Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brochwicz Wojciech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brochwicz Wojciech. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 sierpnia 2008

Mecenasi

13 marca 2008 poseł Jerzy Budnik poinformował Komisję Regulaminową i Spraw Poselskich, że mecenas Zbigniew Ćwiąkalski przestał być pełnomocnikiem powoda, pułkownika w stanie rezerwy mecenasa Raduchowskiego-Brochwicza w sprawie wniosku z dnia 29 sierpnia 2007 r. o wyrażenie zgody przez Sejm na pociągnięcie do odpowiedzialności cywilnej posła Ludwika Dorna za to, że ów odnosząc się do funkcjonowania powoda jako wiceministra spraw wewnętrznych i wysokiego funkcjonariusza Urzędu Ochrony Państwa nazwał go "uosobieniem patologii służb specjalnych" między innymi dlatego, że mecenas Raduchowski-Brochwicz zatrudnił jako swego doradcę pana Dunejko, aktywnego członka zespołu pułkownika Lesiaka. Przewodniczący Budnik poinformowal członków komisji, że pisemna informacja Raduchowskiego- Brochwicza o ustaniu pełnomocnictwa nosi datę 13 grudnia 2007.


Pełnomocnikiem oskarżyciela prywatnego Wojciecha Raduchowskiego- Brochwicza wymienionym we wniosku o wyrażenie zgody przez Sejm na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej posła Ludwika Dorna z artykułu 212 § 2 k.k. (tego samego, z którego TVN skarżyła redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" Tomasza Sakiewicza oraz jego zastępczynię Katarzynę Hejke) jest mecenas Krzysztof Stępinski - rzecznik dyscyplinarny stołecznej Rady Adwokackiej, prawnik ze stażem ponad 30 lat pracy na sali sądowej, najpierw jako sędzia, potem adwokat; ostatnio obrońca podejrzanego o korupcję byłego ministra sportu w rządzie PiS Tomasza Lipca, ktoremu prokuratura zarzuca przyjęcie "korzyści majątkowej w związku z pełnieniem funkcji publicznej" i w związku z działalnością Centralnego Ośrodka Sportu, a także obrońca nieposzlakowanej opinii swojego zastępcy, mecenasa Jacka Dubois, oskarżanego w lutym 2006 przez prokuraturę w Ostrołęce o utrudnianie śledztwa i przekazywanie informacji dwóm podejrzanym z gangu pruszkowskiego o pseudonimach "Sankul" i "Bryndziak" (ten drugi był wtedy ścigany listem gończym, wg, "Masy" miał w mafii pruszkowskiej rangę kapitana) - zanim zostali zatrzymani.


W 2005 roku mecenasi Stępiński i Dubois bronili Wojciecha O. i Grzegorza M. z fabryki chipsów Frito-Lay (część amerykańskiego koncernu PepsiCo) w Grodzisku Mazowieckim w sprawie o molestowanie seksualne z użyciem przemocy i złośliwe zwolnienie z pracy ośmiu pracownic. W trakcie procesu media obficie donosiły o próbach tuszowania sprawy. Grupa pracowników Frito-Lay, wspierana przez żonę oskarżonego, rozsyłała liczne petycje twierdzące, iż został on niewinnie oskarżony, a pokrzywdzonym kobietom zarzucano, iż działają w zmowie. Dwóm pracownicom postawiono zarzut składania falszywych zeznań, trzeciej "podżeganie do składania fałszywych zeznań" - do jednej z molestowanych kobiet udała się 3osobowa delegacja załogi, która usiłowała szantażem i groźbami zmusić ją do wycofania oskarżeń wobec Wojciecha O. Podejmowane były również próby wyłączenia prokurator Krystyny Paszek prowadzącej postępowanie w sprawie i przekazanie sprawy innej jednostce prokuratury do rozpoznania. Pojawiły się też spekulacje na temat informacji, jaka wtedy się pojawiła w mediach, o skierowaniu pod koniec kwietnia 2005 r. pozwu przeciwko pokrzywdzonym kobietom o naruszenie dóbr osobistych Wojciecha O. Zgodnie z tymi informacjami, od ośmiu kobiet zażądano zadośćuczynienia w łącznej wysokości 40 tys. zł. "Co ciekawe, do dnia dzisiejszego pokrzywdzone kobiety nie dostały tego pozwu, co rodzi pytanie, czy w istocie był on skierowany do sądu, czy też informacja prasowa o jego złożeniu była jedynie elementem strategii procesowej." - komentowało "Mam prawo" z września 2005 niedwuznacznie sugerując, że mogło chodzić o wyciszanie świadków i zastraszania pokrzywdzonych kobiet. Mecenasi Stępiński i Dubois wygrali ten proces.


Mecenasi Raduchowski-Brochwicz oraz Krzysztof Stępiński jako obrońcy byłego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka, dziś podejrzanego o składanie fałszywych zeznań i nakłanianie do tego bylego szefa policji Konrada Kornatowskiego, we wrześniu 2007 wygrali skargę w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa na zatrzymanie ich klienta. Rozpatrujący skargę sędzia Igor Tuleya podzielił argumenty obrońców Kaczmarka, którzy podkreślali, że nie trzeba było zatrzymywać ich klienta, bo deklarował, że stawi się na każde wezwanie, oraz podzielił się podejrzeniem, że "zatrzymanie podejrzanego służyło innym celom niż dobro śledztwa". Do kwestii mataczeń podejrzanego odniósł się wiceprezes sądu Jerzy Podgórski, ktory stwierdził, że obawa zacierania śladów przez Kaczmarka podana przez prokuraturę jako powód jego zatrzymania, w jego opinii nie jest w żaden sposób udokumentowana w aktach sprawy.


Mecenas minister Ćwiąkalski, byly członek organizowanej przez Andrzeja Olechowskiego Rady Programowej Platformy Obywatelskiej, oprócz funkcji pełnomocnika Brochwicza, był także pełnomocnikiem Donalda Tuska i Hanny Gronkiewicz-Walc w procesie o zniesławienie wytoczonym im z oskarżenia prywatnego przez byłych działaczy PO związanych z Pawłem Piskorskim, jest autorem ekspertyz prawnych korzystnych dla Ryszarda Krauzego, Krzysztofa Popendy i Marka Dochnala, obrońcą Henryka Stokłosy, Ryszarda Krauzego i Piotra Bykowskiego, a także poszukiwanego dotąd Tomasza Wróblewskiego, właściciela przestępczej firmy Bioferm, nazwany orzez "Gazetę Polską" "obrońcą oligarchów", tworzy tymczasem projekty realizujące interesy korporacyjne: "... o pazerności i bezwzględności korporacji niech świadczy uchwała z 9 zjazdu adwokatury, która z jednej strony zakazuje możliwości demonopolizacji, czy też tworzenia jakichś dodatkowych zawodów prawniczych, które mogłyby świadczyć usługi na rzecz obywateli, a z drugiej strony zachęca do wolnorynkowych stawek za usługi prawnicze ("tyle ile zażąda adwokat, tyle powinno się płacić"), a z trzeciej strony zachęca do rozszerzania kręgu przymusu adwokackiego. Co to oznacza? Oznacza to, że adwokatura żąda, by istniał przymus adwokacki przy nieograniczonych kwotach i jeszcze, żeby nie można było rozszerzyć tej korporacji." - komentuje poseł Łukasz Zbonikowski (PiS) i pyta: "Czemu od pół roku marszałek Komorowski trzyma w "zamrażarce" ustawę o licencjach prawniczych?"


Podejrzany Wojciech Sumliński w liście pożegnalnym napisanym przed targnięciem się na własne życie oskarżył kierownictwo ABW o nadużycia, podając przykład ponad 100metrowego mieszkania wiceszefa ABW Jacka Mąki na ulicy Kazimierzowskiej w Warszawie, warte ponad milion złotych, "które ten otrzymał bezprawnie za kadencji Andrzeja Barcikowskiego, przed wyborami parlamentarnymi w roku 2005. (Barcikowskiemu zrewanżowano się później zatrudniając go w radzie programowej ośrodka szkoleniowego ABW). Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wystąpiła wówczas do Urzędu Miasta o lokal na cele operacyjne. Po otrzymaniu lokalu ABW wykorzystała go jednak na cele nieoperacyjne, konkretnie przekazała Jackowi Mące, który odnowił otrzymane mieszkanie przy pomocy pracowników Agencji, a następnie zameldował w nim siebie, żonę i syna." Jak przypominają blogerzy, o aferach mieszkaniowych pisał już przed kilku laty "Fakt": "Jak dostać za darmo i dożywotnio luksusowe mieszkanie? Trzeba zostać wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji. Tak jak Wojciech Brochwicz i Krzysztof Bondaryk...." Mecenas minister Ćwiąkalski też się interesuje mieszkaniami. Potwierdził, że ministerstwo sprawiedliwości przygotowuje rozporządzenia o specjalnych kredytach mieszkaniowych dla prokuratorów i sędziów finansowanych z budżetu państwa. Wkład własny ograniczony został do 10 proc, oprocentowanie zmniejszone do poziomu inflacji (ok 4 proc), okres spłat przedłużono do 25 lat. W radiu TOK FM uzasadniał, że młodych sędziów nie stać na innego rodzaju kredyty, w żaden sposób nie odnosząc się do tego, że wg. jego rozporządzenia prawo do kredytu mieliby również sędziowie na emeryturze.


Minister mecenas Zbigniew Ćwiąkalski przyjął Stanisława Rymara, obrońcę Wojciecha Sumlińskiego, ale oświadczył, że sprawami jednostkowymi się nie zajmuje. Dzień później się zajął - w w Poranku Radia Tok FM bronił decyzji o zastosowaniu aresztu tymczasowego argumentując, że "śledztwo ma charakter "rozwojowy" i "dynamiczny", więc mimo że nie doszło do mataczenia, to nie znaczy, że do niego nie doszłoby w przyszłości." Gdyby podobnie potraktowano klienta jego byłego pełnomocnika, to Janusz Kaczmarek by siedział do dzisiaj. Ćwiąkalski odrzucił też oskarżenia o spisek służb specjalnych oraz kategorycznie zaprzeczył, że była pierwsza próba samobójstwa. Do kwestii mieszkaniowej się w ogóle nie odniósł, tymczasem publiczną informację powinien przynajmniej pro forma potraktować jako doniesienie o przestępstwie. Odwrotnie niż reżyser Sylwester Latkowski, który już wcześniej ostrzegał, że Sumliński może się targnąć na swoje życie, twierdzi, że w jego przypadku areszt będzie klasycznym aresztem wydobywczym, i który już rozmawiał z z Luizą Sałapą, rzeczniczką Centralnej Służby Więziennej, bo to jego zdaniem "jedna z osób, która od lat pokazuje ludzką twarz, a nie bezmyślnego klawisza".


"Niezależni.pl" zbierają podpisy pod apelem o wyjaśnienie wszystkich okoliczności związanych z udziałem służb specjalnych w aresztowaniu dziennikarza, a pułkownik Jacek Mąka szykuje się do wytoczenia sprawy "Rzeczpospolitej" za to, że opublikowała jego list pożegnalny. Ciekawe, który mecenas będzie pełnomocnikiem pułkownika?


źródła:



Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 1 września 2007

Jaki parlament byłby najlepszy z możliwych? (wizja konstruktywna)

Lewica głosuje na PiS! Elektorat PO głosuje na LiD! Brzmi jak political fiction, ale taki scenariusz na najbliższe wybory ma wcale racjonalne przesłanki, pod warunkiem, że jego realizację powierzymy wyborcom, a nie klasie politycznej, że sami wyjdziemy z założenia, że z wyborcami warto dyskutować, bo lewicowy elektorat równie rzadko miewa okazję do rezydowania w hotelu Ritz w Waszyngtonie, jak elektorat PO do ucałowania pierścienia Największego Płatnika.

Wreszcie, że namawianie wyborców do takiego scenariusza rozpoczniemy od postawienia sobie i pozostałym wyborcom pytania, jak powinien wyglądać parlament najlepszy w takich warunkach i przy takiej klasie politycznej, jaką każdy na własne oczy widzi? No to postawmy.

Lewica głosuje na PiS!

Lewica nie jest na etapie walki o władzę. Lewica jest na etapie wyzwalania się z okowów pseudolewicy opisanej tu - oraz ze szponów pułkowników z PO (Brochwicz i Miodowicz),którzy w poprzednich wyborach wykończyli najpoważniejszego kandydata lewicy - Cimoszewicza, torując tym sposobem drogę Donaldowi Tuskowi do drugiej tury wyborów prezydenckich. Najwyraźniej samemu PO wyszło, że ich kandydat jest tak słaby, że nie ma szans przejść do drugiej tury bez fałszowania dokumentów, Jaruckiej i ataku na rodzinę Cimoszewicza - inaczej by po pułkowników nie sięgali. Zdaje się, że dzisiaj im to samo wychodzi. Ale lewica zmądrzała. Trzeba się pozbyć przynajmniej fałszerzy wyborów. Dlatego w tych wyborach lewica zagłosuje na PiS, żeby dać PiSowi rząd większościowy, a prokuratorom Rzeczpospolitej czas na posprzątanie sceny politycznej i jej obrzeży z pułkowników.


Elektorat PO głosuje na LiD!

Nie ma politycznej alternatywy dla PiS, dlatego, że w Polsce nie ma innej partii politycznej. A to już bardzo poważny problem strukturalny, bo w stabilnym systemie muszą być przynajmniej dwie konkurencyjne partie. Bez konkurencji każda partia gnuśnieje, szybko się deprawuje i PiS po iluś latach sprawowania władzy mógłby się stoczyć nawet do poziomu PO. Partii nie ma, ale jest Front Obrony Przestępców, opisany tu, który w okresie przejściowym mógłby pełnić funkcję surogatu opozycji - wszakże pod warunkiem, że będzie mniej zjednoczony niż obecnie. Idealnym rozwiązaniem jest podzielenie go na dwie, mniej więcej jednakowo liczebne frakcje, konkurujące między sobą o względy Największego Płatnika. Nie ma żadnych przeszkód światopoglądowych z głosowaniem na LiD: oni są lepszą prawicą niż kiedykolwiek byli lewicą, o czym najlepiej świadczy fakt, że to jedyne ugrupowanie w Polsce, które stać na apartament w waszyngtońskim Hotelu Ritz na sztab wyborczy. Dlatego przed właściwym glosowaniem każda rodzina wyborców PO głosuje między sobą na zapałkach, czy mąż głosuje na PO a żona na LiD, czy odwrotnie.

Po wyborach PiS rządzi, prokuratorzy osaczają pułkowników, Zjednoczony Front Przestępców kłóci się między sobą o przychody zmniejszone z powodu pobytu Największego Płatnika na przedłużonych wakacjach na Morzu Śródziemnym, a partia opozycyjna ma 4 lata na to, by się zorganizować i postrzelać sobie do władzy, ale zupelnie innej jakości kulami niż te, które obecnie świszczą w powietrzu.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie?

Bronisław Komorowski i Ryszard Kalisz powoływali się na art 19 ustawy o CBA twierdząc, że jest w nim zawarty zakaz informowania o tajnej akcji kogokolwiek oprócz ministra Ziobry oraz - domyślnie - za każdym razem, kiedy sugerowali, że właściwym źródłem przecieku jest ktoś, od kogo Kaczmarek się dowiedział. Łżą. W (cytowanym poniżej) artykule 19 taki zakaz nie istnieje. Jest tylko zapis, kogo szef CBA ma obowiązek na bieżąco informować. Kaczmarek miał certyfikat uprawniający go do dostępu do największych tajemnic państwa, ale też wprost nakazujący mu dochowanie tajemnicy, nie rozróżniając przy tym sposobów nabywania wiedzy tajnej na takie, które go przestrzegania tajemnic zobowiązują, i takie, które by go z tego obowiązku zwalniały. O przecieku można mówić dopiero, gdy wiedza o akcji CBA dostaje się w ręce osób nie posiadających takich uprawnień.

Dlatego to Kaczmarek jest źródłem, obojętnie, czy dowiedział się przez przypadek, czy też został poinformowany, oraz obojętnie, kto i z jakich przyczyn go informował. W świetle materiałów przedstawionych przez prokuraturę jest to raczej oczywiste. Innego źródła nie ma, pojawia się za to pytanie o rolę polityków w tej sprawie. Do jakiego momentu działania opozycji są normalną praktyką demokratycznego państwa, a kiedy stają się pomocą w mataczeniu i utrudnianiu śledztwa? Bezprzykładna presja, w tym oskarżenia, że prokuratura bierze faktycznie udział w zamachu stanu, wymusiły na prokuraturze ujawnienie większości materiału dowodowego zanim przesłuchali ostatnią z osób, Ryszarda Krauze. Prokuratorzy, pytani na konferencji, czy im to utrudni postawienie zarzutów Krauzemu, powiedzieli, że nie, gdyż pan Brochwicz, adwokat Kaczmarka, jest też członkiem rady nadzorczej jednej ze spółek Krauzego i w tej sytuacji nie można liczyć, że Krauze będzie nieświadomy co do bieżącego stanu śledztwa.

Ale pan Brochwicz jest też wymieniany jako jeden z pułkowników związanych z Platformą Obywatelską, których paskudna akcja z Jarucką swego czasu wyeliminowała z gry jedynego poważnego kandydata lewicy, Włodzimierza Cimoszewicza, torując drogę Tuskowi do drugiej tury i starcia z Lechem Kaczyńskim. Powstaje więc pytanie, czy Bronisław Komorowski samodzielnie wymyślił argument o artykule 19, czy też mu go ktoś zasugerował, a jeśli tak, to kto? Na ile komentatorzy z PO są samodzielni w tym, co mówią, na ile pomagają koledze z własnej partii, i na ile konsultują swoje wypowiedzi i działania publiczne z adwokatem osób, którym postawiono zarzut kłamstwa w śledztwie?

Jeśli nacisk na prokuraturę po prezentacji się zmniejszył, to niewiele. Wg. Dziennika Bronisław Komorowski miał powiedzieć "To było niebywałe zjawisko. Forma procesu pokazowego jak za najgorszych czasów. To potwierdzenie przypuszczenie o uwikłaniu prokuratury w układ partyjno-polityczny." To oskarżenie jest niewiele słabsze od oskarżenia o zamach stanu. Od początku afery Kaczmarka trwa też bardzo ostra presja na dziennikarzy komentujących inaczej, niż tego by chciała opozycja. Pojawiają się jakieś listy nazwisk i oskarżenia niewiele słabsze niż te pod adresem prokuratury.

I tu ponownie docieramy do tytułowego, kontrowersyjnego pytania. Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie? To znaczy, do jakiego momentu krytyka instytucji państwa i sposobu ich działania jest żelaznym, konstytucyjnie zagwarantowanym prawem polityka do wolności słowa, wykonywaniem obowiązków poselskich, i czy powinna istnieć jakaś prawna granica korzystania ze swobody wypowiedzi poselskiej? Innymi słowy, czy jest wyobrażalna sytuacja, by można było zgłosić do Komisji Etyki Poselskiej wniosek o pozbawienie jakiegoś posła immunitetu celem postawienia mu zarzutu utrudniania pracy prokuratury, mataczenia w śledztwie, etc., poprzez wpływanie na opinię publiczną środkami, jakie ma do dyspozycji każdy poseł? Czy, a jeśli tak, to od kiedy krytyka staje się wykorzystywaniem własnej pozycji do zwyczajnego zastraszania?

W "Tańcu chochołów" pisaliśmy o tytule komentarza Mirosława Czecha w Gazecie Wyborczej "Musi być sąd nad PiSem." Autor sądzi, że ów sąd powinien się odbyć "dla ukarania winnych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców". Histeria to li tylko, czy już pogróżka, element presji? Słowa jakiegokolwiek dziennikarza mają zupełnie inną moc niż słowa polityka, który za miesiąc może rządzić państwem. Ale kiedy zbierze się słowa polityka i słowa dziennikarza do jednego koszyka, to pojawia się pytanie, czy przypadkiem nie są to słowa zbyt ostre, oraz pojawia się myśl, że jednak mogą one mieć znaczący wpływ na tok śledztwa oraz na relacje medialne. Ile musi mieć odwagi cywilnej prokurator, żeby się podpisać pod jakimkolwiek protokołem z przeprowadzanych czynności procesowych, jeśli czytając gazety i oglądając telewizję zastanawia się, ile lat może posiedzieć w więzieniu za udowodnienie Kaczmarkowi, że skłamał pod przysięgą? A dziennikarz, co napisze w swojej relacji, kiedy jego koledzy po fachu praktykują wolność słowa apelując o przykładne kary dla myślących inaczej niż on sam?



- - - -



Art. 19. 1. W sprawach o przestępstwa określone w art. 17 ust. 1, czynności operacyjno-rozpoznawcze zmierzające do sprawdzenia uzyskanych wcześniej wiarygodnych informacji o przestępstwie oraz wykrycia sprawców i uzyskania dowodów mogą polegać na dokonaniu w sposób niejawny nabycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub obrót są zabronione, a także przyjęciu lub wręczeniu korzyści majątkowej.

2. Szef CBA może zarządzić, na czas określony, czynności wymienione w ust. 1, po uzyskaniu pisemnej zgody Prokuratora Generalnego, którego bieżąco informuje o przebiegu tych czynności i ich wyniku.

3. Czynności określone w ust. 1 mogą polegać na złożeniu propozycji nabycia,zbycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi, albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub którymi obrót są zabronione, a także złożeniu propozycji przyjęcia lub wręczenia korzyści majątkowej.

4. Czynności określone w ust. 1 nie mogą polegać na kierowaniu działaniami wyczerpującymi znamiona czynu zabronionego pod groźbą kary.

5. W przypadku potwierdzenia informacji o przestępstwie określonym w art. 2 ust. 1 pkt 1 Szef CBA przekazuje Prokuratorowi Generalnemu materiały uzyskane w wyniku czynności z wnioskiem o wszczęcie postępowania karnego. W postępowaniu przed sądem, w odniesieniu do tych materiałów, stosuje się odpowiednio przepis art. 393 § 1 zdanie pierwsze ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. - Kodeks postępowania karnego.

6. Prezes Rady Ministrów określi, w drodze rozporządzenia, sposób przeprowadzania i dokumentowania czynności, o których mowa w ust. 1. Rozporządzenie powinno, uwzględniając niejawny charakter czynności, określić sposób przechowywania, przekazywania i niszczenia materiałów i dokumentów uzyskanych lub wytworzonych w związku z realizacją czynności, o których mowa w ust. 1, a także określać wzory stosowanych druków i rejestrów.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 25 sierpnia 2007

Imponujący Ludwik Dorn

Cała obecna sesja parlamentu jest wielkim pokazem klasy maratończyka Ludwika Dorna, kapitana sejmowego okrętu, zataczającego się na falach politycznego cyklonu. Ponoć miał swego czasu wątpliwości, czy to stanowisko przyjąć, ale teraz robi to, co kapitan robić powinien w w trakcie katastrofy. Przywiązał się do koła sterowego i - wbrew strugom deszczu w twarz, falom zalewającym pokład i oporowi pijanej załogi - pilnuje kursu na głosowanie o samorozwiązaniu w dniu 7 września. Obraz tym barwniejszy, że rzecz się dzieje pod nocnym, warszawskim niebem, przez które niedawno przetoczyły się wielce malownicze chmury burzowe. Im dłużej ten spektakl trwa, tym bardziej widać, jak wielką dysponuje siłą psychiczną oraz fizyczną determinacją, i tym większą zdobywa sympatię publiczności zgromadzonej przy telewizorach. Jak to się dzieje zawsze, gdy jakiś samotnik stawia czoła watasze wilków mimo, że już powinien dawno paść.

W grze nerwów i na czas opozycja ma sporo środków do dyspozycji. Między innymi może domagać się przerw, nadzwyczajnych konwentów, wprowadzenia dodatkowych tematów do dyskusji. Może w zorkiestrowany sposób powiększać chaos. Jeśli parlament nie zdoła przeprocedować niezbędnych ustaw do 7 września, to może się pojawić uzasadnienie, aby odłożyć głosowanie nad wcześniejszymi wyborami na później lub ewentualnie w ogóle z niego zrezygnować. Opozycja może liczyć, że pojawią się jakieś nowe możliwości obalenia tego rządu i sformowania własnej większości bez skracania kadencji. Z całą pewnością taka sytuacja byłaby na rękę Samoobronie i LPR, partiom, które najprawdopodobniej po tych wyborach znikną z parlamentu, oraz SLD, które dzisiaj ma niższe notowania niż kiedyś, a w niektórych sondażach balansują na skraju progu wyborczego.

Nocne akcje opóźniające organizował Bronisław Komorowski z PO, mimo że jego partia oficjalnie deklaruje poparcie dla wcześniejszych wyborów. Składał wnioski o przerwy, w tym o przerwę do wtorku, motywując ją zmęczeniem posłów. W wywiadzie udzielonym prawie o czwartej nad ranem oskarżył Dorna i PiS o manipulację, gdyż z braku quorum (wielu posłów PiS było nieobecnych) nie udało mu się tego wniosku przegłosować. Zapowiedział, że takie wnioski będą dalej składane, i że postara się zmobilizować partie opozycyjne do przyjścia na salę. „Zobaczymy, kto kogo przetrzyma” - powiedział.

My już wiemy, kto. Z pokładu ostatni schodzi kapitan. Tu też tak będzie.

***

Po wyczerpującym dniu parlamentarnej awantury o opowieści Janusza Kaczmarka przed sejmową speckomisją o godzinie 23 Dorn rozpoczął czytanie na głos 400 stron stenogramu z pierwszego spotkania speckomisji z Kaczmarkiem. Wcześniej odmówił mu tego przewodniczący speckomisji Paweł Graś, stwierdzając, że ze względu na klauzulę tajności odpowiedzialność jest potężna, więc nie widzi możliwości, żeby on to odczytał. Czytanie zakończyło się o 3 nad ranem. Opozycja zażyczyła sobie przeczytania drugiej części stenogramu właśnie we wtorek, ale Dorn ogłosił godzinną przerwę, przed 3.30 spotkał się z dziennikarzami, poinformował że idzie się odświeżyć i zapoznać z kolejnymi 90 stronami stenogramu, aby usunąć z niech fragmenty opatrzone klauzulą tajności. I, że będzie czytał dalej. Nikt nie śmiał mu zadać choćby jednego pytania. Zostawił za sobą narzekającego na zmęczenie Bronisława Komorowskiego i posłów opozycji o wymiętych twarzach, chyłkiem wymykających się do łóżek.

***

Opozycja myśli, że zbija kapitał polityczny rozkręcając awantury, składając przeciwko Dornowi wnioski do prokuratury czy o odwołanie z pozycji marszałka. Jest przeciwnie. Im więcej oskarżeń, tym mniej wiary widzowie pokładają w każde z nich i tym łatwiej dostrzec, że oskarżającym raczej nie chodzi o treść ataku, a jego obiekt. To jest spektakl, który ma bardzo szeroką publiczność. Swego czasu widownia afery Rywina pragnęła obalić III RP tym mocniej, im więcej widziała w TV pulchnych ludzi opowiadających znudzonym głosem o kopertach z milionami, jakie krążą pod politycznym stołem. I obaliła III RP miażdżącą większością głosów: pomijając SLD, do parlamentu dostali się politycy deklarujący wolę walki z korupcją. Dzisiejsza widownia ma dość tego parlamentu, chce wyborów jak najszybciej i tym lepsze znajduje dla nich uzasadnienie, że ci wątpiący w istnienie dziwnych, nieformalnych struktur, działających poza, lub na pograniczu prawa, teraz je zobaczyli na własne oczy.

Posiedzenia parlamentu wyglądają jak teatr kukiełek, odgrywających wyznaczone role. Znowu na horyzoncie pojawili się pułkownicy Miodowicz i Brochwicz, związani z Platformą Tuska. Ich paskudna akcja z Jarucką i sfałszowanymi dokumentami wyeliminowała z gry jedynego poważnego kandydata lewicy, Włodzimierza Cimoszewicza, torując drogę Tuskowi do drugiej tury i starcia z Lechem Kaczyńskim. Tak jak wtedy, Tusk pozostaje dziś w cieniu, a na czoło komentatorów wypowiadających się w imieniu PO wysuwa się Bronisław Komorowski.

"Pamiętam, jak w sposób obrzydliwy załatwiono kandydaturę Włodzimierza Cimoszewicza w 2005 roku. Pamiętam, jak brał w tym udział pan Wojciech Brochwicz, obecnie pełnomocnik prawny Janusza Kaczmarka. Nie pozwolę, aby przy pomocy podobnych, brudnych, ubeckich zagrań, rozgrywano kampanię wyborczą" - powiedział wczoraj Dorn. Tą wypowiedź wszystkie stacje wielokrotnie później powtórzyły, a cała Polska usłyszała i zapamiętała. W przerwie między czytaniami PiS zaapelował do przewodniczącego speckomisji Pawła Grasia, aby odtajnił stenogram, aby można go było udostępnić dziennikarzom. Bronisław Komorowski zapytany nad ranem, czy PO podtrzymuje wolę przegłosowania samorozwiązania sejmu w dniu 7 września, odparł, że „stanowisko PO jest niezmienne: domagamy się komisji śledczej. Dzisiaj złożymy wniosek o odwołaniei ministra Ziobro”.

Skoro Brochwicz już zajęty, to zapewne kandydatem na przedstawiciela PO w tej komisji jest pułkownik Miodowicz....

***

To była długa noc. Ale jednak nie Nocna Zmiana. Kibicujemy Dornowi w parlamencie i PiSowi wszędzie gdzie indziej. Coś takiego warto będzie pamiętać.

mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

niedziela, 10 grudnia 2006

Niesmak

Jeśli ekscesy seksualne Samoobrony miały miejsce, to pozostali politycy musieli o nich wiedzieć, rzecz miała bowiem miejsce w hotelu poselskim. Jeśli młode kobiety były molestowane, jeśli 4 lata temu uzależniano wypłatę zaległych poborów od świadczeń seksualnych, to dlaczego nie miały się do kogo zwrócić po pomoc?`

Odpowiedź każdy może sobie znaleźć sam, w archiwach tygodnika "Nie", który od 17 lat opisuje kobiety biegające nago po hotelowym korytarzu, telewizyjne kanały porno w hotelowych pokojach, kobietę, która złamała kończynę wyskakując przez okno przed niechcianym seksem, ABW dowożące panienki z agencji towarzyskich służbowymi samochodami, etc. etc. Wszystko za publiczne pieniądze. Teraz Urbanowi nareszcie uwierzą, że zawartość artykułów "NIE" bynajmniej nie jest płodem zwyrodniałej wyobraźni komucha. Jedyna gazeta, która pisała prawdę o III RP od samego początku.... Ale skąd się w ogóle wzięły partie populistyczne, Samoobrona i LPR, i skąd się wzięła ich popularność?

Moment powstawania partii populistycznych jest dosyć dobrze opisany w politologii. Pojawiają się lub zdobywają znaczący sektor elektoratu, gdy zatkane są normalne kominy robienia kariery, a zarazem kwestionowana jest legitymizacja społeczna sceny politycznej. Ale to nie jest bunt, choć operuje taką retoryką. Nie jest to nawet ruch na zmianę sytuacji. W systemie kronistycznym partie populistyczne sa wygodne dla elit władzy. Kanalizują protest społeczny, a zarazem łatwo się poddają kontroli, gdyż zbudowane są na ogół hierarchicznie - wystarczy przekupić czy zintegrować liderów, a nie trzeba się przejmować elektoratem protestu. Dlatego PO dopiero teraz, a nie przed ostatnimi wyborami wpadla na pomysł, by nie dopuszczać do sprawowania mandatu poselskiego osob z wyrokami. Przed wyborami spodziewali się, że będą rządzić. W trakcie wyborów potrzebowali Samoobrony do odbierania głosów SLD i PSL, a LPR - do odbierania głosów PiSowi. Ponieważ to nie wystarczało w wyborach prezydenckich, to kandydata Włodzimierza Cimoszewicza odbierającego głosy Donaldowi Tuskowi "załatwili" za pomocą pani Jaruckiej, kampanii medialnej wokół sfałszowanych (jak się okazało) dokumentów oraz presji na rodzinę kontrkandydata (afera z córką i dziwnymi przepływami finansowymi, o których ucichło natychmiast, jak kontrkandydat się wycofał):

"Tancerz pierwszy - media. Cały dzień oglądałem TVN 24. Stacja, której gwiazdami są tak wybitni polityczni szołmeni jak płk. Miodowicz i prok. Wasserman, z wielkim mistrzostwem, wręcz fantastycznie, udawała, że nie miała z tym wszystkim nic wspólnego. Jakby to nie oni pokazywali dziesiątki razy w ciągu dnia tego samego Miodowicza wymachującego fałszywką Jaruckiej, jakby to nie oni przywoływali Wassermana do komentowania wszystkiego, choć doskonale, z góry wiadomo, co on powie. [...] Tancerz drugi - pułkownicy. Cimoszewicza wykończyli ci sami ludzie, co zawsze. Miodowicz, Brochwicz - oni byli na froncie. Ale za kurtyną, za którą PO chowa swoje tajemnice, są jeszcze Bartłomiej Sienkiewicz i Piotr Niemczyk. Czterech funkcjonariuszy tajnych służb w najbliższym otoczeniu Donalda Tuska, to dużo nawet jak na partię, o której związkach z tajnymi służbami opowiadano dowcipy. Oficerowie utopili Cimoszewicza zgodnie ze najlepszą tajniacką sztuką, bez dwóch zdań. Lewe dokumenty, lewy świadek, rozkołysanie zawsze chętnych do alty-SLD-owskiej draki mediów, marsowe miny, międlona na okrągło troska o "prawdę", potem prokuratura, która nieodmiennie przystępuje do roboty, choć dobrze wie, że to robota polityczna. Gdy sprawa nabiera już własnego rytmu, gdy "niezależni" dziennikarze sami już pilnują, żeby draka żyła, główni aktorzy znikają - zniknęła pani Jarucka, pan Brochwicz rozchorował się, pan Miodowicz zamilkł i też zniknął. " (Marek Barański, "Tańcząc na trupie Cimoszewicza" )

Pan Miodowicz zniknął, pojawił się pan Komorowski, do którego przyszła pani Aneta Krawczyk.

Dla profitu, jakim jest rzadzenie, warto było znieść perspektywę Leppera i Giertycha urządzających happeningi na mównicy sejmowej. Dla profitu, jakim jest obalenie aktualnego rządu, warto się dzisiaj na Leppera i Giertycha oburzać. Ale już nie warto popierać propozycji PiS zmiany w ordynacji wyborczej na partyjno - większościową (wygrana partia miałaby zapewnioną większość parlamentarną, co umożliwiłoby jej spokojne rządzenie, a zarazem doszłoby do marginalizacji partii populistycznych) - bo nie o spokojne rządzenie chodzi, i nie odpowiedzialność, tylko władzę. Jak najszybciej, jak najwięcej i jak najmniejszym wysiłkiem.

Barański w artykule "Tańcząc na trupie Cimoszewicza" wymienił "tancerza trzeciego", Borowskiego: "W tym przypadku nawet słów szkoda." Może jednak nie szkoda? Porozmawiajmy o III RP. Zanim pułkownicy wyciągnęli mu Jarucką, Cimoszewicz dał wykład w Fundacji Batorego zatytułowany "W obronie III RP" - "W Polsce nie ma kryzysu" - powiedział. Ciekawe, czy dzisiaj myśli to samo, hodując żubry w Białowieży ....

W krajach III świata rządy pułkowników są nieprzyjemną, ale normą. Powodem do niesmaku jest intelektualna miernota ich samych oraz grających z nimi mediów. Od początku tej kadencji próbują obalić rząd PiS. Cały dramat polega na tym, że nie potrafią. Uczestnikom zamieszek węgierskich nikt nie nakazywał uczestnictwa pod groźbą kar finansowych dla niezdyscyplinowanych zadymiarzy. Pani, która wie, kto jest ojcem jej dziecka, jest lepsza od pani, której się wydaje, że wie. Scenariusz "przyszły panie do Gazety Wyborczej" to jednak nie to samo, co "przyszedł Rywin do Michnika". Szantaż PO, że poprze budżet w zamian za ustąpienie rządu, oznacza, że PO uważa ten budżet za dobry, ale jego realizację nie od jego jakości uzależnia. Propozycja urządzenia wyborów na wiosnę z równoczesnym zakazem startowania "osób z wyrokami" to już zakład psychiatryczny. Pozbawianie kogoś biernego prawa wyborczego mocą decyzji politycznej a nie wyroku sądowego to przejaw liberalnego panstwa prawa?

W liberalnym państwie prawa pozbawianie kogoś praw publicznych uważane jest za karę wymierzaną w bardzo szczególnych przypadkach, na czas określony oraz w odniesieniu do pewnej grupy przestępstw. Wyroki ulegają zatarciu w zależności od typu przestępstwa, etc. etc. Człowiek pozbawiony przez Tuska praw wyborczych miałby prawo wytoczyć państwu polskiemu proces i by go na pewno wygrał, razem z wysokim odszkodowaniem oraz perspektywą zarządzenia nowych wyborów na skutek zakwestionowania praworządności tych zorganizowanych przez Tuska. Czy da się zapobiec sprawowaniu mandatu poselskiego przez osoby skazane w liberalnym panstwie prawa? Da się. Ale na pewno nie w horyzoncie 3miesięcznym, a taki termin zaproponował Tusk. Chyba że miał na myśli wyrzucenie do kosza na śmieci połowy kodeksu karnego i szeregu ustaw, z ustawą zasadniczą włącznie.

Chyba tak jest, że zgodnie z tradycją PRLowskich kasyn ci pułkownicy po prostu piją. Piją od 17 lat, coraz więcej i coraz częściej, i dlatego ich pomysły są coraz gorsze, w miarę znikania materii szarej w ich mózgoczaszkach. A co gorsza, ci co się ich słuchają i popierają, uważają się za "wykształciuchów". I to jest właściwy powód do niesmaku. Rzeczywiście, nie ma kryzysu w III RP. To ona sama jest jednym, wielkim kryzysem.