sobota, 27 listopada 2010

1.4 Rudy odwiedza więźnia F13

w: Rudy 1. Dzień pełen BRAKÓW
Siatka Rudego kochała bardzo swego kota. Czasami, niepostrzeżenie dla strażników, Rudy wmykał się do celi doktora topologii, którego nazywano F13, nie tylko ze względu na numer celi, w której siedział, ale także z innych powodów. Siedział od lat w śledztwie za szpiegostwo, a ze względu na tajemnicę i bezpieczeństwo państwa trzymano go w kompletnej izolacji na Poziomie Specjalnym w piwnicach, dwa piętra pod ziemią. Tak, jakby myśli można było zamknąć w celi. Myśli są wolnymi, topologicznymi formami w głowach ludzkich i łbach kocich, ich wizyta u nas jest krótka, a jednak tylko wtedy czujemy naprawdę nasze istnienie. Myślę, wiec jestem. A jak nie myślę, to nigdy tej Bezmyślności nie poznam, gdyż Ja bezmyślne po prostu nie istnieje. No, może F13 nie siedział od lat, bo wojna skończyła się raptem trzy lata temu, ale jednak sprawiał wrażenie, że siedział od czasów, kiedy koty były tygrysami szablastymi.

sobota, 20 listopada 2010

1.3 Językoznawstwo i ontologia więziennych pajęczyn

w: Rudy 1. Dzień pełan BRAKÓW

Kulik w obliczu zaciśniętej pięści skulił się jak zając, czując gniew ludu, i poczuł się właśnie jak obcy, nasłany przez wroga karaluch, przeżytek minionych czasów, w których symbolem smaku był kalafior, nie kapusta. Zajęczą duszę sekretarza przepełniał strach. Wyskoczył z gabinetu jak oparzony, pchnięty kulą armatniego gniewu naczelnika. Przeskakując schody po kilka stopni naraz, znalazł się przed centralnym blokiem, na głównym placu Sieradzkiego Więzienia.

sobota, 13 listopada 2010

1.2 Chłopski rozum o sianiu paniki i liściach kapusty

w: Rudy 1. Dzień pełen BRAKÓW

Nagły powiew powietrza był ostrzeżeniem. Otworzywszy drzwi bez najmniejszego hałasu, w samym środku gabinetu pojawił się właśnie Kulik... a kto mu dał klucz!? Po co wchodził do gabinetu, skoro myślał, że Kapusty w nim nie ma!? Nie było sensu pytać. Kulik zawsze wygłaszał gładkie, gotowe odpowiedzi, przeważnie takie, które niczego nie wyjaśniały. Kulik skradał się i siał PANIKĘ. Koniec medytacji. Cóż za dzień! Cóż za jego zakończenie! Miękkie tłuszcze, płynące w krwi naczelnika, w mgnieniu oka stały się niezdrowymi, twardymi nawarstwieniami płytek cholesterolu na ściankach jego naczyń wieńcowych. Naczelnik odwrócił się od okna i ścisnął dłoń w pięść. Patrząc intruzowi prosto w oczy, rąbnął z całej siły w blat tak, jakby celował w niewidocznego karalucha na biurku, a potem rozwarł dłoń i teatralnym gestem pokazał mu niewidocznego, rozgniecionego robaka.

poniedziałek, 8 listopada 2010

1.1 Naczelnik Kapusta ocenia miniony dzień

w: Rudy 1. Dzień pełen BRAKÓW
Słońce zachodziło za budynek więziennej administracji, ujmując jego dach w klamrę złocistej aureoli. Kapusta otworzył okno i odetchnął. Dzień był męczący. Z samego rana zaczęły się kłopoty: pojawił się BRAK. BRAK CZUJNOŚCI. Od zakończenia wojny język polski ulegał zmianom. Jak GRZYBY po deszczu powstawały nowe kombinacje liter, zazwyczaj czterech, a właściwe zrozumienie ich znaczenia wymagało długich konferencji. Zaokienny pejzaż odsłaniał doskonałą całkowitość więziennego kompleksu: obiekty z celami, magazyny, warsztaty, posterunki wartownicze, spacerniak, dziedziniec, ogród więzienny, wszystko spięte czerwoną dachówką oraz perfekcyjnym, wysokim murem z gniazdami strażniczymi i wielką, metalową bramą. Naczelnik przyglądał się kolejnym elementom krajobrazu, jak zwykle na próżno szukając w nich niedostatków. Wszystko nienagannie pasowało do siebie nawzajem, a jednak, gdyby miał jednym słowem podsumować swoje władztwo, użyłby wyrazu BRAK.

wtorek, 22 czerwca 2010

Wybór Napieralskiego

Nie daje mi spokoju pewien, kiedyś ujrzany obraz. Wracałam do domu około trzeciej nad ranem. Cicho, spokojnie.... Raptem zauważyłam człowieka leżącego na ławeczce pod wiatą przystanku autobusowego. Pomyślałam, najprawdopodobniej pijak, ale może też ktoś zasłabł? Sprawdzę! W trampkach poruszam się bezszelestnie. Wystawiłam głowę za szklaną taflę wiaty i zobaczyłam go wyraźnie. Chudy. Nic przy nim nie stało. Głowę miał przykrytą kusą kurtką, bliżej mnie chude nogi owinięte papierem, na to sprytnie przymocowane worki foliowe. Sterczące, gołe, dziobate kostki. Pomyślałam zbuntowana, przecież mógłby znaleźć w śmietnikach buty. Ludzie czasem wyrzucają buty, całkiem dobre buty. Sama czasem wyrzucam buty. Nikt nie musi chodzić w workach foliowych, w gazetach, bez butów. Dopiero po chwili dostrzegłam rękę poruszającą się w spodniach. Nie musiał ich rozpinać, tak był chudy. Kurtkę miał na głowie, a rękę i spodnie na wierzchu. To jednak nie wyglądało na onanizowanie się rozumiane jako dążenie do szczytu rozkoszy. Po prostu leżał bezwładnie, niemal jak trup z kurtką na głowie, i niemrawo głaskał swego penisa.

Odrzucił nie tylko ludzkość, ale także jej śmietniki. Ten obraz nie daje mi spokoju. Nie dlatego nawet, że mogłabym wtedy coś zrobić, zadzwonić gdzieś, a uciekłam. Sam obraz. Cichutko, spokojnie... Mysz piszczy tylko raz, z przerażenia, gdy złapie ją kot. Potem kot zanosi ją do swego legowiska, puszcza, a ona nie ucieka, patrzy cichutko i czeka na swój koniec. Nawet się nie kurczy ze strachu, tylko patrzy. Podobnie postrzelona sarna czeka cichutko i spokojnie na myśliwego, by ją dobił. W tej krótkiej chwili zwierzęta funkcjonują w stanie zawieszenia, poza życiem i jego normalnymi odruchami. On wyglądał jak umierające, sparaliżowane przerażeniem zwierzę. Co go tak przeraziło w świecie? - pomyślałam.

Seks, pomyślałam dalej, może być jak mruczenie kota. Niewiele osób wie, że kot mruczy także wtedy, gdy bardzo cierpi. Mruczenie wyzwala endorfiny i zmniejsza ból. Przyjemność w sytuacji granicznej wspomaga przetrwanie... ach, więc to tak zachowywali się muzułmanie w obozach koncentracyjnych... To wszystko przemknęło mi przez głowę w ułamku sekundy. Uciekłam.

Nie jest łatwo o solidarność społeczną z kimś takim, prawda?

* * *

Największym sukcesem kandydata lewicy jest nie sam wynik, choć niewątpliwie znakomity, lecz to, że na ów wynik znacząco złożyły się głosy ludzi młodych. Tak powiadają sondażownie. Wielka to odmiana po lewicy Olejniczaka i Kwaśniewskiego. Dotychczasowy „żelazny” elektorat SLD przeżył swe młode lata w PRL i choć zdyscyplinowany i gotowy zaakceptować każdą programową woltę swego przywództwa, to coraz mniej chciało mu się głosować - aż przed ich partią pojawiło się widmo niebytu. Bo rzeczywiście, po cóż głosować na pseudoliberalną kopię, skoro większy, wyrazistszy i nie obciążony przeszłością oryginał ma się dobrze? Kiedy Napieralski przejmował schedę po Olejniczaku napisaliśmy, że szansą jego partii na przeżycie są – mówiąc skrótowo - związki zawodowe, a także przezwyciężenie PZPR-owskiej przeszłości. To pierwsze Napieralski robi, i to właśnie dało mu tak znakomity rezultat. To drugie jeszcze przed Napieralskim.

Wszyscy jesteśmy obywatelami politycznej agory, ale kiedy jedni zajęci są poszukiwaniem portrecistów i piewców, innym przyziemne zajęcia uniemożliwiają choćby zapoznanie się ze zdjęciem garnituru od Armaniego, a jeszcze inni myślą tylko o sprzątaniu po powodzi. Agora jest jedna, ale tworzą się na niej różne języki i różne sfery komunikacji, tylko czasami krzyżujące się ze sobą. A są jeszcze i tacy, jak ów człowiek pod wiatą. Pojęcie solidaryzmu społecznego wcale nie oznacza, że powstanie język wspólny dla wszystkich, to zaledwie postulat, by czynić starania, imperatyw zależny od woli.

Podkreślana w mediach izolacja polityczna PiS jest faktycznie tylko słabym refleksem sytuacji SLD po 1989 roku. Postpezetpeerowska lewica budzi zażenowanie. Dzięki swym wyborcom są obywatelami politycznej agory, ale obywatelami drugiej kategorii. Ekipą, z którą bywa się na tych samych imprezach lub robi się interesy, ale nie zasiada do wspólnego stołu. W obrębie lewicującego środowiska też wytworzył się rodzaj kultury „gradacji nieczystości” - pisaliśmy onegdaj o gorszącym wydarzeniu, jak to Jerzy Urban z uprzejmości podwiózł Monikę Olejnik, ktoś ją w aucie Urbana zauważył, więc ona powiedziała „w towarzystwie”, że żałuje, że do urbanowego auta wsiadła. Tak w ramach wdzięczności za bezinteresowny gest. To jest jedna z przyczyn, dla których do chwili obecnej SLD nie udało się przyciągnąć znaczących postaci z lewicy posolidarnościowej. Nawet nie o przeszłość czy lustrowanie idzie, a o poczucie rozwiniętej, obyczajowej dziwności. Człowiek w zetknięciu z kulturą „nietykalnych” czuje się nieswojo i nic na to nie może poradzić.

Ale też człowiek, póki nie znajdzie się pod wiatą, w pozycji „nietykalnego” czuje się upokorzony i stara się z niej wywikłać. Lewica Olejniczaka i Kwaśniewskiego radziła sobie za pomocą handlowania głosami. Za chwilową ulgę, za chwilowe poczucie równości w obrębie niematerialnej agory – głos. A bogacz z byłego PZPR – dotacja lub stawianie obiadów. Albo „realizm polityczny” sprowadzający się do prostego rachunku stołków należnych za głosy oddane za dowolną ustawą czy atakowanie cudzego wroga. Psychologiczne sado- maso, częściowo wynikające z błędu założycielskiego, popełnionego przy Okrągłym Stole, częściowo może z upodobań przywódców, co owocowało, że obserwując to środowisko przez całe lata, czasem się zastanawiałam, czy przypadkiem nie są już ludźmi spod wiaty...

* * *

Napieralski poprowadził SLD z powrotem ku lewicowości i otrzymał za to sowitą nagrodę, zapewnioną – jak powiadają sondażownie – w znaczącym stopniu głosami młodych ludzi. SLD się zmienia. Błądzą ci z ekspertów, którzy na gorąco analizowali, że „SLD odzyskuje żelazny elektorat”, gdyż jest to już całkiem inny elektorat. Na przykład, czy młodzi wyborcy Napieralskiego rzeczywiście boją się IV RP i lustracji? Na ile skuteczna jest taktyka straszenia lewicującej młodzieży, że PiS, o ile wygra, będzie zainteresowany sprawdzaniem, co robili w pieluchy? Pewne strachy pozostają przypisane tylko do pewnych pokoleń. Zwrot ku solidaryzmowi społecznemu oznacza dla formacji lewicowej, że przeżyje, ale też, że – odrzucając jego konserwatyzm - musi ułożyć się między innymi z Jarosławem Kaczyńskim, gdyż pojęcie społecznego solidaryzmu w najnowszej historii Polski jest nierozłącznie (choć nie tylko) związane z braćmi Kaczyńskimi; musi się też ułożyć z IV RP, gdyż ona – to także społeczna solidarność, bez której lewicy po prostu nie ma. Z numerkiem czy bez, Polska po 1989 roku jest krajem głębokiej transformacji ustrojowej, politycznej i gospodarczej i owa transformacja musi się wreszcie skończyć, a Polska ustabilizować w jakiejś postaci. Jaka to ma być postać? Czy wspólnotowość ograniczy się do wspólnej, niedzielnej wizyty w kościele, czy też obejmie również dbałość o powszechność publicznego dobra – szpitali szkół, ubezpieczeń, praw pracowniczych, mediów? SLD nie ucieknie przed pytaniem o IV RP i moment, w którym transformacja się wreszcie skończy. W jakim wtedy będziemy żyć kraju?

Wspólnotowość PiS wynika z ich katolicyzmu. A co jest taką światopoglądową więzią dla polskiej lewicy? Co zostaje z in vitro bez wspólnoty? Hodowanie ludzi przez bogatych? Co zostaje z praw kobiet bez wspólnoty? Prawo luksusowch dziwek do abortcji na żądanie? W pierwszych latach po transformacji na gospodarczej prawicy odbyła się fascynująca dyskusja o przyszłości Polski, w trakcie której jeden z tygodników „Wprost” bił w oczy okładką z ogromnym napisem „Gospodarka, głupcze!” Dzisiaj to samo musi sobie powiedzieć lewica. Lewica Olejniczaka i Kwaśniewskiego konstruowała swe polityczne sojusze niemal całkowicie pomijając fakt, że materialna organizacja życia społecznego jednak w dużym stopniu determinuje ludzkie losy. Co zostanie z mediów po likwidacji mediów publicznych? Korporacyjny rząd kieszeni i dusz? Może więc jednak warto oprzeć się propagandzie uprawianej w prywatnych mediach i zastanowić nad użytecznością wartości republikańskich dla lewicy? Uczyć się od PiS?

Tak wygląda pierwszy krok Napieralskiego, skrótowo opisany jako opcja związkowa, w odróżnieniu od liberalnej Kwaśniewskiego i Olejniczaka. Krok ten da się wykonać we własnym towarzystwie, ale krok drugi – przezwyciężanie PZPRowskiej przeszłości – musi być wykonany w relacji ze światem, w tym w interakcji z osobami ze środowisk posolidarnościowych. Jeszcze nikomu się tego nie udało zrobić, ale Napieralski rozpoczyna teraz grę o wysoką stawkę. Może zostać ojcem – założycielem nowoczesnej formacji lewicowej w Polsce.

* * *
Nie zakończono liczenia głosów, a już rozpoczęło się kuszenie lewicy. Napieralski może zostać wicepremierem w rządzie Donalda Tuska. Ale tak naprawdę PO nie ma nic do zaoferowania lewicy poza kontynuacją egzotycznego bycia na scenie wzorem Kwaśniewskiego i Olejniczaka, na identycznych warunkach oraz identycznym kosztem ich własnej partii, ale na niższych pozycjach w państwie. Nawet ewentualna zasłona dymna dla tej transakcji handlowej nie może być zanadto szczelna, gdyż nadto jawna rezygnacja PO z własnego, liberalnego programu odbyłaby się kosztem elektoratu PO. W rozważaniach strategicznych warto czasem oderwać się od bezpośrednich targów i spojrzeć od strony kultury politycznej, uruchamiając intuicję. Tak, jak kultura polityczna skutecznie zapobiegła przez dwa dziesięciolecia wyjściu SLD poza PZPRowski skansen, tak i tutaj można spodziewać się, gdzie nie urosną owoce. Oto niedziela dwudziestego czerwca, zbliża się dwudziesta, zbierają się sztaby wyborcze, by zapoznać się z pierwszymi wynikami. W obszernych lokalach PiS i SLD tłumy, wielkie ekrany. Za to ze sztabu PO relacjonuje dziennikarz radia RFM FM, że pomieszczenie strojne, choć niewielkie, że jest już tylu dziennikarzy, że nie wszyscy sztabowcy Komorowskiego się w nim zmieszczą, że ekran niewielki i umieszczony niemal na zapleczu. „PO postawiło na stylowość” - skonstatował. „Stylowy” - oto nowy antonim do wyrazu egalitaryzm. Pytanie, czy Napieralski i jego wyborcy oddadzą na niego głos, kosztem własnej partii, za to zgodnie z własną, dwudziestoletnią tradycją? Jeszcze niedawno PO nazywała Napieralskiego „politycznym handlarzem” a dzisiaj spodziewa się, że ubije z nim – i jego wyborcami - interes.

W okrągłym stole dotyczącym służby zdrowia nie ma etatów, za to jest godność. Wyjście z kryteriów kultury „nietykalnych”. Lewica nie jest „stylowym” salonem, w którym niewiele osób się mieści, nawet spośród tych, co pracowali na rzecz jego właściciela. To nie są wybory parlamentarne, tylko prezydenckie. Nie chodzi o dyskusje nad całościowym programem partyjnym, lecz o to, że liberalny prezydent Komorowski byłby raczej poparł liberalne reformy służby zdrowia własnej partii czy likwidację telewizji publicznej, a Jarosław Kaczyński stuprocentowo zawetuje. Pozbawieni godności mogą i oczywiście biorą udział w grach politycznych na całym świecie, ale nie w pierwszej lidze, bo ta jest zarezerwowana dla graczy, którzy szanują sami siebie. Mysz, przerażona własną przeszłością, wyjdzie spod wiaty lub zginie. Oto rzeczywisty wybór Napieralskiego: doraźny dostatek i etaty dla szczytów partyjnego aparatu, ale w kurtce na politycznej głowie i ręką w politycznych spodniach, albo godność wynikająca z zajmowania swego miejsca w świecie, choć czasem można w nim zmoknąć, bo się nie przebywa pod wiatą.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Treść listu gen. Petelickiego do premiera Tuska

List wysłany przez gen. Sławomira Petelickiego do premiera Donalda Tuska w związku z katastrofą Tu-154M w Smoleńsku.

LIST OTWARTY
DO PREMIERA DONALDA TUSKA

Panie Premierze!

Zakończyła się Żałoba Narodowa po największej Tragedii w historii powojennej Polski. W wyniku karygodnych zaniedbań, niekompetencji i arogancji staliśmy się jedynym na świecie krajem, który w jednym momencie stracił całe Dowództwo Wojska, ze Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej na czele. Apeluję do Pana o podjęcie radykalnych kroków mających na celu ratowanie Polskich Sił Zbrojnych i systemu antykryzysowego Państwa.

W trybie pilnym należy:

1. Rozwiązać Wojskową Prokuraturę i powierzyć prowadzone przez nią sprawy Prokuraturze Cywilnej. Będzie to zgodne z wcześniejszymi wnioskami Prawa i Sprawiedliwości popartymi przez Platformę Obywatelską, których orędownikami byli między innymi Świętej Pamięci Poseł Zbigniew Wassermann i Generał Franciszek Gągor.


2. Ustanowić pełnomocnika Rządu d/s ratowania naszych Sił Zbrojnych i powołać na to stanowisko generała dywizji Waldemara Skrzypczaka (byłego dowódcę Wojsk Lądowych, który miał odwagę głośno mówić o zaniedbaniach w MON), cieszącego się ogromnym autorytetem w Wojsku Polskim.


3. Odwołać Ministra Obrony Narodowej i do czasu wybrania Prezydenta powierzyć kierowanie Resortem przewodniczącemu Ko-misji Obrony Senatu Maciejowi Grubskiemu z Platformy Obywatelskiej, który broniąc żołnierzy z Nangar Khel wykazał się zaangażowaniem i dobrą znajomością problematyki wojskowej. Ministerstwem Obrony może skutecznie kierować tylko osoba nie związana z panującymi tam od lat „betonowymi układami".


4. Przywrócić na stanowisko Szefa Rządowego Centrum Antykryzysowego doktora Przemysława Gułę.


Ponad rok temu w obecności byłego wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego, profesora Krzysztofa Rybińskiego, przekazałem ministrowi Michałowi Boniemu notatkę na temat karygodnych zaniedbań w Ministerstwie Obrony Narodowej. Zdecydowałem się na to, gdyż Bogdan Klich wysłuchiwał moich rad popartych ekspertyzami specjalistów polskich i amerykańskich, a następnie postępował wbrew logice!


Wszyscy Polacy widzieli tragiczną katastrofę wojskowego samo-lotu CASA C-295M, w której zginęło dwudziestu znakomitych lotników. Tłumaczyłem Ministrowi Klichowi, dlaczego tak się stało, prezentując mu procedury NATO. Minister zapewniał, że wyciągnie z tego wnioski. Nie wyciągnął! Nastąpiła katastrofa wojskowego samolotu BRYZA, w której zginęła cała załoga. Była jeszcze katastrofa wojskowego śmigłowca Mi-24. Pytałem publicznie B. Klicha, ilu jeszcze dzielnych żołnierzy musi zginąć, żeby zaczął konieczne reformy w Wojsku? W sierpniu 2009 roku bohaterską śmiercią zginał kapitan Daniel Ambroziński, którego patrol w Afganistanie Talibowie ostrzeliwali przez sześć godzin, a nasze Lotnictwo nie mogło tam dole-cieć, bo miało za słabe silniki (MI24). Co więcej, jak już doleciało – było nieuzbrojone (Mi-17). Minister Klich zapewniał wtedy publicznie, że w trybie nadzwyczajnym dostarczy do Afganistanu odpowiedni sprzęt. Nie zrealizował tych obietnic, za to wodował uroczyście kadłub Korwety Gawron (który kosztował ponad mi-liard sto milionów złotych), komunikując zdumionym uczestnikom uroczystości, że na tym kończy się program budowy tak potrzebnego Marynarce Wojennej okrętu, gdyż nie ma środków na jego dokończenie.


W ubiegłym roku Bogdan Klich mówił, że robi coś, co nikomu dotąd się nie udało – leasinguje od LOT-u nowoczesne samoloty dla VIP, w miejsce awaryjnego sprzętu z poprzedniej epoki. Teraz twierdzi, że to się nie udało, bo przeszkadzali posłowie.


Gdy Bogdan Klich leciał dwukrotnie do Afganistanu, w niepotrzebną PR-owską podróż, wyleasingował dla siebie Boeinga Rumuńskich Linii Lotniczych za 150 tys. zł. Dodać należy, że za boeingiem leciał wojskowy samolot CASA, który dla Ministra Klicha była za mało wygodny. Dlaczego Minister Obrony Narodowej nie zdecydował się na leasing nowoczesnego samolotu dla tak ważnej delegacji państwowej, do składu której zatwierdził podsekretarza stanu w MON, szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i dowódców wszystkich rodzajów wojsk. Jak można było umieścić kluczowe dla bezpieczeństwa Państwa osoby w jednym samolocie z poprzedniej epoki i wysłać ten samolot w czasie mgły na polowe lotnisko, bez wyznaczenia z góry zapasowego wariantu lądowania i scenariusza pozwalającego na przesuniecie terminu uroczystości.

Tłumaczyłem B. Klichowi kilkakrotnie, co to jest nowoczesne zarządzanie ryzykiem, którego od 1990 roku uczyli nas Amerykanie. Przekonywałem, że nowoczesne samoloty pasażerskie są niezbędne nie tylko do przewozu VIP, ale dla ratowania Obywateli Polskich, gdy znajdą się na zagrożonych terenach. Teraz Minister Obrony twierdzi, że nie było pieniędzy na te samoloty, a jednocześnie wydawał dużo więcej na sprzęt, który okazał się nieprzydatny, że wspomnę tylko bezzałogowe Orbitery za 110 mln USD.


W maju 2009 roku Sejm RP powołał podkomisję do zbadania za-niedbań w Lotnictwie Wojskowym RP. Jej ekspert, znakomity pilot Major Arkadiusz Szczęsny napisał: „ Świadome narażanie przez MON naszych Żołnierzy na niebezpieczeństwo utraty życia jest niedopuszczalnym łamaniem prawa"!

Gdy Major Szczęsny poprosił podkomisję o przekazanie sprawy Prokuraturze, został odwołany z funkcji eksperta.
Jeden z najdzielniejszych komandosów GROMU, ranny w walce z terrorystami i odznaczony Krzyżem Zasługi za dzielność, napi-sał do mnie po katastrofie: „Czymże jest narażenie bezpieczeństwa Państwa, jak nie sabotażem. A kto tego nie rozumie, popełnia grzech zdrady!".


Reakcja Ministra Obrony Narodowej na tragiczną katastrofę, polegająca na chwaleniu się wzorowymi procedurami w Wojsku, którymi może on się podzielić z innymi resortami, wywołała zapytania ze strony moich wojskowych kolegów ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, którzy nie zrozumieli o co ministrowi chodzi.

Mijają się z prawdą zapewnienia, że w Wojsku jest wszystko w porządku bo zastępcy płynnie przejęli dowodzenie. Podobnie jest w Centrum Antykryzysowym Rządu. W nawale obowiązków mógł Pan nie zauważyć, że po odwołaniu doktora Przemysława Guły ze stanowiska Szefa Rządowego Centrum Antykryzysowego, na znak protestu odeszło dziesięciu najlepszych specjalistów od zarządzania Państwem w sytuacjach nadzwyczajnych.


Jestem Panu bardzo wdzięczny, za uratowanie Narodowej Jednostki Operacji Specjalnych GROM, która przez trzy miesiące pozostawała bez dowódcy i miała być „wdeptana w ziemię" przez „MON-owski beton”. Proszę, aby postąpił Pan podobnie w obec-nej tragicznej sytuacji Lotnictwa Wojskowego, Marynarki Wojennej i Wojsk Lądowych.

Sugerowane na początku listu rozwiązania inicjujące niezbędne reformy konsultowałem z wybitnymi polskimi i amerykańskimi specjalistami od zarządzania ryzykiem i ochrony infrastruktury krytycznej Państwa.
Jestem Naszą Tragedią tak przybity, że mimo licznych zaproszeń, nie będę na razie występował w mediach. Życzę, żeby nie zmarnował Pan Premier szansy zbudowania na wzór GROMU nowoczesnego Polskiego Wojska i systemu antykryzysowego Naszego Kraju.


Czołem,

generał Sławomir Petelicki
Warszawa 19 kwietnia 2010

Do wiadomości:
Posłowie i Senatorowie RP

wtorek, 6 kwietnia 2010

Popędliwi bogowie

Kot przyjmuje, że to, co dzieje się między nim a światem nieożywionym, ma ten sam charakter, co jego stosunki ze światem ożywionym - światem osób: pieści czule ulubione przedmioty, jakby były matką lub własnym potomstwem, prycha na drzwi, które go przytrzasnęły. Jeśli obdarza pieszczotami przedmiot, to dlatego, że w jego mniemaniu przedmiot ten - podobnie jak on sam - lubi, aby go pieścić, a jeśli karze prychaniem drzwi, to dlatego, że przekonany jest, że drzwi zatrzasnęły się umyślnie, z zamiarem sprawienia mu bólu. Kot patrzy na ulubionego człowieka i ociera się o nogę krzesła gdyż wierzy, że noga krzesła jest częścią tego człowieka, a skoro człowiek chce być pieszczony, to noga od krzesła też, gdyż jest człowieka przedłużeniem.

Kot doskonale odróżnia świat realny od wyobrażonego, jaki sobie wymyślił na potrzeby zabawy, ale jest jak małe dziecko, któremu rodzice i nauczyciele mówią, że przedmiot sam z siebie nic nie czuje i nic nie czyni, a ono udaje, że im wierzy, albo z chęci przypodobania się, albo z obawy, że zostanie wyśmiane - jednak w głębi duszy wie lepiej. Kiedy małe dziecko spotyka się z racjonalnymi pouczeniami i impulsami otoczenia zagrzebuje swoją "prawdziwą wiedzę" w jeszcze głębszych pokładach duszy, gdzie racjonalność ich nie sięga. Tak też jest z kotem. Doświadczenie - poprzez odwzajemnienie - uczy go, że człowiek będzie prawdziwie usatysfakcjonowany dopiero wtedy, gdy kot otrze się o jego nogi i ręce, ale i tak wie lepiej. Okaże mu czułość pieszcząc ogonem dowolny przedmiot, co każdy inny kot natychmiast nie tylko rozumie, ale i odczuwa, i odpowiada podobną pieszczotą, a człowiek nie odczuje, nie zawsze nawet dostrzeże, cóż tu mówić o odwzajemnianiu. Dla kota człowiek jest istotą tak wielce egocentryczną, że niemal autystyczną. Brak reakcji w przypadku innego kota byłby sygnałem wrogości, ale kontaktując się z człowiekiem metodą prób i błędów kot uczy się, a raczej tworzy zupełnie nowy język, w procesie analogicznym do tego, w jakim zdrowi ludzie próbują osiągnąć porozumienie z autystami: oto kot podchodzi do człowieka i puka łapką w nadziei, że choć na chwilę przebije się do ludzkiego umysłu, zamkniętego we własnym świecie. Robi coś, czego nigdy by nie robił wobec innego kota, coś, czego zresztą inny kot by zresztą w ogóle nie zrozumiał. Na tej samej zasadzie rodzice autystycznego dziecka układają przed nim karty do gry w określonej kolejności, w nadziei na jakąś reakcję.

Dla kota słońce jest ożywione, bo świeci, a świeci, bo tak chce. Kamień jest ożywiony, bo może się poruszać, jak wówczas, gdy toczy się z góry na dół, na przykład po zboczu pagórka. Strumień jest ożywiony i obdarzony wolą, bo woda w nim płynie. Bieganie za sznurkiem jest tak samo interesujące, jak polowanie na mysz. W słońcu, kamieniu, wodzie i sznurku przebywa duch - podobny do kociego, toteż czuje on i działa jak kot.

W odczuciu kota nie ma wyraźnej i ostrej granicy między tym, co ożywione, a tym, co nieożywione; wszystko, co istnieje, jest podobne do nas samych. Jeśli nie pojmujemy tego, co kamienie, drzewa i zwierzęta mają nam do powiedzenia, to dlatego, że nie jesteśmy z nimi dostatecznie zestrojeni. Kotu, który próbuje rozumieć świat, wydaje się rzeczą całkowicie uzasadnioną, by od obiektów budzących zainteresowanie oczekiwać odpowiedzi. A ponieważ kot jest egocentryczny, spodziewa się, że świat powie mu coś o tym, co dla niego, dla kota, jest nadzwyczaj ważne. Kot jest przekonany, że świat składa się z istot, które go rozumieją, tylko nie zawsze okazują to otwarcie: czasem rozbawione źdźbło trawy zaczepi go i zaprosi do zabawy, zaczajenia i dramatycznego skoku; czasem ucieka przed nim kłębek włóczki; ale też człowiek tylko czasem okazuje, że kota rozumie.

Dla kota różnica między światem nieożywionym a ożywionym nie istnieje, podobnie różnica między źdźbłem trawy a człowiekiem nie jest zasadnicza, a tylko gradualna. Istota zaklęta w kamieniu lub źdźble trawy tylko zamilkła i znieruchomiała na pewien czas, ale w każdej chwili może ożyć i zrobić coś ciekawego lub groźnego. Podług tego samego rozumowania jest rzeczą całkowicie godną wiary, że stworzenia i przedmioty uprzednio nie przejawiające zdolności mówienia - zaczynają się z kotem komunikować, dają mu rady albo adresują pogróżki. Z racji identyczności wszystkich istot jest całkowicie wiarygodne, że jedne istoty mogą zamieniać się w inne, kamień w kota a kot w trawę, człowiek w kota i na odwrót.

W przeżyciach kotów natura otaczających rzeczy ulega skrajnym przemianom pod rozmaitymi względami, choć my, ludzie, możemy tego nawet nie spostrzegać. Spójrzmy jednakże na kota, gdy na przykład ma do czynienia z jakimś przedmiotem - sznurowadłem czy zabawką. Rzecz ta może dostarczyć powodu do poczucia skrajnego niepowodzenia, tak że kot może się czuć do niczego niezdatny. Potem zaś, w jednej chwili, jakby w magiczny sposób, przedmiot staje się posłuszny i spełnia to, co do niego należy - a kot z najbardziej strapionej istoty, jaka tylko istnieje na Ziemi, przemienia się w istotę najszczęśliwszą. Czyż nie dowodzi to czarodziejskiego charakteru przedmiotów? Kiedy kot zostaje sam choćby tylko na parę godzin, czuje tak okrutną udrękę, jak gdyby od początku życia był opuszczony i odrzucony. A potem, nagle, popada w stan absolutnej błogości, bo w drzwiach pojawia się człowiek, w jego kojcu pojawia się matka, uśmiechnięta i może z jakimś małym prezentem, myszą, małym ptaszkiem. Czy istnieje większa magia? Jak mógłby tak prosty fakt przemienić tak całkowicie jego egzystencję, gdyby w grę nie wchodziły czarodziejskie moce?

Życie kota może nagle ulec całkowitej przemianie, bo znajduje on magiczny przedmiot lub interweniuje jakieś bóstwo. Kot niewiele może zrobić sam i to może zniechęcić go tak dalece, że popada w rozpacz - tak się czasem dzieje z kotami zamkniętymi w schroniskach dla zwierząt, które pozornie mają wszystko, jedzenie, ciepłe spanie, a jednak siadają w kącie klatki, przestają jeść i pić i umierają. Magia przedmiotów i bóstwa chronią je przed takimi uczuciami.

Ponieważ w odczuciu kota, tak jak w odczuciu największych filozofów, sama jego egzystencja jest tak bardzo niejasna, najważniejsze jest dla niego pytanie: "Kim jestem?" Gdy tylko kot zaczyna samodzielnie się poruszać i badać otaczający świat, wyłania się przed nim problem jego tożsamości. Spostrzegając własne odbicie w lustrze, zastanawia się, czy to rzeczywiście ono samo, czy też kot zupełnie do niego podobny, który znajduje się po drugiej stronie lustra. Stara się znaleźć na to pytanie odpowiedź, badając, czy ów kot jest istotnie pod wszystkimi względami do niego samego podobny. Robi miny, obraca się na różne strony, oddala się od lustra i jednym skokiem znów umieszcza się przed nim, aby sprawdzić, czy drugi kot oddalił się, czy też jest jeszcze obecny. Dokładnie to samo robią ludzkie dzieci w wieku trzech lat.

Kot zadaje sobie pytania: " Kim jestem? Skąd się wziąłem? Skąd wziął się świat? Kto stworzył mnie, inne koty i całą przyrodę? Jaki jest cel życia?" Co prawda, te żywotne pytania nie pojawiają się przed nim w abstrakcyjny sposób, ale rozważa je w tej mierze, w jakiej dotyczą jego samego. Nie zaprząta go kwestia, czy na świecie istnieje sprawiedliwość, ale czy on sam jest traktowany sprawiedliwie. Zastanawia się, kto lub co sprawia, że spotyka go niepowodzenie, i co może je przed nim uchronić. Czy poza rodzicami istnieją jeszcze jakieś inne życzliwe moce? Czy rodzice są życzliwymi mocami? Jak ma sam siebie kształtować i dlaczego? Czy może nie tracić nadziei, mimo, że postępował źle? Dlaczego przydarza mu się to wszystko? Jaki to będzie miało wpływ na przyszłość? Popędliwi bogowie przynoszą odpowiedzi na te naglące pytania, z których w znacznej mierze kot zaczyna sobie zdawać sprawę właśnie dopiero pod wpływem doświadczeń egzystencjonalnych: konieczności odróżnienia siebie od świata, która umożliwi mu przeżycie w świecie.

Albowiem kot doświadcza świata w sposób chaotyczny. Za sprawą magii i magicznych przedmiotów odmieniają mu się koleje losu. Ogarnia go zamęt sprzecznych uczuć. Doświadcza pomieszanych uczuć miłości i nienawiści, lęku i pragnienia, jako nie dającego się zrozumieć chaosu. Nie może dać sobie rady z faktem, że w tym samym momencie doznaje zarówno uczuć pozytywnych i chęci, aby być posłusznym lub opiekuńczym, jak uczuć negatywnych i chęci, aby się zbuntować lub zaatakować - mimo że tak właśnie dzieje się w jego wnętrzu. Ponieważ nie potrafi zrozumieć, że istnieją stopnie pośrednie oraz stany wewnętrzne i cechy o różnej intensywności -wszystko jest albo jasne, albo ciemne. Jest się albo na wskroś odważnym, albo tchórzem; najszczęśliwszym w świecie albo najbardziej nieszczęśliwym; ktoś jest najpiękniejszy albo najbrzydszy; najmądrzejszy albo najgłupszy; albo kochamy, albo nienawidzimy; nie ma nigdy nic pośredniego. Gdy kot stara się uporać z trudnościami, jakie pojawiają się w jego wnętrzu, świat dzięki jego wysiłkom zaczyna mu się ukazywać jako bardziej sensowny. Podejmuje on próby, aby go zrozumieć.

Oto kot oddala się od człowieka, celowo siada tyłem i popada w odrętwienie. "Obraził się" - myśli człowiek, i czasem ma ku temu podstawy, bo wcześniej odmówił mu smakołyka. A to nieprawda. Kot w tym czasie przeczekuje chaos wywoływany w jego duszy przez popędliwych bogów: boga gniewu i boga miłości, którzy próbują przejąć władzę nad kocią relacją z jednym i tym samym człowiekiem. Kot może postąpić identycznie w trakcie przyjaznej zabawy, jeśli stanie się zbyt intensywna, bo wtedy w jego duszy bóg miłości zostaje zaatakowany przez boga agresji i walki, a kot nie radzi sobie z tak sprzecznymi impulsami wobec tego samego obiektu, którym w tym przypadku jest człowiek. Kot z pełnym brzuchem odchodzi od miski, siada tyłem do człowieka i zaczyna myć sobie łapki i pyszczek. Człowiek myśli, że kot jest egoistycznym łobuzem, który nie zna słowa "dziękuję", którego interesuje tylko jedzenie, a nie jego relacja z człowiekiem, a tymczasem dla kota jest to konieczność, chwila, którą musi poświęcić na to, by przepotężny bóg pożądania ustąpił pola innym bogom, w tym, właśnie, bogowi miłości. Kot zawsze odwzajemnia dobre uczynki, nie zdawkowym "dziękuję" lecz całym sercem, tylko człowiek, żyjący we własnym, autystycznym świecie, jest na nie obojętny. Jedna upolowana mysz, którą kot zaniesie człowiekowi pod łóżko, jest więcej warta, niż wszystkie zdawkowe podziękowania, jakich ludzie nie szczędzą sobie nawzajem.

Albowiem uczynek zastępuje u kota rozumienie analityczne. Dzieje się tak w tym większej mierze, im silniejsze są uczucia, których doznaje. Nie jest w jego odczuciu tak, że ludzie płaczą, ponieważ są smutni, lecz tak, że po prostu płaczą. Nie jest tak, że atakuje się drugich, niszczy lub drapie pazurami - dlatego że się jest opanowanym przez gniew, ale po prostu bije się drugich, niszczy lub drapie pazurami. Bywa, że kot nauczy się, iż może sobie ułatwić stosunki z ludźmi, wyjaśniając, że zrobił coś, ponieważ był gniewny, jednak nie zmienia to faktu, że nie doświadcza on gniewu jako gniewu, ale że gniew to dla niego jedynie impuls, aby uderzyć, zniszczyć, zadrapać. Sposobem radzenia sobie ze sprzecznymi - lub nadmiernie potężnymi - impulsami jest odrętwienie, w którego trakcie kot po prostu czeka, aż bogowie w jego duszy jakoś dojdą ze sobą do ładu.

Niektóre nieświadome napięcia wewnętrzne dają się u kota rozładowywać przez zabawę. W normalnej zabawie kot przypisuje swoim zabawkom i swoim zabawowym zachowaniom właśnie te różnorodne aspekty własnej osobowości, z którymi trudno mu sobie dać radę, bo są zbyt złożone dla niego, nie akceptuje ich lub zawierają sprzeczności. Pozwala to mu w pewnej mierze nad nimi panować, do czego nie jest zdolny wtedy, gdy żąda się od niego - lub gdy okoliczności na nim to wymuszają - aby zdał sobie sprawę z własnych procesów wewnętrznych, gdyż tego właśnie nie potrafi uczynić - i właśnie dlatego nie potrafi usiąść tyłem do człowieka, bo sobie uświadomił własny na niego gniew. Kot zjada jedzenie z miseczki, a gdy jest najedzony, siada obok i zaczyna pazurzastą łapką atakować kulki jedzenia. Innym razem, bez żadnych zewnętrznych bodźców, najeża się, zaczaja w kącie i przemyka na sztywnych łapach od jednego ciemnego miejsca do drugiego, wpatrując w coś niewidzialnego, ale bardzo strasznego. Właśnie wtedy rządzą nim popędliwi bogowie, ale w sposób bezpieczniejszy i bardziej dla kota zrozumiały niż wtedy, gdy przychodzą bez zaproszenia. Kot "oswaja" się z potężnymi bodźcami wewnętrznymi, które w innych sytuacjach popychają go do bezrozumnej ucieczki na oślep, skrajnej rozpaczy czy euforii. Oddaje się we władanie różnym aspektom swojej osobowości i sprawdza, do czego prowadzą. Kot to samobieżny psycho- auto- analityk.

Tacy właśnie są popędliwi bogowie. Są przeważnie prości, jednoaspektowi, reprezentujący pojedyńcze stany kociej duszy. Najpotężniejszymi z nich są Bóg Strachu, Bóg Żartu i Bóg Pożądania. Władają wielką magią.

wtorek, 29 grudnia 2009

Rządy motłochu

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz


„Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, schizofrenia jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje socjalizm najwyższej jakości jako dzieło sztuki komicznej. Wiwat Sorbowit” - tak pisał Waldemar Maria „Major” Fydrych, przywódca Pomarańczowej Alternatywy w czasach polityki czarnobiałej. Dadaistyczny hymn na cześć napoju witaminizowanego jest swoistym manifestem najmłodszego pokolenia opozycji lat osiemdziesiątych, a przy okazji paradoksalnym wyrazem ewolucji, jaka się dokonała w kolejnych pokoleniach polskiej młodzieży: w latach młodości Andrzeja Czumy bohaterstwem bywało wysadzać pomniki – w czasach Pomarańczowej Alternatywy bohaterstwem było śmiać się tym głośniej, im bardziej się było obitym.

Śmiech jest bronią ruchów pokojowych, świadomie rezygnujących z przemocy, bronią ludzi słabych, bezbronnych wobec władzy. Bronią niezwykle skuteczną. Mark Twain pisał: „Perswazja, pieniądze – mogą czasem podważyć jakąś przepastną bzdurę, ale tylko śmiech potrafi jednym ciosem rozwalić ją w strzępy, rozbić na atomy”.

Jeśli jednak patrzymy na pręgierz umieszczony na wrocławskim rynku, to uświadamiamy sobie, że krewniak śmiechu - szyderstwo - należał do arsenału katowskiego od zarania dziejów. O ile śmiech jest bronią ludzi bezbronnych, to szyderstwo bywa bronią władzy, która tym sposobem, rękami motłochu, pozbywa się ludzi sobie niewygodnych. Temu celowi służyło wytarzanie delikwenta w smole i pierzu, i przegonienie go przez średniowieczne miasto. Na Tasmanii tubylcy umieszczali nieszczęśnika na niskiej gałęzi drzewa, aby każdy mógł się napawać jego reakcjami, a tłum zebrany pod drzewem – szydził. Temu też celowi służyły artykuły prasowe w polskiej prasie w trakcie procesów marcowych w 1968 roku. Współczesny sejm używa do tego celu komisji śledczej do sprawy afery hazardowej.

Zapewne istnieje wśród telewidzów jakaś grupa, która ogląda kolejne posiedzenia tej komisji z fascynacją i niezdrową ciekawością – ciekawość to niezdrowa, gdyż gdzieś w tle jest chęć popatrzenia na twarze i przypomnienia sobie poczucia odrazy sprzed wielu lat. Wystawa IPN o twarzach bezpieki w pewien sposób bardzo celnie utrafia swoim tytułem w swoistą pamięć o czasach PRL, bo w niej rzeczywiście chodzi o twarze. Te martwe, umalowane i upudrowane fizjonomie robotów w okienku telewizora, które bez drgnięcia powieką, bez śladu zażenowania na twarzy i bez wstydu uzasadniały telewidzom najokropniejsze rzeczy. To był jakiś inny gatunek ludzi, z którymi nie szło się identyfikować, poczuć emocjonalną, czy po prostu gatunkową wspólnotę, bo jakaż to może być wspólnota z istotami, które wyglądają jak my, ale posiadają zupełnie inne życie emocjonalne? Te twarze to były istoty z Marsa. Inwazja kosmitów. I te twarze znowu pojawiły się w telewizji, stąd człowiek wzdraga się, ale patrzy. Tym chętniej patrzy, im bardziej się wzdraga.

Prominentni posłowie Platformy Obywatelskiej popełniają przestępstwo. Partia ta ma w sejmie większość, więc ustala powołanie komisji śledczej, która będzie badać nie przestępstwo, a „procesy legislacyjne” wielu rządów. Członkowie Platformy Obywatelskiej mają w komisji śledczej większość, więc ustalają taką kolejność przesłuchań, że w terminie do 28 lutego, narzuconym przez parlamentarną większość PO, z góry wiadomo, że się z przesłuchaniami przestępców z PO nie zdąży. Następnie, pod nieobecność posła Stefaniuka z PSL, w późnych godzinach wieczornych i bez wcześniejszych zapowiedzi, że będzie taki punkt posiedzenia, większość Platformy Obywatelskiej wyrzuca z komisji dwoje posłów z PiS. Wszystkiemu towarzyszą konferencje prasowe i udział rozmaitych posłów PO w programach telewizyjnych, gdzie z kamiennymi twarzami, patrząc prosto w oko kamery, uzasadniają postępowanie kolegów partyjnych jako zasadne, moralne i etycznie bez zarzutu, a także insynuują rozmaite przewiny Wassermana i Kempy, które mają w pełni uzasadniać ich wyrzucenie z komisji. Och, jak się na te twarze patrzy!

Kulminacją tego patrzenia był 28 grudnia 2009. Tego dnia jedni posłowie Platformy Obywatelskiej przez siedem godzin przesłuchiwali w dosyć szczególny sposób człowieka niewinnego, a inni członkowie tej partii to ich postępowanie uzasadniali. Sami przedstawiciele PO w komisji nie potrafili w trakcie przesłuchania wskazać najmniejszego zarzutu, ani nawet powodu wezwania posła Wassermana na świadka, bo, jak wynikało z ich własnych dociekań, Wasserman ani działalności kryminalnej nie uprawiał, ani nie brał udziału w „nieprawidłowościach legislacyjnych”. Siedmiogodzinne przesłuchanie posła Wassermana było siedmiogodzinnym seansem nienawiści, szyderstwem i upokarzaniem człowieka niewinnego. Posłom PO poprzez siedem godzin nie schodził z twarzy szeroki uśmiech sadystycznego zaspokojenia. Trzeba przyznać, że twarze posłów Stefaniuka i Arłukowicza były cały czas poważne. Arłukowicz wyglądał nawet na zdenerwowanego, kiedy zastrzegał się, że on nie korzysta z porad przesyłanych komunikatorami internetowymi w trakcie posiedzenia, tylko pracuje na dokumentach. Przewodniczący Mirosław Sekuła, który już kilkakrotnie narzekał na brak doradców w komisji, nie zainteresował się personaliami doradców niejawnych i związkiem ich sposobu doradzania z regulaminem komisji.

Przewodniczący komisji Mirosław Sekuła przejdzie chyba do historii politycznego gangsteryzmu za wywiad, w którym uzasadniał, że posłowie wyrzuceni z komisji nie mogą do niej wrócić, gdyż byli przesłuchiwani jako świadkowie, rzecz jak z „Procesu” Kafki. Główny organizator sędziowania Platformy Obywatelskiej we własnej sprawie, z jego oblicza nie schodził wyraz dostojeństwa i zasadniczej, moralnej powagi, kiedy tłumaczył, że motywuje go troska „o dotrzymanie standardów” i przekonanie, że posłowie Kempa i Wasserman we własnej sprawie sędziować nie mogą. Cóż to za sprawa i jakie standardy, nie wyjaśnił, analogicznie, jak nikt nic nie wyjaśniał kafkowskiemu Józefowi K. Panu Sekule w pełni dorównują pracownicy Biura Analiz Sejmowych, którzy w zaskakującym terminie dostarczyli „analizę”, że człowiek przesłuchiwany w charakterze świadka nie może być członkiem komisji śledczej: „analiza” została przedstawiona opinii publicznej dopiero po przesłuchaniu Wassermana, a nie przed posiedzeniem Prezydium Sejmu, które zaleciło szybkie przesłuchanie posłów PiS właśnie po to, żeby można było ich przywrócić do komisji.

Mimo braku jakichkolwiek rezultatów Platforma Obywatelska zdecydowała, że będzie przesłuchiwać Wassermana ponownie, tym razem niejawnie. Ogląd pierwszej części przesłuchania każe powątpiewać, czy istnieje cokolwiek „tajnego” na posła Wassermana. Raczej można przypuszczać, że Platforma Obywatelska, podobnie jak każdy gang uliczny, woli sekować swoje ofiary w ciemnych zaułkach i bez świadków. Wedle wcześniejszych, ludożerczo- spożywczych sugestii posła Palikota, że członkowie PO z komisji śledczej zrobili swego czasu błąd, gdyż przerwali „grillowanie” swoich ofiar, gdy te jeszcze mogły się ruszać, być może członkowie PO w komisji śledczej postanowili ów błąd naprawić i zamierzają nękać Wassermana, aż padnie na zawał.

Zgodnie z tą samą filozofią w telewizji występuje teraz stadko ekspertów, którzy zgodnie twierdzą, że powadze i autorytetowi Sejmu szkodzą transmisje z obrad komisji śledczych. Na tej samej zasadzie można zarzucać organizacjom kobiecym, że nagłaśniają sprawy mężów bijących swoje żony – gdyż to szkodzi autorytetowi rodziny. Bronią słabych, i to wielce skuteczną, jest nie tylko śmiech, ale i jawność. Dziś służy ona nie Platformie Obywatelskiej, a jej ofiarom. Wzmacnia determinację posłów PSL i lewicy, by się poprawnie zachowywać i uodparnia ich na ewentualne zakulisowe presje. Opinia publiczna jest tu dla nich nagrodą, bo wiedzą, że właściwym postępowaniem przysporzą głosów swoim ugrupowaniom. Ekspercki atak na suwerenność i wolną wolę opinii publicznej znakomicie mieści się w konwencji wcześniejszych propozycji zmian w Konstytucji RP, proponowanych przez Donalda Tuska, które sprowadzały się do likwidacji najpopularniejszych w Polsce, powszechnych wyborów na prezydenta, odebraniu praw wyborczych opinii publicznej i przekazaniu ich parlamentarnej większości Platformy Obywatelskiej. Opinię publiczną, elektorat, też można zaliczyć do kategorii słabych podmiotów sceny politycznej, gdyż nie dysponuje ona policją, wojskiem, żadnymi formami przymusu i presji, poza kartką wyborczą dzierżoną w garści i własnym poinformowaniem, na podstawie którego podejmuje wyborcze decyzje. Właśnie w obronie suwerenności i poinformowania opinii publicznej w 1968 roku bunt młodzieży objął aż 200 tysięcy osób, krzyczących głośno w całej Polsce, że „Prasa kłamie”. Dziś historia zatoczyła koło i powróciła jako farsa. Członkowie Platformy Obywatelskiej czynią okropne rzeczy, a Donald Tusk, ich przywódca, opowiada telewidzom jak onegdaj Gomułka, że w „roku bieżącym wyprodukowaliśmy 20 tysięcy łyżeczek do herbaty więcej” niż inne kraje Unii Europejskiej, oraz, że jeszcze niedawno staliśmy o krok od przepaści (bo rządził PiS), a teraz wykonaliśmy ogromny skok do przodu...

Posłanka Kempa może być w pewnym sensie w gorszej psychologicznie sytuacji niż poseł Wasserman, bo oprócz „grillowania” można jeszcze uderzać i w to, że jest kobietą. Na jednym z wcześniejszych posiedzeń przewodniczący komisji Mirosław Sekuła upominał ją, że się nie zachowuje „jak kobieta”. Identyczne upomnienia świetnie pamiętają wszystkie kobiety, które działały w opozycji. To była celowa metoda SB, upokarzać, pozbawiać działaczki opozycji kobiecości i godności osoby ludzkiej. Aresztantkom nagminnie tłumaczono, że działają w opozycji, gdyż są brzydkie, „żaden chłop ich nie chce”, nie wiedzą, jak się zachowywać jak kobieta, na zmianę z insynuacjami o prostytucji, alkoholu i lekkim prowadzeniu się. Poseł Halicki z PO występujący w programie „Minęła dwudziesta” się otwarcie, szyderczo uśmiechał gumowym uśmiechem, kiedy posłanka Kempa mówiła, że cały dzień czekała pod drzwiami komisji. Oto wreszcie Platforma Obywatelska pokazała, jak powinna się zachowywać kobieta: ma tłuc się pociągami tam i nazad, siedzieć na fotelu pod drzwiami od dziesiątej rano do dwudziestej pierwszej, pokornie przyjąć decyzję komisji, że się jej nie chce z nią rozmawiać i w nocy wracać pociągiem do domu. Jako kobieta, osoba nieważna, nie powinna mieć pretensji, że jej ktoś wcześniej z wysiadywania na wycieraczce pod drzwiami panów szejków z PO nie zwolnił.

W komisjach śledczych zeznaje się pod rygorem karnym, na podstawie stosownych przepisów kpk, dlatego można by zaryzykować opinię, że choć w historii PRL codziennością było pożytkowanie majestatu kodeksu karnego i polskiego sejmu do maltretowania i skazywania osób niewinnych, to w historii wolnej Polski jest to jednak niepokojąca nowość. Polega ona na wielce innowacyjnej procedurze odbierania części praw obywatelskich (w postaci prawa kandydowania na członka komisji) nie za przewiny, a za to, że się było przesłuchiwanym. Jako, że ryba psuje się zwykle od głowy, w polskim wymiarze sprawiedliwości szykuje się wesoła rewolucja imienia Franza Kafki: oto z garaży wyjadą znowu czarne wołgi, złapie się przechodnia na ulicy, przesłucha na dowolną okoliczność, a potem wsadzi do więzienia za to, że przechodzień został przesłuchany. Na tej samej zasadzie Platforma Obywatelska będzie mogła odbierać bierne i czynne prawa wyborcze dowolnym obywatelom, nie wykluczając kontrkandydatów Donalda Tuska do fotela prezydenta RP.

Z tego względu, iż rzeczywistość jest najstarszym i najgroźniejszym wrogiem człowieka, motłoch jest okopem najwyższej jakości. Precz ze sztuką intelektualną. Niech żyje Platforma Obywatelska, najwyższej jakości jako dzieło sztuki partyjnej. Wiwat Biuro Analiz Sejmowych. Wiwat soki owocowe....

czwartek, 3 grudnia 2009

Czyż nie do władcy więc państwo należy?

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz
Ksenofont, snując rozważania co zrobić z prawomocnym władcą, który zaczyna łamać prawo, pisze: "tyrania to najwyższa władza rządzenia, która nie liczy się ani z wolą poddanych, ani z istniejącym ustawodawstwem, ale jest sprawowana wedle samowoli panującego". Według Ksenofonta i wielu późniejszych myślicieli, rządy większości, którym nie towarzyszy poszanowanie prawa państwowego, uwzględnienie woli obywateli oraz uszanowanie praw mniejszości, to tyrania. Innymi słowy, demokracja tym się różni od tyranii, że demokratyczna większość dobrowolnie "posuwa się", czyniąc na scenie publicznej miejsce tym, którzy nie chcą się z większością identyfikować.

Immanentną cechą demokracji jest metoda consensusu i zasada samoograniczania się większości. W tyraniach obie te zasady są zniesione. To rozróżnienie odnosi się nawet do wojen: dziewiętnastowieczne wojny epoki wiktoriańskiej bywały krwawe, okrutne i niesprawiedliwe, ale cele i zakres wojny oraz dalsze koleje losów jeńców wojennych wyznaczało coś, co by można było nazwać przekonaniem o fundamentalnej wspólnocie ludzkiego gatunku - epoka wiktoriańska przestrzegała Konwencji Genewskich! W wypadkach, gdy je naruszano, elity ówczesnego świata potrafiły nazwać zło - złem. W obu dwudziestowiecznych wojnach, w Holokauście, w Gułagu, w utopiach negatywnych Orwella koegzystencja jako wartość, jako dobro samo w sobie, jest w ogóle nieobecna. Podstawowym, pierwotnym wyborem zbiorowości, narodów, ale i indywidualnych ludzi jest decyzja, jakimi zasadami moralnymi chcemy się kierować: tymi, wywodzącymi się z demokracji, czy tymi, wywodzącymi się z tyranii. Wszystko inne wypływa z tego pierwszego wyboru: społeczeństwa będą otwarte lub zamknięte; w firmie pracodawca będzie stosował mobbing jako technikę zarządzania lub nie; w rodzinie mąż będzie katował żonę i dzieci, lub nie.

W Polsce znów pojawiły się dowcipy polityczne: "Donald Tusk po pijaku powoduje kraksę. Co na to PO? Odpowiedź - Powołuje komisję śledczą do spraw zbadania stanów upojenia alkoholowego wszystkich premierów w Polsce, poczynając od Bieruta". Przewodniczącym parlamentarnej komisji śledczej do zbadania afery hazardowej, w której uczestniczyli członkowie rządu Platformy Obywatelskiej, został Mirosław Sekuła z Platformy Obywatelskiej, bo Platforma ma parlamentarną większość. Zbigniew Wassermann z PiS w brzydki sposób został wyrugowany z prezydium komisji, bo Platforma ma większość (tu Platformie dzielnie sekundował przedstawiciel lewicy Bartosz Arłukowicz, który głosował przeciwko Wassermanowi, odwzajemniając się tym sposobem za wcześniejsze poparcie jego kandydatury do prezydium przez Wassermana i Beatę Kempę z PiS). Następnie Platforma podjęła próbę całkowitego wyrugowania dwojga przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości z komisji, ale im nie wyszło - nie dlatego, że zastanowili się, co czynią, lecz dlatego, że poseł z lewicy już tego nie wytrzymał psychicznie i z większości zrobiła się mniejszość. Aferzysta Zbigniew Chlebowski po krótkim urlopie (twierdzi, że był z rodziną na wakacjach) wrócił do parlamentu, przywitany uściskami rąk innych parlamentarzystów PO i bez cienia zażenowania na pulchnych policzkach oświadczył, że teraz będzie pracował w komisji budżetowej, czyli tam, gdzie wcześniej nabałaganił. Nikt jednak się tym nie przejął, gdyż komisja śledcza dyskutowała właśnie nad urządzeniem konfrontacji szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego z byłym szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariuszem Kamińskim - nie dlatego, że komisja podejrzewa, że Jarosław Kaczyński również uczestniczył w tajnych spotkaniach organizowanych przez Chlebowskiego na cmentarzach i stacjach benzynowych, a Kamiński to ukrył, a dlatego, że Platforma ma w komisji większość. Większościowa pozycja Platformy Obywatelskiej jest często ostatecznym, zamykającym dyskusję argumentem objaśniającym bieg spraw w parlamencie, rozmaitych komisjach i urzędach. "Tak być musi, bo na tym polegają rządy większości w demokracjach" pada z telewizyjnego okienka przynajmniej raz dziennie. Z większościowym przymusem zgadzają się posłowie wszystkich partii, komentatorzy i publicyści z wszystkich opcji, a także, niestety, profesorowie. Do dzisiaj nikt publicznie nie zauważył, że takie większościowe zasady obowiązują nie w demokracjach, a w ustroju bolszewickim, który właśnie dlatego się nazywa tak, jak się nazywa. Wolter pisał "Stale odmawiam krótką modlitewkę 'Boże, ośmiesz moich wrogów.' I dobry Bóg przychylał się do mojej prośby." Największym wrogiem polskich elit są polskie elity, stąd wiadomo, o co się codziennie modlą.

Dzień Święta Nauki 2 grudnia przypadł w 2009 roku na środę. Środek tygodnia, połowa rządów Donalda Tuska, półmetek transformacji ustrojowej. Przemawiając do studentów - stypendystów premier Tusk wspomniał o własnym pokoleniu, którego "szczytem marzeń było wejść do lepszego towarzystwa" - tj. zachodniej cywilizacji. Pochwalił studentów za "wygraną w ich pierwszym wyścigu" (zdobyli stypendia naukowe) i scharakteryzował resztę ich życia jako wyścig - "Będą wam mówić, że sam udział w wyścigu jest wartościowy, ale to nieprawda. Biorących udział w wyścigu trzeba szanować, ale mówię wam, liczy się tylko zwycięstwo. Trzeba zawsze liczyć na to, że się zwycięży. Mówię wam, trzeba walczyć o swoje, a niektórzy z was będą potem przez nas wszystkich podziwiani".Termin "walczyć o swoje" powtórzył kilkakrotnie i z naciskiem. Od powstania Stanów Zjednoczonych przesłania wszystkich amerykańskich prezydentów, wygłoszone do młodzieży w analogicznych sytuacjach, językiem zdecydowanie mniej zmilitaryzowanym, zachęcały raczej nie do walki, a do pracy i uporu w dążeniu do wytyczonych celów, i nie do "walki o swoje" a do dbałości o siebie, o swoją rodzinę i swoją wspólnotę polityczną, która to katagoria w przemówieniu polskiego premiera w ogóle się nie pojawiła, a w wypowiedziach i działaniach innych przedstawicieli Platformy Obywatelskiej pojawia się głównie w formule negatywnej, wykluczającej - a to w apelach o odbieranie babciom dowodów osobistych, żeby nie mogły uczestniczyć w wyborach i głosować na przeciwników PO, a to w rozmaitych zachętach do pastwienia się nad członkami PiS czy uwagach na marginesie wyraźnie dających do zrozumienia, że Prawo i Sprawiedliwość to inny naród niż naród Platformy Obywatelskiej.

Polskie elity nie wiedzą co to Konwencje Genewskie nie tylko w odniesieniu do wojny, ale i w bitwach politycznych, w dyskursie publicznym, w nauce i w obyczajach. Mariusz Kamiński wyleciał z roboty, bo wykrył aferę hazardową, w tym przeciek z kancelarii Donalda Tuska. Dwaj naukowcy z IPN (Cenckiewicz i Gontarczyk) napisali książki, które nie podobają się politykom z PO - problemową o Wałęsie i źródłoznawczą o Aleksanrze Kwaśniewskim. W konsekwencji większość parlamentarna Platformy Obywatelskiej wyznaczy większość członków nowego ciała kontrolującego prezesa IPN i publikacje IPN, zwanego "Radą Instytutu Pamięci Narodowej" oraz wprowadzi ułatwienia do procedury wyrzucania prezesa IPN z roboty. W trakcie konferencji prasowej PO zapowiadającej te zmiany padła też liczba historyków z IPN, którzy nie nadają się do roboty w IPN, oraz uzasadnienie dlaczego się nie nadają: jest ich około dziesięciu, a wylecą za "promowanie wizji historii politycznej", która nie podoba się Platformie Obywatelskiej. Robotę w IPN zapewne zachowają ci historycy, którzy wiedzą, że nie powinno się publikować prac - ani problemowych, ani źródłoznawczych - o tym, że SB odnotowywała niektórych prominentnych uczestników życia publicznego jako agentów. Za to dzięki Platformie Obywatelskiej każdy obywatel będzie mógł zajrzeć do archiwów IPN i osobiście przeczytać, z kim Adam Michnik oraz niżej podpisani uprawiali seks i na co chorowali. Zapewne w imię wolności badań naukowych oraz "odpolitycznienia Instytutu Pamięci Narodowej, długo wyczekiwanego przez społeczeństwo", które w demokracjach zostałoby nazwane raczej mobbingiem sankcjonowanym przez państwo lub wymuszanym przez państwo ekshibicjonizmem - być może rzeczywiście długo wyczekiwanym, ale nie tyle przez społeczeństwo, co przez portal plotkarski "Pudelek", który dzięki inicjatywie ustawodawczej Platformy Obywatelskiej znalazł się właśnie u wrót raju. Politycy PO przedstawiający dziennikarzom projekt tych zmian zaprosili ich do zadawania pytań słowami "także dziennikarzy z Prawa i Sprawiedliwości", co spowodowało, że dziennikarka z TOK FM przed zadaniem pytania zadeklarowała swoją przynależność partyjną, pragnąc zapewne zagwarantować sobie prawo do zadawania pytań Platformie Obywatelskiej także bez wyraźnego zezwolenia ze strony polityków Platformy Obywatelskiej.

Dystans cywilizacyjny między Polską a USA, polskimi a amerykańskimi elitami politycznymi, nie da się wytłumaczyć amerykańską przewagą technologiczną, przewagą w wykształceniu czy bogactwie materialnym. Przeczą temu Indie, kraj biednych ludzi, którzy potrafią to samo, co Europejczycy epoki wiktoriańskiej: wiedzą, co to jest demokracja, a gdy jej zabraknie, potrafią to nazwać tendencją antydemokratyczną. Indyjski noblista Amartya Sen pisze" Rozwój polega na usuwaniu różnego typu zniewoleń, które pozostawiają ludziom niewielki wybór i niewielkie szanse realizacji przemyślanego działania. [...] Wolność ludzka jest zasadniczym celem rozwoju, ale to centralne jej znaczenie jest wzbogacane przez skuteczność, z jaką jedne rodzaje wolności wspierają swobody innych typów." Być może obecną wiekszość w Polsce stanowią ludzie podziwiający Donalda Tuska za to, że w wyścigu do stołka premiera okazał się największym i najbardziej żarłocznym szczurem, ale hipotetycznie przynajmniej powinna istnieć w Polsce i taka mniejszość, która wolałaby go podziwiać za skuteczność w promowaniu swobód poszerzających ludziom zakres ich wyborów życiowych.

W schyłkowych czasach "dyktatury proletariatu" pewien wrocławski robotnik, członek Tajnej Komisji Zakładowej Solidarności, użył terminu "lumpenproletariusz" dla opisania mentalności ówczesnego szefa Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR w jego zakładzie. Jego zdaniem był to człowiek interesujący się wyłacznie przywilejami, znajomościami, talonami na pralki i lodówki, i dlatego niegroźny dla "Solidarności".

- "To tacy ludzie"- powiedział z pogardą - "którzy wychowali się w domach, gdzie zadrukowanego papieru brakło nawet do podcierania tyłka, i którzy sami nie kupili w życiu ani jednej książki". Melchior Wańkowicz do swego polemisty: "Wymieniłem się z panem myślami i teraz czuję pustkę w głowie." Immanuel Kant pisze w tej samej sprawie "nie należy oczekiwać ani pragnąć tego, by królowie filozofowali lub filozofowie zostawali królami, ponieważ posiadanie władzy nieuchronnie niszczy sąd rozumu". Innymi słowy, w wyścigu do "lepszego towarzystwa" czy w "walce o swoje" nie decyduje posiadana wiedza, ilość zdobytych stypendiów naukowych czy przeczytanych książek, tylko inne talenta, których nie idzie wytrenować w trakcie zabiegów o jak najlepsze stopnie w indeksie. Sukces w biegu maratońskim, ale też i w nauce, polega nie na zwycięstwie nad innymi, a na pokonaniu siebie, własnych słabości. Generalizacje są niebezpieczne: Donaldowi Tuskowi może wydaje się, że szczytem marzeń jego pokolenia było wydostanie się z "towarzystwa gorszego" do "lepszego towarzystwa", ale może jakaś mniejszość w jego pokoleniu nie dzieliła ludzkości na towarzystwa gorsze i lepsze, tylko marzyła o wolności dla wszystkich... ktoś przecież napisał "Posłanie do Narodów Europy Środkowej i Wschodniej" i jakaś młodzież to posłanie czytała z wypiekami na twarzy... I tak zapewne jest też w pokoleniu obecnej młodzieży.

Zapolska wyraziła powszechną wśród jej współczesnych pogardę dla drobnomieszczańskich ambicji państwa Dulskich, ale czy rzeczywiście Dulscy są aż tak okropni? Epoka PRL zniszczyła całkowicie uwarstwienie społeczne i sprowadziła całe społeczeństwo do poziomu lumpenproletariatu, dla którego marzenia Dulskich byłyby symbolem awansu społecznego. U schyłku rządów generała Jaruzelskiego jedni pasjonowali się ilością uścisków ręki pierwszego sekretarza, inni emocjonowali się "nazwiskami" u których się osobiście było, by zebrać ich podpis pod listem protestacyjnym. Nie byłoby państwa Dulskich bez przyjemnej epoki wiktoriańskiej, która ich powołała do życia. Wiek XIX to Balzac, Stendhal, Zola, France, Dickens, Henry James, Poe, Mark Twain, Rosjanie - od Gogola do Tołstoja i Czechowa, Polacy - Norwid, Prus, Conrad (ważna część jego życia przypada na wiek XX, ale pisarstwo jest zanurzone w wieku XIX). Dulscy są niezbyt mądrzy, a ich pomysły na życie malutkie, ale to setkom i milionom Dulskich, a nie wielkim pisarzom, wiek XIX zawdzięczał swoją stabilność. Donald Tusk wygłosił swoje przemówienie z zamyślonym obliczem, od czasu do czasu przerywając wypowiedź pełnym namysłu "mmm...". Postawa i ton głosu godny Sokratesa, a plótł trzy po trzy jak potłuczony - co razem składało się na scenę jakby żywcem wziętą z komedii Zapolskiej. Ale on sam i jego partia to bardzo pocieszający dowód, że po dwudziestu latach od transformacji polska tkanka społeczna odbudowała się przynajmniej w warstwie drobnomieszczańskiej, i że czas wspólnot politycznych przełomu wieków XX i XXI biegnie, być może, w odwrotną stronę, niż na przełomie wieków XIX i XX - wtedy od wielkich pisarzy i etyki owocującej Konwencjami Genewskimi świat zmierzał ku totalitaryzmom i powszechnemu mordowi. Teraz oddalamy się od totalitaryzmów - ku epoce wiktoriańskiej? Trzeba przeczekać. A niech Donald Tusk i jego partia "walczą o swoje", na zdrowie. Niech przerabiają Instytut Pamięci Narodowej na konkurencję dla portalu "Pudelek". Niech z tytułu profesorskiego dedukują apolityczną mądrość jego dumnego posiadacza. Demokracji i myśli demokratycznej jest w Polsce tyle, ile u nas mieszczaństwa, bo w ogóle demokracja to mieszczański pomysł, i nie ma co stresować się stanem rzeczy, który jest, jaki jest. Być może, zalew idiotyzmów z szklanego ekranu trochę denerwuje, u Ksenofonta nie idzie znaleźć dobrej rady na sytuację, gdy władzę w państwie zdobywają państwo Dulscy, nie ma też mieszczańskich salonów, gdzie możnaby się odstresować, ale, z drugiej strony, może wystarczy poczekać, a pojawi się Tomasz Mann... tymczasem dedykując zwycięskiej większości ten oto dialog z "Antygony":

KREON: Sobie czy innym gwoli ja tu rządzę?
HAJMON: Marne to państwo, co li panu służy.
KREON: Czyż nie do władcy więc państwo należy?
HAJMON: Pięknie byś wtedy rządził [...] na pustyni.

środa, 9 września 2009

Wersja Leppera coraz bardziej wiarygodna

Bogumila Tyszkiewicz


Po dzisiejszych przesłuchaniach komisji ds. nacisków na służby śledcze nasuwają się wnioski - coraz smutniejsze dla zwolenników IV RP, którzy w 2005 roku glosowali na PiS. IV RP miała być odrodzeniem polskiej państwowości. Kto dziś pamięta aferę Kulczyka, charakteryzującą III RP jako „Rzeczpospolitą Gangsterską”? Rekwirowanie samochodów firmy przez jakieś wojskowe instytucje, gdyż właściciel tej firmy nie chciał płacić haraczu elitom politycznym? Zdumiewające działania urzędów skarbowych? Z wyroków sadowych wynika, ze firma Kulczyka była świetną, odnoszącą sukcesy firmą komputerową – a więc w sferze uznawanej na światowym rynku jako jedną z najbardziej nowoczesnych. Co z tego, ze Kulczyk procesy wygrał, skoro jego firma przestała istnieć?

IV RP miała to zmienić.

Z dzisiejszych zeznań Leppera wynika, ze w pewnym momencie ówcześnie największa partia, tj. PiS, wymyśliła, ze razem z Lepperem swoich koncepcji nie zrealizuje. Wicepremier i minister rolnictwa Andrzej Lepper co prawda niczego nie kradł, ale był przeszkodą, gdyż miewał własne pomysły, a zawsze łatwiej rządzi się we własnym gronie. Kiedy powstała koncepcja, ze zamiast negocjacji i współrządzenia lepsze jest rozbicie partii Leppera, przejecie jej posłów i elektoratu poprzez zamkniecie w pudle jej szefa?

W trakcie tych zeznań padło nazwisko prominentnej osoby z PiS, znanej od lat lokalnie we Wrocławiu jako bardzo uczciwy i porządny człowiek Jak to się stało, ze mówiąc „A” zdecydował się powiedzieć „B” ?

Z dzisiejszych obrad Komisji wynika, ze zaangażowani w aferę agenci CBA nie mieli pojęcia o tym, ze minister Lepper, nawet gdyby bardzo chciał przyjąć łapówkę za odrolnienie gruntów w Mrągowie, i tak jej przyjąć by nie mógł, gdyż w całej sprawie jego wpływ był marginalny – te sprawy się załatwia na poziomie lokalnym, a nie centralnym. Nieznajomość procedur świadczy, jak dalece mijały się deklaracje intencji założycieli CBA z rzeczywistością. Z prowokacją czy bez – nikogo nie złapiesz, jeśli nie znasz procedur...

Wynika tez, ze ktoś z CBA zdał sobie w końcu z tego sprawę i postawił na kolejna multimedialna prezentacje, w której chodziło o to, by nagrać na (niezupełnie legalnych) podsłuchach jak jakieś osoby wchodzą do Ministerstwa Rolnictwa z wpisana do dokumentacji intencją udania się do ministra, a następnie miały być teatralnie aresztowania z walizka pełna miliona złotych. I wtedy – być może - mielibyśmy kolejna multimedialną, kolorową prezentacje prokuratury, o tym, jak łapówka dociera do ministerstwa rolnictwa....Lepper po kilkuletnich procesach by się wybronił, ale tymczasem politycznie jego partia znalazłaby się na dnie. Co się zresztą stało – ale PiS-owi to w niczym nie pomogło, koncepcja utrzymania władzy jako parlamentarna większość każdym kosztem okazała się nierealna. Być może powinni się zastanowić nad tym, czy dobrze wychodzą na koncepcji, skądinąd posttotalitarnej, ze cel uświęca środki...

Na marginesie dzisiejszych zeznań – nikogo z Komisji to nie obeszło, ale Lepper wspomniał dzisiaj o wyroku skazującym, jaki otrzymał za wysypywanie zbożna na tora kolejowe. Dodał, ze nikt nie cytował z uzasadnienia tego wyroku, zawierającego m.in. to, ze owo zboże pochodziło z importu pewnego biznesmena, sprowadzającego zboże z Niemiec, i ze owo zboże wg badan ekspertów około 700 razy przekraczało normy zdrowotne na pewna substancje chemiczna, której nazwy już nie pamiętam, i które było przerabiane na make, a potem chleb, spożywany nie tylko przez dolnoslazakow.

Jak ktoś się nazywa Lepper, to z góry niegodny wysłuchania?

I kto najbardziej zaszkodził IV RP – aferzyści czy politycy, którzy uznali, ze cel uświęca środki?

niedziela, 26 lipca 2009

Cyklon

Bogumila Tyszkiewicz, Wroclaw



Moje dwa koty wiedziały dwie godziny wcześniej. Popiskiwały i chowały się w szafach. Potem przyszedł cyklon. Byłam wtedy na podwórku. Podniosłam głowę do góry. Czarne chmury kręciły się w kolko, nad głowa miałam niebieski okrąg nieba, z którego zaczął wyrastać czarny dziob, celujący prosto we mnie. Mieszkałam kiedyś na Florydzie, więc wiedziałam, co to znaczy. Schowałam się razem z kotami pod kołdrą w przedpokoju, gdzie nie było okien i szkła, które mogłoby nas pokaleczyć. Zaczął się wiatr, który - jak się potem dowiedziałam - pozostawił po sobie ofiary śmiertelne. To się liczyło w sekundach. Ale - wstyd się przyznać, kiedy wszyscy naokoło myślą dziś o stratach, ja myślę o radości życia, jaka mi dal cyklon - i marze, by ten wiatr wrócił

Mieszkam na parterze. To niedobrze, jeśli chodzi o powodzie, ale dobrze, jeśli chodzi o wiatr. Niebezpieczne rzeczy fruwały wyżej i wybijały okna na wyższych pietrach. Poczekałam, aż minie nas okno, i wyszłam na słabnący wiatr na podwórko. To znaczy spróbowałam wyjść. Zawisłam na klamce poziomo nad ziemia.

To jest lepsze niż seks. Fruwanie w powietrzu. Trwało bardzo krótko, bo szybko osłabł. Drobnymi ruchami ciała spadasz niżej lub się wznosisz. Jako 19latka skakałam ze spadochronem. Opóźnione otwieranie spadochronu jest super, ale to jest techniczne, musisz wzlecieć samolotem i użyć skomplikowany sprzęt. Tu latałam bez sprzętu, samym ciałem. Pewnie bym się pokaleczyła puszczając klamkę, ale dałam rade. I dałabym się pokroić, byleby ten cyklon wrócił.

piątek, 26 czerwca 2009

Irańskie kobiety - liderki rewolucji

Bogumiła Tyszkiewicz


Ahmad Khatami, członek irańskiego Zgromadzenia Ekspertów, wezwał w trakcie dzisiejszych, piątkowych modłów, transmitowanych z Uniwersytetu Teherańskiego na cały kraj, do egzekucji „chuliganów”, którzy kierowali protestami po kwestionowanych wyborach prezydenckich 12 czerwca. Protestujących nazwał „mohareb” - czyli tymi, którzy wszczęli wojnę przeciwko Bogu: „Każdy, kto walczy przeciwko islamskiemu systemowi albo przeciw liderowi islamskiego społeczeństwa, musi być zwalczany aż do jego kompletnego zniszczenia. Domagamy się, by sądownictwo rozprawiło się z przywódcami protestów, liderów naruszeń (prawa) i wszystkich wspieranych przez USA i Izrael – z całą mocą i bez litości, aby wszystkim dać lekcję”. Wg. irańskiego prawa karą dla ludzi uznanych za "mohareb" jest egzekucja.

Kara śmierci (w Iranie - przez powieszenie) może grozić nie tylko zatrzymanym demonstrantom, ale też zatrzymanym dziennikarzom, kontrkandydatom Ahmadinejada – oraz laureatce nagrody Nobla Shrin Ebadi.

W czwartek 18 czerwca prawniczka i laureatka Nagrody Nobla Shrin Ebadi wezwała władze Iranu do przeprowadzenia ponownych wyborów i bezwarunkowego wypuszczenia na wolność wszystkich zatrzymanych w trakcie protestów – wtedy było ich ok. 500 osób. Dzięki autorytetowi nagrody Nobla Ebadi była w stanie w ostatnich tygodniach przeprowadzić znaczącą kampanię na temat praw człowieka w Iranie – spotkała się m.in. z sekretarzem generalnym ONZ, wysokim komisarzem ds. praw człowieka Navi Pillay, szefem polityki zagranicznej Unii Europejskiej Javierem Solaną i rozmaitymi liderami Parlamentu Europejskiego.

Wczoraj, tj. w czwartek 25 czerwca Fars News (gazeta rządowa) opublikowały list, którego autorami są ponoć prawnicy, wykładowcy akademiccy, rodziny weteranów i martyrów. W liście domagają się od ministra sprawiedliwości, Gholam-Hussein Elhama, by skazał Shirin Ebadi za naruszanie prawa islamskiego i konstytucyjnego. To nie pierwsze groźby, już wcześniej o nich pisaliśmy. W grudniu jej Ośrodek Obrońców Praw Człowieka został zamknięty, a ostatnio do aresztu trafili Abdulfattah Soltani, jej doradca prawny, oraz rzecznik prasowy Reza Tajik. Rzecznik Międzynarodowej Kampanii na Rzecz Praw Człowieka w Iranie Hadi Ghaemi twierdzi, że tego typu artykuły przygotowują opinię publiczną Iranu na aresztowanie Shirin Ebadi po jej powrocie do kraju.

Mamy marzenie

„Is the dream already over?” (czy już po marzeniu?) - pyta dziś „The Economist” - i odpowiada - „nie! ... niektóre obszary mieszkalne Teheranu przypominają strefę wojny. Protestujący wynoszą (na sztandar) obraz pięknej, młodej kobiety, Nedy Agha Soltan, sfotografowanej w Teheranie gdy umierała, zastrzelona przez nieznanego zabójcę... ale gdy wydarzenia na ulicach wskazują na zwycięstwo Ahmadinejada ... tytaniczna walka poza sceną publiczną ... może być kluczowa dla przyszłości kraju.” Nie tylko walka między klerykami, o której wspomina The Economist, zasługuje na określenie „tytanicznej”. Co najmniej równie tytaniczne są wysiłki irańskich kobiet.



Faezeh Rafsanjani, córka byłego prezydenta Akbara Hashemi Rafsanjani, była na ulicy w najtrudniejszych chwilach, wzywając do protestów. Irańscy uczestnicy #iranelection z dumą donosili o jej odwadze. Wcześniej Faezeh Rafsanjani, wypromowana przez swego ojca, była szefem irańskiej Rady Sportu, gdzie aktywnie zajmowała się promowaniem sportowej aktywności wśród kobiet, zakazanej po irańskiej rewolucji. W latach 1996-2000 wybrana na parlamentarzystkę, ale zwolenniczki reform były niezadowolone z jej konserwatywnej postawy i nie zagłosowały na nią powtórnie w następnych wyborach. Od tamtego czasu do dzisiaj przebyła długą drogę, która połączyła prawa kobiet z potrzebą reform w Iranie. Została nawet na jakiś czas aresztowana w trakcie ostatnich zajść w Teheranie. I w drodze życiowej Faezeh Rafsanjani zawarty jest klucz, zarówno do obecnego poparcia dla Musawiego, jak i masowego, wręcz desperackiego udziału kobiet w demonstracjach.

Nie powiedziałabym, aby te wybory były punktem zwrotnym dla kobiet” - mówi Sanam Anderlini, konsultantka w sprawach kobiet z Waszyngtonu - „ale powiedziałabym, że kobiety były punktem zwrotnym tych wyborów”. Kobiece głosy miały kluczowe znaczenie dla kampanii Musawiego, startującego pod hasłami poszerzania praw ekonomicznych i obywatelskich kobiet, mimo, że w czasie swego premierowania w latach 1981-1989 raczej zainteresowania feminizmem nie wykazywał. Ale decydującym czynnikiem w tych wyborach była fatalna opinia o antykobiecych poczynaniach Ahmadineżada.

Jego rządy dla irańskich kobiet oznaczały systematyczne pogarszanie się ich pozycji społecznej, materialnej i prawnej, czego skutkiem zresztą była polityzacja kobiet i odradzanie się ruchu feministycznego.

Rząd Ahmadineżada we współpracy z konserwatywnym parlamentem wydał miliony na propagandę mówiącą kobietom, że ich właściwym miejscem jest dom. Uniwersytety obniżyły liczbę studentek. W 2005 roku rząd uruchomił kampanię „kultury skromności” zmierzającej do narzucania kobietom ściślejszych zasad co do zasłaniania się. Ufundowany za czasów liberalnej prezydencji Mohammada Khatamiego Ośrodek na Rzecz Uczestnictwa Kobiet został zastąpiony Ośrodkiem na Rzecz Kobiet i Rodziny, którego jedynym celem było promowanie „kultury skromności”.

Co więcej, latem zeszłego roku Ahmadineżad i jego zwolennicy usiłowali przeprowadzić w parlamencie ustawę 'o ochronie rodziny”, która miała poluzować restrykcje nałożone na poligamię oraz opodatkowanie mehriyeh (tradycyjna opłata, jaką przy zawarciu małżeństwa mąż ofiaruje żonie. W systemie prawnym, ograniczającym prawa kobiet do dziedziczenia, rozwodu czy opieki nad dziećmi, mehriyeh oferuje kobietom odrobinę pewności). W związku z tym, że w Iranie 42 procent młodych kobiet poszukujących pracy nie może jej znaleźć, Ahmadineżad wskazywał na poligamię, jako rozwiązanie bezrobocia wśród kobiet.

Nic dziwnego, że te pomysły nie spotkały się z uznaniem kobiet. Koalicja znanych feministek, m.in. noblistki Shirin Ebadi, poetki Simin Behbahani i reżyserki Rakhshan Bani E’temad, poprowadziła zwycięską kampanię przeciwko tej legislacji. Ale nawet konserwatywne kobiety odwróciły się od Ahmadineżada. Z badań irańskiej socjolożki Fatemeh Sadeghi wynika, że nawet konserwatywne aktywistki, zwykle krążące po ulicach, aby napominać kobiety, że mają nosić hidżaby i stosować zasłanianie się i „kulturę skromności”, teraz i one odwróciły się od Ahmadineżada, za jego poparcie dla poligamii oraz sigheh, religijnych „małżeństw tymczasowych”, które pozwalają mężczyznom uprawiać seks z prostytutkami bez żadnych konsekwencji.

Iran nie przypomina innych państw” - mówi Isobel Coleman w wywiadzie opublikowanym 224 czerwca na stronie Council on Foreign Relations – Kobiety są wysoko wyedukowane, a wiele z nich pracuje. Nikt się nie dziwi w Iranie, widząc kobietę w roli taksówkarza, a na taki widok w USA ludzie by obracali głowy. Kobiety są pilotami. Jest bardzo znana kobieta, kierowca rajdowy. Są kobiety w telewizji, wśród artystów, w przemyśle filmowym. Są wśród członków parlamentu, a 2 kobiety były wieprezydentami. Mimo to istnieją bardzo silne, znaczące restrykcje prawne narzucane kobietom. Ta sprzeczność odzwierciedla sprzeczności wewnątrz samego systemu. Ajatollach Chomeini wywołał kobiety z domów – kobiety, które nigdy wcześniej z domów nie wychodziły – by wyszły na ulice demonstrować na rzecz rewolucji 1978-1979. I one to zrobiły. Odegrały kluczową rolę w mobilizowaniu powszechnego wsparcia dla rewolucji. A kiedy prawa się zmieniły na rzecz ograniczania praw kobiet, to wiele kobiet zaczęło myśleć „to nie jest to, czego oczekiwałam”. Nie mówię, o liberalnej, wyedukowanej elicie. Mówię o konserwatystkach. To one, wraz z ich córkami, są kośćcem ruchu na rzecz reform i dzisiejszych protestów”.

„Szeroko rozpowszechnione rozczarowanie polityką Ahmadineżada w sprawie płci” - dodaje Dana Goldstein - „zaowocowało głębokim i powszechnym przekonaniem kobiet, że trzeba głosować przeciwko niemu, i właśnie to przekonanie wyraża się dziś na ulicach Teheranu, gdzie kobiety protestują tak samo, jak mężczyźni i na to samo są narażone ... kobiety są bite przez bojówkarzy Basij tak samo, jak mężczyźni. Są wśród tłumów, do których się strzela.” To wszystko powoduje, że obecne wydarzenia w Iranie są tak niezwykłe – w kontekście Bliskiego Wschodu, gdzie kobiety rzadko widywane są w pierwszym szeregu ulicznych protestów. W Iranie jednak takie rzeczy się już zdarzały.

W czerwcu 2006 policja brutalnie zaatakowała demonstrację na rzecz praw kobiet w Teheranie, od której miała się rozpocząć Kampania Miliona Podpisów na rzecz zrównania w prawie irańskim praw kobiet i praw mężczyzn. Od tamtej pory odbyło się setki i tysiące spotkań i wieców działaczek i działaczy tej kampanii, zbierane są podpisy oraz rozprowadzana jest broszura bardzo szczegółowo wskazujące wszelkie dyskryminacyjne zapisy w irańskim prawie, od praw rodzinnych do zakazu wystawienia kandydatury kobiety w kampanii na prezydenta.

Ruch kobiet w czasach Ahmadineżada był dosyć rozproszony i organizowany na niskim poziomie, za to rozprzestrzeniał się szeroko i coraz częściej postrzegano go jako ruch o sporych wpływach politycznych. Z dzisiejszej perspektywy óch ruch przypomina to co się dzieje na Twitterze - absolutnie oddolną organizację. Rząd Ahmadineżada aresztował lub osadzał w więzieniach dziesiątki działaczek, zamykał ich witryny internetowe, a gazetom, które donosiły o ich działalności, grożono zamknięciem. Ale takie doświadczenia spowodowały, że kobiety przestały się bać, a ich wartość w życiu publicznym – doceniona.

Jeśli Ahmadineżad utrzyma się przy władzy, dla ruchu feministycznego może to oznaczać znaczące represje. Ale ruchu kobiet to nie powstrzyma. Już przez to przechodziły. Już je etykietowano je jako szpiegów syjonizmu i Stanów Zjednoczonych... Ale ostatnie demonstracje odebrały rządowi Ahmadineżada moralną legitymizację, oskarżenia już nie działają na nikogo, a obok liberalnych kobiet jednakowo demonstrują kobiety konserwatywne, pod hasłami „już dosyć”.

Update: Shrin Ebadi do ludzi, 24 czerwiec 2009 (youtube, Bruksela)

Iran Yes We Can



Tekst piosenki:

Iran Yes We Can by Jason Carl

tear gas in the air i dont care
Ahamadinejad stole Musavis chair
in the front lines hear my voice
you can take our life but you cant take away our choice
iran iran yes we can yes we can
iran iran yes we can yes we can
take back our freedom
take back our freedom
give us back our freedom
freedom yeah

the streets are burning up in protest
how many lies will it take to know the truth is best
facing guns and armor and brainwash
bullets flyin how many lives will it cost
iran iran yes we can yes we can
iran iran yes we can yes we can
take back our freedom
take back our freedom
give us back our freedom
freedom yeah