czwartek, 23 sierpnia 2007

A jednak to był niezły rząd

Na szybko, po wysłuchaniu dzisiejszej oceny NiK z wykonania ustawy budżetowej: A jednak niezły rząd. Poradził sobie z kilkoma strukturalnymi barierami, które dotychczas niemal całkowicie blokowały możliwości konsumpcji aktualnego wzrostu gospodarczego - np. po raz pierwszy od lat NiK nie miał żadnych zastrzeżeń do jakości raportów finansowych głównych dysponentów środków budżetowych.

NiK stwierdził, że pisali prawdę, to jest, że ich raporty stanowiły rzeczywiste sumy dysponentów 2-go i 3-go szczebla, stwierdzone na poziomie kontroli szczegółowych. Kto nie czytał tekstu Jadwigi Staniszkis sprzed kilku lat, o 1/3 budżetu "wyprowadzanego" za pomocą rozmaitych agend, ten nie rozumie, jak wielka to zmiana. Walka z korupcją na najwyższych szczeblach PiSowi rzeczywiście wyszła. Gorzej już na niższych szczeblach.

Co niepokoi, w długiej fali?

Dwie rzeczy. Prywatyzacja zaległa, ale to jest problem tylko dla sekty Balcerowicza. Ale zwiększył się procentowy udział wydatków sztywnych do funduszy aktywnych, a to fundusze aktywne w długiej fali stwarzają rządom możliwości aktywnej polityki ekonomicznej. Po drugie, na inwestycje długofalowe wydali tylko 54 proc planowanych środków. Tu jest prawdziwy problem. Nauka oraz inwestycje wieloletnie.

Szkoda, że właśnie padają, bo wydaje się, że w dziedzinie zarządzania gospodarką mają pewien potencjał, który nie został w pełni wykorzystany. Parę ryzykownych pomysłów się sprawdziło, np. manipulacja kursem złotego - wstępnie krytykowana, ale tu rzeczywiście im się udało w pełni skonsumować wzrost gospodarczy. Rozdzierającemu koszulę Balcerowiczowi najwyraźniej zabrakło wyobraźni. Dochodowość rezerw podwyższyła się do 4,2 proc. Silna aprecjacja złotego w ogóle nie miała wpływu na zdolności NBP. Podejmują dosyć niekonwencjonalne działania, ale chyba to jest pora, że powinien to poczuć klient indywidualny. Właśnie wtedy, gdy Jarosław Kaczyński przestanie być premierem...

Mirror i komentarze



Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

środa, 18 lipca 2007

Gambit Michnika

W tekście „Lewicowa racja stanu (tortury)" zasugerowaliśmy, że poza granicami kraju ten numer może nie przejść. Chodziło wtedy o twarze polskiej lewicy – Aleksandra Kwaśniewskiego, wystawionego przez LiD jako ich kandydat na premiera, oraz Marka Siwca, desygnowanego przez SLD na stanowisko wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego z ramienia PES – obu imiennie wymienionych w raporcie jako świadomych i wyrażających zgodę na tajne ośrodki odosobnienia CIA, w których m.in. torturowano ludzi. Ale nie przechodzi jeszcze coś innego. Gambit Michnika, polegający na blokowaniu cudzych wypowiedzi za pomocą pozwów sądowych, na Zachodzie jest traktowany nie jako straszak, a zaproszenie do tańca.

Adwokaci Siwca wezwali Marty'ego, by "niezwłocznie zaprzestał naruszać dobra osobiste" wiceprzewodniczącego PE, usunął jego nazwisko z raportu i opublikował na stronach internetowych Rady Europy przeprosiny. W przeciwnym razie Siwiec wniesie do polskich sądów pozew o ochronę dóbr osobistych. „Jakoś mi się nogi nie trzęsą” – powiedział na to Dick Marty dziennikarzom The Washington Post i odmówił usunięcia z raportu nazwisk polityków z Polski i Rumunii.

W samych Stanach sprawa tajnych więzień jest już dawno zalatwiona na poziomie politycznym. Amerykanie się przyznali. Wiadomo na pewno, że więźniów torturowano m.in. w Syrii, Jemenie, Egipcie i Uzbekistanie. W zeszłym roku George Bush oficjalnie potwierdził informację o siatce tajnych więzień, choć nie podał szczegółów. Przyznał się również do tortur, nazywając je „procedurami alternatywnymi”. Dla przypomnienia, w przypadku więźniów Karimova oznaczały one pływanie w basenie z szczurami, gotowanie żywcem i przypiekanie prądem elektrycznym aż do śmierci. Szczegóły znalazły się w prasie dzięki dziennikarskim śledztwom i przeciekom z CIA. W efekcie Biały Dom znalazł się w tej sprawie w izolacji nawet wobec własnej partii, a Kongres przegłosował ustawę o całkowitym zakazie tortur i eksportu więźniów. To i tak nie uratowało Republikanów – w ostatnich wyborach ponieśli spektakularną klęskę. Po Iraku kwestia tajnych więzień była ich gwoździem do trumny, nie tylko ze względu na fakt tortur, ale też wyłączenie ośrodków spod jurysdykcji nie tylko sądownictwa cywilnego, ale też wojskowego.

Obecny polski rząd robi co może, aby utrudnić śledczym z Parlamentu Europejskiego dochodzenie w sprawie amerykańskich ośrodków odosobnienia, powodowany zapewne lojalnością wobec sojusznika, ale naszym zdaniem to fałszywa lojalność. Sojusznik już dawno się przyznał – i prawdopodobnie Marty ma rację, kiedy powiada, że w przyszłości zostaną opublikowane następne informacje z oficjalnych źródeł USA. Za niewłaściwe decyzje polityczne odpowiadają politycy, którzy je podjęli, a nie państwo. Tu mowa tylko o odpowiedzialności moralnej i politycznej, a nie karnej. Amerykanie mają długą tradycję załatwiania brudnych spraw cudzymi rękami, ale tak już jest, że wykonawcy brudnej roboty nie bywają na rautach w Białym Domu. Aleksander Kwaśniewski nie dostał amerykanskiego poparcia nawet do Komitetu Olimpijskiego – i to jest jakiś sygnał dla jego następców. Lojalność i współpraca nie polegają na torturach, a np. na tarczy antyrakietowej. Skoro polscy politycy nie potrafią się przyznać tak, jak to zrobił Bush, to śledztwa będą się toczyć dalej i będzie coraz gorzej.

Rumsfeld contra CIA

Wspaniałą, dziennikarską robotę wykonała Suzanne Goldenberg, pisząca z Waszyngtonu dla The Guardian. Sprawa więzień CIA wróciła na łamy gazet, gdyż 17 lipca raport Marty’ego trafił do Brukseli. W trakcie kilkugodzinnego przesłuchania w Parlamencie Europejskim Marty powiedział, że jego jego 18-miesięczne dochodzenie opierało się w poważnym stopniu na rozmowach z „wysokimi rangą przedstawicielami CIA (oraz) wysoko ulokowanymi urzędnikami rezydującymi w Europie, którzy z różnych powodów, często honorowych, byli gotowi wyjaśnić, co się zdarzyło.” Mimo gradu pytań Marty odmówił upublicznienia nazwisk swoich informatorów ze względu na ich bezpieczeństwo. To się pewnej części parlamentarzystów nie podobało, zapewne w podobnym tonie ukażą się komentarze w polskiej prasie, można też przypuszczać, że najgłośniej będą się domagać upublicznienia ci, co jakiś czas temu najbardziej ubolewali z powodu raportu Macierewicza z likwidacji WSI, że to niszczy polski wywiad i naraża agentów wywiadu na bezpośrednie niebezpieczeństwo. Niemniej, kiedy szwajcarski sędzia oświadcza, że procesów się nie boi, to znaczy, że dowody jednak zgromadził, i że na niejawnej rozprawie gotów jest je przedstawić. Co z kolei oznacza, że takowy proces nie jest na rękę Amerykanom i na pewno nie będą za niego Siwcowi wdzięczni.

Suzanne Goldenberg dotarła do agentów CIA. Ośrodki tortur miały być pomysłem Rumsfelda, a ich ubocznym efektem – głeboki podział w samym CIA. Istnienie ośrodków ujawnił The Washington Post w listopadzie 2005, właśnie w wyniku przecieku z samego CIA. Trzech byłych funkcjonariuszy potwierdziło teraz dziennikarce The Guardian informację o głębokim konflikcie wewnątrz CIA. Pewna część funkcjonariuszy nie była w stanie zaakceptować istnienia ośrodków, uważając, że wykraczają one poza zakres normalnych zadań agencji wywiadowczej, a stosowane tam metody uznała za wręcz „kontrproduktywne”.

Były funkcjonariusz CIA Vincent Cannistraro powiedział Suzanne Goldenberg, że bunt w szeregach Agencji przeciwko Rumsfeldowi posunął się do takiego stopnia, że część agentów zdecydowała się na znak protestu udać na wcześniejsze emerytury, a tym, co zostali, ale odmawiali udziału, łamano kariery. Larry Johnson, inny były funkcjonariusz, który też zdecydował się na ujawnienie nazwiska, potwierdził informacje Marty’ego o bardzo głębokim konflikcie wewnątrz Agencji i stwierdził, że w tej sytuacji chęć mówienia nie jest zaskakująca.

LiD ma problem. Do wyborów, nawet przyspieszonych, zostało trochę czasu. Ich „twarzą” wcale nie muszą być ludzie uwikłani w wątpliwej jakości międzynarodowy konflikt. W Radzie Programowej jest na przykład Jan Lityński, którego na razie nikt o torturowanie nie oskarża, a w obrębie tego ugrupowania jest więcej osób, które nie budzą wątpliwości na europejskiej scenie politycznej. Podobnie problem ma obecny rząd, musi się zdecydować, czy wspieranie Marka Siwca w jego czynnościach procesowych jest polską racją stanu - czy też interesem Marka Siwca.

Do czytania:
- Marcin Grajewski (Reuters), CIA Dissenters Aided Secret Prisons Report: Author,
The Washington Post,17 lipca 2007
- Suzanne Goldenberg, Rendition inquiry reveals rift in CIA ranks, The Guardian, 17 lipca 2007



Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

poniedziałek, 9 lipca 2007

Jackowi Łęckiemu (i nie tylko) Odp... sie od Żydów!

Biją Rydzyka? To znajdźmy Żydów do bicia w ramach retorsji... Jacek Łęski znalazł Alinę Całą z Żydowskiego Instytutu Historycznego, która ponoć w radiu Tok FM stwierdziła, że Jarosław Kaczyński przemawiając na Jasnej Górze w ostatnią niedzielę "naśladował ton Hitlera", oskarżyła braci Kaczyńskich o "antysemityzm ukryty po inteligencku" i "sprytnie wciskane aluzje antysemickie". Tak twierdzi Jacek Łęski, bo taśm brak.

Salonowy poranek zdominowały dyskusje o taśmie Rydzyka. Popołudnie - Żydzi. Biorąc udział w porannych dyskusjach zachowaliśmy ostrożność, na przykład popierając Free Your Mind, że zaskakuje opieszałość w publikacji nagrań, które od kwietnia czekały na moment, kiedy Jarosław Kaczyński udał się na pielgrzymkę jasnogórską. Skłócenie Kaczyńskich z Rydzykiem niewątpliwie może odebrać PiSowi parę moherowych głosów zdobytych dzięki wystąpieniu Jarosława. To jedna strona medalu, a druga, to sama treść nagrania. Jeśli taśmy są prawdziwe, to biada studentom Rydzyka.... i nie tylko. Rybitzky pisze o zgubnym wpływie Rydzyka na wizerunek PiS, i doprawdy trudno się z nim nie zgodzić. Wpisaliśmy się i tam, że najbardziej obraźliwe dla głowy państwa nie są ani chamskie uwagi o żonie prezydenta, ani antysemityzm, ale przechwałki Rydzyka, że zażądał, aby na spotkaniu z nim stawili się obaj Kaczyńscy, bo z jednym to mu się nie chce gadać.

Podobnej wstrzemięźliwości nie wykazał ani Jacek Łęski, ani jego czytelnicy, jeśli chodzi o Żydów. "Jedni mają Rydzyka, inni panią Alinę. Zaiste diabelska alternatywa" - napisał Łęski. Poprosiliśmy autora o doprecyzowanie, czy miał na myśli, że Rydzyka "ma" PiS, a panią Alinę Żydzi hurtem? Autor wyparł się, że chodziło mu o GW oraz Tok FM, ale sądząc po komentarzach, sporo jego czytelników zrozumieli dokładnie jak i my, że chodzi jednak o Żydów: "Zydzi i filosemici atakują Polskę i Polaków"; Zydzi stworzyli ojca Rydzyka i jego rzekomy antysemityzm, tysiące Żydów przed Aliną całą pluło na Polskę i Polaków; "Co jest z tymi polskimi Zydami, chyba tylko u nas tak się dzieje, żeby Zydzi s-li we własne gniazdo. Jakoś przestaje już dziwić ich szczególe zaangażowanie w ubecje i podobne służby"; "rasowa polakożerczyni"; "swoją drogą do koszernego nieba żaden stalinowiec by chyba nie wszedł, więc czemu ich porządni Żydzi nie wypunktują sami? Czyżby nie było już w Polsce - jak ćwierkają wróbelki - porządnych Żydów?"; "Tak właśnie przedstawia się obraz żydostwa,które podobno tak wiele wycierpiało.Wypowiedź ta przekonuje mnie,że wycierpiało prawdopodobnie na własną prośbę.Warto tej pani też powiedzieć,że historia lubi się powtarzać i wtedy Polacy zrezygnują z tych sadzonych drzewek w parku pamieci." Kataryna naigrywa się z pani Aliny: "chora kobieta i tyle, różnicy między obsesjami Rydzyka i Całej nie ma, oboje są stuknięci." i jako dowód jej choroby podaje link, gdzie Alina cała jako dowód antysemityzmu lejącego się z studia Ojca Rydzyka przytacza taką wypowiedź słuchacza w rozmowie z ks. Cydzikiem "Na przykład, wymordowanie 6 milionów chłopów w Rosji nie leżało w żaden sposób w hasłach socjalizmu, czy komunizmu, natomiast w Talmudzie chłopi są jednym z najgorszych gatunków ludzi, więc trzeba ich wymordować – i zostało to zrealizowane.'

Kropkę nad "I" stawia Mona: "czas na odwagę!" - woła - Pewnie sobie kupię mieczyk Chrobrego, żeby "dać wyraz".Publicznie..".

No więc, my, Żydzi hurtem, może jesteśmy porządni, może nie, ale nie wydaje nam się, żeby nasza "porządność" polegała na tym, że mamy jakiś rasowy obowiązek krytykowania i odcinania się od głupich Żydów czy ich głupich wypowiedzi. Nie wydaje nam się również, żeby Polacy mieli rasowy obowiązek krytykowania i odcinania się jako słowiańska rasa za każdym razem, gdy jakiś czkacz idiota słowiańskiej prowieniencji pozwoli sobie na antysemickie wypowiedzi na falach eteru Radia Maryja. Ustawy norymberskie oraz zbiorowa odpowiedzialność Żydów za cokolwiek, z ojcem Rydzykiem włacznie, nie mówiąc o straszeniu, że "historia się lubi powtarzać", kojarzy nam się z czasami II wojny światowej - a ta już dość dawno minęła, i byłoby nam miło, gdyby komentujący w blogu Łęskiego raczyli to zauważyć. Mieczyk Chrobrego jako oznaka odwagi walki z Żydami kojarzy nam się jak najgorzej. Równie źle kojarzy się nam zrównanie postaci Aliny Całej i Ojca Dyrektora, gdyż, o ile nam wiadomo, imperium medialne Aliny Całej nie istnieje. "Ci, co ponoć "maja pania Aline" prawdopodobnie nie wiedza o jej istnieniu. Ta - jak pan ja okresla - "publiczność Agory(...) i skoligaconych mediów oraz licznych nasladowców" byc moze nawet poczula sie zniesmaczona wypowiedzia pani Aliny, moze puscila ja mimo uszu." - pisze bryt.bryt

"To nie nasza wina, że wśród takich najwięcej jest Żydów" - pisze ktoś z satysfakcją. Gwoli ścisłości, pierwszym, który Kaczyńskich porównał do Hitlera, był rasowy aryjczyk, Donald Tusk z Platformy Obywatelskiej, w trakcie kampanii prezydenckiej. Napisaliśmy wtedy, że wolność słowa nawet kandydatów na prezydenta powinna podlegać pewnym ograniczeniom, i że tego rodzaju wypowiedziami powinno się zająć PKW. I byliśmy w tym osamotnieni, nikt właściwie nie podchwycił. Czy mamy więc teraz domniemywać, że to nie o oskarżenie o hitleryzm chodzi, tylko dowody rzeczowe na "szczegółne natężenie Żydów" wśród posuwających się do takich oskarżeń?

Ten tekst miał być zupełnie o czymś innym. Mianowicie o artykule Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego "Polska dla Polaków" z 3go lipca. Też, naszym zdaniem, manipulujący, i też używający Żydów do bicia w rząd. Ale już nam się nie chce. Chce nam się tylko napisać, żeby się wszyscy od Żydów odpieprzyli. I ci z GW, i ci zgromadzeni w blogu Jacka Łęskiego.

A to miał być przyjemny dzień...

mirror: http://autostopem.salon24.pl/22732,index.html

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

poniedziałek, 2 lipca 2007

Niewypał z LiD?

Dotychczas nowe ugrupowania i próby konsolidacji na scenie politycznej uzyskiwały premię elektoralną za nowość i współpracę, która trochę topniała w wyborach. Właściwie nigdy się nie zdarzyło odwrotnie, by z mizernego początku wyszedł imponujący wynik wyborczy. Według najnowszego sondażu Rzeczpospolitej LiD ma zaledwie 10 proc. poparcia.

Aleksander Kwaśniewski i jego rada programowa mieli być elektoralnym pociągiem, ale najwyraźniej nim nie są i już raczej nie będą, bo taka mobilizacja, jak obecne strajki służby zdrowia, nie będzie trwała wiecznie, a już widać, że wizyta Jolanty Kwaśniewskiej u pielęgniarek nie przełożyła się na ani jeden pielęgniarski głos, podobnie nie przyczyniły się krokodyle łzy wylewane nad ciężką, pielęgniarską dolą przez ludzi kojarzonych z ultraliberalnym programem Balcerowicza.

Na strajkującą służbę zdrowia usiłuje wejść politycznie Platforma Obywatelska z postulatem prywatyzacji usług medycznych, poniekąd słusznie, liberałowie proponują liberalne rozwiązania, tyle że one oznaczałyby dalsze ograniczenia dostępu do świadczeń medycznych i upadek wielu obecnie istniejących szpitali ze względu na brak wystarczającej ilości zamożnych klientów. Tyle to strajkujący chyba wiedzą, więc PO może liczyć najwyżej na zdobycie głosów jakiejś skromnej części środowiska lekarskiego. Reszta jest niezagospodarowana politycznie. Państwowej służby zdrowia broni konserwatywna PiS, a lewicy nie ufają sami strajkujący.

Jak więc tą sytuację zdefiniować? Czy owe 10 procent oznacza, że w Polsce nie ma lewicowego elektoratu, czy też problem leży w składzie rady programowej LiD? Niemal dwa lata zostały do następnych wyborów i wiele się jeszcze może przydarzyć, z procesami o nadużycia gospodarcze włącznie. Niezmiennie, Aleksander Kwaśniewski tłumaczy je atakami politycznymi na lewicę, ale czy jego własny elektorat mu wierzy i podtrzyma poparcie?


[mirror: http://autostopem.salon24.pl/21564,index.html ]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

wtorek, 26 czerwca 2007

Rekontra: Temat mało medialny - Muzeum Żydów Polskich

Prosta analiza bystrego obserwatora sceny politycznej Krzysztofa Leskiego doprowadziła go wczoraj do jednej możliwej konkluzji: "pielęgniarki z KPRM zostaną wyprowadzone zaraz, albo premier może zacząć rozmowy z prezydentem o terminie przedterminowych wyborów." Do takiej konkluzji doszedł dziennikarz, który wcześniej napisał: "więc nie będę dzwonił do Janka Dziedziczaka, by męczyć go pytaniami, na które i tak nie może odpowiedzieć."

Interesującym może być, do jakiej to konkluzji by doszedł redaktor Leski, gdyby jednak zadzwonił do "Janka" - z rządu. I zaczaiła się wiodąca na rynku stacja TVN24 przed kancelarią premiera, czekała ze swoimi reporterkami i reporterami krążącymi pośród 136 namiotów obozowiska "białego miasteczka", i zastanawiała się po cichu - wejdą, czy nie wejdą, wyprowadzą czy wyniosą.

Szkoda, że TVN24 nie wysłało ani jednego wozu transmisyjnego i chociażby pracownicy Pochanke, by relacjonowała uroczystości wmurowania aktu erekcyjnego Muzeum Historii Żydów Polskich. A był prezydent Kaczyński - świetne przemówienie, były prezydent Niemiec - dobre przemówienie, naczelny rabin Tel Awiwu - z Piotrkowa Trybunalskiego - świetne przemówienie. Wmurowanie aktu to było bardzo ważne wydarzenie - przemówienia odkłamujące historię - można było usłyszeć kilka słów prawdy o 1000-letniej obecności u nas polskich Żydów, i to od Żydów.

Ale temat mało medialny, nikt nie gwiżdże, nie wznosi okrzyków, w ręku nie trzyma plastikowej butelki po Coli, nie będzie kogo ani czego pokazać w szkle kontaktowym, zapytać w "Teraz My", kto za tym stoi.

Nie tak dawno toczyła się dyskusja na forach internetowych, czy Muzeum powinno powstać, dyskutowano w jakiej formie. Po wysłuchaniu przemówień zaproszonych gości, przemówień nie w stylu żydów amerykańskich – odpowiedź jest jedna. Takie muzeum powinno powstać już wiele lat temu. Szkoda, że tak późno, że Żydzi z Izraela pod obstawą, otoczeni kordonem ochroniarzy, znają Polskę od strony niemieckich obozów zagłady – nawet nie wiem, czy zdają sobie sprawę, czy są niemiecki, czy nazistowskie. Jeżeli nazistowskie, to pewnie polskie. Młodzi Żydzi nie wiedzą, skąd w Polsce się wzięli ich przodkowie, nie wiedzą co zawdzięczają Polsce i Polakom. W Polsce ich przodkowie szukali schronienia przed prześladowaniami i znajdowali je, i tego się dowiedzą zwiedzając Muzeum Żydów Polskich.

Minęło kilka godzin, na stronie prezydenta jest przemówienie, a portale jeszcze tej uroczystości nie odnotowały.

Fragment przemówienia:

„… a może nawet dziewięć stuleci, narodu, który żył na tych ziemiach przez ponad osiem co najmniej, a być może dziewięć wieków, powinno powstać wcześniej, tak jak i niejedno inne muzeum w naszym kraju. Powstaje dopiero teraz, ponieważ tak ukształtowała się nasza historia, ale powstaje słusznie i sądzę, że w tym mieście i w tym miejscu, które swojego czasu było miejscem, w którym mieszkało najwięcej Żydów, największym żydowskim miastem w Europie – że w tym miejscu to muzeum spełni swą rolę. Istotnie, przez dziewięćset lat nasza historia się splatała. Były różne okresy, lepsze i gorsze, ale nie ulega wątpliwości, że historia Żydów polskich to część historii mojego kraju, to w szerokim tego słowa znaczeniu część historii mojego narodu i wymaga pamięci i uczczenia. Wymaga przypomnienia olbrzymi wkład osób narodowości żydowskiej w polską kulturę, ale wymaga przypomnienia także wkład polskich Żydów w historię kultury żydowskiej. Niezwykle istotne w kulturze żydowskiej, w ogóle w żydowskim społeczeństwie ruchy – ruch chasydzki, oświecenie żydowskie – to wszystko przecież nasz kraj. W tym kraju bujnie rozwijała się żydowska literatura w trzech językach: w jidisz, gdzie odnosiła największe sukcesy, w naszym ojczystym języku polskim, ale tutaj także zaczęła się literatura w języku hebrajskim, tym, który dzisiaj jest oficjalnym językiem państwa Izrael. Tutaj pisał w języku jidisz laureat nagrody Nobla Isaak Singer, tutaj tworzyli inni wybitni żydowscy pisarze, jak Asz czy Kaganowski. Inaczej mówiąc, to było miejsce rozwoju kultury i teologii. To było miejsce, w którym naród żydowski w wielkiej swojej części po prostu istniał, rozwijał się, tworzył swoją historię.”

A TVN24 w dalszym ciągu kreuje rzeczywistość, nie odstępuje pielęgniarek ani o krok, a dzisiaj wydarzenie, uroczyste wmurowanie aktu erekcyjnego, po stokroć ważniejsze niż po raz setny uderzenie plastikową butelką o butelkę, nie zostało "zaszczycone kamerą". Na szczęście jest telewizja publiczna - TV3. Oglądałem więc relację w telewizji TV3, a Pan Michał Tyrpa na swoim blogu podaje nazwiska których nie zapamiętałem - Marian Turski, przewodniczący Stowarzyszenia Żydowskiego Instytutu Historycznego oraz nazwisko rabina z tel Awiwu - Meir Lau. Przemówienia jakie można rzadko usłyszeć.



PS. na portalach nie ma ani słowa, info dnia:

"Premier rozmawia z pielęgniarkami w kancelarii; siostry: nie wierzymy premierowi".

oryginał: http://rekontra.salon24.pl/20863,index.html

[rekontra]

Interes narodowy

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

Ratunkiem na przedwakacyjną nudę wiejącą ze sceny politycznej są blogi polityków. "Ryszard Czarnecki jako polityk, który niezmiennie reprezentuje polską rację stanu" - ta reklama strony eurodeputowanego pojawia się na pierwszym miejscu wyników Google po wrzuceniu hasła "Ryszard Czarnecki". Ale w rozmaitych partiach i rotacyjnych światopoglądach, dodałby każdy, kto czytał "Alfabet Chrzanowskiego" publikowany w dodatku "Plus Minus" do "Rzeczpospolitej" z 2-3 czerwca 2007.

Ów mąż stanu, aktualnie z Samoobrony, napisał w swoim blogu płomienny akt oskarżenia przeciwko Piniorowi. Do działania go zmotywowało to, że Pinior odmówił mu podpisania listu protestacyjnego do przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hansa - Gerta Pöetteringa w sprawie zapowiedzi jego udziału w kongresie Związku Ziomkostw w RFN. No to zapytaliśmy Piniora, dlaczego nie podpisał.

-Pöettering to chadek - odpowiedział Pinior - A czy ja biegam do chadeków żeby się podpisywali pod listami socjalistów!? Ziomkostwa są jedną z platform niemieckiej chadecji już od czasów Adenauera, są też matecznikiem Pöetteringa, bo był w brzuchu matki, kiedy na jej oczach sowieci zastrzelili jej męża w trakcie ucieczki z Ziem Zachodnich. Mielibyśmy powód do protestów jako delegacja narodowa, gdyby na zjeździe ziomków Pöettering kwestionował granicę czy miał jakieś rewizjonistyczne wystąpienia, ale bardzo w taką możliwość wątpię. Na tej samej zasadzie politycy lewicy mogliby mieć do mnie pretensje, że uczestniczę w zjazdach Solidarności, bo to nie lewicowy związek. A to był, jest i będzie mój matecznik. Poza tym, co ma dzisiaj Czarnecki wspólnego z chadecją?

Kapitał nie ma ojczyzny - twierdził Karol Marks. Także w tym wypadku głęboko się mylił. Kapitał wciąż ma narodowość. Najprościej mówiąc, interes narodowy to po prostu żywotne interesy państwa i obywateli ułożone hierarchicznie, według przyjętego systemu wartości. Dyskusja o polskim interesie narodowym zaogniła się bardzo przy okazji pierwiastka, ale niekoniecznie wyklarowała. Racją naszych negocjatorów było, że zawsze lepiej jest mieć więcej głosów niż mniej, i tu im gorąco kibicowaliśmy, ale rację ma również Pinior, kiedy mówi, że milion naszych obywateli z najnowszej emigracji uzyska równe prawa dopiero wraz z konstytucją, więc uchwalenie konstytucji jest w naszym interesie, a odwlekanie jest dla nas niekorzystne. Sądząc po tekście w blogu, Czarnecki sądzi, że obrona Kwaśniewskiego i Siwca przed oskarżeniami o zgodę na ośrodki tortur CIA jest w naszym interesie narodowym, a naszym zdaniem jest to interes tylko Kwaśniewskiego i Siwca. Mamy też wątpliwość, czy wojna z homoseksualistami to nasz interes narodowy, czy też interes elektoralny LPR, oraz, ewentualnie, męża stanu Czarneckiego. Jest też dyskusja wszczęta przez Igra Janke, o granicach krytyki własnego rządu.

Jaki by nie był, interes narodowy nie będzie broniony dobrze, jeśli nie będzie co do niego narodowego consensusu, a to oznacza consensus prawicy z lewicą co do podstawowych wartości. Czy w ogóle go idzie zdefiniować, w sytuacji permanentnej wojny o mity? Bardzo jesteśmy ciekawi głosów prawicy, ale nie tej z "Samoobrony".

Mirror: http://autostopem.salon24.pl/20767,index.html

niedziela, 24 czerwca 2007

O Kuroniu, Lityńskim i faszystach z "Rzeczpospolitej"

Bogumiła Tyszkiewicz

Tym razem relacja z pierwszej ręki, więc napisana indywidualnie, bez Józka. Wrocław jest i pozostanie moim ukochanym miastem, niezależnie gdzie mi przyjdzie jeszcze w życiu mieszkać. Znowu się pakuję do wyjazdu, ale tymczasem zdołałam pójść na wspominkowe spotkanie o Jacku Kuroniu, na którym był również Janek Lityński, o którym myślę, że przesympatyczny jako prywatna znajomość, ale politycznie - potwór. No i na spotkaniu doszło między nami niemal do walki wręcz. Poszło o samego Kuronia i "Rzeczpospolitą".

Zdaniem Janka Lityńskiego mój szanowny współautor jest stuknięty, ja nabyłam świra drogą osmozy, a to wszystko dlatego, że pisujemy w faszystowskiej gazecie, czyli "Rzeczpospolitej". Ostatnio o moczarowcu Jaruzelskim. Nie jestem dobra w spotkaniach publicznych, cierpię na nieśmiałość, ręce mi się trzęsą jak się ten tłum gapi, mocna w gębie jestem tylko wtedy, gdy kłótnie się odbywają na piśmie, ale tym razem jestem bardzo dumna z siebie, bo się nie zapowietrzyłam i nie zamilkłam. Dlatego się domagam pochwał, niezależnie kto jakie ma poglądy, za sukces w pracy nad sobą. Na spotkaniu było dużo członków i sympatyków LiD. Nieoczekiwanie stamtąd dostałam poparcie, a nawet więcej, bo z samego SLD.

Zaczęło się niewinnie, bo wysłuchałam co ma Janek do powiedzenia o Kuroniu, tu się z nim zgadzam, że jego największym talentem była umiejętność pracy pedagogicznej z młodzieżą, potem wysłuchałam Piniora mówiącego o testamencie politycznym Kuronia, to jest o o jego krytyce bezwzględnego wymiaru transformacji ustrojowej w ostatnich latach, z czym też się zgodziłam. Mam zresztą własne wspomnienie, kiedyś w trakcie obiadu zaczęliśmy mówić o Balcerowiczu, Kuroń poczerwieniał na twarzy i powiedział "wiesz, ja już nic nie mogę dla was zrobić".

Powiedział "dla was", bo miał na myśli Pomarańczową Alternatywę, niemal ostatnie pokolenie młodzieży Kuronia. Trzeba mu przyznać, że kiedy podziemne kierownictwo Solidarności zgłaszało pretensje do Piniora i Nowaka Jeziorańskiego, że puszczają w Wolnej Europie wiadomości o akcjach krasnoludków, ich zdaniem ośmieszające opozycję, Kuroń stanął po naszej stronie. Jak wskazują akta z szafy Lesiaka, równocześnie bardzo bezwzględnie nas ciął politycznie, ale jednak bronił naszego prawa do mówienia. Powiedzmy, że był zwolennikiem sportowych meczów. Janek coś powiedział o Kuroniu, że wszystkie kobiety uważał za piękne, zgłosiłam się więc i powiedziałam, że jest mi bardzo przyjemnie, że na sali się spotyka wiele pokoleń młodzieży Kuronia, ale moim zdaniem konieczne jest opowiedzieć, ze nie za urodę je cenił, a rozum. To rzeczywiście było wielkie novum w realiach PRL.

Polskę ominęła rewolucja obyczajowa 68 roku, co widać do dzisiaj, za stołami prezydialnymi siedzą przeważnie panowie, nawet na tym spotkaniu. Kuroń już w swoich drużynach harcerskich traktował kobiety podmiotowo i na poważnie starał się zmieniać obowiązujące wtedy obyczaje. Powiedziałam Jankowi, że fenomen Kuronia streszcza się w trzech słowach: "kobiety, pluralizm, wielopokoleniowość". Kobiety, to na przykład Irka Lasota i Irka Grudzińska, dziewczyny, które faktycznie zorganizowały słynną zbiórkę podpisów w 68, a Irka Lasota w ogóle prowadziła wiec na dziedzińcu uniwersytetu. Przytoczyłam tu cytat z Lecha Kaczyńskiego, który powiedział kiedyś, że uznał wtedy Irkę Lasotę za najpiękniejszą kobietę na świecie. Oddałam sprawiedliwość chłopcom, rzeczywiście w archiwach IPN są raporty milicyjne, że chuligan Lityński z chuliganem Dajczgewandem poprowadzili tłum chuligańskich widzów ostatniego spektaklu "Dziady" pod pomnik Mickiewicza, ale podpisy i wiec prowadziły jednak dziewczyny. I to jest właśnie najlepszy dowód na dosyć wyjątkową postawę Kuronia, jeśli chodzi o kobiety. Janek zaczął wtedy na mnie krzyczeć, ale się włączyła senator Maria Berny z SLD i powiedziała, że Kuronia właściwie nie zna, ale właśnie sobie przypomniała, że faktycznie Kuroń był jedynym posłem z UW, który zapisał się do parlamentarnej platformy kobiet.

Potem bylo o pluralizmie, z którego zresztą wynikała wielopokoleniowość, do swoich ostatnich dni Kuroń był otoczony młodzieżą i potrafił z nią nawiązywać świetny kontakt. Nie dlatego, że oczekiwał, aby myśleli to samo co on. Oczekiwał od nich samodzielności, w tym co myślą. Między innymi dlatego można powiedzieć że Pomarańczowa Alternatywa to kolejne dzieci Kuronia, mimo, że radykalnie inne poglądy polityczne. On lubił się z nami kłócić.

Z polemiki na temat chorób psychicznych oraz faszyzmu panoszącego się w redakcji "Rzeczpospolitej" zrezygnowałam.

mirror: http://autostopem.salon24.pl/20518,index.html


Bogumiła Tyszkiewicz

sobota, 23 czerwca 2007

Irena Lasota: Bliski szpieg - Ksiazka niesamowita

Irena Lasota

Przez prawie cały okres ich czternastoletniego małżeństwa - Basia Raina -Wereszczyńska była tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL-u i donosiła regularnie, z entuzjazmem i za wynagrodzeniem na swojego męża Petera Raine - historyka, autora kilkunastu książek, czlowieka od lat sześćdziesiątych związanego z opozycja, od 67 roku mieszkającego w Berlinie Zachodnim.

Banalny szpieg, panna z Sosnowca, Korczak herbu Wereszyńska (reprodukcja herbu i kronika rodzinna jest dołączona z troską na końcu książki), przechodzi do historii przede wszystkim dlatego, ze jej "figurant", kochanek i mąż poszedł do IPN i w osłupieniu odkrył tajemnice swojego małżeństwa. Fakt ze opublikował te książkę, będąca w większości reprodukcjami materiałów SB jest najgłośniejsza możliwą odpowiedzią na pytanie "a czy warto", a "komu to potrzebne", a "może lepiej byłoby to wszystko spalić". Peter Raina, którego bólu nie sposób sobie nawet wyobrazić jeśli się nie było w takiej samej sytuacji - obnaża role swojej żony i nie ma żadnej odpowiedzi na pytanie dlaczego ona to zrobiła. Odpowiedzi oczywiście może być wiele, dopełniających się, sprzecznych z sobą, może lubiła pieniądze (ale nie było ich niewiele, około 30 srebrników), może nie przepadała za swoim mężem (on tego nie zauważył), może chciała "służyć Polsce" (jak próbują interpretować Ubecy), może jej się nudziło, a może chciała po prostu być kimś.

Chciałoby się Wierzyc ze nie było jej z tym tak dobrze skoro w wieku 40 lat umarła w lutym 1982 roku na rozległy zawal serca. Ale z drugiej strony, kłopoty z sercem miała od zawsze. Urocza skądinąd jest wymiana pomiędzy oficerami SB po jej śmierci związana z sugestia generała Kiszczaka (to ten kolega Michnika) by spróbować obciążyć Petera Raine winą za jej śmierć. Niestety się to nie udaje.

Czytałam te książkę z zapartym tchem - poza możliwością wglądu w codzienność pracy SB , w psychologie i mechanizmy donoszenia, sporo w niej informacji o początkach infiltrowania pomocy z Zachodu dla jeszcze przed-Solidarnosciowej opozycji w Polsce. Basia fotokopiuje notesiki Petera, wpuszcza swoich pracodawców by założyli podsłuch w ich mieszkaniu, miedzy Berlinem i Warszawa krążą służbowe notatki o powielaczach przesłanych z Londynu do Petera i podejmuje się decyzje czy je skonfiskować, kiedy, jak i po co. Znajdujemy informacje o pierwszych źródłach pieniędzy, o pierwszych kanałach przerzutu pieniędzy.

Wbrew histerycznym zapewnieniom przeciwników otwarcia teczek SB -- nie każdy był Basią i nawet nie każdy miął swoja Basie. Ale Bas rodzaju męskiego i żeńskiego było kilkadziesiąt tysięcy - jeśli nie więcej - i oni tez współtworzyli historie, a czasem nawet bardziej na nią wpływali niż my.

Peterowi Rainie należy się nasza wdzięczność i podziw za jego odwagę.


Peter Raina "Bliski Szpieg", Wydawnictwo von Borowiecky, Warszawa 2007.

sobota, 16 czerwca 2007

Lewicowa racja stanu (tortury).

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

Charles-Maurice de Talleyrand, reprezentant Francji na kongresie wiedeńskim, ostentacyjny wiarołomca, malwersant i łapówkarz oraz symbol politycznego cwaniactwa w obiegowej opinii Francuzów, powiedział kiedyś, że bagnetami można dokonać wszystkiego — nie można jednak na nich siedzieć. Polska lewica udowadnia właśnie, że jest od Talleyranda bardziej wyćwiczona i może, nawet na narzędziach tortur.

Dick Marty z Rady Europy wymienia z nazwiska w swoim raporcie czterech Polaków, jako tych, co wiedzieli i wyrazili zgodę na tajne więzienie CIA w Szymanach, w którym prawdopodobnie torturowano więźniów: byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Marka Siwca, byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, byłego ministra obrony Jerzego Szmajdzińskiego i byłego szefa WSI Marka Dukaczewskiego. Ale to ci dwaj pierwsi wywołują największą burzę.

Dzięki taktyce "Siwiec albo śmierć" deputowanych z SLD Marek Siwiec jest dziś wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego z ramienia Europejskich Socjalistów (PES), przyczyną kuluarowych kłótni między eurodeputowanymi o to, kto się zgodził na taką kompromitację lewicy europejskiej, oraz powodem niemal jawnej uciechy chadeków z upokorzenia lewicy.

W Polsce istnieje już sporo interesujących inicjatyw lewicowych, np. "Krytyka Polityczna" wydała ostatnio "Przewodnik polskiej lewicy". Ale środowisko Sierakowskiego, jak i podobne środowiska, nie ma żadnego wpływu na scenę polityczną. Zresztą, zdaniem eurodeputowanego Józefa Piniora, lewicy parlamentarnej w Polsce w ogóle nie ma. Możnaby się z nim zgodzić. Jej miejsce zajmuje na scenie politycznej LiD i kolejny Polak z raportu Marty'ego - Aleksander Kwaśniewski, z jego żelazną gwardią z rady programowej, czyli, kto wie, może przyszłościowy premier oraz jego ministrowie, o ile uzyskają dobry wynik w wyborach i wejdą w sojusz z PO.

Przy okazji ujawniania szokujących zdjęć z tortur w Abu Gharib okazało się, że fotografie były znane amerykańskim kongresmanom już w 2004 roku, ale wtedy zapadła decyzja o ich utajnieniu. Nie wiemy, jaki jest rzeczywisty stan prac związanych z raportem. Na przykład, czy Marty podawałby do wiadomości publicznej dane wywiadu, gdyby się nimi posługiwał? Wiemy za to, że Dick Marty jest sędzią, i to szwajcarskim sędzią, z ogromnym dorobkiem oraz honorowymi nagrodami, w tym amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości. Jego obecny raport jest drugim, ale niekoniecznie ostatnim. Sędziowie na ogół wiedzą co robią, wymieniając ludzi z nazwiska, a sędziowie szwajcarscy słyną z ostrożności i umiaru.

Komentując wojnę o pierwiastkowy system liczenia głosów Aleksander Kwaśniewski zacytował prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego "Polska jest za wielka, by umierać za pierwiastek" i dodał od siebie: "Czy my - do diabła - mamy być specjalistami od umierania? W Europie będą nas cenić, jeśli będziemy specjalistami od budowania." - A czy będą nas cenić, jeśli zostaniemy specjalistami od tortur? Zdając sobie sprawę z zagrożenia "Gazeta Wyborcza" proponuje w artykule z 9 czerwca pt. "Racja stanu (tajne więzienia)" powołanie komisji złożonej z "niezależnych od władzy ludzi, uznawanych za autorytety przez rozmaite środowiska polityczne w Polsce i - co ważne - za granicą", która ma "sprawę zbadać". Dwie z trzech osób proponowanych przez GW: Dariusz Rosati i Bronisław Geremek - swego czasu głosowały przeciwko przyjęciu raportu komisji PE, a Kwaśniewski wymieniał niedawno Geremka jako swego współpracownika.

To, że osoby wymieniane w kontekście raportu o tajnych ośrodkach CIA w ogóle mogą występować w Polsce jako sztandary lewicy, świadczy, że żelazna obręcz elity z 89 roku jest dalej nienaruszona. Ale i tak jest to mniej szokujące niż tytuł wspomnianego artykułu z Wyborczej.

Dzięki inicjatywie republikanina McCaina torturowanie ludzi zostało oficjalnie uznane za sprzeczne z racją stanu oraz prawem USA. Za to na pewno jest racją stanu w Uzbekistanie, państwie wymienianym na tej samej liście tajnych więzień CIA, co Polska. Ich uosobieniem jest prezydent Karimow, odpowiedzialny za masakrę w Andijan w 2005 roku oraz torturowanie ludzi, polegające między innymi na wrzucaniu więźniów własnych i amerykańskich do basenu z wodą, w którym pływały szczury, przypiekaniu prądem elektrycznym, a także gotowaniu żywcem w wielkim kotle. Czy to zgodne z prawem tego państwa czy nie, to nikogo nie obchodzi. I taki konkretnie wybór mają dziś polskie elity: opinia McCaina co do tego, jaka jest racja stanu własnego państwa, albo opinia Karimowa.

W wyniku ujawnienia sieci tajnych więzień - ponoć przez samych agentów CIA, którzy podrzucili informacje prasie w obawie, że to i tak się wyda, a mogą zostać jedynymi oskarżonymi w tej sprawie - przed Białym Domem pojawiły się pikiety z transparentami "Bush, jak smakuje ludzkie mięso?" Amerykańska opinia publiczna miała wtedy do dyspozycji mniej informacji, niż zawiera raport Marty'ego. Zawsze może być gorzej, niż jest. Oby więc podobne pikiety nie pojawiały się w przyszłości z okazji zagranicznych wizyt polskiego premiera.

mirror: http://autostopem.salon24.pl/19370,index.html

piątek, 8 czerwca 2007

Jeszcze o teczkach.

Juliusz Pilpel

„Gdyby system się nie zmienił, wielu donosicieli donosiłoby nadal”


Co robią dziś ci, którzy zostali zdemaskowani jako tajni współpracownicy służb bezpieczeństwa PRL? Czy nadal się spotykają z przyjaciółmi, czy wciąż zapraszają i są zapraszani? Czy dotknął ich ostracyzm, a jeśli tak, to w jakim stopniu?

Moja znajoma opowiedziała mi, że niedawno spotkała na ulicy kolegę - wykrytego kilka miesięcy temu donosiciela.

– Zobaczył mnie, spuścił wzrok i poszedł dalej – powiedziała.

Pomyślałem sobie, że tak właśnie ma wyglądać kara.

I ta kara w zupełności wystarczy.

Kiedy wykrywają kolejnych agentów, z lewej (zwłaszcza) strony politycznej słychać wrzask. – To hańba, trzeba skończyć z wybiórczym otwieraniem teczek!

Ciekaw jestem, kto podniósłby głos protestu, gdyby z pożółkłych ipeenowskich akt zaczęto wyciągać nazwiska osób, będących podczas wojny szmalcownikami i kolaborantami? Nikt.

A czy jest jakaś różnica?

Nie jestem zwolennikiem pojedynczego otwierania teczek, ale jak już je otworzą, jest mi wszystko jedno – nie myślę o formie. Czytam i zastanawiam się, gdzie kończy się godność, a zaczyna upodlenie.

Jeśli kiedyś napotkam człowieka, który podpisał kontrakt z diabłem, bo mógł za to dostać lekarstwa dla ciężko chorego członka rodziny, to nie potępię go, bo to było ludzkie i zrozumiałe w tym podłym systemie, w którym żyliśmy.

Nie będę natomiast podawał ręki komuś, kto zobowiązał się do współpracy, ponieważ bez odebranego prawa jazdy nie mógł żyć, ponieważ paszport zagraniczny, ponieważ kariera. W Polsce po 1956 roku można było spokojnie posłać ubeka na niecenzuralne słowo. Jeden ze znanych aktorów właśnie zrobił coś w tym rodzaju; wiemy, że nic mu się nie stało oprócz tego, że zachował godność.

To nie był Związek Sowiecki, gdzie za takie słowa posyłało się kartki świąteczne z Kołymy.

Oni nie wiedzą, lub nie chcą wiedzieć, że podpisując lojalkę, ubezwłasnowolnili się. Jak mówił jeden z ujawnionych, odpowiadając na pytanie, czy udzielał się w opozycji w latach osiemdziesiątych: - Chciałem, ale niestety nie mogłem, przecież wiedzieli o mnie wszystko.

Właśnie. A gdyby dziesięć milionów podpisało lojalkę, to nie byłoby niczego: ani KOR-u, ani Solidarności, ani wolnej Polski. I deklaracje, że nikomu nie zrobili krzywdy są śmieszne – zrobili krzywdę społeczeństwu, które na ich pomoc liczyć już nie mogło.

Wielu donosicieli, którzy się dotychczas nie ujawnili, nadal mają podpisany kontrakt ze służbami bezpieczeństwa PRL – przecież nie odmówili dalszej współpracy. Że system się zmienił? Co z tego, to nie ich zasługa. Zwłaszcza nie ich.

Liczą na cud, że teczka zaginęła lub została zniszczona. IPN-owski historyk mówi, że nie ma na to szans, że ślady pozostają w innych aktach.

Gdyby system się nie zmienił, wielu donosicieli donosiłoby nadal.

Dlaczego?

Jeśli dziś, kiedy wolna Polska może uwolnić ich z tego koszmaru - kiedy za przyznanie się nie grozi żadna kara – nie chcą tego zrobić, to dlaczego mieliby zrezygnować z donoszenia, gdyby nadal żyli w PRL-u? I kto by im na to pozwolił?

W książce „Aparat represji w Polsce Ludowej 1944 – 1989” (IPN, 2006) można przeczytać, iż czasami „ostatnim dokumentem w teczce osobowej tajnego współpracownika jest raport oficera prowadzącego z pogrzebu donosiciela”.

Dziś, na wiadomość o agenturalnej przeszłości znanych ludzi powstaje ogólnonarodowa dyskusja.

– Przecież to wielki człowiek, jego zasługi dla polskiej – i nawet światowej – kultury są nieocenione.

W porządku. Tego mu nikt nie zabierze, bo nie jest w stanie zabrać tak wielkiego dorobku. Ale nauczmy się nazywać rzeczy po imieniu:

Pan X był wielkim pisarzem, wspaniałym publicystą, przeuroczym człowiekiem – jak również szują.

Pan Y był wspaniałym krytykiem teatralnym, wybitnym działaczem społecznym – i również szują.

Bo nie można - i nie wolno – niczego pominąć, kiedy mówimy o ich życiu i działalności.

W tej sytuacji jasne jest, że X i Y przestali już być autorytetami moralnymi, bo jakże można z takim fragmentem życiorysu dawać przykład młodym?

Braci Kaczyńskich można lubić lub nie. Ale jedna rzecz jest pewna: za ich rządów otworzą się akta bezpieki. I dobrze, bo teczki są własnością narodu, a naród ma prawo poznać ten ponury okres swojej historii.

Mimo ostrych – czasami - protestów tych, wśród których nie jeden spuści niebawem wzrok, spotykając na ulicy znajomego.

Juliusz Pilpel

poniedziałek, 4 czerwca 2007

Czerwiec 1967, czyli preludium marcowe

Juliusz Pilpel

Aba Ebban pędził do USA, gdzie rozmawiał z prezydentem, potem odwiedzał sekretarza generalnego ONZ, po czym leciał na umówione spotkania z europejskimi liderami. Wszystko na nic. Akaba była blokowana, a wojna wydawała się być nieunikniona.





Ryszard Gontarz


od lewej: J. Cyrankiewicz, M. Spychalski, W. Gomułka, J. Kępa, Z. Kliszko


Z wystawy J.Bergmana
Żydzi polscy, którzy mieli - jak śpiewała Sława Przybylska - „dwie ojczyzny”, byli zatrwożeni. W Izraelu mieszkali krewni, przyjaciele, koledzy. Ci się z nimi stanie, kto im pomoże? Jak może kilka milionów ludzi wygrać wojnę ze stumilionowym przeciwnikiem?

W pierwszych dniach czerwca nie było dla nikogo wątpliwości, że pomóc może tylko cud. I tak się też stało. Z tym, że cud miał konkretną nazwę: Mossad, czyli wywiad.

Mimo, że Mossad nie raz już udowadniał, że bez niego egzystencja tego małego państwa nie była możliwą, to dopiero tym razem społeczeństwo izraelskie zrozumiało znaczenie tych służb dla bezpieczeństwa państwa.

Rankiem 5 czerwca 1967 roku Izraelczycy zaatakowali. To było pierwszym i najważniejszym krokiem w kierunku zwycięstwa. Bo gdyby samoloty przeciwnika ruszyły na Izrael, szansę były by równe zeru. Ale samoloty przeciwnika zostały zbombardowane i zniszczone, gdy jeszcze stały w hangarach. Mossad dostarczył lotnictwu izraelskiemu najważniejszej informacji: Nie bombardujcie zakamuflowanych makiet lotnisk, prawdziwe lotniska są tu i tu.

Bezbronne, bo bombardowane z góry siły przeciwnika wojnę w tym momencie już przegrały, mimo że do jej prawdziwego zakończenia trzeba było jeszcze walczyć przez sześć dni, a walki te – zwłaszcza na Synaju i w Jerozolimie – były krwawe i wymagały wielu ofiar.

W społeczeństwie peerelowskim niemało było głosów zadowolenia. Mówiono że „nasi Żydzi wygrali z ich Arabami”. Z „ich”, czyli z Rosjanami, z ich bronią i taktyką, którą dostarczali Egipcjanom.

Ulica zaczęła tworzyć mity; opowiadano nawet, że Moshe Dayan ukończył akademię wojskową w Otwocku, a wielu izraelskich generałów było polskimi Żydami. W ten sposób Polacy wnieśli wkład „w zwycięstwo nad Rosjanami”.

Gomułka czekał na instrukcje z Moskwy. Nadeszły szybko. – Zerwać stosunki dyplomatyczne z Izraelem i potępić agresora.

W ten sposób słowo „agresor” stało się najczęściej używanym słowem w środkach masowego przekazu. Wkrótce społeczeństwo polskie dowiedziało się o „piątej kolumnie” i „syjonistach”.

– Nie można mieć dwóch ojczyzn, ojczyzna jest jedna – grzmiały z trybuny słowa Gomułki.

- Rozumiem, że mogę mieć tylko jedną ojczyznę, ale dlaczego ma nią być Egipt? – figlarnie odpowiadał Antoni Słonimski.

Wojna sześciodniowa na krótko obudziła naród. Przypomniała społeczeństwu, że to Związek Radziecki decyduje, z kim Polska ma utrzymywać stosunki dyplomatyczne.

A Żydzi, jako „piąta kolumna” już wkrótce zapłacą wysoką cenę. Czerwiec zapoczątkował bowiem idee, która narodzi się za dokładnie dziewięć miesięcy (!).

W marcu 1968 plakaty, niesione przez „aktyw robotniczy” pokażą syjonistom, dokąd mają jechać.

I mimo, że Syjam nie będzie upragnionym celem kilkudziesięciu tysięcy Żydów, to jednak na zawsze opuszczą Ojczyznę.

Czterdzieści lat temu, 5 czerwca 1967 roku rozpoczęła się Wojna Sześciodniowa.

poniedziałek, 28 maja 2007

Kot Jaruzelski

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

Książka "Generał ze skazą" Lecha Kowalskiego, wspomniana w "Mimochodem" Ziemkiewicza, wzięła swój tytuł z parafrazy wcześniejszej książki generała Tadeusza Pióro "Armia ze skazą" zawierającej jego wspomnienia z okresu PRL, w tym z okresu antysemickich czystek z 1967, w wyniku których został zdegradowany do stopnia szeregowca i wyrzucony z wojska jako "Żyd z zarażenia świadomością syjonistyczną".


Autor opisuje w niej między innymi niebłahą rolę Jaruzelskiego w tej kampanii. Zdaje się, że po degradacji Pióro zarabiał na życie jako kioskarz "Ruchu," a swój stopień wojskowy odzyskał stosunkowo niedawno - nie za kadencji Jaruzelskiego. Ziemkiewicz zauważa, że w tekście Osęki opublikowanym w GW o Marcu 68roku autorzy czystek antysemickich pozostają anonimowi. Nie mają ani twarzy, ani nazwisk, co Ziemkiewicza niespecjalne dziwi - powiada, że musiałoby paść nazwisko Jaruzelskiego, a "w tym konkretnym wypadku „Wyborcza” w cudowny sposób zapomina o swej zwyczajnej bezwzględności w tropieniu antysemitów. Co by kogo innego zhańbiło ostatecznie i nieodwołalnie, to „człowiekowi honoru” jest wybaczane i nie wypominane."

Tekst Ziemkiewicza wywołał sporą dyskusję, w tym dwie reakcje, które byłoby warto dodatkowo skomentować. Pierwsza, to atak personalny na autora tekstu przez osoby piszące o GW "nasza gazeta" i zarzucające mu monomanię na tle tropienia "michnikowszczyzny", druga, wymagająca chyba szerszego potraktowania, dotyczy zakresu etnicznej umowności w walkach frakcyjnych Natolina z Puławami. Ale to innym razem.

Nie będziemy dyskutować czy Ziemkiewicz jest maniakiem czy nie, bośmy go nie badali, ale przemilczanie nazwisk w opisie historycznym nie jest sprawą błahą tylko dyskwalifikującą, a i zwracanie na to uwagi bynajmniej nie jest objawem manii. Przeciwnie. Prymitywne plemiona świetnie się obywają bez historii, bo im wystarczy orientowanie się na pory roku oraz wschody i zachody słońca, ale naród to już zjawisko polityczne z obrębu cywilizacji. Bez historii nie przetrwa nawet pół dnia. Jak to ktoś przytomnie zauważył, historia Europy bez imion i nazwisk królów, władców, wynalazców - i sprawców - nie byłaby warta nawet papieru, na którym by została wydrukowana.

Generał Pióro opublikował w Wyborczej z 21 kwietnia 1995 świetny artykuł o sowieckich marszałkach. Pod spodem redakcja zamieściła notkę o autorze, w której podają, że "W 1967 r. podał się do dymisji". To też jest przemilczenie, i to daleko idące, aczkolwiek niekoniecznie intencjonalne. Może być prostym skutkiem tabu milczenia nałożonym na moczaryzm ze względu na osobę Jaruzelskiego, ale też może być skutkiem specyficznej percepcji świata, redukującej indywidualizm do cechy nieistotnej, przeświadczenia, że bliżej niesprecyzowane, anonimowe żywioły historii rzeczywiście organizują masy, których duch - już niekoniecznie wola - jest wypowiadana ustami Wernyhory lub nawet, że Historia jest bytem absolutnym, w wyniku którego powstają masy, a z nich różnicują się wieszcze zdolni do kontaktu z Żywiołem Absolutnym.

To nie jest aż tak skomplikowane, jak brzmi. Normalnie jest tak, że człowiek postrzega swoje życie i otaczający świat jako zjawisko ciągłe. Człowiek albo jest, a skoro jest, to jakoś się nazywa, coś robi i ma jakieś relacje z innymi ludźmi, albo umarł i go nie ma. Wydarzenia, mimo wszelkich niespodzianek, układają się w jakiś w miarę zrozumiały ciąg konsekwencji wydarzeń wcześniejszych. Ale życie Jaruzelskiego portretowane jest w Gazecie Wyborczej w sposób nieciągły, jak byt kota Schroedingera: Raz jest, raz znika w pudełku z napisem "żywioły historii". Jak pudełko jest zamknięte, Jaruzelski traci ciągłość. Może jest, a może go nie ma, każdy osąd jest równie uprawniony, od takiego, że Jaruzelski jest odpowiedzialny za czystki w LWP, po taki, że czystki zrobił polski motłoch. Faktem jest tylko to, co widać po otwarciu pudełka. Jeśli pudełko jest zamknięte, to fakty stają się zaledwie opiniami, do których można kogoś przekonać lub nie, w zależności od własnych mocy przekonywania. I tu pojawia się postać wieszcza.

Kot Schroedingera ma swojego Obserwatora, który go do pudełka wsadził i opisuje co widzi. Dzięki specjalnemu kontaktowi z żywiołem Historii wróżbita obserwuje przez pokrywę pudełka i poprzez czynność opisu urealnia swego kota - Jaruzelskiego, a gdy milknie, kot przestaje istnieć. Dla osób wierzących w talenty wróżbity nie ma żadnej sprzeczności w tropieniu antysemitów i wielbieniu Jaruzelskiego: czyny przez wieszcza nieopisane nie miały miejsca.

W dramacie Wyspiańskiego masy pojawiają się jako stany, które mają się stawić na wezwanie Wernyhory w sejmie. Lud ma czekać przed kaplicą do świtu na sygnał do walki oddany ze złotego rogu, z którym pędzi do Warszawy Jasiek. Do powstania nie dochodzi ze względu na jaśkową próżność, i o złotych rogach do dzisiaj rozmawiają kolejne pokolenia, ale gdyby Wyspiański napisał alternatywne "Wesele" z Jaśkiem nie troszczącym się o swoją czapkę, to może więcej by się rozmawiało o czymś innym: czego mianowicie dotyczyło wezwanie do boju. Wernyhora, legendarny ukraiński lirnik, który przyszedł do Gospodarza z wezwaniem do powstania, nie przekonywał go do czynu jasnością swych słów, czy jasnością projektu, lecz lecz siłą własnego natchnienia.

Gospodarz nie rozwikłał wszystkich sensów wizyt wróżbity i nie zrozumiał jego słów, ale powodowany palącą potrzebą spełnienia pięknej narodowej wizji, której pojąć nie zdołał, jednak Jaśka z poselstwem wysłał. I takie to było poselstwo, niemądry posłaniec z przekazem, którego nawet wysyłający nie rozumiał, a więc tym bardziej nie mogli zrozumieć odbiorcy. A jednak mieli na taką szalę postawić wszystko, z własnym życiem włącznie. To nie jest wizja obywatelska czy obietnica demokracji, lecz mistyka tyranii i wojny, w której nie musi się nawet informować ludzi, po co mają umierać, i nie rozumu się od nich oczekuje, a posłuszeństwa wobec natchnienia. Może więc dobrze, że Jaśko ten róg zgubił.

Ale nie tylko o nieciągłość bytu Przyjaciół chodzi. Michnikowski Wróg też jest pozbawiony nazwiska, też nie jest człowiekiem tylko symbolem jakiegoś wewnętrznego strachu: "Kanalie, kanalie, kanalie!" - krzyczy autor. O kim on prawi? "Wielki Lustrator" - to może być każdy. Idziesz ulicą i widzisz morze poruszających się, ludzkich ciał, pozbawionych cech indywidualnych. W każdym może czaić się Fantomas, dlatego się ich boisz. Nazywasz motłochem, poniekąd słusznie, bo dla niezindywidualizowanych poziom społeczności jest niedostępny.

Brzydzisz się tej hordy. Jest wstrętna, śmierdząca i wyjąca, upaprana odchodami płynącymi w rynsztoku. Cierpisz i odczuwasz fizyczny wstręt. Ale twoi przyjaciele też nikną w tym śmierdzącym tłumie, widzisz ich jako jestestwa nieciągłe, czasem są, a czasem znikają i zostajesz sam.

Był kiedyś taki świat naprawdę, kiedy zabierano ludziom nazwiska i tatuowano numery. Jest też w tym wszystkim jakieś echo pochodów pierwszomajowych widzianych z pozycji trybuny, z której pierwszy sekretarz wyznacza masom zadania na najbliższy plan pięcioletni, transportów do rąbania drzew na Syberii, anonimowych zwałów trupów zmuszonych do realizacji obłąkańczych planów wodza. Ale dość tej wycieczki w świat Mordoru.

Coś, co wygląda jak arogancja, może być ripostowane ironią. Ale wyobraź sobie, że w to wszystko naprawdę wierzysz. Poczuj się człowiekiem, mieszkającym w strzeżonym osiedlu, przeżywającym bezimienny Strach. Nie arogantów wtedy zobaczysz, a ludzi, którzy urządzili sobie piekło na ziemi. Z własnej woli....

[mirror na salonie: http://autostopem.salon24.pl/17010,index.html

wtorek, 15 maja 2007

Bartoszowi Węglarczykowi - premier potraktował was łagodnie

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

Premier potraktował Adama Michnika łagodnie, kojarząc go z puławianami. Mógł gorzej. Praca w redakcji GW zapewne nie uwrażliwia na takie rzeczy, ale Jaruzelski i Kiszczak nie są puławianami, lecz moczarowcami. Wojciech Jaruzelski, bywalec czwartkowych "wieczorów u Mieczysława" i jego prawa ręka, rozpoczął czystki antysemickie w wojsku w 1967, na rok przed Marcem.

Zresztą, wyrzucanie z wojska i degradacja do stopnia szeregowca dotykały nie tylko Żydów, bo, jeśli komuś nie udawało się przypisać żydowskiego pochodzenia, to wylatywał za "świadomość syjonistyczną." Tak zdyscyplinowana kadra oficerska rok później poprowadziła polską armię na Czechosłowację. Jeśli już zagłębiać się w egzotyczne obszary walk frakcyjnych u komunistów, to moczarowcy Jaruzelski z Kiszczakiem symbolizują dziś michnikowskich Ludzi Honoru, a nie puławianie. Michnik może i pijał wódkę z puławianinem Urbanem, ale Człowiekiem Honoru jednak nigdy go nie nazwał.

Niekiedy w Gazecie Wyborczej publikowane są zadziwiające opinie, jak ta Michała Głowińskiego przepytywanego przez Teresę Torańską ("Marcowe gadanie", Duży Format nr 19, 13 maja 2005). Sam wywiad spowodował spore zakłopotanie i oszołomienie wśród emigrantów marcowych, nieobytych z analną poetyką Wyborczej. Redakcja "Plotkies", która otworzyła dyskusję, zareklamowała go jako jeden z cyklu "...tak popularnego w prasie p.t. "okazuje się, że jestem Żydem (wcześniej tego broń Boże nie wspominałem)" - co zresztą jedna z ich czytelniczek skomentowała "facet wyszedł z szafy po 50 latach i trochę mi przypomina tego Japończyka, który ukrywał się w dżungli 30 lat po wojnie. Mnie się słabo robi, jak patrzę na tych, co sobie teraz przypominają, że byli Żydami."

Otóż Głowiński, reklamowany przez GW autorytet od "Marcowego gadania" powiada w wywiadzie "...Emigracja marcowa od początku budziła we mnie wątpliwości" - i, żeby było jasne, jakie, akcentuje tą wypowiedź cytatem z Zimanda ".. człowiek nie ma prawa uciekać z miejsca gdzie nasrał". Czyli, widocznie, zdaniem autora GW, nie zostali wypędzeni, tylko uciekli, a uciekli, bo wprzódy "nasrali". Abstrahując od agresji, zawartej w przaśnych metaforach, Głowiński żywcem posługuje się językiem gontarzowskiej propagandy, opisując czystkę etniczną jako gremialną ucieczkę winnych. Gontarz, Moczar i Gomułka używali w tym miejscu terminów "piąta kolumna", "syjoniści" i - mniej formalnie - "żydokomuna". Nie ma ich w wywiadzie, ale jakoś odnosi się wrażenie, że są jego mottem. Język, zaprezentowany przez Głowińskiego na łamach GW, trudno byłoby odnaleźć w innych gazetach głównego nurtu.

Bartosz Węglarczyk tego zapewne nie wie, bo nikt mu w redakcji GW chyba nie powiedział, ale emigracja marcowa różni się od emigracyjnej "żydo- i polsko- komuny" tym, że wyjeżdżając, traciła wszystko, a o tych drugich można mieć wątpliwości, czy w ogóle byli wypędzani lub uciekali, czy może raczej wyjeżdżali na upatrzone z góry placówki w celach wywiadowczych, oraz by wzniecać emigracyjne konflikty polsko- żydowskie, bardzo komplikujące pomoc organizowaną przez emigrantów dla opozycji demokratycznej w Polsce, skoro PRL, a potem III RP, nieprzerwanie płaciła im emerytury. Dopiero teraz, dzięki inicjatywie obniżenia emerytur stalinowskim aparatczykom, Polska przestanie im płacić za takową działalność. Zresztą, coraz jaśniej widać z stopniowo ujawnianych materiałów archiwalnych, że animatorzy sztucznie wzniecanych konfliktów emigracyjnych na tle etnicznym z obu stron byli często albo głupcami, albo funkcjonariuszami opłacanymi przez ten sam wydział MSW.

Bartosz Głowiński i inni młodsi redaktorzy GW też zapewne tego nie wiedzą, bo i skąd, że wielu emigrantów dziwiły i denerwowały obchody, akademie, uroczystości i tablice pamiątkowe "ku czci Marca" organizowane i wmurowywane (z gwarantowanym udziałem przedstawicieli GW) w rozmaitych miejscach przez marcowego donosiciela, za to z kompletną ignorancją faktu, że realne ofiary marcowych czystek żyją, mają się dobrze, tyle że za granicą i bez jakiegokolwiek wpływu na to, co się dzieje w kraju. Przez całe 17 lat denerwowały obchody Getta, których organizatorką jest pani jeżdżąca po Europie zaraz po 68 roku, żeby w rozmaitych telewizjach oświadczać, że czystki antysemickie są wymysłem, gdyż ona jest przecież aktorką. Emigranci oglądali jej wywiady w telewizji, samymi będąc wtedy zakwaterowanymi na rozmaitych statkach, na chybcika przerobionych na tymczasowe kwatery dla wysiedleńców, w świetlicach w obozach przejściowych, i tak dalej, a ona, owszem, była aktorką, jako żona swego męża, który został dyrektorem Teatru Żydowskiego dzięki wypędzeniu z kraju Idy Kamińskiej i jej zespołu oraz dzięki temu, że wykorzystał ówczesne obchody Getta do wygłoszenia elaboratu potępiającego "syjonistów" - czyli pochwalającego czystki etniczne. Poniekąd żywy dowód, że komunizm polegał na wynarodowieniu. Naszym zdaniem, nie tylko w mniejszościach etnicznych, to samo byśmy powiedzieli o Polakach.

Doprawdy, trudno zrozumieć, dlaczego przedstawiciele GW, zakładanej przecież przez jakąś część byłych marcowców, nie rozumieli, co legitymizują swoją obecnością na tego rodzaju imprezach czy wspólnym uczestnictwem w rozmaitych komitetach, i swoim milczeniem przez całe 17 lat. Trudno zrozumieć argument, jaki kiedyś usłyszeliśmy na własne uszy, że księdza Czajkowskiego trzeba bronić przed oskarżeniami o agenturę, gdyż inaczej załamie się dialog polsko - żydowski. Dialog między Polakami a Żydami jest możliwy tylko dzięki pośrednictwu bezpieki? Jeśli zawali się mur, zbudowany przez policję polityczną totalitarnego państwa, to grozi, że się Polacy z Żydami nawzajem pozabijają? Doprawdy, aż tak się nienawidzimy nawzajem?

Trudno zrozumieć wypowiedzi takie jak Karola Modzelewskiego, który porównuje lustrację do marcowych czystek, a w następnym zdaniu oświadcza, że nie rozumie, czemu lustracja miałaby obejmować badaczy przyrody, "którzy tylko wykonują swoją pracę." Raptem stracił pamięć, że czystki z 68 odbywały się bynajmniej nie tylko na wydziałach uczących marksizmu - leninizmu, i raptem nie rozumie, że człowiek może czuć się wielce nieprzyjemnie, kiedy go usiłują wepchnąć do tego samego wora razem z Jaruzelskim i całą resztą, odpowiedzialną za życiowe katastrofy, które mu się przytrafiły? Aż się też prosi, żeby powiedzieć, że kiedy Arendt usłyszała Eichmanna broniącego się na swoim procesie, że "tylko wykonywał swoją pracę", to skomentowała, że "zło jest banalne." Oczywiście nie porównujemy obu postaci, lecz wskazujemy jaka jest w istocie rzeczy jakość takiego argumentu.

To, co Głowiński przypisuje emigrantom marcowym: "...ale to były też często wspomnienia byłych właścicieli Polski Ludowej, którzy nagle przypomnieli sobie, ze są Żydami, i zauważyli, ze w Polsce mówi się antysemickim językiem" - dotyczy być może jakiejś części bananowych emigrantów z warszawskich salonów, ale jeszcze bardziej jego własnej grupy politycznej. Przypominają sobie, że są Żydami, kiedy im jest wygodnie wskazywać na przeciwników politycznych jako antysemitów. I na tym właśnie polega moczaryzm, na instrumentalnym traktowaniu etniczności. A wtedy, gdy jest się aż tak bezwzględnym, by wykorzystywać ofiary marcowych czystek do propagandowej obrony tych, co im połamali życie, to nic dziwnego, że ofiary zaczynają się zastanawiać, na ile środowisko takowe nasiąkło przez lata dzielące nas od 1968 roku, zwycięskim wtedy moczaryzmem. Żydem się nie bywa, panie Węglarczyk, Żydem się jest. A konkretniej, Polskim Żydem. Ale moczarowcem, na całe szczęście, można bywać lub przestać bywać.