poniedziałek, 28 stycznia 2008

Tajemnica Grossa wyjaśniona.

Wszystko stało się jasne po przeczytaniu dodatku Plus-Minus z 26 stycznia pod znamiennym tytułem "Oko w oko z tłuszczą", zawierającego mnóstwo informacji o Grossie, zebrane przez Piotra Zychowicza. Podejrzewamy mianowicie, że Jan Tomasz Gross nie jest Żydem- Polakożercą, tylko Polakiem głęboko przywiązanym do tradycji ratowania Żydów, który pragnie dorównać swojej matce, ratując Adama Michnika i Gazetę Wyborczą przed gotowym do pogromu, nazistowskim motłochem.

Z artykułu wynika, że ciężko przeżył wyjazd z Polski. Prof. Jadwiga Staniszkis wspomina, że jako bardzo młody człowiek, w kilka lat po przyjeździe do USA, zupełnie posiwiał. Potem biegał ze znaczkiem Solidarności w klapie i pisywał niezłe teksty o Polsce pod sowiecką okupacją. I może byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie to, że zaraz po upadku komuny przyjechał do Polski i podjął próbę zamieszkania na stałe. A szczęśliwe osadzenie na stałe w staronowym miejscu w głównej mierze zależy od otoczenia.

Z treści artykułu nie należy wykluczyć, że redaktorzy z GW pokazali mu pisemka Bubla w jakimś kiosku Ruchu. Gwoli sprawiedliwości, nie było trudno takowe znaleźć, gdyż w tamtych czasach, świeżo po upadku Urzędu Cenzury na Mysiej, każdy się radośnie zajmował dystrybucją każdej informacji, nawet najdurniejszej, a każda próba odmowy była poczytywana za deklarację solidarności z nieistniejącym urzędem. Dzięki informacyjnemu rozpasaniu zaopatrzyliśmy się zresztą w tamtych czasach, właśnie w w kiosku Ruchu, w literaturę rozrywkową pt. "Protokoly Mędrców Syjonu" - i poczuliśmy się świetnie, jako władcy świata. Tylko Grossowi ktoś musiałby to wytłumaczyć, bo po tylu latach on już po prostu Polski, ani postkomunizmu - nie całkiem rozumiał.

Mogli mu też pokazać jedną czy dwie z demonstracji bezrobotnych obrzucających śrubami Urząd Rady Ministrów (w którym wtedy rozmaite stanowiska zajmowali przyjaciele redaktorów z GW). I mogli mu wytłumaczyć, że to narastanie faszyzmu, jak w Niemczech za Hitlera. Bo co innego mogli powiedzieć ciemniakowi, który tam pewnie składki na "Solidarność" przez lata zbierał? Że spowodowali 40procentowe bezrobocie, żeby zostać czerwoną burżuazją!?

"Wystarczy przejrzeć roczniki „Gazety Wyborczej” z pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości, żeby się zorientować, jak ówczesną rzeczywistość widziało środowisko, w którym obracał się Gross. Wydawać by się mogło, że niebawem mają wybuchnąć pogromy, a Polska zaraz stoczy się w otchłań skrajnie nacjonalistycznej dyktatury" - pisze Zychowicz. Barbara Toruńczyk potwierdza jego ocenę mówiąc nawet dzisiaj, że "wtedy Gross oko w oko zetknął się z tłuszczą. Wychodząc z domu na ulicę, mógł się czuć jak podczas łapanki".

Gross czytał Gazetę Wyborczą i spotykał z jej redaktorami na gruncie prywatnym. Nie można wykluczyć, że mógł na przykład poczuć się bardzo źle, powtórnie zostawiając przyjaciół w niebezpieczeństwie, tym razem w obliczu neonazistowskiej nawały. No i postanowił im pomóc, jak najlepiej potrafił. Odezwały się wszelkie objawy PTSD (post traumatic stress disorder). A umie głównie pisać. I tak został Chruszczowem Gazety Wyborczej. Parę lat później opublikował pierwszą z serii kontrowersyjnych książek o polskim antysemityzmie pt. "Upiorna Dekada". Zawarł w niej nawet wyjaśnienie swojej postawy: gdyby Polacy bardziej się postarali, choćby tak jak jego matka, nie zginąłby żaden Żyd. A ponieważ Polacy się nie bardzo starali ratować Adama Michnika, jego redakcji, i jego przyjaciół z Urzędu Rady Ministrów czy Unii Wolności, to on się starał coraz bardziej, i pisał coraz bardziej dramatyczne książki o polskich antysemitach. Żeby w końcu obudzić Polaków takich, jak jego matka.

I tak docieramy do "Strachu".

Koniecznie poprzedzonego "Piosenką Kata" Grzegorza Ciechowskiego z kapeli "Republika", która opowiada o tym, jak Prawa Ręka Moczara zdobyła władzę w Polsce po nieudanej grze wstępnej w Marcu68 oraz wypowiedzią Adama Michnika o antysemityzmie, referacie Chruszczowa oraz spoglądaniu w głąb własnej historii i świadomości, z której zresztą wynika, że jeśli chodzi o jego własną historię i świadomość, to zanurkował aż po jej dno. Ktoś to skomentował, że Gross grzeszy pychą. Ale to nie on się poczuł nowym wcieleniem Chruszczowa, to Adam Michnik został Najlepszym Przyjacielem człowieka, który pisuje referaty wstrząsające połową Azji i całą Europą Środkową.

Bo Adam Michnik jest geniuszem. Ma dziś po swojej stronie równocześnie Chruszczowa Euroazji do spraw polskiego antysemityzmu oraz Prawą Rękę Moczara, a zarazem aparatu, który naszego Chruszczowa z Polski wypędził. Potęga..! Wyobrażasz sobie, jakiego to talentu wymaga!? Tylko musi się pilnować, żeby się nie pomylić, jak idzie na przyjęcie, z którym Najlepszym Przyjacielem, w którym towarzystwie się pokazać, i co mówić. I na pewno czuje się z tym bardzo dobrze. Prawdziwy Przyjaciel Prawa Ręka Mieczysława Moczara trochę zakłócał pozycję społeczną drużyny Adama Michnika przed 40 rocznicą Marca, szczególnie w oczach tych emigrantów, co nie mają sklerozy i pamiętają, że jednak to nie bracia Kaczyńscy ich wypędzili z Polski. Teraz jest już wszystko w porządku. Chruszczow Euroazji do spraw ujawniania polskiego antysemityzmu uwiarygadnia drużynę. Dlatego drużyna poczuła się bardzo dobrze i opublikowała artykuł z tytułem sugerującym, że to Michnik w pojedynkę wywołał Marzec. W tym roku przerósł nawet świętych (dotychczas) Kuronia z Modzelewskim, którzy występują już tylko jako mało znaczące tło jego bohaterskiego wyczynu. W tekście występuje jeszcze parę osób, jako pomocnicy i wykonawcy tego, co Jego Geniusz wymyślił, mniej więcej na takim samym poziomie znaczenia, co Kuroń z Modzelewskim.

Drużyna pojawi się na salonowej imprezie w Teatrze Narodowym z okazji 40tej rocznicy Marca jako jedyni poprawni politycznie Polacy, udzieli kilku wywiadów międzynarodowej prasie i być może tymi wywiadami załatwi sobie przy okazji parę kredytów w zagranicznych bankach, jako jedyni w Polsce ludzie, którzy dorastają do standardów, do jakich zachodnie demokracje są przyzwyczajone. A potem wszyscy razem pojadą na przyjemne emerytury na Karaibach, w miłym poczuciu, że są wzorowymi obywatelami, a jak ktoś myśli inaczej, to im na pewno tej kasy i pozycji zazdrości. Cóż za wspaniałe życie!

Co tymczasem się stanie z Chruszczowem wojowników z antysemityzmem z Gazety Wyborczej?

Jeśli założyć hipotezę, że całą swą wiedzę o Polsce Gross czerpie z Gazety Wyborczej, (co niewykluczone, bo tylko GW go uczciła specjalnym serwisem) - to wskazówką mogą być dwa artykuły w GW. Pierwszy to wywiad Aleksandry Klich z Bożeną Szaynok pt. "Gross - moralista, nie historyk" z 26 stycznia 2008.

Specjalny raport GW o Grossie zawiera aktualnie mniej informacji o samym Grossie, niż ten jeden artykuł w Rzeczpospolitej, za to więcej o Narodowym Odrodzeniu Polski, które szczerze Grosssa nie cierpi i bywa ze swoimi transparentami na jego wszystkich spotkaniach, a także wyeksponowany artykuł Michnika o pogromie kieleckim. Po tytułach sądząc, NOP to potężna organizacja, zagrażająca polskiej demokracji parlamentarnej. Natomiast Bożena Szaynok akurat książkę Grossa skrytykowała, ale - sądząc po artykule - sama reprezentuje dosyć mniejszościowe stanowisko, że światy Polaków i Polskich Żydów w ciągu tysiącletniej koegzystencji się niemal nigdy nie stykały i są wzajemnie sobie obce.

To stanowisko nie wyjaśnia ani Juliana Tuwima, ani żydowskich wojsk królewskich w czasie wojen kozackich, ale współczesnemu emigrantowi, wypędzonemu w okropnych okolicznościach wiele lat temu, może sugerować jakieś dziwne koncepcje. Co nie znaczy, że zgłaszamy jakiekolwiek pretensje do Barbary Szaynok, której ta koncepcja zapewne ułatwia badania naukowe odrębności między obiema kulturami. Ale istnieją rozmaite teorie, a w trakcie pobytu Grossa akurat ta została wyeksponowana - i można podejrzewać, że autor "Strachu" się z nią zapoznał. Człowiek o poglądach niekonserwatywnych ma wolność wyboru co do utożsamiania się z narodami. Przyzwoity człowiek utożsami się z narodem prześladowanym. Dlatego syn polskiej matki w Polsce, o której myśli, że jej zagraża nazistowska nawała, prędzej się utożsami z zagrożonymi mniejszościami, niż z nazistowskim motłochem. Jeśli jest człowiekiem energicznym, dostanie też impuls do energicznego działania...

Drugi sygnał, to relacje GW z spotkań z Grossem w rozmaitych miastach. Tradycyjnie zaczynają się od przytoczenia treści transparentów NOP. Szczególnie obszerna dyskusja odbyła się na forach Agory po spotkaniu w Krakowie. Zdaniem uczestników, relacje GW sugerują, że spotkanie miało półgodzinne opóźnienie z powodu zagrożenia bezpieczeństwa. Wszechobecny NOP był i tam, ponoć GW, jak żadna inna gazeta, uhonorowała ich nie tylko fotografią transparentu, tuż obok relacji z spotkania, ale też promocją wodzów po nazwisku. Według relacji uczestników rzeczywiście w bezpiecznej odległości od wejścia stała grupa około 10 pryszczatych wyrostków z transparentem, natomiast pod wejściem na teren uniwersytetu kłębił się nie NOP, a tłum studentów, których ochroniarze spotkania nie chcieli wpuścić na egzamin. Profesora, który miał ich egzaminować, też nie wpuścili, ktoś nawet napisał, że grozili mu przemocą, czyli, tłumacząc na zrozumiały język, że go walną, jak się będzie pchał. Podobno profesor usiadł na schodku, powiedział studentom, że w takim razie mają zaliczenie, pozbierał indeksy i wszystkim wpisał pozytywne oceny.

Ale Gross widział z drugiej strony drzwi kłębiący się tłum. Części się udało przedrzeć. W trakcie spotkania autor "Strachu" się ponoć dosyć dziwnie zachowywał, odpowiadając jednosylabowo "tak" lub "nie" na zadawane pytania lub oddając mikrofon komuś innemu. Ale co się dziwić. Jeśli myślał, że na salę przedarli się naziści, to po co miał z nimi gadać. A potem obejrzał poświęcony sobie serwis i się upewnił, że słusznie robi, że nie gada.

Po pełnej emocji podróży zapewne wróci do spokojnego, amerykańskiego domu, i zacznie pisać kolejną książkę. Może zawrze w niej przeżycia ze spotkania literackiego z neonazi na krakowskim uniwerku, które nie skończyło się pogromem tylko dzięki ochroniarzom. Oraz oczywiście o bohaterskim Adamie Michniku i jego redakcji, mieszkających w kraju wypełnionym po brzegi faszystami i antysemitami, którzy ich nienawidzą i pragną zakatrupić. Po publikacji Adam Michnik dostanie parę zaproszeń na wykłady w USA, żeby sobie odpoczął od dziczy. I tak się to kręci.

A potem nasz Chruszczow zapewne przyjedzie do Polski promować swoją kolejną książkę i też z nikim nie będzie gadał, chyba, że po angielsku. Jeśli zrobi jeszcze parę spotkań literackich z Adamem Michnikiem jako cicerone po Polsce, to co prawda osiwieć po raz drugi nie osiwieje, ale zawsze jeszcze może wyłysieć.



PS. Uwaga odautorska: na wypadek procesów wyraźnie stwierdzamy, że tekst jest zamieszczony pod tagiem "humor" i niczyich stanów emocjonalnych nie badaliśmy, stąd to tylko nasze dywagacje. Ale co do tego, że Prawa Ręka Moczara była Prawą Ręką Moczara, i łączenie wojny z antysemityzmem z taką przyjaźnią jest surrealistyczne, to będziemy woleli pójść do więzienia, niż się tego wyprzeć.

[ mirror na Salonie24 ]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

niedziela, 27 stycznia 2008

Zapraszamy na koncert "Republiki" i Kaczmarskiego z okazji 40 rocznicy "Dziadów"

Najpierw "Śmierć na pięć" - specjalna dedykacja dla Jerzego Zawieyskiego, katolika, pisarza i homoseksualisty. Jako jeden z przedstawicieli katolickiej grupy Znak - wszedł do Sejmu PRL i do Rady Państwa. "Gdy w marcu 1968 roku milicja brutalnie pobiła studentów, Zawieyski wspólnie z innymi posłami Koła Znak napisał tekst interpelacji poselskiej w ich obronie. Miesiąc później odpowiedział na nią premier Józef Cyrankiewicz, po czym posłów Znaku ordynarnie zaatakowali z trybuny Józef Ozga-Michalski i prawa ręka Gomułki - Zenon Kliszko. Zawieyski odpowiedział wspaniałą, godną mową. Brał w obronę ofiary politycznej nagonki ostatnich miesięcy: studentów, posłów Koła Znak i pisarzy, a zwłaszcza pobitego przez "nieznanych sprawców" Stefana Kisielewskiego. Gdy skończył, na sejmowej sali rozpętała się burza. Posłowie z komunistycznego nadania nie szczędzili mu najgorszych obelg, nikczemnych pomówień, obrzydliwych wrzasków." Zrzekł się funkcji w Radzie Państwa, zaszczuwali, go, aż dostał udaru mózgu. Zginął 17 czerwca 1969 r.po wypadnięciu z 4 piętra szpitala. Oficjalna wersja uznała jego śmierć za samobójstwo, lecz liczne poszlaki wskazują, że mogło być to morderstwo polityczne. Piosenka "Smierć na pięć" jest ostatnim utworem zaśpiewanym i nagranym przez Grzegorza Ciechowskiego.

"Nasza klasa" Kaczmarskiego....

Nie pytaj o Polskę

(Lepsze, niż te wszystkie zadęte akademie i obdzielanie się nawzajem orderami.
Wspólcześni słuchacze uważają, że to piosenka "dla wszystkich emigratoss" którzy
są tacy głupi, że ciągle jeszcze mówią po polsku;))

http://pl.youtube.com/watch?v=WItEokvwSJs

To nie karnawał
ale tańczyć chcę
i będę tańczył z nią po dzień

to nie zabawa
ale bawię się
bezsenne noce senne dnie

to nie kochanka
ale sypiam z nią
choć śmieją ze mnie się i drwią

taka zmęczona
i pijana wciąż
dlatego nie

NIE PYTAJ WIĘCEJ MNIE

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chce
zasypiać w niej i budzić się

te brudne dworce
gdzie spotykam ja
te tłumy które cicho klną

ten pijak który mruczy coś przez sen
że PÓKI MY ŻYJEMY ona żyje też

NIE PYTAJ MNIE
NIE PYTAJ MNIE
C0 WIDZĘ W NIEJ

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chcę
zasypiać w niej i budzić się

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

I dalej:

Moja krew - to wykonanie... ten bunt... Jeden z komentarzy: " To wykonanie jest jak bomba atomowa. Ludzie, którzy tam wtedy byli przeżyli coś wielkiego. Gdzie oni są?"

Republika Biala Flaga - o Stronnictwie Białej Flagi. Ale jak on nap...dalał po fortepianie... Jeden z komentarzy: " Yes! Teraz produkuje się tylko 'gówno'
Muzyka została już stworzona"

Lawa - wulkany wstają, warczą lawą ... i jeden by drugiego zalał. I tak zaczęła się transformacja w Polsce. "Pozytywne, mimo wszystko" - pisze ktoś w komentarzu.

Mamona - Nam się to kojarzy z Agorą, czyli tym, co zostało z Mojej Krwi. Komentarz jakiś taki w podobnym kierunku: "taaa , słuchać i płakać teraz to se można usłyszeć : " łłłoooo , jak ja jej to powiem(...) że muszę żyć życiem towarzyskiem ,łoo łoo " czy jakoś tak"

Odchodząc - Komentarz: "mój chłopak poprosił mnie bym przekazała jego rodzicom że chce by ta piosenka była puszczona na jego pogrzebie. Powiedziałam i została puszczona..." No cóż. Gdyby nie to, co było w ostatnich 40 latach, to i parę pogrzebów byłoby mniej. Jakoś im znaleźć miejsce, na półce czy parapecie...

Dzień Niepodległości. Ani ja, ani ty. - Michnikowi i jego drużynie:)

I na pocieszenie: póki się oddycha... Republika Marzeń :)

Spotykamy się 30 stycznia o godz 21.00 pod Pomnikiem Mickiewicza.

[mirror na Salonie24]


aa

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 26 stycznia 2008

Lewicy w wielkim kryzysie o hodowli brojlerów

"Na wczorajszą prezentację raportu Olejniczak zaprosił przewodniczących rad wojewódzkich Sojuszu. Mają przenieść debatę w partyjny teren" - pisze Wojciech Załuska w artykule "Lewica w wielkim kryzysie" (GW, 24 styczeń 2008) W miarę upływu lat coraz trudniej pamiętać, że tradycją Gazety Wyborczej są jednak opozycyjne pisemka, a nie "Trybuna Ludu" zatrudniająca sprawozdawców ze szkoleń lektorów przy Komitecie Centralnym. Lektor to był taki zawód, dziś poza skansenem nieistniejący, dzięki któremu jakaś grupa ludzi zarabiała pieniądze na życie przenosząc w teren "aktualne zagadnienia marksizmu leninizmu", a inna - informując o tym procederze opinię publiczną za pomocą wysoce swoistego języka.

Ze sprawozdania opublikowanego w Gazecie Wyborczej wynika, że dzisiaj aktualnym zagadnieniem jest kryzys lewicy, a teren będzie się zajmował debatami na temat, jak przenieść na konkrety hasło "Wolność człowieka i solidarność między ludźmi". Kierownictwo amerykanskiej Partii Demokratycznej miałoby w ogóle poważne trudności ze zrozumieniem koncepcji "przenoszenia debat w teren" - głównie dlatego, że ma biurokratyczną samoświadomość i wie, że zadaniem partyjnej biurokracji jest organizowanie maszyny wyborczej, a nie sterowanie wewnątrzpartyjnym propagitem i pseudointelektualnymi "debatami". Życie intelektualne w Partii Demokratycznej kwitnie, ale nie dzięki partyjnym lektorom wysyłanym z Waszyngtonu w głęboki teren stanu Iowa.

O czym, jak, kiedy i z kim

Wolność człowieka, tak samo jak wolność wewnątrzpartyjna, realizuje się między innymi poprzez samosterowność jego życia intelektualnego. Temu służą think tanki. Debatują o czym chcą, jak chcą, kiedy chcą i z kim chcą. Sam termin pojawił się po II wojnie światowej. Dosłownie oznacza zbiornik myśli, a jako pojęcie wywodzi się od nazwy schronu, w którym naradzali się amerykańscy stratedzy. Aparat biurokratyczny Partii Demokratycznej, jak i każdej innej partii, z natury rzeczy ogranicza wolność członków tej partii. Jest właśnie do tego powołany. Jego głównym celem jest namówienie lub wymuszenie na wolnych jednostkach takiego zbiorowego działania, które zrealizuje najlepszą strategię prowadzącą do wygranych wyborów. Cieszy się partyjną legitymizacją tak długo, jak długo potrafi sprawnie zarządzać członkami partii, chętnie godzącymi się nadwerężyć własną wolność, poddać jurysdykcji sądów koleżeńskich i komisji rewizyjnych, płacić składki i nie całkiem dobrowolne darowizny, wszystko w nadziei na pożytki płynące z wyborczego zwycięstwa.

Wolność intelektualna człowieka, podobnie jak ciąża, nie istnieje częściowo, gdyż jest wolnością chaotyczną. Albo intelektualista ma wolność poruszania się ruchami Browna, albo przestaje być intelektualistą. Think tanki są szczytowym osiągnięciem powojennych, demokratycznych sposobów sprawowania władzy i chyba jakąś reakcją na powojenne przerażenie, że Hitler doszedł do władzy z zachowaniem formalnych mechanizmów demokracji. Gdyby Niccolo Machiavelli wiedział, ze wybór nie ogranicza się tylko do wyboru między despotą dobrym, a despotą niedobrym, to sam za bzdurę by uznał własną opinię "twierdzenie że lud jest najlepszym strażnikiem swoich praw, to bzdura niczym nie usprawiedliwiona. Jest on strażnikiem najgorszym, wręcz żadnym". Zarówno biurokraci, jak i intelektualiści, odpowiadają sobie na pytanie "o czym, jak, z kiedy i z kim". Biurokraci muszą wybrać jedną odpowiedź. Intelektualiści, którzy jedną i tą samą odpowiedź wybiorą, z presją lub bez, już intelektualistami nie są. Innymi słowy, rola partyjnego biurokraty i rola partyjnego intelektualisty do zupełnie różne role, różne środki i różne kryteria oceny.

Zamiast fantazji o politycznej prekognicji

Machiawelli żywił nadzieję, że zdolność przewidywania skutków własnych czynów jest tym, co odróżnia władcę dobrego od złego: "najczęstszy ludzki błąd - nie przewidzieć burzy w piękny czas". My, lokatorzy pierwszej połowy XXI wieku, jesteśmy od niego mądrzejsi. Wiemy już, że burz przewidzieć się nie da. Ani tej z Hitlerem, ani tej z Stalinem, ani tej z World Trade Center, ani wszystkich przyszłych. Przyszłością się rządzić nie da. Nawet Hitlerowi to się nie udało, mimo, że na swoim dworze zatrudniał wróżbitów. Ale w radzeniu sobie z przyszłością można przyjąć lekcję Matki Natury i zrobić to samo, co ewolucja robi od milionów lat. Siejesz mutującą sie pulę genetyczną i patrzysz, co z tego wyniknie. Coś padnie, coś przetrwa, a coś się okaże najlepszym lekarstwem na kryzys, którego dzisiaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Temu służą think tanki. Właśnie dlatego muszą się poruszać ruchami Browna - na tym polega przetrwanie systemu demokratycznego. Oraz prawdziwa wymiana pokoleń liderów politycznych.

Nie wiadomo, co myślał Reagan, kiedy po ustąpieniu z prezydentury zajał się zakładaniem think tanków. Zapewne miał na myśli rozwiązanie bardzo praktycznego problemu, jakim był niedobór konserwatywnych kadr, na tyle poważny, że przy zatrudnianiu urzędników do Białego Domu on sam musiał korzystać z zasobów Demokratów. Już zupełnie nie wiemy, czemu jego think tank fundował stypendia na najlepszych uniwersytetach nie tylko konserwatywnej młodzieży, ale i demokratycznej, która rokowała jakieś intelektualne nadzieje. Ale po 20 latach absolwenci sieci tanków Reagana nie tylko zmietli z powierzchni ziemi skansen konserwatyzmu Thatcher na rzecz tzw. konserwatyzmu współczującego, ale też sprawili kłopot Demokratom. Okazało się bowiem, że - wbrew różnicom poglądów - młodszemu pokoleniu Demokratów jest percepcyjnie i językowo bliżej do młodych konserwatystów, niż mamutów z własnej partii. Dlatego Bush rządził pełne dwie kadencje.

Rewolucja potrzebna od zaraz

Światowa lewica nie ma żadnego kryzysu, przeciwnie, Demokraci najprawdopodobniej wygrają najbliższe wybory, a to da natychmiastowy impuls także w Europie. Kryzys, owszem, jest, ale wynika z procesów globalizacyjnych, a nie jakiejś szczególnej lewicowości czy prawicowości tych, którzy o nim myślą. Wszyscy, i lewica, i prawica, mają taki sam problem z nowym porządkiem świata i koniecznością ułożenia na nowo relacji między powszechnością i dostępnością świata a obroną lokalnej tożsamości i unikalności. Lewicowe życie intelektualne w Polsce kwitnie. Wszelkie badania opinii publicznej wskazują na rosnącą popularność postulatów lewicowych, co w ostatnich wyborach ujawniło się nawet w cudotwórczych zapędach Platformy Obywatelskiej. Bogactwo środowisk, grup, publikacji. Ale dla polskiej, partyjnej lewicy nic z tego nie wynika. Może i mają jakąś świadomość, że siedzą w bardzo chybotliwej łodzi, niemniej sygnału, że się na te środowiska otworzą, brak. Wysyłanie lektorów w teren i hodowla brojlerów nie są alternatywą dla życia intelektualnego... I będzie miało dokładnie taki sam skutek, jak - swego czasu - wykłady z marksizmu -leninizmu w podstawowych organizacjach partyjnych PZPR w zakladach pracy.

"Rewolucja potrzebna od zaraz" - pisze Sławomir Sierakowski (Newsweek, nr 3/08) - "...polityków takich jak Józef Pinior czy Marek Balicki nie powstydziłaby się żadna lewicowa formacja w Europie. Tym niemniej konieczną zmianę w LiD wiązać należy raczej z młodszym pokoleniem. Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski zrobili błąd: zamiast odmłodzić partię, sami postarzeli się o 20 lat. Błąd zrobili też Jerzy Szmajdziński, Krzysztof Janik, Marek Borowski i Aleksander Kwaśniewski, zachowując się jak pies ogrodnika - sami już nie mają siły, ale wolą pójść razem na dno, niż ożywić partię. Tak poważni politycy, którzy sprawowali najważniejsze funkcje w państwie i przeszli już werdykty wyborcze, mogą nie przejść najważniejszego - werdyktu historii. Zamiast być akuszerami lewicy w Polsce, mogą zostać zapamiętani jako jej grabarze..."

Mantra dla lewicy

Zbliża się 40 rocznica Marca68. Zapraszamy wszystkich 30 stycznia o godzinie 21.00 pod pomnik Adama Mickiewicza, niezależnie od wieku, zapatrywań, czy politycznej przynależności. Po spektaklu "Dziadów" w Teatrze Narodowym złożymy tam kwiaty, zapewne bardzo wzruszeni. Drogi byłych marcowców się dawno rozeszły. Jedni są dziś na lewicy, inni na prawicy. Jedni się lubią, inni darzą nawzajem niechęcią. Szczęśliwie żyjemy w innych czasach i innych nastrojach, nie grozi nam ani Golędzinów, ani policja polityczna.

Kiedy człowiek się zastanawia, co ewentualnie miałby do przekazania z własnych doświadczeń, okazuje się, że bardzo niewiele. Ale chyba jest coś, o co warto zadbać. To coś, co połączyło grupę Nowe Formy z Kicaka jeszcze przed Marcem, a potem tajemniczo objawiało się w kolejnych pokoleniach opozycji. To gotowość uczenia się nowych rzeczy zawarta w mantrze "jeśli ktoś powtarza za innym, to jest podejrzany". W rozmaitych ustach "wolność człowieka i solidarność między ludźmi" bywa tylko mgławicowym komunałem i zawsze się można wykręcić od wszelkiej odpowiedzialności za realizację powiadając, "ja to rozumiem inaczej niż ty". Za to każdy potrafi odróżnić, czy rozmawia z kopią, czy z oryginałem. Nigdy brojler nie będzie liderem politycznym. Sierakowski zarzucił Olejniczakowi, że zamiast odmłodzić partię, się postarzał o 20 lat, ale co to za zarzut. Zależy, kto jakie odmładzanie ma na myśli. Olejniczak miał tą partię odmienić, a skopiował co było. Ze w nieco młodszym wydaniu, to co z tego?

Jest też inny praktyczny skutek stosowania mantry z Kicaka. Jeśli ktoś stosuje ją w życiu, to ma szansę nie upaść ze stanu intelektualisty do stanu lektora propagitu, a to jest konkret.

[mirror na Salonie24]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 15 września 2007

Trzy dziewczynki pod liśćmi paproci

Matka była w takiej desperacji aby uratować swoje dzieci, że trójka z nich zmarła. Ale przeżylo jedno. Człowiek nie chce sobie wyobrażać tej drogi przez Bieszczady, choć obrazy same się pchają przed oczy.
Koci gułag.

Szacunek dla Rokity za jego ostatnie słowa jako polityka. Nim też wstrząsnęło. Ale to nie tylko Rosja. UE milczy, bo dba o regularność dostaw gazu. Uszczelnianie granic UE....

Tylko dlaczego Polacy muszą przeżywać takie horrory?

Racjonalizm bez serca jest straszny. Trzeba się przestać bać wyrazu empatia.

Jedna nawet nie miała butów.
Świeczkę dla każdej
['] ['] [']

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 14 września 2007

Ostatni dzwonek dla SLD żeby wystąpić z LiD

Kiedy okazało się, że łączone wyniki Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony są gorsze, niż przy samodzielnym starcie, Lepper pożegnał się z LiS. Teraz identyczną decyzję musi rozważyć Olejniczak co do LiD. Kwaśniewski okazał się niewypałem. Nie tylko dlatego, że „jego osobista popularność nie przekłada się na wyniki wyborcze LiD”, jak to elegancko ujął Leszek Miller w „Dzienniku” z 13 września 2007, ale też dlatego, że popularność Kwaśniewskiego ostatnio jest naznaczona coraz wyraźniejszym odcieniem negacji także w lewicowym elektoracie. Nie tylko dzięki wywiadowi dla niemieckiego "Vanity Fair", w którym inspiruje inne państwa do interwencji w Polsce. Polityka nie znosi śmieszności. Zły to szef sztabu wyborczego, z którego śmieją się, że nad pracę nad wygraną swojej partii przedkłada zarobienie 100 tys dolarów na kolejny ekstrawagancki zegarek. Na pewno swoim przykładem nie zmobilizuje elektoratu, także przecież posiadającego rozmaite zajęcia, choć może nie tak dochodowe.

W jednym z wystąpień na antenie TVP3 politolog z Uniwersytetu Śląskiego dr Marek Migalski stwierdził, że w tych wyborach spodziewa się wyższej frekwencji niż w ostatnich. Prognozował, że nawet około 48 proc uprawnionych do głosowania może się stawić przy urnach. Nie tylko dlatego, że wyborcy – wbrew ich własnym deklaracjom na rzecz polityki spokojnej i zrównoważonej – lubią polityczne jatki i chętniej skłonią się do stawienia przy urnie dzięki awanturom niż dzięki nudnym, niemedialnym debatom. Migalski spodziewał się też powrotu elektoratu lewicowego, który, jego zdaniem, w poprzednich wyborach został w domach, obniżając ogólną frekwencję, zniechęcony do afer gospodarczych rządu Millera oraz podziału formacji na SDPL i SLD. Zdaniem Migalskiego, elektorat ten ma teraz LiD -jednolite ugrupowanie, na które może głosować, więc do urn wróci. I tu się chyba myli.

Jeśli dzisiaj jakieś napięcia między zwolennikami SDPL a SLD istnieją, to nie są one wynikiem dramatycznych różnic programowych. Wspólny start obu ugrupowań z jednej listy nie budzi światopoglądowych zastrzeżeń, tu Migalski mógłby mieć rację, że taka lista dostałaby wyborczą „premię” za współpracę. Ale inaczej mają się sprawy mariażu SLD z byłą Unią Wolności, która własnego elektoratu już właściwie nie posiada. Elektorat lewicowy, wychowany na antybalcerowiczowskiej retoryce, może nie mieć chęci, by głosować na listę z ludźmi Balcerowicza.

Rafał Ziemkiewicz ironizuje w swoim blogu po konwencji programowej lewicy „Otóż, proszę państwa, mówiono na tej konferencji (przypomnę: programowej) o szeregu bardzo ważnych, konkretnych, programowych postulatów lewicy: normalności, obronie demokracji, przewadze urody działaczy LiD nad działaczami PiS. Ale nie powiedziano ani słowa o sprawiedliwości społecznej, wyrównywaniu szans, podnoszeniu zasiłków etc. Proszę państwa, to był pierwszy w RP zjazd liczącej się partii politycznej bez socjalnej demagogii! Oby wszyscy wzięli z lewicy ten przykład.” Z sumy programów Unii Wolności i SLD wychodzą co najwyżej politycy ładnie opaleni pod kwarcówką. Lewicowemu elektoratowi coraz bliżej do opinii Ziemkiewicza czy Millera, który powiada, że "samo SLD dzisiaj dostałoby tyle samo co LiD, albo nawet więcej głosów", niż do optymistycznej opinii Migalskiego, a o mobilizacji potencjalnych wyborców LiD oraz ich chęci pójścia do urn świadczą najlepiej wyniki badań opinii publicznej, które umiejscawiają tą koalicję na granicy wejścia do parlamentu.

Czas na decyzje się kurczy. Olejniczak stoi przed dramatycznym wyborem. Może brnąć w to, co jest, licząc, że jednak jakoś uda się pokonać próg wyborczy dla koalicji, choć to się wydaje coraz bardziej wątpliwe. Albo SLD może zdecydować się na wystąpienie z LiD i rejestrację własnej listy, którą skonstruuje tak, by dostać od swoich wyborców premię za współpracę, a nie naganę za nijakość. Czy to pozwoli lewicy przetrwać w Polsce? Nie. Bez bardzo radykalnych zmian i tak będzie to ich ostatnia kadencja parlamentarna. Ale liczenie na to, że „jakoś to będzie” może spowodować, że zabraknie nawet tej ostatniej kadencji.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 8 września 2007

Sun Tzu, sztuka walki

Sięganie po nagą przemoc jest zawsze oznaką końca jakiejś formacji. Tak było z Jaruzelskim. Sięganie po fałszerzy pieczątek i zeznań jest przemocą w warunkach demokratycznych, oznaką końca formacji LiD-GW. Ale to nie zmienia obrazu społecznego, że rozmaite elektoraty istnieją i jakoś się będą organizować.

Dziennik opublikował bardzo interesujące badanie opinii publicznej na temat numerków RP. Respondenci odpowiadali, czy się opowiadają za II, III, IV RP czy może by chcieli V RP. Najwięcej pozytywów było dla V RP, najmniej - dla III RP. I to jest realna sytuacja formacji LiD-GW.

Sun Tzu powiada: szczur, zapędzony do narożnika, będzie gryzł. Nie zapędzaj wroga na pole śmierci. Jeśli go okrążyłeś, otwórz furtkę, przez którą część ucieknie. Przyjmij przysięgę żołnierzy wroga, a po przysiędze traktuj jak swoich. Włącz ich w odbudowę państwa.

Mihnikoidy teraz bronią Stalingradu.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

Cimoszewicz obnaża prawdę o formacji LiD- GW

Zdumiewająca to formacja. Michnik pisze o totalitaryzmie, Szymczycha powtarza jako stanowisko swojej partii. Olejniczak postuluje kontynuowanie obrad sejmu po jego rozwiązaniu, argumentując tymi samymi słowami, co dzień później Beylin, który pisze to samo jako stanowisko redakcji GW. Mniejsza, że to już w zasadzie ujednolicona formacja. Ale dziennikarstwo polega na tym, ze jeśli dziennikarz powtarza po Olejniczaku, to powinien napisać, kto jest źródłem, bo inaczej zachodzi podejrzenie, że kradnie cudze opinie, jako, że na własne go nie stać. Jeśli chodzi o przemówienie Szymczychy przy wniosku o rozwiązanie parlamentu, to niekoniecznie ukradł tekst z GW. Możliwe też, że Michnik został pisarzem jego przemówień. Sądząc po ujednoliceniu argumentacji nawet w warstwie językowej, Michnik i Sżymczycha to coś dużo więcej niż bliźniacy jednojajeczni. Nie tylko mówią to samo, ale nawet tymi samymi słowami. Albo więc rozwinęli w sobie zmysł telepatii, albo to casus dwa ciała, jeden mózg.

Tymczasem Cimoszewicz zdecydował się na start w wyborach do senatu jako kandydat niezależny z okręgu podlaskiego. LiD zapowiedział, że będzie go popierać, a on sam, że nie weźmie udziału w krajowej kampanii LiD. Co się kryje pod elegancją tej zapowiedzi?

Jarucka, Kaczmarek i pułkownicy z PO. Warto tu sobie przypomnieć dziadka z Wermahtu, za którego Kurski zapłacił odsiadką w tylnych ławkach PiS, mimo, że zrobił tej partii świetną, wygraną kampanię, i mimo, że normalną praktyką jest nagrodzenie takiego sztabowca jakąś funkcją po wygranych wyborach, choćby stanowiskiem rzecznika rządu. Ale się posłużył niesprawdzoną informacją. Choć potem okazała się prawdziwa, to wystarczyło. Ostra walka nie polega na podawaniu elektoratowi fałszywych informacji, tylko na zręcznym wykorzystywaniu prawdziwych i sprawdzonych.

To nie LiD umożliwił Cimoszewiczowi powrót na scenę, tylko marszałek Dorn. Formacja LiD-GW zachowuje się bardzo niehonorowo nie tylko wobec przeciwników, ale i swoich. Ostatnio mieli mnóstwo okazji, aby przypomnieć, w jaki sposób zniszczono najpoważniejszego kandydata lewicy na prezydenta, ale nie zrobili tego. Przeciwnie.

W każdym demokratycznym państwie istnieją elektoraty prawicowe i lewicowe, a stad wynika, że mają prawo istnieć politycy, którzy je organizują. Stabilne sceny polityczne posiadają coś w rodzaju consensusu co do podstaw politycznych własnego państwa. Jednym z podstawowych elementów tego consensusu jest, że nie wolno ani oszukiwać elektoratu, ani fałszować wyborów. Niech wygrywają lepsi. Formacja GW-LiD tego consensusu nie przestrzega, bo inaczej nikt i nic nie skłoniłoby ich do gry pod dyktando pułkowników. To jest surrealistyczne, kiedy ekscytują się wypowiedzią Havla o obserwatorach - póki co, jedynymi fałszerzami po 89 roku są co pułkownicy z PO i ich Kaczmarek. Aktualni herosi Gazety Wyborczej. Jarucka i Kaczmarek to coś więcej, niż niesprawdzona informacja. To polityka w stylu Putina. Consensus przyszłej sceny politycznej powinien takich ludzi zupełnie wykluczyć z życia publicznego.

Ktoś z lewicowych wyborców stwierdził, że widocznie Cimoszewicz ma na sumieniu jakieś machlojki, skoro się wtedy wycofał. Oczywiście nie wiemy, ale bardziej prawdopodobne jest, że się przestraszył tekstu Michnika o nadciągającym totalitaryzmie i możliwych katastrofach, tyle że wtedy Michnikowi chodziło nie o PiS, a właśnie o tych pułkowników z PO. Możliwe więc, że się Cimoszewicz przestraszył wizji putinowskiej polityki, ataku na własną rodzinę i niepewnością, do jakiego punktu mogą się jego wrogowie posunąć – szczególnie jeśli się uwzględni, że putinowska polityka polega też na zabijaniu dziennikarzy i truciu wrogów plutonem lub innymi substancjami – patrz wybory na Ukrainie. I właśnie ludzie, którzy aż tak potrafią przestraszyć, są dziś herosami LiD-GW. Natomiast przewaga PiS w sondażach i wynikająca z niej wizja prokuratorów Ziobry jakoś Cimoszewicza do startu nie zniechęca.
Cimoszewicz, wraz z jego radykalnymi opiniami niechętnymi wobec PiS, tak naprawdę zupełnie tej partii nie przeszkadza. Przeciwnie. Organizuje elektorat, który i tak by na PiS nie głosował. To nie nieprzychylne opinie spowodowały kryzys rządowy, tylko fałszywe zeznania Kaczmarka. Jeśli się Cimoszewiczowi uda wygrać wybory w swoim okręgu, to w senacie może pojawić się kolejny człowiek, który będzie przestrzegał consensusu, ale po stronie przeciwników PiS. I o to chyba chodzi: ustabilizowanie sceny politycznej wokół nowego consensusu. Oczywiście, o ile będzie postępował zgodnie z własnym, życiowym doświadczeniem.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

czwartek, 6 września 2007

Starotestamentowa Polska

To dobrze czy źle, że Polska jako jedyny kraj europejski opowiada się przeciwko ustanowieniu Europejskiego Dnia przeciw Karze Śmierci? - pyta Bogna Janke. Sądząc po odpowiedziach o "urojeniach socjalistycznego eurokołchozu", powinna konsekwentnie zadać swoim respondentom następne pytanie, czy uważają, że Polska jest jedynym państwem w Europie, w którym mieszkają chrześcijanie?

Argumenty, że tylko lewica może być przeciwko karze śmierci, są chyba refleksem jakieś mentalnej i moralnej zapaści, w którą popada polskie społeczeństwo. Kodeks Hammurabiego jest mniej więcej takim samym wyrazem cywilizacji jakości życia, o której ostatnio się wypowiadał obecny papież, jak i oparty na Koranie kodeks republik islamskich.

Przerażające, że w XXI wieku można szukać uzasadnień moralnych dla kary śmierci w Starym Testamencie, spisywanym, mówiąc oględnie, w czasach, które minęły jeszcze dawniej niż czasy, gdy powstawały te fragmenty Koranu, które zalecają kamieniowanie niewiernych żon i podrzynanie gardeł niewiernym.

Nasza odpowiedź na pytanie, które sugerujemy Bognie Janke, brzmi następująco: nie, Polska nie jest jedynym państwem europejskim, w którym żyją chrześcijanie. Przeciwnie, jest jedynym, które przebywa mentalnie w czasach, gdy Chrystus się jeszcze nie narodził. A skoro się nie narodził, to logiczną konsekwencją tego stanu rzeczy jest, że ani jednego chrześcijanina w Polsce nie ma.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 1 września 2007

Jaki parlament byłby najlepszy z możliwych? (wizja konstruktywna)

Lewica głosuje na PiS! Elektorat PO głosuje na LiD! Brzmi jak political fiction, ale taki scenariusz na najbliższe wybory ma wcale racjonalne przesłanki, pod warunkiem, że jego realizację powierzymy wyborcom, a nie klasie politycznej, że sami wyjdziemy z założenia, że z wyborcami warto dyskutować, bo lewicowy elektorat równie rzadko miewa okazję do rezydowania w hotelu Ritz w Waszyngtonie, jak elektorat PO do ucałowania pierścienia Największego Płatnika.

Wreszcie, że namawianie wyborców do takiego scenariusza rozpoczniemy od postawienia sobie i pozostałym wyborcom pytania, jak powinien wyglądać parlament najlepszy w takich warunkach i przy takiej klasie politycznej, jaką każdy na własne oczy widzi? No to postawmy.

Lewica głosuje na PiS!

Lewica nie jest na etapie walki o władzę. Lewica jest na etapie wyzwalania się z okowów pseudolewicy opisanej tu - oraz ze szponów pułkowników z PO (Brochwicz i Miodowicz),którzy w poprzednich wyborach wykończyli najpoważniejszego kandydata lewicy - Cimoszewicza, torując tym sposobem drogę Donaldowi Tuskowi do drugiej tury wyborów prezydenckich. Najwyraźniej samemu PO wyszło, że ich kandydat jest tak słaby, że nie ma szans przejść do drugiej tury bez fałszowania dokumentów, Jaruckiej i ataku na rodzinę Cimoszewicza - inaczej by po pułkowników nie sięgali. Zdaje się, że dzisiaj im to samo wychodzi. Ale lewica zmądrzała. Trzeba się pozbyć przynajmniej fałszerzy wyborów. Dlatego w tych wyborach lewica zagłosuje na PiS, żeby dać PiSowi rząd większościowy, a prokuratorom Rzeczpospolitej czas na posprzątanie sceny politycznej i jej obrzeży z pułkowników.


Elektorat PO głosuje na LiD!

Nie ma politycznej alternatywy dla PiS, dlatego, że w Polsce nie ma innej partii politycznej. A to już bardzo poważny problem strukturalny, bo w stabilnym systemie muszą być przynajmniej dwie konkurencyjne partie. Bez konkurencji każda partia gnuśnieje, szybko się deprawuje i PiS po iluś latach sprawowania władzy mógłby się stoczyć nawet do poziomu PO. Partii nie ma, ale jest Front Obrony Przestępców, opisany tu, który w okresie przejściowym mógłby pełnić funkcję surogatu opozycji - wszakże pod warunkiem, że będzie mniej zjednoczony niż obecnie. Idealnym rozwiązaniem jest podzielenie go na dwie, mniej więcej jednakowo liczebne frakcje, konkurujące między sobą o względy Największego Płatnika. Nie ma żadnych przeszkód światopoglądowych z głosowaniem na LiD: oni są lepszą prawicą niż kiedykolwiek byli lewicą, o czym najlepiej świadczy fakt, że to jedyne ugrupowanie w Polsce, które stać na apartament w waszyngtońskim Hotelu Ritz na sztab wyborczy. Dlatego przed właściwym glosowaniem każda rodzina wyborców PO głosuje między sobą na zapałkach, czy mąż głosuje na PO a żona na LiD, czy odwrotnie.

Po wyborach PiS rządzi, prokuratorzy osaczają pułkowników, Zjednoczony Front Przestępców kłóci się między sobą o przychody zmniejszone z powodu pobytu Największego Płatnika na przedłużonych wakacjach na Morzu Śródziemnym, a partia opozycyjna ma 4 lata na to, by się zorganizować i postrzelać sobie do władzy, ale zupelnie innej jakości kulami niż te, które obecnie świszczą w powietrzu.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie?

Bronisław Komorowski i Ryszard Kalisz powoływali się na art 19 ustawy o CBA twierdząc, że jest w nim zawarty zakaz informowania o tajnej akcji kogokolwiek oprócz ministra Ziobry oraz - domyślnie - za każdym razem, kiedy sugerowali, że właściwym źródłem przecieku jest ktoś, od kogo Kaczmarek się dowiedział. Łżą. W (cytowanym poniżej) artykule 19 taki zakaz nie istnieje. Jest tylko zapis, kogo szef CBA ma obowiązek na bieżąco informować. Kaczmarek miał certyfikat uprawniający go do dostępu do największych tajemnic państwa, ale też wprost nakazujący mu dochowanie tajemnicy, nie rozróżniając przy tym sposobów nabywania wiedzy tajnej na takie, które go przestrzegania tajemnic zobowiązują, i takie, które by go z tego obowiązku zwalniały. O przecieku można mówić dopiero, gdy wiedza o akcji CBA dostaje się w ręce osób nie posiadających takich uprawnień.

Dlatego to Kaczmarek jest źródłem, obojętnie, czy dowiedział się przez przypadek, czy też został poinformowany, oraz obojętnie, kto i z jakich przyczyn go informował. W świetle materiałów przedstawionych przez prokuraturę jest to raczej oczywiste. Innego źródła nie ma, pojawia się za to pytanie o rolę polityków w tej sprawie. Do jakiego momentu działania opozycji są normalną praktyką demokratycznego państwa, a kiedy stają się pomocą w mataczeniu i utrudnianiu śledztwa? Bezprzykładna presja, w tym oskarżenia, że prokuratura bierze faktycznie udział w zamachu stanu, wymusiły na prokuraturze ujawnienie większości materiału dowodowego zanim przesłuchali ostatnią z osób, Ryszarda Krauze. Prokuratorzy, pytani na konferencji, czy im to utrudni postawienie zarzutów Krauzemu, powiedzieli, że nie, gdyż pan Brochwicz, adwokat Kaczmarka, jest też członkiem rady nadzorczej jednej ze spółek Krauzego i w tej sytuacji nie można liczyć, że Krauze będzie nieświadomy co do bieżącego stanu śledztwa.

Ale pan Brochwicz jest też wymieniany jako jeden z pułkowników związanych z Platformą Obywatelską, których paskudna akcja z Jarucką swego czasu wyeliminowała z gry jedynego poważnego kandydata lewicy, Włodzimierza Cimoszewicza, torując drogę Tuskowi do drugiej tury i starcia z Lechem Kaczyńskim. Powstaje więc pytanie, czy Bronisław Komorowski samodzielnie wymyślił argument o artykule 19, czy też mu go ktoś zasugerował, a jeśli tak, to kto? Na ile komentatorzy z PO są samodzielni w tym, co mówią, na ile pomagają koledze z własnej partii, i na ile konsultują swoje wypowiedzi i działania publiczne z adwokatem osób, którym postawiono zarzut kłamstwa w śledztwie?

Jeśli nacisk na prokuraturę po prezentacji się zmniejszył, to niewiele. Wg. Dziennika Bronisław Komorowski miał powiedzieć "To było niebywałe zjawisko. Forma procesu pokazowego jak za najgorszych czasów. To potwierdzenie przypuszczenie o uwikłaniu prokuratury w układ partyjno-polityczny." To oskarżenie jest niewiele słabsze od oskarżenia o zamach stanu. Od początku afery Kaczmarka trwa też bardzo ostra presja na dziennikarzy komentujących inaczej, niż tego by chciała opozycja. Pojawiają się jakieś listy nazwisk i oskarżenia niewiele słabsze niż te pod adresem prokuratury.

I tu ponownie docieramy do tytułowego, kontrowersyjnego pytania. Kiedy polityka staje się mataczeniem w śledztwie? To znaczy, do jakiego momentu krytyka instytucji państwa i sposobu ich działania jest żelaznym, konstytucyjnie zagwarantowanym prawem polityka do wolności słowa, wykonywaniem obowiązków poselskich, i czy powinna istnieć jakaś prawna granica korzystania ze swobody wypowiedzi poselskiej? Innymi słowy, czy jest wyobrażalna sytuacja, by można było zgłosić do Komisji Etyki Poselskiej wniosek o pozbawienie jakiegoś posła immunitetu celem postawienia mu zarzutu utrudniania pracy prokuratury, mataczenia w śledztwie, etc., poprzez wpływanie na opinię publiczną środkami, jakie ma do dyspozycji każdy poseł? Czy, a jeśli tak, to od kiedy krytyka staje się wykorzystywaniem własnej pozycji do zwyczajnego zastraszania?

W "Tańcu chochołów" pisaliśmy o tytule komentarza Mirosława Czecha w Gazecie Wyborczej "Musi być sąd nad PiSem." Autor sądzi, że ów sąd powinien się odbyć "dla ukarania winnych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców". Histeria to li tylko, czy już pogróżka, element presji? Słowa jakiegokolwiek dziennikarza mają zupełnie inną moc niż słowa polityka, który za miesiąc może rządzić państwem. Ale kiedy zbierze się słowa polityka i słowa dziennikarza do jednego koszyka, to pojawia się pytanie, czy przypadkiem nie są to słowa zbyt ostre, oraz pojawia się myśl, że jednak mogą one mieć znaczący wpływ na tok śledztwa oraz na relacje medialne. Ile musi mieć odwagi cywilnej prokurator, żeby się podpisać pod jakimkolwiek protokołem z przeprowadzanych czynności procesowych, jeśli czytając gazety i oglądając telewizję zastanawia się, ile lat może posiedzieć w więzieniu za udowodnienie Kaczmarkowi, że skłamał pod przysięgą? A dziennikarz, co napisze w swojej relacji, kiedy jego koledzy po fachu praktykują wolność słowa apelując o przykładne kary dla myślących inaczej niż on sam?



- - - -



Art. 19. 1. W sprawach o przestępstwa określone w art. 17 ust. 1, czynności operacyjno-rozpoznawcze zmierzające do sprawdzenia uzyskanych wcześniej wiarygodnych informacji o przestępstwie oraz wykrycia sprawców i uzyskania dowodów mogą polegać na dokonaniu w sposób niejawny nabycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub obrót są zabronione, a także przyjęciu lub wręczeniu korzyści majątkowej.

2. Szef CBA może zarządzić, na czas określony, czynności wymienione w ust. 1, po uzyskaniu pisemnej zgody Prokuratora Generalnego, którego bieżąco informuje o przebiegu tych czynności i ich wyniku.

3. Czynności określone w ust. 1 mogą polegać na złożeniu propozycji nabycia,zbycia lub przejęcia przedmiotów pochodzących z przestępstwa, ulegających przepadkowi, albo których wytwarzanie, posiadanie, przewożenie lub którymi obrót są zabronione, a także złożeniu propozycji przyjęcia lub wręczenia korzyści majątkowej.

4. Czynności określone w ust. 1 nie mogą polegać na kierowaniu działaniami wyczerpującymi znamiona czynu zabronionego pod groźbą kary.

5. W przypadku potwierdzenia informacji o przestępstwie określonym w art. 2 ust. 1 pkt 1 Szef CBA przekazuje Prokuratorowi Generalnemu materiały uzyskane w wyniku czynności z wnioskiem o wszczęcie postępowania karnego. W postępowaniu przed sądem, w odniesieniu do tych materiałów, stosuje się odpowiednio przepis art. 393 § 1 zdanie pierwsze ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. - Kodeks postępowania karnego.

6. Prezes Rady Ministrów określi, w drodze rozporządzenia, sposób przeprowadzania i dokumentowania czynności, o których mowa w ust. 1. Rozporządzenie powinno, uwzględniając niejawny charakter czynności, określić sposób przechowywania, przekazywania i niszczenia materiałów i dokumentów uzyskanych lub wytworzonych w związku z realizacją czynności, o których mowa w ust. 1, a także określać wzory stosowanych druków i rejestrów.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 25 sierpnia 2007

Imponujący Ludwik Dorn

Cała obecna sesja parlamentu jest wielkim pokazem klasy maratończyka Ludwika Dorna, kapitana sejmowego okrętu, zataczającego się na falach politycznego cyklonu. Ponoć miał swego czasu wątpliwości, czy to stanowisko przyjąć, ale teraz robi to, co kapitan robić powinien w w trakcie katastrofy. Przywiązał się do koła sterowego i - wbrew strugom deszczu w twarz, falom zalewającym pokład i oporowi pijanej załogi - pilnuje kursu na głosowanie o samorozwiązaniu w dniu 7 września. Obraz tym barwniejszy, że rzecz się dzieje pod nocnym, warszawskim niebem, przez które niedawno przetoczyły się wielce malownicze chmury burzowe. Im dłużej ten spektakl trwa, tym bardziej widać, jak wielką dysponuje siłą psychiczną oraz fizyczną determinacją, i tym większą zdobywa sympatię publiczności zgromadzonej przy telewizorach. Jak to się dzieje zawsze, gdy jakiś samotnik stawia czoła watasze wilków mimo, że już powinien dawno paść.

W grze nerwów i na czas opozycja ma sporo środków do dyspozycji. Między innymi może domagać się przerw, nadzwyczajnych konwentów, wprowadzenia dodatkowych tematów do dyskusji. Może w zorkiestrowany sposób powiększać chaos. Jeśli parlament nie zdoła przeprocedować niezbędnych ustaw do 7 września, to może się pojawić uzasadnienie, aby odłożyć głosowanie nad wcześniejszymi wyborami na później lub ewentualnie w ogóle z niego zrezygnować. Opozycja może liczyć, że pojawią się jakieś nowe możliwości obalenia tego rządu i sformowania własnej większości bez skracania kadencji. Z całą pewnością taka sytuacja byłaby na rękę Samoobronie i LPR, partiom, które najprawdopodobniej po tych wyborach znikną z parlamentu, oraz SLD, które dzisiaj ma niższe notowania niż kiedyś, a w niektórych sondażach balansują na skraju progu wyborczego.

Nocne akcje opóźniające organizował Bronisław Komorowski z PO, mimo że jego partia oficjalnie deklaruje poparcie dla wcześniejszych wyborów. Składał wnioski o przerwy, w tym o przerwę do wtorku, motywując ją zmęczeniem posłów. W wywiadzie udzielonym prawie o czwartej nad ranem oskarżył Dorna i PiS o manipulację, gdyż z braku quorum (wielu posłów PiS było nieobecnych) nie udało mu się tego wniosku przegłosować. Zapowiedział, że takie wnioski będą dalej składane, i że postara się zmobilizować partie opozycyjne do przyjścia na salę. „Zobaczymy, kto kogo przetrzyma” - powiedział.

My już wiemy, kto. Z pokładu ostatni schodzi kapitan. Tu też tak będzie.

***

Po wyczerpującym dniu parlamentarnej awantury o opowieści Janusza Kaczmarka przed sejmową speckomisją o godzinie 23 Dorn rozpoczął czytanie na głos 400 stron stenogramu z pierwszego spotkania speckomisji z Kaczmarkiem. Wcześniej odmówił mu tego przewodniczący speckomisji Paweł Graś, stwierdzając, że ze względu na klauzulę tajności odpowiedzialność jest potężna, więc nie widzi możliwości, żeby on to odczytał. Czytanie zakończyło się o 3 nad ranem. Opozycja zażyczyła sobie przeczytania drugiej części stenogramu właśnie we wtorek, ale Dorn ogłosił godzinną przerwę, przed 3.30 spotkał się z dziennikarzami, poinformował że idzie się odświeżyć i zapoznać z kolejnymi 90 stronami stenogramu, aby usunąć z niech fragmenty opatrzone klauzulą tajności. I, że będzie czytał dalej. Nikt nie śmiał mu zadać choćby jednego pytania. Zostawił za sobą narzekającego na zmęczenie Bronisława Komorowskiego i posłów opozycji o wymiętych twarzach, chyłkiem wymykających się do łóżek.

***

Opozycja myśli, że zbija kapitał polityczny rozkręcając awantury, składając przeciwko Dornowi wnioski do prokuratury czy o odwołanie z pozycji marszałka. Jest przeciwnie. Im więcej oskarżeń, tym mniej wiary widzowie pokładają w każde z nich i tym łatwiej dostrzec, że oskarżającym raczej nie chodzi o treść ataku, a jego obiekt. To jest spektakl, który ma bardzo szeroką publiczność. Swego czasu widownia afery Rywina pragnęła obalić III RP tym mocniej, im więcej widziała w TV pulchnych ludzi opowiadających znudzonym głosem o kopertach z milionami, jakie krążą pod politycznym stołem. I obaliła III RP miażdżącą większością głosów: pomijając SLD, do parlamentu dostali się politycy deklarujący wolę walki z korupcją. Dzisiejsza widownia ma dość tego parlamentu, chce wyborów jak najszybciej i tym lepsze znajduje dla nich uzasadnienie, że ci wątpiący w istnienie dziwnych, nieformalnych struktur, działających poza, lub na pograniczu prawa, teraz je zobaczyli na własne oczy.

Posiedzenia parlamentu wyglądają jak teatr kukiełek, odgrywających wyznaczone role. Znowu na horyzoncie pojawili się pułkownicy Miodowicz i Brochwicz, związani z Platformą Tuska. Ich paskudna akcja z Jarucką i sfałszowanymi dokumentami wyeliminowała z gry jedynego poważnego kandydata lewicy, Włodzimierza Cimoszewicza, torując drogę Tuskowi do drugiej tury i starcia z Lechem Kaczyńskim. Tak jak wtedy, Tusk pozostaje dziś w cieniu, a na czoło komentatorów wypowiadających się w imieniu PO wysuwa się Bronisław Komorowski.

"Pamiętam, jak w sposób obrzydliwy załatwiono kandydaturę Włodzimierza Cimoszewicza w 2005 roku. Pamiętam, jak brał w tym udział pan Wojciech Brochwicz, obecnie pełnomocnik prawny Janusza Kaczmarka. Nie pozwolę, aby przy pomocy podobnych, brudnych, ubeckich zagrań, rozgrywano kampanię wyborczą" - powiedział wczoraj Dorn. Tą wypowiedź wszystkie stacje wielokrotnie później powtórzyły, a cała Polska usłyszała i zapamiętała. W przerwie między czytaniami PiS zaapelował do przewodniczącego speckomisji Pawła Grasia, aby odtajnił stenogram, aby można go było udostępnić dziennikarzom. Bronisław Komorowski zapytany nad ranem, czy PO podtrzymuje wolę przegłosowania samorozwiązania sejmu w dniu 7 września, odparł, że „stanowisko PO jest niezmienne: domagamy się komisji śledczej. Dzisiaj złożymy wniosek o odwołaniei ministra Ziobro”.

Skoro Brochwicz już zajęty, to zapewne kandydatem na przedstawiciela PO w tej komisji jest pułkownik Miodowicz....

***

To była długa noc. Ale jednak nie Nocna Zmiana. Kibicujemy Dornowi w parlamencie i PiSowi wszędzie gdzie indziej. Coś takiego warto będzie pamiętać.

mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 24 sierpnia 2007

Taniec chochołów

Tam u nich wszystko jest pseudo... Michnik, pseudomoralista bez zasad. Kwaśniewski, pseudowykładowca bez dyplomu. Frasyniuk, pseudoprzywódca bez partii. Olejniczak, pseudoeuropejczyk bez języków. Elity, twórcy i dzieci III RP, czyli -"republiki demokratycznej - gdzie wszyscy obywatele mieli równe prawa, gdzie obowiązywała niezawisłość sądów powszechnych i Trybunału Konstytucyjnego,.. gdzie kompromis i tolerancja były cnotami, a fanatyzm i mściwość pozostawały w niełasce." Ten nostalgiczny opis Michnika wystarczy w kilku miejscach uzupełnić o "pseudo", a fałszywa nuta przestanie nam brzęczeć w uchu i stanie się w ogóle zrozumiałe, dlaczego wyborcy tak masowo się od tego raju odwrócili plecami.

Właśnie widać, jak Wraca Nowe. Powrot do raju powszechnej tolerancji i braku mściwości wyznacza tytuł artykułu Mirosława Czecha w Gazecie Wyborczej "Musi być sąd nad PiSem". "Patologie PiS-owskiego rządzenia muszą być ujawnione i napiętnowane." - nawołuje autor - "Dobro Polski wymaga, by opinia publiczna poznała prawdę o bohaterach tej opowieści i ich metodach. Dla ukarania winnych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców." Sam język tego tekstu sytuuje się w pobliżu języka propagandy komunistycznej z okresu PRL-u, czyli nowomowy. Dla dobra Polski, w całym okresie istnienia PRL, zawsze należało ujawnić zasłuchanemu ludowi prawdę o wrogich knowaniach sługusów imperializmu, kosmopolitów i burzycieli ładu i porządku społecznego, właśnie dla ukarania innych i ku przestrodze potencjalnych naśladowców. W zasadzie możnaby rzec, że ujawnianie, piętnowanie i przestrzeganie było głównym zadaniem ówczesnych elit partyjnych i dziennikarskich. Jakie szczęście, że Redakcja Gazety Wyborczej nie posiada piwnic nadających się na więzienia, bo - sądząc po tekście - Czechowi się właśnie w głowie roi, że każdą dłoń uniesioną nad Polską by chętnie odrąbał.

Powrót do raju demokratycznych wartości, republikańskich cnót i skłonnych do poświęceń mężów stanu też już się zaczął. Jak informuje "Dziennik", pseudokomitet wyborczy LiD będzie miał siedzibę w pięciogwiazdkowym hotelu Ritz-Carlton w Waszyngtonie. To stamtąd Aleksander Kwaśniewski, pseudoszef pseudosztabu wyborczego LiD, będzie organizował pseudokampanię wyborczą swojej pseudopartii. Oczywiście, w przerwach między przedpołudniowym zarabianiem 100 tys. dolarów w miesiąc, a popołudniowymi masażami, wizażystkami i lampami kwarcowymi, które zrobią z niego polityka ładniejszego od Olejniczaka.

"Tak jak historyczną zasługą przywódców formacji komunistycznej było przekonanie własnego elektoratu do Polski demokratycznej, rynkowej, suwerennej i prozachodniej, tak ich historyczną winą była tolerancja dla obyczaju zawłaszczenia państwa przez koterie partyjne i milczące przyzwolenie na korupcję."- powiada Michnik. Ale czemu nazywa PiS "formacją braci Kaczyńskich", a formację komunistyczną nie zaopatrza w żadne nazwiska? Kto milczał o koteriach zawłaszczających państwo, a kto te koterie organizował?

Dzisiaj LiD ma 7 proc, ale biorąc pod uwagę jak się do wyborów szykują, w dniu wyborów może się okazać, że LiD nie przekroczy progu wyborczego, bo nawet ich dzieci nie będą chciały na nich głosować bez wysokiego odszkodowania za poniesione z tego tytułu szkody moralne. Rakowski, który wyniósł sztandar PZPR, to jeszcze nic, bo ten sztandar był wart tyle, co i sama PZPR. Ale owym bezimiennym może uda się wejść do historii jako ci, co zamordowali lewicę w Polsce. Bo to mogą być ostatnie wybory, w których zafunkcjonuje jakaś lewicowa lista, nawet taka pseudo.

Mirror na Salonie24

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

czwartek, 23 sierpnia 2007

A jednak to był niezły rząd

Na szybko, po wysłuchaniu dzisiejszej oceny NiK z wykonania ustawy budżetowej: A jednak niezły rząd. Poradził sobie z kilkoma strukturalnymi barierami, które dotychczas niemal całkowicie blokowały możliwości konsumpcji aktualnego wzrostu gospodarczego - np. po raz pierwszy od lat NiK nie miał żadnych zastrzeżeń do jakości raportów finansowych głównych dysponentów środków budżetowych.

NiK stwierdził, że pisali prawdę, to jest, że ich raporty stanowiły rzeczywiste sumy dysponentów 2-go i 3-go szczebla, stwierdzone na poziomie kontroli szczegółowych. Kto nie czytał tekstu Jadwigi Staniszkis sprzed kilku lat, o 1/3 budżetu "wyprowadzanego" za pomocą rozmaitych agend, ten nie rozumie, jak wielka to zmiana. Walka z korupcją na najwyższych szczeblach PiSowi rzeczywiście wyszła. Gorzej już na niższych szczeblach.

Co niepokoi, w długiej fali?

Dwie rzeczy. Prywatyzacja zaległa, ale to jest problem tylko dla sekty Balcerowicza. Ale zwiększył się procentowy udział wydatków sztywnych do funduszy aktywnych, a to fundusze aktywne w długiej fali stwarzają rządom możliwości aktywnej polityki ekonomicznej. Po drugie, na inwestycje długofalowe wydali tylko 54 proc planowanych środków. Tu jest prawdziwy problem. Nauka oraz inwestycje wieloletnie.

Szkoda, że właśnie padają, bo wydaje się, że w dziedzinie zarządzania gospodarką mają pewien potencjał, który nie został w pełni wykorzystany. Parę ryzykownych pomysłów się sprawdziło, np. manipulacja kursem złotego - wstępnie krytykowana, ale tu rzeczywiście im się udało w pełni skonsumować wzrost gospodarczy. Rozdzierającemu koszulę Balcerowiczowi najwyraźniej zabrakło wyobraźni. Dochodowość rezerw podwyższyła się do 4,2 proc. Silna aprecjacja złotego w ogóle nie miała wpływu na zdolności NBP. Podejmują dosyć niekonwencjonalne działania, ale chyba to jest pora, że powinien to poczuć klient indywidualny. Właśnie wtedy, gdy Jarosław Kaczyński przestanie być premierem...

Mirror i komentarze



Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz