poniedziałek, 30 czerwca 2008

Mężczyzna, który nie może, dalej jest męski

Wystarczająco dużo czasu upłynęło od kastracji kocura, by móc podsumować skutki tej operacji. Chodzimy na wieczorne spacery we trójkę: kocur na smyczy, kotka luzem, ja. Kocur dalej zainteresowany kotkami. Bez pudła wywęszy wszystkie dzikuski zaczajone pod autami, kładzie się obok, grucha, wygina i bardzo stara przypodobać.


Wywęszy tez wszystkie dzikie kocury: puszy ogon jak wiewiórka, przechyla głowę w bok ciamkając zębami, a potem zaczyna śpiewać donośnym tenorem, stąpając pomalutku na sztywnych łapach, milimetr po milimetrze i z bojowo nastawionymi uszami - w kierunku dzikiego kocura. Te odpowiadają, ale po trwającej nieraz i pół godziny wymianie stroszenia się i sygnałów dźwiękowych zwykle uciekają, gdyż mój kocur jest większy od dzikich. Ale to znaczy, że Komandos musi być dalej wyprowadzany na smyczy: puszczony luzem byłby natychmiast uciekł w kierunku najbliższej kotki lub najbliższej nadziei na solidną bójkę z drugim kocurem, z której wychodzi się z poszarpanym uchem i innymi, chwalebnymi ranami.


Śpiewy kocurów to jedyny moment, kiedy możesz się zbliżyć do dzikusa na odległość 20 centymetrów, a on ani drgnie. Kilka razy zdarzyło mi się kucnąć przy dzikusie i szturchnąć go palcem w skołtuniony bok, a ten co najwyżej odsunie się na centymetr, nawet na człowieka nie patrząc, zahipnotyzowany śpiewaczą konkurencją z rywalem i perspektywą wrzaskliwej, syczącej walki na kły, pazury i determinację w sprawie powiększenia własnego haremu kotek.


Powrót do domu oznacza koci sex, bo przy tych śpiewach kotka siada sobie, uprzejmie wachlując ogonem i leniwie oblizując łapkę czeka, który samiec wygra. Czasem rzuci na kocury okiem, ale przeważnie gapi się to tu, to ówdzie, a to w niebo, a to w bok, zmieniając pozę pod pozorem niedbałego wąchania czegoś niewidocznego, niezwykle interesującego na płycie chodnikowej, ale zawsze tak, by oba kocury ją doskonale widziały. Otwierasz drzwi na klatkę schodową, wpuszczasz koty, idziesz do drzwi mieszkania, a tymczasem kocur ze wspaniałym okrzykiem rzuca się na kotkę (również wysterylizowaną), chwyta za kark, przypłaszcza do ziemi i ociera brzuchem. Kotka wije się pod nim, zadziera łepek do góry, przymyka oczy i gardłowo jęczy, bynajmniej nie próbując się mu wywinąć. Przypuszczalnie nauczyły się pracować nad swoimi strefami erogennymi, czego niekastrowane koty nie robią, miotane hormonami czyniąc gwałtowne, brutalne rach-ciach.


A z tego też taki wniosek, ze sex się nie mieści w narządach płciowych, tylko w mózgu. Może, gdyby ludzkie żony wykastrowały swoich mężów, którzy nie potrafią im sprawić satysfakcji, to by im się poprawiło w łóżku?


Bogumiła Tyszkiewicz

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Niech będzie przeklęty w dzień i będzie przeklęty w nocy!

1.


Czy blog Agaty w ogóle istniał? Najprostszym sposobem znalezienia strony www, z której zaczerpnięto dany cytat, jest wklejenie go w okienko Google i wciśniecie "Enter". Zawsze działało, ale nie tym razem.


Wydawało się, że będzie łatwo, bo cytat jest długi. W tekście z 21 czerwca "Agata na aborcyjnym froncie - podsumowanie" Kataryna podaje obszerny cytat z rzekomego bloga Agaty: "Dziękuję ci za to, że powiedziałaś pani X. Dziękuję ci za to, że próbowałaś mi (nam?) pomóc ale na nic to się zdało. Jutro mam aborcję w szpitalu na Lubartowskiej, nie mogę zrobić już nic, nie chcę tego. Mam tylko nadzieję, że po tym wszystkim nie popadnę w depresję i nie zrobię sobie krzywdy". Kataryna pisze też "Dzień po dniu [Agata] pisze na swoim blogu 'Najgorszy sen się spełnił'".


Po wklejeniu pierwszego cytatu w całości wyszukiwarka wyrzuca co prawda kilka wyników, ale okazują się być wtórne, zawierają ten tekst ujęty w cudzysłów i wszystkie powołują się na to samo źródło, którym jest... blog Kataryny. "Spełnił się mój najgorszy sen" wyrzuca natomiast mnóstwo blogów nastolatek, piszących o nieszczęśliwych miłościach, więc się niespecjalnie nadaje do poszukiwań.


Ciekawsze wyniki oddają zapytania o fragmenty cytatu. Tak można dotrzeć do zapisu programu "Teraz My" TVN z 16 czerwca:


"...Dyrektor gimnazjum: my dostawaliśmy takie rozpaczliwe sms-y czy wydruk rozmowy na Gadu-Gadu… Z tych działań, które wykonywała dziewczyna wynikało, że ona bardzo chciała zachować tę ciążę.
Agata miała pisać m.in.jutro mam aborcję w szpitalu na Lubartowskiej. Nie mogę zrobić już nic…nie chcę tego… Mam tylko nadzieję, że po tym wszystkim nie popadnę w depresję i nie zrobię sobie krzywdy.
Po takich doniesieniach sąd rodzinny umieścił dziewczynkę w pogotowiu opiekuńczym i ograniczył jej kontakt z matką
."


Hmmm ? Blog to był czy wydruk pojedyńczej rozmowy z Gadu-Gadu (kogo z kim?), kto wysyłał rozpaczliwe sms-y, kogo miał na myśli dyrektor szkoły mówiący "myśmy otrzymywali" (o sms-ach) i kto ów wydruk rozmowy Agaty (z kim?) dostarczył dyrektorowi? Czternastolatki, niestety, czasem zachodzą w ciążę - ale byłby to chyba pierwszy w Polsce przypadek, gdyby ciężarna uczennica dyskutowała o swoim problemie i własnych odczuciach z Radą Pedagogiczną, i to za pomocą komunikatora internetowego i rozpaczliwych sms-ów.


2.


Tekst cytowany przez Katarynę okazuje się być w sporej części zgodny z tym podanym wcześniej w TVN, tyle, że kropki, których w tekście Kataryny już nie ma, zdają się sugerować, że to nie był jeden ciąg wypowiedzi, a raczej zdania lub urywki zdań przytoczone z posiadanego przez dyrektora wydruku. Tak czy inaczej, okazuje się, że owe cytaty były dowodem w sprawie o umieszczenie Agaty w domu opiekuńczym; podobnie dyrektor oraz ktoś jeszcze ( tajemnicze "myśmy") okazują się być osobami, które się do tego stanu rzeczy walnie przyczyniły. Nawiasem mówiąc, decyzja o odebraniu lub ograniczeniu praw rodzicielskich jest zawsze bardzo drastyczną decyzją w sądach rodzinnych. Zwykle, nawet w przypadku rodzin patologicznych, próbuje się najpierw oddawać rodzinę pod nadzór kuratorski. Właśnie dla dobra dziecka, któremu zawsze, poza najbardziej drastycznymi przypadkami, lepiej będzie z matką niż w sierocińcu.


Cytowane fragmenty rozmowy służą uzasadnieniu tezy, że "środowiska proaborcyjne", w tym matka dziewczynki, wywierały na nią presję, aby usunęła ciążę, którą ta pragnęła donosić, i że dlatego należało odizolować nastolatkę od owych środowisk oraz jej matki. Jednak trudno sobie wyobrazić, by matka wymuszała jej wykonanie mimo świadomości nadzoru kuratorskiego - narażałaby się wtedy na więzienie. Najostrzejszy środek nie był więc konieczny - a jednak go zastosowano. Sekielski i Morozowski nie popisali się dociekliwością w sprawie przesłanek składających się na uzasadnienie decyzji sądu rodzinnego. A przecież w zależności od sytuacyjnego kontekstu, umieszczenie dziewczynki w domu opiekuńczym mogło być ratowaniem jej przed proaborcyjną presją równie dobrze, jak zwyczajnym uwięzieniem, faktycznym ograniczeniem jej wolności, tyle, że bez wyroku skazującego - rodzajem zamaskowanego naciąganym prawem porwania, celem przetrzymania jej, aż będzie zbyt późno na zabieg.


Inną wagę bowiem ma cytat ze swobodnej, dłuższej wypowiedzi, czy to w blogu, czy w rozmowie - bezpośredniej lub przez komunikator, inną - zbiór cytatów wyrwanych z kontekstu. Inaczej - chyba szczerzej - rozmawia 14-letnia dziewczynka z koleżanką, inaczej z autorytetem - nauczycielem, dyrektorem, księdzem czy szkolną katechetką. Jej rozmówca (rozmówcy) z tej konkretnej rozmowy i tych konkretnie sms-ów, służących w sądzie jako dowód, pozostali dla szerokiej publiczności niezydentyfikowani - mimo tak wielkiego szumu medialnego. Jeśli te cytaty pochodzą z rozmów z rówieśnikami, to chyba rzeczywiście należało ją odizolować od wpływów zewnętrznych. Ale jeśli "nie chcę tego" jest np. odpowiedzią na pytanie księdza typu "przecież nie chcesz zostać morderczynią?" - to już można mieć uzasadnioną wątpliwość, czy decyzja o umieszczeniu nastolatki w domu opiekuńczym w ogóle miała wystarczające podstawy prawne. To samo dotyczy sms-ów: zależy z kim smsowała, o czym, i które jej rozpaczliwe odpowiedzi padały z jej własnej inicjatywy, a kiedy (i czy w ogóle) na skutek jakich rozpaczliwych pytań,. Czy dramatyczne stwierdzenie "mam nadzieję, że po tym wszystkim nie popadnę w depresję i nie zrobię sobie krzywdy" wypłynęły od niej samej, czy też były reakcją na jakieś sugestie.


Sprawa Agaty z Lublina powoli schodzi z łam mediów, ale te pytania zachowują ważność, a niektóre z nich powinny się chyba znaleźć w obrębie bezpośredniego zainteresowania Ministra Sprawiedliwości. Ktoś powinien sprawdzić, czy ta radykalna procedura umieszczania Agaty w domu opiekuńczym została przeprowadzona właściwie, czy Agata miała zapewnioną opiekę psychologa, etc. Niedorosłe uczennice, niestety, czasem zachodzą w ciążę. Jak daleko mogą się posunąć dorośli wobec dzieci, które znajdą się w takiej sytuacji? Szczególnie w okolicznościach o takim ciężarze gatunkowym i propagandowym potencjale powinno się zachować szczególną dbałość o klarowne, przejrzyste procedury prawne, brak jakichkolwiek wątpliwości i jasno wytyczone granice ingerencji państwa w rodzinę. Jeśli decyzja o umieszczeniu Agaty wynikała z chęci ochrony jej przed presją na usunięcie ciąży wbrew jej woli, to z punktu widzenia praw dziecka wszystko jest raczej w porządku. Ale jeśli było inaczej, to mamy do czynienia z sytuacją, że instytucje państwa mogą uwięzić dziecko i odebrać matce prawa rodzicielskie celem realizacji założeń ideologicznych lub religijnych, które nie mają nic wspólnego z obowiązującem w Polsce prawem - aborcja ciąży powstałej w wyniku gwałtu, do tego na osobie niepełnoletniej, jest w Polsce legalna. Byłby to taki rodzaj przymusu, że ciarki zgrozy przebiegają po plecach, gdyż dowolność w interpretacji prawa rodzicielskiego, odbieranie dzieci rodzicom z pobudek innych, niż prawo rodzinne, nieodparcie się musi kojarzyć z praktyką stosowaną swego czasu przez Sowietów w komsomołach i sierocińcach dla "bezprizornych".


Dla spokoju sumienia należałoby te wątpliwości wyjaśnić. Sądząc po doniesieniach prasowych, za dużo było w sprawie Agaty "środowisk" takich czy innych, zainteresowanych głównie walką między sobą, a za mało psychologów, którzy mogliby realnie pomóc zarówno dziewczynce, jak i jej matce, gdyż - zdaje się - obie bardzo takiej pomocy potrzebowały. Obie strony walki o głowę matki Agaty i ciążę jej córki w różnym czasie szermowały argumentem, że "etyka stoi ponad prawem" - ale to nieprawda, niebezpieczna nieprawda. Żadna etyka nie stoi ponad prawem, przynajmniej w państwie demokratycznym - bywa natomiast wygodną wymówką do zasłaniania się przed konsekwencjami łamania prawa. Tak, jak niedobrą praktyką było nawoływanie do "obywatelskiego nieposłuszeństwa" przy okazji oświadczeń lustracyjnych, tak niedobrą praktyką jest nawoływanie lekarzy, by nie wykonywali zabiegów, które w świetle litery prawa i przysięgi Hipokratesa bezwzględnie powinni byli wykonać. Jeśli się stan prawny nie podoba, to się dąży do jego zmiany za pomocą kartek wyborczych i mechanizmów głosowania - inaczej mamy do czynienia z postępującą "falandyzacją" już nie tylko prawa, ale całego państwa. Jeśli można robić co się chce, nie przejmując się ustawodawstwem, to po co nam w ogóle parlament?


3.


Tak czy inaczej, oprócz ważnego pytania o jakość procedury prawnej, jaka doprowadziła do ograniczenia praw rodzicielskich matki Agaty, należałoby jeszcze zapytać, jak daleko w dyskursie publicznym można - i warto - posuwać się w omijaniu i skandalizowaniu prawdy czy manipulowaniu nią poprzez przemilczenia lub nadinterpretacje? Publicyści dyskutujący, czy książka Gontarczyka i Cenckiewicza jest "książką z tezą", czy nie, sami sobie nawzajem zarzucają, że się nie są w stanie wznieść ponad felieton z tezą. Ale czy dyskusja, jaka się przetoczyła przez Polskę w sprawie Agaty, miała inny poziom? Poza może jedną różnicą, że w sprawie Wałęsy dla uczestników szumu medialnego ważna jest tak jego sprawa, jak i on sam uwzględniany w rachubach, choćby ze względu na to, że nie jest bezbronny, a w sprawie Agaty ważna była tylko jej sprawa, a już ona i jej matka - nie.


Zastanawiajac sie nad rolą intelektualistów w dzisiejszym życiu publicznym Jacob Heilbrunn powiada w "Targowisku próżności", że "dawniej ludzie ci byliby oceniani na podstawie tego, co piszą. Dzisiaj ocena zależy od tego, ile narobią wokół siebie hałasu i jakie wywołają komentarze" - i dalej " Polityka ekskomuniki od zawsze była jednym ze sposobów wpływania na przebieg dyskusji." (Tygodnik "Europa", 21 czerwca 2008). Komuś, kto twierdzi, że w sprawie Agaty przetoczyła się wielka debata publiczna, chciałoby się powiedzieć, że debata nie polega na wzajemnych anatemach, ekskomunikach i klątwach spuszczanych na głowy przeciwników głosem ochrypłym od krzyku, i że w całej burzy medialnej jej uczestnikom się nie udało nawet dotrzeć do faktów. I to jest jakaś prognoza co do efektów burzy wokół książki o Lechu Wałęsie, która osiągnęła apogeum zanim ktokolwiek (oprócz autorów) ją przeczytał, i w której nikt nikogo nie usiłuje przekonać, gdyż wszyscy dawno zajęli niezłomne stanowiska.


Wypadałoby na koniec zgodzić się, w minorowym nastroju, z Heilbrunnem, a przeciwko optymistycznej tezie prof. Staniszkis o jakoby trwającej obecnie cichej rewolucji meszczańskiej, porzucającej ideologie na rzecz idei. Idee się proponuje, uzgadnia, dyskutuje, w ideologie się wierzy. Heilbrunn znajduje przykłady w kulturze publicznej w USA, ale równie łatwo je znaleźć w Polsce. Opinie wyrażane w sprawie Agaty czy książki o Wałęsie miały i mają w zdecydowanej większości charakter pozarozumowy i zostały skonstruowane apriori; podobnie opinie wyrażane w publicystyce politycznej na inne tematy często można bardzo łatwo przewidzieć, gdyż wywodzą się z środowiskowych emocji i na ogół nie podlegają ewolucji, jaka zawsze się odbywa, albo raczej powinna się odbywać w toku dyskursu oraz skonfrontowania z innym punktem widzenia. Życie publiczne dominują mikroideologie napędzane, organizowane lub wykorzystywane przez celebrytów studiujących badania opinii publicznej i bardziej zainteresowanych w talk shows niż w precyzji wyrażania myśli, w radykalizmie, prowokacyjności i wzbudzanych kontrowersjach - niż jakimkolwiek dialogu. To w równej mierze dotyczy polityków, jak i ludzi mediów, niestety, nawet tych z głównego nurtu. Jakie w tym wszystkim ma znaczenie, czy to cytat z blogu, czy wycinanka z zapisanej rozmowy, nie wiadomo z kim? Jakie znaczenie, że zdecydowana większość uczestników dyskusji o ewentualnej agenturze Wałęsy zapewne do dzisiaj nie przeczytała książki, o którą się biją?


Nieważne, co się mówi. Ważne, żeby dobitnie i w grupie przeważającej liczebnie.


4.


Na ile w obu dyskusjach chodziło i chodzi o to, czy Agata powinna/mogła dokonać aborcji, czy nie, czy Wałęsa był Bolkiem, czy nie? "Dzisiejsze spory często przypominają intelektualne obrzucanie się pomidorami, a niekiedy służą wyłącznie autopromocji. Lionel Trilling powiedział kiedyś, że powołaniem intelektualisty jest uważne myślenie - dzisiaj intelektualiści jako swoje powołanie traktują myślenie o tym, jak zwrócić na siebie uwagę." - komentuje Heilbrunn. Może tak jest w USA. U nas, na skutek eskalującej od 18 lat radykalizacji języka publicznego, intelektualiści, dziennikarze i politycy obrzucają się nie pomidorami, a klątwami cherem - najstraszliwszą karą religijną nakładaną przez sąd rabinacki, równą katolickiemu interdyktowi. Klątwa cherem oprócz osobistych skutków dla dotkniętego, zupełnego wyjęcia spod prawa i społecznej ochrony, obkłada przekleństwem wszystkich tych, co się do skazańca zbliżyli, udzielili pomocy lub schronienia. Anatema nakładana w scenografii czarnych gromnic, dmących rogów i śmiertelnych koszul może mieć także konsekwencje pośmiertne - wtedy kładzie się na grobie skazanego kamień na znak, że powinien być ukamieniowany. Klątwa cherem rzucona na Barucha Spinozę w XII-wiecznym brzmiała tak:


Przez sąd aniołów i osąd świętych, wyklinamy, przeklinamy i odrzucamy Barucha de Spinozę (…) wypowiadając przeciwko niemu tę anatemę, którą Jozue przeklął Jerycho, przekleństwo, którym Elizeusz przeklął dzieci, oraz wszystkie przekleństwa zapisane w księdze Prawa. Niech będzie przeklęty w dzień i niech będzie przeklęty w nocy; przeklęty, gdy się kładzie i gdy wstaje, gdy wchodzi i wychodzi z domu. Niech Pan nie przebaczy mu nigdy i niech go nie uzna! Niech gniew i oburzenie Pana płonie odtąd przeciwko temu człowiekowi, niech obciąży go Pan wszystkimi przekleństwami zapisanymi w księdze Prawa i niech wymaże jego imię pod niebiosami (…). Niniejszym zatem wszyscy zostali przestrzeżeni, aby nikt nie zamieniał z nim słowa w rozmowie czy w piśmie, aby nikt nie wyświadczył mu żadnej przysługi, nie pozostawał z nim pod jednym dachem, nie zbliżał się doń na odległość czterech łokci i nie czytał żadnego dokumentu podyktowanego przez niego lczy napisanego jego ręką.


Felietony i wypowiedzi wypełniające dzisiejsze gazety, studia telewizyjne, fora i blogi rozwinęły ten styl w zdecydowanie bardziej kwiecisty. Dlatego Adamowi Michnikowi należy się pochwała za oszczędność środków literackich: z własnego felietonu całkowicie wyeliminował fabułę i pod zwięzłym tytułem "A to moje typy" opublikował imponującą listę nazwisk. Pochopny człowiek mógłby nawet pomyśleć, że po raz pierwszy od wielu lat redaktor naczelny wykazal się nie jadem i żółcią, a okiem dostrzegającym humorystyczną stronę medalu; ale człowiek ostrożny powstrzyma się od osądu zanim sie nie przekona, czy to tendencja trwała, zamierzona przez autora, czy nie chochliki mieszkające pod prasą drukarską. Jednak Maciej Rybiński się niepotrzebnie cieszy, że się na liście znalazł, w tak wytwornym towarzystwie, bo Michnik, choć nie całkiem koszerny i działający bez zgody rabina, to w takiej ciżbie, jaką wymienił, zgodnie z prawami statystyki, może przez przypadek jakimś piorunem trafić.


Autorzy tego bloga, jako ludzie niepochopni, postanowili się przyłączyć do frakcji Krzysztofa Leskiego, która odmawia udziału w dyskusjach na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia, a szczególnie o książkach przed ich przeczytaniem; nauczeni doświadczeniem postanowili również, że jeśli ktoś będzie się powoływać na materiały źródłowe, to zanim je uznają, najpierw sprawdzą, czy one rzeczywiście istnieją, i w jakiej postaci.


Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

czwartek, 12 czerwca 2008

Irena Lasota - historia, pamięć, Azerbejdżan

Dwa tygodnie temu, a dokładnie 28 maja Azerbejdżan obchodził 90-ciolecie ogłoszenia swojej niepodległości. Niepodległość nie potrwała długo - niecałe dwa lata. Juz w końcu kwietnia 1920 roku wojska bolszewickie zajęły Baku, rozstrzelały i aresztowały wszystkich przywódców i wielu sympatyków demokratycznej republiki. Z wyjątkiem intelektualnego i duchowego ojca republiki - Mammeda Amina Rassulzade, który po latach wygnania w Turcji znalazł się w Polsce w 1938 roku, gdzie ożenił się z Polką - krewną Józefa Piłsudskiego wedle Wikipedii. Rozstrzelany w Baku zostal też Sulejman Sulkiewicz, szef sztabu azerbejdżańskich wojsk republikańskich, były premier niepodległej Republiki Krymu (kilka miesięcy w 1918 roku, póki nie rozbiły jej wojska bolszewickie... rozstrzelania, aresztowania, deportowania). W Azerbejdżanie uważany za Polskiego Tatara....

Gdyby nie ferment polityczny początku wieku i 21 miesięcy demokracji - Azerbejdżan (i pewnie Gruzja i Armenia) byłby bardziej podobne do dzisiejszego Turkmenistanu i niż do krajów europejskich. W Azerbejdżanie, kraju muzułmańskim, w ciągu kilkunastu miesięcy wolności powstało nowoczesne państwo, z konstytucją, gwarantująca podstawowe wolności obywatelskie, w tym kobietom, które jako pełnoprawne obywatelki dostały prawo głosu, rozwinęła sie wolna prasa, powstawały uniwersytety, banki, wydawnictwa. Na czele przemian stała partia Muswat - założona przez Rassulzade.

Gdy w 1988 roku - po siedemdziesięciu latach sowietyzmu - Azerowie wyszli masowo na ulice (wlasciwie na Plac Wolności), wiece prowadzili historycy tacy jak obecny lider partii Muswat Isa Gambar, i jeden z nielicznych w Azerbejdżanie dysydentów czasów sowieckich - Abulfaz Elchibey. I właśnie było się do czego odwoływać - do demokracji, tolerancji, rozwoju republiki 1918 roku. Azerowie, nawet najmłodsi, odzyskali pamięć historyczną, dumę z osiągnięć dziadów (i babć) i mieli w miarę jasny program polityczny.

W 1992 roku Azerowie wybrali ,w pierwszych i ostatnich dotąd wolnych wyborach. prezydenta Abulfaza Elchibeya, który w niecały rok później został obalony w wyniku puczu wojskowego dokonanego przy poparciu Moskwy.

Do władzy doszedł Heidar Aliyev, były członek Sowieckiego Politbiura, generał KGB, ojciec obecnego prezydenta Ilhama Alijewa, kawalera różnych orderów, siedzącego na złożach ropy i jednym z najbardziej skorumpowanych krajów świata.

Elchibey, który miałby 70 lat w tym miesiącu, umarł osiem lat temu. Isa Gambar po raz trzeci będzie walczył w wyborach prezydenckich w październiku.

I tak to nawet krótki okres historii może zaważyć na losach państwa czy narodu, jeśli są ludzie którzy umieją tę pamięć przechować i przekazać.

PS1. To jest artykulik również o dyskusji czy ktoś pamięta Tiananmen i po co.

PS2. Najwybitnieszym swiatowym specjalistą od historii Azerbajdżanu jest "Pan Tadeusz", profesor Tadeusz Swiętochowski [Swietochowski's study of twentieth-century Azerbaijan is a unique and groundbreaking work. This is nothing less than the recovery for Western readers of a lost history of a little-known people]. Specjaliści w Polsce o nim słyszeli, ale i dla nie-specjalistów byłoby cenne zapoznać się z twórczością tego niezwykłego uczonego.


Irena Lasota

piątek, 30 maja 2008

Irena Lasota - Powrót z Kuby

Wczoraj zostałam wydalona z Kuby po raz drugi. Pierwszy raz - jedenaście lat temu. Jadąc na Kubę nie spodziewałam się, że zostanę wpuszczona na fali liberalizacji, perestrojki, czy glasnostii - ktorej nie ma, a raczej, że jakoś przejdę w tłumie turystów. Nabyłam wielki, różowy kapelusz i różowe okulary, które noszą amerykańskie turystki - we francuskich komediach z lat sześćdziesiątych. Wszystko na nic. Panna w okienku wklepała moje nazwisko do komputera, lekko zmarszczyła brew, kazała zdjąć kapelusz i okulary i w ciągu kilkunastu sekund kamera podłączona do programu identyfikującego twarze (ostatni raz widziałam to na jakimś Bondzie, ale ta kubańska chyba była szybsza, bo Bond zdążył potorturować zbrodniarza, ściągnąć wszystkie informacje z pamięci zanim został rozpoznany) - piknęła wesoło, a panna kazała mi "poczekać 5 minut".

Od momentu zakwitnięcia komunizmu na Kubie w kilka lat po rewolucji poziom życia mieszkańców spadał gwałtownie i jest to kraj, w którym brakuje wszystkiego - ryżu, chleba, wody, elektrycznosci no i oczywiście wolności, wolnej prasy, możliwości wyjechania... W szpitalach dla zwykłych ludzi wiszą napisy jak w Polsce schyłkowego komunizmu "Nie używać igiel jednorazowego użytku wiecej niz 10 razy!". Mimo to system izolacji wyspy jest na najwyższym poziomie światowym. Każda osoba chcąca wyjechać jest sprawdzana i zatwierdzana lub nie przez wiele czynników - od najniższego - szpiegów domowych, zwanych Komitetami Obrony Rewolucji - az po najwyższy - specjalną komórkę paszportową w Havanie. Do śledzenia niepokornych obywateli - a jest ich coraz więcej - stosuje się kontrolę internetu i telefonów komórkowych (o poczcie zwykłej nie ma co mówić, bo jej nie ma). Przez ostatnie tygodnie władze kubańskie rozpętały kampanię przeciwko opozycji - w telewizji, radiu i gazecie Gramma (innej zreszta nie ma) władza chwali sie w stylu Jerzego Urbana z lat osiemdziesiatych -- wynikami szpiegowania obywateli, czytaniem ich poczty internetowej i podsłuchiwaniem ich rozmów.

Oczywiście jest to kampania wielocelowa - obrzydzić opozycję w oczach ludu (co jest coraz trudniej), ale przede wszystkim wybić ludziom z głowy myśl, ze Raul zamierza być liberalniejszy niz Fidel.

Pisze "zamierza" a nie "będzie" , bo to, jak potoczą się wypadki na Kubie, będzie zależało nie tylko od partii komunistycznej, ale również od ludzi, narodu. Tak, jak w Związku Radzieckim. Gorbaczow najprawdopodobniej szczerze się tłumaczy, ze chcial lepiej, że chcial uczynić komunizm bardziej popularnym i sprawnym, no ale wszystko wymknęło mu się z rąk.

Muszę kończyć, bo mam samolot z Charlotte do Waszyngtonu. Jeśli kogoś to interesuje, mogę kontynuować. Bardzo zwracam też uwagę na wyjątkowo interesujący list Osvaldo Paya -- kubańskiego opozycjonisty - do Lublinian, którzy w rocznicę śmierci Papieża upomnieli się o prawo do życia i wolności Kubańczyków (i o Czeczeńców, Tybetańczyków, etc).

Irena Lasota

wtorek, 4 marca 2008

Obywatel Bronisław Góra

Zamiast wstępu: ważna i pilna prośba do dziennikarzy GW bywających na Salonie, żeby jednak jakoś skoordynować te wszystkie akcje związane z zwrotem obywatelstwa. Chodzi o to, że 1 marca GW opublikowała "List otwarty: Ci, którzy utracili obywatelstwo polskie w marcu '68, powinni je odzyskać" autorstwa Marii Janion. Podpisy są co prawda zbierane od 23 stycznia, a lista zebranych podpisów dosyć długa, ale przecież sygnatariusze w imię celu zawartego w tym tytule by się bez wahania zgodzili na drobne poprawki, które poprawiłyby skuteczność apelu. Chodzi mianowicie o adresata. Z notatki opublikowanej tego samego dnia przez GW pt. "MSWiA o obywatelstwie "marcowych emigrantów" wynika, że to MSWiA oraz jego wojewodowie odmawiają zwrotu obywatelstwa, a jego szef, Grzegorz Schetyna, przecież nie jest prezydentem tylko ministrem. Oczywiście z góry dziękujemy za wsparcie i dalsze wywieranie presji na opornych urzędników.

***

Co nam zostało po Marcu? Można powiedzieć, idylla, jakiej nigdy nie było. W 40 rocznicę Marca68 wszyscy się starają, wszystkim się otwierają usta i rozwiązują języki, i raptem nikomu już tak dramatycznie nie przeszkadza, że mogą istnieć nie tylko różne opowieści marcowe, ale także różne ich interpretacje oraz rozmaite wyciągane wnioski. Ta sytuacja najlepiej świadczy, jak bardzo Polska 2008 roku się różni od Polski z roku 1968. Ale sielankę stara się zepsuć Grzegorz Schetyna, szef MSWiA.

Gazeta Wyborcza z 1 marca informuje, że Lech Kaczyński chciałby, aby w 40 rocznicę Marca68 w Pałacu Prezydenckim uroczyście zostały wręczone akty potwierdzające polskie obywatelstwo tym osobom, które zwróciły się o to do wojewody. Przeciwne jest właśnie MSWiA i wojewodowie - twierdzą, że marcowi emigranci obywatelstwo utracili, mimo, że 4 października 2005 roku Naczelny Sąd Administracyjny postanowił inaczej. Rzeczniczka Grzegorza Schetyny Wioletta Paprocka oświadczyła, że „"resort zastanawia się nad rozwiązaniem tego problemu", a "stanowisko MSWIA w sprawie obywatelstwa osób, które wyemigrowały po Marcu, zostanie przedstawione w przyszłym tygodniu" - czyli po rocznicy.

Orzeczenie NSA z 2005 roku powiada, że tajna uchwała Rady Państwa z 1958 r. nie mogła być podstawą utraty obywatelstwa. Potrzebne było do tego indywidualne zezwolenie na jego zmianę wydane dla konkretnej osoby. Takich jednak Rada Państwa nie udzielała. Tym samym ci, którzy wyemigrowali po Marcu, nigdy nie utracili polskiego obywatelstwa i mają pełne prawo domagać się dowodu osobistego i numeru PESEL.

Miarą tego, jak się Polska zmieniła, jest to, że miast kiwać głową nad poziomem faszyzmu i antysemityzmu panoszących się w Platformie Obywatelskiej, wolimy pokiwać nad poziomem międzypartyjnego pieniactwa, które się przyczynia do tego, że obywatele nie mogą załatwić w urzędzie swoich spraw, a także nad miarą biurokratycznego chaosu, który spowodował, że resort nie mógł się zastanowić i przedstawić stanowiska przed rocznicą, której daty nikt przed nimi nie ukrywał.

Bronislaw Gora
Bronisław Góra

W Rzeczpospolitej z 18 października 2005 pojawiło się zdjęcie człowieka, który ten wyrok NSA wywalczył, i które tu publikujemy ponownie. Barouch Nathan Yagil, w Polsce Bronisław Góra, wyjechał z Polski w 1968 r., mieszka obecnie w Nofim w Izraelu. Ma czwórkę dzieci: syna i trzy córki, oraz trzy wnuczki. O potwierdzenie posiadania polskiego obywatelstwa wystąpił jeszcze w 1993 r. do Kancelarii Prezydenta RP, stamtąd go odesłano do Ambasady Polskiej w Tel Awiwie, a tam mu z kolei wręczono ankietę, która raczej miała potwierdzać, że obywatelstwa nie posiada, i dopiero stara się o jego nadanie. Wojna o dowód osobisty zajęła mu 12 lat.

Inny emigrant z identycznym problemem, który nie zgodził się podać swego nazwiska do wiadomości publicznej, powiedział dziennikarzowi Rzeczpospolitej „Dwa razy, i do prezydenta Wałęsy, i do prezydenta Kwaśniewskiego, zwracałem się o przywrócenie obywatelstwa. Za każdym razem otrzymywałem z kancelarii odpowiedź, że nie ma takiego trybu, mogę się tylko ubiegać o nadanie nowego. Ale na to się nie zgadzałem - mówi. - Teraz się zastanowię, czy wystąpić o potwierdzenie jego posiadania i do czego mi ono potrzebne.”

Czemu ludzie tak walczą o potwierdzenie obywatelstwa, a nie nadawanie nowego?

Bronisław Góra jest izraelskim biznesmenem. Nie ma żadnego interesu materialnego w Polsce, bo ani majątku tu nie zostawił, ani nie potrzebuje Polski do bezcłowego handlu z Unią, bo i tak w ten sposób handluje z Izraela. „Wyrok potwierdzający, że nigdy nie utraciłem polskiego obywatelstwa, daje mi ogromną satysfakcję. Jestem szczęśliwy. Czuję się i jestem i Polakiem, i Izraelczykiem” - powiedział dziennikarzowi. Zaplanował sobie otworzyć w Polsce drugie biuro swojej firmy i mieszkać trochę tu, trochę tam. Ale nie każdy marcowy emigrant chce do Polski wracać, i nie wszyscy się jeszcze czują także Polakami, choćby dlatego, że przez 40 lat można nieźle wrosnąć w nowe miejsca, nowe społeczeństwa i nowe rodziny.

Niemniej kwestia obywatelstwa obchodzi nawet tych, których przestała obchodzić Polska.

Celem nie jest samo posiadanie obywatelstwa, lecz także odzyskanie prawa wyboru, czy je się chce posiadać, czy nie. W 1968 roku to prawo wyboru zostało im odebrane. W roku 2008, gdyby ta uroczystość z wręczaniem dokumentów się odbyła, część emigrantów cieszyłaby się tak, jak Bronisław Góra, część wzruszała ramionami i po uzyskaniu polskiego paszportu wrzucała go do szuflady, a części by się w ogóle nie chciało zwracać o żadne potwierdzenia. Jednak każda z tych reakcji i postaw byłaby potwierdzeniem, że się ma prawo do bycia wolnym człowiekiem o wolnej woli, i że inni tą wolność i wolę respektują.

Możnaby tą historię skwitować, że wstydem i hańbą jest to, iż do dziś w Polsce urzędy powołują się na tajne prawo PRL czy zastanawiają się, czy je mogą przestać respektować. Ale jest jeszcze lepsza puenta. Być może po tygodniowym namyśle Grzegorz Schetyna wyda decyzję korzystną dla emigrantów, a może nie. Bronisław Góra wyjechał w 1968 na takim samym dokumencie podróży, jak i pozostali emigranci. Skoro MSWiA oraz wojewodowie uważają, że emigranci nie mają żadnego tytułu do ubiegania się o potwierdzenie obywatelstwa, to Bronisław Góra jest bezprawnym posiadaczem polskiego paszportu i w konsekwencji przyjdzie mu tak ciężko wywalczony paszport oddać. I tak, już po raz drugi w życiu, Bronisław Góra może zostać Barouchem Nathanem Yagilem...

mirror na Salonie24


Dopisek:
Szkoda, że wszyscy ludzie dobrej woli, biegający do GW z swoimi apelami, podpisujący się i zbierający podpisy, nie poczytali innych tekstów publikowanych w tej gazecie, np. Ewy Siedleckiej lub nie skonsultowali się z emigrantami. Emigranci nie są stadem i nie byliby zachwyceni siłowym, stadnym wciskaniem im obywatelstwa, tak samo, jak nie byli zachwyceni siłowym, stadnym odbieraniem. Każdy człowiek ma prawo do indywidualnych decyzji. I w takim kierunku poszły orzeczenia sądowe. Nie można też apelować do urzędującego prezydenta, żeby obywatelstwo nadawał/oddawał obywatelom, którzy już je mają. Siedlecka dosyć jasno opisała w tekście Prawna Kwadratura Marca , z ktorego wynika, że emigrantom nie sa potrzebne żadne podniosłe apele o tolerancję, tylko prosty jak drut papier z pieczątką, którego wydania wojewodowie oraz ich zwierzchnik Grzegorz Schetyna odmówili nie tylko obywatelom, ale nawet urzędującemu prezydentowi RP, świadomie przy tym łamiąc prawo oraz niemniej świadomie czyniąc świństwo ludziom, którzy niekiedy z daleka przyjechali z nadzieją, że w taką rocznicę i z prezydenckim poparciem to już na pewno ten papier dostaną. Zamiast papieru z pieczątką koledzy Schetyny złożyli do laski marszałkowskiej projekt uchwały upamiętniającej "tragiczne skutki" Marca 68. I przy tej wiadomości to człowiek już się zaczyna śmiać :)

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

poniedziałek, 3 marca 2008

Cztery piąte polaków za odzyskaniem obywatelstwa przez Polskich Żydów

Cztery piąte Polaków (79 proc.) uważa, iż osoby pozbawione obywatelstwa polskiego po wydarzeniach marca 1968 roku powinny odzyskać polskie obywatelstwo - wynika z sondażu SMG/KRC dla programu "Forum" w TVP Info. Przeciwnego zdania jest 9 proc. respondentów, a 12 proc. nie ma w tej sprawie zdania.

SMG/KRC zrealizował sondaż telefoniczny w dniach 29 lutego - 2 marca na grupie ogólnopolskiej, reprezentatywnej 1000 osób powyżej 18. roku życia.

Kwestia zwrotu obywatelstwa polskiego emigrantom z Marca'68 od lat jest przedmiotem dyskusji publicznych oraz skarg emigrantów do polskich sądów, przed którymi ubiegają się o tzw. potwierdzenie obywatelstwa polskiego.

Według prawa, obywatelstwa polskiego nie można przywrócić; może je jedynie nadać prezydent na wniosek zainteresowanego. Możliwe jest jednak potwierdzenie, że obywatelstwo nigdy nie zostało utracone. Potwierdzenie takie wydają wojewodowie.

źródło: Rzeczpospolita, 03.03.2008

sobota, 1 marca 2008

Michał Moszkowicz: Kompleks Antygony


Najcięższą karą obok kary śmierci w Starożytności było wygnanie. Czuję się więc wygnańcem, a nie zwykłym emigrantem, który opuścił kraj z własnej woli. Trudno powiedzieć, czy żałuje, z perspektywy czasu, że wyjechałem. Emigracja zrobiła ze mnie emigranta zawodowego, ponieważ postanowiłem pisać o tej emigracji, a więc o sobie. Pozostając w Polsce byłbym zupełnie innym człowiekiem. Miałbym tę samą historię, co cały naród polski. Od 1969 roku, kiedy wyjechałem, zdarzyło się w kraju tyle niezwykłych rzeczy, że gdybym został byłbym z pewnością innym człowiekiem. Nie mogę wrócić do Polski, bo całe moje życie jest związane ze Szwecją. W cichości ducha czuję się jak Hiob, który swoim nieszczęściem zaświadczył miłość do Boga. Moim zadaniem na emigracji było zaświadczenie o naszej krzywdzie, dlatego nie byłem w Szwecji szczęśliwy.

Minęły już dwa pokolenia od chwili, kiedy wyjechaliśmy z Polski. 40. lat, ten sam czas, który nakazał Mojżesz swojemu ludowi czekać zanim wejdą do Kanaan, żeby otrząsnąć się ze wszelkiego niewolnictwa. Och, przestaliśmy już być niewolnikami, mamy dzieci i wnuki, ale szczęśliwi nie jesteśmy. Najpewniej szczęśliwsi od nas są ci, którzy wyemigrowali do Izraela. Są teraz pełnymi Żydami, a Polskę noszą w sobie głęboko w sercu. We mnie jest zadra niespełnienia. Jakiś zerwany most w mojej duszy, który nie pozwala mi być w pełni sobą. A więc kim, Polakiem, Żydem, Szwedem? Do mojego wnuka Elliota muszę mówić po szwedzku, ale moja miłość rwie się do języka polskiego. Podobno w Starożytności najzdolniejsi byli mieszańcy. Nasza emigracja dokonała właściwie cudów, są wśród niej profesorowie, językoznawcy i nawet aktorzy, ale czy jesteśmy szczęśliwi?

Tak, żałuję, że wyjechałem z Polski, bo w kraju byłbym innym człowiekiem, może skrachowanym, może nieszczęśliwym, ale pełnym. Jednocześnie nie żałuje, że mnie „wypchnięto z tramwaju”, bo w Polsce musiałbym żyć z mimowolnym piętnem, że jestem naznaczony, że jestem Żydem. 40 lat temu opuściliśmy kraj naszego dzieciństwa, który wciąż dla większości z nas jest naszą ojczyzną. Ojczyzną, która wyrządziła nam niebywałą krzywdę, skrzywdziła nas, dlatego nasz stosunek do Polski jest ambiwalentny. Miłość połączona z niechęcią – freudowska trauma. Odyseusz wrócił do swojej Itaki po wielu przygodach i nieszczęściach. Bo to była jego ojczyzna. Tylko tam mógł czuć się u siebie. My, po 40. latach, po wielu przygodach i nieszczęściach, możemy wrócić do Polski jako wolni ludzie. W myślach, w sercu i jako ludzie z krwi i kości. Myśmy się zmienili, ale Polska również się zmieniła. Krzywda „Marca 68” została po wielokroć naprawiona i przeżyta.

Wydaje mi się, że niczym w „Modlitwie” Natana Tenenbauma” Bóg uchronił nas od pogardy i nienawiści. 4o lat to rzeczywiście kawał życia, zbudowaliśmy tutaj nasze domy, nie jesteśmy już niewolnikami. Czy możemy przebaczyć nasze krzywdy naszym winowajcom? Nie, nie musimy nikomu wybaczać, ponieważ działali w systemie totalitarnym. Nie musimy nikomu wybaczać, ponieważ nowe pokolenie Polaków doskonale rozumie jaką krzywda została nam wyrządzona. Nasz los przypomina los Antygony, musimy pogrzebać w sobie skrzywdzonych, naszych braci i nasze siostry.

Nie żałuję tego, że wyjechałem z Kraju, po prostu dlatego, że zostałem z niego bezprawnie wygnany, ale, powtarzam, gdybym został, byłbym innym człowiekiem. Wygnanie jest straszliwą karą, zmienia duszę wygnańca. Chciałbym wrócić, ale ciąży na mnie 40 lat emigracji. Wiem, że Polska w ostatnich latach radykalnie się zmieniła. Może wróciłbym do obcego kraju. Ale w sercu miałbym wciąż obraz Ogrodu Saskiego, Pałacu Błękitnego i Krakowskiego Przedmieścia.


"Plotkies" nr 35, Marzec 2008

Michał Moszkowicz
pisarz

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Tajemnica Grossa wyjaśniona.

Wszystko stało się jasne po przeczytaniu dodatku Plus-Minus z 26 stycznia pod znamiennym tytułem "Oko w oko z tłuszczą", zawierającego mnóstwo informacji o Grossie, zebrane przez Piotra Zychowicza. Podejrzewamy mianowicie, że Jan Tomasz Gross nie jest Żydem- Polakożercą, tylko Polakiem głęboko przywiązanym do tradycji ratowania Żydów, który pragnie dorównać swojej matce, ratując Adama Michnika i Gazetę Wyborczą przed gotowym do pogromu, nazistowskim motłochem.

Z artykułu wynika, że ciężko przeżył wyjazd z Polski. Prof. Jadwiga Staniszkis wspomina, że jako bardzo młody człowiek, w kilka lat po przyjeździe do USA, zupełnie posiwiał. Potem biegał ze znaczkiem Solidarności w klapie i pisywał niezłe teksty o Polsce pod sowiecką okupacją. I może byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie to, że zaraz po upadku komuny przyjechał do Polski i podjął próbę zamieszkania na stałe. A szczęśliwe osadzenie na stałe w staronowym miejscu w głównej mierze zależy od otoczenia.

Z treści artykułu nie należy wykluczyć, że redaktorzy z GW pokazali mu pisemka Bubla w jakimś kiosku Ruchu. Gwoli sprawiedliwości, nie było trudno takowe znaleźć, gdyż w tamtych czasach, świeżo po upadku Urzędu Cenzury na Mysiej, każdy się radośnie zajmował dystrybucją każdej informacji, nawet najdurniejszej, a każda próba odmowy była poczytywana za deklarację solidarności z nieistniejącym urzędem. Dzięki informacyjnemu rozpasaniu zaopatrzyliśmy się zresztą w tamtych czasach, właśnie w w kiosku Ruchu, w literaturę rozrywkową pt. "Protokoly Mędrców Syjonu" - i poczuliśmy się świetnie, jako władcy świata. Tylko Grossowi ktoś musiałby to wytłumaczyć, bo po tylu latach on już po prostu Polski, ani postkomunizmu - nie całkiem rozumiał.

Mogli mu też pokazać jedną czy dwie z demonstracji bezrobotnych obrzucających śrubami Urząd Rady Ministrów (w którym wtedy rozmaite stanowiska zajmowali przyjaciele redaktorów z GW). I mogli mu wytłumaczyć, że to narastanie faszyzmu, jak w Niemczech za Hitlera. Bo co innego mogli powiedzieć ciemniakowi, który tam pewnie składki na "Solidarność" przez lata zbierał? Że spowodowali 40procentowe bezrobocie, żeby zostać czerwoną burżuazją!?

"Wystarczy przejrzeć roczniki „Gazety Wyborczej” z pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości, żeby się zorientować, jak ówczesną rzeczywistość widziało środowisko, w którym obracał się Gross. Wydawać by się mogło, że niebawem mają wybuchnąć pogromy, a Polska zaraz stoczy się w otchłań skrajnie nacjonalistycznej dyktatury" - pisze Zychowicz. Barbara Toruńczyk potwierdza jego ocenę mówiąc nawet dzisiaj, że "wtedy Gross oko w oko zetknął się z tłuszczą. Wychodząc z domu na ulicę, mógł się czuć jak podczas łapanki".

Gross czytał Gazetę Wyborczą i spotykał z jej redaktorami na gruncie prywatnym. Nie można wykluczyć, że mógł na przykład poczuć się bardzo źle, powtórnie zostawiając przyjaciół w niebezpieczeństwie, tym razem w obliczu neonazistowskiej nawały. No i postanowił im pomóc, jak najlepiej potrafił. Odezwały się wszelkie objawy PTSD (post traumatic stress disorder). A umie głównie pisać. I tak został Chruszczowem Gazety Wyborczej. Parę lat później opublikował pierwszą z serii kontrowersyjnych książek o polskim antysemityzmie pt. "Upiorna Dekada". Zawarł w niej nawet wyjaśnienie swojej postawy: gdyby Polacy bardziej się postarali, choćby tak jak jego matka, nie zginąłby żaden Żyd. A ponieważ Polacy się nie bardzo starali ratować Adama Michnika, jego redakcji, i jego przyjaciół z Urzędu Rady Ministrów czy Unii Wolności, to on się starał coraz bardziej, i pisał coraz bardziej dramatyczne książki o polskich antysemitach. Żeby w końcu obudzić Polaków takich, jak jego matka.

I tak docieramy do "Strachu".

Koniecznie poprzedzonego "Piosenką Kata" Grzegorza Ciechowskiego z kapeli "Republika", która opowiada o tym, jak Prawa Ręka Moczara zdobyła władzę w Polsce po nieudanej grze wstępnej w Marcu68 oraz wypowiedzią Adama Michnika o antysemityzmie, referacie Chruszczowa oraz spoglądaniu w głąb własnej historii i świadomości, z której zresztą wynika, że jeśli chodzi o jego własną historię i świadomość, to zanurkował aż po jej dno. Ktoś to skomentował, że Gross grzeszy pychą. Ale to nie on się poczuł nowym wcieleniem Chruszczowa, to Adam Michnik został Najlepszym Przyjacielem człowieka, który pisuje referaty wstrząsające połową Azji i całą Europą Środkową.

Bo Adam Michnik jest geniuszem. Ma dziś po swojej stronie równocześnie Chruszczowa Euroazji do spraw polskiego antysemityzmu oraz Prawą Rękę Moczara, a zarazem aparatu, który naszego Chruszczowa z Polski wypędził. Potęga..! Wyobrażasz sobie, jakiego to talentu wymaga!? Tylko musi się pilnować, żeby się nie pomylić, jak idzie na przyjęcie, z którym Najlepszym Przyjacielem, w którym towarzystwie się pokazać, i co mówić. I na pewno czuje się z tym bardzo dobrze. Prawdziwy Przyjaciel Prawa Ręka Mieczysława Moczara trochę zakłócał pozycję społeczną drużyny Adama Michnika przed 40 rocznicą Marca, szczególnie w oczach tych emigrantów, co nie mają sklerozy i pamiętają, że jednak to nie bracia Kaczyńscy ich wypędzili z Polski. Teraz jest już wszystko w porządku. Chruszczow Euroazji do spraw ujawniania polskiego antysemityzmu uwiarygadnia drużynę. Dlatego drużyna poczuła się bardzo dobrze i opublikowała artykuł z tytułem sugerującym, że to Michnik w pojedynkę wywołał Marzec. W tym roku przerósł nawet świętych (dotychczas) Kuronia z Modzelewskim, którzy występują już tylko jako mało znaczące tło jego bohaterskiego wyczynu. W tekście występuje jeszcze parę osób, jako pomocnicy i wykonawcy tego, co Jego Geniusz wymyślił, mniej więcej na takim samym poziomie znaczenia, co Kuroń z Modzelewskim.

Drużyna pojawi się na salonowej imprezie w Teatrze Narodowym z okazji 40tej rocznicy Marca jako jedyni poprawni politycznie Polacy, udzieli kilku wywiadów międzynarodowej prasie i być może tymi wywiadami załatwi sobie przy okazji parę kredytów w zagranicznych bankach, jako jedyni w Polsce ludzie, którzy dorastają do standardów, do jakich zachodnie demokracje są przyzwyczajone. A potem wszyscy razem pojadą na przyjemne emerytury na Karaibach, w miłym poczuciu, że są wzorowymi obywatelami, a jak ktoś myśli inaczej, to im na pewno tej kasy i pozycji zazdrości. Cóż za wspaniałe życie!

Co tymczasem się stanie z Chruszczowem wojowników z antysemityzmem z Gazety Wyborczej?

Jeśli założyć hipotezę, że całą swą wiedzę o Polsce Gross czerpie z Gazety Wyborczej, (co niewykluczone, bo tylko GW go uczciła specjalnym serwisem) - to wskazówką mogą być dwa artykuły w GW. Pierwszy to wywiad Aleksandry Klich z Bożeną Szaynok pt. "Gross - moralista, nie historyk" z 26 stycznia 2008.

Specjalny raport GW o Grossie zawiera aktualnie mniej informacji o samym Grossie, niż ten jeden artykuł w Rzeczpospolitej, za to więcej o Narodowym Odrodzeniu Polski, które szczerze Grosssa nie cierpi i bywa ze swoimi transparentami na jego wszystkich spotkaniach, a także wyeksponowany artykuł Michnika o pogromie kieleckim. Po tytułach sądząc, NOP to potężna organizacja, zagrażająca polskiej demokracji parlamentarnej. Natomiast Bożena Szaynok akurat książkę Grossa skrytykowała, ale - sądząc po artykule - sama reprezentuje dosyć mniejszościowe stanowisko, że światy Polaków i Polskich Żydów w ciągu tysiącletniej koegzystencji się niemal nigdy nie stykały i są wzajemnie sobie obce.

To stanowisko nie wyjaśnia ani Juliana Tuwima, ani żydowskich wojsk królewskich w czasie wojen kozackich, ale współczesnemu emigrantowi, wypędzonemu w okropnych okolicznościach wiele lat temu, może sugerować jakieś dziwne koncepcje. Co nie znaczy, że zgłaszamy jakiekolwiek pretensje do Barbary Szaynok, której ta koncepcja zapewne ułatwia badania naukowe odrębności między obiema kulturami. Ale istnieją rozmaite teorie, a w trakcie pobytu Grossa akurat ta została wyeksponowana - i można podejrzewać, że autor "Strachu" się z nią zapoznał. Człowiek o poglądach niekonserwatywnych ma wolność wyboru co do utożsamiania się z narodami. Przyzwoity człowiek utożsami się z narodem prześladowanym. Dlatego syn polskiej matki w Polsce, o której myśli, że jej zagraża nazistowska nawała, prędzej się utożsami z zagrożonymi mniejszościami, niż z nazistowskim motłochem. Jeśli jest człowiekiem energicznym, dostanie też impuls do energicznego działania...

Drugi sygnał, to relacje GW z spotkań z Grossem w rozmaitych miastach. Tradycyjnie zaczynają się od przytoczenia treści transparentów NOP. Szczególnie obszerna dyskusja odbyła się na forach Agory po spotkaniu w Krakowie. Zdaniem uczestników, relacje GW sugerują, że spotkanie miało półgodzinne opóźnienie z powodu zagrożenia bezpieczeństwa. Wszechobecny NOP był i tam, ponoć GW, jak żadna inna gazeta, uhonorowała ich nie tylko fotografią transparentu, tuż obok relacji z spotkania, ale też promocją wodzów po nazwisku. Według relacji uczestników rzeczywiście w bezpiecznej odległości od wejścia stała grupa około 10 pryszczatych wyrostków z transparentem, natomiast pod wejściem na teren uniwersytetu kłębił się nie NOP, a tłum studentów, których ochroniarze spotkania nie chcieli wpuścić na egzamin. Profesora, który miał ich egzaminować, też nie wpuścili, ktoś nawet napisał, że grozili mu przemocą, czyli, tłumacząc na zrozumiały język, że go walną, jak się będzie pchał. Podobno profesor usiadł na schodku, powiedział studentom, że w takim razie mają zaliczenie, pozbierał indeksy i wszystkim wpisał pozytywne oceny.

Ale Gross widział z drugiej strony drzwi kłębiący się tłum. Części się udało przedrzeć. W trakcie spotkania autor "Strachu" się ponoć dosyć dziwnie zachowywał, odpowiadając jednosylabowo "tak" lub "nie" na zadawane pytania lub oddając mikrofon komuś innemu. Ale co się dziwić. Jeśli myślał, że na salę przedarli się naziści, to po co miał z nimi gadać. A potem obejrzał poświęcony sobie serwis i się upewnił, że słusznie robi, że nie gada.

Po pełnej emocji podróży zapewne wróci do spokojnego, amerykańskiego domu, i zacznie pisać kolejną książkę. Może zawrze w niej przeżycia ze spotkania literackiego z neonazi na krakowskim uniwerku, które nie skończyło się pogromem tylko dzięki ochroniarzom. Oraz oczywiście o bohaterskim Adamie Michniku i jego redakcji, mieszkających w kraju wypełnionym po brzegi faszystami i antysemitami, którzy ich nienawidzą i pragną zakatrupić. Po publikacji Adam Michnik dostanie parę zaproszeń na wykłady w USA, żeby sobie odpoczął od dziczy. I tak się to kręci.

A potem nasz Chruszczow zapewne przyjedzie do Polski promować swoją kolejną książkę i też z nikim nie będzie gadał, chyba, że po angielsku. Jeśli zrobi jeszcze parę spotkań literackich z Adamem Michnikiem jako cicerone po Polsce, to co prawda osiwieć po raz drugi nie osiwieje, ale zawsze jeszcze może wyłysieć.



PS. Uwaga odautorska: na wypadek procesów wyraźnie stwierdzamy, że tekst jest zamieszczony pod tagiem "humor" i niczyich stanów emocjonalnych nie badaliśmy, stąd to tylko nasze dywagacje. Ale co do tego, że Prawa Ręka Moczara była Prawą Ręką Moczara, i łączenie wojny z antysemityzmem z taką przyjaźnią jest surrealistyczne, to będziemy woleli pójść do więzienia, niż się tego wyprzeć.

[ mirror na Salonie24 ]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

niedziela, 27 stycznia 2008

Zapraszamy na koncert "Republiki" i Kaczmarskiego z okazji 40 rocznicy "Dziadów"

Najpierw "Śmierć na pięć" - specjalna dedykacja dla Jerzego Zawieyskiego, katolika, pisarza i homoseksualisty. Jako jeden z przedstawicieli katolickiej grupy Znak - wszedł do Sejmu PRL i do Rady Państwa. "Gdy w marcu 1968 roku milicja brutalnie pobiła studentów, Zawieyski wspólnie z innymi posłami Koła Znak napisał tekst interpelacji poselskiej w ich obronie. Miesiąc później odpowiedział na nią premier Józef Cyrankiewicz, po czym posłów Znaku ordynarnie zaatakowali z trybuny Józef Ozga-Michalski i prawa ręka Gomułki - Zenon Kliszko. Zawieyski odpowiedział wspaniałą, godną mową. Brał w obronę ofiary politycznej nagonki ostatnich miesięcy: studentów, posłów Koła Znak i pisarzy, a zwłaszcza pobitego przez "nieznanych sprawców" Stefana Kisielewskiego. Gdy skończył, na sejmowej sali rozpętała się burza. Posłowie z komunistycznego nadania nie szczędzili mu najgorszych obelg, nikczemnych pomówień, obrzydliwych wrzasków." Zrzekł się funkcji w Radzie Państwa, zaszczuwali, go, aż dostał udaru mózgu. Zginął 17 czerwca 1969 r.po wypadnięciu z 4 piętra szpitala. Oficjalna wersja uznała jego śmierć za samobójstwo, lecz liczne poszlaki wskazują, że mogło być to morderstwo polityczne. Piosenka "Smierć na pięć" jest ostatnim utworem zaśpiewanym i nagranym przez Grzegorza Ciechowskiego.

"Nasza klasa" Kaczmarskiego....

Nie pytaj o Polskę

(Lepsze, niż te wszystkie zadęte akademie i obdzielanie się nawzajem orderami.
Wspólcześni słuchacze uważają, że to piosenka "dla wszystkich emigratoss" którzy
są tacy głupi, że ciągle jeszcze mówią po polsku;))

http://pl.youtube.com/watch?v=WItEokvwSJs

To nie karnawał
ale tańczyć chcę
i będę tańczył z nią po dzień

to nie zabawa
ale bawię się
bezsenne noce senne dnie

to nie kochanka
ale sypiam z nią
choć śmieją ze mnie się i drwią

taka zmęczona
i pijana wciąż
dlatego nie

NIE PYTAJ WIĘCEJ MNIE

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chce
zasypiać w niej i budzić się

te brudne dworce
gdzie spotykam ja
te tłumy które cicho klną

ten pijak który mruczy coś przez sen
że PÓKI MY ŻYJEMY ona żyje też

NIE PYTAJ MNIE
NIE PYTAJ MNIE
C0 WIDZĘ W NIEJ

nie pytaj mnie
co ciągle widzę w niej
nie pytaj mnie dlaczego w innej nie
nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chcę
zasypiać w niej i budzić się

nie pytaj mnie
dlaczego jestem z nią
nie pytaj mnie
dlaczego z inną nie
nie pytaj mnie
dlaczego myślę że...
że nie ma dla mnie innych miejsc

I dalej:

Moja krew - to wykonanie... ten bunt... Jeden z komentarzy: " To wykonanie jest jak bomba atomowa. Ludzie, którzy tam wtedy byli przeżyli coś wielkiego. Gdzie oni są?"

Republika Biala Flaga - o Stronnictwie Białej Flagi. Ale jak on nap...dalał po fortepianie... Jeden z komentarzy: " Yes! Teraz produkuje się tylko 'gówno'
Muzyka została już stworzona"

Lawa - wulkany wstają, warczą lawą ... i jeden by drugiego zalał. I tak zaczęła się transformacja w Polsce. "Pozytywne, mimo wszystko" - pisze ktoś w komentarzu.

Mamona - Nam się to kojarzy z Agorą, czyli tym, co zostało z Mojej Krwi. Komentarz jakiś taki w podobnym kierunku: "taaa , słuchać i płakać teraz to se można usłyszeć : " łłłoooo , jak ja jej to powiem(...) że muszę żyć życiem towarzyskiem ,łoo łoo " czy jakoś tak"

Odchodząc - Komentarz: "mój chłopak poprosił mnie bym przekazała jego rodzicom że chce by ta piosenka była puszczona na jego pogrzebie. Powiedziałam i została puszczona..." No cóż. Gdyby nie to, co było w ostatnich 40 latach, to i parę pogrzebów byłoby mniej. Jakoś im znaleźć miejsce, na półce czy parapecie...

Dzień Niepodległości. Ani ja, ani ty. - Michnikowi i jego drużynie:)

I na pocieszenie: póki się oddycha... Republika Marzeń :)

Spotykamy się 30 stycznia o godz 21.00 pod Pomnikiem Mickiewicza.

[mirror na Salonie24]


aa

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 26 stycznia 2008

Lewicy w wielkim kryzysie o hodowli brojlerów

"Na wczorajszą prezentację raportu Olejniczak zaprosił przewodniczących rad wojewódzkich Sojuszu. Mają przenieść debatę w partyjny teren" - pisze Wojciech Załuska w artykule "Lewica w wielkim kryzysie" (GW, 24 styczeń 2008) W miarę upływu lat coraz trudniej pamiętać, że tradycją Gazety Wyborczej są jednak opozycyjne pisemka, a nie "Trybuna Ludu" zatrudniająca sprawozdawców ze szkoleń lektorów przy Komitecie Centralnym. Lektor to był taki zawód, dziś poza skansenem nieistniejący, dzięki któremu jakaś grupa ludzi zarabiała pieniądze na życie przenosząc w teren "aktualne zagadnienia marksizmu leninizmu", a inna - informując o tym procederze opinię publiczną za pomocą wysoce swoistego języka.

Ze sprawozdania opublikowanego w Gazecie Wyborczej wynika, że dzisiaj aktualnym zagadnieniem jest kryzys lewicy, a teren będzie się zajmował debatami na temat, jak przenieść na konkrety hasło "Wolność człowieka i solidarność między ludźmi". Kierownictwo amerykanskiej Partii Demokratycznej miałoby w ogóle poważne trudności ze zrozumieniem koncepcji "przenoszenia debat w teren" - głównie dlatego, że ma biurokratyczną samoświadomość i wie, że zadaniem partyjnej biurokracji jest organizowanie maszyny wyborczej, a nie sterowanie wewnątrzpartyjnym propagitem i pseudointelektualnymi "debatami". Życie intelektualne w Partii Demokratycznej kwitnie, ale nie dzięki partyjnym lektorom wysyłanym z Waszyngtonu w głęboki teren stanu Iowa.

O czym, jak, kiedy i z kim

Wolność człowieka, tak samo jak wolność wewnątrzpartyjna, realizuje się między innymi poprzez samosterowność jego życia intelektualnego. Temu służą think tanki. Debatują o czym chcą, jak chcą, kiedy chcą i z kim chcą. Sam termin pojawił się po II wojnie światowej. Dosłownie oznacza zbiornik myśli, a jako pojęcie wywodzi się od nazwy schronu, w którym naradzali się amerykańscy stratedzy. Aparat biurokratyczny Partii Demokratycznej, jak i każdej innej partii, z natury rzeczy ogranicza wolność członków tej partii. Jest właśnie do tego powołany. Jego głównym celem jest namówienie lub wymuszenie na wolnych jednostkach takiego zbiorowego działania, które zrealizuje najlepszą strategię prowadzącą do wygranych wyborów. Cieszy się partyjną legitymizacją tak długo, jak długo potrafi sprawnie zarządzać członkami partii, chętnie godzącymi się nadwerężyć własną wolność, poddać jurysdykcji sądów koleżeńskich i komisji rewizyjnych, płacić składki i nie całkiem dobrowolne darowizny, wszystko w nadziei na pożytki płynące z wyborczego zwycięstwa.

Wolność intelektualna człowieka, podobnie jak ciąża, nie istnieje częściowo, gdyż jest wolnością chaotyczną. Albo intelektualista ma wolność poruszania się ruchami Browna, albo przestaje być intelektualistą. Think tanki są szczytowym osiągnięciem powojennych, demokratycznych sposobów sprawowania władzy i chyba jakąś reakcją na powojenne przerażenie, że Hitler doszedł do władzy z zachowaniem formalnych mechanizmów demokracji. Gdyby Niccolo Machiavelli wiedział, ze wybór nie ogranicza się tylko do wyboru między despotą dobrym, a despotą niedobrym, to sam za bzdurę by uznał własną opinię "twierdzenie że lud jest najlepszym strażnikiem swoich praw, to bzdura niczym nie usprawiedliwiona. Jest on strażnikiem najgorszym, wręcz żadnym". Zarówno biurokraci, jak i intelektualiści, odpowiadają sobie na pytanie "o czym, jak, z kiedy i z kim". Biurokraci muszą wybrać jedną odpowiedź. Intelektualiści, którzy jedną i tą samą odpowiedź wybiorą, z presją lub bez, już intelektualistami nie są. Innymi słowy, rola partyjnego biurokraty i rola partyjnego intelektualisty do zupełnie różne role, różne środki i różne kryteria oceny.

Zamiast fantazji o politycznej prekognicji

Machiawelli żywił nadzieję, że zdolność przewidywania skutków własnych czynów jest tym, co odróżnia władcę dobrego od złego: "najczęstszy ludzki błąd - nie przewidzieć burzy w piękny czas". My, lokatorzy pierwszej połowy XXI wieku, jesteśmy od niego mądrzejsi. Wiemy już, że burz przewidzieć się nie da. Ani tej z Hitlerem, ani tej z Stalinem, ani tej z World Trade Center, ani wszystkich przyszłych. Przyszłością się rządzić nie da. Nawet Hitlerowi to się nie udało, mimo, że na swoim dworze zatrudniał wróżbitów. Ale w radzeniu sobie z przyszłością można przyjąć lekcję Matki Natury i zrobić to samo, co ewolucja robi od milionów lat. Siejesz mutującą sie pulę genetyczną i patrzysz, co z tego wyniknie. Coś padnie, coś przetrwa, a coś się okaże najlepszym lekarstwem na kryzys, którego dzisiaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Temu służą think tanki. Właśnie dlatego muszą się poruszać ruchami Browna - na tym polega przetrwanie systemu demokratycznego. Oraz prawdziwa wymiana pokoleń liderów politycznych.

Nie wiadomo, co myślał Reagan, kiedy po ustąpieniu z prezydentury zajał się zakładaniem think tanków. Zapewne miał na myśli rozwiązanie bardzo praktycznego problemu, jakim był niedobór konserwatywnych kadr, na tyle poważny, że przy zatrudnianiu urzędników do Białego Domu on sam musiał korzystać z zasobów Demokratów. Już zupełnie nie wiemy, czemu jego think tank fundował stypendia na najlepszych uniwersytetach nie tylko konserwatywnej młodzieży, ale i demokratycznej, która rokowała jakieś intelektualne nadzieje. Ale po 20 latach absolwenci sieci tanków Reagana nie tylko zmietli z powierzchni ziemi skansen konserwatyzmu Thatcher na rzecz tzw. konserwatyzmu współczującego, ale też sprawili kłopot Demokratom. Okazało się bowiem, że - wbrew różnicom poglądów - młodszemu pokoleniu Demokratów jest percepcyjnie i językowo bliżej do młodych konserwatystów, niż mamutów z własnej partii. Dlatego Bush rządził pełne dwie kadencje.

Rewolucja potrzebna od zaraz

Światowa lewica nie ma żadnego kryzysu, przeciwnie, Demokraci najprawdopodobniej wygrają najbliższe wybory, a to da natychmiastowy impuls także w Europie. Kryzys, owszem, jest, ale wynika z procesów globalizacyjnych, a nie jakiejś szczególnej lewicowości czy prawicowości tych, którzy o nim myślą. Wszyscy, i lewica, i prawica, mają taki sam problem z nowym porządkiem świata i koniecznością ułożenia na nowo relacji między powszechnością i dostępnością świata a obroną lokalnej tożsamości i unikalności. Lewicowe życie intelektualne w Polsce kwitnie. Wszelkie badania opinii publicznej wskazują na rosnącą popularność postulatów lewicowych, co w ostatnich wyborach ujawniło się nawet w cudotwórczych zapędach Platformy Obywatelskiej. Bogactwo środowisk, grup, publikacji. Ale dla polskiej, partyjnej lewicy nic z tego nie wynika. Może i mają jakąś świadomość, że siedzą w bardzo chybotliwej łodzi, niemniej sygnału, że się na te środowiska otworzą, brak. Wysyłanie lektorów w teren i hodowla brojlerów nie są alternatywą dla życia intelektualnego... I będzie miało dokładnie taki sam skutek, jak - swego czasu - wykłady z marksizmu -leninizmu w podstawowych organizacjach partyjnych PZPR w zakladach pracy.

"Rewolucja potrzebna od zaraz" - pisze Sławomir Sierakowski (Newsweek, nr 3/08) - "...polityków takich jak Józef Pinior czy Marek Balicki nie powstydziłaby się żadna lewicowa formacja w Europie. Tym niemniej konieczną zmianę w LiD wiązać należy raczej z młodszym pokoleniem. Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski zrobili błąd: zamiast odmłodzić partię, sami postarzeli się o 20 lat. Błąd zrobili też Jerzy Szmajdziński, Krzysztof Janik, Marek Borowski i Aleksander Kwaśniewski, zachowując się jak pies ogrodnika - sami już nie mają siły, ale wolą pójść razem na dno, niż ożywić partię. Tak poważni politycy, którzy sprawowali najważniejsze funkcje w państwie i przeszli już werdykty wyborcze, mogą nie przejść najważniejszego - werdyktu historii. Zamiast być akuszerami lewicy w Polsce, mogą zostać zapamiętani jako jej grabarze..."

Mantra dla lewicy

Zbliża się 40 rocznica Marca68. Zapraszamy wszystkich 30 stycznia o godzinie 21.00 pod pomnik Adama Mickiewicza, niezależnie od wieku, zapatrywań, czy politycznej przynależności. Po spektaklu "Dziadów" w Teatrze Narodowym złożymy tam kwiaty, zapewne bardzo wzruszeni. Drogi byłych marcowców się dawno rozeszły. Jedni są dziś na lewicy, inni na prawicy. Jedni się lubią, inni darzą nawzajem niechęcią. Szczęśliwie żyjemy w innych czasach i innych nastrojach, nie grozi nam ani Golędzinów, ani policja polityczna.

Kiedy człowiek się zastanawia, co ewentualnie miałby do przekazania z własnych doświadczeń, okazuje się, że bardzo niewiele. Ale chyba jest coś, o co warto zadbać. To coś, co połączyło grupę Nowe Formy z Kicaka jeszcze przed Marcem, a potem tajemniczo objawiało się w kolejnych pokoleniach opozycji. To gotowość uczenia się nowych rzeczy zawarta w mantrze "jeśli ktoś powtarza za innym, to jest podejrzany". W rozmaitych ustach "wolność człowieka i solidarność między ludźmi" bywa tylko mgławicowym komunałem i zawsze się można wykręcić od wszelkiej odpowiedzialności za realizację powiadając, "ja to rozumiem inaczej niż ty". Za to każdy potrafi odróżnić, czy rozmawia z kopią, czy z oryginałem. Nigdy brojler nie będzie liderem politycznym. Sierakowski zarzucił Olejniczakowi, że zamiast odmłodzić partię, się postarzał o 20 lat, ale co to za zarzut. Zależy, kto jakie odmładzanie ma na myśli. Olejniczak miał tą partię odmienić, a skopiował co było. Ze w nieco młodszym wydaniu, to co z tego?

Jest też inny praktyczny skutek stosowania mantry z Kicaka. Jeśli ktoś stosuje ją w życiu, to ma szansę nie upaść ze stanu intelektualisty do stanu lektora propagitu, a to jest konkret.

[mirror na Salonie24]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 15 września 2007

Trzy dziewczynki pod liśćmi paproci

Matka była w takiej desperacji aby uratować swoje dzieci, że trójka z nich zmarła. Ale przeżylo jedno. Człowiek nie chce sobie wyobrażać tej drogi przez Bieszczady, choć obrazy same się pchają przed oczy.
Koci gułag.

Szacunek dla Rokity za jego ostatnie słowa jako polityka. Nim też wstrząsnęło. Ale to nie tylko Rosja. UE milczy, bo dba o regularność dostaw gazu. Uszczelnianie granic UE....

Tylko dlaczego Polacy muszą przeżywać takie horrory?

Racjonalizm bez serca jest straszny. Trzeba się przestać bać wyrazu empatia.

Jedna nawet nie miała butów.
Świeczkę dla każdej
['] ['] [']

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 14 września 2007

Ostatni dzwonek dla SLD żeby wystąpić z LiD

Kiedy okazało się, że łączone wyniki Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony są gorsze, niż przy samodzielnym starcie, Lepper pożegnał się z LiS. Teraz identyczną decyzję musi rozważyć Olejniczak co do LiD. Kwaśniewski okazał się niewypałem. Nie tylko dlatego, że „jego osobista popularność nie przekłada się na wyniki wyborcze LiD”, jak to elegancko ujął Leszek Miller w „Dzienniku” z 13 września 2007, ale też dlatego, że popularność Kwaśniewskiego ostatnio jest naznaczona coraz wyraźniejszym odcieniem negacji także w lewicowym elektoracie. Nie tylko dzięki wywiadowi dla niemieckiego "Vanity Fair", w którym inspiruje inne państwa do interwencji w Polsce. Polityka nie znosi śmieszności. Zły to szef sztabu wyborczego, z którego śmieją się, że nad pracę nad wygraną swojej partii przedkłada zarobienie 100 tys dolarów na kolejny ekstrawagancki zegarek. Na pewno swoim przykładem nie zmobilizuje elektoratu, także przecież posiadającego rozmaite zajęcia, choć może nie tak dochodowe.

W jednym z wystąpień na antenie TVP3 politolog z Uniwersytetu Śląskiego dr Marek Migalski stwierdził, że w tych wyborach spodziewa się wyższej frekwencji niż w ostatnich. Prognozował, że nawet około 48 proc uprawnionych do głosowania może się stawić przy urnach. Nie tylko dlatego, że wyborcy – wbrew ich własnym deklaracjom na rzecz polityki spokojnej i zrównoważonej – lubią polityczne jatki i chętniej skłonią się do stawienia przy urnie dzięki awanturom niż dzięki nudnym, niemedialnym debatom. Migalski spodziewał się też powrotu elektoratu lewicowego, który, jego zdaniem, w poprzednich wyborach został w domach, obniżając ogólną frekwencję, zniechęcony do afer gospodarczych rządu Millera oraz podziału formacji na SDPL i SLD. Zdaniem Migalskiego, elektorat ten ma teraz LiD -jednolite ugrupowanie, na które może głosować, więc do urn wróci. I tu się chyba myli.

Jeśli dzisiaj jakieś napięcia między zwolennikami SDPL a SLD istnieją, to nie są one wynikiem dramatycznych różnic programowych. Wspólny start obu ugrupowań z jednej listy nie budzi światopoglądowych zastrzeżeń, tu Migalski mógłby mieć rację, że taka lista dostałaby wyborczą „premię” za współpracę. Ale inaczej mają się sprawy mariażu SLD z byłą Unią Wolności, która własnego elektoratu już właściwie nie posiada. Elektorat lewicowy, wychowany na antybalcerowiczowskiej retoryce, może nie mieć chęci, by głosować na listę z ludźmi Balcerowicza.

Rafał Ziemkiewicz ironizuje w swoim blogu po konwencji programowej lewicy „Otóż, proszę państwa, mówiono na tej konferencji (przypomnę: programowej) o szeregu bardzo ważnych, konkretnych, programowych postulatów lewicy: normalności, obronie demokracji, przewadze urody działaczy LiD nad działaczami PiS. Ale nie powiedziano ani słowa o sprawiedliwości społecznej, wyrównywaniu szans, podnoszeniu zasiłków etc. Proszę państwa, to był pierwszy w RP zjazd liczącej się partii politycznej bez socjalnej demagogii! Oby wszyscy wzięli z lewicy ten przykład.” Z sumy programów Unii Wolności i SLD wychodzą co najwyżej politycy ładnie opaleni pod kwarcówką. Lewicowemu elektoratowi coraz bliżej do opinii Ziemkiewicza czy Millera, który powiada, że "samo SLD dzisiaj dostałoby tyle samo co LiD, albo nawet więcej głosów", niż do optymistycznej opinii Migalskiego, a o mobilizacji potencjalnych wyborców LiD oraz ich chęci pójścia do urn świadczą najlepiej wyniki badań opinii publicznej, które umiejscawiają tą koalicję na granicy wejścia do parlamentu.

Czas na decyzje się kurczy. Olejniczak stoi przed dramatycznym wyborem. Może brnąć w to, co jest, licząc, że jednak jakoś uda się pokonać próg wyborczy dla koalicji, choć to się wydaje coraz bardziej wątpliwe. Albo SLD może zdecydować się na wystąpienie z LiD i rejestrację własnej listy, którą skonstruuje tak, by dostać od swoich wyborców premię za współpracę, a nie naganę za nijakość. Czy to pozwoli lewicy przetrwać w Polsce? Nie. Bez bardzo radykalnych zmian i tak będzie to ich ostatnia kadencja parlamentarna. Ale liczenie na to, że „jakoś to będzie” może spowodować, że zabraknie nawet tej ostatniej kadencji.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 8 września 2007

Sun Tzu, sztuka walki

Sięganie po nagą przemoc jest zawsze oznaką końca jakiejś formacji. Tak było z Jaruzelskim. Sięganie po fałszerzy pieczątek i zeznań jest przemocą w warunkach demokratycznych, oznaką końca formacji LiD-GW. Ale to nie zmienia obrazu społecznego, że rozmaite elektoraty istnieją i jakoś się będą organizować.

Dziennik opublikował bardzo interesujące badanie opinii publicznej na temat numerków RP. Respondenci odpowiadali, czy się opowiadają za II, III, IV RP czy może by chcieli V RP. Najwięcej pozytywów było dla V RP, najmniej - dla III RP. I to jest realna sytuacja formacji LiD-GW.

Sun Tzu powiada: szczur, zapędzony do narożnika, będzie gryzł. Nie zapędzaj wroga na pole śmierci. Jeśli go okrążyłeś, otwórz furtkę, przez którą część ucieknie. Przyjmij przysięgę żołnierzy wroga, a po przysiędze traktuj jak swoich. Włącz ich w odbudowę państwa.

Mihnikoidy teraz bronią Stalingradu.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz