Jeśli ekscesy seksualne Samoobrony miały miejsce, to pozostali politycy musieli o nich wiedzieć, rzecz miała bowiem miejsce w hotelu poselskim. Jeśli młode kobiety były molestowane, jeśli 4 lata temu uzależniano wypłatę zaległych poborów od świadczeń seksualnych, to dlaczego nie miały się do kogo zwrócić po pomoc?`
Odpowiedź każdy może sobie znaleźć sam, w archiwach tygodnika "Nie", który od 17 lat opisuje kobiety biegające nago po hotelowym korytarzu, telewizyjne kanały porno w hotelowych pokojach, kobietę, która złamała kończynę wyskakując przez okno przed niechcianym seksem, ABW dowożące panienki z agencji towarzyskich służbowymi samochodami, etc. etc. Wszystko za publiczne pieniądze. Teraz Urbanowi nareszcie uwierzą, że zawartość artykułów "NIE" bynajmniej nie jest płodem zwyrodniałej wyobraźni komucha. Jedyna gazeta, która pisała prawdę o III RP od samego początku.... Ale skąd się w ogóle wzięły partie populistyczne, Samoobrona i LPR, i skąd się wzięła ich popularność?
Moment powstawania partii populistycznych jest dosyć dobrze opisany w politologii. Pojawiają się lub zdobywają znaczący sektor elektoratu, gdy zatkane są normalne kominy robienia kariery, a zarazem kwestionowana jest legitymizacja społeczna sceny politycznej. Ale to nie jest bunt, choć operuje taką retoryką. Nie jest to nawet ruch na zmianę sytuacji. W systemie kronistycznym partie populistyczne sa wygodne dla elit władzy. Kanalizują protest społeczny, a zarazem łatwo się poddają kontroli, gdyż zbudowane są na ogół hierarchicznie - wystarczy przekupić czy zintegrować liderów, a nie trzeba się przejmować elektoratem protestu. Dlatego PO dopiero teraz, a nie przed ostatnimi wyborami wpadla na pomysł, by nie dopuszczać do sprawowania mandatu poselskiego osob z wyrokami. Przed wyborami spodziewali się, że będą rządzić. W trakcie wyborów potrzebowali Samoobrony do odbierania głosów SLD i PSL, a LPR - do odbierania głosów PiSowi. Ponieważ to nie wystarczało w wyborach prezydenckich, to kandydata Włodzimierza Cimoszewicza odbierającego głosy Donaldowi Tuskowi "załatwili" za pomocą pani Jaruckiej, kampanii medialnej wokół sfałszowanych (jak się okazało) dokumentów oraz presji na rodzinę kontrkandydata (afera z córką i dziwnymi przepływami finansowymi, o których ucichło natychmiast, jak kontrkandydat się wycofał):
"Tancerz pierwszy - media. Cały dzień oglądałem TVN 24. Stacja, której gwiazdami są tak wybitni polityczni szołmeni jak płk. Miodowicz i prok. Wasserman, z wielkim mistrzostwem, wręcz fantastycznie, udawała, że nie miała z tym wszystkim nic wspólnego. Jakby to nie oni pokazywali dziesiątki razy w ciągu dnia tego samego Miodowicza wymachującego fałszywką Jaruckiej, jakby to nie oni przywoływali Wassermana do komentowania wszystkiego, choć doskonale, z góry wiadomo, co on powie. [...] Tancerz drugi - pułkownicy. Cimoszewicza wykończyli ci sami ludzie, co zawsze. Miodowicz, Brochwicz - oni byli na froncie. Ale za kurtyną, za którą PO chowa swoje tajemnice, są jeszcze Bartłomiej Sienkiewicz i Piotr Niemczyk. Czterech funkcjonariuszy tajnych służb w najbliższym otoczeniu Donalda Tuska, to dużo nawet jak na partię, o której związkach z tajnymi służbami opowiadano dowcipy. Oficerowie utopili Cimoszewicza zgodnie ze najlepszą tajniacką sztuką, bez dwóch zdań. Lewe dokumenty, lewy świadek, rozkołysanie zawsze chętnych do alty-SLD-owskiej draki mediów, marsowe miny, międlona na okrągło troska o "prawdę", potem prokuratura, która nieodmiennie przystępuje do roboty, choć dobrze wie, że to robota polityczna. Gdy sprawa nabiera już własnego rytmu, gdy "niezależni" dziennikarze sami już pilnują, żeby draka żyła, główni aktorzy znikają - zniknęła pani Jarucka, pan Brochwicz rozchorował się, pan Miodowicz zamilkł i też zniknął. " (Marek Barański, "Tańcząc na trupie Cimoszewicza" )
Pan Miodowicz zniknął, pojawił się pan Komorowski, do którego przyszła pani Aneta Krawczyk.
Dla profitu, jakim jest rzadzenie, warto było znieść perspektywę Leppera i Giertycha urządzających happeningi na mównicy sejmowej. Dla profitu, jakim jest obalenie aktualnego rządu, warto się dzisiaj na Leppera i Giertycha oburzać. Ale już nie warto popierać propozycji PiS zmiany w ordynacji wyborczej na partyjno - większościową (wygrana partia miałaby zapewnioną większość parlamentarną, co umożliwiłoby jej spokojne rządzenie, a zarazem doszłoby do marginalizacji partii populistycznych) - bo nie o spokojne rządzenie chodzi, i nie odpowiedzialność, tylko władzę. Jak najszybciej, jak najwięcej i jak najmniejszym wysiłkiem.
Barański w artykule "Tańcząc na trupie Cimoszewicza" wymienił "tancerza trzeciego", Borowskiego: "W tym przypadku nawet słów szkoda." Może jednak nie szkoda? Porozmawiajmy o III RP. Zanim pułkownicy wyciągnęli mu Jarucką, Cimoszewicz dał wykład w Fundacji Batorego zatytułowany "W obronie III RP" - "W Polsce nie ma kryzysu" - powiedział. Ciekawe, czy dzisiaj myśli to samo, hodując żubry w Białowieży ....
W krajach III świata rządy pułkowników są nieprzyjemną, ale normą. Powodem do niesmaku jest intelektualna miernota ich samych oraz grających z nimi mediów. Od początku tej kadencji próbują obalić rząd PiS. Cały dramat polega na tym, że nie potrafią. Uczestnikom zamieszek węgierskich nikt nie nakazywał uczestnictwa pod groźbą kar finansowych dla niezdyscyplinowanych zadymiarzy. Pani, która wie, kto jest ojcem jej dziecka, jest lepsza od pani, której się wydaje, że wie. Scenariusz "przyszły panie do Gazety Wyborczej" to jednak nie to samo, co "przyszedł Rywin do Michnika". Szantaż PO, że poprze budżet w zamian za ustąpienie rządu, oznacza, że PO uważa ten budżet za dobry, ale jego realizację nie od jego jakości uzależnia. Propozycja urządzenia wyborów na wiosnę z równoczesnym zakazem startowania "osób z wyrokami" to już zakład psychiatryczny. Pozbawianie kogoś biernego prawa wyborczego mocą decyzji politycznej a nie wyroku sądowego to przejaw liberalnego panstwa prawa?
W liberalnym państwie prawa pozbawianie kogoś praw publicznych uważane jest za karę wymierzaną w bardzo szczególnych przypadkach, na czas określony oraz w odniesieniu do pewnej grupy przestępstw. Wyroki ulegają zatarciu w zależności od typu przestępstwa, etc. etc. Człowiek pozbawiony przez Tuska praw wyborczych miałby prawo wytoczyć państwu polskiemu proces i by go na pewno wygrał, razem z wysokim odszkodowaniem oraz perspektywą zarządzenia nowych wyborów na skutek zakwestionowania praworządności tych zorganizowanych przez Tuska. Czy da się zapobiec sprawowaniu mandatu poselskiego przez osoby skazane w liberalnym panstwie prawa? Da się. Ale na pewno nie w horyzoncie 3miesięcznym, a taki termin zaproponował Tusk. Chyba że miał na myśli wyrzucenie do kosza na śmieci połowy kodeksu karnego i szeregu ustaw, z ustawą zasadniczą włącznie.
Chyba tak jest, że zgodnie z tradycją PRLowskich kasyn ci pułkownicy po prostu piją. Piją od 17 lat, coraz więcej i coraz częściej, i dlatego ich pomysły są coraz gorsze, w miarę znikania materii szarej w ich mózgoczaszkach. A co gorsza, ci co się ich słuchają i popierają, uważają się za "wykształciuchów". I to jest właściwy powód do niesmaku. Rzeczywiście, nie ma kryzysu w III RP. To ona sama jest jednym, wielkim kryzysem.
Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika. – Exupery, "Twierdza"
niedziela, 10 grudnia 2006
czwartek, 7 grudnia 2006
Jej życie, jej sprawa, czyli z kim sypia Ewa Milewicz?
"Panie Bernardzie: moje akta (lub ich brak) w IPN, moje dzieci, śluby, rozwody, śmierci i urodziny to moje imprezy i okoliczności" - odpowiada Milewicz na pytanie "Pani Ewo, czy wystąpiła Pani o status pokrzywdzonej do IPN?" i i dalej "Czy jest jakiś powód, aby ktokolwiek egzaminował człowieka z jego życia? Czy ja Pana proszę, aby mi Pan przedstawił zaświadczenie z policji że Pan nie bije żony? Nie zamierzam podporządkować się ustawie lustracyjnej i nie powiadomię mego pracodawcy, czy wystąpiłam do IPN czy nie."
Śluby, rozwody i narodziny dziecka są tym samym co współpraca z tajną policją polityczną!?
Sprawy prywatne oczywiście są "imprezami i okolicznościami" osób, których dotyczą. Pytanie tylko, co przypisujemy sferze prywatnej, co publicznej. Sądząc po szczegółowym roztrząsaniu GW kto z kim i za co sypiał w Samoobronie, seks należy do sfery publicznej. Sądząc po blogu pani Milewicz - współpraca z tajną policją polityczną jest za to sprawą głęboko intymną. Prywatną, tak jak kwestia wyznania, rodzinną, tak jak śluby i rozwody, i powszechną, jak narodziny dzieci. Szkoda, doprawdy, że mniej radosną....
Dziwne to nam się wydaje, takie przestawienie, ale, dobrze, przyjmijmy te kryteria rozróżnienia między sferą prywatną a publiczną. Odnieśmy się z szacunkiem do sfery prywatnej i zapytajmy o publiczną. Z kim pani sypia, pani Ewo?
Śluby, rozwody i narodziny dziecka są tym samym co współpraca z tajną policją polityczną!?
Sprawy prywatne oczywiście są "imprezami i okolicznościami" osób, których dotyczą. Pytanie tylko, co przypisujemy sferze prywatnej, co publicznej. Sądząc po szczegółowym roztrząsaniu GW kto z kim i za co sypiał w Samoobronie, seks należy do sfery publicznej. Sądząc po blogu pani Milewicz - współpraca z tajną policją polityczną jest za to sprawą głęboko intymną. Prywatną, tak jak kwestia wyznania, rodzinną, tak jak śluby i rozwody, i powszechną, jak narodziny dzieci. Szkoda, doprawdy, że mniej radosną....
Dziwne to nam się wydaje, takie przestawienie, ale, dobrze, przyjmijmy te kryteria rozróżnienia między sferą prywatną a publiczną. Odnieśmy się z szacunkiem do sfery prywatnej i zapytajmy o publiczną. Z kim pani sypia, pani Ewo?
środa, 6 grudnia 2006
Józef Pinior: Dyskurs polityczny należy do dewotów i populistów
„The situation in Iraq is grave and deteriorating.” To zdanie, od którego rozpoczyna się Raport The Iraq Study Group, na czele z Jamesem Bakerem i Lee H. Hamiltonem przejdzie do historii polityki. Ponadpartyjny Raport - Baker reprezentuje w nim konserwatystów, Hamilton Demokratów – napisany w tonie realpolitics, oddaje wielką przegraną neokonserwatystów i próbę wycofania się prezydenta Busha w kierunku starego Busha, czyli przejście na pozycje bardziej wyważonej, klasycznej polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie.
W dniu dzisiejszym, w środę, 7 grudnia, Raport zdominował dosłownie wszystko inne w Waszyngtonie i zdaje się oddawać nastroje większości amerykańskiej elity władzy. A więc gorzkie zdanie sobie sprawy z rzeczywistej sytuacji w Iraku oraz próba realistycznego podejścia do Syrii oraz Iranu w rozwiązaniu problemów na Bliskim Wschodzie. Syria i Iran! Jeszcze kilka miesięcy temu nie wykluczano uderzenia militarnego na Iran, wymieniano to państwo jako przykład islamofaszyzmu, zaliczano do „osi zła”. Jeszcze kilka dni temu Iran był jednym najbardziej dyskutowanych punktów w dialogu pomiędzy posłami Parlamentu Europejskiego a członkami Kongresu. A dzisiaj Hamilton tłumaczy, że prawdopodobnie trzeba zacząć z Iranem rozmawiać w sprawie Iraku, bo i USA i Iran mają wspólny interes uporządkowania sytuacji w tym kraju.
Należałem do tych na lewicy, którzy jednoznacznie poparli obalenie reżimu Saddama Husajna drogą militarną. Zresztą stosunek do tej interwencji przebiegał i przebiega w poprzek partii politycznych, nie mieści się w tradycyjnych podziałach na lewicę i prawicę. Najważniejszym przedstawicielem polityki Busha w Europie był przecież Tony Blair, przywódca brytyjskiej Partii Pracy. Wydawało nam się, że należy obalać dyktatury, przynosić wolność uciemiężonym także, jeżeli inaczej nie można zmienić systemu to przez interwencję militarną z zewnątrz. Jednym słowem, że Irakijczycy będą mieli więcej wolności nawet w warunkach amerykańskiej okupacji militarnej niż w warunkach reżimu Sadama Husajna. Modelem dla takiego myślenia była amerykańska okupacja militarna Niemiec i Japonii po II wojnie światowej, udany przykład tworzenia demokracji liberalnej przy braku na początku pełnej suwerenności państwowej. Nie jestem pewien czy byliśmy w błędzie, jakby na to wskazywał dzisiejszy stan Iraku, walki pomiędzy szyitami a sunnitami, faktyczny podział kraju, przemoc, poczucie chaosu i słabość państwa. Myślę, że to społeczeństwo, przy wszystkich nieszczęściach, które na niego spada, jest jednak bardziej wolne niż w czasach dyktatury, że przed młodzieżą stoi otwartych więcej szans życiowych, że Bagdad może się stać ważnym miastem w tym rejonie świata, centrum handlowym, finansowym, kulturowym, powrócić nawet do znaczenia, które to miasto miało w VIII, IX wieku n.e., że Irakijczycy mogą twórczo wykorzystać dla siebie to amerykańskie zaangażowanie w Iraku. Amerykanie przynoszą tam nie tylko oddziały specjalne ale także najnowsze technologie, stypendia dla młodzieży do studiowania na amerykańskich uczelniach, system finansowy, że paradoksalnie Bagdad jest podłączony do wszystkiego co najnowocześniejsze i najbardziej dynamiczne we współczesnym świecie.
Tutaj w Waszyngtonie, po południu raport jest już na mieście, w nocy kupuję tą ponad sto stronnicową książkę w mojej ulubionej księgarni w Barnes & Noble w Georgetown. Miasto wibruje, wszędzie wyczuwa się otwarcie, zapach kawy, tolerancję na inność, swobodę myśli. Jestem myślami w Polsce. Co się z nami stało? Pan „Tymoteusz” stawia kwestię na tym blogu o przyczyny słabości debaty politycznej w Polsce. No, rzeczywiście polski raport, którym wszyscy żyją od kilku dni dotyczy badania DNA posła Łyżwińskiego. Niesłychany upadek polityki polskiej. Wie Pan, ryzykuję hipotezę, że jedna z przyczyn tego stanu rzeczy wynika z historii kształtowania się kultury narodowej, z braku szerszego oddźwięku Reformacji w Polsce, tej rewolucji intelektualno-moralno-obyczajowej, która legła u podstaw nowoczesności u większości narodów europejskich. Ostatecznie Ameryka, Nowa Anglia była dziełem sekciarzy religijnych, którzy uciekali z Europy do Nowego Swiata w poszukiwaniu wolności religijnych. Z drugiej strony Włochy są także krajem rzymsko-katolickim a jednak mają świetne gazety, bardzo rozwinięte społeczeństwo obywatelskie, dobre uczelnie, ożywione debaty intelektualne. Więc co, komunizm? Ale ja pamiętam rok 1980. Przepełnione domu kultury, robotników czytających książki, wielkie debaty w prasie, w kawiarniach, w klubach studenckich. Społeczeństwo, które wyłoniło się komunizmu było prawdziwym społeczeństwem obywatelskim. Podziemie „Solidarności” wydało na początku lat osiemdziesiątych tony książek, które chyba ktoś wtedy czytał, analizował ich treść i przesłanie. I teraz to skarlenie.
Niezrozumiałe, że z tamtego okresu tak mało zostało i że dyskurs narodowy jest teraz w rękach dewotów i populistów.
W dniu dzisiejszym, w środę, 7 grudnia, Raport zdominował dosłownie wszystko inne w Waszyngtonie i zdaje się oddawać nastroje większości amerykańskiej elity władzy. A więc gorzkie zdanie sobie sprawy z rzeczywistej sytuacji w Iraku oraz próba realistycznego podejścia do Syrii oraz Iranu w rozwiązaniu problemów na Bliskim Wschodzie. Syria i Iran! Jeszcze kilka miesięcy temu nie wykluczano uderzenia militarnego na Iran, wymieniano to państwo jako przykład islamofaszyzmu, zaliczano do „osi zła”. Jeszcze kilka dni temu Iran był jednym najbardziej dyskutowanych punktów w dialogu pomiędzy posłami Parlamentu Europejskiego a członkami Kongresu. A dzisiaj Hamilton tłumaczy, że prawdopodobnie trzeba zacząć z Iranem rozmawiać w sprawie Iraku, bo i USA i Iran mają wspólny interes uporządkowania sytuacji w tym kraju.
Należałem do tych na lewicy, którzy jednoznacznie poparli obalenie reżimu Saddama Husajna drogą militarną. Zresztą stosunek do tej interwencji przebiegał i przebiega w poprzek partii politycznych, nie mieści się w tradycyjnych podziałach na lewicę i prawicę. Najważniejszym przedstawicielem polityki Busha w Europie był przecież Tony Blair, przywódca brytyjskiej Partii Pracy. Wydawało nam się, że należy obalać dyktatury, przynosić wolność uciemiężonym także, jeżeli inaczej nie można zmienić systemu to przez interwencję militarną z zewnątrz. Jednym słowem, że Irakijczycy będą mieli więcej wolności nawet w warunkach amerykańskiej okupacji militarnej niż w warunkach reżimu Sadama Husajna. Modelem dla takiego myślenia była amerykańska okupacja militarna Niemiec i Japonii po II wojnie światowej, udany przykład tworzenia demokracji liberalnej przy braku na początku pełnej suwerenności państwowej. Nie jestem pewien czy byliśmy w błędzie, jakby na to wskazywał dzisiejszy stan Iraku, walki pomiędzy szyitami a sunnitami, faktyczny podział kraju, przemoc, poczucie chaosu i słabość państwa. Myślę, że to społeczeństwo, przy wszystkich nieszczęściach, które na niego spada, jest jednak bardziej wolne niż w czasach dyktatury, że przed młodzieżą stoi otwartych więcej szans życiowych, że Bagdad może się stać ważnym miastem w tym rejonie świata, centrum handlowym, finansowym, kulturowym, powrócić nawet do znaczenia, które to miasto miało w VIII, IX wieku n.e., że Irakijczycy mogą twórczo wykorzystać dla siebie to amerykańskie zaangażowanie w Iraku. Amerykanie przynoszą tam nie tylko oddziały specjalne ale także najnowsze technologie, stypendia dla młodzieży do studiowania na amerykańskich uczelniach, system finansowy, że paradoksalnie Bagdad jest podłączony do wszystkiego co najnowocześniejsze i najbardziej dynamiczne we współczesnym świecie.
Tutaj w Waszyngtonie, po południu raport jest już na mieście, w nocy kupuję tą ponad sto stronnicową książkę w mojej ulubionej księgarni w Barnes & Noble w Georgetown. Miasto wibruje, wszędzie wyczuwa się otwarcie, zapach kawy, tolerancję na inność, swobodę myśli. Jestem myślami w Polsce. Co się z nami stało? Pan „Tymoteusz” stawia kwestię na tym blogu o przyczyny słabości debaty politycznej w Polsce. No, rzeczywiście polski raport, którym wszyscy żyją od kilku dni dotyczy badania DNA posła Łyżwińskiego. Niesłychany upadek polityki polskiej. Wie Pan, ryzykuję hipotezę, że jedna z przyczyn tego stanu rzeczy wynika z historii kształtowania się kultury narodowej, z braku szerszego oddźwięku Reformacji w Polsce, tej rewolucji intelektualno-moralno-obyczajowej, która legła u podstaw nowoczesności u większości narodów europejskich. Ostatecznie Ameryka, Nowa Anglia była dziełem sekciarzy religijnych, którzy uciekali z Europy do Nowego Swiata w poszukiwaniu wolności religijnych. Z drugiej strony Włochy są także krajem rzymsko-katolickim a jednak mają świetne gazety, bardzo rozwinięte społeczeństwo obywatelskie, dobre uczelnie, ożywione debaty intelektualne. Więc co, komunizm? Ale ja pamiętam rok 1980. Przepełnione domu kultury, robotników czytających książki, wielkie debaty w prasie, w kawiarniach, w klubach studenckich. Społeczeństwo, które wyłoniło się komunizmu było prawdziwym społeczeństwem obywatelskim. Podziemie „Solidarności” wydało na początku lat osiemdziesiątych tony książek, które chyba ktoś wtedy czytał, analizował ich treść i przesłanie. I teraz to skarlenie.
Niezrozumiałe, że z tamtego okresu tak mało zostało i że dyskurs narodowy jest teraz w rękach dewotów i populistów.
wtorek, 5 grudnia 2006
Rozliczyć winnych stanu wojennego - list otwarty Stowarzyszenia Wolnego Słowa do Prezydenta RP
Szanowni Państwo, w imieniu Zarządu SWS oraz Zarządu Oddziału Warszawskiego SWS zwracam się o podpisywanie i upowszechnianie zamieszczonego w załączniku listu do Prezydenta RP. List może być podpisywany zarówno przez osoby fizyczne (imię, nazwisko, miejscowość), jak i organizacje, stowarzyszenia, związki, fundacje itp. (nazwa, miejscowość).
List dotyczy rozliczenia esbeków i twórców stanu wojennego, a także zadośćuczynienia moralnego i prawnego ludziom, którzy przyczynili się do odzyskania przez Polskę wolności i niepodległości.
Podpisy proszę składać do dnia 10 grudnia br. do godz. 20.00.
12 grudnia br. list z podpisami zostanie złożony na ręce Prezydenta RP Pana Lecha Kaczyńskiego. O formie i sposobie złożenia naszego listu poinformujemy w osobnej korespondencji. Podpisy prosimy składać na adres e-mailowy:
preczzkomuna-sws@wp.pl.
Z poważaniem
Wojciech Borowik
Sekretarz Zarządu Stowarzyszenia Wolnego Słowa
Szanowny Panie Prezydencie
Stowarzyszenie Wolnego Słowa od dawna czyni starania by peerelowska Służba Bezpieczeństwa została oficjalnie potępiona jako organizacja działająca na szkodę obywateli i łamiącą podstawowe prawa człowieka.
Uważamy za niemoralne i szkodzące naszej polskiej tradycji zaniechanie potępienia SB - jej funkcjonariuszy i beneficjentów.
Kolejna rocznica stanu wojennego - w czasie którego SB została rozbudowana do niewiarygodnych rozmiarów - skłania nas do zwrócenia się do Pana Prezydenta z prośbą o uzdrowienie tej sytuacji.
- Konieczne wydaje nam się oficjalne potępienie SB jako organizacji przestępczej.
- Pozbawienie funkcjonariuszy SB wszystkich szczebli - orderów, odznaczeń i związanych z nimi rent i przywilejów.
- Zdegradowanie wszystkich funkcjonariuszy do stopnia szeregowca i wyciągnięcie, w związku z tym, stosownych konsekwencji co do wypłaty rent i emerytur, związanych ze stopniem i funkcją w SB.
- Pociągnięcie do odpowiedzialności karnej wszystkich tych funkcjonariuszy, którzy – zgodnie z ówcześnie obowiązującym prawem – dokonywali przestępstw i które to przestępstwa nie uległy przedawnieniu.
- Za uzasadnione uznajemy pozbawienie członków WRON stopni oficerskich, orderów i odznaczeń
Szanowny Panie Prezydencie
Sanacja moralna, walka z korupcją, odbudowa polskich niepodległościowych tradycji i oparcie na nich autorytetu i prestiżu państwa wymaga, naszym zdaniem, rozliczenia smutnego okresu dziejów narodu w latach 1945 – 1989.
Jednym z elementów tego rozliczenia powinno być zadośćuczynienie, moralne i prawne, ofiarom stanu wojennego oraz działaczom opozycji antykomunistycznej i podziemia solidarnościowego.
Patriotyczna tradycja którą odnajdujemy w II RP i która przetrwała w sercach Polaków przez lata PRL, może być dobrym fundamentem budowy współczesnego państwa i społeczeństwa. Aby tak się stało musimy jednoznacznie odnieść się do wszelkiej korupcji do złodziejstwa, łapówkarstwa, zaprzaństwa do wszelkiego zła moralnego, towarzyszącego dziejom narodu.
Potępienie SB i jej mocodawców, uzdrowienie naszej narodowej tradycji, jest obowiązkiem naszego pokolenia. Pokolenia które walczyło by naszym dzieciom przekazać Polskę wolną od komunistów.
Podpisali członkowie Zarządu SWS i Zarządu Oddziału Warszawskiego SWS:
Roman Bielański, Konrad Bieliński, Wojciech Borowik, Mirosław Chojecki, Janina Jankowska, Jacek Juzwa, Krzysztof Markuszewski, Stefan Melak, Wiktor Mikusiński, Bogumił Sielewicz, Jan Strękowski, Ewa Sułkowska – Bierezin, Jacek Szymanderski, Tomasz Truskawa, Marcin Wolski.
List dotyczy rozliczenia esbeków i twórców stanu wojennego, a także zadośćuczynienia moralnego i prawnego ludziom, którzy przyczynili się do odzyskania przez Polskę wolności i niepodległości.
Podpisy proszę składać do dnia 10 grudnia br. do godz. 20.00.
12 grudnia br. list z podpisami zostanie złożony na ręce Prezydenta RP Pana Lecha Kaczyńskiego. O formie i sposobie złożenia naszego listu poinformujemy w osobnej korespondencji. Podpisy prosimy składać na adres e-mailowy:
preczzkomuna-sws@wp.pl.
Z poważaniem
Wojciech Borowik
Sekretarz Zarządu Stowarzyszenia Wolnego Słowa
Szanowny Panie Prezydencie
Stowarzyszenie Wolnego Słowa od dawna czyni starania by peerelowska Służba Bezpieczeństwa została oficjalnie potępiona jako organizacja działająca na szkodę obywateli i łamiącą podstawowe prawa człowieka.
Uważamy za niemoralne i szkodzące naszej polskiej tradycji zaniechanie potępienia SB - jej funkcjonariuszy i beneficjentów.
Kolejna rocznica stanu wojennego - w czasie którego SB została rozbudowana do niewiarygodnych rozmiarów - skłania nas do zwrócenia się do Pana Prezydenta z prośbą o uzdrowienie tej sytuacji.
- Konieczne wydaje nam się oficjalne potępienie SB jako organizacji przestępczej.
- Pozbawienie funkcjonariuszy SB wszystkich szczebli - orderów, odznaczeń i związanych z nimi rent i przywilejów.
- Zdegradowanie wszystkich funkcjonariuszy do stopnia szeregowca i wyciągnięcie, w związku z tym, stosownych konsekwencji co do wypłaty rent i emerytur, związanych ze stopniem i funkcją w SB.
- Pociągnięcie do odpowiedzialności karnej wszystkich tych funkcjonariuszy, którzy – zgodnie z ówcześnie obowiązującym prawem – dokonywali przestępstw i które to przestępstwa nie uległy przedawnieniu.
- Za uzasadnione uznajemy pozbawienie członków WRON stopni oficerskich, orderów i odznaczeń
Szanowny Panie Prezydencie
Sanacja moralna, walka z korupcją, odbudowa polskich niepodległościowych tradycji i oparcie na nich autorytetu i prestiżu państwa wymaga, naszym zdaniem, rozliczenia smutnego okresu dziejów narodu w latach 1945 – 1989.
Jednym z elementów tego rozliczenia powinno być zadośćuczynienie, moralne i prawne, ofiarom stanu wojennego oraz działaczom opozycji antykomunistycznej i podziemia solidarnościowego.
Patriotyczna tradycja którą odnajdujemy w II RP i która przetrwała w sercach Polaków przez lata PRL, może być dobrym fundamentem budowy współczesnego państwa i społeczeństwa. Aby tak się stało musimy jednoznacznie odnieść się do wszelkiej korupcji do złodziejstwa, łapówkarstwa, zaprzaństwa do wszelkiego zła moralnego, towarzyszącego dziejom narodu.
Potępienie SB i jej mocodawców, uzdrowienie naszej narodowej tradycji, jest obowiązkiem naszego pokolenia. Pokolenia które walczyło by naszym dzieciom przekazać Polskę wolną od komunistów.
Podpisali członkowie Zarządu SWS i Zarządu Oddziału Warszawskiego SWS:
Roman Bielański, Konrad Bieliński, Wojciech Borowik, Mirosław Chojecki, Janina Jankowska, Jacek Juzwa, Krzysztof Markuszewski, Stefan Melak, Wiktor Mikusiński, Bogumił Sielewicz, Jan Strękowski, Ewa Sułkowska – Bierezin, Jacek Szymanderski, Tomasz Truskawa, Marcin Wolski.
niedziela, 3 grudnia 2006
Henryk Grynberg odzyskał wolność
"Przyznając się do współpracy z SB, Henryk Grynberg pokazał nową drogę rozliczenia się z brudami przeszłości - mówią zgodnie historycy IPN i pisarze." - pisze Życie Warszawy- "Według danych IPN, w 1956 r. służby specjalne PRL pozyskały 19 941 tajnych współpracowników. W tym okresie szczególnym zainteresowaniem służb specjalnych cieszyli się studenci, pisarze, artyści. Wywiad PRL liczył, że wyjeżdżając za granicę, ludzie ci będą szczególnie przydatni."
"Nie uważa Pan, że najwyższy czas, aby otworzyć archiwa SB i skończyć z grami teczkami i dziką lustracją?" - pyta dziennikarz, a Grynberg na to: "-Zdecydowanie. Uważam, że trzeba otworzyć te archiwa i pokazać, jak to wszystko wyglądało. Niech pan sobie wyobrazi, że prawie wszyscy moi bliscy koledzy ze studiów znaleźli się później na tej liście Wildsteina. Znam też analogiczne przypadki do mojego. Spotykam się z takim Polakiem, który mieszka niedaleko. On powiedział mi, że w latach 60. podpisał zobowiązanie i chodził regularnie na spotkania, bo bał się im odmówić. Mówił, że jego koledze złamano życie, kiedy odmówił SB. A ja uwikłałem się, będąc studentem, też z powodu strachu. [...] Chciałbym, aby otworzono i pokazano wszystko, co jest na mój temat, ponieważ jestem osobą publiczną i ludzie mają prawo wiedzieć, co mnie dotyczyło. Chcę, by ujawniono każde słowo, każdy dokument. Wzywam moich kolegów pisarzy, dziennikarzy, by uczynili to samo. Wiem, że wielu z nich, znanych mi osobiście, znajduje się na listach tajnych współpracowników. Mówię im: "pokazuję swoje, a wy pokażcie swoje."
I już. Potwór spod łóżka zniknął. Grynberg jest wolny. Żyje w roku 2006, sprawami roku 2006, wyborów dokonuje według kryteriów własnych z roku 2006. Jego teczka stanie się częścią materiałów źródłowych epoki totalitaryzmu a nie prywatnym więzieniem. Sprawą jedynie archiwalną.
"- Nie boi się Pan ostracyzmu środowiska za to, że umieszczono Pana na listach agentów SB?" - pyta dziennikarz. Jako część "środowiska Grynberga" odpowiadamy mu: "-A niby dlaczego? Wręcz przeciwnie. Postawimy mu piwo i razem wzniesiemy toast, nigdy więcej totalitaryzmu. Właśnie o to chodzi. Żeby materiały zgromadzone w IPN przestały być źródłem dzisiejszych postaw politycznych, i żeby historycy mogli wreszcie spokojnie zająć się poszerzaniem wiedzy o systemie totalitarnym. Potwór spod łóżka nie istnieje."
"Nie uważa Pan, że najwyższy czas, aby otworzyć archiwa SB i skończyć z grami teczkami i dziką lustracją?" - pyta dziennikarz, a Grynberg na to: "-Zdecydowanie. Uważam, że trzeba otworzyć te archiwa i pokazać, jak to wszystko wyglądało. Niech pan sobie wyobrazi, że prawie wszyscy moi bliscy koledzy ze studiów znaleźli się później na tej liście Wildsteina. Znam też analogiczne przypadki do mojego. Spotykam się z takim Polakiem, który mieszka niedaleko. On powiedział mi, że w latach 60. podpisał zobowiązanie i chodził regularnie na spotkania, bo bał się im odmówić. Mówił, że jego koledze złamano życie, kiedy odmówił SB. A ja uwikłałem się, będąc studentem, też z powodu strachu. [...] Chciałbym, aby otworzono i pokazano wszystko, co jest na mój temat, ponieważ jestem osobą publiczną i ludzie mają prawo wiedzieć, co mnie dotyczyło. Chcę, by ujawniono każde słowo, każdy dokument. Wzywam moich kolegów pisarzy, dziennikarzy, by uczynili to samo. Wiem, że wielu z nich, znanych mi osobiście, znajduje się na listach tajnych współpracowników. Mówię im: "pokazuję swoje, a wy pokażcie swoje."
I już. Potwór spod łóżka zniknął. Grynberg jest wolny. Żyje w roku 2006, sprawami roku 2006, wyborów dokonuje według kryteriów własnych z roku 2006. Jego teczka stanie się częścią materiałów źródłowych epoki totalitaryzmu a nie prywatnym więzieniem. Sprawą jedynie archiwalną.
"- Nie boi się Pan ostracyzmu środowiska za to, że umieszczono Pana na listach agentów SB?" - pyta dziennikarz. Jako część "środowiska Grynberga" odpowiadamy mu: "-A niby dlaczego? Wręcz przeciwnie. Postawimy mu piwo i razem wzniesiemy toast, nigdy więcej totalitaryzmu. Właśnie o to chodzi. Żeby materiały zgromadzone w IPN przestały być źródłem dzisiejszych postaw politycznych, i żeby historycy mogli wreszcie spokojnie zająć się poszerzaniem wiedzy o systemie totalitarnym. Potwór spod łóżka nie istnieje."
piątek, 24 listopada 2006
Józef Pinior: Soros w Brukseli zachwycał się Unią, źle mówił o Rosji
Filozof i finansista, jeden z najbogatszych ludzi na Ziemi, z błyskiem w oku mówi spokojnym głosem o swoich sukcesach i porażkach, o tym, że czuje się jako Amerykanin patriotą europejskim i dostrzega w Unii Europejskiej model dla Globalnego Społeczeństwa Otwartego.
Określa siebie jako "bezpaństwowego męża stanu" i uderza swoją młodzieńczością. Patrzę z podziwem, na tle starych mebli w Hotelu Renaissance w Brukseli, parę kroków od Parlamentu Europejskiego, na energię tego 75-letniego uchodźcy z Europy Środkowowschodniej. Mędrzec. Słowo właściwie już nie używane w dzisiejszej polszczyźnie.
No bo kogo nazwiemy dzisiaj w Polsce mędrcem, bez narażenia się na śmieszność, albo na gorszące spory czy rzeczywiście dana osoba zasługuje na to określenie? Soros podziwia Unię Europejską, czuje się w rozmowie, jak bardzo zawiódł się na Rosji. Mówi bez ogródek, że Rosja staje się państwem autorytarnym, w którym państwo przez ogromne fundusze próbuje podporządkować sobie organizacje społeczeństwa obywatelskiego.
Niby organizacja jest społeczna, nie mająca nic wspólnego z instytucjami rządowymi, a tak naprawdę prowadzona przez ośrodek prezydencki. Przestrzega przed taktyką Gazpromu w Azji Centralnej. Znowu, firma jest kapitalistyczna, ma w nazwie "Uzbek" czy "Kazach", ale większościowe udziały są w rękach firm prywatnych reprezentujących interes Kremla.
Soros przeznaczył na ratowanie nauki i naukowców w Rosji na początku lat dziewięćdziesiątych 100 milionów dolarów. International Science Foundation, która operowała tym funduszem wypłaciła ponad 25 tysięcy grantów 500-dolarowych naukowcom w Rosji. To były pieniądze na przeżycie, które jak obliczono, wystarczały wtedy, w czasach hiperinflacji w Rosji na utrzymanie rodziny przez okres mniej więcej roku. Pozostała reszta funduszu została przeznaczona na projekty badawcze.
Ma świadomość, że czynił dobro. Wie także, że wiele razy przegrał. Lubi powtarzać za Kowaliowem: "całe swoje życie walczyłem o stracone sprawy". Zawsze powołuje się na swojego ojca i Karla Poppera. Pamiętam jak go poznałem w 1993 r., w Szkole Nauk Społecznych prof. Amsterdamskiego w Polskiej Akademii Nauk. Mówił wtedy o swoim ojcu, o esperanto, o marzeniach i wizjach tamtego pokolenia. I Popper, mistrz, którego książka "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" ukształtowała go na całe życie. Relacja pomiędzy Popperem i Sorosem, jak w szkołach filozoficznych w starożytności.
"Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" dotarło do mnie po raz pierwszy w podziemiu, wiosną w 1982 r. Adam Lipiński, który wtedy prowadził grupę wydawniczą w ramach Regionalnego Komitetu Strajkowego, zgłosił się do mnie, że ma coś ekstra, właśnie Poppera, że ma filozofów, profesjonalnych tłumaczy i że chce to wydać, i powinno to być sfinansowane z podziemnych 80 milionów Solidarności.
Rzecz jasna byłem zapalony do tego pomysłu. To był czas, kiedy nikomu z nas nie przyszło do głowy, że będziemy politykami z zawodu, raczej realizowaliśmy swoje pasje intelektualne, pragnęliśmy doprowadzić do demokratycznego przełomu, bardziej myśleliśmy o świecie w kategoriach Arendt czy Poppera, walki totalitaryzm-demokracja niż walki wyborczej o miejsca w parlamencie, i do tego jeszcze z różnych ugrupowań politycznych. Otrzymałem pierwsze przetłumaczone rozdziały. Oczywiście nie znałem nazwisk tłumaczy, nie wiem do dzisiaj, czy to było tłumaczenie, które potem wyszło w serii klasyki filozofii PWN. Jakkolwiek by było, zgromadziłem dzieła Platona, oryginał Poppera i jeszcze jego inne książki, i właśnie te przetłumaczone rozdziały, aby spędzić na tym miesiąc kompletnie odcięty od świata. Pragnąłem się zanurzyć w filozofii, przemyśleć parę problemów, wrócić do kwestii, którymi żyłem przed wybuchem Solidarności. To nie było możliwe przed końcem sierpnia.
Lato to był gorączkowy okres, przygotowywanie do strajku generalnego, nieustanne spotkania z aktywem, podziemnym i nadziemnym. Szaleństwo konspiracji. Z Władkiem Frasyniukiem, Basią Labudą i Piotrkiem Bednarzem przyjęliśmy taką zasadę, że kontaktujemy się jedynie w sprawach najważniejszych, stykamy się jak najmniej, aby aresztowanie kogoś z nas nie doprowadziło do aresztowania reszty.
31 Sierpnia 1982 r. prawie powstanie we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku, ale reszta kraju raczej spokojna, bez większych akcji, które mogłyby wymusić na władzy ustępstwa. Stało się dla nas jasne, że nie będzie przesilenia, że czekają nas miesiące, może lata w podziemiu i w konspiracji.
Pomyślałem, czas na Poppera. Hrabia Latalski, znalazł mi w głębokiej konspiracji mieszkanie u górali w jednej z wsi wokół Zakopanego. Latalski, człowiek AK, jeden z najciekawszych ludzi, jakich poznałem w życiu, pełen pogardy dla PRL ale otwarty, chłonny świata, intelektualista ufał tylko góralom, środowisku, które świetnie znał z przedwojennego, elitarnego liceum dla chłopców. Książki pojechały osobno, gospodarze wiedzieli, że przyjeżdża ktoś z Warszawy popracować w spokoju naukowo. Parę dni później, o ile dobrze pamiętam 5 września, w nocy, w czasie sprawdzania tekstu Platona do tekstu Poppera włączyłem radio, Wolną Europę i usłyszałem o aresztowaniu Frasyniuka. Wiedziałem, że z Wrocławia jest w drodze po mnie auto, bo taki był scenariusz specjalnej grupy operacyjnej obliczony właśnie na taką sytuację. Spakowałem wszystkie książki do osobnej walizki. Wziąłem ze sobą rzeczy osobiste i te tony notatek, które robię zawsze przy okazji czytania tego typu dzieł. O świcie na drodze do Wrocławia, miałem świadomość, że coś już się bezpowrotnie skończyło, że nie ma odwrotu od polityki, że tezy Poppera trzeba teraz przełożyć na walkę, odpowiedzieć na cios ciosem, udowodnić, że Solidarności, jak wtedy, na naszych ulotkach, nie da się upokorzyć i zniszczyć.
Patrzę teraz w Hotelu Renaissance jak Soros szykuje się do skoku po moim pytaniu o nowe przywództwo Partii Demokratycznej, po ostatnich wyborach w USA. Tak, to go najgłębiej porusza, jego głos staje się bardziej zdecydowany, nie jest już głosem filozofa, raczej męża stanu, który poszedł na wojnę z prezydentem Ameryki. Filozofia i polityka. Następna runda. Wybory prezydenckie w 2008 r. Nasze czasy.
Określa siebie jako "bezpaństwowego męża stanu" i uderza swoją młodzieńczością. Patrzę z podziwem, na tle starych mebli w Hotelu Renaissance w Brukseli, parę kroków od Parlamentu Europejskiego, na energię tego 75-letniego uchodźcy z Europy Środkowowschodniej. Mędrzec. Słowo właściwie już nie używane w dzisiejszej polszczyźnie.
No bo kogo nazwiemy dzisiaj w Polsce mędrcem, bez narażenia się na śmieszność, albo na gorszące spory czy rzeczywiście dana osoba zasługuje na to określenie? Soros podziwia Unię Europejską, czuje się w rozmowie, jak bardzo zawiódł się na Rosji. Mówi bez ogródek, że Rosja staje się państwem autorytarnym, w którym państwo przez ogromne fundusze próbuje podporządkować sobie organizacje społeczeństwa obywatelskiego.
Niby organizacja jest społeczna, nie mająca nic wspólnego z instytucjami rządowymi, a tak naprawdę prowadzona przez ośrodek prezydencki. Przestrzega przed taktyką Gazpromu w Azji Centralnej. Znowu, firma jest kapitalistyczna, ma w nazwie "Uzbek" czy "Kazach", ale większościowe udziały są w rękach firm prywatnych reprezentujących interes Kremla.
Soros przeznaczył na ratowanie nauki i naukowców w Rosji na początku lat dziewięćdziesiątych 100 milionów dolarów. International Science Foundation, która operowała tym funduszem wypłaciła ponad 25 tysięcy grantów 500-dolarowych naukowcom w Rosji. To były pieniądze na przeżycie, które jak obliczono, wystarczały wtedy, w czasach hiperinflacji w Rosji na utrzymanie rodziny przez okres mniej więcej roku. Pozostała reszta funduszu została przeznaczona na projekty badawcze.
Ma świadomość, że czynił dobro. Wie także, że wiele razy przegrał. Lubi powtarzać za Kowaliowem: "całe swoje życie walczyłem o stracone sprawy". Zawsze powołuje się na swojego ojca i Karla Poppera. Pamiętam jak go poznałem w 1993 r., w Szkole Nauk Społecznych prof. Amsterdamskiego w Polskiej Akademii Nauk. Mówił wtedy o swoim ojcu, o esperanto, o marzeniach i wizjach tamtego pokolenia. I Popper, mistrz, którego książka "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" ukształtowała go na całe życie. Relacja pomiędzy Popperem i Sorosem, jak w szkołach filozoficznych w starożytności.
"Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" dotarło do mnie po raz pierwszy w podziemiu, wiosną w 1982 r. Adam Lipiński, który wtedy prowadził grupę wydawniczą w ramach Regionalnego Komitetu Strajkowego, zgłosił się do mnie, że ma coś ekstra, właśnie Poppera, że ma filozofów, profesjonalnych tłumaczy i że chce to wydać, i powinno to być sfinansowane z podziemnych 80 milionów Solidarności.
Rzecz jasna byłem zapalony do tego pomysłu. To był czas, kiedy nikomu z nas nie przyszło do głowy, że będziemy politykami z zawodu, raczej realizowaliśmy swoje pasje intelektualne, pragnęliśmy doprowadzić do demokratycznego przełomu, bardziej myśleliśmy o świecie w kategoriach Arendt czy Poppera, walki totalitaryzm-demokracja niż walki wyborczej o miejsca w parlamencie, i do tego jeszcze z różnych ugrupowań politycznych. Otrzymałem pierwsze przetłumaczone rozdziały. Oczywiście nie znałem nazwisk tłumaczy, nie wiem do dzisiaj, czy to było tłumaczenie, które potem wyszło w serii klasyki filozofii PWN. Jakkolwiek by było, zgromadziłem dzieła Platona, oryginał Poppera i jeszcze jego inne książki, i właśnie te przetłumaczone rozdziały, aby spędzić na tym miesiąc kompletnie odcięty od świata. Pragnąłem się zanurzyć w filozofii, przemyśleć parę problemów, wrócić do kwestii, którymi żyłem przed wybuchem Solidarności. To nie było możliwe przed końcem sierpnia.
Lato to był gorączkowy okres, przygotowywanie do strajku generalnego, nieustanne spotkania z aktywem, podziemnym i nadziemnym. Szaleństwo konspiracji. Z Władkiem Frasyniukiem, Basią Labudą i Piotrkiem Bednarzem przyjęliśmy taką zasadę, że kontaktujemy się jedynie w sprawach najważniejszych, stykamy się jak najmniej, aby aresztowanie kogoś z nas nie doprowadziło do aresztowania reszty.
31 Sierpnia 1982 r. prawie powstanie we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku, ale reszta kraju raczej spokojna, bez większych akcji, które mogłyby wymusić na władzy ustępstwa. Stało się dla nas jasne, że nie będzie przesilenia, że czekają nas miesiące, może lata w podziemiu i w konspiracji.
Pomyślałem, czas na Poppera. Hrabia Latalski, znalazł mi w głębokiej konspiracji mieszkanie u górali w jednej z wsi wokół Zakopanego. Latalski, człowiek AK, jeden z najciekawszych ludzi, jakich poznałem w życiu, pełen pogardy dla PRL ale otwarty, chłonny świata, intelektualista ufał tylko góralom, środowisku, które świetnie znał z przedwojennego, elitarnego liceum dla chłopców. Książki pojechały osobno, gospodarze wiedzieli, że przyjeżdża ktoś z Warszawy popracować w spokoju naukowo. Parę dni później, o ile dobrze pamiętam 5 września, w nocy, w czasie sprawdzania tekstu Platona do tekstu Poppera włączyłem radio, Wolną Europę i usłyszałem o aresztowaniu Frasyniuka. Wiedziałem, że z Wrocławia jest w drodze po mnie auto, bo taki był scenariusz specjalnej grupy operacyjnej obliczony właśnie na taką sytuację. Spakowałem wszystkie książki do osobnej walizki. Wziąłem ze sobą rzeczy osobiste i te tony notatek, które robię zawsze przy okazji czytania tego typu dzieł. O świcie na drodze do Wrocławia, miałem świadomość, że coś już się bezpowrotnie skończyło, że nie ma odwrotu od polityki, że tezy Poppera trzeba teraz przełożyć na walkę, odpowiedzieć na cios ciosem, udowodnić, że Solidarności, jak wtedy, na naszych ulotkach, nie da się upokorzyć i zniszczyć.
Patrzę teraz w Hotelu Renaissance jak Soros szykuje się do skoku po moim pytaniu o nowe przywództwo Partii Demokratycznej, po ostatnich wyborach w USA. Tak, to go najgłębiej porusza, jego głos staje się bardziej zdecydowany, nie jest już głosem filozofa, raczej męża stanu, który poszedł na wojnę z prezydentem Ameryki. Filozofia i polityka. Następna runda. Wybory prezydenckie w 2008 r. Nasze czasy.
środa, 22 listopada 2006
Koniec historii czy koniec sekularyzmu? (fragment)
Koniec historii celebrowano w XX wieku dwukrotnie, za każdym razem, kiedy upadał system totalitarny. Raz po II wojnie światowej, drugi raz w latach 1990tych. Intelektualiści pisali, że nastąpił koniec ideologii faszystowskiej i komunistycznej - przekonani, że zaraz nadejdą czasy pragmatyzmu, w których polityka stanie się przedmiotem debaty, argumentu i rozumu, a nie wiary, projekcji czy totalnych wizji. Po upadku Bloku Wschodniego wydawało się, że czasy polityki ideologicznej skończyły się na zawsze.
Ale predykcje te okazaly się fałszywe. Świat sprawia niespodzianki. Nadzieja, nawet nazwana przewidywaniem, dalej pozostaje tylko zbiorem życzeń adresowanych do świata, a świat tych życzeń wcale nie musi spełniać. Ludzkość obciąża jej przeszłość - to trochę tak, jakby informacja raz wytworzona przez Człowieka, nie znikała już nigdy, zawsze gotowa do nowego zastosowania. Wiedza o tym, że totalitaryzm jest możliwy, odmieniła ludzkość, choć ona nie chce o tym pamiętać. To jest pierwsze źródło niespodzianek.
Drugim źródłem są emocje związane i budzone przez przypadki, zdarzenia losowe. Nie kontrolujemy własnych emocji, zaskakują nas z równą siła jak i świat zewnętrzny. Nie tylko się z tymi niespodziankami godzimy, ale nawet nie chcemy poddać własnych emocji władzy rozumu. Być może w polityce bylibyśmy bardziej pragmatyczni, kontrolując własne emocje, ale co by się stało z zakochiwaniem od pierwszego wejrzenia? Seksem? Irracjonalną i bezwarunkową miłością rodziców i dzieci?
Trzecim źródłem niespodzianek jest arbitralność własnych preferencji i upodobań, także upodobań intelektualnych. Ekspansja ludzkiej wiedzy w niczym nie przypomina darwinowskiego modelu rozwoju, w którym z małpy, poprzez stałe ulepszenia, w końcu otrzymujemy homo sapiens. Podobnie mylne jest postrzeganie jej poprzez tradycję jako żródło i przyczynę ciągłości. Rozwój cywilizacji prędzej się daje opisać jako ciąg katastrof. Po każdej z nich świat jest zupełnie inny niż przedtem i inne w nim obowiązują mechanizmy.
Mamy dowody przed oczami. Przepisy miejskie Londynu zawierają mnóstwo anachronizmów wynikających z fałszywych predykcji, których fałszywość polegała dokładnie na tym, że warunki bieżące traktowane były jako podstawa ekstrapolacji w przyszłość. W przedywaniach zarówno utopijnych jak i dystopijnych miało być tak samo jak teraz, tylko więcej. Rozsądnym przewidywaniem w XIX wieku wydawało się że ludzi będzie więcej, i w związku z tym więcej będzie się przemieszczać z miejsca w miejsce. Dlatego, przewidując kłopoty, jakie wynikną z gór nawozu końskiego zanieczyszczającego ulice w wieku XXstym, urzędnicy miasta Londynu tworzyli plany jego utylizacji, a potem, gdy pojawiły się pierwsze automobile, przepisy, aby przed samochodem biegł goniec z chorągiewką, co miało uprzedzać właścicieli dyliżansów, że ich koń może się zaraz spłoszyć na widok warczącej i śmierdzącej maszyny z wariatem za kółkiem. Tymczasem przydarzyła się katastrofa i samochody opanowały świat.
Czwartym źródłem jest mylenie rozsądku i rozumu. Człowiek rozsądny korzysta z własnych i cudzych doświadczeń, i na tej podstawie organizuje swoje życie. Ale już nie jest rozumnym osąd, że tych doświadczeń wystarczy, by kontrolować przyszłość, choćby tylko wyobraźnią. Rozumnym zachowaniem jest przygotować się na niespodzianki.
Piątym źródłem niespodzianek jest nasz antropocentryzm. Wszystko, co badamy, prędzej czy później się do nas upodabnia, bo badając świat, projektujemy na niego siebie samych, nasze zmysły i nasze zdolności postrzegania. Wszyscy bogowie są antropoidalni, niekoniecznie postacią, ale moralnością i motywacją. Nadczłowiek Nietschego jest w rzeczywistości tylko współczesnym mu człowiekiem, wzbogaconym o więcej, którego to więcej okazuje się być na tyle dużo, że nadczłowiek pokonuje Boga. Paradoks polega na tym, że zarówno Bóg jak i Człowiek są jedynie bohaterami opowieści toczącej się w umyśle filozofa, jego projekcjami na sferę własnej niewiedzy, a ta bitwa odbywa się tylko w jego umyśle, bez większego związku z nie tylko z światem zewnętrznym, ale nawet z tym, co w jego własnej, wewnętrznej sferze niewiedzy może być. Filozof, nieporadny w poznawaniu siebie, projektuje świat....
Jeśli niespodzianka jest osnową historii, to jej wątkiem - paradoks. Nie przez przypadek "Koniec historii" Francisa Fukuyamy i "Starcie Cywilizacji" Huntingtona - dwie książki, prezentujące diametralnie różne, sprzeczne wizje dnia dzisiejszego i przyszłości - ukazały się w latach 1990tych w dystansie mniejszym niż trzy lata między obiema publikacjami. Obie, ta dystopijna i ta utopijna, zostały równie entuzjastycznie przyjęte przez opinię publiczną, obie też stały się intelektualnymi bestsellerami.
Epokę lekkoducha Clintona możnaby przyrównać do czasów międzywojnia, kiedy opinia publiczna, wyczerpana kryzysem gospodarczym i pamięcią o horrorze I wojny światowej, zatonęła w marzeniach produkowanych w hollywoodzkiej "fabryce snów". Również po upadku komunizmu ludzkość zapadła w marzycielski sen o liberalnym dobrobycie i powszechnej, szczęśliwej przyszłości. Realnych powodów do samozadowolenia aż tak wiele nie było: Blok Wschodni zawalił się sam, a żaden inny światowy problem nie został załatwiony. Polska wstąpiła do NATO, ale raczej sama sobie to zawdzięcza i niezdecydowaniu Rosji, niż jakiemuś szczególnemu zapałowi czy wizji strategicznej Zachodu. Nie udały się nawet reformy ONZ, która to instytucja do dzisiaj jest zamrożona w swej ewidentnej, zimnowojennej indolencji decyzyjnej i finansowej. Ale tym chętniej zachodni intelektualiści pisali, że "trzecia fala demokratyzacji" w Europie Środkowej i Afryce jest bezpośrednim sukcesem Zachodu, a nie tamtejszych społeczeństw, i tym chętniej oglądano prezydenta, który trawkę "pali, ale się nie zaciąga", gra na trąbce i daje się przyłapywać na uprawianiu seksu. I tak obie książki składają się na paradoksalny obraz lat 90tych, ich optymistycznie - pesymistyczną senność: Fukuyama bardzo dobrze wyraził pogodnie beztroską stronę tamtej epoki, a Huntington - ówczesne poczucie zagrożenia i przeczucie, że w końcu ktoś przyjdzie i zapyta, czy zapłaciliśmy za bilet na ten seans. Można więc powiedzieć, że nad latami 90tymi unosił się nie tylko dym marihuany, którego Clinton nie wdychał, ale też dym z World Trade Center, który świat się jednak spodziewał nabrać w płuca: albowiem żadne babie lato nie trwa wiecznie.
Obie książki zawierają jednak wizję liberalnego i zsekularyzowanego Zachodu, i takiejże jego przyszłości, obojętnie, pokojowej czy wojennej, która się okazała zupełnie nietrafna. Dekadę później wszyscy już dostrzegają powrót religii do polityki, i to na sposób, który dla wielu okazał się bolesny.
Muzułmanie opanują świat? Z utopii w dystopię.
Na pierwszy rzut oka widać islam, a szczególnie ideologię polityczną, islamizm, odpowiedzialną nie tylko za terror i przemoc w wielu punktach zapalnych globu ziemskiego, ale też obwinianą przez jakąś część intelektualistów o spowodowanie kryzysu samego Oświecenia. Czy Huttington ma rację? W lipcu 2006 senator Newt Gingrich, były spiker Kongresu USA, połączył akty terroru oraz konflikty zapalne w Korei Północnej, Libanie, Palestynie, Iraku, Iranie, etc., i podsumował, że trzecia wojna światowa już trwa. Ralf Dahrendorf w "The End of Secularism?" postrzega islamizm jako główne źródło cenzury i autocenzury w zachodnich mediach i kulturze. Więcej nawet, jego zdaniem islamski fundamentalizm spowodował, że "oświecone kraje świata stały się niepewne swoich wartości, nawet samego Oświecenia. Rozprzestrzenił się moralny relatywizm, który doprowadził do tego, że wiele osób zaakceptowało tabu wszystkich grup religijnych w imię tolerancji i wielokulturowości." Akceptacja ta prowadzi jego zdaniem do autocenzury, nie publikuje się karykatur Mahometa i nie wystawia opery Mozarta Idomeneo.
Rzeczywiscie, wątek Mozarta jeszcze jawniej wskazuje na zjawisko autocenzury niż awantury wokół karykatur Mahometa: berlińska policja oświadczyła niemieckiej agencji prasowej DPA, że nie odnotowała do tej pory żadnych gróźb pod adresem berlińskiej Deutsche Oper, ale 26 września 2006 jej dyrektor Kirsten Harms ogłosiła, że rezygnuje z 4 wystawień Idomeneo planowanych na listopad "ze względu na możliwe zagrożenie dla twórców i widzów ze strony terrorystów islamskich". Przedstawienie w reżyserii Hansa Neuenfelsa zawierało między innymi obraz króla Idomeneo, który wkracza na scenę niosąc ścięte głowy Neptuna, Jezusa, Buddy i Mahometa.
Decyzja Kirsten Harms o zdjęciu z afisza opery Mozarta w sytuacji, gdy nikt się tego nie domagał, kontrastuje z postawą gazet, które się odważyły na przedruk karykatur Mahometa, mimo, że ze strony fundamentalistów islamskich padały niedwuznaczne groźby. Pierwotnie kontrowersyjne rysunki pojawiły się w duńskim "Jyllands - Posten," potem w norweskim "Magazinet", jako jedne z pierwszych na solidarnościowy przedruk zdecydowały się "France Soir", włoska "La Stampa", Hiszpański "El Periodico" oraz niemieckie "Berliner Zaitung" i "Die Welt", które przedruk opatrzyło komentarzem, że "demokratyczne prawo do wyrażania poglądów obejmuje również prawo do bluźnierstwa." W Polsce już 4 lutego na solidarnościowy przedruk zdecydowała się "Rzeczpospolita". Jej ówczesny redaktor naczelny Grzegorz Gauden napisał w zamieszczonym równolegle oświadczeniu:
"Decyzja duńskiego dziennika, który to pierwszy uczynił, nie uwzględniała wrażliwości wielu ludzi; zdecydowano się na żart z tego, co dla nich święte. Media europejskie są pluralistyczne. Niektóre z nich prowokują, obrażają, nie przejmują się przekonaniami, wiarą, inne stają zdecydowanie w obronie wartości, religii i Boga. Dzieje się tak, bo dla Europy, dla cywilizacji zachodniej wolność słowa jest wartością fundamentalną. Ci, którzy czują się dotknięci, uważają, że jest nadużywana, mogą dochodzić swoich racji także w sądzie. I jest to jedyna akceptowana w świecie demokracji droga. [...] Po publikacji prywatnego dziennika w małym kraju europejskim państwa islamskie odwołują swoich ambasadorów i domagają się przeprosin od polityków. W wolność mediów w Europie usiłują ingerować politycy państw islamskich. Publicznie palone są flagi Danii, a terroryści grożą zamachami i porywaniem obywateli krajów, w których wolne i niezależne od państwa dzienniki w imię solidarności opublikowały karykatury. Wolna prasa i wolne państwa nie mogą ulec temu szantażowi. Doszło do najpoważniejszego w ostatnim czasie zderzenia między dwiema wielkimi kulturami. Spór dotyczy fundamentalnych dla nas wartości. Prawa do wolności, w tym swobody wypowiedzi. Zdecydowaliśmy się przedrukować te karykatury, bo całkowicie odrzucamy metody, do których odwołali się islamscy przeciwnicy publikacji. Wolności wypowiedzi trzeba bronić. Także wtedy, kiedy nie zgadzamy się z ich treścią."
I tak oto świat Zachodu po World Trade Center ponownie asocjuje przestrzeganie zasady wolności słowa na własnym terytorium z potrzebą odwagi: po raz ostatni dokonywał tego rodzaju asocjacji w czasie II wojny światowej, w odniesieniu do terenów pod okupacją niemiecką. W Europie Środkowej skojarzenie swobody wyrażania myśli z postawą heroiczną jest świeższej daty, dotyczy komunizmu. Karykatury Mahometa zbudowały most między rozrzuconymi w czasie wyspami zbiorowych podświadomości Zachodu, po którym, jak po autostradzie, pędzą wszelkie możliwe lęki, stereotypy wroga i wojenna mobilizacja. Bramą dla tego strumienia podświadomości stał się esej nieżyjącej już włoskiej dziennikarki Oriany Fallaci, ponoć częstego gościa obecnego papieża. Jej "Wściekłość i duma" stała się manifestem programowym dla wielu ludzi, niemal tak, jak "Koniec historii" Fukuyamy był manifestem programowym elit władzy ostatniego dziesięciolecia XX wieku: "Czy nie zdajecie sobie sprawy, że ludzie tacy jak Osama ben Laden czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci tylko dlatego, że pieprzycie się, kiedy macie ochotę, gdzie macie ochotę i z kim macie ochotę? Nawet to was nie obchodzi, idioci? Dzięki Bogu jestem ateistką" - pisze Fallaci i wzywa ochotników do stawienia się w punktach werbunkowych, przygotowujących Zachód do wściekłej, dumnej i totalnej wojny z islamem.
Jak zawsze w takich sytuacjach, wojennym mobilizacjom towarzyszy militaryzacja języka we wszystkich dziedzinach życia, wyrażająca się pewną nadreprezentacją takich pojęć, jak honor, lojalność, odwaga, dezerterstwo, zdrada. Także w odniesieniu do sytuacji, które w demokratycznym, pokojowym społeczeństwie nie wymagają szczególnej brawury, by im stawić czoła. Wyrazy z żołnierskiego plecaka i z pola bitwy wślizgują się do codziennego użytku tak podstępnie, że niemal nikt nie dostrzega ich kontekstualnej śmieszności czy absurdalności. I tak Richard Dawkins w eseju "Bronię ateistów" opisuje dziwny świat Stanów Zjednoczonych dnia dzisiejszego, w którym ateistów prześladuje strach niemal obłędny: "w głębi duszy wiedzą, że są ateistami, ale boją się do tego przyznać nawet własnej rodzinie, a niekiedy nawet samym sobie" - bo jak nazwać tak silne poczucie zagrożenia nawet ze strony własnej rodziny? - a wyjście z szafy wymaga postawy żołnierskiej, takiej niemal, jak na polu bitwy: "bycie ateistą to dążenie całkiem realistyczne, a zarazem śmiałe i chwalebne."
Orianie Fallaci odpowiada Rick Agon esejem "Kilka słów od cywila," w którym autor odmawia udziału w krucjacie i oświadcza, że choć też jest dumnym Europejczykiem, to zdaje się, że wartości będące dla Fallaci tytułem do dumy, dla niego są powodem do wstydu: "Fallaci żywi przekonanie, że jeśli będzie pisać o sraniu i kurwieniu się, a swoich polemistów nazwie kutasami, to wywoła wrażenie wielkiej szczerości wypowiedzi. Osobliwy przesąd, jak na personę mianującą się strażnikiem cywilizacji europejskiej. [...] Tekst bardzo ostro sprzeciwia się akceptowaniu muzułmanów w społecznościach Zachodu ('nie ma u nas miejsca dla muezinów, minaretów, fałszywych abstynentów, dla ich pieprzonego średniowiecza')." - pisze Agon - "Fallaci prowadzi krytykę z pozycji osoby nazywającej zwierzętami ludzi nie potrafiących poprawnie sformułować zdania współrzędnie złożonego. Osoby troszczącej się by nieokrzesani imigranci nie "osrali Kaplicy Sykstyńskiej, rzeźb Michała Anioła i fresków Rafaela".
"Na tym właśnie polega różnica między nami." - powiada dalej Agon - "Ona - ateistka, jak sama pisze, lubi rzeźby i obrazy Chrystusa, ma kota na punkcie ikon. My - katolicy, mamy kota na punkcie samego Chrystusa. Chrystusa, który pod względem kultury osobistej i rozeznania w arkanach dobrego tonu bardziej przypominał uciekiniera z Bangladeszu niż Chrystusa z ikon, rzeźb i obrazów. [...] Z Ewangelii wyłania się obraz człowieka, którego styl bycia bardziej przypominał ajatollaha niż wielbiciela 'sztuki, kultury i piękna', przedmiotu westchnień włoskiej dziennikarki. Jeśli Fallaci chce wiedzieć jaki zapach naprawdę można by nazwać Chrystusowym, niech w upalne południe zbierze całą swoją odwagę i powącha albańskiego imigranta."
biblio:
1. David Postman, Gingrich says it's World War III
2. Ralf Dahrendorf: The End of Secularism?
3. BBC: Beheaded prophet opera dropped.
4. Oświadczenie Grzegorza Gaudena w sprawie karykatur Mahometa, Rzeczpospolita 04.02.2006r.
5. Richard Dawkins, Bronię ateistów. Gazeta Wyborcza 13 listopada 2006. Tekst pochodzi z najnowszej książki Dawkinsa „The God Delusion” („Bóg urojony”), która ukaże się w Polsce w wydawnictwie CiS w 2007 roku.
6. Oriana Fallaci. Wywiad z sobą samą. Apokalipsa - Siła rozumu - Wściekłość i duma. Wyd. Cyklady 2005.
7. Rick Agon, "Kilka słów od cywila", Virtual Vendea, październik 2001,
Ale predykcje te okazaly się fałszywe. Świat sprawia niespodzianki. Nadzieja, nawet nazwana przewidywaniem, dalej pozostaje tylko zbiorem życzeń adresowanych do świata, a świat tych życzeń wcale nie musi spełniać. Ludzkość obciąża jej przeszłość - to trochę tak, jakby informacja raz wytworzona przez Człowieka, nie znikała już nigdy, zawsze gotowa do nowego zastosowania. Wiedza o tym, że totalitaryzm jest możliwy, odmieniła ludzkość, choć ona nie chce o tym pamiętać. To jest pierwsze źródło niespodzianek.
Drugim źródłem są emocje związane i budzone przez przypadki, zdarzenia losowe. Nie kontrolujemy własnych emocji, zaskakują nas z równą siła jak i świat zewnętrzny. Nie tylko się z tymi niespodziankami godzimy, ale nawet nie chcemy poddać własnych emocji władzy rozumu. Być może w polityce bylibyśmy bardziej pragmatyczni, kontrolując własne emocje, ale co by się stało z zakochiwaniem od pierwszego wejrzenia? Seksem? Irracjonalną i bezwarunkową miłością rodziców i dzieci?
Trzecim źródłem niespodzianek jest arbitralność własnych preferencji i upodobań, także upodobań intelektualnych. Ekspansja ludzkiej wiedzy w niczym nie przypomina darwinowskiego modelu rozwoju, w którym z małpy, poprzez stałe ulepszenia, w końcu otrzymujemy homo sapiens. Podobnie mylne jest postrzeganie jej poprzez tradycję jako żródło i przyczynę ciągłości. Rozwój cywilizacji prędzej się daje opisać jako ciąg katastrof. Po każdej z nich świat jest zupełnie inny niż przedtem i inne w nim obowiązują mechanizmy.
Mamy dowody przed oczami. Przepisy miejskie Londynu zawierają mnóstwo anachronizmów wynikających z fałszywych predykcji, których fałszywość polegała dokładnie na tym, że warunki bieżące traktowane były jako podstawa ekstrapolacji w przyszłość. W przedywaniach zarówno utopijnych jak i dystopijnych miało być tak samo jak teraz, tylko więcej. Rozsądnym przewidywaniem w XIX wieku wydawało się że ludzi będzie więcej, i w związku z tym więcej będzie się przemieszczać z miejsca w miejsce. Dlatego, przewidując kłopoty, jakie wynikną z gór nawozu końskiego zanieczyszczającego ulice w wieku XXstym, urzędnicy miasta Londynu tworzyli plany jego utylizacji, a potem, gdy pojawiły się pierwsze automobile, przepisy, aby przed samochodem biegł goniec z chorągiewką, co miało uprzedzać właścicieli dyliżansów, że ich koń może się zaraz spłoszyć na widok warczącej i śmierdzącej maszyny z wariatem za kółkiem. Tymczasem przydarzyła się katastrofa i samochody opanowały świat.
Czwartym źródłem jest mylenie rozsądku i rozumu. Człowiek rozsądny korzysta z własnych i cudzych doświadczeń, i na tej podstawie organizuje swoje życie. Ale już nie jest rozumnym osąd, że tych doświadczeń wystarczy, by kontrolować przyszłość, choćby tylko wyobraźnią. Rozumnym zachowaniem jest przygotować się na niespodzianki.
Piątym źródłem niespodzianek jest nasz antropocentryzm. Wszystko, co badamy, prędzej czy później się do nas upodabnia, bo badając świat, projektujemy na niego siebie samych, nasze zmysły i nasze zdolności postrzegania. Wszyscy bogowie są antropoidalni, niekoniecznie postacią, ale moralnością i motywacją. Nadczłowiek Nietschego jest w rzeczywistości tylko współczesnym mu człowiekiem, wzbogaconym o więcej, którego to więcej okazuje się być na tyle dużo, że nadczłowiek pokonuje Boga. Paradoks polega na tym, że zarówno Bóg jak i Człowiek są jedynie bohaterami opowieści toczącej się w umyśle filozofa, jego projekcjami na sferę własnej niewiedzy, a ta bitwa odbywa się tylko w jego umyśle, bez większego związku z nie tylko z światem zewnętrznym, ale nawet z tym, co w jego własnej, wewnętrznej sferze niewiedzy może być. Filozof, nieporadny w poznawaniu siebie, projektuje świat....
Jeśli niespodzianka jest osnową historii, to jej wątkiem - paradoks. Nie przez przypadek "Koniec historii" Francisa Fukuyamy i "Starcie Cywilizacji" Huntingtona - dwie książki, prezentujące diametralnie różne, sprzeczne wizje dnia dzisiejszego i przyszłości - ukazały się w latach 1990tych w dystansie mniejszym niż trzy lata między obiema publikacjami. Obie, ta dystopijna i ta utopijna, zostały równie entuzjastycznie przyjęte przez opinię publiczną, obie też stały się intelektualnymi bestsellerami.
Epokę lekkoducha Clintona możnaby przyrównać do czasów międzywojnia, kiedy opinia publiczna, wyczerpana kryzysem gospodarczym i pamięcią o horrorze I wojny światowej, zatonęła w marzeniach produkowanych w hollywoodzkiej "fabryce snów". Również po upadku komunizmu ludzkość zapadła w marzycielski sen o liberalnym dobrobycie i powszechnej, szczęśliwej przyszłości. Realnych powodów do samozadowolenia aż tak wiele nie było: Blok Wschodni zawalił się sam, a żaden inny światowy problem nie został załatwiony. Polska wstąpiła do NATO, ale raczej sama sobie to zawdzięcza i niezdecydowaniu Rosji, niż jakiemuś szczególnemu zapałowi czy wizji strategicznej Zachodu. Nie udały się nawet reformy ONZ, która to instytucja do dzisiaj jest zamrożona w swej ewidentnej, zimnowojennej indolencji decyzyjnej i finansowej. Ale tym chętniej zachodni intelektualiści pisali, że "trzecia fala demokratyzacji" w Europie Środkowej i Afryce jest bezpośrednim sukcesem Zachodu, a nie tamtejszych społeczeństw, i tym chętniej oglądano prezydenta, który trawkę "pali, ale się nie zaciąga", gra na trąbce i daje się przyłapywać na uprawianiu seksu. I tak obie książki składają się na paradoksalny obraz lat 90tych, ich optymistycznie - pesymistyczną senność: Fukuyama bardzo dobrze wyraził pogodnie beztroską stronę tamtej epoki, a Huntington - ówczesne poczucie zagrożenia i przeczucie, że w końcu ktoś przyjdzie i zapyta, czy zapłaciliśmy za bilet na ten seans. Można więc powiedzieć, że nad latami 90tymi unosił się nie tylko dym marihuany, którego Clinton nie wdychał, ale też dym z World Trade Center, który świat się jednak spodziewał nabrać w płuca: albowiem żadne babie lato nie trwa wiecznie.
Obie książki zawierają jednak wizję liberalnego i zsekularyzowanego Zachodu, i takiejże jego przyszłości, obojętnie, pokojowej czy wojennej, która się okazała zupełnie nietrafna. Dekadę później wszyscy już dostrzegają powrót religii do polityki, i to na sposób, który dla wielu okazał się bolesny.
Muzułmanie opanują świat? Z utopii w dystopię.
Na pierwszy rzut oka widać islam, a szczególnie ideologię polityczną, islamizm, odpowiedzialną nie tylko za terror i przemoc w wielu punktach zapalnych globu ziemskiego, ale też obwinianą przez jakąś część intelektualistów o spowodowanie kryzysu samego Oświecenia. Czy Huttington ma rację? W lipcu 2006 senator Newt Gingrich, były spiker Kongresu USA, połączył akty terroru oraz konflikty zapalne w Korei Północnej, Libanie, Palestynie, Iraku, Iranie, etc., i podsumował, że trzecia wojna światowa już trwa. Ralf Dahrendorf w "The End of Secularism?" postrzega islamizm jako główne źródło cenzury i autocenzury w zachodnich mediach i kulturze. Więcej nawet, jego zdaniem islamski fundamentalizm spowodował, że "oświecone kraje świata stały się niepewne swoich wartości, nawet samego Oświecenia. Rozprzestrzenił się moralny relatywizm, który doprowadził do tego, że wiele osób zaakceptowało tabu wszystkich grup religijnych w imię tolerancji i wielokulturowości." Akceptacja ta prowadzi jego zdaniem do autocenzury, nie publikuje się karykatur Mahometa i nie wystawia opery Mozarta Idomeneo.
Rzeczywiscie, wątek Mozarta jeszcze jawniej wskazuje na zjawisko autocenzury niż awantury wokół karykatur Mahometa: berlińska policja oświadczyła niemieckiej agencji prasowej DPA, że nie odnotowała do tej pory żadnych gróźb pod adresem berlińskiej Deutsche Oper, ale 26 września 2006 jej dyrektor Kirsten Harms ogłosiła, że rezygnuje z 4 wystawień Idomeneo planowanych na listopad "ze względu na możliwe zagrożenie dla twórców i widzów ze strony terrorystów islamskich". Przedstawienie w reżyserii Hansa Neuenfelsa zawierało między innymi obraz króla Idomeneo, który wkracza na scenę niosąc ścięte głowy Neptuna, Jezusa, Buddy i Mahometa.
Decyzja Kirsten Harms o zdjęciu z afisza opery Mozarta w sytuacji, gdy nikt się tego nie domagał, kontrastuje z postawą gazet, które się odważyły na przedruk karykatur Mahometa, mimo, że ze strony fundamentalistów islamskich padały niedwuznaczne groźby. Pierwotnie kontrowersyjne rysunki pojawiły się w duńskim "Jyllands - Posten," potem w norweskim "Magazinet", jako jedne z pierwszych na solidarnościowy przedruk zdecydowały się "France Soir", włoska "La Stampa", Hiszpański "El Periodico" oraz niemieckie "Berliner Zaitung" i "Die Welt", które przedruk opatrzyło komentarzem, że "demokratyczne prawo do wyrażania poglądów obejmuje również prawo do bluźnierstwa." W Polsce już 4 lutego na solidarnościowy przedruk zdecydowała się "Rzeczpospolita". Jej ówczesny redaktor naczelny Grzegorz Gauden napisał w zamieszczonym równolegle oświadczeniu:
"Decyzja duńskiego dziennika, który to pierwszy uczynił, nie uwzględniała wrażliwości wielu ludzi; zdecydowano się na żart z tego, co dla nich święte. Media europejskie są pluralistyczne. Niektóre z nich prowokują, obrażają, nie przejmują się przekonaniami, wiarą, inne stają zdecydowanie w obronie wartości, religii i Boga. Dzieje się tak, bo dla Europy, dla cywilizacji zachodniej wolność słowa jest wartością fundamentalną. Ci, którzy czują się dotknięci, uważają, że jest nadużywana, mogą dochodzić swoich racji także w sądzie. I jest to jedyna akceptowana w świecie demokracji droga. [...] Po publikacji prywatnego dziennika w małym kraju europejskim państwa islamskie odwołują swoich ambasadorów i domagają się przeprosin od polityków. W wolność mediów w Europie usiłują ingerować politycy państw islamskich. Publicznie palone są flagi Danii, a terroryści grożą zamachami i porywaniem obywateli krajów, w których wolne i niezależne od państwa dzienniki w imię solidarności opublikowały karykatury. Wolna prasa i wolne państwa nie mogą ulec temu szantażowi. Doszło do najpoważniejszego w ostatnim czasie zderzenia między dwiema wielkimi kulturami. Spór dotyczy fundamentalnych dla nas wartości. Prawa do wolności, w tym swobody wypowiedzi. Zdecydowaliśmy się przedrukować te karykatury, bo całkowicie odrzucamy metody, do których odwołali się islamscy przeciwnicy publikacji. Wolności wypowiedzi trzeba bronić. Także wtedy, kiedy nie zgadzamy się z ich treścią."
I tak oto świat Zachodu po World Trade Center ponownie asocjuje przestrzeganie zasady wolności słowa na własnym terytorium z potrzebą odwagi: po raz ostatni dokonywał tego rodzaju asocjacji w czasie II wojny światowej, w odniesieniu do terenów pod okupacją niemiecką. W Europie Środkowej skojarzenie swobody wyrażania myśli z postawą heroiczną jest świeższej daty, dotyczy komunizmu. Karykatury Mahometa zbudowały most między rozrzuconymi w czasie wyspami zbiorowych podświadomości Zachodu, po którym, jak po autostradzie, pędzą wszelkie możliwe lęki, stereotypy wroga i wojenna mobilizacja. Bramą dla tego strumienia podświadomości stał się esej nieżyjącej już włoskiej dziennikarki Oriany Fallaci, ponoć częstego gościa obecnego papieża. Jej "Wściekłość i duma" stała się manifestem programowym dla wielu ludzi, niemal tak, jak "Koniec historii" Fukuyamy był manifestem programowym elit władzy ostatniego dziesięciolecia XX wieku: "Czy nie zdajecie sobie sprawy, że ludzie tacy jak Osama ben Laden czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci tylko dlatego, że pieprzycie się, kiedy macie ochotę, gdzie macie ochotę i z kim macie ochotę? Nawet to was nie obchodzi, idioci? Dzięki Bogu jestem ateistką" - pisze Fallaci i wzywa ochotników do stawienia się w punktach werbunkowych, przygotowujących Zachód do wściekłej, dumnej i totalnej wojny z islamem.
Jak zawsze w takich sytuacjach, wojennym mobilizacjom towarzyszy militaryzacja języka we wszystkich dziedzinach życia, wyrażająca się pewną nadreprezentacją takich pojęć, jak honor, lojalność, odwaga, dezerterstwo, zdrada. Także w odniesieniu do sytuacji, które w demokratycznym, pokojowym społeczeństwie nie wymagają szczególnej brawury, by im stawić czoła. Wyrazy z żołnierskiego plecaka i z pola bitwy wślizgują się do codziennego użytku tak podstępnie, że niemal nikt nie dostrzega ich kontekstualnej śmieszności czy absurdalności. I tak Richard Dawkins w eseju "Bronię ateistów" opisuje dziwny świat Stanów Zjednoczonych dnia dzisiejszego, w którym ateistów prześladuje strach niemal obłędny: "w głębi duszy wiedzą, że są ateistami, ale boją się do tego przyznać nawet własnej rodzinie, a niekiedy nawet samym sobie" - bo jak nazwać tak silne poczucie zagrożenia nawet ze strony własnej rodziny? - a wyjście z szafy wymaga postawy żołnierskiej, takiej niemal, jak na polu bitwy: "bycie ateistą to dążenie całkiem realistyczne, a zarazem śmiałe i chwalebne."
Orianie Fallaci odpowiada Rick Agon esejem "Kilka słów od cywila," w którym autor odmawia udziału w krucjacie i oświadcza, że choć też jest dumnym Europejczykiem, to zdaje się, że wartości będące dla Fallaci tytułem do dumy, dla niego są powodem do wstydu: "Fallaci żywi przekonanie, że jeśli będzie pisać o sraniu i kurwieniu się, a swoich polemistów nazwie kutasami, to wywoła wrażenie wielkiej szczerości wypowiedzi. Osobliwy przesąd, jak na personę mianującą się strażnikiem cywilizacji europejskiej. [...] Tekst bardzo ostro sprzeciwia się akceptowaniu muzułmanów w społecznościach Zachodu ('nie ma u nas miejsca dla muezinów, minaretów, fałszywych abstynentów, dla ich pieprzonego średniowiecza')." - pisze Agon - "Fallaci prowadzi krytykę z pozycji osoby nazywającej zwierzętami ludzi nie potrafiących poprawnie sformułować zdania współrzędnie złożonego. Osoby troszczącej się by nieokrzesani imigranci nie "osrali Kaplicy Sykstyńskiej, rzeźb Michała Anioła i fresków Rafaela".
"Na tym właśnie polega różnica między nami." - powiada dalej Agon - "Ona - ateistka, jak sama pisze, lubi rzeźby i obrazy Chrystusa, ma kota na punkcie ikon. My - katolicy, mamy kota na punkcie samego Chrystusa. Chrystusa, który pod względem kultury osobistej i rozeznania w arkanach dobrego tonu bardziej przypominał uciekiniera z Bangladeszu niż Chrystusa z ikon, rzeźb i obrazów. [...] Z Ewangelii wyłania się obraz człowieka, którego styl bycia bardziej przypominał ajatollaha niż wielbiciela 'sztuki, kultury i piękna', przedmiotu westchnień włoskiej dziennikarki. Jeśli Fallaci chce wiedzieć jaki zapach naprawdę można by nazwać Chrystusowym, niech w upalne południe zbierze całą swoją odwagę i powącha albańskiego imigranta."
biblio:
1. David Postman, Gingrich says it's World War III
2. Ralf Dahrendorf: The End of Secularism?
3. BBC: Beheaded prophet opera dropped.
4. Oświadczenie Grzegorza Gaudena w sprawie karykatur Mahometa, Rzeczpospolita 04.02.2006r.
5. Richard Dawkins, Bronię ateistów. Gazeta Wyborcza 13 listopada 2006. Tekst pochodzi z najnowszej książki Dawkinsa „The God Delusion” („Bóg urojony”), która ukaże się w Polsce w wydawnictwie CiS w 2007 roku.
6. Oriana Fallaci. Wywiad z sobą samą. Apokalipsa - Siła rozumu - Wściekłość i duma. Wyd. Cyklady 2005.
7. Rick Agon, "Kilka słów od cywila", Virtual Vendea, październik 2001,
piątek, 17 listopada 2006
Józef Pinior: Co zrobić ze Strasburgiem?
Traktat Amsterdamski umiejscawia Strasburg jako główną siedzibę Parlamentu Europejskiego: parlament musi obradować w Strasburgu na 12 posiedzeniach plenarnych w ciągu roku. W praktyce oznacza to konieczność przenoszenia się raz w miesiącu z Brukseli do Francji na tygodniowe posiedzenia. Z punktu widzenia budżetu Unii oznacza to poważne koszty.
Z punktu widzenia posła taka podróż to ogromna strata czasu, bezsens przewożenia papierów, dokumentów, książek, gazet, słowników, z których, na co dzień korzysta się w pracy parlamentarnej. Te rzeczy przewożone są w specjalnych skrzynkach w kilku ciężarówkach pomiędzy Brukselą a Strasburgiem. Właśnie pakuję taką skrzynkę po zakończonej sesji – każdy poseł i każdy urzędnik parlamentu posiada taką skrzynie na swoje dokumenty. Czeka mnie ponad godzinny surrealizm przekładania całego warsztatu pracy do tej właśnie skrzynki, aby moje „biurko” czekało na mnie w poniedziałek rano w Brukseli przygotowane do pracy. Obraz karawany ciężarówek to ulubiony motyw eurosceptyków. „Latający cyrk” w języku mediów antyeuropejskich w całej Europie. Posłowie jednak robią wszystko, aby doprowadzić do jednej siedziby Parlamentu Europejskiego. Problem w tym, że parlament nie może tego zmienić samowolnie, gdyż ta sprawa zapisana jest w traktatach a więc miejsce obrad parlamentu mogą zmienić jedynie państwa członkowskie. I to jednomyślnie w sytuacji, kiedy nie ma konstytucji i w każdej sprawie jest potrzebna zgoda 25 państw członkowskich Unii. Dotychczas żadne państwo członkowskie nie podniosło tego problemu. Na ostatnim szczycie UE w Wiedniu w czerwcu br. kwestię jednej siedziby parlamentu próbował poruszyć jego przewodniczący Josep Borrell. Jednak jeszcze przed szczytem, Kanclerz Austrii, pełniący obowiązki przewodniczącego Rady Europejskiej, Wolfgang Schüssel zapowiedział, że kraje UE nie mają zamiaru zmieniać tej decyzji.
Strasburg to wielki symbol Europy. To w tej części kontynentu na polach bitewnych pierwszej wojny światowej zginęło kilka milionów mężczyzn. Europa już nigdy się z tego nie podniosła – w efekcie dwudziestowiecznych wojen siła ciężkości cywilizacji zachodniej, militarna, gospodarcza i naukowa przeniosła się do Ameryki. Strasburg jest jednocześnie pięknym symbolem pojednania i odrodzenia Europy. Miasto, które dzieliło Francję i Niemcy, stolica Alzacji, która była terenem starcia dwóch żywiołów narodowych stało się po drugiej wojnie miejscem pojednania francusko-niemieckiego, zostało wybrane przez przywódców europejskich na siedzibę Rady Europy. Wielki symbol Europy wolnej, demokratycznej, antytotalitarnej. Zawsze, kiedy tutaj przemawiam jestem wzruszony. Nasi ojcowie i dziadkowie spotykali się tutaj naprzeciwko siebie jako żołnierze, my spotykamy się tutaj jako obywatele. Powiedziałem to parę miesięcy temu w BBC w starciu z brytyjskim posłem antyeuropejskim Robertem Kilroy-Silk.
Była gwiazda BBC, potem poseł w zajadle antyeuropejskiej partii UK Independence Party, partii, która tworzy w PE z Ligą Polskich Rodzin jedną grupę polityczną „Niepodległość i Demokracja”. Kirloy-Silk, dzisiaj zresztą już poseł niezrzeszony, był w tym programie agresywny, argumentował, że nasze, polskie poparcie dla Unii wynika jedynie z powodów merkantylnych, ot, płacą im na budowę metra w Warszawie z podatków brytyjskich obywateli to są zadowoleni. Po mojej wypowiedzi o okopach z pierwszej wojny światowej był wyraźnie zmieszany, czuł, że traci początkową sympatię dziennikarza prowadzącego z nami rozmowę.
Przemawiałem dzisiaj na temat łamania praw człowieka w Iranie. Podkomisja Praw Człowieka w Komisji Spraw Zagranicznych jest terenem mojej głównej aktywności w parlamencie. Iran jest szczególnym przypadkiem dyktatury. Państwo dumne ze swojej cywilizacji i świadome miejsca w dzisiejszym świecie. System irański nie jest rzecz jasna demokracją liberalną, ale tym niemniej jest to system na swój sposób pluralistyczny, z prawdziwymi sporami w parlamencie i z autentycznymi– aczkolwiek ograniczonymi – wyborami. Głupotą polityczną jest wrzucanie Iranu do jednego worka z Koreą Północną czy z Afganistanem rządzonym przez Talibów. Postawa UE w stosunku do Iranu powinna być wysublimowana, z jednej strony krytyczna w stosunku do władz i reżimu teokratycznego, z drugiej wiarygodna dla inteligencji irańskiej. Mówiłem o szykanach w stosunku do studentów, o uniemożliwianiu studiowania na wyższych uczelniach osobom podejrzanym o niezależną działalność polityczną. Przygotowując wystąpienie, przy studiowaniu raportów Human Rights Watch na ten temat przypomniały mi się lata siedemdziesiąte w PRL. Samotność postaw opozycyjnych, obojętność większości społeczeństwa, strach w oczach dziewczyn w akademiku „Dwudziestolatka” na Pl. Grunwaldzkim we Wrocławiu, w 1978 r,. kiedy próbowaliśmy kolportować własny samizdat „Zeszyty Kulturalne”. Andrzej Bursa zadedykował jedno ze swoich opowiadań „wszystkim tym, którzy stanęli przed martwą perspektywą własnej młodości” (cytuję z pamięci). Przemawiałem w parlamencie i myślałem o 17 studentach w Teheranie, o których wiedzą organizacje praw człowieka, którzy nie zostali dopuszczeni na wyższe uczelnie.
Przy cynizmie dzisiejszej polityki, przy tej nieprawdopodobnej obojętności klasy politycznej w Polsce w stosunku do debaty europejskiej, wiem, że dla całej rzeszy Irańczyków rezolucja Parlamentu Europejskiego jest symbolem nadziei, świadectwem zaangażowania w ich obronie. Gdyby udało się sfinansować, jak to proponujemy w rezolucji, programy radiowe i telewizyjne w języku farsi, UE mogłaby realnie przyczynić się do zmian politycznych w Iranie, stać się jeszcze jednym dowodem na słynne „soft power” Europy, o którym od kilku lat rozpisuje się namiętnie politologia amerykańska.
Z punktu widzenia posła taka podróż to ogromna strata czasu, bezsens przewożenia papierów, dokumentów, książek, gazet, słowników, z których, na co dzień korzysta się w pracy parlamentarnej. Te rzeczy przewożone są w specjalnych skrzynkach w kilku ciężarówkach pomiędzy Brukselą a Strasburgiem. Właśnie pakuję taką skrzynkę po zakończonej sesji – każdy poseł i każdy urzędnik parlamentu posiada taką skrzynie na swoje dokumenty. Czeka mnie ponad godzinny surrealizm przekładania całego warsztatu pracy do tej właśnie skrzynki, aby moje „biurko” czekało na mnie w poniedziałek rano w Brukseli przygotowane do pracy. Obraz karawany ciężarówek to ulubiony motyw eurosceptyków. „Latający cyrk” w języku mediów antyeuropejskich w całej Europie. Posłowie jednak robią wszystko, aby doprowadzić do jednej siedziby Parlamentu Europejskiego. Problem w tym, że parlament nie może tego zmienić samowolnie, gdyż ta sprawa zapisana jest w traktatach a więc miejsce obrad parlamentu mogą zmienić jedynie państwa członkowskie. I to jednomyślnie w sytuacji, kiedy nie ma konstytucji i w każdej sprawie jest potrzebna zgoda 25 państw członkowskich Unii. Dotychczas żadne państwo członkowskie nie podniosło tego problemu. Na ostatnim szczycie UE w Wiedniu w czerwcu br. kwestię jednej siedziby parlamentu próbował poruszyć jego przewodniczący Josep Borrell. Jednak jeszcze przed szczytem, Kanclerz Austrii, pełniący obowiązki przewodniczącego Rady Europejskiej, Wolfgang Schüssel zapowiedział, że kraje UE nie mają zamiaru zmieniać tej decyzji.
Strasburg to wielki symbol Europy. To w tej części kontynentu na polach bitewnych pierwszej wojny światowej zginęło kilka milionów mężczyzn. Europa już nigdy się z tego nie podniosła – w efekcie dwudziestowiecznych wojen siła ciężkości cywilizacji zachodniej, militarna, gospodarcza i naukowa przeniosła się do Ameryki. Strasburg jest jednocześnie pięknym symbolem pojednania i odrodzenia Europy. Miasto, które dzieliło Francję i Niemcy, stolica Alzacji, która była terenem starcia dwóch żywiołów narodowych stało się po drugiej wojnie miejscem pojednania francusko-niemieckiego, zostało wybrane przez przywódców europejskich na siedzibę Rady Europy. Wielki symbol Europy wolnej, demokratycznej, antytotalitarnej. Zawsze, kiedy tutaj przemawiam jestem wzruszony. Nasi ojcowie i dziadkowie spotykali się tutaj naprzeciwko siebie jako żołnierze, my spotykamy się tutaj jako obywatele. Powiedziałem to parę miesięcy temu w BBC w starciu z brytyjskim posłem antyeuropejskim Robertem Kilroy-Silk.
Była gwiazda BBC, potem poseł w zajadle antyeuropejskiej partii UK Independence Party, partii, która tworzy w PE z Ligą Polskich Rodzin jedną grupę polityczną „Niepodległość i Demokracja”. Kirloy-Silk, dzisiaj zresztą już poseł niezrzeszony, był w tym programie agresywny, argumentował, że nasze, polskie poparcie dla Unii wynika jedynie z powodów merkantylnych, ot, płacą im na budowę metra w Warszawie z podatków brytyjskich obywateli to są zadowoleni. Po mojej wypowiedzi o okopach z pierwszej wojny światowej był wyraźnie zmieszany, czuł, że traci początkową sympatię dziennikarza prowadzącego z nami rozmowę.
Przemawiałem dzisiaj na temat łamania praw człowieka w Iranie. Podkomisja Praw Człowieka w Komisji Spraw Zagranicznych jest terenem mojej głównej aktywności w parlamencie. Iran jest szczególnym przypadkiem dyktatury. Państwo dumne ze swojej cywilizacji i świadome miejsca w dzisiejszym świecie. System irański nie jest rzecz jasna demokracją liberalną, ale tym niemniej jest to system na swój sposób pluralistyczny, z prawdziwymi sporami w parlamencie i z autentycznymi– aczkolwiek ograniczonymi – wyborami. Głupotą polityczną jest wrzucanie Iranu do jednego worka z Koreą Północną czy z Afganistanem rządzonym przez Talibów. Postawa UE w stosunku do Iranu powinna być wysublimowana, z jednej strony krytyczna w stosunku do władz i reżimu teokratycznego, z drugiej wiarygodna dla inteligencji irańskiej. Mówiłem o szykanach w stosunku do studentów, o uniemożliwianiu studiowania na wyższych uczelniach osobom podejrzanym o niezależną działalność polityczną. Przygotowując wystąpienie, przy studiowaniu raportów Human Rights Watch na ten temat przypomniały mi się lata siedemdziesiąte w PRL. Samotność postaw opozycyjnych, obojętność większości społeczeństwa, strach w oczach dziewczyn w akademiku „Dwudziestolatka” na Pl. Grunwaldzkim we Wrocławiu, w 1978 r,. kiedy próbowaliśmy kolportować własny samizdat „Zeszyty Kulturalne”. Andrzej Bursa zadedykował jedno ze swoich opowiadań „wszystkim tym, którzy stanęli przed martwą perspektywą własnej młodości” (cytuję z pamięci). Przemawiałem w parlamencie i myślałem o 17 studentach w Teheranie, o których wiedzą organizacje praw człowieka, którzy nie zostali dopuszczeni na wyższe uczelnie.
Przy cynizmie dzisiejszej polityki, przy tej nieprawdopodobnej obojętności klasy politycznej w Polsce w stosunku do debaty europejskiej, wiem, że dla całej rzeszy Irańczyków rezolucja Parlamentu Europejskiego jest symbolem nadziei, świadectwem zaangażowania w ich obronie. Gdyby udało się sfinansować, jak to proponujemy w rezolucji, programy radiowe i telewizyjne w języku farsi, UE mogłaby realnie przyczynić się do zmian politycznych w Iranie, stać się jeszcze jednym dowodem na słynne „soft power” Europy, o którym od kilku lat rozpisuje się namiętnie politologia amerykańska.
sobota, 11 listopada 2006
Jednostki naturalne
...z pewnością zachowają one znaczenie przez wszystkie czasy i dla wszystkich cywilizacji, nawet pozaziemskich lub nie stworzonych przez człowieka, tak więc można nazwać je jednostkami naturalnymi... M.PlanckNieskonczoność liczb pierwszych, nazwijmy ją alef zero, zawarta jest w większej nieskończoności liczb całkowitych, powiedzmy, alef jeden, a ta w nieskończoności liczb rzeczywistych, alef dwa, i tak dalej, istnieje cała hierarchia nieskończoności, nieskończoność przestrzeni nieskończoności wyrażana ciągiem alef zero, alef jeden, alef dwa, alef trzy... Czy bóg posiada własną wolę?
Jeśli istnieje bóg0, to musi istnieć bóg71, bóg milion, bóg trylion. Nie ma żadnej, ostatecznej nieskończoności, a więc nie ma i Boga. Skoro nie istnieje prawdziwa kreacja, to nie ma też prawdziwej rzeczywistości. Ta rzeczywistość, którą znamy, jest czymś mniej niż snem, gdyż śnienie musi mieć swego ostatecznego śniącego. W tym kontekście "Ja" to nonsens, nawet dla alef centylion. Być może prawdziwa rzeczywistością jest matematyka, ale pod warunkiem, że nie jest płodem umysłu, a po prostu Jest. Coś takiego mówi się na ogół o bogach, ale matematyka nie może być Bogiem: co prawda matematyka nie jest rzeczą, jak np. drzewo czy foton, ale z drugiej strony jest przecież problem czasu. Można sobie wyobrazić Boga jako bezczasowy ocean pierwotnej - a zarazem ostatecznej - matematyki, ale niewiele z tego wynika, gdyż bez czasu nie ma kreacji. A może "bezczasowy" to nie to samo, co "wieczny"? Kot jest Buddą... Mruczy, cholernik. Ma chęć mnie upolować;)
"When a fish swims, it swims on and on, and there is no end to the water. When a bird flies, it flies on and on, and there is no end to the sky. There was never a fish that swam out of the water or a bird that flew out of the sky. When they need just a little water or sky, they use just a little; when they need a lot, they use a lot. Thus, they use all of it in every moment, and in every place they have perfect freedom.1. Dogen Zenji (1200-1253), Shikantaza.
Yet if there were a bird that first wanted to examine the size of the sky, or a fish that first wanted to examine the extent of the water, and then tried to fly or swim, it would never find its way. When we find where we are at this moment, then practice follows, and this is the realization of the truth. For the place, the way, is neither large nor small, neither self nor other. It has never existed before, and it is not coming into existence now. It simply is as it is."
2. Kreacja par.
niedziela, 10 września 2006
Prawica, lewica, dialog
Jeden z najlepszych tekstów politycznych w ostatnich latach, który próbuje zarysować jakąś perspektywę na przyszłość: Józef Pinior opublikował niedawno w "Dzienniku" esej "Rachunki krzywd na lewicy". Również w USA po raz pierwszy od wielu lat można znaleźć teksty pisane przez lewicę, które są nie tylko interesujące, ale chyba świadczą, że pojawił się jakiś nowy potencjał intelektualny.
Zapaść była bardzo głęboka - już za Clintona demokratyczne tanki wiały nudą, a ich publikacje - wyjałowieniem. Biurokratyczny menagerysm lewicowych elit miał tyleż wspólnego z tradycją Abramowskiego, co "kamienna twarz lewicy okrągłostołowej". Już wtedy było jasne, że prawica będzie rządzić w USA, i to długo - tanki prawicowe w tym czasie wyprodukowały całe mnóstwo świetnych książek, pojawiło się wiele bardzo interesujących inicjatyw politycznych, a amerykańskiej prawicy było dużo bliżej - nie tylko do problematyki socjalnej, ale też demokratycznej.
To prawda, że Carter przez całe lata budował domki dla nędzarzy i organizował duże programy społeczne w USA. Prawdą jest, że założył instytut monitorujący jakość procedur parlamentarnych na świecie, a jego emisariusze przyczynili się swoją obecnością i projektami do poprawy sytuacji w krajach Ameryki Łacińskiej i Afryki. I wreszcie prawdą jest również, że Carter zaczął dużo wcześniej niż McCain. Ale...
Ośrodek Cartera był - i jest - kompletnie zmarginalizowany we własnej partii, jego działalność była działalnością outsidera. Informacje o działalności ośrodka nie przedostawały się nawet do biuletynów partyjnych. Menagerowie Clintona ponieśli dokładnie taką samą moralną klęskę, jak lewicowi menagerowie prywatyzacji w Polsce. Nędzarze śmierdzą. Dezodorantów nie używają również ofiary autorytarnych reżimów, którymi zajmował się Carter. Jedni i drudzy wydzielają woń biedy, potu i strachu, który zupełnie nie pasuje do klubów, w których można pograć na trąbce. Oczywiście o demokracji nie bardzo też się da porozmawiać z miłośnikami byłych salonów politycznych Układu Warszawskiego.
W tym samym czasie republikanin McCain zorganizował kampanię przeciwko szarej strefie finansowania wyborów w USA. Jego grupa parlamentarna przyciągnęła Demokratów, gdyż ich własna partia nie miała nic do zaoferowania. Arianna Huffington napisała świetną książkę o pogłębiających się nierównościach materialnych i obywatelskich w USA. Spotkała się z miażdżącą krytyką lewicowych liberałów w NYT Review of Books, ale Huffington dzisiaj to koncern medialny, taki feedback dostała i ze strony własnej partii, i czytelników. Ponownie, to McCain wniósł inicjatywę ustawodawczą przeciwko tajnym więzieniom CIA, i ją przeciwko Bushowi wygrał. Republikanie nie tylko dyskutują, ale również nie boją się bardzo radykalnie różnić od siebie nawzajem. Przegrana Liebermanna w prawyborach świadczy o zupełnie innym obyczaju u Demokratów - trzeba się nie różnić od większości, żeby robić u nich karierę polityczną.
Partia Demokratyczna do dzisiaj jest zdominowana przez Clintonistów, to co ciekawe, dzieje się na jej obrzeżach, lub zupełnie poza nią. Ale różnica między teraźniejszością, a sytuacją 10 lat temu, jest taka, że stracili monopol. Skoro się nie da wnieść inicjatywy przeciwko tajnym więzieniom i torturom w ramach Partii Demokratycznej, to kongresmeni współpracują z McCainem. Być może Demokraci wygrają najbliższe wybory, ale to będzie wygrana za pomocą zgromadzonego elektoratu negatywnego dla Busha, a nie dlatego, że Demokraci odzyskują inicjatywę polityczną. Jednak ożywienie widoczne na obrzeżach PD może się przyczynić do tego, że do Kongresu dostanie się kilka interesujących osób.
W Polsce sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo klęska moralna, o jakiej pisze Pinior, to tylko część problemu. W przeciwieństwie do USA, lewica w Polsce poniosła także klęskę organizacyjną.
Sojusz ad hoc może w najbliższych wyborach przynieść względnie dobry wynik. Jednak budowanie nadziei na możliwości zgromadzenia na stałe elektoratu negatywnego dla konserwatywnej prawicy jest złudne. Na projektach negatywnych jeszcze nigdzie na świecie i nigdy w historii nie powstała partia polityczna. Gromadzenie elektoratu negatywnego wystarczy amerykańskim Demokratom, bo istnieją. W Polsce - problemem na dziś jest wyłonienie przywództwa, które jest w stanie sprostać intelektualnym wyzwaniom współczesności i zwerbalizować własny projekt. Tego się nie zrobi w pojedynkę, na marginesie sceny politycznej czy zupełnie obok niej. Impuls musi wyjść z elit.
Czy byłoby dobrze dla lewicy, gdyby aktualne pospolite ruszenie niechętnych braciom Kaczyńskim uzyskało dobry wynik? I tak, i nie. Tak, bo będzie za co utrzymywać biura. Nie, bo zadowolenie z doraźniej skuteczności pospolitego ruszenia - zamiast myślenia o Rzeczy Pospolitej - może wyhamować proces formowania się nowoczesnej lewicy w Polsce. A zdaje się, że tak jest właśnie w tej chwili, pospolitemu ruszeniu przedwyborczemu nie towarzyszy myślenie, tylko tworzenie intelektualnej formacji neoliberalnych Moherowych Beretów, z ich własnymi świętymi i z pielgrzymkami do grobu Świętego. Oby zbyt dobry wynik wyborczy tej sytuacji nie utrwalił, bo możemy mieć Unię Pracy bis, jednorazową efemerydę, która raz osiągnęła znakomity wynik, a potem na trwałe zeszła ze sceny.
Kluczem do przyszłości polskiej lewicy jest kwestia przywództwa i pracy intelektualnej nad własnym projektem. Identyczny problem ma dzisiaj PIS. Jeśli chce na stałe organizować prawicę w Polsce, musi pracować nad własnym przywództwem i rozwijaniem zdolności politycznego myślenia w kolejnych pokoleniach. Ta partia wpisze się na stałe w polską scenę, która przekroczy magiczną granicę jednopokoleniowości jej przywództwa i systemu dziedziczenia zamiast wyłaniania, co samo w sobie w Polsce jest pozostałością po systemie totalitarnym, ale w każdym systemie politycznym jest bardzo niedobrym objawem. To jest wspólny mianownik lewicy i PiS. Polityka nie zawsze, a nawet bardzo rzadko jest grą o sumie zerowej. Taka gra toczy się obecnie tylko pomiędzy PiS a PO. Konkurencja z prawicą na mohery, pielgrzymki i świętych, zaproponowana przez liberalną lewicę, jest drogą do nikąd, promującą nawiedzonych i słabych intelektualnie na lewicy, a na prawicy - głównie Giertycha.
Swego czasu do USA przyjechał studiować młody chłopak z Kanady, dziecko wojennych polskich emigrantów, który w Kanadzie wygrał stypendium na prestiżowe studia, ale go nie dostał, gdyż się wydało, że jest emigrantem. Zdesperowany osiemnastolatek po otrzymaniu złej wiadomości spakował plecak i pojechał do USA z nadzieją, że gdzieś go przyjmą na studia. Nazywał się Zbigniew Brzeziński. Człowiek znikąd został doradcą prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego nie dzięki znajomościom, bo nie znał nikogo, a dzięki temu, że ktoś zauważył jego inteligentne artykuły w gazetach.
PiS jest bardzo potrzebny dzisiejszej polskiej lewicy, i nawzajem. Nic się lepiej nie przyczynia do rozwoju osób i partii, jak poważny dyskurs polityczny, we wszystkich odcieniach, od dialogu, do sporu. Dialog jest istotnym elementem, który odróżnia pospolite ruszenie elektoratu negatywnego od odpowiedzialnego istnienia na scenie politycznej. Pozwała poszerzać własną bazę i wyszukiwać młodych, utalentowanych ludzi znikąd. Lewica powinna zdawać sobie sprawę, że nie tylko ona się zmienia. Żyjemy w świecie po Zimnej Wojnie, globalizującym się i na nowo definiującym zasady współpracy i integracji. Nie można odmówić autentyzmu ani Ariannie Huffington, ani McCainowi, w tym co robią i mówią. Podobnie z PiS - myślenie, że elementy socjalne w ich programie to tylko kiełbasa wyborcza, jest złudne, tak samo, jak jest poważnym niedopatrzeniem ślepota na ich - przecież bardzo pozytywny - wysiłek poszerzania możliwości udziału w grze politycznej na środowiska, których III RP wykluczyła.
Czym dzisiaj jest polska wspólnota polityczna, która daje nam prawo i do własnego państwa, i do definiowania się jako naród? Jak chce organizować swoje relacje ze światem? Tego dziś nikt nie wie. Ani prawica, ani lewica, i żadna ze stron nie sformułowała jeszcze własnej odpowiedzi na to pytanie, a to ono jest kluczowe dla istnienia partii politycznej dłużej, niż jedna- dwie kadencje. Każdej partii. Los Unii Pracy czy Unii Wolności jest żywym przykładem jak to się kończy, gdy ktoś dyskutuje wyłacznie sam ze sobą. Polska scena jest w bardzo wstępnej fazie samoorganizacji. Zarówno lewica jak i prawica, każde na swój sposób, dały się zdominować jałowym sporom swoich ekstremów. A gdzie są ośrodki intelektualne? Powaga?
Zapaść była bardzo głęboka - już za Clintona demokratyczne tanki wiały nudą, a ich publikacje - wyjałowieniem. Biurokratyczny menagerysm lewicowych elit miał tyleż wspólnego z tradycją Abramowskiego, co "kamienna twarz lewicy okrągłostołowej". Już wtedy było jasne, że prawica będzie rządzić w USA, i to długo - tanki prawicowe w tym czasie wyprodukowały całe mnóstwo świetnych książek, pojawiło się wiele bardzo interesujących inicjatyw politycznych, a amerykańskiej prawicy było dużo bliżej - nie tylko do problematyki socjalnej, ale też demokratycznej.
To prawda, że Carter przez całe lata budował domki dla nędzarzy i organizował duże programy społeczne w USA. Prawdą jest, że założył instytut monitorujący jakość procedur parlamentarnych na świecie, a jego emisariusze przyczynili się swoją obecnością i projektami do poprawy sytuacji w krajach Ameryki Łacińskiej i Afryki. I wreszcie prawdą jest również, że Carter zaczął dużo wcześniej niż McCain. Ale...
Ośrodek Cartera był - i jest - kompletnie zmarginalizowany we własnej partii, jego działalność była działalnością outsidera. Informacje o działalności ośrodka nie przedostawały się nawet do biuletynów partyjnych. Menagerowie Clintona ponieśli dokładnie taką samą moralną klęskę, jak lewicowi menagerowie prywatyzacji w Polsce. Nędzarze śmierdzą. Dezodorantów nie używają również ofiary autorytarnych reżimów, którymi zajmował się Carter. Jedni i drudzy wydzielają woń biedy, potu i strachu, który zupełnie nie pasuje do klubów, w których można pograć na trąbce. Oczywiście o demokracji nie bardzo też się da porozmawiać z miłośnikami byłych salonów politycznych Układu Warszawskiego.
W tym samym czasie republikanin McCain zorganizował kampanię przeciwko szarej strefie finansowania wyborów w USA. Jego grupa parlamentarna przyciągnęła Demokratów, gdyż ich własna partia nie miała nic do zaoferowania. Arianna Huffington napisała świetną książkę o pogłębiających się nierównościach materialnych i obywatelskich w USA. Spotkała się z miażdżącą krytyką lewicowych liberałów w NYT Review of Books, ale Huffington dzisiaj to koncern medialny, taki feedback dostała i ze strony własnej partii, i czytelników. Ponownie, to McCain wniósł inicjatywę ustawodawczą przeciwko tajnym więzieniom CIA, i ją przeciwko Bushowi wygrał. Republikanie nie tylko dyskutują, ale również nie boją się bardzo radykalnie różnić od siebie nawzajem. Przegrana Liebermanna w prawyborach świadczy o zupełnie innym obyczaju u Demokratów - trzeba się nie różnić od większości, żeby robić u nich karierę polityczną.
Partia Demokratyczna do dzisiaj jest zdominowana przez Clintonistów, to co ciekawe, dzieje się na jej obrzeżach, lub zupełnie poza nią. Ale różnica między teraźniejszością, a sytuacją 10 lat temu, jest taka, że stracili monopol. Skoro się nie da wnieść inicjatywy przeciwko tajnym więzieniom i torturom w ramach Partii Demokratycznej, to kongresmeni współpracują z McCainem. Być może Demokraci wygrają najbliższe wybory, ale to będzie wygrana za pomocą zgromadzonego elektoratu negatywnego dla Busha, a nie dlatego, że Demokraci odzyskują inicjatywę polityczną. Jednak ożywienie widoczne na obrzeżach PD może się przyczynić do tego, że do Kongresu dostanie się kilka interesujących osób.
W Polsce sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo klęska moralna, o jakiej pisze Pinior, to tylko część problemu. W przeciwieństwie do USA, lewica w Polsce poniosła także klęskę organizacyjną.
Sojusz ad hoc może w najbliższych wyborach przynieść względnie dobry wynik. Jednak budowanie nadziei na możliwości zgromadzenia na stałe elektoratu negatywnego dla konserwatywnej prawicy jest złudne. Na projektach negatywnych jeszcze nigdzie na świecie i nigdy w historii nie powstała partia polityczna. Gromadzenie elektoratu negatywnego wystarczy amerykańskim Demokratom, bo istnieją. W Polsce - problemem na dziś jest wyłonienie przywództwa, które jest w stanie sprostać intelektualnym wyzwaniom współczesności i zwerbalizować własny projekt. Tego się nie zrobi w pojedynkę, na marginesie sceny politycznej czy zupełnie obok niej. Impuls musi wyjść z elit.
Czy byłoby dobrze dla lewicy, gdyby aktualne pospolite ruszenie niechętnych braciom Kaczyńskim uzyskało dobry wynik? I tak, i nie. Tak, bo będzie za co utrzymywać biura. Nie, bo zadowolenie z doraźniej skuteczności pospolitego ruszenia - zamiast myślenia o Rzeczy Pospolitej - może wyhamować proces formowania się nowoczesnej lewicy w Polsce. A zdaje się, że tak jest właśnie w tej chwili, pospolitemu ruszeniu przedwyborczemu nie towarzyszy myślenie, tylko tworzenie intelektualnej formacji neoliberalnych Moherowych Beretów, z ich własnymi świętymi i z pielgrzymkami do grobu Świętego. Oby zbyt dobry wynik wyborczy tej sytuacji nie utrwalił, bo możemy mieć Unię Pracy bis, jednorazową efemerydę, która raz osiągnęła znakomity wynik, a potem na trwałe zeszła ze sceny.
Kluczem do przyszłości polskiej lewicy jest kwestia przywództwa i pracy intelektualnej nad własnym projektem. Identyczny problem ma dzisiaj PIS. Jeśli chce na stałe organizować prawicę w Polsce, musi pracować nad własnym przywództwem i rozwijaniem zdolności politycznego myślenia w kolejnych pokoleniach. Ta partia wpisze się na stałe w polską scenę, która przekroczy magiczną granicę jednopokoleniowości jej przywództwa i systemu dziedziczenia zamiast wyłaniania, co samo w sobie w Polsce jest pozostałością po systemie totalitarnym, ale w każdym systemie politycznym jest bardzo niedobrym objawem. To jest wspólny mianownik lewicy i PiS. Polityka nie zawsze, a nawet bardzo rzadko jest grą o sumie zerowej. Taka gra toczy się obecnie tylko pomiędzy PiS a PO. Konkurencja z prawicą na mohery, pielgrzymki i świętych, zaproponowana przez liberalną lewicę, jest drogą do nikąd, promującą nawiedzonych i słabych intelektualnie na lewicy, a na prawicy - głównie Giertycha.
Swego czasu do USA przyjechał studiować młody chłopak z Kanady, dziecko wojennych polskich emigrantów, który w Kanadzie wygrał stypendium na prestiżowe studia, ale go nie dostał, gdyż się wydało, że jest emigrantem. Zdesperowany osiemnastolatek po otrzymaniu złej wiadomości spakował plecak i pojechał do USA z nadzieją, że gdzieś go przyjmą na studia. Nazywał się Zbigniew Brzeziński. Człowiek znikąd został doradcą prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego nie dzięki znajomościom, bo nie znał nikogo, a dzięki temu, że ktoś zauważył jego inteligentne artykuły w gazetach.
PiS jest bardzo potrzebny dzisiejszej polskiej lewicy, i nawzajem. Nic się lepiej nie przyczynia do rozwoju osób i partii, jak poważny dyskurs polityczny, we wszystkich odcieniach, od dialogu, do sporu. Dialog jest istotnym elementem, który odróżnia pospolite ruszenie elektoratu negatywnego od odpowiedzialnego istnienia na scenie politycznej. Pozwała poszerzać własną bazę i wyszukiwać młodych, utalentowanych ludzi znikąd. Lewica powinna zdawać sobie sprawę, że nie tylko ona się zmienia. Żyjemy w świecie po Zimnej Wojnie, globalizującym się i na nowo definiującym zasady współpracy i integracji. Nie można odmówić autentyzmu ani Ariannie Huffington, ani McCainowi, w tym co robią i mówią. Podobnie z PiS - myślenie, że elementy socjalne w ich programie to tylko kiełbasa wyborcza, jest złudne, tak samo, jak jest poważnym niedopatrzeniem ślepota na ich - przecież bardzo pozytywny - wysiłek poszerzania możliwości udziału w grze politycznej na środowiska, których III RP wykluczyła.
Czym dzisiaj jest polska wspólnota polityczna, która daje nam prawo i do własnego państwa, i do definiowania się jako naród? Jak chce organizować swoje relacje ze światem? Tego dziś nikt nie wie. Ani prawica, ani lewica, i żadna ze stron nie sformułowała jeszcze własnej odpowiedzi na to pytanie, a to ono jest kluczowe dla istnienia partii politycznej dłużej, niż jedna- dwie kadencje. Każdej partii. Los Unii Pracy czy Unii Wolności jest żywym przykładem jak to się kończy, gdy ktoś dyskutuje wyłacznie sam ze sobą. Polska scena jest w bardzo wstępnej fazie samoorganizacji. Zarówno lewica jak i prawica, każde na swój sposób, dały się zdominować jałowym sporom swoich ekstremów. A gdzie są ośrodki intelektualne? Powaga?
sobota, 9 września 2006
Dariusz Stola boi się więzienia?
W liście otwartym Dariusza Stoli czytamy: "Chodzi o dodany do ustawy o IPN artykuł 55a w brzmieniu: "Kto publicznie pomawia Naród Polski o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3." Przepis ten jest szkodliwy ponieważ ... skrępuje badania i refleksję na temat najbardziej dramatycznych i najważniejszych aspektów historii Polski w XX w. Może służyć za kaganiec dla badań i publicznej dyskusji na temat okupacji niemieckiej i rządów komunistycznych, a przynajmniej będzie źródłem cenzury wewnętrznej. ... Nie jest jeszcze za późno, by tym szkodom zapobiec. Ustawa jest teraz w ręku Prezydenta. Osoby, które doceniają wagę tej sprawy i nie chcą pozostać bierne mogą wysłać do niego email (listy@prezydent.pl) lub list (ul. Wiejska 10, 00-902 Warszawa, faks: 22 695-2238)."
Dariusz Stola jest historykiem, profesorem w Collegium Civitas i w Instytucie Studiów Politycznych PAN.
-
czwartek, 7 września 2006
IV Władza alternatywą IV RP?
"PiS zmusił fundacje do wycofania się z oskarżeń. Mamy faszyzm i zamordyzm, niezależne instytucje giną na naszych oczach" - desperuje forumowicz - "Fundacja Batorego zastraszona"?Dramatycznie wyeksponowany tytuł "PiS najczęściej uważane za skorumpowane" - (GW 5 wrzesień) uzupełnia informacja: "z najnowszego raportu Fundacji im. Batorego wynika, że 35 proc. Polaków, spośród tych którzy uważają polityków za skorumpowanych, wymienia Prawo i Sprawiedliwość. PiS jest pierwszy w tym ranking wyprzedzając Samoobronę o 25 proc. wskazań." Natomiast sprostowanie zostało opublikowane (chyba dzisiaj? Nie podają dat) na razie tylko na stronie Fundacji Batorego, w jej Aktualnościach Programu Przeciw Korupcji , wiąc jak przestanie być Aktualnością, to i całkiem zniknie:
"W związku z pojawiającymi się w mediach informacjami, że z przedstawionego w dniu 5 września 2006 badania Fundacji im. Stefana Batorego pt. Codzienne doświadczenia korupcyjne Polaków - Barometr korupcji 2006 wynika, że "najbardziej przekupną partią jest PiS", lub "PiS jest korupcyjnym liderem" informujemy, że tego typu stwierdzenia są nieuprawnioną nadinterpretacją danych zawartych w raporcie."
W "Wyjaśnieniach" załaczonych do sprostowania w postaci dokumentu Word czytamy, że "badanie dotyczyło wszystkich sfer życia codziennego zagrożonych korupcją. W odpowiedzi na pytanie - w których ze wskazanych dziedzin życia społecznego w Polsce korupcja występuje najczęściej - 35%, czyli 336 respondentów spośród ogółu badanych (N=950) wskazało na polityków - działaczy partyjnych, radnych, posłów, senatorów. Następnie zapytano respondentów, którzy udzielili takiej odpowiedzi, jakich polityków mieli na myśli - na jakich stanowiskach, w jakich instytucjach, partiach. Respondenci odpowiadali własnymi słowami. W efekcie w wypowiedzi jednego respondenta mogło pojawić się wiele wątków, określeń, nazw. 81% odpowiedziało (274 osoby, czyli 29% ogółu badanych), że wszystkie partie lub wszyscy politycy są skorumpowani. Respondenci wymieniali też nazwy konkretnych partii. Nazwa PiS pojawiła się w wypowiedziach 117 osób - tj. 35% spośród odpowiadających na to pytanie, czyli 12% ogółu badanych. "
Z tego curiosalnego sprostowania wynika, że w badaniach w ogóle nie stawiano respondentom pytania "która partia jest twoim zdaniem najbardziej skorumpowana"; że niektórzy respondenci w trakcie swobodnej wypowiedzi wymieniali nazwy partii, i że partią najczęściej wymienianą był PIS. Ponieważ były to swobodne wypowiedzi "niektórych respondentów", mogli mówić o PISie jako partii najbardziej skorumpowanej równie dobrze, jak wymieniając PIS jako partię, która ma program antykorupcyjny. Respondenci mogli też ankieterom wymieniać, jakie nazwy partii znają. Dziennikarz sygnujący własnym imieniem i nazwiskiem informację o "najbardziej skorumpowanym PISie", nazywa się Michał Pietniczka, ale już za sposób zaprezentowania jej opinii publicznej odpowiadają pospołu Alik Smolar, w imieniu Fundacji Batorego, i Helena Łuczywo, w imieniu Gazety Wyborczej.
Cytowane sprostowanie jest curiosalne, gdyż bezpośrednio pod nim widnieje wcześniejsza informacja, że "5 września 2006 w siedzibie Fundacji Batorego odbyła się prezentacja raportu z badań socjologicznych Codzienne doświadczenia korupcyjne Polaków - barometr korupcji 2006." Sa dwie możliwości: pierwsza - autorka raportu, dr hab. Anna Kubiak, przekazała dziennikarzom informację o badaniach w sposób tak niekompetentny, że ją to dyskwalifikuje zupełnie jako socjologa i koordynatora jakichkolwiek badań, gdyż ewidentnie nie rozumie, co badała, nie umie pisać sprawozdań z tego, co robi, lub tak bełkotała w trakcie prezentacji, że obecni na sali dziennikarze jej w ogóle nie zrozumieli; druga - że swoją pracę wykonała dobrze, a problem jest po stronie redakcji, która wysłała do Fundacji Batorego kretyna. Jest oczywiście i taka możliwość, że redakcja nie rozumie, czym się różni misja mediów w państwie demokratycznym i totalitarnym.
Cała ta historia jest tym smutniejsza, że w jej tle trwają pomruki wielkich emocji po opublikowaniu przez Życie Warszawy artykułu "Negocjacje Kuronia z esbekami. Dokumenty SB". Informacja jest prawdziwa, potwierdził ją Lech Wałęsa, a prof. Dudek w programie dla Polskiego Radia stwierdził, że o pierwszej notatce z tych rozmów wspomniał już w swojej książce 2 lata temu (plik mp3). Autentyczności tych dokumentów do dzisiaj nikt nie kwestionuje, ale mimo to pod ciężkim obstrzałem artyleryjskim GW znaleźli się historycy - "funkcjonariusze IPN" oraz redakcja "Życia Warszawy" - za celowe, wynikające z niskich pobudek (zwiększenie dochodu z sprzedaży) nadanie artykułowi sensacyjnego tytułu: "Publikowanie nierzetelnych, nastawionych na sensację..." Adam Michnik apelował nawet, żeby winnym nie podawać ręki.
"Faszyzm, zamordyzm?" Kali by się pewnie z tym zgodził, i poszedł liczyć ile mu za tą zgodę przybyło krów w stadzie. "Niezalezne instytucje gina na naszych oczach" desperuje dalej forumowicz. Co tam niezależne, a gdzie są rzetelne, choćby i były zależne?
piątek, 1 września 2006
Wiara i wina wiary. O kulcie Jacka Kuronia
Jednym z podstawowych filarów ludzkiej wiedzy jest przekonanie o przemijalności życia i nieuchronnie związanych z nim przykrości i bólu. Człowiek pragnący uwolnić od przekleństwa śmiertelności czy bezsensu egzystencji często zwraca się ku religii; ale wiek XX wskazał też nowy sposób poszukiwania drogi powrotu ku pierwotnej, rajskiej świadomości, oznaczającej niewinność i jedność z otaczającym światem: totalitaryzm. XX-wieczny nazizm i komunizm oraz XXI-wieczny islamizm oferują kompletny schemat wyjaśnień kondycji ludzkiej w skali kosmosu i zinstytucjonalizowaną doktrynę zawierającą schematy rozumowania oparte na predystynacji, nadrzędności i absolutu rasy, klasy czy jihadu, wyznaczającą hierarchie i podziały grupowe, regulującą najbardziej zmienny i konfliktogenny obszar relacji między doktrynalnym sacrum i profanum. Właśnie w tym obszarze najłatwiej pojawia się kontestacja, a w jej konsekwencji sekty.
Sekty trudno poddają się klasyfikacjom ze względu na swą niepowtarzalność i unikalność członkostwa. Rzucają wyzwanie ustalonemu porządkowi, kwestionują stosowane praktyki i ceremonie, podważają funkcjonujące kanony i autorytety. Ale to one decydują o różnorodności i wielowymiarowości doktryny, od której się oderwały, nie pozwalają jej skostnieć. W pewnym sensie stają się potrzebne pierwotnym doktrynom, i jako wróg, i jako źródło odnowienia. Ich istnieniem totalitarne systemy tłumaczą potrzebę inkwizycji: celem terroru skierowanego do wewnątrz jest utrzymanie doktrynalnej czystości. Zarazem istnienie sekt może być dowodem otwarcia doktryny i jej zdolnosci regeneracji i ewolucji.
Przynależność do sekty nadaje poszczególnym osobnikom poczucie misji religijnej, porządkuje indywidualne cele w harmonii z celami grupy, koreluje gorliwość w sprawowaniu praktyk i ceremonii z poziomem dopasowania się do wzorca funkcjonującego w grupie. Indywidualizm i różnica stają się wewnętrznymi, agentami groźnego świata na zewnątrz, źródłem poczucia winy i zdrady, bodźcem ku jeszcze większej gorliwości, która ma uspokoić rozdygotane sumienie. Lojalność wobec grupy staje się źródłem postawy moralnej jej członków, a ta jest tak doskonałym strażnikiem wewnętrznym, że przestaje być potrzebny przymus i straż zewnętrzna.
W ustabilizowanych kultach religijnych wiara przybiera wiele odcieni, z poszukującym wątpieniem włacznie. W sektach konieczność obrony ortodoksyjnych, prawowiernych zasad jest składnikiem ich autodefinicji i szczególnej polityki separowania się, odgradzania od świata, prowadzącej do nadania im charakteru pierwotnych grup odniesienia.Tworzy się przestrzeń wewnętrzna i zewnętrzna. Pierwsza z nich uważana jest za własną, czystą, wyznaczającą granice znanego i bezpiecznego świata. Wszystko co znajduje się poza nią niesie niebezpieczeństwo skażenia grzechem, duchowy niepokój, zagraża stabilności grupy. W nieczystym zewnętrzu pojawia się jego mieszkaniec, brudny wróg, definiowany wystarczająco szeroko, by objąć każdego, kto nie jest prawowierny. Kontestacja religijna staje się obroną prawowierności, pojawiają się sztywne rygory, dyscyplina wewnętrzna, której przestrzeganie jest warunkiem pozostania w sekcie, a także inkwizycja, rozbudowany system wzajemnej inwigilacji i sprawdzania prawowierności w obrębie grupy oraz awansu uzależnionego od wtajemniczenia.
Mimo dobrowolności i przypadkowości akcesu sekty odwołują się do zasad i poczucia wspólnotowości i pokrewieństwa, po części wynikającego z wspólnoty ducha i odczuć oderwania i kontestacji, po części z zasady budowania relacji opartych na więziach osobistych, a nie instytucjonalnych; to, co przyniesione z zewnątrz, staje się wtórne, niepotrzebne, wymagające oczyszczenia. Oferowany komfort psychiczny, układ stosunków społecznych między osobami, a nie pozycjami, przyciągają nadzieją osiągnięcia duchowej harmonii, uczuć altruistycznych, przyjaźni i towarzystwa w dotychczasowej samotności, siły grupy wzmacniającej własną słabość. Wrażenie powinowactwa między wszystkimi członkami grupy jest tak dojmujące, że w konsekwencji sekty często stają się ekwiwalentem rodziny oraz przyczyną radykalnego zerwania z rodziną biologiczną czy dotychczasową wspólnotą. Ważnym wyróżnikiem sekt jest silne przekonanie członków o wyjątkowości ich przynależności i wiary. Nie wszystkie, nie zawsze i nie wszędzie zapragną naprawiać lub zmieniać świat zewnętrzny, lecz każda bez wyjątku nastawiona jest na ochronę dóbr duchowych swych członków, troskę o życie pozagrobowe i na działania zmierzające do świętości i zbawienia osiągalnego dzięki - i poprzez osobę duchowego mistrza.
Twórcami grup religijnych o kontestacyjnym rodowodzie bywają ludzie sprawni intelektualnie i silni duchowo, zdeterminowani, przepełnieni autentyczną żarliwością religijną i niezwykle pociągającym dla innych poczuciem własnej boskiej misji i roli oraz - często - wybitnymi zdolnościami psychoterapeutycznymi. Niektórzy przywódcy zawdzięczają swoją pozycję przekonaniu otoczenia o ich nadzwyczajnej odporności psychicznej i fizycznej, osiągniętej i udowodnionej jakimś długotrwałym i ekstremalnie ciężkim treningiem. Bodhidarma spędził dziewięć lat w lodowej jaskini górskiej wpatrując się przez cały ten czas w jeden punkt ściany, cierpiąc zimno, mrok, głód i samotność. Jacek Kuroń przesiedział 9 lat w więzieniu.
Władza w kościołach opiera się na autorytecie urzędu. Władza w sekcie - cechach indywidualnych jednostki. Mężowie święci personifikują sacrum grupy, bo to oni je oddzielili od profanum, podzielili świat na wszystko co święte i wszystko co świeckie: reinterpretując zasady wiary, ustalając zakres obowiązujących zasad i norm, inicjując praktyki i ceremonie. Dlatego własna doktryna czy ideologia mają mniejsze znaczenie dla odrębności sekty niż unikalność członkostwa oraz osobowość mistyka grupy, jej lidera. Członkowie mierzą się tylko z problemem własnej niedoskonałości, a mąż świątobliwy z wiecznością, do której ma grupę zaprowadzić. Dzięki dobrowolności akcesu w sekcie i pierwotnego zainteresowania charyzmatyczną osobowością jej lidera, jego moc duchowa i autorytet prawie nigdy nie bywają zakwestionowane. Prorok jest drogą i niedościgłym wzorcem o prerogatywach niedostępnych nawet najbardziej wtajemniczonym: "Kuroń powtarzał, że doświadczenie 1968 roku przestrzega nas przed rozmowami z esbekami. Natomiast my wszyscy wiedzieliśmy, że są pewne wyjątki, i Jacek był jednym z nich" - mówi Celiński, były współpracownik Kuronia z Komitetu Obrony Robotników (Życie Warszawy, 30.08).
W większości sekt to co święte dominuje nad tym, co świeckie, a opromienienie świętością zależy od odległości od mistrza. Stąd bierze się specyficzna niechęć lub pogarda członków sekt do tego co świeckie, a czasem nawet całkowite kwestionowanie prawomocności świeckich instytucji i autorytetów, które w sektach fundamentalistycznych może nawet przybrać charakter ekstremalny, wojujący lub terrorystyczny. Człowiek raniony w swoje sacrum jest raniony niemal śmiertelnie. Ryczy jak ranny zwierz, o nieświętych młodzianach, próbujących zamordować jego pierwotną przyczynę, a zarazem dowód na istnienie świata transcendentalnego:
"Dziś także nie potrafię polemizować z opiniami grona nieświętych młodzianków z telewizji, gazet i IPN na temat wartości szpiclowskich donosów i ubeckich raportów. Podobnie jak aparatczycy partyjni z epoki PRL także i ci nieświęci młodziankowie więcej zaufania mają do słów oficerów SB i szpicli niż do słów ludzi, którzy byli przeciwnikami dyktatury." (A.Michnik, GW, 30.08.2006)
Sekty rzadko trwają dłużej niż jedno pokolenie i rzadko przeżywają odejście, śmierć lub rezygnację swego mistycznego przywódcy. Warunkiem przetrwania jest choćby minimalna instytucjonalizacja w kult religijny. Obecnie w Indiach istnieje około kilkadziesiąt tysięcy małych grup religijnych zorganizowanych wokół aśramów, będących skrzyżowaniem grobu świętego męża, miejsca oddawania mu czci poprzez transe modlitewne, sprawowania polecanych przez niego praktyk i pobierania nauk od jego uczniów i następców.
"Życie Warszawy" z 29 sierpnia zrobiło skrót z publikacji o Jacku Kuroniu z dwumiesięcznika "Arcana" i zamieściło 4 z 11 opublikowanych tam dokumentów IPN z sprawy "Watra" - rozpracowania Jacka Kuronia od lat 60. do 90. Materiały te dowodzą, że w latach 1985-89 Jacek Kuroń prowadził z Służbą Bezpieczeństwa negocjacje polityczne prowadzące do Okrągłego Stołu, w trakcie których m.in. szczerze opisywał oficerom SB gry i zabiegi personalne zmierzające do przejęcia kontroli nad ówczesną opozycją. Lech Wałęsa potwierdził informację, że takie negocjacje się odbywały i powiedział, że dał upoważnienie do takich rozmów około 20 osobom, w tym Kuroniowi. Ale trójka byłych uczniów Kuronia wezwała na łamach Gazety Wyborczej do zapalenia świeczek na jego grobie w pierwszy weekend września w ramach protestu przeciwko "bezpodstawnemu kwestionowaniu dokonań Jacka Kuronia i zakłamywaniu historii dla potrzeb polityki". "Dajmy w ten sposób wyraz naszego szacunku i pamięci ... w ramach wyrażenia solidarności z pomawianym." Ich apel poprzedza szereg listów otwartych przeciwko bezczeszczeniu pamięci Kuronia oraz potępiających historyków z IPN: "Pytam panów z IPN: czy wyście się z chu...m na łby pozamieniali?!? ... Dzięki Kuroniowi Polska jest taka, jaka jest. Każdego, kto chce to podważyć, pytam: kto mu za to płaci?" - pyta Andrzej Celiński. (Życie Warszawy 30.08.2006)
"Sprawa krzyża w Oświęcimiu jest zupełnie inna, bo tu rzecz jest z obcymi. Więcej - ujawnia ona jakieś niezwykle ważne i drażliwe miejsce naszej zbiorowej duszy, miejsce zapalne, które powstaje tam, gdzie nasz katolicyzm z owymi obcymi się styka - pisze Teresa Bogucka (GW 23.05.1998) - "Uderzająca cecha ludzi odpowiadajacych na wezwania do obrony krzyza jest zupełny brak ciekawości drugiej strony, zamknięcie się na argumenty, niezwykła umiejetność słyszenia jedynie tego, co potwierdza poczucie własnej racji."
Nawet, jeśli w przyszłości rozwiną się w wielkie kulty religijne, wszystkie sekty zaczynają od małych grup wspólnotowych, które muszą sobie radzić z większościowym otoczeniem postrzeganym jako środowisko obce, nieczyste, nie rozumiejące i nastawione wrogo. Istnienie zewnętrznych prześladowców jest oczywiste, wynika z manichejskiego rozumienia ludzkiej kondycji jako równoczesnego tworu sił dobra i zła, gdzie dowodem obecności zła w sferze zewnętrznej jest istnienie błogosławionego wnętrza, a wyrazem tej dychotomii jest zasiedlenie obu krain wizerunkami, wyobrażeniami i wcieleniami obu przeciwieństw.
W ekstremalnych przypadkach sekta może sięgnąć po terroryzm, uprawnioną formę samoobrony mniejszości przed większościowym złem, lub po zbiorowe samobójstwo, jak sekta Świątyni Ludu Jamesa Jonesa w Gujanie w 1878, w przekonaniu, że nie ma innej formy obrony lub ucieczki przed prześladowcami. Bezpośrednią przyczyną tamtej tragedii było przybycie do Guajany specjalnej komisji śledczej z kongresmanem Leo Ryanem jako przewodniczącym i dwoma dziennikarzami w jej składzie. Wszyscy członkowie komisji ponieśli śmierć na lotnisku w pobliżu Jonestown w tym samym dniu, gdy członkowie sekty zażyli napój z trucizną. Wspólcześnie coraz częściej pojawiają się sekty operujące skalami Kosmosu, w których cała ludzkość jest mniejszością zależną od cywilizacji pozaziemskiej. Wyznawcy Świątyni Śłońca umieszczają ją na Syriuszu, a Antrovirsu na planecie Hebro w nienazwanym zakątku Wszechświata. Wyższe cywilizacje rządzą Ziemianami niejawnie, za pomocą agentów człowiekopodobnych lub przez bezpośrednie oddziaływanie na ludzkie umysły.
"Wyznawca Radia Maryja czuje sie gorszy, zagrozony przez wszystko, co obce i nieznane; w tym rozchwianym swiecie mocny jest tylko tradycyjna wiara okopana przeciw odmiennosci. Czas chaosu i towarzyszacy mu nadmiar informacji rodzi znana reakcje - odruch izolacji, zamkniecia sie na przekazy, odmowe ich selekcjonowania i oceniania. I zawierzenie autorytetom, ktore jasno opisują świat i tłumaczą, dlaczego jest źle." - pisze Teresa Bogucka w dawnym artykule o krzyżach na żwirowisku w Auschwitz. ("W pralękach swoich pogrzebani", Gazeta Wyborcza 23.05.1998)
"Plugawi się dorobek »S« przy udziale funkcjonariuszy IPN" - napisało 9 sygnatariuszy w liście do Prezydenta RP - "proces odzierania antykomunistycznej opozycji z godności i zasług ma charakter planowy....Polska nie zasługuje na to, by jej historię »na nowo« pisali ubecy oraz zafascynowani ich dorobkiem pseudo badacze" - czytamy w liście. "Pan, jako urzędujący Prezydent RP, ma obowiązek postawić temu tamę, bo nie ma przyszłości naród, który nie potrafi oddać sprawiedliwości bohaterom przeszłości" (podpisali: B. Lis, W. Frasyniuk, K. Bieliński, E. Milewicz, M. Chojecki, T. Jedynak, J. Borowczak, A. Wielowieyski i A.Pietkiewicz.)
'Mamy prawo do autorytetów" - piszą młodzi ludzie do "Rzeczpospolitej" - "Stowarzyszenie Młode Centrum nie akceptuje chamskich, bezczelnych i nieuzasadnionych ataków na autorytet Jacka Kuronia, członka honorowego stowarzyszenia. Jesteśmy młodzi. ... Ale znamy historię Polski i mamy prawo do wzorowania się na jej bohaterach. Dezawuowanie Wielkiego Człowieka, wzoru polityka, bohatera polskich przemian w sposób niemieszczący się w granicach dobrego smaku jest dla nas świadectwem tego, że polski dyskurs publiczny jest ściągany do poziomu poniżej dna." ("Rzeczpospolita, 31.08.2006)
"Taka "obrona" to, w istocie, agresywny atak na wszystkich co myślą choćby ociupinkę inaczej od żelaznego modelu ocen na temat opozycji usankcjonowanego w ostatnich 17 latach. So - here we go again: "oszołomy" i "chorzy na nienawiść" - pisze Katarzyna Makowska (Forum SWS, 31.08.2006) Ale w wizję piekła wpisana jest wiedza o anonimizacji, depersonalizacji, biurokratyzacji złożonej z zuniformizowanych funkcjonariuszy i sensowności hierarchicznego pytania "kto im za to płaci?"
O atrakcyjności myślenia wspólnotowego świadczy chociażby zawarty w każdej religii obraz tego, co potocznie nazywamy piekłem i niebem, otchłanią i rajem. Sekty mają dodatkową ofertę: wzajemnej bezpośredniości, zrozumienia i empatii członków, interakcji z samym Bogiem poprzez osobę mistyka, który zaznał zaszczytu oświecenia jasnym celem, bycia naczyniem Dobra i nawiązania kontaktu z krainą Wiecznej Szczęśliwości. "Kultura odpowiada na sens życia, to znaczy o jego cel. Po drugie, kultura jest celowa, a więc każde najdrobniejsze zadanie ma swój cel, który stanowi odpowiedź na pytanie - po co to robię." - pisze Jacek Kuroń o swoich medytacjach w więzieniu w książce "Wina i Wiara". - "Tym bardziej więc cel, który stanowi odpowiedź na pytanie - po co to robię. Tym bardziej więc każdy pyta o cel swojego życia. Jak powszechnie wiadomo, życie jest ograniczone, pełne cierpień i wyrzeczeń. Kiedy więc chce znaleźć taki cel, który by przezwyciężył śmierć, wart był cierpień i wyrzeczeń. To wszystko, co przezwycięża nasze życie, nadaje mu sens przeżywany jako sacrum."
I dalej: "Wszystkie możliwe odpowiedzi o sens życia oparte są na miłości: miłości Boga, miłości drugiego człowieka - bliźniego. ... Kultura zawiera symbole zapośredniczające więź uczuciową jej uczestników - symbole identyfikacji. Ponieważ zapośredniczają one więź (miłość) z drugim człowiekiem (bliźnim), członkiem grupy własnej, a przy tym służba tej grupie ... może nadawać sens życiu człowieka, więc symbole identyfikacji przeżywane są jako sacrum. Moralność wydaje mi się być sferą, w której spotykają się konsekwencje przeżycia sacrum z doświadczeniem życia społecznego."
Kultura nie ma celu. Ona jest. Nie da się manipulować kulturą bez totalnej władzy nad nią i nad jej wytwórcami, a ta jest możliwa tylko w systemie totalitarnym i sektach. Kuroń w książce "Wina i wiara" szczerze opisał swoją więzienną transformację w mistycznego przywódcę i to jest właśnie to, co zrobił KOR.
Sekty trudno poddają się klasyfikacjom ze względu na swą niepowtarzalność i unikalność członkostwa. Rzucają wyzwanie ustalonemu porządkowi, kwestionują stosowane praktyki i ceremonie, podważają funkcjonujące kanony i autorytety. Ale to one decydują o różnorodności i wielowymiarowości doktryny, od której się oderwały, nie pozwalają jej skostnieć. W pewnym sensie stają się potrzebne pierwotnym doktrynom, i jako wróg, i jako źródło odnowienia. Ich istnieniem totalitarne systemy tłumaczą potrzebę inkwizycji: celem terroru skierowanego do wewnątrz jest utrzymanie doktrynalnej czystości. Zarazem istnienie sekt może być dowodem otwarcia doktryny i jej zdolnosci regeneracji i ewolucji.
Przynależność do sekty nadaje poszczególnym osobnikom poczucie misji religijnej, porządkuje indywidualne cele w harmonii z celami grupy, koreluje gorliwość w sprawowaniu praktyk i ceremonii z poziomem dopasowania się do wzorca funkcjonującego w grupie. Indywidualizm i różnica stają się wewnętrznymi, agentami groźnego świata na zewnątrz, źródłem poczucia winy i zdrady, bodźcem ku jeszcze większej gorliwości, która ma uspokoić rozdygotane sumienie. Lojalność wobec grupy staje się źródłem postawy moralnej jej członków, a ta jest tak doskonałym strażnikiem wewnętrznym, że przestaje być potrzebny przymus i straż zewnętrzna.
W ustabilizowanych kultach religijnych wiara przybiera wiele odcieni, z poszukującym wątpieniem włacznie. W sektach konieczność obrony ortodoksyjnych, prawowiernych zasad jest składnikiem ich autodefinicji i szczególnej polityki separowania się, odgradzania od świata, prowadzącej do nadania im charakteru pierwotnych grup odniesienia.Tworzy się przestrzeń wewnętrzna i zewnętrzna. Pierwsza z nich uważana jest za własną, czystą, wyznaczającą granice znanego i bezpiecznego świata. Wszystko co znajduje się poza nią niesie niebezpieczeństwo skażenia grzechem, duchowy niepokój, zagraża stabilności grupy. W nieczystym zewnętrzu pojawia się jego mieszkaniec, brudny wróg, definiowany wystarczająco szeroko, by objąć każdego, kto nie jest prawowierny. Kontestacja religijna staje się obroną prawowierności, pojawiają się sztywne rygory, dyscyplina wewnętrzna, której przestrzeganie jest warunkiem pozostania w sekcie, a także inkwizycja, rozbudowany system wzajemnej inwigilacji i sprawdzania prawowierności w obrębie grupy oraz awansu uzależnionego od wtajemniczenia.
Mimo dobrowolności i przypadkowości akcesu sekty odwołują się do zasad i poczucia wspólnotowości i pokrewieństwa, po części wynikającego z wspólnoty ducha i odczuć oderwania i kontestacji, po części z zasady budowania relacji opartych na więziach osobistych, a nie instytucjonalnych; to, co przyniesione z zewnątrz, staje się wtórne, niepotrzebne, wymagające oczyszczenia. Oferowany komfort psychiczny, układ stosunków społecznych między osobami, a nie pozycjami, przyciągają nadzieją osiągnięcia duchowej harmonii, uczuć altruistycznych, przyjaźni i towarzystwa w dotychczasowej samotności, siły grupy wzmacniającej własną słabość. Wrażenie powinowactwa między wszystkimi członkami grupy jest tak dojmujące, że w konsekwencji sekty często stają się ekwiwalentem rodziny oraz przyczyną radykalnego zerwania z rodziną biologiczną czy dotychczasową wspólnotą. Ważnym wyróżnikiem sekt jest silne przekonanie członków o wyjątkowości ich przynależności i wiary. Nie wszystkie, nie zawsze i nie wszędzie zapragną naprawiać lub zmieniać świat zewnętrzny, lecz każda bez wyjątku nastawiona jest na ochronę dóbr duchowych swych członków, troskę o życie pozagrobowe i na działania zmierzające do świętości i zbawienia osiągalnego dzięki - i poprzez osobę duchowego mistrza.
Twórcami grup religijnych o kontestacyjnym rodowodzie bywają ludzie sprawni intelektualnie i silni duchowo, zdeterminowani, przepełnieni autentyczną żarliwością religijną i niezwykle pociągającym dla innych poczuciem własnej boskiej misji i roli oraz - często - wybitnymi zdolnościami psychoterapeutycznymi. Niektórzy przywódcy zawdzięczają swoją pozycję przekonaniu otoczenia o ich nadzwyczajnej odporności psychicznej i fizycznej, osiągniętej i udowodnionej jakimś długotrwałym i ekstremalnie ciężkim treningiem. Bodhidarma spędził dziewięć lat w lodowej jaskini górskiej wpatrując się przez cały ten czas w jeden punkt ściany, cierpiąc zimno, mrok, głód i samotność. Jacek Kuroń przesiedział 9 lat w więzieniu.
Władza w kościołach opiera się na autorytecie urzędu. Władza w sekcie - cechach indywidualnych jednostki. Mężowie święci personifikują sacrum grupy, bo to oni je oddzielili od profanum, podzielili świat na wszystko co święte i wszystko co świeckie: reinterpretując zasady wiary, ustalając zakres obowiązujących zasad i norm, inicjując praktyki i ceremonie. Dlatego własna doktryna czy ideologia mają mniejsze znaczenie dla odrębności sekty niż unikalność członkostwa oraz osobowość mistyka grupy, jej lidera. Członkowie mierzą się tylko z problemem własnej niedoskonałości, a mąż świątobliwy z wiecznością, do której ma grupę zaprowadzić. Dzięki dobrowolności akcesu w sekcie i pierwotnego zainteresowania charyzmatyczną osobowością jej lidera, jego moc duchowa i autorytet prawie nigdy nie bywają zakwestionowane. Prorok jest drogą i niedościgłym wzorcem o prerogatywach niedostępnych nawet najbardziej wtajemniczonym: "Kuroń powtarzał, że doświadczenie 1968 roku przestrzega nas przed rozmowami z esbekami. Natomiast my wszyscy wiedzieliśmy, że są pewne wyjątki, i Jacek był jednym z nich" - mówi Celiński, były współpracownik Kuronia z Komitetu Obrony Robotników (Życie Warszawy, 30.08).
W większości sekt to co święte dominuje nad tym, co świeckie, a opromienienie świętością zależy od odległości od mistrza. Stąd bierze się specyficzna niechęć lub pogarda członków sekt do tego co świeckie, a czasem nawet całkowite kwestionowanie prawomocności świeckich instytucji i autorytetów, które w sektach fundamentalistycznych może nawet przybrać charakter ekstremalny, wojujący lub terrorystyczny. Człowiek raniony w swoje sacrum jest raniony niemal śmiertelnie. Ryczy jak ranny zwierz, o nieświętych młodzianach, próbujących zamordować jego pierwotną przyczynę, a zarazem dowód na istnienie świata transcendentalnego:
"Dziś także nie potrafię polemizować z opiniami grona nieświętych młodzianków z telewizji, gazet i IPN na temat wartości szpiclowskich donosów i ubeckich raportów. Podobnie jak aparatczycy partyjni z epoki PRL także i ci nieświęci młodziankowie więcej zaufania mają do słów oficerów SB i szpicli niż do słów ludzi, którzy byli przeciwnikami dyktatury." (A.Michnik, GW, 30.08.2006)
Sekty rzadko trwają dłużej niż jedno pokolenie i rzadko przeżywają odejście, śmierć lub rezygnację swego mistycznego przywódcy. Warunkiem przetrwania jest choćby minimalna instytucjonalizacja w kult religijny. Obecnie w Indiach istnieje około kilkadziesiąt tysięcy małych grup religijnych zorganizowanych wokół aśramów, będących skrzyżowaniem grobu świętego męża, miejsca oddawania mu czci poprzez transe modlitewne, sprawowania polecanych przez niego praktyk i pobierania nauk od jego uczniów i następców.
"Życie Warszawy" z 29 sierpnia zrobiło skrót z publikacji o Jacku Kuroniu z dwumiesięcznika "Arcana" i zamieściło 4 z 11 opublikowanych tam dokumentów IPN z sprawy "Watra" - rozpracowania Jacka Kuronia od lat 60. do 90. Materiały te dowodzą, że w latach 1985-89 Jacek Kuroń prowadził z Służbą Bezpieczeństwa negocjacje polityczne prowadzące do Okrągłego Stołu, w trakcie których m.in. szczerze opisywał oficerom SB gry i zabiegi personalne zmierzające do przejęcia kontroli nad ówczesną opozycją. Lech Wałęsa potwierdził informację, że takie negocjacje się odbywały i powiedział, że dał upoważnienie do takich rozmów około 20 osobom, w tym Kuroniowi. Ale trójka byłych uczniów Kuronia wezwała na łamach Gazety Wyborczej do zapalenia świeczek na jego grobie w pierwszy weekend września w ramach protestu przeciwko "bezpodstawnemu kwestionowaniu dokonań Jacka Kuronia i zakłamywaniu historii dla potrzeb polityki". "Dajmy w ten sposób wyraz naszego szacunku i pamięci ... w ramach wyrażenia solidarności z pomawianym." Ich apel poprzedza szereg listów otwartych przeciwko bezczeszczeniu pamięci Kuronia oraz potępiających historyków z IPN: "Pytam panów z IPN: czy wyście się z chu...m na łby pozamieniali?!? ... Dzięki Kuroniowi Polska jest taka, jaka jest. Każdego, kto chce to podważyć, pytam: kto mu za to płaci?" - pyta Andrzej Celiński. (Życie Warszawy 30.08.2006)
"Sprawa krzyża w Oświęcimiu jest zupełnie inna, bo tu rzecz jest z obcymi. Więcej - ujawnia ona jakieś niezwykle ważne i drażliwe miejsce naszej zbiorowej duszy, miejsce zapalne, które powstaje tam, gdzie nasz katolicyzm z owymi obcymi się styka - pisze Teresa Bogucka (GW 23.05.1998) - "Uderzająca cecha ludzi odpowiadajacych na wezwania do obrony krzyza jest zupełny brak ciekawości drugiej strony, zamknięcie się na argumenty, niezwykła umiejetność słyszenia jedynie tego, co potwierdza poczucie własnej racji."
Nawet, jeśli w przyszłości rozwiną się w wielkie kulty religijne, wszystkie sekty zaczynają od małych grup wspólnotowych, które muszą sobie radzić z większościowym otoczeniem postrzeganym jako środowisko obce, nieczyste, nie rozumiejące i nastawione wrogo. Istnienie zewnętrznych prześladowców jest oczywiste, wynika z manichejskiego rozumienia ludzkiej kondycji jako równoczesnego tworu sił dobra i zła, gdzie dowodem obecności zła w sferze zewnętrznej jest istnienie błogosławionego wnętrza, a wyrazem tej dychotomii jest zasiedlenie obu krain wizerunkami, wyobrażeniami i wcieleniami obu przeciwieństw.
W ekstremalnych przypadkach sekta może sięgnąć po terroryzm, uprawnioną formę samoobrony mniejszości przed większościowym złem, lub po zbiorowe samobójstwo, jak sekta Świątyni Ludu Jamesa Jonesa w Gujanie w 1878, w przekonaniu, że nie ma innej formy obrony lub ucieczki przed prześladowcami. Bezpośrednią przyczyną tamtej tragedii było przybycie do Guajany specjalnej komisji śledczej z kongresmanem Leo Ryanem jako przewodniczącym i dwoma dziennikarzami w jej składzie. Wszyscy członkowie komisji ponieśli śmierć na lotnisku w pobliżu Jonestown w tym samym dniu, gdy członkowie sekty zażyli napój z trucizną. Wspólcześnie coraz częściej pojawiają się sekty operujące skalami Kosmosu, w których cała ludzkość jest mniejszością zależną od cywilizacji pozaziemskiej. Wyznawcy Świątyni Śłońca umieszczają ją na Syriuszu, a Antrovirsu na planecie Hebro w nienazwanym zakątku Wszechświata. Wyższe cywilizacje rządzą Ziemianami niejawnie, za pomocą agentów człowiekopodobnych lub przez bezpośrednie oddziaływanie na ludzkie umysły.
"Wyznawca Radia Maryja czuje sie gorszy, zagrozony przez wszystko, co obce i nieznane; w tym rozchwianym swiecie mocny jest tylko tradycyjna wiara okopana przeciw odmiennosci. Czas chaosu i towarzyszacy mu nadmiar informacji rodzi znana reakcje - odruch izolacji, zamkniecia sie na przekazy, odmowe ich selekcjonowania i oceniania. I zawierzenie autorytetom, ktore jasno opisują świat i tłumaczą, dlaczego jest źle." - pisze Teresa Bogucka w dawnym artykule o krzyżach na żwirowisku w Auschwitz. ("W pralękach swoich pogrzebani", Gazeta Wyborcza 23.05.1998)
"Plugawi się dorobek »S« przy udziale funkcjonariuszy IPN" - napisało 9 sygnatariuszy w liście do Prezydenta RP - "proces odzierania antykomunistycznej opozycji z godności i zasług ma charakter planowy....Polska nie zasługuje na to, by jej historię »na nowo« pisali ubecy oraz zafascynowani ich dorobkiem pseudo badacze" - czytamy w liście. "Pan, jako urzędujący Prezydent RP, ma obowiązek postawić temu tamę, bo nie ma przyszłości naród, który nie potrafi oddać sprawiedliwości bohaterom przeszłości" (podpisali: B. Lis, W. Frasyniuk, K. Bieliński, E. Milewicz, M. Chojecki, T. Jedynak, J. Borowczak, A. Wielowieyski i A.Pietkiewicz.)
'Mamy prawo do autorytetów" - piszą młodzi ludzie do "Rzeczpospolitej" - "Stowarzyszenie Młode Centrum nie akceptuje chamskich, bezczelnych i nieuzasadnionych ataków na autorytet Jacka Kuronia, członka honorowego stowarzyszenia. Jesteśmy młodzi. ... Ale znamy historię Polski i mamy prawo do wzorowania się na jej bohaterach. Dezawuowanie Wielkiego Człowieka, wzoru polityka, bohatera polskich przemian w sposób niemieszczący się w granicach dobrego smaku jest dla nas świadectwem tego, że polski dyskurs publiczny jest ściągany do poziomu poniżej dna." ("Rzeczpospolita, 31.08.2006)
"Taka "obrona" to, w istocie, agresywny atak na wszystkich co myślą choćby ociupinkę inaczej od żelaznego modelu ocen na temat opozycji usankcjonowanego w ostatnich 17 latach. So - here we go again: "oszołomy" i "chorzy na nienawiść" - pisze Katarzyna Makowska (Forum SWS, 31.08.2006) Ale w wizję piekła wpisana jest wiedza o anonimizacji, depersonalizacji, biurokratyzacji złożonej z zuniformizowanych funkcjonariuszy i sensowności hierarchicznego pytania "kto im za to płaci?"
O atrakcyjności myślenia wspólnotowego świadczy chociażby zawarty w każdej religii obraz tego, co potocznie nazywamy piekłem i niebem, otchłanią i rajem. Sekty mają dodatkową ofertę: wzajemnej bezpośredniości, zrozumienia i empatii członków, interakcji z samym Bogiem poprzez osobę mistyka, który zaznał zaszczytu oświecenia jasnym celem, bycia naczyniem Dobra i nawiązania kontaktu z krainą Wiecznej Szczęśliwości. "Kultura odpowiada na sens życia, to znaczy o jego cel. Po drugie, kultura jest celowa, a więc każde najdrobniejsze zadanie ma swój cel, który stanowi odpowiedź na pytanie - po co to robię." - pisze Jacek Kuroń o swoich medytacjach w więzieniu w książce "Wina i Wiara". - "Tym bardziej więc cel, który stanowi odpowiedź na pytanie - po co to robię. Tym bardziej więc każdy pyta o cel swojego życia. Jak powszechnie wiadomo, życie jest ograniczone, pełne cierpień i wyrzeczeń. Kiedy więc chce znaleźć taki cel, który by przezwyciężył śmierć, wart był cierpień i wyrzeczeń. To wszystko, co przezwycięża nasze życie, nadaje mu sens przeżywany jako sacrum."
I dalej: "Wszystkie możliwe odpowiedzi o sens życia oparte są na miłości: miłości Boga, miłości drugiego człowieka - bliźniego. ... Kultura zawiera symbole zapośredniczające więź uczuciową jej uczestników - symbole identyfikacji. Ponieważ zapośredniczają one więź (miłość) z drugim człowiekiem (bliźnim), członkiem grupy własnej, a przy tym służba tej grupie ... może nadawać sens życiu człowieka, więc symbole identyfikacji przeżywane są jako sacrum. Moralność wydaje mi się być sferą, w której spotykają się konsekwencje przeżycia sacrum z doświadczeniem życia społecznego."
Kultura nie ma celu. Ona jest. Nie da się manipulować kulturą bez totalnej władzy nad nią i nad jej wytwórcami, a ta jest możliwa tylko w systemie totalitarnym i sektach. Kuroń w książce "Wina i wiara" szczerze opisał swoją więzienną transformację w mistycznego przywódcę i to jest właśnie to, co zrobił KOR.
Subskrybuj:
Posty (Atom)