hamasu do stołu negocjacyjnego i odegrał główną rolę w doprowadzeniu do rozejmu. Jak to szczerze ujawnił dziennikarzom AlJazeery przedstawiciel Hamasu Salah al-Bardawil, „egipska inicjatywa była jedyną, jaką nam przedstawiono, więc będziemy z nią koordynować [swoje działania]”
Wojna wygasa, choć raporty agencji prasowych świadczą o czymś innym – ale obie strony tego konfliktu będą prawdopodobnie intensywnie walczyć do ostatniej sekundy przed „godziną zero” rozpoczynającą zawieszenie broni. Hamas rozpaczliwie potrzebuje jakiegokolwiek sukcesu, który mógłby zapisać na swoje konto; krótko przed wybuchem wojny premier Hamasu Ismail Haniyeh buńczucznie drwił z Izraela, że nie jest w stanie obronić się przed atakami rakietowymi i wygłaszał pogróżki, że Hamas przygotował "niespodzianki" na wypadek wkroczenia izraelskiej armii do strefy Gazy. Żadnych „niespodzianek” nie było; nie było żadnych „sądnych dni” w Jerozolimie, Hamasowi nie udało się również podpalić West Banku czy nakłonić Hezbollah do utworzenia drugiego frontu z północy. Choć bardzo się o to starali, międzynarodowa dyplomacja nie uznała ich za stronę konfliktu równoważną Izraelowi. Rezolucja ONZ w ogóle nie wymienia nazwy Hamasu, a wszystko, co ważne w sprawie Korytarza Filadelfijskiego, zostanie ustalone między Izraelem a Egiptem. Reakcje państw arabskich były wstrzemięźliwe, a w niektórych przypadkach nawet wobec Hamasu krytyczne. Za brak realnej pomocy kierownictwo Hamasu jest rozżalone nawet na Iran i Syrię. Jak to wyraził we wtorek przedstawiciel Hamasu w mieście Gaza- "mamy poczucie, że nasi bracia w Teheranie i Damaszku zdradzili nas, tak samo, jak reszta arabskich i islamskich rządów." Skutkiem przegranej Hamasu jest także schizma w jej kierownictwie na liderów z Gazy i liderów z Syrii. Teraz, jeśli Ismail Haniyeh w końcu wyjdzie ze swego niehonorowego ukrycia, najprawdopodobniej czeka go fala krytyki za to, że opuścił swoich ludzi w czasie wojny.
Izrael chce zniszczyć z infrastruktury militarnej Hamasu, jak najwięcej się tylko da, a szczególnie jak najwięcej tuneli służących przemytowi broni na granicy z Egiptem. Od początku operacji „Lany Ołów” armia izraelska zniszczyła ponad 250 tuneli, ale, zdaniem izraelskiego wywiadu, pozostało jeszcze ponad 100 i Hamas dalej próbuje szmuglować nimi broń, w tym nowoczesną, taką, jak rakiety długiego zasięgu, czy nowoczesne materiały wybuchowe, artyleryjskie i przeciwlotnicze. W praktyce, to nie deklaracje Hamasu powzięte w kairskich negocjacjach zdecydują o stabilności i długotrwałości zawieszenia broni, lecz to, co się wydarzy na granicy między Gazą a Egiptem.
Egipt to wie. Wie też ukryty sponsor tej wojny, Iran. Dlatego 4 stycznia br. irańska organizacja Studenci Szukający Sprawiedliwości ustanowiła nagrodę jednego miliona dolarów dla kogokolwiek, kto zabije "kryminalistę", egipskiego prezydenta Hosni Mubaraka, za „kolaborację z syjonizmem”, a 13 stycznia rzecznik tej organizacji Sadeq Shahbazi ogłosił podwyższenie nagrody do 1,5 miliona dolarów. Irańska agencja Fars, która jako pierwsza informowała o obu ofertach, usunęła propozycję podwyżki niemal natychmiast po opublikowaniu, prawdopodobnie ze względu na to, że zachęcając do zabójstwa egipskiego prezydenta Sadeq Shahbazi przypomniał, że ponad 30 lat temu dżihadysta Khaled Al-Islambouli zamordował egipskiego prezydenta Anwara Sadata.
Anwar Sadat został zamordowany 6 października 1981 roku, w trakcie dorocznej parady zwycięstwa w Kairze, na skutek fatwy rzuconej na niego przez islamistycznego kleryka Omara Abdel-Rahmana (aktualnie odsiadującego dożywotni wyrok w USA za udział w zamachu na World Trade Center w 1993 roku). W kairskim zamachu oprócz Sadata zginęło jeszcze 11 osób, w tym ambasador Kuby, generał z Omanu, biskup koptyjski, a 28 zostało rannych, w tym minister obrony Irlandii James Tully i czterech oficerów armii USA. Dwóch zamachowców zabito na miejscu, Islambouli został schwytany i skazany na śmierć. Wyrok na nim wykonano w kwietniu 1982. W trakcie późniejszych procesów skazano na wyroki więzienia ponad 300 radykalnych islamistów powiązanych z zamachem, w tym takich, jak Ayman al-Zawahiri, Omar Abdel-Rahman i Abd al-Hamid Kishk. Ze względu na znajomość angielskiego Zawahiri stał się de facto rzecznikiem oskarżonych i udzielił wielu wywiadów zachodnim dziennikarzom. Uwolniony z więzienia w 1984, udał się do Afganistanu i nawiązał bliską współpracę z Osamą Bin Ladenem i awansował na rzecznika Al Kaidy. Zamach na Sadata, to okres formacyjny nowoczesnego terroryzmu, jaki go znamy dzisiaj, także w sensie personalnym. Iran ma „w nosie” opinie Zachodu, ale z całą pewnością zachęta do zamachów na arabskich braci oraz przypomnienie wątpliwej przeszłości niezbyt dobrze się przyczyniają do umocnienia pozycji Iranu w obrębie państw Ligi Arabskiej. Być może dlatego niefortunna wypowiedź zanadto szczerego islamisty została usunięta ze stron agencji Fars.
Korytarz Filadelfijski.
Tzw. Umowa Gaza-Jericho z 1994 roku między Izraelem a PLO ustanowiła stumetrowej szerokości korytarz wzdłuż granicy Gazy z Egiptem, którego celem miało być odseparowanie egipskiej części miasta Rafah od części palestyńskiej. Korytarz miał znajdować się pod kontrolą armii izraelskiej, która nadała mu kodową nazwę „Korytarz Filadelfijski”. Około 2000 roku lokalni Palestyńczycy, z których wielu współpracowało z Hamasem, rozpoczęli budowę podziemnych tuneli służących lukratywnemu handlowi. W miarę upływu czasu coraz większa część tego przemytu obejmowała broń.
„Oczywiście, ataki rakietowe na Gazę miały miejsce także przed wycofaniem Izraela” – pisze Dore Gold w The Wall Street Journal – „pierwsza rakieta Quassam została odpalona już w 2001 roku. Ale po wycofaniu się skala ataków się totalnie zmieniła. Ilość ataków rakietowych wzrosła o 500% (od 179 w 2005 do 946 w 2006). Po wycofaniu wzrósł także zasięg rakiet. Lokalnie wytwarzane rakiety Quassamy, które osiągały cele w zakresie 7 kilometrów, ustępowały na rzecz sprowadzanych z Iranu Katiusz i rakiet Grad, których zasięg wynosi 20 km. Użyto je po raz pierwszy w 2006 roku. W roku 2008 tunelami przemycano rakiety już o zasięgu 40 km. ... W następnej wojnie rakiety Hamasu mogą sięgnąć Tel Aviv”. Te ostatnie, jak alarmowała światowa prasa, stanowiły już bezpośrednie zagrożenie dla jedynej elektrowni atomowej w Izraelu.
Gazańskie tunele pozwalały także setkom członków bojówek Hamasu na opuszczanie strefy Gazy i udział w obozach treningowych na rzadko zaludnionych wzgórzach Synaj z udziałem organizacji egipskich islamistów Muzułmańskie Braterstwo czy w Iranie, z instruktorami z tamtejszej Gwardii Rewolucyjnej. Jeśli szmugiel pod Korytarzem Filadelfijskim nie zostanie powstrzymany, to wkrótce Hamas odnowi cały swój arsenał i cała ta wojna okaże się bez sensu.
Korekta Camp David
Egipska dyplomacja od początku wojny w Gazie wzbudza nasz podziw. Nie zważając na żadne presje, naciski, apele i pogróżki, egipska elita polityczna mówiła swoje i czyniła swoje, wedle własnego rozumu i własnych interesów, które się znajdują gdzieś pośrodku, pomiędzy interesami Palestyńczyków a interesami Izraela. Egipscy oficjele nie wahali się mówić ani o Hamasie, ani o planach Iranu; ich zdaniem Iran co prawda wspiera koncepcję palestyńskiego państwa, ale inaczej i na innych terytoriach, niż to sobie wyobraża Zachód. West Bank w tych planach zupełnie nie istnieje; zdaniem egipskich oficjeli Iran dąży do powołania spójnego terytorialnie państwa palestyńskiego, obejmującego swym terenem Gazę oraz egipski Synaj, zarządzanego przez marionetkowy, islamistyczny Hamas, a liczy na podpalenie ogni piekielnych pod następnym bliskowschodnim państwem, właśnie Egiptem.
Dzięki uporowi Egiptu, że od strony Gazy przejścia w Rafah strzec mogą tylko siły wierne prezydentowi Autonomii Palestyńskiej, lekko wygraną stroną konfliktu w Gazie jest także prezydent Abbas. Mimo ukończonej kadencji ma szansę wrócić do gry w Gazie, ale by się tam utrzymać, będzie musiał sobie poradzić z powodami, dla których swego czasu przegrał w Gazie wybory. Niemniej, niemal nic nie robiąc, zyskał w oczach międzynarodowej opinii publicznej: wygłaszał dramatyczne przemówienia w imieniu Palestyńczyków z Gazy, na tle Hamasu wygląda jak anioł - i ta fala może go jeszcze przez jakiś czas ponieść. Ale wielkimi arabskimi wygranymi wojny w Gazie są osobiście egipski prezydent Hosni Mubarak oraz jego Minister Wywiadu Omar Suleiman. Mubarak po mistrzowsku rozegrał dyplomatyczny mecz w Lidze Arabskiej, a w tym samym czasie Suleiman, wymieniany obecnie jako potencjalny następca 80-letniego Mubaraka, zdołał przyciągnąć Hamas do stołu negocjacyjnego i w dyplomatycznym maratonie, w którym posuwał się nawet do gróźb, zdołał wymusić na nich zgodę na zawieszenie broni, właściwie nic nie zostawiając z ich wstępnych warunków.
Między Izraelem a Egiptem doszło do swoistego status quo, gdzie obie strony się właściwie nie lubią, ale rozumieją nawzajem swoje pobudki i interesy. Izrael nie mógł nie dostrzec, że egipskie elity realnie naraziły się islamistom, dlatego niespecjalnie protestuje, chociaż niewątpliwie dostrzega, że na negocjacjach kairskich Egipt ugrał dla siebie korektę umów z Camp David. Wedle tych umów, po wycofaniu Izraela ze strefy Gazy maksymalna ilość żołnierzy egipskich na granicy z Gazą nie może przekraczać 750 osób. Egipt stanowczo odrzucił izraelskie, francuskie, amerykańskie (i czyjekolwiek) propozycje rozlokowania na tym terenie sił międzynarodowych.
Dzisiaj Egipt argumentuje, że 750 strażników granicznych to zbyt mało, by powstrzymać przemyt broni Korytarzem Filadelfijskim. Izrael, który wyciągnął wnioski z libańskiej lekcji, właściwie nie stawia w tej sprawie oporu, gdyż – z własnych powodów - ma nie najlepsze zdanie o siłach międzynarodowych: Rezolucja Rady Bezpieczeństwa nr 1701 zatrzymała Drugą Wojnę Libańską, ale, mimo wszelkich międzynarodowych obserwatorów, nie powstrzymała szmuglowania syryjskiej broni do Libanu. Do dzisiaj Hezbollah niemal potroił swój arsenał i znacznie go unowocześnił. Tunele są bardzo trudne do wykrycia, gdyż Hamas buduje na ich wylotach fałszywe budy, udające domy mieszkalne lub budowle przemysłowe. Po stronie egipskiej jest to samo. Część gazańskich makiet armia izraelska już zburzyła, Egipt zadeklarował, że zrobi to samo po swojej stronie, ale pod warunkiem utrzymania większego kontyngentu po swojej stronie. Pas niezabudowanej ziemi, bardziej aktywna rola Egiptu w uszczelnianiu granicy oraz technologia do wykrywania tuneli, już zadeklarowana przez USA i Niemcy, lepiej niż jakiekolwiek deklaracje Hamasu czy pisemne deklaracje o czasie trwania rozejmu mogą spowodować, że na jakiś czas aktywność Hamasu utrzyma się na niskim poziomie.
Trzeba jednak pamiętać, że celem kairskich negocjacji nie jest pokój, ani nawet rozejm, lecz tylko ograniczone w czasie zawieszenie broni. Kluczem do pokoju na Bliskim Wschodzie nie jest ani Izrael, ani Palestyńczycy, ani Egipt – lecz Teheran. Wydaje się nam, że to rozumie nowa administracja amerykańska Baraka Obamy. Ale o tym następnym razem.
z ostatniej chwili:
- arabski dziennikarz Jerusalem Post Khaled Abu Toameh donosi o kontrofensywie Fatah przeciwko Hamasowi na terenie West Bank. Trwają aresztowania. Rzecznicy Fatah podkreślają, że Khaled Mashaal (lider Hamasu z Damaszku) wielokrotnie nawoływał Palestyńczyków z West Banku do rozpoczęcia trzeciej intifady przeciwko kierownictwu Autonomii Palestyńskiej.
- Fatah ma powody się cieszyć. W wyniku ataku bombowego Izraela zginął hamasowski minister spraw wewnętrznych Gazy Said Sayyam. Ma na swoim koncie torturowanie Palestyńczyków i rozstrzeliwanie członków Fatah. W 2008 na jego rozkaz policja użyła broni maszynowej, moździerzy i rakiet przeciwko klanowi mieszkającemu niedaleko granicy z Izraelem za to, że odmówili wydania podejrzanych o wysadzenie w powietrze samochodu z oficjelami Hamasu. Czlonkowie klanu uciekali po ochronę w kierunku Izraela. Profil Saida Sayyama znajdziesz tu.
Rozumnemu człowiekowi byłoby trudno nazwać „zwycięską” politykę, która prowadzi do śmierci ponad 1000 współbratymców i ogromne zniszczenia materialne. Niemniej Hamas będzie tak właśnie przedstawiał skutki militarnego konfliktu w Gazie, chociaż po stronie arabskiej prawdziwym zwycięzcą tej wojny jest Egipt. Na tle chwiejnej postawy Turcji, słomianego zapału Francji, niezdecydowania, podziałów i braku konceptu w obrębie państw Ligi Arabskiej, tym jaśniej błyszczy błyskotliwa dyplomacja Egiptu i zimna krew jego elit, które doprowadziły do tego, że mimo bardzo ostrego potępiania kierownictwa Hamasu i jednoznacznego obwiniania ich o wywołanie wojny, to właśnie Egipt przywołał kierownictwo Hamasu do stołu negocjacyjnego i odegrał główną rolę w doprowadzeniu do rozejmu. Jak to szczerze ujawnił dziennikarzom AlJazeery przedstawiciel Hamasu Salah al-Bardawil, „egipska inicjatywa była jedyną, jaką nam przedstawiono, więc będziemy z nią koordynować [swoje działania]”
Wojna wygasa, choć raporty agencji prasowych świadczą o czymś innym – ale obie strony tego konfliktu będą prawdopodobnie intensywnie walczyć do ostatniej sekundy przed „godziną zero” rozpoczynającą zawieszenie broni. Hamas rozpaczliwie potrzebuje jakiegokolwiek sukcesu, który mógłby zapisać na swoje konto; krótko przed wybuchem wojny premier Hamasu Ismail Haniyeh buńczucznie drwił z Izraela, że nie jest w stanie obronić się przed atakami rakietowymi i wygłaszał pogróżki, że Hamas przygotował "niespodzianki" na wypadek wkroczenia izraelskiej armii do strefy Gazy. Żadnych „niespodzianek” nie było; nie było żadnych „sądnych dni” w Jerozolimie, Hamasowi nie udało się również podpalić West Banku czy nakłonić Hezbollah do utworzenia drugiego frontu z północy. Choć bardzo się o to starali, międzynarodowa dyplomacja nie uznała ich za stronę konfliktu równoważną Izraelowi. Rezolucja ONZ w ogóle nie wymienia nazwy Hamasu, a wszystko, co ważne w sprawie Korytarza Filadelfijskiego, zostanie ustalone między Izraelem a Egiptem. Reakcje państw arabskich były wstrzemięźliwe, a w niektórych przypadkach nawet wobec Hamasu krytyczne. Za brak realnej pomocy kierownictwo Hamasu jest rozżalone nawet na Iran i Syrię. Jak to wyraził we wtorek przedstawiciel Hamasu w mieście Gaza- "mamy poczucie, że nasi bracia w Teheranie i Damaszku zdradzili nas, tak samo, jak reszta arabskich i islamskich rządów." Skutkiem przegranej Hamasu jest także schizma w jej kierownictwie na liderów z Gazy i liderów z Syrii. Teraz, jeśli Ismail Haniyeh w końcu wyjdzie ze swego niehonorowego ukrycia, najprawdopodobniej czeka go fala krytyki za to, że opuścił swoich ludzi w czasie wojny.
Izrael chce zniszczyć z infrastruktury militarnej Hamasu, jak najwięcej się tylko da, a szczególnie jak najwięcej tuneli służących przemytowi broni na granicy z Egiptem. Od początku operacji „Lany Ołów” armia izraelska zniszczyła ponad 250 tuneli, ale, zdaniem izraelskiego wywiadu, pozostało jeszcze ponad 100 i Hamas dalej próbuje szmuglować nimi broń, w tym nowoczesną, taką, jak rakiety długiego zasięgu, czy nowoczesne materiały wybuchowe, artyleryjskie i przeciwlotnicze. W praktyce, to nie deklaracje Hamasu powzięte w kairskich negocjacjach zdecydują o stabilności i długotrwałości zawieszenia broni, lecz to, co się wydarzy na granicy między Gazą a Egiptem.
Egipt to wie. Wie też ukryty sponsor tej wojny, Iran. Dlatego 4 stycznia br. irańska organizacja Studenci Szukający Sprawiedliwości ustanowiła nagrodę jednego miliona dolarów dla kogokolwiek, kto zabije "kryminalistę", egipskiego prezydenta Hosni Mubaraka, za „kolaborację z syjonizmem”, a 13 stycznia rzecznik tej organizacji Sadeq Shahbazi ogłosił podwyższenie nagrody do 1,5 miliona dolarów. Irańska agencja Fars, która jako pierwsza informowała o obu ofertach, usunęła propozycję podwyżki niemal natychmiast po opublikowaniu, prawdopodobnie ze względu na to, że zachęcając do zabójstwa egipskiego prezydenta Sadeq Shahbazi przypomniał, że ponad 30 lat temu dżihadysta Khaled Al-Islambouli zamordował egipskiego prezydenta Anwara Sadata.
Anwar Sadat został zamordowany 6 października 1981 roku, w trakcie dorocznej parady zwycięstwa w Kairze, na skutek fatwy rzuconej na niego przez islamistycznego kleryka Omara Abdel-Rahmana (aktualnie odsiadującego dożywotni wyrok w USA za udział w zamachu na World Trade Center w 1993 roku). W kairskim zamachu oprócz Sadata zginęło jeszcze 11 osób, w tym ambasador Kuby, generał z Omanu, biskup koptyjski, a 28 zostało rannych, w tym minister obrony Irlandii James Tully i czterech oficerów armii USA. Dwóch zamachowców zabito na miejscu, Islambouli został schwytany i skazany na śmierć. Wyrok na nim wykonano w kwietniu 1982. W trakcie późniejszych procesów skazano na wyroki więzienia ponad 300 radykalnych islamistów powiązanych z zamachem, w tym takich, jak Ayman al-Zawahiri, Omar Abdel-Rahman i Abd al-Hamid Kishk. Ze względu na znajomość angielskiego Zawahiri stał się de facto rzecznikiem oskarżonych i udzielił wielu wywiadów zachodnim dziennikarzom. Uwolniony z więzienia w 1984, udał się do Afganistanu i nawiązał bliską współpracę z Osamą Bin Ladenem i awansował na rzecznika Al Kaidy. Zamach na Sadata, to okres formacyjny nowoczesnego terroryzmu, jaki go znamy dzisiaj, także w sensie personalnym. Iran ma „w nosie” opinie Zachodu, ale z całą pewnością zachęta do zamachów na arabskich braci oraz przypomnienie wątpliwej przeszłości niezbyt dobrze się przyczyniają do umocnienia pozycji Iranu w obrębie państw Ligi Arabskiej. Być może dlatego niefortunna wypowiedź zanadto szczerego islamisty została usunięta ze stron agencji Fars.
Korytarz Filadelfijski.
Tzw. Umowa Gaza-Jericho z 1994 roku między Izraelem a PLO ustanowiła stumetrowej szerokości korytarz wzdłuż granicy Gazy z Egiptem, którego celem miało być odseparowanie egipskiej części miasta Rafah od części palestyńskiej. Korytarz miał znajdować się pod kontrolą armii izraelskiej, która nadała mu kodową nazwę „Korytarz Filadelfijski”. Około 2000 roku lokalni Palestyńczycy, z których wielu współpracowało z Hamasem, rozpoczęli budowę podziemnych tuneli służących lukratywnemu handlowi. W miarę upływu czasu coraz większa część tego przemytu obejmowała broń.
„Oczywiście, ataki rakietowe na Gazę miały miejsce także przed wycofaniem Izraela” – pisze Dore Gold w The Wall Street Journal – „pierwsza rakieta Quassam została odpalona już w 2001 roku. Ale po wycofaniu się skala ataków się totalnie zmieniła. Ilość ataków rakietowych wzrosła o 500% (od 179 w 2005 do 946 w 2006). Po wycofaniu wzrósł także zasięg rakiet. Lokalnie wytwarzane rakiety Quassamy, które osiągały cele w zakresie 7 kilometrów, ustępowały na rzecz sprowadzanych z Iranu Katiusz i rakiet Grad, których zasięg wynosi 20 km. Użyto je po raz pierwszy w 2006 roku. W roku 2008 tunelami przemycano rakiety już o zasięgu 40 km. ... W następnej wojnie rakiety Hamasu mogą sięgnąć Tel Aviv”. Te ostatnie, jak alarmowała światowa prasa, stanowiły już bezpośrednie zagrożenie dla jedynej elektrowni atomowej w Izraelu.
Gazańskie tunele pozwalały także setkom członków bojówek Hamasu na opuszczanie strefy Gazy i udział w obozach treningowych na rzadko zaludnionych wzgórzach Synaj z udziałem organizacji egipskich islamistów Muzułmańskie Braterstwo czy w Iranie, z instruktorami z tamtejszej Gwardii Rewolucyjnej. Jeśli szmugiel pod Korytarzem Filadelfijskim nie zostanie powstrzymany, to wkrótce Hamas odnowi cały swój arsenał i cała ta wojna okaże się bez sensu.
Korekta Camp David
Egipska dyplomacja od początku wojny w Gazie wzbudza nasz podziw. Nie zważając na żadne presje, naciski, apele i pogróżki, egipska elita polityczna mówiła swoje i czyniła swoje, wedle własnego rozumu i własnych interesów, które się znajdują gdzieś pośrodku, pomiędzy interesami Palestyńczyków a interesami Izraela. Egipscy oficjele nie wahali się mówić ani o Hamasie, ani o planach Iranu; ich zdaniem Iran co prawda wspiera koncepcję palestyńskiego państwa, ale inaczej i na innych terytoriach, niż to sobie wyobraża Zachód. West Bank w tych planach zupełnie nie istnieje; zdaniem egipskich oficjeli Iran dąży do powołania spójnego terytorialnie państwa palestyńskiego, obejmującego swym terenem Gazę oraz egipski Synaj, zarządzanego przez marionetkowy, islamistyczny Hamas, a liczy na podpalenie ogni piekielnych pod następnym bliskowschodnim państwem, właśnie Egiptem.
Dzięki uporowi Egiptu, że od strony Gazy przejścia w Rafah strzec mogą tylko siły wierne prezydentowi Autonomii Palestyńskiej, lekko wygraną stroną konfliktu w Gazie jest także prezydent Abbas. Mimo ukończonej kadencji ma szansę wrócić do gry w Gazie, ale by się tam utrzymać, będzie musiał sobie poradzić z powodami, dla których swego czasu przegrał w Gazie wybory. Niemniej, niemal nic nie robiąc, zyskał w oczach międzynarodowej opinii publicznej: wygłaszał dramatyczne przemówienia w imieniu Palestyńczyków z Gazy, na tle Hamasu wygląda jak anioł - i ta fala może go jeszcze przez jakiś czas ponieść. Ale wielkimi arabskimi wygranymi wojny w Gazie są osobiście egipski prezydent Hosni Mubarak oraz jego Minister Wywiadu Omar Suleiman. Mubarak po mistrzowsku rozegrał dyplomatyczny mecz w Lidze Arabskiej, a w tym samym czasie Suleiman, wymieniany obecnie jako potencjalny następca 80-letniego Mubaraka, zdołał przyciągnąć Hamas do stołu negocjacyjnego i w dyplomatycznym maratonie, w którym posuwał się nawet do gróźb, zdołał wymusić na nich zgodę na zawieszenie broni, właściwie nic nie zostawiając z ich wstępnych warunków.
Między Izraelem a Egiptem doszło do swoistego status quo, gdzie obie strony się właściwie nie lubią, ale rozumieją nawzajem swoje pobudki i interesy. Izrael nie mógł nie dostrzec, że egipskie elity realnie naraziły się islamistom, dlatego niespecjalnie protestuje, chociaż niewątpliwie dostrzega, że na negocjacjach kairskich Egipt ugrał dla siebie korektę umów z Camp David. Wedle tych umów, po wycofaniu Izraela ze strefy Gazy maksymalna ilość żołnierzy egipskich na granicy z Gazą nie może przekraczać 750 osób. Egipt stanowczo odrzucił izraelskie, francuskie, amerykańskie (i czyjekolwiek) propozycje rozlokowania na tym terenie sił międzynarodowych.
Dzisiaj Egipt argumentuje, że 750 strażników granicznych to zbyt mało, by powstrzymać przemyt broni Korytarzem Filadelfijskim. Izrael, który wyciągnął wnioski z libańskiej lekcji, właściwie nie stawia w tej sprawie oporu, gdyż – z własnych powodów - ma nie najlepsze zdanie o siłach międzynarodowych: Rezolucja Rady Bezpieczeństwa nr 1701 zatrzymała Drugą Wojnę Libańską, ale, mimo wszelkich międzynarodowych obserwatorów, nie powstrzymała szmuglowania syryjskiej broni do Libanu. Do dzisiaj Hezbollah niemal potroił swój arsenał i znacznie go unowocześnił. Tunele są bardzo trudne do wykrycia, gdyż Hamas buduje na ich wylotach fałszywe budy, udające domy mieszkalne lub budowle przemysłowe. Po stronie egipskiej jest to samo. Część gazańskich makiet armia izraelska już zburzyła, Egipt zadeklarował, że zrobi to samo po swojej stronie, ale pod warunkiem utrzymania większego kontyngentu po swojej stronie. Pas niezabudowanej ziemi, bardziej aktywna rola Egiptu w uszczelnianiu granicy oraz technologia do wykrywania tuneli, już zadeklarowana przez USA i Niemcy, lepiej niż jakiekolwiek deklaracje Hamasu czy pisemne deklaracje o czasie trwania rozejmu mogą spowodować, że na jakiś czas aktywność Hamasu utrzyma się na niskim poziomie.
Trzeba jednak pamiętać, że celem kairskich negocjacji nie jest pokój, ani nawet rozejm, lecz tylko ograniczone w czasie zawieszenie broni. Kluczem do pokoju na Bliskim Wschodzie nie jest ani Izrael, ani Palestyńczycy, ani Egipt – lecz Teheran. Wydaje się nam, że to rozumie nowa administracja amerykańska Baraka Obamy. Ale o tym następnym razem.
z ostatniej chwili:
- arabski dziennikarz Jerusalem Post Khaled Abu Toameh donosi o kontrofensywie Fatah przeciwko Hamasowi na terenie West Bank. Trwają aresztowania. Rzecznicy Fatah podkreślają, że Khaled Mashaal (lider Hamasu z Damaszku) wielokrotnie nawoływał Palestyńczyków z West Banku do rozpoczęcia trzeciej intifady przeciwko kierownictwu Autonomii Palestyńskiej.
- Fatah ma powody się cieszyć. W wyniku ataku bombowego Izraela zginął hamasowski minister spraw wewnętrznych Gazy Said Sayyam. Ma na swoim koncie torturowanie Palestyńczyków i rozstrzeliwanie członków Fatah. W 2008 na jego rozkaz policja użyła broni maszynowej, moździerzy i rakiet przeciwko klanowi mieszkającemu niedaleko granicy z Izraelem za to, że odmówili wydania podejrzanych o wysadzenie w powietrze samochodu z oficjelami Hamasu. Czlonkowie klanu uciekali po ochronę w kierunku Izraela. Profil Saida Sayyama znajdziesz tu.
wtorek, 13 stycznia 2009
Hamastan
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz
W trzecim tygodniu wojny cały biznes w Gazie został „wyzerowany”, jak to barwnie określają sami Palestyńczycy. Ludność cywilna wychodzi z domów tylko po to, by stanąć w kolejce po żywność i ryzykuje przy tym życie. Szerzy się dezercja w szeregach około ośmiu tysięcy członków Hamasu i policji, którzy zostali zostawieni sami sobie z ogólnym rozkazem, by wystrzeliwać rakiety na Izrael i walczyć. Rozkaz wydali liderzy i dowódcy Hamasu, sami ukrywający się w bunkrach właściwie od pierwszego dnia wojny i nie bardzo troszczący się o zachowanie bieżącego kontaktu z własnymi siłami bezpieczeństwa. Wysoko wyszkolone, elitarne bojówki Hamasu, szacowane przed wojną na około 3,500 osób, utraciły co najmniej 550. Zabity został również komendant Al Kaidy na teren Gazy, Ghassen Maqdad.
Video (drastyczne)
Tymczasem na witrynie YouTube zaczęły się pokazywać filmy ukazujące „prawdziwą twarz Hamasu”. Jeden z nich, dokumentujący dramatyczną scenę aresztowania członków Fatah, być może został wykonany ukrytą kamerą przez jednego z członków Hamasu, który po prostu miał już dość. Tak to przynajmniej wygląda, ujęcia robione są z perspektywy kogoś, kto idzie obok konwoju więźniów, a ruchy kamery umożliwiają dostrzeżenie, że obok konwoju idą wyłącznie członkowie milicji Hamas. Bijąca z kadrów otwarta przemoc i okrucieństwo bardzo przypominają klimat okrucieństwa i przemocy emanujący z obrazów, jakie rejestrowały ukrytymi kamerami członkinie organizacji RAWA w Afganistanie za rządów Talibów. Skojarzenie powstaje także dlatego, że afgańskie filmy i dokumentacja docierały na Zachód, ale niemal nikt im nie wierzył, nawet działaczom praw człowieka często nie mieściło się w głowie, że obraz radośnie uśmiechniętego Taliba z przerzuconą przez ramię wiązką obciętych ludzkich stóp może nie być sfabrykowany. Świat wtedy nie dojrzał nawet do pierwszego zrozumienia, czym jest islamizm, w powszechnym użyciu był język „kulturowych różnic”, któremu często towarzyszyła skłonność do oskarżania o kulturowy imperializm osób aplikujących standardy zachodnich demokracji do opisu egotycznych społeczeństw. Podobnie dzisiaj, wyidealizowany obraz Palestyńczyka, walczącego z okrutnym najeźdźcą o prawo do samostanowienia, tymże samym ludziom często nie pozwala dostrzec, że Hamas kamieniuje kobiety, celowo okalecza lub zabija opozycję polityczną, a w miejscach zatrzymań torturuje ludzi, niekiedy aż do śmierci. Raporty palestyńskiej Niezależnej Komisji Praw Człowieka z Ramallah długo mijały bez echa, gdyż opinia publiczna Zachodu – szczególnie w Europie - była zbyt głęboko przeświadczona, że szlachetni Palestyńczycy nie mówią źle o innych szlachetnych Palestyńczykach, a jeśli tak czynią, to w złych intencjach i z izraelskiej inspiracji.
Prawdę o rządach Talibów upowszechniła dopiero wojna w Afganistanie. Podobnie prawdę o Gazie ujawnia dopiero wojna w Gazie. Ale nie tylko o Gazie i nie tylko o Bliskim Wschodzie. Wojna i zainicjowane przez Egipt negocjacje w sprawie zawieszenia broni ujawniły prawdę o skomplikowanej sieci wzajemnych relacji i o stanach zapalnych, podminowujących Bliski Wschód po Zimnej Wojnie, ale także prawdę o skostnieniu i głębokiej ignorancji Zachodu, który niekiedy zdaje się nie zauważać, że Zimna Wojna już dawno temu się skończyła, i najwyższy czas po niej posprzątać. Miarą zmian, jaka się w dokonała świadomości publicznej po 9/11, ale też miarą wzajemnego braku zrozumienia Bliskiego Wschodu i Zachodu jest to, że dziś arabski liberalny intelektualista Omran Salman, wydawca reformistycznej witryny Aafaq.org, krytykuje szefa Parlamentu Europejskiego za retorykę „różnic kulturowych”. 20 grudnia 2008 w trakcie pobytu w Omanie pełen dobrych intencji Hans-Gert Poettering powiedział, że arabskie demokracje muszą ewoluować od środka, uwzględniać lokalne wartości i tradycje, i że nie można wywierać na region Bliskiego Wschodu presji, by adoptował system demokratyczny w europejskim stylu. „Cóż mają znaczyć takie deklaracje, że system demokratyczny nadaje się wszędzie na świecie, prócz państw arabskich? ... To Niemcy po II wojnie światowej byli w szybkim tempie zdolni zaadaptować się do siłą narzuconej demokracji, a Arabowie nie? - pyta rozeźlony Salman, oskarżając Potteringa o ukryty rasizm i egoistyczne myślenie, które „w rzeczywistości tłumaczy się tak, że lepiej nie wywierać presji na demokratyzację [bliskowschodnich] dyktatur, ale spełniać ich życzenia w zamian za umowy, pieniądze i zyski, a ludzie mogą iść do piekła.” Jeśli komuś podoba się stanowisko Salmana w odniesieniu do dyktatur na Bliskim Wschodzie i zdolności funkcjonowania arabskich społeczeństw w systemie demokratycznym, powinien tą samą miarą mierzyć także Hamas. Islamizm nie jest „lokalnym kolorytem” ruchu narodowowyzwoleńczego. A właśnie tego zrozumienia dzisiejszym, zachodnim obrońcom praw człowieka często po prostu brak.
Negocjacje z Hamasem
Niewiele by było wiadomo o okolicznościach negocjacji pokojowych zainicjowanych przez Egipt, gdyby nie to, że oficjalni przedstawiciele egipskich władz zaczęli udzielać wywiadów dziennikarzom, w tym z „Jerusalem Post”. W piątek 9 stycznia liderzy Hamasu z Gazy po raz pierwszy zasygnalizowali gotowość uczestnictwa w negocjacjach na temat zawieszenia ognia bez żadnych warunków wstępnych i otrzymali zgodę na opuszczenie Gazy. Delegację stanowili Jemal Abu Hashem, który rzadko pokazuje się publicznie, Salah Bardaweel, lider frakcji parlamentarnej Hamasu oraz Heiman Ta'a, członek kierownictwa militarnego skrzydła Hamasu. Po dotarciu do El Arish w północnym Synaju zostali przetransportowani egipskim samolotem wojskowym do Kairu. W sobotę dołączyło do nich dwóch kolegów z Damaszku: szef operacji specjalnych Imad al Alami oraz członek politbiura Muhammad Nasser. Osobno do Kairu dotarł Mahmoud Abbas, prezydent Autonomii Palestyńskiej i zarazem przywódca Fatah. Negocjacje miały się rozpocząć w sobotę, organizował je minister wywiadu, generał Omar Suleiman i jego doradcy.
Rozmowy zapowiadały się całkiem dobrze, ale wtedy Khaled Meshaal, lider Hamasu zamieszkały na stałe w Damaszku, spuścił na stół negocjacyjny bombę. W oświadczeniu transmitowanym przez damaskańską telewizję wezwał Hamas do kontynuowania walki, aż Izrael zakończy ofensywę, wycofa się z Gazy i otworzy wszystkie przejścia. Również od Egiptu zażądał otwarcia przejścia, oświadczył, że Hamas nigdy nie zaakceptuje żadnych restrykcji na swoje zbrojenia, żadnych prób blokady Korytarza Filadelfijskiego (główna trasa przemytu broni do Gazy); zagroził też, że jacykolwiek obserwatorzy międzynarodowi czy wojska rozjemcze zostaną potraktowane jak „siła okupacyjna”. Zażądał zwołania szczytu państw arabskich, na który już wcześniej ani Egipt, ani Arabia Saudyjska nie wyraziły zgody, oraz wezwał świat arabski do intifady. Innymi słowy zażądał od Izraela całkowitego i natychmiastowego poddania się, a od Egiptu eksterytorialnego „korytarza” służącego nieskrępowanym zbrojeniom, i to uczynił warunkiem wstępnym nie pokoju, ale chwilowego zawieszenia ognia, wcale przy tym nie ukrywając, że jego celem jest remilitaryzacja Gazy i przygotowania do zapowiedzianej intifady.
I teraz przychodzi kolej na innych graczy. Przedstawiciel władz egipskich powiedział „The Jerusalem Post”, że „Irańczycy wysłali do Damaszku pilną misję, jak tylko usłyszeli o egipskiej inicjatywie zawieszenia broni”. Emisariuszami byli spiker irańskiego parlamentu Ali Larijani oraz Said Jalili z irańskiego wywiadu. W Syrii spotkali się właśnie z Khaledem Mashaalem i sekretarzem generalnym Islamskiego Dżihadu, Ramadanem Shallahem - „Irańczycy zagrozili Palestyńczykom wstrzymaniem dostaw broni i finansowania, jeśli zgodzą się na zawieszenie ognia z Izraelem. Iran chce walczyć z Izraelem i USA, ale pośrednio. Robią to za pomocą Hamasu w Palestynie i Hezbollahu w Libanie.” Zdaniem Egipcjan Teheran jest gotów na wojnę z Izraelem „do ostatniego Palestyńczyka” i dlatego stosuje podwójne standardy – z jednej strony nawołują do dżihadu, ale z drugiej – przywódca duchowy Iranu Ali Khamenei zakazał irańskim ochotnikom przyłączać się do walki przeciwko Izraelowi.
W podobnym tonie wypowiedział się Karam Jaber, wydawca egipskiego tygodnika Roz Al-Youssef – jego zdaniem Hamas znalazł się między syryjskim kowadłem a irańskim młotem – Iran zakazywał Hamasowi negocjować z Izraelem zawieszenie broni, a w tym samym czasie Syria szantażowała liderów Hamasu mieszkających w Damaszku, i dodał, że „historia tego Hamasowi nie zapomni, że spowodowali śmierć i zniszczenie Palestyńczyków. My mamy nadzieję, że Hamas się czegoś z tej lekcji nauczy i zrozumie, że toczy destrukcyjną wojnę na rzecz Iranu i Syrii”
Co myślą Arabowie?
W samej Gazie, w arabskich siedliskach Jerozolimy i w West Banku, coraz głośniej mówi się, że kierownictwo Hamasu siedzi w bunkrach, a samo wysyła cywili (i szeregowych członków Hamasu) na śmierć, i że są gotowi do walki z Izraelem „do ostatniego cywila”. Świat arabski ma coraz mniej cierpliwości dla Hamasu. Egipski analityk Magdi Khalil powiedział „Jerusalem Post”, że podziela pogląd Autonomii Palestyńskiej oraz egipskich władz, że za wojnę w Gazie jest odpowiedzialny Hamas. „Od momentu gdy przejęli władzę w Gazie” - dodał - „zamienili ten obszar w piekło. Narzucali ludziom rozmaite restrykcje, a nawet uniemożliwili pielgrzymki do Mekki.” Stwierdził też, że służby egipskiego wywiadu miały rację, kiedy ostatnio opisały Hamas jako „grupę gangsterów”. O poziomie niechęci do Hamasu świadczą też komentarze użytkowników witryny Al Jazeera, zamieszczone pod relacją z pamiętnego wystąpienia Khaleda Meshaala. Redakcja Al Jazeery, która do tej pory dopuszczała do publikacji niemal wyłącznie propalestyńskie wypowiedzi, dziś godzi się na i na takie komentarze, które adresują Hamas jako „bandę troglodytów”, „hipokrytów”, „pozbawionych rozumu” i „szaleńców”.
„Hamas odniósł sukces w ujawnieniu całemu światu czym jest” - pisze czytelnik z Nigerii - „Pokazali, że są bandą pozbawionych rozumu marionetek kontrolowanych z zewnątrz przez maniaków. Skoro dalej mówią o „zwycięstwie,” mimo, że już ponad 800 Palestyńczyków zostało zabitych, to sami pokazują, jak bardzo są obłąkani i pozbawieni rozumu.” Ibrahim z Iranu pyta: „czemu liderzy Hamasu cynicznie wykorzystują cywili i narażają na straty, kiedy sami się ukrywają 500 mil od Gazy albo pod ziemią? Skończcie odpalać te rakiety i miejcie trochę współczucia dla cywili, których narażacie.” Magnai z Mongolii dziwi się „dlaczego Hamas wzywa Arabów do walki z Izraelem? Gdyby Hamas nie wystrzeliwał rakiet na Izrael, to by się nic nie wydarzyło. Dlaczego liderzy Hamasu chowają się w bezpiecznych miejscach i wzywają swoich ludzi do walki do ostatniego człowieka? Skandal. Jeśli chcą, to niech sami umierają. A teraz chcą w swój problem wciągnąć cały arabski świat. Nie wystarczy im krwi niewinnych Palestyńczyków?” Kropkę nad i stawia N. Dias z Arabii Saudyjskiej: „Khaled próbuje zostać kolejnym herosem arabskiego świata, jak kiedyś Saddam Hussein, kiedy powiedział „to jest bitwa, matka wszystkich bitew”. Khaled Meshal może sobie dużo mówić z Syrii, w swoim eleganckim garniturze, kiedy w Gazie umierają niewinni ludzie. Niczego się nie nauczył od Saddama.”
Co myślą w Europie?
Opinia publiczna Zachodu dryfuje w podobnym kierunku, a nawet z podobnych powodów. Strach przed islamizmem spowodował, że zachwiało się tradycyjnie proarabske podejście Europy do konfliktu izraelsko- palestyńskiego. Jak to zauważa Lawrence Wright w rewelacyjnym wykładzie i książce o korzeniach i filozofii Al Kaidy, cichą przyczyną, nie wypowiadaną głośno przez nikogo, jest – zdaniem Wrighta – różna sytuacja muzułmańskiej ludności w USA i Europie. Jego zdaniem Ameryka, z jej tradycją szybkiego wchłaniania kolejnych fal emigracji, chyba jednak prezentuje arabskim Amerykanom jakąś ofertę życia i życiowego awansu; mimo ostracyzmów, jakie ich dotknęły po 9/11 - radykalny islamizm praktycznie nigdy w USA nie zafunkcjonował. Europa z jednej strony proarabska, umożliwiała Arafatowi zakładanie biur na terenie Europy czy nawet organizowała jego ucieczki (francuska marynarka pomogła mu uciec z Tripoli w 1983), ale z drugiej strony swoją sympatię do Arabów zdawała się rezerwować głównie dla tych, co mieszkają poza terenem Europy. Między innymi na tym tle wybuchły zamieszki we Francji, zainicjowane przez arabskich Francuzów w drugim i trzecim pokoleniu, skazanych na życie w gettach, na marginesie francuskiego społeczeństwa. Islam, islamizm, dla ludzi żyjących w poczuciu obcości i odrzucenia, a zarazem nie posiadających żadnych, innych korzeni - stawał się często sposobem na zdobycie jakiejś własnej tożsamości. Także u ludzi wykształconych i także u zadeklarowanych wcześniej ateistów. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania – wszędzie istnieją komórki radykalnego islamizmu, wokół radykalnych przywódców duchowych, ale też na uniwersytetach i w kręgach biznesu. Stąd zdumiewające awantury, połączone z groźbami śmierci, o karykaturę Mahometa w Holandii, albo nieudana próba porwania samolotów w Londynie i wysadzenia ich w powietrze nad Atlantykiem, w wykonaniu ludzi starannie wykształconych i pozornie nie posiadających żadnych powodów do buntu i radykalnych czynów. W tym miejscu godziwie byłoby się zgodzić z Wrightem, który po drobiazgowych badaniach źródeł terroryzmu Al Kaidy formułuje konkluzję, że nie o starcie cywilizacji chodzi, a wykorzenienie i wyobcowanie w obrębie tychże cywilizacji. Wbrew apokaliptycznym wizjom aroganckiego Huttingtona i szalonej Fallaci, ofiarami islamistycznego terroru padło więcej wyznawców islamu, niż chrześcijańskiego Zachodu.
Badania Pew Global Attitudes postaw w konflikcie izraelsko- palestyńskim zdają się świadczyć, że ciche topnienie postaw propalestyńskich dokonuje się w Europie już od pewnego czasu. Ankieta z 2006 wskazywała 38 procent poparcia dla Izraela, co oznacza prawie podwojenie wyniku w ciągu dwóch poprzedzających lat i 10 proc. przewagi nad respondentami wskazującymi poparcie dla Palestyńczyków. W Niemczech sympatię do Izraela wskazało 37 procent respondentów, co oznaczało 13-punktowy wzrost od 2004 roku oraz niemal dwukrotną przewagę nad postawami propalestyńczykami. Karim Bitar z Międzynarodowego Instytutu Stosunków Zagranicznych w Paryżu uważa, że proces ten zaczął się po zamachach na World Trade Center. Francuski intelektualista Dominique Moisi twierdzi wręcz, że europejscy politycy byliby szczęśliwi, gdyby Izrael zniszczył Hamas i na jego miejsce wstawił Fatah, i że widać bardzo wyraźnie, że koncepcja palestyńskiej państwowości właściwie niemal znikła z języka europejskiej polityki na rzecz dyskusji o pomocy humanitarnej i ekonomicznej.
Co myślą w Stanach Zjednoczonych?
Po drugiej stronie Atlantyku odbywa się proces odwrotny. Wraz z wyborem Baraka Obamy pojawiły się dosyć wyraźnie artykułowane nadzieje na ponowne otwarcie negocjacji prowadzących do powstania państwa palestyńskiego. Zbigniew Brzeziński w wywiadzie słynnym w amerykańskiej blogosferze z tego, że zamordował prowadzącego program Joe Scarborough'a stwierdzeniem „You know, you have such a stunningly superficial knowledge of what went on that it's almost embarrassing to listen to you” (na skutek czego jego córka Mika, współredaktorka programu, usiłowała schować się pod stół), przypomniał o przerwanych negocjacjach w Tuba. Zwrot nastrojów dotyczy także amerykańskich Żydów – jak to określają izraelscy publicyści, powoli wyczerpuje się ładunek „naiwnego patriotyzmu”. Możnaby więc zaryzykować stwierdzenie, że obie strony konfliktu palestyńsko – izraelskiego mogą mieć własne powody, by się obawiać długotrwałych trendów i zmian w opiniach publicznych, obie też mogą w tych zmianach dostrzec własne powody do satysfakcji. Robert Marquand z The Christian Science Monitor sugeruje, że obserwujemy zbliżanie się stanowisk po obu stronach Atlantyku. Jeśli tak jest, byłaby to bardzo dobra nowina dla procesu pokojowego, jako że zbliżanie stanowisk ma zawsze pozytywny wpływ na negocjacje. Byłaby to także bardzo dobra nowina dla obu bezpośrednich stron tego konfliktu, gdyż – choć się nazywa konfliktem izraelsko – palestyńskim, ani chwilę takim nie był. To konflikt bliskowschodni, który swoim zasięgiem – i ewentualnymi konsekwencjami – obejmuje miliony ludzi żyjących na obszarze wielu państw Bliskiego Wschodu, i dlatego nigdy nie mógł – i nigdy nie będzie rozwiązany bez mocnego udziału społeczności międzynarodowej. Innymi słowy, pokoju na Bliskim Wschodzie nie będzie, póki społeczność międzynarodowa nie porozumie się co do tego, co o nim myśleć.
Źródła:
Real Face of Hamas, the Murderer Of Palestinians, YouTube video, uploaded 4 sty 2009
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz, Hamas, Fatah, palestyński miraż i wojna, Planeta Terra, 5 styczeń 2009
Khaled Abu Toameh, Iran warns Hamas not to accept Egyptian truce proposal, The Jerusalem Post, Jan 12, 2009
Robert Marquand, Israel finds more sympathy in Europe, The Christian Science Monitor, 08.01.2009
Khaled Abu Toameh, From house arrests to executions - Hamas moves against Fatah 'collaborators' in Gaza. The Jerusalem Post, Jan 4, 2009
Mark Finkelstein, Zbig Brzezinski to Scarborough: 'So Stunningly Superficial, It's Almost Embarrassing To Listen To You', News Busters, 30 gru 2008
Hamas: Gaza war ends peace process, AlJazeera,
Meshaal Intervenes to Stop Hamas-Gaza from Succumbing to a Ceasefire, DEBKAfile Special Analysis, January 10, 2009
W trzecim tygodniu wojny cały biznes w Gazie został „wyzerowany”, jak to barwnie określają sami Palestyńczycy. Ludność cywilna wychodzi z domów tylko po to, by stanąć w kolejce po żywność i ryzykuje przy tym życie. Szerzy się dezercja w szeregach około ośmiu tysięcy członków Hamasu i policji, którzy zostali zostawieni sami sobie z ogólnym rozkazem, by wystrzeliwać rakiety na Izrael i walczyć. Rozkaz wydali liderzy i dowódcy Hamasu, sami ukrywający się w bunkrach właściwie od pierwszego dnia wojny i nie bardzo troszczący się o zachowanie bieżącego kontaktu z własnymi siłami bezpieczeństwa. Wysoko wyszkolone, elitarne bojówki Hamasu, szacowane przed wojną na około 3,500 osób, utraciły co najmniej 550. Zabity został również komendant Al Kaidy na teren Gazy, Ghassen Maqdad.
Video (drastyczne)
-przestrzelone kolana
-tzw Siły Wykonawcze Hamasu rozprawiają się ze "zdrajcami"
-transmisja live z zabijania członka Fatah
-to samo
-a potem ich zabija
-mord masowy
-Hamas strzela do tłumu zgromadzonego z okazji rocznicy śmierci Arafata
-milicja Hamasu strzela do cywili
-strzelają do pogrzebu
-strzelają do wesela
-zabijają chrześcijan
-Al Kasam i Policja Hamasu rozstrzeliwuje rodzinę Dormisz. na jednym z ujęć widać z bliska człowieka w trakcie umierania
Tymczasem na witrynie YouTube zaczęły się pokazywać filmy ukazujące „prawdziwą twarz Hamasu”. Jeden z nich, dokumentujący dramatyczną scenę aresztowania członków Fatah, być może został wykonany ukrytą kamerą przez jednego z członków Hamasu, który po prostu miał już dość. Tak to przynajmniej wygląda, ujęcia robione są z perspektywy kogoś, kto idzie obok konwoju więźniów, a ruchy kamery umożliwiają dostrzeżenie, że obok konwoju idą wyłącznie członkowie milicji Hamas. Bijąca z kadrów otwarta przemoc i okrucieństwo bardzo przypominają klimat okrucieństwa i przemocy emanujący z obrazów, jakie rejestrowały ukrytymi kamerami członkinie organizacji RAWA w Afganistanie za rządów Talibów. Skojarzenie powstaje także dlatego, że afgańskie filmy i dokumentacja docierały na Zachód, ale niemal nikt im nie wierzył, nawet działaczom praw człowieka często nie mieściło się w głowie, że obraz radośnie uśmiechniętego Taliba z przerzuconą przez ramię wiązką obciętych ludzkich stóp może nie być sfabrykowany. Świat wtedy nie dojrzał nawet do pierwszego zrozumienia, czym jest islamizm, w powszechnym użyciu był język „kulturowych różnic”, któremu często towarzyszyła skłonność do oskarżania o kulturowy imperializm osób aplikujących standardy zachodnich demokracji do opisu egotycznych społeczeństw. Podobnie dzisiaj, wyidealizowany obraz Palestyńczyka, walczącego z okrutnym najeźdźcą o prawo do samostanowienia, tymże samym ludziom często nie pozwala dostrzec, że Hamas kamieniuje kobiety, celowo okalecza lub zabija opozycję polityczną, a w miejscach zatrzymań torturuje ludzi, niekiedy aż do śmierci. Raporty palestyńskiej Niezależnej Komisji Praw Człowieka z Ramallah długo mijały bez echa, gdyż opinia publiczna Zachodu – szczególnie w Europie - była zbyt głęboko przeświadczona, że szlachetni Palestyńczycy nie mówią źle o innych szlachetnych Palestyńczykach, a jeśli tak czynią, to w złych intencjach i z izraelskiej inspiracji.Prawdę o rządach Talibów upowszechniła dopiero wojna w Afganistanie. Podobnie prawdę o Gazie ujawnia dopiero wojna w Gazie. Ale nie tylko o Gazie i nie tylko o Bliskim Wschodzie. Wojna i zainicjowane przez Egipt negocjacje w sprawie zawieszenia broni ujawniły prawdę o skomplikowanej sieci wzajemnych relacji i o stanach zapalnych, podminowujących Bliski Wschód po Zimnej Wojnie, ale także prawdę o skostnieniu i głębokiej ignorancji Zachodu, który niekiedy zdaje się nie zauważać, że Zimna Wojna już dawno temu się skończyła, i najwyższy czas po niej posprzątać. Miarą zmian, jaka się w dokonała świadomości publicznej po 9/11, ale też miarą wzajemnego braku zrozumienia Bliskiego Wschodu i Zachodu jest to, że dziś arabski liberalny intelektualista Omran Salman, wydawca reformistycznej witryny Aafaq.org, krytykuje szefa Parlamentu Europejskiego za retorykę „różnic kulturowych”. 20 grudnia 2008 w trakcie pobytu w Omanie pełen dobrych intencji Hans-Gert Poettering powiedział, że arabskie demokracje muszą ewoluować od środka, uwzględniać lokalne wartości i tradycje, i że nie można wywierać na region Bliskiego Wschodu presji, by adoptował system demokratyczny w europejskim stylu. „Cóż mają znaczyć takie deklaracje, że system demokratyczny nadaje się wszędzie na świecie, prócz państw arabskich? ... To Niemcy po II wojnie światowej byli w szybkim tempie zdolni zaadaptować się do siłą narzuconej demokracji, a Arabowie nie? - pyta rozeźlony Salman, oskarżając Potteringa o ukryty rasizm i egoistyczne myślenie, które „w rzeczywistości tłumaczy się tak, że lepiej nie wywierać presji na demokratyzację [bliskowschodnich] dyktatur, ale spełniać ich życzenia w zamian za umowy, pieniądze i zyski, a ludzie mogą iść do piekła.” Jeśli komuś podoba się stanowisko Salmana w odniesieniu do dyktatur na Bliskim Wschodzie i zdolności funkcjonowania arabskich społeczeństw w systemie demokratycznym, powinien tą samą miarą mierzyć także Hamas. Islamizm nie jest „lokalnym kolorytem” ruchu narodowowyzwoleńczego. A właśnie tego zrozumienia dzisiejszym, zachodnim obrońcom praw człowieka często po prostu brak.
Negocjacje z Hamasem
Niewiele by było wiadomo o okolicznościach negocjacji pokojowych zainicjowanych przez Egipt, gdyby nie to, że oficjalni przedstawiciele egipskich władz zaczęli udzielać wywiadów dziennikarzom, w tym z „Jerusalem Post”. W piątek 9 stycznia liderzy Hamasu z Gazy po raz pierwszy zasygnalizowali gotowość uczestnictwa w negocjacjach na temat zawieszenia ognia bez żadnych warunków wstępnych i otrzymali zgodę na opuszczenie Gazy. Delegację stanowili Jemal Abu Hashem, który rzadko pokazuje się publicznie, Salah Bardaweel, lider frakcji parlamentarnej Hamasu oraz Heiman Ta'a, członek kierownictwa militarnego skrzydła Hamasu. Po dotarciu do El Arish w północnym Synaju zostali przetransportowani egipskim samolotem wojskowym do Kairu. W sobotę dołączyło do nich dwóch kolegów z Damaszku: szef operacji specjalnych Imad al Alami oraz członek politbiura Muhammad Nasser. Osobno do Kairu dotarł Mahmoud Abbas, prezydent Autonomii Palestyńskiej i zarazem przywódca Fatah. Negocjacje miały się rozpocząć w sobotę, organizował je minister wywiadu, generał Omar Suleiman i jego doradcy.
Rozmowy zapowiadały się całkiem dobrze, ale wtedy Khaled Meshaal, lider Hamasu zamieszkały na stałe w Damaszku, spuścił na stół negocjacyjny bombę. W oświadczeniu transmitowanym przez damaskańską telewizję wezwał Hamas do kontynuowania walki, aż Izrael zakończy ofensywę, wycofa się z Gazy i otworzy wszystkie przejścia. Również od Egiptu zażądał otwarcia przejścia, oświadczył, że Hamas nigdy nie zaakceptuje żadnych restrykcji na swoje zbrojenia, żadnych prób blokady Korytarza Filadelfijskiego (główna trasa przemytu broni do Gazy); zagroził też, że jacykolwiek obserwatorzy międzynarodowi czy wojska rozjemcze zostaną potraktowane jak „siła okupacyjna”. Zażądał zwołania szczytu państw arabskich, na który już wcześniej ani Egipt, ani Arabia Saudyjska nie wyraziły zgody, oraz wezwał świat arabski do intifady. Innymi słowy zażądał od Izraela całkowitego i natychmiastowego poddania się, a od Egiptu eksterytorialnego „korytarza” służącego nieskrępowanym zbrojeniom, i to uczynił warunkiem wstępnym nie pokoju, ale chwilowego zawieszenia ognia, wcale przy tym nie ukrywając, że jego celem jest remilitaryzacja Gazy i przygotowania do zapowiedzianej intifady.
I teraz przychodzi kolej na innych graczy. Przedstawiciel władz egipskich powiedział „The Jerusalem Post”, że „Irańczycy wysłali do Damaszku pilną misję, jak tylko usłyszeli o egipskiej inicjatywie zawieszenia broni”. Emisariuszami byli spiker irańskiego parlamentu Ali Larijani oraz Said Jalili z irańskiego wywiadu. W Syrii spotkali się właśnie z Khaledem Mashaalem i sekretarzem generalnym Islamskiego Dżihadu, Ramadanem Shallahem - „Irańczycy zagrozili Palestyńczykom wstrzymaniem dostaw broni i finansowania, jeśli zgodzą się na zawieszenie ognia z Izraelem. Iran chce walczyć z Izraelem i USA, ale pośrednio. Robią to za pomocą Hamasu w Palestynie i Hezbollahu w Libanie.” Zdaniem Egipcjan Teheran jest gotów na wojnę z Izraelem „do ostatniego Palestyńczyka” i dlatego stosuje podwójne standardy – z jednej strony nawołują do dżihadu, ale z drugiej – przywódca duchowy Iranu Ali Khamenei zakazał irańskim ochotnikom przyłączać się do walki przeciwko Izraelowi.
W podobnym tonie wypowiedział się Karam Jaber, wydawca egipskiego tygodnika Roz Al-Youssef – jego zdaniem Hamas znalazł się między syryjskim kowadłem a irańskim młotem – Iran zakazywał Hamasowi negocjować z Izraelem zawieszenie broni, a w tym samym czasie Syria szantażowała liderów Hamasu mieszkających w Damaszku, i dodał, że „historia tego Hamasowi nie zapomni, że spowodowali śmierć i zniszczenie Palestyńczyków. My mamy nadzieję, że Hamas się czegoś z tej lekcji nauczy i zrozumie, że toczy destrukcyjną wojnę na rzecz Iranu i Syrii”
Co myślą Arabowie?
W samej Gazie, w arabskich siedliskach Jerozolimy i w West Banku, coraz głośniej mówi się, że kierownictwo Hamasu siedzi w bunkrach, a samo wysyła cywili (i szeregowych członków Hamasu) na śmierć, i że są gotowi do walki z Izraelem „do ostatniego cywila”. Świat arabski ma coraz mniej cierpliwości dla Hamasu. Egipski analityk Magdi Khalil powiedział „Jerusalem Post”, że podziela pogląd Autonomii Palestyńskiej oraz egipskich władz, że za wojnę w Gazie jest odpowiedzialny Hamas. „Od momentu gdy przejęli władzę w Gazie” - dodał - „zamienili ten obszar w piekło. Narzucali ludziom rozmaite restrykcje, a nawet uniemożliwili pielgrzymki do Mekki.” Stwierdził też, że służby egipskiego wywiadu miały rację, kiedy ostatnio opisały Hamas jako „grupę gangsterów”. O poziomie niechęci do Hamasu świadczą też komentarze użytkowników witryny Al Jazeera, zamieszczone pod relacją z pamiętnego wystąpienia Khaleda Meshaala. Redakcja Al Jazeery, która do tej pory dopuszczała do publikacji niemal wyłącznie propalestyńskie wypowiedzi, dziś godzi się na i na takie komentarze, które adresują Hamas jako „bandę troglodytów”, „hipokrytów”, „pozbawionych rozumu” i „szaleńców”.
„Hamas odniósł sukces w ujawnieniu całemu światu czym jest” - pisze czytelnik z Nigerii - „Pokazali, że są bandą pozbawionych rozumu marionetek kontrolowanych z zewnątrz przez maniaków. Skoro dalej mówią o „zwycięstwie,” mimo, że już ponad 800 Palestyńczyków zostało zabitych, to sami pokazują, jak bardzo są obłąkani i pozbawieni rozumu.” Ibrahim z Iranu pyta: „czemu liderzy Hamasu cynicznie wykorzystują cywili i narażają na straty, kiedy sami się ukrywają 500 mil od Gazy albo pod ziemią? Skończcie odpalać te rakiety i miejcie trochę współczucia dla cywili, których narażacie.” Magnai z Mongolii dziwi się „dlaczego Hamas wzywa Arabów do walki z Izraelem? Gdyby Hamas nie wystrzeliwał rakiet na Izrael, to by się nic nie wydarzyło. Dlaczego liderzy Hamasu chowają się w bezpiecznych miejscach i wzywają swoich ludzi do walki do ostatniego człowieka? Skandal. Jeśli chcą, to niech sami umierają. A teraz chcą w swój problem wciągnąć cały arabski świat. Nie wystarczy im krwi niewinnych Palestyńczyków?” Kropkę nad i stawia N. Dias z Arabii Saudyjskiej: „Khaled próbuje zostać kolejnym herosem arabskiego świata, jak kiedyś Saddam Hussein, kiedy powiedział „to jest bitwa, matka wszystkich bitew”. Khaled Meshal może sobie dużo mówić z Syrii, w swoim eleganckim garniturze, kiedy w Gazie umierają niewinni ludzie. Niczego się nie nauczył od Saddama.”
Co myślą w Europie?
Opinia publiczna Zachodu dryfuje w podobnym kierunku, a nawet z podobnych powodów. Strach przed islamizmem spowodował, że zachwiało się tradycyjnie proarabske podejście Europy do konfliktu izraelsko- palestyńskiego. Jak to zauważa Lawrence Wright w rewelacyjnym wykładzie i książce o korzeniach i filozofii Al Kaidy, cichą przyczyną, nie wypowiadaną głośno przez nikogo, jest – zdaniem Wrighta – różna sytuacja muzułmańskiej ludności w USA i Europie. Jego zdaniem Ameryka, z jej tradycją szybkiego wchłaniania kolejnych fal emigracji, chyba jednak prezentuje arabskim Amerykanom jakąś ofertę życia i życiowego awansu; mimo ostracyzmów, jakie ich dotknęły po 9/11 - radykalny islamizm praktycznie nigdy w USA nie zafunkcjonował. Europa z jednej strony proarabska, umożliwiała Arafatowi zakładanie biur na terenie Europy czy nawet organizowała jego ucieczki (francuska marynarka pomogła mu uciec z Tripoli w 1983), ale z drugiej strony swoją sympatię do Arabów zdawała się rezerwować głównie dla tych, co mieszkają poza terenem Europy. Między innymi na tym tle wybuchły zamieszki we Francji, zainicjowane przez arabskich Francuzów w drugim i trzecim pokoleniu, skazanych na życie w gettach, na marginesie francuskiego społeczeństwa. Islam, islamizm, dla ludzi żyjących w poczuciu obcości i odrzucenia, a zarazem nie posiadających żadnych, innych korzeni - stawał się często sposobem na zdobycie jakiejś własnej tożsamości. Także u ludzi wykształconych i także u zadeklarowanych wcześniej ateistów. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania – wszędzie istnieją komórki radykalnego islamizmu, wokół radykalnych przywódców duchowych, ale też na uniwersytetach i w kręgach biznesu. Stąd zdumiewające awantury, połączone z groźbami śmierci, o karykaturę Mahometa w Holandii, albo nieudana próba porwania samolotów w Londynie i wysadzenia ich w powietrze nad Atlantykiem, w wykonaniu ludzi starannie wykształconych i pozornie nie posiadających żadnych powodów do buntu i radykalnych czynów. W tym miejscu godziwie byłoby się zgodzić z Wrightem, który po drobiazgowych badaniach źródeł terroryzmu Al Kaidy formułuje konkluzję, że nie o starcie cywilizacji chodzi, a wykorzenienie i wyobcowanie w obrębie tychże cywilizacji. Wbrew apokaliptycznym wizjom aroganckiego Huttingtona i szalonej Fallaci, ofiarami islamistycznego terroru padło więcej wyznawców islamu, niż chrześcijańskiego Zachodu.
Badania Pew Global Attitudes postaw w konflikcie izraelsko- palestyńskim zdają się świadczyć, że ciche topnienie postaw propalestyńskich dokonuje się w Europie już od pewnego czasu. Ankieta z 2006 wskazywała 38 procent poparcia dla Izraela, co oznacza prawie podwojenie wyniku w ciągu dwóch poprzedzających lat i 10 proc. przewagi nad respondentami wskazującymi poparcie dla Palestyńczyków. W Niemczech sympatię do Izraela wskazało 37 procent respondentów, co oznaczało 13-punktowy wzrost od 2004 roku oraz niemal dwukrotną przewagę nad postawami propalestyńczykami. Karim Bitar z Międzynarodowego Instytutu Stosunków Zagranicznych w Paryżu uważa, że proces ten zaczął się po zamachach na World Trade Center. Francuski intelektualista Dominique Moisi twierdzi wręcz, że europejscy politycy byliby szczęśliwi, gdyby Izrael zniszczył Hamas i na jego miejsce wstawił Fatah, i że widać bardzo wyraźnie, że koncepcja palestyńskiej państwowości właściwie niemal znikła z języka europejskiej polityki na rzecz dyskusji o pomocy humanitarnej i ekonomicznej.
Co myślą w Stanach Zjednoczonych?
Po drugiej stronie Atlantyku odbywa się proces odwrotny. Wraz z wyborem Baraka Obamy pojawiły się dosyć wyraźnie artykułowane nadzieje na ponowne otwarcie negocjacji prowadzących do powstania państwa palestyńskiego. Zbigniew Brzeziński w wywiadzie słynnym w amerykańskiej blogosferze z tego, że zamordował prowadzącego program Joe Scarborough'a stwierdzeniem „You know, you have such a stunningly superficial knowledge of what went on that it's almost embarrassing to listen to you” (na skutek czego jego córka Mika, współredaktorka programu, usiłowała schować się pod stół), przypomniał o przerwanych negocjacjach w Tuba. Zwrot nastrojów dotyczy także amerykańskich Żydów – jak to określają izraelscy publicyści, powoli wyczerpuje się ładunek „naiwnego patriotyzmu”. Możnaby więc zaryzykować stwierdzenie, że obie strony konfliktu palestyńsko – izraelskiego mogą mieć własne powody, by się obawiać długotrwałych trendów i zmian w opiniach publicznych, obie też mogą w tych zmianach dostrzec własne powody do satysfakcji. Robert Marquand z The Christian Science Monitor sugeruje, że obserwujemy zbliżanie się stanowisk po obu stronach Atlantyku. Jeśli tak jest, byłaby to bardzo dobra nowina dla procesu pokojowego, jako że zbliżanie stanowisk ma zawsze pozytywny wpływ na negocjacje. Byłaby to także bardzo dobra nowina dla obu bezpośrednich stron tego konfliktu, gdyż – choć się nazywa konfliktem izraelsko – palestyńskim, ani chwilę takim nie był. To konflikt bliskowschodni, który swoim zasięgiem – i ewentualnymi konsekwencjami – obejmuje miliony ludzi żyjących na obszarze wielu państw Bliskiego Wschodu, i dlatego nigdy nie mógł – i nigdy nie będzie rozwiązany bez mocnego udziału społeczności międzynarodowej. Innymi słowy, pokoju na Bliskim Wschodzie nie będzie, póki społeczność międzynarodowa nie porozumie się co do tego, co o nim myśleć.
Źródła:
Real Face of Hamas, the Murderer Of Palestinians, YouTube video, uploaded 4 sty 2009
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz, Hamas, Fatah, palestyński miraż i wojna, Planeta Terra, 5 styczeń 2009
Khaled Abu Toameh, Iran warns Hamas not to accept Egyptian truce proposal, The Jerusalem Post, Jan 12, 2009
Robert Marquand, Israel finds more sympathy in Europe, The Christian Science Monitor, 08.01.2009
Khaled Abu Toameh, From house arrests to executions - Hamas moves against Fatah 'collaborators' in Gaza. The Jerusalem Post, Jan 4, 2009
Mark Finkelstein, Zbig Brzezinski to Scarborough: 'So Stunningly Superficial, It's Almost Embarrassing To Listen To You', News Busters, 30 gru 2008
Hamas: Gaza war ends peace process, AlJazeera,
Meshaal Intervenes to Stop Hamas-Gaza from Succumbing to a Ceasefire, DEBKAfile Special Analysis, January 10, 2009
poniedziałek, 5 stycznia 2009
Hamas, Fatah, palestyński miraż i wojna.
Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz
Wystarczy kilka godzin, by świecka epoka Gazy minęła bez śladu … dziś kończy się herezja. Dzisiaj walka toczy się między Islamem a niewiernymi i zakończy się zwycięstwem wiary. [Po swoim zwycięstwie] Hamas otworzy ramiona dla [członków] sił bezpieczeństwa, aby powrócili do wiary, gdyż Islam jest szczodry dla niewiernych [którzy się nawrócą]. My dzierżymy prawdę, a oni [reprezentują] fałsz…. jakże byśmy mogli nie walczyć przeciwko tym, którzy zbezczeszczają świętość Allacha, zabijają kleryków i wyprzedają palestyńską sprawę, tym, co bluźnili w domach modlitwy, palili meczety, egzemplarze Koranu i pomoce edukacyjne [do nauczania Islamu], a także zabijali bojowników islamskich? Będziemy prowadzić dialog z tymi [ludźmi] tylko przez celowniki naszej broni” - Kto to powiedział, kiedy i o kim?
Słowa te padły w trakcie zbrojnego przejmowania kontroli nad strefą Gazy, w czerwcu 2007 roku. Wypowiedział je zabity ostatnio w ataku izraelskim na Gazę szejk Nizer Rayan, który często – także w polskiej prasie - bywał opisywany jako “profesor prawa islamskiego” i “uczony”. Niewiernymi, którym obiecywał dialog za pomocą celowników, byli Palestyńczycy z Fatah, a raczej ogólnie, Palestyńczycy opowiadający się za świeckim państwem.
Przemoc wobec Palestyńczyków jest głęboko wpisana w historię Hamasu. Po swoim uformowaniu w 1987 jako zbrojne ramię zdelegalizowanego później stowarzyszenia al-Mudżammat ul-Islami Hamas zajmował się głównie zwalczaniem bardziej pokojowo nastawionych Palestyńczyków, których uznał za przeszkodę w przyszłym dżihadzie przeciwko Izraelowi. Od pobić do tortur i morderstw, rozmaite źródła podają rozmaite szacunki, ale najczęściej powtarza się, że w czasie pierwszej intifady zamachowcy z Hamasu zabili co najmniej kilkudziesięciu Palestyńczyków. Proklamując prymat szariatu nad prawem cywilnym Hamas stosuje chłostę, a czasem zabójstwo za zdradę (także małżeńską), pijaństwo, narkotyki, a także “niemoralne prowadzenie się”. Torturuje nie tylko wrogów, ale i swoich, niewystarczająco posłusznych. Mosab Hassan Yousef, syn jednego z prominentnych liderów Hamasu szejka Hassan Yousef, nie tylko, że tą informację potwierdza, ale twierdzi też, że na własne oczy widział, jak liderzy Hamasu osobiście torturowali członków tej organizacji.
Hamas przejął kontrolę nad Gazą za pomocą około 10 tysięcy bojówkarzy, w tym około 6 tysięcy policjantów z uformowanych przez rząd Hamasu Policyjnych Sił Wykonawczych oraz około 4 tysięcy uzbrojonych członków Brygad Izz al-Din al-Qassam. Siły Hamasu były dobrze wytrenowane w toku niemal dwuletnich szkoleń, zorganizowane w quasi-militarne formacje i znakomicie wyposażone w broń, w tym karabiny snajperskie, wyposażenie noktowizyjne, granatniki, moździerze, środki komunikacji i niezliczoną ilość amunicji. Po drugiej stronie Fatah, lojaliści Abbasa i tamtejsze narodowe siły bezpieczeństwa liczyły razem 60 tysięcy ludzi, ale większość z nich nigdy nie przeszła wojskowego treningu, byli słabo uzbrojeni, głównie w lekką broń i mieli tylko nieznaczne zapasy amunicji. Praktycznie można tą sytuację opisać jako wystąpienie jednostek elitarnych przeciwko cywilom. Dzięki fatwom, edyktom religijnym, które zdefiniowały Fatah jako heretyków i zdrajców, zabijanie Palestyńczyków przez Palestyńczyków stało się możliwe: Hamas traktuje Fatah jako “mortadin”, czyli tych, którzy opuścili Drogę Islamu po śmierci proroka Mahometa. Następca Mahometa kalif Abu Bakr wydał edykt, który nie tylko pozwala, ale wręcz zachęca do zabijania “mortadin”. I to właśnie zapowiadał swoim ziomkom uczony profesor Nizer Rayan. To samo zapowiada statut Hamasu: śmierć Izraelowi, z powołaniem się na Koran i “Protokoły mędrców Syjonu” oraz śmierć mortadin, gdyż Palestyna, która ma powstać w miejsce startego z mapy Izraela, ma być państwem islamskim, w którym obowiązuje szariat.
Pełzająca wojna domowa
Dziennikarze opisujący stan rzeczy wewnątrz Autonomii Palestyńskiej używają oględnych określeń: “konflikt”, “napięcia”, “starcia”, ale w rzeczywistości to długotrwała, pełzająca wojna domowa, która niekiedy wybucha gorętszym płomieniem, i w której rannych nie liczy nikt, a liczba zabitych jest co najmniej dwukrotnie wyższa, niż od początku nalotów izraelskich na cele Hamasu w Gazie do chwili obecnej. Szóstego czerwca 2007 roku agencja Reuters podała, że od zwycięskich dla Hamasu wyborów w styczniu 2006 w wyniku walk wewnętrznych zabito 616 Palestyńczyków. Roczny raport Palestyńskiej Niezależnej Komisji Praw Obywatelskich z siedzibą w Ramallah za rok 2006 podaje, że w walkach frakcyjnych zabito 345 Palestyńczyków, a w pierwszych pięciu miesiącach 2007 kolejnych 271. Raport za 2007 tejże komisji, przemianowanej tymczasem na Niezależną Komisję Praw Człowieka, już prawie w całości poświęcony jest dramatycznym konsekwencjom konfliktu Hamas – Fatah. Jego autorzy oceniają, że był to najgorszy rok z dotychczasowych dziejów Autonomii Palestyńskiej. Zapewne w raporcie o roku 2008 napiszą, że jednak może być jeszcze gorzej.
Żadna ze stron tego konfliktu nie ma czystych rąk, nie tylko Hamas, ale i Fatah ma swoją niechlubną historię, ale wydaje się, że podejście do procesu pokojowego, a przede wszystkim wizja przyszłego państwa palestyńskiego dzielą ich naprawdę. Niemniej do animozji politycznych między Hamasem i Fatahem systematycznie dopisywano zwyczajne rachunki krzywd i wołania o pomstę. Dobrym przykładem takich cyklicznych, wzajemnych rewanżów i przemocy, charakteryzujących pierwszą połowę 2007 roku, są wydarzenia z drugiej połowy stycznia w obozie dla uchodźców w Jabalya, kiedy to eksplodująca na poboczu drogi bomba poraniła siedmiu członków przejeżdżającego tamtędy Hamasu. W odwecie już kilka godzin później Hamas odpalił rakiety na dom Nabila Jarjir z Fatah. Kiedy rannego mężczyznę sąsiedzi wieźli do szpitala, rajderzy Hamasu zatrzymali ich auto i zabili Jarjira strzałem w głowę. I znowu, nim upłynęła godzina, pojawiło się oświadczenie “Ci, co zabili Jarjija, zostaną ukarani”..
Ale najgorsze wydarzyło się w połowie roku i później. 15 maja rozpoczęła się pierwsza tura tego, co się dzieje teraz: na ponad 200 rakiet wystrzelonych z terenu Gazy Izrael odpowiedział atakiem z powietrza. Wcześniej Hamas przeszmuglował do Gazy ogromną ilość broni, w tym ręcznej, która miała być użyta przeciwko Izraelowi, ale spora jej część została użyta przeciwko Palestyńczykom. W ciągu tylko 4 dni najgorętszych walk w czerwcu 2007 roku zginęło co najmniej 116 osób, a 550 zostało rannych. W listopadzie 2007 roku ustawieni na dachach domów, uzbrojeni w broń maszynową bojówkarze Hamasu otworzyli ogień do 200-tysięcznego tłumu przybyłego na zorganizowany przez Fatah miting upamiętniający trzecią rocznicę śmierci Arafata. Zabito co najmniej 6 osób, raniono ponad 80, a jakaś liczba osób została stratowana w trakcie panicznej ucieczki. W sierpniu 2008 w obozie uchodźców Sadżaija policjanci Hamasu otoczyli zabudowania klanu rodzinnego Heles, sympatyzującego z Fatahem. W wyniku starcia zginęły 4 osoby, a co najmniej 30 osób cywilnych, w tym dzieci, zostało ranne lub ciężko ranne. 1 stycznia 2008 rozpoczął się od ośmiu osób zabitych w walkach Hamasu z Fatahem; lista ofiar starć wewnątrzpalestyńskich wydłużała się stale aż do wybuchu obecnej wojny w Gazie i nawet wtedy nie została zamknięta.
Rok 2007 – najgorszy w historii Autonomii Palestyńskiej
Do 345 Palestyńczyków zabitych w walkach frakcyjnych w 2006 roku, kolejny doroczny raport Palestyńskiej Komisji Praw Człowieka dodaje kolejnych 585 zabitych w roku 2007, w tym 346 bezpośrednio w trakcie walk frakcyjnych, co razem daje 691 osób zabitych w walkach Hamasu z Fatahem tylko w ciągu dwóch lat - z czego niemal wszyscy zostali zabici na terenie Gazy, a aż 190 w czerwcu 2007, a ponad 900 ogółem. W liczbie dotyczącej 2007 roku 529 osób zostało zabitych od kul lub środków wybuchowych, Wśród zabitych było 87 dzieci i 45 kobiet, w tym 18 kobiet zabitych w tak zwanych “honorowych zbrodniach” (zabójstwo kobiety w przekonaniu, że naruszyła honor rodziny, dobre obyczaje, etc). Raport podaje kolejnych 41 przypadków śmierci z powodu “niedostępności zasobów bezpieczeństwa publicznego” co prawdopodobnie oznacza brak pomocy medycznej dla osób rannych lub chorych oraz kolejnych 11 “zaginięć obywateli z nieznanych przyczyn”. Kolejnych 5 stwierdzonych przypadków śmierci miało miejsce w instytucjach bezpieczeństwa na terenie Gazy i West Banku, w tym 2 przypadki śmierci z wysokim prawdopodobieństwem w wyniku tortur i okrutnego traktowania na terenie Gazy. Komisja otrzymała ogółem 491 zażaleń na naruszenie prawa obywateli do fizycznego bezpieczeństwa, najczęściej na okrutne traktowanie czy tortury w trakcie zatrzymania lub śledztwa, co jest najwyższą liczbą tego rodzaju zażaleń od 1996 roku.
Nieznana jest liczba rannych w tym czasie oraz trwale okaleczonych. Walki toczono za pomocą każdej dostępnej broni, z zamachami bombowymi włącznie, przez obie strony konfliktu. Przede wszystkim w czerwcu 2007 “popełniano bardzo poważne naruszenia praw człowieka, szczególnie przeciwko prawu do życia i fizycznego bezpieczeństwa, prawa rannych i chorych do ochrony i opieki medycznej oraz prawa do wolności osobistej” – podaje Raport na stronie 50 - “Miały także miejsce zabójstwa pozasądowe, traktowano ludność cywilną jako cele i używano ją jako żywych tarcz, a w trakcie operacji zbrojnych używano cywilnych konstrukcji, takich jak domy mieszkalne.” Raport nie podaje ilości tego rodzaju incydentów, ale musiało ich być wystarczająco wiele, by w jednym z zaleceń dla władz palestyńskich znalazło się i takie: “Rozwinąć specjalne standardy co do otwierania ognia przez członków rozmaitych sił bezpieczeństwa w celu zwalczania intensywnego używania siły w odniesieniu do cywili”. Szczególnie przed przejęciem władzy przez Hamas, o wypadki śmierci w wyniku starć zbrojnych można oskarżać obie strony, do pewnego stopnia również i później, choć stroną kontrolującą sytuację jest niewątpliwie Hamas.
Oprócz zabójstw miały też miejsce przypadki terroru psychicznego, ograniczanie praw i wolności obywatelskich. W tym względzie sytuacja pogorszyła się na obu terytoriach palestyńskich, choć dużo poważniej na terenie Gazy. Rząd Hamasu zakazał członkom Fatah noszenia broni w miejscach publicznych. We wrześniu w miejsce dotychczasowej Najwyższej Rady Sądownictwa powołał Najwyższą Radę Sprawiedliwości w Strefie Gazy, co w ograniczyło jurysdykcję sądownictwa Autonomii tylko do West Bank. Wymieniano też istniejące kadry wymiaru sprawiedliwości, szczególnie na najwyższych stanowiskach, przez co, oraz ze względu na zamachy, w drugiej połowie roku sądy Gazy i jej prokuratury w ogóle przestały działać, a los osób zatrzymywanych poważnie się pogorszył: często aresztowań dokonywały instytucje, które w ogóle nie mają uprawnień, wielu zatrzymanym nie podawano powodów zatrzymania, wielu stawiano fałszywe zarzuty kryminalne, wielu uniemożliwiano komunikacje ze światem zewnętrznym, w tym rodzinom i adwokatom. Osoby przetrzymywano nie tylko w przeznaczonych do tego celu aresztach i więzieniach, ale w rozmaitych pomieszczeniach służb bezpieczeństwa i militarnych. Dokładna liczba tych miejsc nie jest znana. Przeszukiwano osoby i pomieszczenia, w tym pomieszczenia mieszkalne, bez nakazu lub przez instytucje do tego nie przewidziane.
W 2007 roku palestyńskich dziennikarzy zatrzymywano, bito, napadano, a nawet zabijano. Media były używane do szerzenia nieprawdy lub szkalowania osób publicznych. Instytucje akademickie, kafejki internetowe, sklepy sprzedające kasety video i CD były wysadzane w powietrze. Ogromna ilość takich incydentów spowodowała, że organizacja Reporterzy bez Granic umieściła Autonomię Palestyńską (Gaza i West Bank, jako całość) na 158 miejscu wśród 169 krajów indeksu mierzącego poziom wolności prasy i wolności słowa.
Nagminnie naruszano też prawo do wolności zrzeszania się i zgromadzeń: atakowano pokojowe zgromadzenia i przemarsze, wesela, stowarzyszenia, organizacje społeczeństwa obywatelskiego, związki zawodowe i biura partii politycznych. Popełniano przestępstwa przeciwko wolności wyznania, atakując meczety, kościoły chrześcijańskie i miejsca modłów innych wyznań. Znacząca liczba obrońców praw człowieka, tak osób indywidualnych, jak i organizacji (w tym także autorzy omawianego tu raportu), została poddana intensywnym prześladowaniom: grożono im bronią, konfiskowano sprzęt, dokumenty, a nawet karty identyfikacyjne, fabrykowano przeciwko nim rozmaite oskarżenia, zakazywano wstępu do ośrodków zatrzymań lub grożono, że już z nich nie wyjdą, organizowano przeciwko nim kampanie publiczne i snuto podejrzenia.
W trakcie wojny z Izraelem
Palestyńczycy przywitali dzień 1 stycznia 2008 roku śmiercią ośmiu osób zabitych w walkach Hamasu z Fatahem, a 1 stycznia 2009 roku zabitymi i rannymi w wyniku izraelskiej akcji wojskowej. Ale to wcale nie znaczy, że walki wewnętrzne ustały, przeciwnie - od początku operacji wojskowej Izraela milicja Hamasu nasiliła prześladowania członków Fatah, którzy podają, że co najmniej 75 członków tej organizacji zostało postrzelonych w nogi, podczas gdy innym połamano ręce. Strzał w nogi był specjalnością Hamasu już w trakcie zdobywania władzy w Gazie: przestrzeliwano kolana bronią przystawioną do nogi pod specjalnym kątem, aby mieć pewność, że ofiara już nigdy nie będzie chodzić. Tak został potraktowany np. Wisam Abu Jalhoum z obozu Jabalya, który nieostrożnie wyraził zadowolenie z ataków powietrznych Izraela na cele Hamasu.
Fahmi Za'arir, rzecznik Fatah z West Banku, oskarżył Hamas o wykonanie egzekucji na nieznanej liczbie więźniów z Fatah oraz o zastrzeleniu na ulicy co najmniej dwóch członków Fatah przez milicję Hamasu, zaraz po wypuszczeniu ich z więzienia. Zabici nazywali się Nasser Muhana i Saher al-Silawi. Członkowie Fatah, którzy poszli na ich pogrzeb, zostali w konsekwencji mocno pobici przez hamasowską milicję, oskarżającą ich o kolaborację z Izraelem. Potwierdza się również informacja o zabijaniu więźniów. Źródła zbliżone do Hamasu podały w ten weekend, że wykonano egzekucje na co najmniej 35 Palestyńczykach przetrzymywanych w rozmaitych instalacjach wojskowych Hamasu, zatrzymanych na podstawie podejrzeń, że mogą kolaborować z Izraelem. Źródła te cytowały liderów Hamasu mówiących, że decyzja o zabiciu podejrzanych o współpracę z Izraelem zapadła z powodu obaw, że Izrael może spróbować ich uwolnić podczas ofensywy lądowej, i że na co najmniej połowie z nich wyrok wykonywali krewni milicjantów Hamasu zabitych w atakach powietrznych Izraela na skutek informacji przekazywanych Izraelowi przez “kolaborantów”.
Przedstawiciel Hamasu z miasta Gazy oświadczył, że istotnie siły bezpieczeństwa podjęły “szeroko zakrojoną akcję prewencyjną, zmierzającą do uniemożliwienia Fatahowi siania anarchii i chaosu” oraz potwierdził, że wielu członków Fatah zostało postrzelonych w nogi, “by mieć pewność, że nie pomogą Izraelowi”. Dodał, że wg. informacji docierających do jego rządu, prezydent Mahmoud Abbas instruuje swoich lojalistów, aby podjęli działania przeciwko Hamasowi: “Zabijemy ich wszystkich jeśli spróbują pomóc Izraelowi obalić nasz rząd. Publicznie powiesimy Mahmouda Abbasa i [byłego szefa bezpieczeństwa Fatah] Muhammada Dahlana jeśli spróbują wjechać do Gazy na izraelskich czołgach”. Według Hamasu Fatah jest winien podwójnie: zdradzili religię, a teraz zdradzają Gazę. Oficjele i sympatycy Hamasu publicznie oskarżają już nie pojedyńcze osoby, a Fatah jako całość, o spiskowanie z Izraelem, włącznie z koncepcją, że atak izraelski został cichcem uzgodniony przez Izrael i władze z West Banku, a jego celem jest przywrócenie władzy Abbasa nad Gazą.
W ramach akcji prewencyjnej na kilkudziesięciu kolejnych członków Fatah nałożono areszt domowy z obawy, że mogą wykorzystać sytuację dla odzyskania kontroli w Gazie. Decyzja o areszcie domowym została wydana przez wzbudzający największy strach “Aparat Bezpieczeństwa Wewnętrznego”. Ogólna liczba Palestyńczyków zabitych, ranionych i okaleczonych w wyniku “działań prewencyjnych” nie jest znana i prawdopodobnie już nigdy nie zostanie poznana, gdyż z dużym prawdopodobieństwem można spodziewać się, że ofiary te zostaną dopisane na konto Izraela.
W czasie, gdy Hamas aresztuje członków Fatah, policja West Banku pozwala na demonstracje solidarności z Palestyńczykami z Gazy, ale aresztuje natychmiast wszystkich próbujących rozwijać białozielone flagi Hamasu lub wznosić okrzyki popierające Hamas. “Fragmentaryzacja ruchu palestyńskiego naprawdę frustruje populację” – mówi Qais Abdul Karim z West Banku, członek Palestyńskiej Rady Legislacyjnej, który nie należy ani do Fatah, ani Hamasu - “Nie ma jedności w ruchu narodowym i nie ma jedności na ulicy. Te ataki [izraelskie] tylko pogłębiły podziały. A powinno być odwrotnie.” Być może to owa frustracja jest powodem, że palestyńskie protesty poza strefą Gazy były słabsze, niż się spodziewali analitycy.
Państwo palestyńskie nigdy nie było tak wielkim mirażem, jak teraz. I to nie dlatego, a przynajmniej nie tylko z powodu Izraela…
źródła:
The Status of Human Rights in Palestine, 2007. 13‘th Annual Report, Niezależna Komisja Praw Człowieka, Ramallah, 2008.
Ronny Shaked, Gaza clashes are over values, way of life and future Palestinian identity, YnetNews, 02. kwiecień 2007
Palestinian Public Opinion Poll No (30), Palestinian Center for Policy and Survey Research (PSR), 3-5 grudzień 2008
Khaled Abu Toameh, Palestinian Affairs: Touted as traitors, The Jerusalem Post, 1 styczeń 2009
Son of Hamas Leader Gives Glimpse Into Terror Organization, Fox News, 3 styczeń 2009
Khaled Abu Toameh, Hamas moves on Fatah 'collaborators, The Jerusalem Post, 4 styczeń 2009
Griff Witte, Fatah, Hamas division widens, The Pittsburgh Post Gazette, 4 styczeń 2009
Muslims Against Sharia. Islamic Reform Movement - blog
Wystarczy kilka godzin, by świecka epoka Gazy minęła bez śladu … dziś kończy się herezja. Dzisiaj walka toczy się między Islamem a niewiernymi i zakończy się zwycięstwem wiary. [Po swoim zwycięstwie] Hamas otworzy ramiona dla [członków] sił bezpieczeństwa, aby powrócili do wiary, gdyż Islam jest szczodry dla niewiernych [którzy się nawrócą]. My dzierżymy prawdę, a oni [reprezentują] fałsz…. jakże byśmy mogli nie walczyć przeciwko tym, którzy zbezczeszczają świętość Allacha, zabijają kleryków i wyprzedają palestyńską sprawę, tym, co bluźnili w domach modlitwy, palili meczety, egzemplarze Koranu i pomoce edukacyjne [do nauczania Islamu], a także zabijali bojowników islamskich? Będziemy prowadzić dialog z tymi [ludźmi] tylko przez celowniki naszej broni” - Kto to powiedział, kiedy i o kim?
Słowa te padły w trakcie zbrojnego przejmowania kontroli nad strefą Gazy, w czerwcu 2007 roku. Wypowiedział je zabity ostatnio w ataku izraelskim na Gazę szejk Nizer Rayan, który często – także w polskiej prasie - bywał opisywany jako “profesor prawa islamskiego” i “uczony”. Niewiernymi, którym obiecywał dialog za pomocą celowników, byli Palestyńczycy z Fatah, a raczej ogólnie, Palestyńczycy opowiadający się za świeckim państwem.
Przemoc wobec Palestyńczyków jest głęboko wpisana w historię Hamasu. Po swoim uformowaniu w 1987 jako zbrojne ramię zdelegalizowanego później stowarzyszenia al-Mudżammat ul-Islami Hamas zajmował się głównie zwalczaniem bardziej pokojowo nastawionych Palestyńczyków, których uznał za przeszkodę w przyszłym dżihadzie przeciwko Izraelowi. Od pobić do tortur i morderstw, rozmaite źródła podają rozmaite szacunki, ale najczęściej powtarza się, że w czasie pierwszej intifady zamachowcy z Hamasu zabili co najmniej kilkudziesięciu Palestyńczyków. Proklamując prymat szariatu nad prawem cywilnym Hamas stosuje chłostę, a czasem zabójstwo za zdradę (także małżeńską), pijaństwo, narkotyki, a także “niemoralne prowadzenie się”. Torturuje nie tylko wrogów, ale i swoich, niewystarczająco posłusznych. Mosab Hassan Yousef, syn jednego z prominentnych liderów Hamasu szejka Hassan Yousef, nie tylko, że tą informację potwierdza, ale twierdzi też, że na własne oczy widział, jak liderzy Hamasu osobiście torturowali członków tej organizacji.
Hamas przejął kontrolę nad Gazą za pomocą około 10 tysięcy bojówkarzy, w tym około 6 tysięcy policjantów z uformowanych przez rząd Hamasu Policyjnych Sił Wykonawczych oraz około 4 tysięcy uzbrojonych członków Brygad Izz al-Din al-Qassam. Siły Hamasu były dobrze wytrenowane w toku niemal dwuletnich szkoleń, zorganizowane w quasi-militarne formacje i znakomicie wyposażone w broń, w tym karabiny snajperskie, wyposażenie noktowizyjne, granatniki, moździerze, środki komunikacji i niezliczoną ilość amunicji. Po drugiej stronie Fatah, lojaliści Abbasa i tamtejsze narodowe siły bezpieczeństwa liczyły razem 60 tysięcy ludzi, ale większość z nich nigdy nie przeszła wojskowego treningu, byli słabo uzbrojeni, głównie w lekką broń i mieli tylko nieznaczne zapasy amunicji. Praktycznie można tą sytuację opisać jako wystąpienie jednostek elitarnych przeciwko cywilom. Dzięki fatwom, edyktom religijnym, które zdefiniowały Fatah jako heretyków i zdrajców, zabijanie Palestyńczyków przez Palestyńczyków stało się możliwe: Hamas traktuje Fatah jako “mortadin”, czyli tych, którzy opuścili Drogę Islamu po śmierci proroka Mahometa. Następca Mahometa kalif Abu Bakr wydał edykt, który nie tylko pozwala, ale wręcz zachęca do zabijania “mortadin”. I to właśnie zapowiadał swoim ziomkom uczony profesor Nizer Rayan. To samo zapowiada statut Hamasu: śmierć Izraelowi, z powołaniem się na Koran i “Protokoły mędrców Syjonu” oraz śmierć mortadin, gdyż Palestyna, która ma powstać w miejsce startego z mapy Izraela, ma być państwem islamskim, w którym obowiązuje szariat.
Pełzająca wojna domowa
Dziennikarze opisujący stan rzeczy wewnątrz Autonomii Palestyńskiej używają oględnych określeń: “konflikt”, “napięcia”, “starcia”, ale w rzeczywistości to długotrwała, pełzająca wojna domowa, która niekiedy wybucha gorętszym płomieniem, i w której rannych nie liczy nikt, a liczba zabitych jest co najmniej dwukrotnie wyższa, niż od początku nalotów izraelskich na cele Hamasu w Gazie do chwili obecnej. Szóstego czerwca 2007 roku agencja Reuters podała, że od zwycięskich dla Hamasu wyborów w styczniu 2006 w wyniku walk wewnętrznych zabito 616 Palestyńczyków. Roczny raport Palestyńskiej Niezależnej Komisji Praw Obywatelskich z siedzibą w Ramallah za rok 2006 podaje, że w walkach frakcyjnych zabito 345 Palestyńczyków, a w pierwszych pięciu miesiącach 2007 kolejnych 271. Raport za 2007 tejże komisji, przemianowanej tymczasem na Niezależną Komisję Praw Człowieka, już prawie w całości poświęcony jest dramatycznym konsekwencjom konfliktu Hamas – Fatah. Jego autorzy oceniają, że był to najgorszy rok z dotychczasowych dziejów Autonomii Palestyńskiej. Zapewne w raporcie o roku 2008 napiszą, że jednak może być jeszcze gorzej.
Żadna ze stron tego konfliktu nie ma czystych rąk, nie tylko Hamas, ale i Fatah ma swoją niechlubną historię, ale wydaje się, że podejście do procesu pokojowego, a przede wszystkim wizja przyszłego państwa palestyńskiego dzielą ich naprawdę. Niemniej do animozji politycznych między Hamasem i Fatahem systematycznie dopisywano zwyczajne rachunki krzywd i wołania o pomstę. Dobrym przykładem takich cyklicznych, wzajemnych rewanżów i przemocy, charakteryzujących pierwszą połowę 2007 roku, są wydarzenia z drugiej połowy stycznia w obozie dla uchodźców w Jabalya, kiedy to eksplodująca na poboczu drogi bomba poraniła siedmiu członków przejeżdżającego tamtędy Hamasu. W odwecie już kilka godzin później Hamas odpalił rakiety na dom Nabila Jarjir z Fatah. Kiedy rannego mężczyznę sąsiedzi wieźli do szpitala, rajderzy Hamasu zatrzymali ich auto i zabili Jarjira strzałem w głowę. I znowu, nim upłynęła godzina, pojawiło się oświadczenie “Ci, co zabili Jarjija, zostaną ukarani”..
Ale najgorsze wydarzyło się w połowie roku i później. 15 maja rozpoczęła się pierwsza tura tego, co się dzieje teraz: na ponad 200 rakiet wystrzelonych z terenu Gazy Izrael odpowiedział atakiem z powietrza. Wcześniej Hamas przeszmuglował do Gazy ogromną ilość broni, w tym ręcznej, która miała być użyta przeciwko Izraelowi, ale spora jej część została użyta przeciwko Palestyńczykom. W ciągu tylko 4 dni najgorętszych walk w czerwcu 2007 roku zginęło co najmniej 116 osób, a 550 zostało rannych. W listopadzie 2007 roku ustawieni na dachach domów, uzbrojeni w broń maszynową bojówkarze Hamasu otworzyli ogień do 200-tysięcznego tłumu przybyłego na zorganizowany przez Fatah miting upamiętniający trzecią rocznicę śmierci Arafata. Zabito co najmniej 6 osób, raniono ponad 80, a jakaś liczba osób została stratowana w trakcie panicznej ucieczki. W sierpniu 2008 w obozie uchodźców Sadżaija policjanci Hamasu otoczyli zabudowania klanu rodzinnego Heles, sympatyzującego z Fatahem. W wyniku starcia zginęły 4 osoby, a co najmniej 30 osób cywilnych, w tym dzieci, zostało ranne lub ciężko ranne. 1 stycznia 2008 rozpoczął się od ośmiu osób zabitych w walkach Hamasu z Fatahem; lista ofiar starć wewnątrzpalestyńskich wydłużała się stale aż do wybuchu obecnej wojny w Gazie i nawet wtedy nie została zamknięta.
Rok 2007 – najgorszy w historii Autonomii Palestyńskiej
Do 345 Palestyńczyków zabitych w walkach frakcyjnych w 2006 roku, kolejny doroczny raport Palestyńskiej Komisji Praw Człowieka dodaje kolejnych 585 zabitych w roku 2007, w tym 346 bezpośrednio w trakcie walk frakcyjnych, co razem daje 691 osób zabitych w walkach Hamasu z Fatahem tylko w ciągu dwóch lat - z czego niemal wszyscy zostali zabici na terenie Gazy, a aż 190 w czerwcu 2007, a ponad 900 ogółem. W liczbie dotyczącej 2007 roku 529 osób zostało zabitych od kul lub środków wybuchowych, Wśród zabitych było 87 dzieci i 45 kobiet, w tym 18 kobiet zabitych w tak zwanych “honorowych zbrodniach” (zabójstwo kobiety w przekonaniu, że naruszyła honor rodziny, dobre obyczaje, etc). Raport podaje kolejnych 41 przypadków śmierci z powodu “niedostępności zasobów bezpieczeństwa publicznego” co prawdopodobnie oznacza brak pomocy medycznej dla osób rannych lub chorych oraz kolejnych 11 “zaginięć obywateli z nieznanych przyczyn”. Kolejnych 5 stwierdzonych przypadków śmierci miało miejsce w instytucjach bezpieczeństwa na terenie Gazy i West Banku, w tym 2 przypadki śmierci z wysokim prawdopodobieństwem w wyniku tortur i okrutnego traktowania na terenie Gazy. Komisja otrzymała ogółem 491 zażaleń na naruszenie prawa obywateli do fizycznego bezpieczeństwa, najczęściej na okrutne traktowanie czy tortury w trakcie zatrzymania lub śledztwa, co jest najwyższą liczbą tego rodzaju zażaleń od 1996 roku.
Nieznana jest liczba rannych w tym czasie oraz trwale okaleczonych. Walki toczono za pomocą każdej dostępnej broni, z zamachami bombowymi włącznie, przez obie strony konfliktu. Przede wszystkim w czerwcu 2007 “popełniano bardzo poważne naruszenia praw człowieka, szczególnie przeciwko prawu do życia i fizycznego bezpieczeństwa, prawa rannych i chorych do ochrony i opieki medycznej oraz prawa do wolności osobistej” – podaje Raport na stronie 50 - “Miały także miejsce zabójstwa pozasądowe, traktowano ludność cywilną jako cele i używano ją jako żywych tarcz, a w trakcie operacji zbrojnych używano cywilnych konstrukcji, takich jak domy mieszkalne.” Raport nie podaje ilości tego rodzaju incydentów, ale musiało ich być wystarczająco wiele, by w jednym z zaleceń dla władz palestyńskich znalazło się i takie: “Rozwinąć specjalne standardy co do otwierania ognia przez członków rozmaitych sił bezpieczeństwa w celu zwalczania intensywnego używania siły w odniesieniu do cywili”. Szczególnie przed przejęciem władzy przez Hamas, o wypadki śmierci w wyniku starć zbrojnych można oskarżać obie strony, do pewnego stopnia również i później, choć stroną kontrolującą sytuację jest niewątpliwie Hamas.
Oprócz zabójstw miały też miejsce przypadki terroru psychicznego, ograniczanie praw i wolności obywatelskich. W tym względzie sytuacja pogorszyła się na obu terytoriach palestyńskich, choć dużo poważniej na terenie Gazy. Rząd Hamasu zakazał członkom Fatah noszenia broni w miejscach publicznych. We wrześniu w miejsce dotychczasowej Najwyższej Rady Sądownictwa powołał Najwyższą Radę Sprawiedliwości w Strefie Gazy, co w ograniczyło jurysdykcję sądownictwa Autonomii tylko do West Bank. Wymieniano też istniejące kadry wymiaru sprawiedliwości, szczególnie na najwyższych stanowiskach, przez co, oraz ze względu na zamachy, w drugiej połowie roku sądy Gazy i jej prokuratury w ogóle przestały działać, a los osób zatrzymywanych poważnie się pogorszył: często aresztowań dokonywały instytucje, które w ogóle nie mają uprawnień, wielu zatrzymanym nie podawano powodów zatrzymania, wielu stawiano fałszywe zarzuty kryminalne, wielu uniemożliwiano komunikacje ze światem zewnętrznym, w tym rodzinom i adwokatom. Osoby przetrzymywano nie tylko w przeznaczonych do tego celu aresztach i więzieniach, ale w rozmaitych pomieszczeniach służb bezpieczeństwa i militarnych. Dokładna liczba tych miejsc nie jest znana. Przeszukiwano osoby i pomieszczenia, w tym pomieszczenia mieszkalne, bez nakazu lub przez instytucje do tego nie przewidziane.
W 2007 roku palestyńskich dziennikarzy zatrzymywano, bito, napadano, a nawet zabijano. Media były używane do szerzenia nieprawdy lub szkalowania osób publicznych. Instytucje akademickie, kafejki internetowe, sklepy sprzedające kasety video i CD były wysadzane w powietrze. Ogromna ilość takich incydentów spowodowała, że organizacja Reporterzy bez Granic umieściła Autonomię Palestyńską (Gaza i West Bank, jako całość) na 158 miejscu wśród 169 krajów indeksu mierzącego poziom wolności prasy i wolności słowa.
Nagminnie naruszano też prawo do wolności zrzeszania się i zgromadzeń: atakowano pokojowe zgromadzenia i przemarsze, wesela, stowarzyszenia, organizacje społeczeństwa obywatelskiego, związki zawodowe i biura partii politycznych. Popełniano przestępstwa przeciwko wolności wyznania, atakując meczety, kościoły chrześcijańskie i miejsca modłów innych wyznań. Znacząca liczba obrońców praw człowieka, tak osób indywidualnych, jak i organizacji (w tym także autorzy omawianego tu raportu), została poddana intensywnym prześladowaniom: grożono im bronią, konfiskowano sprzęt, dokumenty, a nawet karty identyfikacyjne, fabrykowano przeciwko nim rozmaite oskarżenia, zakazywano wstępu do ośrodków zatrzymań lub grożono, że już z nich nie wyjdą, organizowano przeciwko nim kampanie publiczne i snuto podejrzenia.
W trakcie wojny z Izraelem
Palestyńczycy przywitali dzień 1 stycznia 2008 roku śmiercią ośmiu osób zabitych w walkach Hamasu z Fatahem, a 1 stycznia 2009 roku zabitymi i rannymi w wyniku izraelskiej akcji wojskowej. Ale to wcale nie znaczy, że walki wewnętrzne ustały, przeciwnie - od początku operacji wojskowej Izraela milicja Hamasu nasiliła prześladowania członków Fatah, którzy podają, że co najmniej 75 członków tej organizacji zostało postrzelonych w nogi, podczas gdy innym połamano ręce. Strzał w nogi był specjalnością Hamasu już w trakcie zdobywania władzy w Gazie: przestrzeliwano kolana bronią przystawioną do nogi pod specjalnym kątem, aby mieć pewność, że ofiara już nigdy nie będzie chodzić. Tak został potraktowany np. Wisam Abu Jalhoum z obozu Jabalya, który nieostrożnie wyraził zadowolenie z ataków powietrznych Izraela na cele Hamasu.
Fahmi Za'arir, rzecznik Fatah z West Banku, oskarżył Hamas o wykonanie egzekucji na nieznanej liczbie więźniów z Fatah oraz o zastrzeleniu na ulicy co najmniej dwóch członków Fatah przez milicję Hamasu, zaraz po wypuszczeniu ich z więzienia. Zabici nazywali się Nasser Muhana i Saher al-Silawi. Członkowie Fatah, którzy poszli na ich pogrzeb, zostali w konsekwencji mocno pobici przez hamasowską milicję, oskarżającą ich o kolaborację z Izraelem. Potwierdza się również informacja o zabijaniu więźniów. Źródła zbliżone do Hamasu podały w ten weekend, że wykonano egzekucje na co najmniej 35 Palestyńczykach przetrzymywanych w rozmaitych instalacjach wojskowych Hamasu, zatrzymanych na podstawie podejrzeń, że mogą kolaborować z Izraelem. Źródła te cytowały liderów Hamasu mówiących, że decyzja o zabiciu podejrzanych o współpracę z Izraelem zapadła z powodu obaw, że Izrael może spróbować ich uwolnić podczas ofensywy lądowej, i że na co najmniej połowie z nich wyrok wykonywali krewni milicjantów Hamasu zabitych w atakach powietrznych Izraela na skutek informacji przekazywanych Izraelowi przez “kolaborantów”.
Przedstawiciel Hamasu z miasta Gazy oświadczył, że istotnie siły bezpieczeństwa podjęły “szeroko zakrojoną akcję prewencyjną, zmierzającą do uniemożliwienia Fatahowi siania anarchii i chaosu” oraz potwierdził, że wielu członków Fatah zostało postrzelonych w nogi, “by mieć pewność, że nie pomogą Izraelowi”. Dodał, że wg. informacji docierających do jego rządu, prezydent Mahmoud Abbas instruuje swoich lojalistów, aby podjęli działania przeciwko Hamasowi: “Zabijemy ich wszystkich jeśli spróbują pomóc Izraelowi obalić nasz rząd. Publicznie powiesimy Mahmouda Abbasa i [byłego szefa bezpieczeństwa Fatah] Muhammada Dahlana jeśli spróbują wjechać do Gazy na izraelskich czołgach”. Według Hamasu Fatah jest winien podwójnie: zdradzili religię, a teraz zdradzają Gazę. Oficjele i sympatycy Hamasu publicznie oskarżają już nie pojedyńcze osoby, a Fatah jako całość, o spiskowanie z Izraelem, włącznie z koncepcją, że atak izraelski został cichcem uzgodniony przez Izrael i władze z West Banku, a jego celem jest przywrócenie władzy Abbasa nad Gazą.
W ramach akcji prewencyjnej na kilkudziesięciu kolejnych członków Fatah nałożono areszt domowy z obawy, że mogą wykorzystać sytuację dla odzyskania kontroli w Gazie. Decyzja o areszcie domowym została wydana przez wzbudzający największy strach “Aparat Bezpieczeństwa Wewnętrznego”. Ogólna liczba Palestyńczyków zabitych, ranionych i okaleczonych w wyniku “działań prewencyjnych” nie jest znana i prawdopodobnie już nigdy nie zostanie poznana, gdyż z dużym prawdopodobieństwem można spodziewać się, że ofiary te zostaną dopisane na konto Izraela.
W czasie, gdy Hamas aresztuje członków Fatah, policja West Banku pozwala na demonstracje solidarności z Palestyńczykami z Gazy, ale aresztuje natychmiast wszystkich próbujących rozwijać białozielone flagi Hamasu lub wznosić okrzyki popierające Hamas. “Fragmentaryzacja ruchu palestyńskiego naprawdę frustruje populację” – mówi Qais Abdul Karim z West Banku, członek Palestyńskiej Rady Legislacyjnej, który nie należy ani do Fatah, ani Hamasu - “Nie ma jedności w ruchu narodowym i nie ma jedności na ulicy. Te ataki [izraelskie] tylko pogłębiły podziały. A powinno być odwrotnie.” Być może to owa frustracja jest powodem, że palestyńskie protesty poza strefą Gazy były słabsze, niż się spodziewali analitycy.
Państwo palestyńskie nigdy nie było tak wielkim mirażem, jak teraz. I to nie dlatego, a przynajmniej nie tylko z powodu Izraela…
źródła:
The Status of Human Rights in Palestine, 2007. 13‘th Annual Report, Niezależna Komisja Praw Człowieka, Ramallah, 2008.
Ronny Shaked, Gaza clashes are over values, way of life and future Palestinian identity, YnetNews, 02. kwiecień 2007
Palestinian Public Opinion Poll No (30), Palestinian Center for Policy and Survey Research (PSR), 3-5 grudzień 2008
Khaled Abu Toameh, Palestinian Affairs: Touted as traitors, The Jerusalem Post, 1 styczeń 2009
Son of Hamas Leader Gives Glimpse Into Terror Organization, Fox News, 3 styczeń 2009
Khaled Abu Toameh, Hamas moves on Fatah 'collaborators, The Jerusalem Post, 4 styczeń 2009
Griff Witte, Fatah, Hamas division widens, The Pittsburgh Post Gazette, 4 styczeń 2009
Muslims Against Sharia. Islamic Reform Movement - blog
wtorek, 2 września 2008
Gruzja, Rosja, Europa
Carl Bildt
Carl Bildt, najlepszy bloger wśród ministrów spraw zagranicznych świata i najlepszy minister spraw zagranicznych spośrod blogerów, dzięki codziennym zapiskom w jego blogu pozwala czytelnikom zajrzeć za kulisy polityki międzynarodowej nawet w tak dramatycznym momencie, jak obecny kryzys gruzińsko-rosyjski. Zapraszamy do lektury notek pisanych między 27 sierpnia a 1 września, przetłumaczonych z języka szwedzkiego na polski.
27 sierpień, środa
Środa w kryzysie europejskim
Dzień zawierał wiele dyskusji o genezie i konsekwencjach zaskakującej, wczorajszej decyzji Rosji, aby formalnie uznać niezależność państwową Południowej Osetii i Abchazji. Nie było żadną nowością, że Rosja taką możliwością groziła, ale nowością było to, że to konsekwentnie uczyniła. Nie jest łatwo znaleźć kogoś, kto w tej decyzji znajduje bardziej przemyślaną strategię. Większość uważa, że polityka rosyjska jest sterowana przez chwilowe emocje, możliwości i instynkty. Ale tym sposobem jest bardziej groźna niż wtedy, gdyby się kierowała strategią bardziej przemyślaną i wyraźną.It is as just as absurd to claim that this was a war to defend South Ossetia as it is to say Germany was defending the rights of opressed ethnic Germans in Sudetenland in 1938
Nota bene nawet w rosyjskich mediach widać wątpliwości co do słuszności podjętego kroku. Niektóre źródła są generalnie nastawione bardzo krytycznie. Polityczny komentator Yulia Latynina w niezależnej, popularnej stacji „Echa Moskwy” pozwoliła sobie na porównania między tym, co się obecnie stało, a niemiecką agresją na Czechosłowację w 1938 roku: „It is as just as absurd to claim that this was a war to defend South Ossetia as it is to say Germany was defending the rights of opressed ethnic Germans in Sudetenland in 1938”. W samej rzeczy, w obu przypadkach to równie nieakceptowalne działanie. Rosyjskie kierownictwo teraz będzie miało zadanie, ażeby wybębnić poparcie dla obu quasi- państw od kogokolwiek się da. Najbliżej w tych usiłowaniach stoją państwa Shanghai Cooperation Council, które właśnie się spotykają na swoim szczycie w Dushanbe, Tadżykistan. Ale Chiny z pewnością nie będą chciały tego poprzeć. Interesująca jest reakcja pozostałych państw. Dzisiaj miałem nieformalną wizytę ministra spraw zagranicznych Łotwy, Marisa Riekstinsa, ażeby przedyskutować sytuację. Ale były też długie rozmowy telefoniczne, m.in. z premierem Gruzji, wicepremierem Ukrainy i ministrem spraw zagranicznych Turcji. Jutro wczesnym rankiem wywieje mnie do Paryża na spotkanie w Quai d'Orsay, a także w Pałacu Elizejskim, wszystko przed poniedziałkowym szczytem w Brukseli. Ponadto wystąpienie przed ambasadorami Francji ze wszystkich stron świata, którzy zebrali się na konsultacje. Potem szybko do domu na tradycyjne, letnie spotkanie personelu MSZ w Muzeum Nordyjskim w Sztokholmie.Wobec świata
Zainteresowanie tym, co Szwecja ma do powiedzenia o obecnej sytuacji europejskiej jest relatywnie duże. Czwartkowy wywiad w Financial Times jest tego wyrazem.
28 sierpień, czwartek
Paryż, w tę i z powrotem.
Ten dzień jest zdominowany przez kryzys gruzińsko – rosyjski. To był szybki lot tam i z powrotem do Paryża na rozmowy przed poniedziałkowym szczytem, a także na wystąpienie dla francuskich ambasadorów zebranych na konsultacje z całego świata. Ich pytania po spotkaniu dotyczyły spojrzenia na Rosję i jaki będzie stosunek Unii Europejskiej do tej sytuacji. Mieliśmy konstruktywne i dobre rozmowy zarówno z ministrem spraw zagranicznych Kouchnerem, a także doradcą prezydenta Levittem, o przygotowaniach do poniedziałkowego spotkania w Brukseli. Widzimy rzeczy tak samo. Poniedziałkowy szczyt będzie oczywiście ważny, ale jest również ważne, aby spojrzeć na politykę w nieco dłuższej perspektywie. Musimy postawić Rosji bardzo wyraźne żądanie, aby w pełni zaakceptowała owe 6 punktów. Musimy być przygotowani na udzielenie wyraźniej, politycznej i ekonomicznej pomocy Gruzji. I to będzie miało dominujące znaczenie w najbliższych miesiącach. Jednocześnie rosyjska retoryka wyraźnie się wykoleja. W CNN Włodzimierz Putin mówi, że to USA wymyśliło tą wojnę z powodów wewnątrz politycznych, a rosyjski minister spraw zagranicznych zdaje się miał powiedzieć, że minister spraw zagranicznych Francji ma chory mózg. Z takiej retoryki nic dobrego nie może wyjść.
Z powrotem w Sztokholmie, natychmiast się musiałem udać na spotkanie personelu MSZ. Wiele przyjemnych rozmów, także z tymi, którzy opuścili aktywną służbę, ale mają ciągle bliski kontakt z nami. Jednocześnie dalsze rozmowy telefoniczne, m.in. Tallin, w związku ze spotkaniem, które się tam odbywa między państwami bałtyckimi i polskim prezydentem. Bliskie kontakty są ważne, a jutro wszystko idzie w ten sam sposób, m.in. szybka wizyta minister spraw zagranicznych Gruzji Eka Thekeshelashvili w Szwecji.
29 sierpień, piątek
Piątek w środku kryzysu
Zbliża się spotkanie komisji europejskiej w szwedzkim parlamencie. Pierwotnie miało być to spotkanie na temat nieformalnego spotkania ministrów spraw zagranicznych w Avignonie, jakie miało się odbyć w przyszłym tygodniu, ale teraz będzie dotyczyło poniedziałkowego, nadzwyczajnego szczytu w Brukseli. W sytuacjach jak te, to jest najważniejsza informacja dla parlamentu. Dlatego też mieliśmy spotkanie z Komisją Spraw Zagranicznych, a w najbliższy wtorek poprosiłem o specjalny czas, aby poinformować parlament o kryzysie i jego konsekwencjach. W CNN właśnie teraz leci wielkie wystąpienie Baraka Obamy na konwencji w Denver. Amerykańska retoryka o amerykańskim marzeniu w najlepszym amerykańskim stylu – lecz także próba, aby wypełnić politykę pewną treścią, i podkreślić różnice wobec McCaina. Polityka zagraniczna miała mniejsze znaczenie w jego wystąpieniu – mimo, że pojawiały się też Irak, Gruzja, Rosja, Afganistan i Iran. Jest prawdopodobne, że więcej tego towaru będzie w wystąpieniu Johna McCaina w St Paul. Po spotkaniu komisji ds. europejskich będę miał spotkanie z Francois Heisbourgiem, który przyjechał z Paryża, aby bardziej szczegółowo zaprezentować zainicjowane ostatnio, wielkie zmiany w francuskiej polityce bezpieczeństwa, jakie będą sukcesywnie wprowadzane w życie. Następnie spotkam Eka Thekeshelashvili, minister spraw zagranicznych Gruzji, która przyjechała do Sztokholmu, aby przedyskutować sytuację. Mamy wiele do omówienia. Oczywiście po spotkaniu będziemy mieli konferencję prasową w MSZ. Ale poza tym jest absolutnie jasne, że będą następne telefony do europejskich kolegów przed poniedziałkowym spotkaniem.
Jeszcze jeden dzień z Gruzją
To był kolejny dzień zdominowany kryzysem z Rosją i Gruzją. Wielką wagę przywiązuję do tego, że minister spraw zagranicznych Gruzji Eka Thekeshelashvili miała na tyle czasu, aby przybyć do Sztokholmu na rozmowy. Na Placu Gustawa Adolfa razem powiewają flagi UE, Gruzji i Szwecji. Jesteśmy zgodni, że najważniejsze przed poniedziałkowym spotkaniem w Brukseli jest to, aby dać pomoc Gruzji na szereg rozmaitych sposobów. Ja jej powiedziałem o wielu inicjatywach, które dyskutowaliśmy w tych dniach z moimi kolegami (ministrami spraw zagranicznych). Te właśnie sprawy przedstawiliśmy na wspólnej konferencji prasowej, na którą przyszedł tłum dziennikarzy. Jak dalej się będą rozwijać relacje z Moskwą, to zależy w dużym stopniu od samej Rosji i jej postępowania. Z oczywistych względów aktualnie wątpliwe jest, by relacje z Rosją szybko wróciły do stanu poprzedniego.
Moim następnym gościem był wysoki komisarz do spraw mniejszości OSCE Knut Vollebaeck. Mimo to, że jesteśmy już starymi przyjaciółmi – Knut był ministrem spraw zagranicznych Norwegii – było bardzo wiele powodów, abyśmy przedyskutowali problemy ujawnione w tej wojnie. Na tą okoliczność powiedziałem bardzo wyraźnie, że obrona mniejszości nie powinna stać się motywem, ażeby mieszać się w sprawy wewnętrzne innych krajów – a w żadnym wypadku, by rozpoczynać agresje militarną. Trudno tego nie podkreślić w zasadniczy sposób. Ale także dyskutowaliśmy wyzwania w innych regionach. Jego biuro od dłuższego czasu było zaangażowane w sytuację na Krymie. Jest bardzo wiele powodów, by tą aktywność kontynuować. Zdążyliśmy też przedyskutować szereg ciągle aktualnych spraw na Bałkanach.
Telefon był rozgrzany tego dnia, co mówi samo za siebie. Zdążyłem też porozmawiać z moim norweskim kolegą, Jonasem Gahrstore, ministrem spraw zagranicznych Polski Radkiem Sikorskim oraz Davidem Milibandem z Wielkiej Brytanii. Jedność europejska ma w tych dniach najwyższe znaczenie. W środku tego wszystkiego zdążyłem też zrobić gruntowny przegląd własnych myśli na temat dużej rewizji francuskiej polityki obronnej i bezpieczeństwa, która ostatnio została przeprowadzona. Imponująca praca, także o europejskim znaczeniu. Ale teraz, mimo wszystko, piątkowy wieczór z rodziną. Jeżeli telefon przestanie dzwonić...
30 sierpień.
Spokojniejsza sobota.
Faktycznie, dziś jest bardziej spokojny dzień. Jest czas, aby przerzucić papiery, myśli i plany w obliczu następnych dni i tygodni. Wiadomości informują że Chaviez wyjaśnił, że Wenezuela w pełni popiera rosyjską politykę w uznaniu Południowej Osetii i Abchazji. Mało zaskakujące. Właściwie nie wiadomo, czemu bracia Castro się jeszcze nie odezwali w Hawanie. Ale jestem w dużym stopniu przekonany, że to nastąpi, a potem takich wystąpień już więcej nie będzie.
31 sierpnia
Do pięknego Bled
Dzisiaj zanosi się na szybką wizytę na Słowenii i Bled Strategic Forum. Spotkania w pięknym Bled w ciągu ostatnich paru lat rozwinęły się do bardzo interesującego forum skupionego nie tylko na Bałkanach, ale także na wschodnich częściach naszej Europy. W tym roku punktem ciężkości miały być zmiany klimatyczne i polityka energetyczna. Wszyscy wiedzą, że są to jedne z największych wyzwań. Ale przyszła wojna na Kaukazie i jasne jest, że musi znaleźć swoje miejsce w programie, tak samo, jak doprowadziła do nadzwyczajnego szczytu w Brukseli. Tak, że będzie to raczej krotka wizyta w Bled przed wyjazdem do Brukseli, i będzie skupiona na wojnie na Kaukazie i jej konsekwencjach.
1 września
Poranek w Bled, dalej Bruksela
Oczywiście wczoraj w Bled były żywe dyskusje o kryzysie kaukaskim. Problem klimatu został bardzo wyraźnie przesunięty na dalszy plan. W moim wystąpieniu zawarłem dwie strategiczne obserwacje. Pierwsza, że próg użycia przemocy militarnej przez Rosję w jej najbliższym otoczeniu bardzo wyraźnie się obniżył. Z całą pewnością w tym rejonie był już od dłuższego czasu szczególnie niski, ale to nie przeszkadza, by z sytuacji regionalnej wyciągać wnioski ogólne. Po drugie, stare, post-sowieckie granice z początków lat 1990tych, które zakładały uznanie prawa państw do suwerenności, dziś nie są już aksjomatem. O powstaniu tych granic można wiele powiedzieć, ale ich akceptacja miała na celu uniknięcie chaosu, konfliktu i wojny, które w przeciwnym wypadku z całą pewnością miałyby miejsce. Znaczenie tych granic Rosja w innych kontekstach sama bardzo precyzyjnie podkreślała. Właśnie obie wojny czeczeńskie tego dotyczyły. Ale teraz Rosja jest gotowa te zasady zmienić. Prawdopodobnie doszła do wniosku, że ma władzę, aby takie otwarcie dla rewizji granic zrobić - albo nawet sprowokować – z punktu widzenia rosyjskich interesów. W krótkiej perspektywie może im się to udać, ale to długa perspektywa zadecyduje. Z owych strategicznych obserwacji można wyciągnąć strategiczne wnioski, ale te, jak sądzę, pojawią się w ciągu najbliższych miesięcy. Obserwowanie konsekwencji wojny i wyciąganie wniosków zajmie nam trochę czasu.
Z rana w mniejszym kręgu kontynuowaliśmy tą dyskusję. Ale już po chwili trzeba się było spieszyć do samolotu na nadzwyczajny szczyt w Brukseli. Powinienem wylądować około godz. 14.00, to jest prawie jednocześnie z Fredrikiem Reinfeldtem (premierem Szwecji) przylatującym z Sztokholmu. O godz. 15.00 rozpoczyna się szczyt. To będzie ważne.
1 wrzesień, poniedziałek
Silni i zjednoczeni
Późny wieczór i z powrotem w Sztokholmie, po dniu, który zaczął się w Bled, a potem był kontynuowany w Brukseli. To była jedność i mocne wnioski, wypływające ze szczytu, a także dobra dyskusja. Wielu spekulowało o głębokim rozłamie; że były niuanse i retoryka, to jest naturalne, kraje mają różną historię. Ale jest warte odnotowania, że były tak małe, jeśli chodzi o wnioski operacyjne. Powoli Europa uczy się tego, że jej siła leży w jej jedności. Jutro przed południem będę informował parlament, zarówno o konflikcie, samym w sobie, jak i o dyskusjach w Brukseli i co z nich wynikło. To było tylko spotkanie, ale jakie ważne! - w rozwiązywaniu wielowymiarowego, europejskiego kryzysu.
tłum. Józef Dajczgewand
korekta Bogumiła Tyszkiewicz
Subskrybuj:
Posty (Atom)