sobota, 9 sierpnia 2008

Kambei Shimada - ruski szpieg na Salonie24

Bogumiła Tyszkiewicz

"Atak hakerów na Gruzję?" pyta zdesperowany Salonowicz Ghural wiszący na poczesnym, górnym miejscu strony głównej Salonu dzisiaj, o szóstej rano. Zaglądam do środka, a tam kłębi się tłum, który właśnie wytropił ruskiego szpiega rezydującego na Salonie. - "Agentura idzie całą ławą" - mówi Maryla - były już ataki hakerów rosyjskich na Litwę i Estonię, teraz zaatakowali Gruzję. Nie pozwolimy, aby świat milczał i bawił się na Olimpiadzie - zakończyła dramatycznie. - "Podpal się pod ambasadą Rosji. To będzie bardzo przejmujące. Świat się ocknie." - podpowiedział jej usłużnie rosyjski szpieg, który się jak na zawołanie zjawił, i tym właśnie się zdemaskował. - "Sowieciarzu, uskutecznij przeniesienie swych 4 liter - za Don..." - zaproponował mu na to grzecznie Waits. Szpieg na to Waitsowi, że ów jest gestapowcem. A potem rozpoczęli dyskusję o stosunkach narodowościowych w Osetii, czy Gruzja Osetię okupuje, czy nie, oraz czy Polska okupuje Podlasie.

Do oskarżeń o sowieciarstwo przyłączył się MaciekP, który w wikipedii przeczytał, że Osetia zawsze była częścią Gruzji, i że mieszka tam głównie ludność napływowa (a nieprawda, nie tak tam pisze...), oskarżając przy okazji sowieckiego szpiega o stalinowski łeb. Salonowicz jajanek był już prawie pewien, że szpieg jest agentem sowieckim, ale salonowicz koszmosz wszystkich ostrzegł: "Rosjanie mają wiele słabych punktów, ale s-24 nie jest miejscem do tego, aby jeszcze bardziej ich wkurzać." Szpieg, wyzywając swoich rozmówców od bałwaniarzy, zasugerował, że w Osetii istnieją ruchy separatystyczne. "Sowieci precz z Gruzji, sowieckie pachołki precz od kompów." - na to odpalił szpiegowi jaku, Waits dodał coś o sowieckiej agenturalności, która jest wyłączną alternatywą głupoty, MaciekP poinformował szpiega, że Polscy Tatarzy są bardziej polscy niż on, a monolit13 z łezką kręcącą się w oku zażądał, by szpieg uwiarygodnił swoje rewelacje o 60 procentach Osetyńczyków żyjących w Osetii Południowej, podając ich źródła.

Wtedy dyskusję zakłócił e2006 zgłaszając, że sprawdza, i że kolejne strony z końcówką ge nie działają. Maryla, zdenerwowana już bardzo na hakerów i szpiega, wykrzyknęła - "agentura sowiecka - niech wam klawiatury sie poblokują! Na pohybel bolszewikom!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!", kashanka (zainspirowana Donaldem Tuskiem?) zaproponowała szpiegowi - "a napij sie mojego moczu - zmądrzejesz.........", a Kobziarz u świtu zgłosił, że linki, które on sprawdza, nie działają również. I wtedy przyszedł Redaktor Ropniak.

Redaktor Ropniak, właściciel beznotkowego bloga "Ład i porządek", przywołał do raportu samego gospodarza bloga. - "Sowieci zbombardowali Tblisi, pierdolony palancie. Wszystkie budynki rządowe zostaly ewakuowane." - oświadczył.

W blogu zapadła skonsternowana cisza. Nikt w zamieszaniu nie zauważył, że ruski szpieg tymczasem się chyłkiem wymknął i zaszył na swoim blogu, który jest - tu. A co pomyślała autorka tej notki?

- Echhh... westchnęło się jej smętnie - Jak ja bym chciała mieć tyle lat, co oni...

piątek, 8 sierpnia 2008

Bojkotuj olimpiadę w Pekinie!

Józef Dajczgewand, Bogumiła Tyszkiewicz

"War has started" - tak wg wpływowego serwisu bloomberg.com miał powiedzieć Władimir Putin do Busha na otwarciu Igrzysk w Pekinie. Biały Dom potwierdził, że Putin rozmawiał z Bushem o wojnie na ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Jaka olimpiada, taki pokój. Wybuchła wojna. Już tysiąc ofiar śmiertelnych w Gruzji. Tych w Tybecie nikt nie jest w stanie policzyć. Tylko tyle albo aż tyle może zrobić uczciwy człowiek, ktory nie może się pogodzić z komercją oraz bezwzględnością olimpiad kojarzących się z 1936 i 1980: nie oglądać olimpiady w telewizji. Nie kupować gadżetów. Nie przysparzać dochodów reklamodawcom. Tej olimpiady NIE MA.

Olimpijska reedukacja

W Tybecie trwa kampania reedukacyjna, której towarzyszą masowe aresztowania, niszczenie klasztorów i zakrojona na szeroką skalę propaganda. Jak informuje Helsińska Fundacja Praw Człowieka, kordony wojskowe odcinają od świata kolejne klasztory, dokonując jednocześnie aresztowań wśród mnichów - także tych, którzy nie brali udziału w marcowych protestach. Z tybetu napływają też informacje o przypadkach niszczenia klasztorów przez chińskich funkcjonariuszy - przede wszystkim ołtarzy i wizerunków dalajlamy. Do mediów docierają również informacje o samobójstwach uciskanych mnichów.

W całym Tybecie “grupy robocze” (jak określa ich HFPC) odwiedzają klasztory i wioski, zmuszając mnichów i mieszkańców do potępiania “kliki Dalaja”. Jak informują tybetańskie źródła, w ramach akcji reedukacyjnej mieszkańcom miast, uczniom w szkołach, a nawet pracownikom w biurach, każe się pisać “relacje z 14 marca”, w którym muszą lżyć Dalajlamę. Reedukacja nie ominie nikogo - akcje przeprowadzane są wśród chłopów, dzieci, emerytów, urzędników, a nawet policjantów i wojskowych.

Jednocześnie organizacje broniące praw człowieka, wciąż informują o aresztowaniach i torturach, jakie dotykają uczestników protestów sprzed kilku miesięcy. Na początku maja na stronie HFPC pojawiła się nawet informacja o śmierci Tybetanki, która aresztowana została za zerwanie tablicy urzędu miejskiego w trakcie zamieszek. Trzydziestoletnia matka czwórki dzieci poddana została torturom. Po zwolnieniu z więzienia była w stanie krytycznym - nie mogla chodzić, mówić ani jeść. Szpital odmówił jednak jej przyjęcia, skutkiem czego zmarła. Władze odmówiły jej nawet prawa do odprawienia przez mnichów pośmiertnych rytuałów, a jej maż zmuszony został do ucieczki, w obawie przed prześladowaniami.

Wszystkim zabitym w pierwszym dniu olimpiady w Pekinie ['] ['] [']

za: http://www.freetibet.pl/

wtorek, 5 sierpnia 2008

Tygodnik "Nie": Nie wsadzać Sumlińskiego

Free Image Hosting at www.ImageShack.usDziś Wojciech Sumliński próbował popełnić samobójstwo. Podciął sobie żyły w kościele św. Stanisława Kostki. Nie wiem, czy jest to krzyk rozpaczy niewinnego człowieka, czy desperacki czyn człowieka przyłapanego na przestępstwie. Niech to rozstrzygnie sąd. Jednak zamykanie Sumlińskiego w takim stanie psychicznym, wobec tylu wątpliwości i kruchości oskarżeń pachnie państwem policyjnym.

Dziennikarze, którzy zajmują się najbardziej niebezpiecznymi tematami, na przykład piszą o służbach specjalnych, przestępczości gospodarczej, korupcji w wymiarze sprawiedliwości i innych brudach współczesnej polityki narażeni są na różnorakie prowokacje. Moi koledzy od pióra opowiadają o takich sytuacjach a i ja mógłbym opowiedzieć historię jeżącą włos na głowie. Wojciech Sumliński, dziennikarz kojarzony z "Misją Specjalną", a na co dzień pracujący dla TVP3 ma trafić do aresztu - orzekł Sąd Okręgowy w Warszawie, przychylając się do zażalenia prokuratury, na pierwszą decyzję sądu, który uznał areszt za bezzasadny. Dziennikarza oskarża jedna osoba.

Miał rzekomo od oficera WSI zażądać 200 tys. zł. za załatwienie pozytywnej weryfikacji. Na dodatek w mieszkaniu tego dziennikarza były jakieś niejawne dokumenty, być może nawet fragmenty aneksu do raportu o WSI. Aneksu, który od wielu miesięcy spoczywa w gabinecie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Aneksu, który od miesięcy czeka na upublicznienie, a więc i tak każda jego strona prędzej czy później będzie jawna.

Nie mam powodu specjalnie identyfikować się z Sumlińskim, dziennikarzem o jednoznacznie prawicowych poglądach. Nie podoba mi się "Misja Specjalna", program jednostronny i prymitywny. Jednak jaki by Sumliński nie był, trzeba zapytać:

- Który z dziennikarzy śledczych nie ma w swoich archiwach mniej lub bardziej niejawnych dokumentów? Powinno się ścigać urzędowo wtajemniczanych, którzy odpowiadając za zachowanie tajemnic nie dopełnili swoich obowiązków, w wyniku czego tajności wyciekły. Wbrew wadliwemu w Polsce prawu dziennikarze są od tego, żeby tajemnice rozpowszechniać, jeśli tkwi w tym interes społeczny.

- Jaką mamy pewność, że pomawiający Sumlińskiego mówi prawdę? Służby specjalne potrafiły wyeliminować z polityki urzędującego premiera (Oleksy), wiceministra obrony (Szeremietiew), kandydata na prezydenta (Cimoszewicz). Załatwienie jakiegoś dziennikarza wydaje się wobec tego dziecinnie proste.

- Czemu prokuratura tak usilnie pragnie wsadzić Sumlińskiego? Czy nie dość już mieliśmy przykładów aresztów wydobywczych? Jeśli chodzi o możliwość mataczenia, to od ujawnienia sprawy minęły przeszło dwa miesiące. Co miało ewentualnie być zamataczone już takie jest.

Andrzej Rozenek


Komentarz redakcyjny:


"Coś takiego jak wolna prasa nie istnieje. Wy o tym wiecie, i ja to wiem. Żaden z was się nie porwie na uczciwe wypowiedzenie swego zdania, a gdybyście to zrobili, to z góry wiedzielibyście, że się nigdy nie ukaże w druku. Płacą mi tygodniówkę za to, bym swoje opinie trzymał jak najdalej od gazety, z którą jestem związany..." tym niemal proroczym cytatem z Johna Swintona rozpoczęliśmy niedawno tekst o mediach w Polsce pt. "Publicystyka, propaganda, indoktrynacja". A znajdzie się jeszcze w polskich mediach przestrzeń do zagospodarowania przez dziennikarstwo śledcze? Z niemrawej obrony Wojciecha Sumlińskiego przez środowiska dziennikarzy rozparcelowanych pomiędzy partie polityczne w charakterze ich propagandzistów (z chlubnymi wyjątkami ludzi, którzy się ponad te podziały wznieśli), a rozgrywanej najbardziej dynamicznie przez blogerów, możnaby wnosić, że takiego zapotrzebowania nasze media nie posiadają. Tygodnik "Nie" ma oczywiście własny powód, by wrzucić na swoją główną stronę baner w obronie Sumlińskiego, zaraz pod paskiem tytułowym ("Nie" nr 29/2008): systematycznie publikowali informacje o aferach baronów paliwowych, służb specjalnych, Dochnala, Pęczaka, innych - gdy w pozostałych mediach panowała cisza. Uprawiają dziennikarstwo śledcze, to są zainteresowani. Niejasna rola służb specjalnych w osaczaniu Sumlińskiego może na wiele lat schłodzić śledcze apetyty dziennikarzy. Jego list pożegnalny ma w zasadzie charakter doniesienia o przestępstwie, ale nie słychać, by wszczęto jakiekolwiek postępowanie. Trójka dziennikarzy wprost zarzuca ministrowi Ćwiąkalskiemu, że powiedział nieprawdę, a ten - nic. Rezygnacja z aresztu wydobywczego to zbyt mało. Przedrukowujemy apel tygodnika "Nie" gdyż uznaliśmy, że warto go zarchiwizować, aby nie zagubił się w archiwum pod następnymi wydaniami gazety. Albowiem Tygodnik "Nie" napisał prawdę - zbyt wiele już było afer z udziałem służb specjalnych. Trzeba to w końcu wyjaśnić.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 1 sierpnia 2008

Mecenasi

13 marca 2008 poseł Jerzy Budnik poinformował Komisję Regulaminową i Spraw Poselskich, że mecenas Zbigniew Ćwiąkalski przestał być pełnomocnikiem powoda, pułkownika w stanie rezerwy mecenasa Raduchowskiego-Brochwicza w sprawie wniosku z dnia 29 sierpnia 2007 r. o wyrażenie zgody przez Sejm na pociągnięcie do odpowiedzialności cywilnej posła Ludwika Dorna za to, że ów odnosząc się do funkcjonowania powoda jako wiceministra spraw wewnętrznych i wysokiego funkcjonariusza Urzędu Ochrony Państwa nazwał go "uosobieniem patologii służb specjalnych" między innymi dlatego, że mecenas Raduchowski-Brochwicz zatrudnił jako swego doradcę pana Dunejko, aktywnego członka zespołu pułkownika Lesiaka. Przewodniczący Budnik poinformowal członków komisji, że pisemna informacja Raduchowskiego- Brochwicza o ustaniu pełnomocnictwa nosi datę 13 grudnia 2007.


Pełnomocnikiem oskarżyciela prywatnego Wojciecha Raduchowskiego- Brochwicza wymienionym we wniosku o wyrażenie zgody przez Sejm na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej posła Ludwika Dorna z artykułu 212 § 2 k.k. (tego samego, z którego TVN skarżyła redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" Tomasza Sakiewicza oraz jego zastępczynię Katarzynę Hejke) jest mecenas Krzysztof Stępinski - rzecznik dyscyplinarny stołecznej Rady Adwokackiej, prawnik ze stażem ponad 30 lat pracy na sali sądowej, najpierw jako sędzia, potem adwokat; ostatnio obrońca podejrzanego o korupcję byłego ministra sportu w rządzie PiS Tomasza Lipca, ktoremu prokuratura zarzuca przyjęcie "korzyści majątkowej w związku z pełnieniem funkcji publicznej" i w związku z działalnością Centralnego Ośrodka Sportu, a także obrońca nieposzlakowanej opinii swojego zastępcy, mecenasa Jacka Dubois, oskarżanego w lutym 2006 przez prokuraturę w Ostrołęce o utrudnianie śledztwa i przekazywanie informacji dwóm podejrzanym z gangu pruszkowskiego o pseudonimach "Sankul" i "Bryndziak" (ten drugi był wtedy ścigany listem gończym, wg, "Masy" miał w mafii pruszkowskiej rangę kapitana) - zanim zostali zatrzymani.


W 2005 roku mecenasi Stępiński i Dubois bronili Wojciecha O. i Grzegorza M. z fabryki chipsów Frito-Lay (część amerykańskiego koncernu PepsiCo) w Grodzisku Mazowieckim w sprawie o molestowanie seksualne z użyciem przemocy i złośliwe zwolnienie z pracy ośmiu pracownic. W trakcie procesu media obficie donosiły o próbach tuszowania sprawy. Grupa pracowników Frito-Lay, wspierana przez żonę oskarżonego, rozsyłała liczne petycje twierdzące, iż został on niewinnie oskarżony, a pokrzywdzonym kobietom zarzucano, iż działają w zmowie. Dwóm pracownicom postawiono zarzut składania falszywych zeznań, trzeciej "podżeganie do składania fałszywych zeznań" - do jednej z molestowanych kobiet udała się 3osobowa delegacja załogi, która usiłowała szantażem i groźbami zmusić ją do wycofania oskarżeń wobec Wojciecha O. Podejmowane były również próby wyłączenia prokurator Krystyny Paszek prowadzącej postępowanie w sprawie i przekazanie sprawy innej jednostce prokuratury do rozpoznania. Pojawiły się też spekulacje na temat informacji, jaka wtedy się pojawiła w mediach, o skierowaniu pod koniec kwietnia 2005 r. pozwu przeciwko pokrzywdzonym kobietom o naruszenie dóbr osobistych Wojciecha O. Zgodnie z tymi informacjami, od ośmiu kobiet zażądano zadośćuczynienia w łącznej wysokości 40 tys. zł. "Co ciekawe, do dnia dzisiejszego pokrzywdzone kobiety nie dostały tego pozwu, co rodzi pytanie, czy w istocie był on skierowany do sądu, czy też informacja prasowa o jego złożeniu była jedynie elementem strategii procesowej." - komentowało "Mam prawo" z września 2005 niedwuznacznie sugerując, że mogło chodzić o wyciszanie świadków i zastraszania pokrzywdzonych kobiet. Mecenasi Stępiński i Dubois wygrali ten proces.


Mecenasi Raduchowski-Brochwicz oraz Krzysztof Stępiński jako obrońcy byłego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka, dziś podejrzanego o składanie fałszywych zeznań i nakłanianie do tego bylego szefa policji Konrada Kornatowskiego, we wrześniu 2007 wygrali skargę w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa na zatrzymanie ich klienta. Rozpatrujący skargę sędzia Igor Tuleya podzielił argumenty obrońców Kaczmarka, którzy podkreślali, że nie trzeba było zatrzymywać ich klienta, bo deklarował, że stawi się na każde wezwanie, oraz podzielił się podejrzeniem, że "zatrzymanie podejrzanego służyło innym celom niż dobro śledztwa". Do kwestii mataczeń podejrzanego odniósł się wiceprezes sądu Jerzy Podgórski, ktory stwierdził, że obawa zacierania śladów przez Kaczmarka podana przez prokuraturę jako powód jego zatrzymania, w jego opinii nie jest w żaden sposób udokumentowana w aktach sprawy.


Mecenas minister Ćwiąkalski, byly członek organizowanej przez Andrzeja Olechowskiego Rady Programowej Platformy Obywatelskiej, oprócz funkcji pełnomocnika Brochwicza, był także pełnomocnikiem Donalda Tuska i Hanny Gronkiewicz-Walc w procesie o zniesławienie wytoczonym im z oskarżenia prywatnego przez byłych działaczy PO związanych z Pawłem Piskorskim, jest autorem ekspertyz prawnych korzystnych dla Ryszarda Krauzego, Krzysztofa Popendy i Marka Dochnala, obrońcą Henryka Stokłosy, Ryszarda Krauzego i Piotra Bykowskiego, a także poszukiwanego dotąd Tomasza Wróblewskiego, właściciela przestępczej firmy Bioferm, nazwany orzez "Gazetę Polską" "obrońcą oligarchów", tworzy tymczasem projekty realizujące interesy korporacyjne: "... o pazerności i bezwzględności korporacji niech świadczy uchwała z 9 zjazdu adwokatury, która z jednej strony zakazuje możliwości demonopolizacji, czy też tworzenia jakichś dodatkowych zawodów prawniczych, które mogłyby świadczyć usługi na rzecz obywateli, a z drugiej strony zachęca do wolnorynkowych stawek za usługi prawnicze ("tyle ile zażąda adwokat, tyle powinno się płacić"), a z trzeciej strony zachęca do rozszerzania kręgu przymusu adwokackiego. Co to oznacza? Oznacza to, że adwokatura żąda, by istniał przymus adwokacki przy nieograniczonych kwotach i jeszcze, żeby nie można było rozszerzyć tej korporacji." - komentuje poseł Łukasz Zbonikowski (PiS) i pyta: "Czemu od pół roku marszałek Komorowski trzyma w "zamrażarce" ustawę o licencjach prawniczych?"


Podejrzany Wojciech Sumliński w liście pożegnalnym napisanym przed targnięciem się na własne życie oskarżył kierownictwo ABW o nadużycia, podając przykład ponad 100metrowego mieszkania wiceszefa ABW Jacka Mąki na ulicy Kazimierzowskiej w Warszawie, warte ponad milion złotych, "które ten otrzymał bezprawnie za kadencji Andrzeja Barcikowskiego, przed wyborami parlamentarnymi w roku 2005. (Barcikowskiemu zrewanżowano się później zatrudniając go w radzie programowej ośrodka szkoleniowego ABW). Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wystąpiła wówczas do Urzędu Miasta o lokal na cele operacyjne. Po otrzymaniu lokalu ABW wykorzystała go jednak na cele nieoperacyjne, konkretnie przekazała Jackowi Mące, który odnowił otrzymane mieszkanie przy pomocy pracowników Agencji, a następnie zameldował w nim siebie, żonę i syna." Jak przypominają blogerzy, o aferach mieszkaniowych pisał już przed kilku laty "Fakt": "Jak dostać za darmo i dożywotnio luksusowe mieszkanie? Trzeba zostać wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji. Tak jak Wojciech Brochwicz i Krzysztof Bondaryk...." Mecenas minister Ćwiąkalski też się interesuje mieszkaniami. Potwierdził, że ministerstwo sprawiedliwości przygotowuje rozporządzenia o specjalnych kredytach mieszkaniowych dla prokuratorów i sędziów finansowanych z budżetu państwa. Wkład własny ograniczony został do 10 proc, oprocentowanie zmniejszone do poziomu inflacji (ok 4 proc), okres spłat przedłużono do 25 lat. W radiu TOK FM uzasadniał, że młodych sędziów nie stać na innego rodzaju kredyty, w żaden sposób nie odnosząc się do tego, że wg. jego rozporządzenia prawo do kredytu mieliby również sędziowie na emeryturze.


Minister mecenas Zbigniew Ćwiąkalski przyjął Stanisława Rymara, obrońcę Wojciecha Sumlińskiego, ale oświadczył, że sprawami jednostkowymi się nie zajmuje. Dzień później się zajął - w w Poranku Radia Tok FM bronił decyzji o zastosowaniu aresztu tymczasowego argumentując, że "śledztwo ma charakter "rozwojowy" i "dynamiczny", więc mimo że nie doszło do mataczenia, to nie znaczy, że do niego nie doszłoby w przyszłości." Gdyby podobnie potraktowano klienta jego byłego pełnomocnika, to Janusz Kaczmarek by siedział do dzisiaj. Ćwiąkalski odrzucił też oskarżenia o spisek służb specjalnych oraz kategorycznie zaprzeczył, że była pierwsza próba samobójstwa. Do kwestii mieszkaniowej się w ogóle nie odniósł, tymczasem publiczną informację powinien przynajmniej pro forma potraktować jako doniesienie o przestępstwie. Odwrotnie niż reżyser Sylwester Latkowski, który już wcześniej ostrzegał, że Sumliński może się targnąć na swoje życie, twierdzi, że w jego przypadku areszt będzie klasycznym aresztem wydobywczym, i który już rozmawiał z z Luizą Sałapą, rzeczniczką Centralnej Służby Więziennej, bo to jego zdaniem "jedna z osób, która od lat pokazuje ludzką twarz, a nie bezmyślnego klawisza".


"Niezależni.pl" zbierają podpisy pod apelem o wyjaśnienie wszystkich okoliczności związanych z udziałem służb specjalnych w aresztowaniu dziennikarza, a pułkownik Jacek Mąka szykuje się do wytoczenia sprawy "Rzeczpospolitej" za to, że opublikowała jego list pożegnalny. Ciekawe, który mecenas będzie pełnomocnikiem pułkownika?


źródła:



Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

piątek, 25 lipca 2008

Rzeczpospolita lemingów i partii wodzowskich

Dzięki "przesłaniom" dla posłów i "instrukcjom" dla ich młodzieżówki Platforma Obywatelska wylądowała dziś na samym szczycie piramidy organizacji politycznych w Polsce dla kretynów. Niewątpliwie każdy kretyn i (w sensie medycznym, nie obraźliwym) i wychowanek Big Brothera może tam zostać gwiazdą. Tyle, że to nie jedyne lemingi w Polsce. W zasadzie nie ma ani jednej partii, która by nie była otoczona stadem lemingów gotowych wykonywać czynności usługowe, bezrozumnie, bezkrytycznie i bez wynagrodzenia, byleby im ktoś powiedział, co mają robić - językiem prostym i dla nich zrozumiałym. Platforma to po prostu wykorzystała bardziej niż inni... Patrząc na scenę z lotu ptaka można też dostrzec, że wszystkie dzisiejsze partie balansują na skraju tego, co w politologii się nazywa partią wodzowską. Jeden lider otoczony świtą, potem długo, długo nic, potem żołnierze, a w kręgu najbardziej zewnętrznym - lemingi. Żadna partia w Polsce nie ma własnych, wykształconych, pluralistycznych elit. Być może najbliżej takiego stanu jest malutki PSL, który dzięki marginalizacji i strategii silnie zorientowanej na własne interesy dorobił się mechanizmów promocji dosyć niezależnych od tego, co oferuje główny nurt polskiej polityki.

Polska nie jest wyjątkiem. Po 11 września zaskoczeni opiniotwórcy na całym świecie skarżyli się, że zabrakło nam wiedzy, dlaczego społeczeństwa muzułmańskie są aż tak obrażone na Zachód, że światu zagroził terroryzm. Ale przecież oznaczało to, że najbardziej rozwiniętym państwom świata zwyczajnie zabrakło zarówno zainteresowania, jak i ludzi znających potoczne języki Bliskiego Wschodu, i że złudzenie globalnej wioski, wywoływane przez powszechną dostępność MTV na całej kuli ziemskiej, jest tylko złudzeniem. Nowy, globalny porządek, do którego opisania i wyjaśnienia miał wystarczyć monetarystyczny język sprawnego menagera neokonsów, okazał się nie istnieć, tak samo, jak nie istnieje "postpolityka", rzekomo towarzysząca sprawnemu zarządzaniu i wypierająca z życia publicznego politykę.

Niedostateczna wiedza językowa i i elity pozbawione ciekawości świata w początkach XXI stulecia nie są niczym szczególnym. Kultura masowa traktuje dorosłych, tak wytwórców, jak i konsumentów, jak dzieci. Wg. Franka Furediego (socjologa węgierskiego pochodzenia, wykładającego na Uniwersytecie Kentu w Wielkiej Brytanii, ur. 1947) [*1], analiza słów, którymi posługiwali się podczas debat publicznych kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych pokazuje, że słownik Lincolna byłby zrozumiały dla licealistów. Clintona - dla siódmoklasistów, a Bush mówił już na poziomie średnio rozgarniętego sześcioklasisty. Współcześni ludzie nie ufają ani nauce, ani celowości gruntownego wykształcenia. Wszechobecny przedrostek "-post" wskazuje, w jakim miejscu znalazły się nauki humanistyczne, a naukom biologicznym i inżynieryjnym ludzkość już od dawna nie dowierza. Kiedyś studenci nie przepadający za naukami ścisłymi i przyrodniczymi wybierali humanistykę i sztuki wyzwolone. Dzisiaj jedne i drugie są im jednakowo obce: w USA między 1970 a 1995 liczba magistrów historii spadła o około 37%, magistrów filologii zagranicznych o 37%, anglistyki o 10% - i to w czasie, kiedy ogólna liczba studentów stale rosła. Temu zjawisku towarzyszy przekształcanie procesu kształcenia w rodzaj show dla niedorosłej publiczności, nagradzającej swego profesora brawami za widowiskowość wykładu, a nie poziom przekazywanej wiedzy, a także poszerzający się rynek książek popularnonaukowych, pisanych tak, by wysiłek umysłowy dla ich zrozumienia był czynnością zbędną. Absolwenci uniwersyteckich kursów zarządzania korporacyjną kadrą, telemarketingu i bankowości są znakomicie dostosowani do życia w monetarystycznej utopii, którą zamach na WTC już dawno obrócił w pył. Pytanie, co z nimi teraz zrobić?

Nie ma co szukać odpowiedzi na to pytanie w tradycyjnym miejscu, u intelektualistów, gdyż w swej większości zaakceptowali oni tą przygnębiającą odmianę. Klasyczny wzorzec heroicznego, niezależnego badacza zastąpiła dzisiaj postać intelektualisty zdewaluowanego do jednego z wielu podmiotów rynku informacji, któremu ton narzucają reguły talk shows, a nie debaty oksfordzkiej. Wartość wykształcenia wyższego, a w konsekwencji i tytułów naukowych, maleje w miarę, jak uniwersytety obniżają kryteria naboru lub w ogóle rezygnują z egzaminów wstępnych, żeby przyjąć jak największą liczbę studentów, i tym bardziej, im częściej wartość profesorów dla uczelni obliczana jest w według liczby absolwentów, a nie ich jakości. Kiedy w początkach grudnia 2001 opublikowano pierwsze rezultaty PISA (badania porównawcze funkcjonalnego alfabetyzmu, jakości nauczania i systemów edukacyjnych w Europie), okazały się być one szokująco słabe. Szczególnie silnie wstrząsnęły dumą narodową Niemców (21 pozycja na 32 państwa), a same zjawisko uzyskało nazwę "PISA-Schock". W efekcie rozpętała się desperacka dyskusja jak włączyć media do promocji "informacyjnego alfabetyzmu", a tamtejsi bibliotekarze wykorzystali sytuację do kolejnego, beznadziejnego przypomnienia, że biblioteki, a szczególnie biblioteki szkolne, jednak czemuś służą. [*2]

"Przez ostatnie dwa stulecia na straży autorytetu, jakim cieszyli się intelektualiści, stała wiara w to, że dążenie do wiedzy i prawdy zasługuje na powszechne uznanie. Wiara ta nadawała pracy umysłowej wyjątkowe znaczenie, ludziom zaś zgłębiającym wiedzę pozwalała sądzić, że to, co robią, ma sens." - powiada Frank Furedi. Mimo dezaprobaty dla gnuśności, jaka jego zdaniem cechowała uczonych jego pokolenia, Orwell niezmiennie wierzył, że idee mogą stworzyć lepszy świat, i że wszelka działalność intelektualna i kontemplacyjna jest tym, co odróżnia człowieka od zwierzęcia. Dzisiejsi intelektualiści sprowadzili czynność kontemplacji świata do upraszczania i minimalizowania wiedzy potrzebnej człowiekowi do funkcjonowania w społeczeństwie. Między innymi dlatego radykalne zmniejszenie listy lektur szkolnych wprowadzone przez rząd Platformy Obywatelskiej nie spotkało się ze znaczącym protestem. Polska inteligencja, w przeciwieństwie do niemieckiej, nie broni bibliotek.

W klasycznej powieści SF Asimowa "Fundacja" twórca psychohistorii Harry Seldon rozpoznaje zbliżający się upadek Imperium - po wtórności jego kultury wobec czasów przeszłych oraz cywilizacyjnej infantylizacji wszystkich warstw społecznych, nie rozumiejących wytworów technicznych poprzednich pokoleń ani złożoności własnego świata; nieufnych wobec nauki, ponad samodzielność myślenia i nowatorskość badań przedkładających naśladownictwo i epigonię. Na Ziemi w XXI wieku miejsce ludzi takich, jak Bertrand Russell czy Hannah Arendt, zajęli twórcy telewizyjnego Big Brother, a klasyczny wzorzec heroicznego, niezależnego myśliciela zastąpił homo ludens. Taka też jest polityka. Nie modernizacja, a rozkład. Ale czy ta analogia ma sens? [*3]

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz



Przypisy:

1. Frank Furedi: Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? (Where Have All the Intellectuals Gone?) przeł. Katarzyna Makaruk, Państwowy Instytut Wydawniczy , Styczeń 2008

2. Susanne Krüger - The PISA-shock and its consequences: The future of libraries for children in Germany, World Library and Information Congress: 69th IFLA General Conference and Council, 1-9 August 2003, Berlin
http://www.ifla.org/IV/ifla69/papers/079e_trans-Krueger.pdf

3. Czytaj również: Palnick: Toksyczna moc autorytetów. Blog: Palnick, 2008-07-24
http://palnick.salon24.pl/85478,index.html

czwartek, 24 lipca 2008

SLD popełnia dziś ten sam błąd, co onegdaj PiS

Uprawdopodobnienie tego, że PO łamie zasady demokracji parlamentarnej, kiedy to im wygodne, wcale nie jest trudne. Nie tylko dlatego, że PO się z nikim nie konsultuje przy tworzeniu ustaw w tej kadencji, czy nawet ignoruje już przeprowadzone konsultacje (ustawa o służbie zdrowia). Warto przypomnieć w jaki sposób pułkownicy z PO wykończyli przeciwnika Donalda Tuska - Cimoszewicza - w poprzednich wyborach (Jarucka, sfałszowane dowody, kampania medialna). Jeden z tych pułkowników później reprezentował prawnie Kaczmarka w równie skandalicznej sprawie.

Nie da się przykładać równej miary do ludzi którzy wyją i tupią na posiedzeniu Komisji Regulaminowej, ale tych zasad nie łamią, do ludzi, którzy na zimno łamią zasady wyborcze czy wykorzystują polski kodeks karny do niszczenia przeciwnika. W tej konkretnej sprawie Ziobry, zarzut mu stawiany jest absurdalny, i ma w kieszeni wygraną, jeśli nie tu, to w Strasbourgu, ale jeśli PO odpowiednio ustawi sprawę w sądach, to zablokuje Ziobrę jako kandydata w najbliższych wyborach, i o to im chyba chodzi. To bardzo mocno przypomina sposób w jaki wyeliminowali Cimoszewicza z gry, kiedy im wyszło, że do wygranej z L.Kaczyńskim potrzebują elektoratu Cimoszewicza.

Ówczesnym błędem PiS było, że już wtedy, przy sprawie Cimoszewicza, PiS nie protestował i nie złożył jakiegoś wniosku do PKW. Dzisiaj błędem SLD jest to, że się przyłącza do "przepraszania" opinii publicznej za zachowanie PiS w trakcie słynnego posiedzenia, zamiast podnieść sprawę łamania regulaminu i dobrych obyczajów parlamentarnych przez PO. W jednym i drugim przypadku obie partie grały pod dyktando PO, na korzyść PO, i - jak widać w dłuższej perspektywie - na swoją niekorzyść. Nie ma żadnej gwarancji, że PO nie będzie tym sposobem rozgrywać opozycję w przeszłości, skoro widzą, że im się to bezkarnie udaje. Na kogo padnie, na tego bęc. Raz jeden przeciwnik, raz drugi... Zasady państwa prawa, regulaminy sejmowe, nie powstały ot, tak sobie. Ich celem jest ochrona parlamentarnej mniejszości przed nadużyciami władzy zwycięskiej większości.

Tak, jak PO bałkanizując prawo i obyczaje parlamentarne udowadnia, że nie dorosła do roli partii władzy, tak PiS oraz SLD swoją biernością w obu przypadkach jasno mówią swemu elektoratowi, że nie dorośli do roli opozycji.

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

Palnick: Scenariusz PO na komisję regulaminową

Prześledźmy jak następowały po sobie wydarzenia, które doprowadziły do kompromitacji PO w polskim sejmie dzisiaj w trakcie obrad "Komisji Regulaminowej"... Wczoraj, po posiedzeniu komisji, na którym był obecny Ziobro, jej przewodniczący Jerzy Budnik (PO) poinformował dziennikarzy o decyzji prezydium w sprawie zajęcia się wnioskiem w sprawie immunitetu byłego ministra sprawiedliwości na wrześniowym posiedzeniu sejmu - pierwszym po wakacjach sejmowych. Ponadto Ziobro poinformował komisję, że w czwartek musi być w sprawach rodzinnych w Krakowie. Ojcowie Pijarzy z PO wyczuli doskonałą okazję, żeby w komisji przeszedł wniosek o odebranie immunitetu Ziobrze, bez jego tam obecności i bez dania mu szansy publicznej polemiki z zarzutami ćwiąkającej prokuratury. Potrzebny był tylko usłużny marszałek Komorowski - gotów złamać Regulamin Sejmu (warunek spełniony) oraz potwierdzenie się założenia, że Ziobro wyjedzie do Krakowa już w środę (tu trzeba było czekać). Warunek konieczny - czyli wprowadzenie Ziobry w błąd co do terminu zwołania komisji we wrześniu - już został spełniony.

Jest środa 23.07.2008 - wczesne godziny poranne. Ziobro bierze udział w audycji radiowej.

Platforma miała informację o tym, że Ziobro ma rezerwację na lot z Warszawy o godz.08:35 z lądowaniem w Krakowie o 09:35. Pozostało tylko upewnić się, że Ziobro wejdzie na pokład samolotu.

Kiedy do PO dotarła wiadomość, że samolot wystartował, Komorowski o godz. 09:07 wystosował do Ziobry wezwanie do wstawiennictwa na obrady komisji regulaminowej zwołanej przez niego w trybie specjalnym na parę minut po 10.

Potwierdzeniem tego, że Platforma wiedziała, gdzie w tym momencie jest Ziobro, jest fakt, że pismo skierowano do biura poselskiego w Krakowie. W tym czasie Ziobro był w trakcie lotu, dlatego nie odbierał telefonów. Komorowski twierdził w TVN24, że od kilku dni usiłowano wręczyć to wezwanie Ziobrze (sic!), ale on nie odbierał. Jak mógł marszałek czynić takie próby, skoro decyzja o zwołaniu szacownego gremium zapadła dzisiaj między 08:35 - start samolotu a 09:07 - wysłanie wezwania?

Dalej komisja z jasno wydanym poleceniem uwalenia Ziobry zaczęła "procedowanie". Najpierw było spokojnie, choć "komisja" odrzucała wszystkie wnioski PiS - zwłaszcza o przeniesienie obrad na inny dzień a potem nawet wniosek o kilkugodzinną przerwę dającą szansę powrotu posłowi Ziobrze.Było tak dlatego, że komisja miała zrobić swoje po cichu i bez Ziobry wprowadzonego w błąd co do terminu rozpatrywania wniosku go dotyczącego. Po drugie, pozbawiła go przysługującego mu prawa do przedstawienia komisji swoich wyjaśnień i wniosków. Tylko dzięki zadymie w sejmie sprawa stała się głośna, choć nadal zamaskowana. TVN pracował dzisiaj pełną parą, żeby nie powiedzieć nic na temat powodów gwałtownej reakcji posłów PiS-u, a utaplać ich w szambie ze względu na ich zachowanie.

W końcu posłowie PiS-u wyszli z tego kabaretu, a szacowna komisja pod światłym kierownictwem Niesiołowskiego (skąd się tam wziął?) głosami PO, PSL i SLD przegłosowała to, co miała przegłosować. Odebrania z powodów stricte politycznych Ziobrze immunitetu chcą te kręgi, którym dał się on najmocniej we znaki.

Obawiam się, że Ćwiąkalski ma już przygotowaną ścieżkę przez kolejne składy sędziowskie, które skażą byłego ministra jak amen w pacierzu. Któż bowiem bardziej naraził się mafii prawniczej od niego?

Myślę, że już teraz pozostaje mu jedynie skierowanie sprawy do Strasburga, po przejściu drogi krzyżowej przez polski "wymiar sprawiedliwości".

Tak to wygląda stosowanie prawa przez koalicję miłości :-)

Palnick

piątek, 18 lipca 2008

I kto tu jest polieznym idiotą?

"PiS nie postawił żadnych wyraźnych warunków. Z drugiej strony wiadomo, że koncernu medialnego takiego jak ITI nie da się bojkotować w nieskończoność - to oczywista oczywistość." - pisze Łukasz Warzęcha. Czyżby? Od kiedy to partie negocjują z koncernami medialnymi, przedstawiają swe warunki lub zanoszą do nich podania? To się odbywa inaczej. Jak ktoś nie chce, to do studia nie przychodzi. Jeśli właściciel studia nie chce, to nie zaprasza. Łukasz Warzęcha, wyzywając swoich rozmówców od polieznych idiotów z Olimpu swego dziennikarskiego stołka, jest najlepszym dowodem na to, że środowiskom medialnym w Polsce po prostu odbija się megalomańską czkawką.

Media nie są graczami politycznymi, nigdzie na świecie. Media komercyjne nie mają żadnej misji, oprócz komercyjnej. Nie są również reprezentantami głosu publicznego, czy publicznego sumienia - od kiedy to biznes kierujący się kategoriami zysku reprezentuje jakiekolwiek sumienie, oprócz własnego, i jakikolwiek głos, oprócz własnego? To już prędzej partie maja związek z opinią publiczną, a nie media, dzięki demokratycznym mechanizmom wyborów i członkostwa. Wszędzie na świecie rozmaite media maja swoje profile, sprzyjają bardziej jednym, czasem bardziej innym partiom, ale uważają, żeby nie przesadzić z własnymi inicjatywami w zakresie czarnego pijaru przeciw wrogom swych ulubieńców. To się, u licha, inaczej robi...

Media w USA łatwo dadzą się podzielić na bardziej lewicowe lub bardziej prawicowe, ale ich publicystyka rzadko przypomina monotonne bicie w bęben. W NYT znajdziesz publicystów prawicowych, poważnie traktujących to, co się dzieje w Partii Konserwatywnej, a w WSJ - lewicowych publicystów specjalizujących się we wszystkim, co dotyczy Partii Demokratycznej czy europejskiej lewicy. Nie dlatego, że media amerykańskie są jakoś szczególnie moralne i przejęte własną, informacyjną misją, a ze względu na własny, biznesowy interes. Naprawdę to bez znaczenia dla TVN, że żadna debata w najbliższej kampanii prezydenckiej nie będzie zorganizowana w ich studiu? Żadna w wyborach parlamentarnych? Ich dotychczasową rolę przejmie po prostu Polsat i media publiczne...

Co do PiS, to nie ma sensu dziś prorokować czy, oraz ile na tym stracą; coś stracą na pewno, gdyż zawsze lepiej jest występować w większej ilości programów niż mniejszej. Ale, z drugiej strony, cóż Łukasz Warzęcha opowiada o budowaniu wizerunku PiS w TVN i odbijaniu elektoratu polieznych idiotów? (Swoją drogą, cóż za pogardliwe określenie telewidzów TVN...) Jeśli ma jakiś konkretny pomysł, to niech tej partii podpowie, jak budować wizerunek w programach z Kubą Wojewódzkim oraz jak namówić specjalistów od przekazu wizualnego na portalu ONET (własność tego samego koncernu), by z pliku zdjęć ilustrujących to, co mają do powiedzenia, nie wybierali z regularną monotonią tych z pięknie przypudrowanym Tuskiem i tych ze świecącymi nosami działaczy PiS.

Lukasz Warzęcha zarzeka się, że jego wpis "był zatem tekstem z gatunku analizy praktyki politycznej" i dodaje skromnie o różnicy między nim samym oraz jego dyskutantami: "Uderzył mnie kompletny rozdźwięk pomiędzy istotą mojego tekstu a tymi wywodami. Z jednej strony było pytanie o praktyczne skutki, pytanie z dziedziny prakseologii, z drugiej - patos i emocje." Komentarze TVN w wczorajszych "Faktach" wyglądały na wyprodukowane z głębi takiego samego poczucia skromności. Otóż mecz między dowolną partią polityczną a dowolnym koncernem medialnym w ogóle do dziedziny polityki nie należą. To są różne podmioty, nastawione na różne cele i oceniające własną praktykę wedle wielce odmiennych kryteriów. Być może dzięki bojkotowi TVN PiS przegra najbliższe wybory (choć nie należy przesadzać z szacowaniem wpływów tego koncernu na elektorat jako przemożny). Ale być może im wyszło, że lepiej złamać otaczającą ich czarną propagandę teraz, po to, by zwiększyć szansę na wygraną w wyborach następnych. To również nieprawda, że moment ogłoszenia bojkotu jest niedobry. Wręcz przeciwnie. Koncern ITI ma teraz cale wakacje na ochłonięcie i zastanowienie się nad galopującą zniżką kursu akcji Agory - koncernu, który przed ITI popełnił ten błąd, że się zidentyfikował z jedną opcją polityczną i bił wszystkie inne.. Być może życiu publicznemu w Polsce wyjdzie to na dobre...

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

niedziela, 6 lipca 2008

Józef Pinior – Strategia centrolewicy

Jednym z najważniejszych dokumentów intelektualnych ubiegłego stulecia pozostaje „Hołd dla Katalonii” George'a Orwella. Ta skromna książka opisuje politykę w skrajnej sytuacji egzystencjalnej, ostatnie miesiące republiki, gorzkiej wolności Katalonii ogarniętej wojną domową, wciśniętej w wielki, dwudziestowieczny konflikt pomiędzy faszyzmem obozu nacjonalistycznego a zestalinizowanymi instytucjami rewolucyjnej Hiszpanii.

Ofiarą tamtej sytuacji staje się przede wszystkim lewica – mająca przeciwko sobie gestapo i NKWD. Polityka dwudziestowieczna to walka socjalistów o fizyczne i duchowe przetrwanie, w obozach, w podziemiu, na emigracji, bez własnych partii politycznych, uczelni, środków finansowych; na marginesie wydarzeń. Represje dotykają zawsze partie socjaldemokratyczne, ale często także samych komunistów. Isaac Deutscher w słynnym eseju mówi o tragedii Komunistycznej Partii Polski, rozwiązanej przez Komintern w 1938 r. Partii, której prawie wszyscy działacze Komitetu Centralnego giną w stalinowskich procesach w latach trzydziestych w Związku Sowieckim. W przejmujący sposób o doświadczeniu lewicowej inteligencji mówi Aleksander Wat w wywiadzie- rzece z Czesławem Miloszem „Mój wiek”. Lewica w całej Europie mierzy się z narodowymi dyktaturami, z faszyzmem i ze stalinizmem. Polska Partia Socjalistyczna w 1948 r. zostaje wchłonięta przez partię stalinowską, a jej członkowie stają przed dramatycznym wyborem emigracji, wewnętrznego wygnania lub działalnością w strukturach komunistycznych. Nie ma dobrego wyboru. Emigracja po II wojnie światowej oznacza w Europie Środkowo – Wschodniej utratę wpływu na los własnego kraju na 50 lat.

* * *


Doświadczenie lewicy jest przede wszystkim doświadczeniem demokracji. Takie pozostaje przesłanie Orwella; pomiędzy jednym totalitaryzmem a drugim lewica wybiera demokrację liberalną. Druga polowa XX wieku oznacza wielkie polityczne zwycięstwo Międzynarodówki Socjalistycznej. W 1968 Praska Wiosna dokonuje ostatecznego przełomu w ewolucji wielu partii komunistycznych w kierunku demokratycznego socjalizmu, kładzie podwaliny pod „eurokomunizm”, jeden z najciekawszych nurtów politycznych ostatnich trzydziestu lat. Walka o demokrację staje się wspólnym celem opozycji w Europie Środkowo – Wschodniej oraz lewicy socjalistycznej na Zachodzie. Demokratyzacja w Portugalii, Hiszpanii, Grecji przynosi odrodzenie partii socjaldemokratycznych w Europie Południowej, towarzyszy wraz z procesem helsińskim powstaniu w Polsce Komitetu Obrony Robotników oraz Karty 77 w Czechosłowacji. Upadek ostatnich narodowych dyktatur w Europie w latach siedemdziesiątych, bunt „Solidarności” w 1980 r., wreszcie rewolucja demokratyczna w krajach bloku wschodniego w 19989 r. Otwiera drogę do uformowania rozszerzonej Wspólnoty Europejskiej, do Europy opartej na trwałym pokoju, demokracji i sprawiedliwości.

Zwycięstwo nad faszyzmem w II wojnie światowej przyniosło Europie Zachodniej odbudowę rynku kapitalistycznego z zabezpieczeniami socjalnymi i pracowniczymi. Liberalizm po wojnie został zakorzeniony w społeczeństwach europejskich przez instytucje państwa dobrobytu. Zarowno partie chrześcijańsko demokratyczne, jak socjaldemokratyczne, były połączone w kształtowaniu społecznej gospodarki rynkowej. Polityka europejska zrealizowała to, co się nie udało na początku XX stulecia: zjednoczenie Europy w oparciu o kapitalistyczny rynek, rządy prawa, instytucje liberalne, prawa pracownicze i socjalne. Demokratyzacja w Europie Południowej w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych odwzorowywała generalnie ten model rozwoju. Jednak demokratyzacja w Europie Środkowo - Wschodniej odbyła się w innej sytuacji historycznej, w warunkach nowego etapu globalizacji, w którym miejsce keynsizmu zajął paradygmat neoliberalny, twardego rynku i polityki monetarnej. Liberalizm w swoim głównym nurcie nie odwolywał się już do idei państwa dobrobytu. „Terapi szokowej” towarzyszą często nieuczciwa prywatyzacja, poczucie zubożenia i poniżenia wielu setek tysięcy ludzi, szczególnie w Polsce. Partie lewicowe nie są w stanie wyartykułować polityki rozwojowej, która łączyłaby doświadczenia „trzeciej drogi” Billa Clintona i Tony Blaira z inną sytuacją społeczno – gospodarczą tej części kontynentu. Głosy niezadowolonych przejmują różnej maści partie prawicowe i populisttyczne.

* * *


W odróżnieniu od Europy Południowej, większość partii lewicowych w Europie Środkowowschodniej nie ma za sobą etosu działalności opozycyjnej przeciwko dyktaturze, co stanowi główny argument w krucjacie antylewicowej konserwatywnej prawicy. We wszystkich krajach tej części Europy, poza Republiką Czeską, partie lewicowe stanowią przekształcone w socjaldemokracje partie wywodzące się z partii rządzących w reżimach autorytarnych. W Czechach istnieje jednak silna partia komunistyczna. Na Węgrzech rządząca socjaldemokracja zmaga się z potężną opozycją konserwatywnego Fidesz-u i wydaje się pozostawać w defensywie politycznej od sierpnia 2006 r., kiedy ujawniono nagrania, w których premier Gyurcsany przyznał, że partia okłamywała społeczeństwo, aby wygrać wybory. Na Słowacji populistyczno – lewicowa SMER premiera Roberta Fico utworzyła rząd z dwiema radykalnymi partiami prawicowymi. Doprowadziło to do zawieszenia SMER w Partii Europejskich Socjalistów w latach 2006 – 2008. SMER ma w niej status partii aplikującej o członkostwo.

Najtrudniejsza sytuacja dla lewicy ukształtowała się jednak w Polsce. Kryzys lewicy w perspektywie historycznej wynika przede wszystkim ze złamania ruchu robotniczego w stanie wojennym, jak i masowych, negatywnych efektów „terapii szokowej” na początku lat dziewięćdziesiątych. Zarówno wybory parlamentarne i prezydenckie w 2005 r., jak i wybory parlamentarne w 2007 r., tworzą scenę polityczną konfliktu pomiędzy dwoma wielkimi blokami politycznymi, liberalno – konserwatywnym (PO) oraz ultrakonserwatywno- nacjonalistyczno- populistycznym (Prawo i Sprawiedliwość), i marginalizują lewicę w okolicach 10 proc. Wyniku wyborczego. Polska polityka staje się przez to wyjątkowa na tle europejskim. Strategia odbudowy lewicy, wejścia do głównego nurtu polityki polskiej, musi uwzględniać doświadczenie demokratyczne oraz liberalizm społeczny lewicy europejskiej.

* * *


Co to oznacza w obecnych warunkach politycznych? Po pierwsze, ponad piętnastoletnie dzieje polskiej demokracji wskazują, że niemożliwa jest masowa, zakorzeniona w społeczeństwie formacja lewicowa bez odwołania się do tradycji KOR-u i „Solidarności”. W najbliższych latach w Polsce nie będzie lewicy, jeśli nie będzie posiadała jako fundamentu ideowego 21 Postulatów Gdańskich i programu Samorządnej Rzeczpospolitej” z I Zjazdu NSZZ „Solidarność” w 19981 r. Lewica pozwoliła odebrać sobie historię, doprowadziła do zatracenia własnej tożsamości ideowej. Przeciwstawienie się konserwatywnej krucjacie prawicy, przywrócenie pamięci historycznej społeczeństwa tradycji PPS, rad robotniczych z okresu destalinizacji, tradycji liberalnych oraz chrześcijańsko- demokratycznych inteligencji w okresie PRL jest najważniejszym zadaniem chwili.

Po drugie, lewica w Polsce musi się stać liberalno – społeczna. To oznacza nakreślenie programu odbudowy polskiej odmiany państwa dobrobytu, opartego na planach rozwoju infrastruktury, edukacji, systemu opieki zdrowotnej i mieszkalnictwa. Przekuć na polskie warunki europejski model społecznej gospodarki rynkowej, doprowadzić do sojuszy politycznych ze związkami zawodowymi w tej sferze.

Po trzecie, lewica musi pamiętać, że specyfika polityki polskiej polega między innymi na tym, że jedna z głównych sił politycznych, Prawo i Sprawiedliwość, jest formacją eurosceptyczną, a w niektórych nurtach antyeuropejską. Polityka europejska, obrona rządów prawa, wolności osobistych, reguł polityki liberalnej przeciwko polityce nacjonalistycznej i fundamentalistycznej będzie głównym obszarem polityki w najbliższych latach. Sojusz środowisk socjaldemokratycznych ze środowiskami liberalno – demokratycznymi pozostaje kluczem do skutecznej polityki europejskiej w Polsce.

---

Józef Pinior – Eurodeputowany Grupy Socjalistycznej w PE, członek Komisji Rozwoju, Komisji Spraw Zagranicznych, Podkomisji Praw Człowieka, Absolwent prawa UWr., Podyplomowego Studium Etyczno- Religioznawczego UWr. I Szkoły Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Stypendysta New School University w Nowym Jorku. Wykładowca Akademii Ekonomicznej i Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania we Wrocławiu. Założyciel i jeden z przewodniczących regionu Dolny Śląsk NSZZ „Solidarność” (1980-1989); więzień sumienia Amnesty International w 1984 oraz w 1988.

sobota, 5 lipca 2008

Zmarl Krzysiek Markuszewski

Z żalem zawiadamiamy, że 2 lipca zmarł

Krzysztof Markuszewski


historyk, dziennikarz, pisarz. Współpracownik opozycji jeszcze sprzed Sierpnia 80. W stanie wojennym redaktor, szef kolportażu i publicysta tygodnika "Miś" oraz "Robotnika MRKS". Drukarz, kolporter, łącznik oraz organizator produkcji ulotek, broszur i pism podziemnych. Współpracownik Radia "Solidarność" i redaktor naczelny "Magazynu Robotnika". Autor artykułów zamieszczanych w wielu pismach i audycji emitowanych w RWE. Krzyś był jednym z założycieli Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Od 2003 roku wchodził w skład Zarządu SWS i był jednym z najaktywniejszych jego członków.

Krzyś był autorem dwu wydanych drukiem powieści i jednej wydanej tylko w Internecie, licznych opowiadań, dokończonych i nie. Jedna z jego powieści, ta, która nigdy nie wyszła drukiem, jest do ściągnięcia w dziele Książki w "Kontratekstach", z którymi długo współpracował, pisując m.in. pod pseudonimem Jan Prowincjusz.

Żegnamy Cię Krzysiu

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

czwartek, 3 lipca 2008

Planeta Terra w New York Times

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Dziękujemy wszystkim czytelnikom, to dzięki Wam, Waszym odwiedzinom i systematycznym powrotom automat New York Times'a wrzucił Planetę Terra do polecanych stron w rubryce "Polish Navigator" w kategorii witryn polskojęzycznych na stronie o Polsce (adres poniżej).

Co prawda zamiast tytułu zamieścili nazwisko jednego z autorów, ale gdy zobaczyliśmy, że Gazete Wyborczą wpisali jako "Gazeta Wyzbora" to nam to przestało przeszkadzać. Zorientowaliśmy się w sytuacji tylko z powodu nagłej i znaczącej ilości wkliknięć z USA. Za jakiś czas pojawią się tam inne strony, ale i tak bardzo nam przyjemnie:)

Żeby zobaczyć dowód rzeczowy w formacie .jpg kliknij na zamieszczoną tu miniaturkę. Jeśli większy obrazek będzie i tak za mały, kliknij na niego w dowolnym miejscu, a otworzy się oryginalny format.

http://topics.nytimes.com/top/news/international/countriesandterritories/poland/index.html


Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

Cherem

Przewodniczący radzie czynią wam wiadomym, że mając od dawna uświadomienie o złych poglądach i czynach Gazety Wyborczej, przez różne sposoby i upomnienia usiłowali oni zawrócić ją ze złych dróg. Nie będąc w stanie zaradzić temu w jakikolwiek sposób, a w dodatku otrzymując każdego dnia nowe wieści o ohydnych herezjach, które czyniła i których nauczała, oraz o potwornych uczynkach, jakich się dopuszczała; a mając te wieści od wielu godnych zaufania świadków, którzy złożyli swe zeznania i poświadczyli je w obecności rzeczonej Gazety Wyborczej, która została o nich powiadomiona; sprawdziwszy to wszystko w obecności rabinów, rada postanowiła za ich sugestią, iż rzeczona Gazeta Wyborcza powinna zostać wyklęta i odłączona od Narodu Polski, Izraela, i jakiegokolwiek innego.

(…)
Przez sąd aniołów i osąd świętych, wyklinamy, przeklinamy i odrzucamy Gazetę Wyborczą (…) wypowiadając przeciwko niej tę anatemę, którą Jozue przeklął Jerycho, przekleństwo, którym Elizeusz przeklął dzieci, oraz wszystkie przekleństwa zapisane w księdze Prawa. Niech będą przeklęci w dzień i niech będą przeklęci w nocy; przeklęci, gdy się kładą i gdy wstają, gdy wchodzą i wychodzą z domu. Niech Pan nie przebaczy im nigdy i niech ich nie uzna! Niech gniew i oburzenie Pana płonie odtąd przeciwko tym ludziom, niech obciąży ich Pan wszystkimi przekleństwami zapisanymi w księdze Prawa i niech wymaże ich imiona pod niebiosami (…). Niniejszym zatem wszyscy zostali przestrzeżeni, aby nikt nie zamienił z nimi słowa w rozmowie czy w piśmie, aby nikt nie wyświadczył im żadnej przysługi, nie pozostawał z nimi pod jednym dachem, nie zbliżał się do nich na odległość czterech łokci i nie czytał żadnego dokumentu podyktowanego przez nich czy napisanego ich ręką.


Za to:

Miłosierdzie według "Gazety Wyborczej"
Barbara Kalabińska 03-07-2008


Dziesięć lat milczałam o okolicznościach choroby i śmierci Jacka Kalabińskiego, korespondenta „Gazety Wyborczej” w Waszyngtonie w latach 1991 – 1997. Uważałam, że nie mam moralnego prawa oceniać postępowania innych. Zarazem było mi bardzo trudno przez te dziesięć lat zapomnieć obraz Jacka w cierpieniu i chorobie.

Teraz przerywam milczenie sprowokowana „sprawą Maleszki”. W tej historii, jak w soczewce, skupia się dwuznaczność kryteriów, jakimi kieruje się kierownictwo „Gazety Wyborczej”. Z jednej strony „Gazeta” latami kryje, chroni i opłaca gangstera moralnego, jakim jest Maleszka, nazywając to „aktem miłosierdzia chrześcijańskiego” oraz stosowaniem kryteriów „socjalnych i humanitarnych”. Określa ponadto samą siebie jako „ofiarę”, a Maleszkę jako „tragiczną postać”.

Z drugiej strony to samo kierownictwo „Wyborczej” pozbawiło pracy swojego wieloletniego korespondenta Jacka Kalabińskiego, gdy był śmiertelnie chory i Jego życie zbliżało się do końca. Wobec Jacka Kalabińskiego „GW” nie zdobyła się ani na „akt miłosierdzia chrześcijańskiego”, ani na zastosowanie kryteriów „socjalnych i humanitarnych”.

Jacek umarł w wieku 59 lat, 24 lipca 1998 r. Chorował półtora roku. Zaczął pluć krwią, kiedy wreszcie w lutym 1997 dał się zawieźć do szpitala. Spędził tydzień na reanimacji. Każdego dnia ważyło się Jego życie. Drugi tydzień spędził na oddziale onkologicznym. Tu amerykańskiego korespondenta „Gazety Wyborczej” odwiedził bawiący w Waszyngtonie Adam Michnik. Miał okazję na własne oczy zobaczyć, jak ciężki jest stan Jacka. Michnik, żegnając się ze mną przy szpitalnej windzie, powiedział: „Jesteś dzielna. Dasz sobie radę”.

Znaczenie słów Michnika zrozumiałam w pełni miesiąc później. Wtedy, miesiąc po wyjściu Jacka ze szpitala, 24 marca 1997 r., zadzwoniła do Niego Helena Łuczywo, zastępca Adama Michnika. Rozmowa przebiegła następująco (co przepisuję z diariusza, bo pamięć jest ułomna):

Helena Łuczywo: Jak się czujesz?

Jacek Kalabiński: Lepiej. Właśnie szykuję się wrócić do pisania.

Helena Łuczywo: Nie musisz. Właśnie dyskutowaliśmy tu w redakcji i zdecydowaliśmy, że „Gazeta” nie może ponosić ryzyka trzymania nieubezpieczonego korespondenta.

Jacek Kalabiński: ??

Helena Łuczywo: Zaraz dostaniesz faksem zwolnienie. Widzisz, nie jesteśmy bezwzględnymi kapitalistami, tylko humanitarnymi demokratami, dlatego nie dzwoniliśmy do ciebie w lutym, kiedy gorzej się czułeś.

Jacek Kalabiński został pozbawiony pracy i poczucia bezpieczeństwa, gdy potrzebował go najbardziej. Helena Łuczywo usiłowała namówić Jacka do jak najszybszego powrotu do Warszawy, nie oferując żadnego konkretnego stanowiska w „Gazecie”. Powiedziała: „jak przyjedziesz, to pogadamy”. Była głucha na argumenty kontynuowania leczenia na miejscu, w Stanach. Na to, że rok szkolny naszej – wówczas 13-letniej – córki kończył się w czerwcu, że zlikwidowanie domu i przeprowadzka wymagają czasu i sił.

A Jacek był chory. Bardzo chory. Ale mimo to stale i dużo pracował. Inaczej nie potrafił. Z humanitarną pomocą przyszła Jackowi „Rzeczpospolita” w osobach Maćka Łukasiewicza i Kazia Dziewanowskiego. Gdy umierał 24 lipca 1998, od trzech tygodni był na etacie w tym dzienniku. Umarł przed ekranem komputera z zaczętą korespondencją. Przedtem nadał codzienną korespondencję do polskiej sekcji stacji BBC. O Jego profesjonalizmie mówi to, że w tej ostatniej korespondencji nie było słychać stojącej przy Nim śmierci. Umarł 15 minut później. Miał 59 lat.

http://www.rp.pl/artykul/157563.html

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz

środa, 2 lipca 2008

Publicystyka, propaganda, indoktrynacja

"Coś takiego jak wolna prasa nie istnieje. Wy o tym wiecie, i ja to wiem. Żaden z was się nie porwie na uczciwe wypowiedzenie swego zdania, a gdybyście to zrobili, to z góry wiedzielibyście, że się nigdy nie ukaże w druku. Płacą mi tygodniówkę za to, bym swoje opinie trzymał jak najdalej od gazety, z którą jestem związany. Inni z was są podobnie opłacani za podobne rzeczy, a każdy wystarczająco głupi, by pisać szczerze, szybko trafi na bruk szukać innej pracy. Gdybym sobie pozwolił na to, by moje szczere opinie przelać na papier w tylko jednym wydaniu gazety, to utraciłbym pracę przed upływem 24 godzin. Zadaniem dziennikarzy jest niszczyć prawdę, kłamać prosto w oczy, wypaczać, szkalować, płaszczyć się u stóp mocnych i sprzedawać ten kraj i jego naród za codzienny chleb. Ja to wiem i wy to wiecie, więc po co te toasty za niezależne dziennikarstwo? Jesteśmy narzędziami i marionetkami pociąganymi za sznurki przez zakulisowych bogaczy. Kukiełkami tańczącymi w takt melodii, jakie oni grają. Nasze talenty, nasze możliwości i nasze życia są własnością innych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami" (*)

Ten cytat z Johna Swintona (1829-1901) - wieloletniego wydawcy New York Timesa, wypowiedziany gniewnym tonem pewnego wieczora 1880r na bankiecie na jego cześć, wydanym przez jego pracowników, padł w odpowiedzi na czyjąś próbę wzniesienia toastu za pomyślność niezależnej prasy. Pojawiwszy się w Nowym Jorku Swinton pisywał dla NYT okazjonalne artykuły, przyjęto go w końcu na etat, gdzie się systematycznie piął w górę, aż w 1860 został wydawcą. Gazetę opuścił dziesięć lat później i zaangażował się w działalność związków zawodowych. Następnie przepracował 8 lat na analogicznej pozycji w The New York Sun, a jeszcze później zaczął wydawać biuletyn dla związków zawodowych pod tytułem John Swinton's Paper.

W dzisiejszej Europie motto skonstruowane z wypowiedzi Swintona jest wskaźnikiem wyróżniającym modnych i obytych autorów tekstów o "czwartej władzy" i "demokracji mediów" z tłumu autorów nieobytych i nie znających się na rzeczy. Cytat tłumaczony z jednego języka na kolejny przez autorów, ściągających od siebie nawzajem internetowe wersje tekstów, coraz bardziej oddala się od oryginału, nawet nazwisko po niemiecku i francusku niekiedy bywa zapisywane jako Swaiton, a nie Swinton, i bywa, że się autorom mylą stulecia, ale nieodmiennie po cytacie pada jakieś "no proszę, tyle lat, ponad stulecie minęło, a się nic nie zmieniło!"

Ale dalej, wbrew przesłaniu swego motta, zwykle piszą autorzy o "mediokracji", albo "demokracji mediów", czyli o takiej - jakoby dzisiejszej - rzeczywistości politycznej, w której media sprawują władzę - gdyż mają wpływ na wynik wyborów, na to, kto i jakie obejmie stanowisko w układzie władzy i jak długo się na nim utrzyma, kreują polityczne nastroje, przedstawiają rankingi szkół i praktycznie decydują o preferowaniu ich przez młodzież. Demokracja mediów to świat, w którym media przestają być władzą czwartą, a aspirują do pierwszej, i w którym wszystko jest im podporządkowane: politycy władzy ustawodawczej i wykonawczej, przedstawiciele władzy sądowniczej i organów sprawiedliwości dbają głównie o to, by dobrze wypaść przed kamerą, wszelkie wydarzenia polityczne i publiczne dopasowuje się do trybu pracy redakcji, a to, co nie zostało sfilmowane i opisane w czołówkach gazet, to się po prostu nie wydarzyło. Tak to przynajmniej wygląda w mitologii "globalnej wioski" - ale czy mit ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością?

Sami dziennikarze głęboko wierzą w swą zawodową wszechmoc i równie często, jak cytują Swintona, myślą o sobie jak o wyjątkowych arystokratach ducha i społecznych emocji, traktują nawzajem jak celebrytów, udzielają jedni drugim wywiadów i nagród w prime time, a w Polsce, co jest jednak wyjątkowe, tak dalece mylą swą rzeczywistą pozycję społeczną z mityczną, że z pełną powagą i bynajmniej nie w prasie brukowej zastanawiają się, jakie szanse miałby kolega, gdyby go wystawili na prezydenta państwa ot, tak sobie, spoza sceny politycznej? Bo skoro są tak potężne, to po co kandydatowi mediów jakieś partie polityczne, statuty i składki? Wystarczą programy telewizyjne, sprawna gadka i przypudrowany nos, ściśnięcie otumanionego elektoratu żelazną pięścią kampanii medialnej - i już, wygrana jest możliwa... A przecież nie tak dawno temu zakończył się ustrój, którego władza miała takie możliwości, jakie się dzisiejszym mediom nawet nie śnią: posiadali nie tylko wszystkie media, ale też wojsko i siły bezpieczeństwa zdolne utrzymać całe społeczeństwo z dala od jakichkolwiek wrażych podszeptów, zakłóceń i alternatywnych źrodeł informacji - a i to tylko do czasu. I bez lektury dzieł socjologów Polacy powinni intuicyjnie wiedzieć, że oddziaływanie technik propagandowych i indoktrynacyjnych w systemie demokratycznym musi - z natury rzeczy - być wielokrotnie słabsze, niż w ustroju totalitarnym. Pomysły w rodzaju wystawienia kandydatury Tomasza Lisa czy Jolanty Kwaśniewskiej w wyborach prezydenckich nigdy się nie powinny pojawić, a jednak się pojawiły. Towarzystwo było ślepe na to, że Hillary Diane Rodham Clinton była nie tylko żoną swego męża, lecz samodzielnym politykiem, a pierwowzór Tomasza Lisa Silvio Berlusconi (nie w sensie poglądów, lecz środowiska, z ktorego się wywodzi) - jest właścicielem imperium medialnego, a nie medialnym celebrytem, bardzo bogatym człowiekiem, ktory miał po swojej stronie wnuczkę Mussoliniego i pozostałości elit postfaszystowskich zanim jeszcze zdecydowal się utworzyć partię Forza Italia. Losy Stana Tymińskiego, a później partii Leppera i Giertycha wskazują, że nie tylko, że scena polityczna się profesjonalizuje, ale też, że elektorat bardzo dojrzał w stosunku do początków lat 90-tych, kiedy oszołomieni ludzie zachłystywali się kapitalizmem i wolnością. Wszędzie na świecie przedstawiciele Czwartej Władzy poprawiają sobie humor samouwznioślając się i przerysowując własne znaczenie, ale w Polsce to jakby poszło dalej, niż gdzie indziej, u ludzi skądinąd niegłupich. Czemu?

Można spekulować, że być może owo specyficznie polskie zakłócenie percepcji środowiska dziennikarskiego wynika z zauroczenia pozycją, jaką przez wiele lat zajmował na polskiej scenie Adam Michnik - aktualnie dziennikarz. Rzeczywiście przez wiele lat niezwykle potężny i wpływowy, zdolny nie tylko otwierać i zamykać dyskusje, ale też mieć realny wpływ na wydarzenia polityczne z pierwszych stron gazet. Ludziom starającym się przebić przez wytworzony przez niego cień, nastawionym konkurencyjnie, mogło się w gruncie rzeczy podobać, że pracują w tym samym zawodzie; a w miarę upływu czasu coraz chętniej mogli zapominać, że polityczna potęga Michnika nie wynika ani z tego, że jest dziennikarzem, ani nawet z tego, że ma swoją gazetę. Dałby sobie radę i bez niej - choć to brzmi jak herezja w uszach zarówno przeciwników, jak i miłośnikow Gazety Wyborczej, to Michnik pisywał i pisuje stosunkowo rzadko. Każdy jego tekst każda redakcja by wzięła z pocałowaniem ręki - ze względu na własny, finansowy interes. Być może dlatego swego czasu odmówił wzięcia akcji Agory - nie potrzebował ich, to oni potrzebowali jego. Podobnie jego ogromna intuicja polityczna, wyrażająca się w umiejętności obracania sytuacji na swoją korzyść, przecież przez tyle lat skuteczna, nie wynikała ani z umiejętności pisania, ani z bycia dziennikarzem. Michnik jest przede wszystkim bardzo doświadczonym, politycznym i salonowym praktykiem, ktory od czasu do czasu sam pisze. Być może michnikowska potęga zafunkcjonowała po pewnym czasie jako potencjalna, a dla niektórych realna, zdolność całego środowiska dziennikarskiego.

2.
W Polsce po 1989 roku rozwinęło się (poza nielicznymi wyjątkami dziennikarstwa informacyjnego) głownie dziennikarstwo takie samo, jak wszędzie indziej w społeczeństwach demokratycznych, które ktoś kiedyś nazwał dziennikarstwem diskdżokejowym: dziennikarze za swoje główne zadanie uważają zabawianie publiczności, czemu podporządkowują informację, komentarze do niej i pamięć, że krew musi być na pierwszej stronie; ale kto czytuje czołówkę diskdżokei z NYT lub The Washington Post, ten widzi, że nie napiszą artykułu bez kilku telefonów do rozmaitych specjalistów i starannego przywołania ich opinii w tekście dla podparcia własnej. Takie zjawisko jest w Polsce absolutną rzadkością. Tu wszyscy pisują z wyżyn własnego geniuszu, samouwielbienia i bez jakichkolwiek konsultacji z uczelnianym gminem. Ale elokwencja rzadko kiedy wystarcza, by zakryć pustkę. Dlatego często kończy się tak, że porównanie politycznego publicysty skądinąd z Michnikiem wypada na korzyść Michnika, nawet, jeśli się ktoś z nim dogłębnie nie zgadza - bo dziennikarz Adam Michnik, nawet jeśli niczego z nikim nie uzgadnia, to bezustannie konsultuje się z wewnętrznym Michnikiem - doświadczonym graczem politycznym, a publicysta skądinąd, nawet jeśli ma w czymś rację, z chwilą, kiedy sobie nadmiernie zaufa, to może się konsultować co najwyżej z pustką we własnej głowie, zorientowaną na zgrabne pointy. W efekcie pisze dużo płycej, niż jego czy ją byłoby potencjalnie stać.

Dziennikarze, w tym publicyści, najczęściej bywają miernymi analitykami, zresztą, nie zdolności analityczne są potrzebne do uprawiania tego zawodu, tylko umiejętność zabawiania publiczności. Analitycy z kolei mają prawo być nudziarzami; ale pozostaną analitykami tylko wtedy, gdy będą szczerze wyrażać, co myślą, a nie to, co chce usłyszeć zleceniodawca. O tej bolesnej różnicy między dziennikarzem a analitykiem najlepiej się przekonał Krzysztof Leski, współzałożyciel Gazety Wyborczej, który trafił do Wikipedii za to, że mu Adam Michnik powiedział na pożegnanie: "Krzysiu, jeśli ty chcesz tu robić wolną gazetę, to po moim trupie." Wyleciał na bruk dokładnie z powodów opisanych przez Swintona, a kto wie, może i w przewidzianym przez niego tempie? Z tych samych powodów swego czasu wyleciał z "Rzeczpospolitej" Bronisław Wildstein - mimo wszelkich antylustracyjnych presji na ówczesnego redaktora naczelnego mogło chodzić nie o lustrację, a o to, że marionetka urwała się ze sznurka i usiłowała zakręcić swoim właścicielem. A wolność marionetki kończy się w momencie, gdy wybierze swego pracodawcę.


3.
Larry King, diskdżokej telewizyjnej publicystyki, cieszy się popularnością nie dlatego, że wykorzystuje swych gości do zademonstrowania telewidzom, jak bardzo jest piękny, mądry, sławny i potężny, lecz dlatego, że ze swego wycofania pomaga im zręcznymi pytaniami wydobyć z siebie to, co chcieliby powiedzieć i pomyśleć. Dlatego rozmówcy w jego programie mówią zazwyczaj coś, czego nigdzie indziej by nie powiedzieli. Ale Larry King byłby się obraził, gdyby ktoś go nazwał "dziennikarzem obiektywnym" w rozumieniu takim, jak to funkcjonuje w dzisiejszej Polsce.

Wypowiedź publicystyczna interpretuje i ocenia fakty z przyjętego przez autora punktu widzenia, celem jej jest zaś wpływ na opinię publiczną. Propaganda jest celowym działaniem zmierzającym do ukształtowania określonych poglądów i zachowań zbiorowości lub jednostki, polegającym na perswazji intelektualnej i emocjonalnej, czasem z użyciem jednostronnych, etycznie niewłaściwych lub nawet całkowicie fałszywych argumentów. Gdy propaganda zmierza do upowszechnienia trwałych postaw społecznych, poprzez narzucenie lub zmuszenie odbiorców do przyjęcia określonych treści, wtedy stanowi jeden z elementów indoktrynacji. Indoktrynacja jest procesem korzystającym z propagandy celem wpojenia określonych ideologii, poglądow lub przekonań. Wyróżniającą cechą indoktrynacji jest pozbawianie wiedzy o kierunkach wręcz przeciwnych do promowanych (uproszczone definicje za Wikipedią). Trzecią, unikalną cechą polskiego współczesnego dziennikarstwa jest to, że mu się te trzy bardzo różne pojęcia kompletnie pomieszały.

Najważniejszym elementem definicji publicystyki jest sformułowanie "z przyjętego przez autora punktu widzenia", które ją odróżnia od obu gorzej urodzonych sióstr, strojących się w szatki bezstronności i obiektywizmu. Larry King posiada swoje poglądy i jest do nich przywiązany. Czasem udaje się je w jego programie dostrzec. Człowiek zajmujący się publicystyką polityczną z natury rzeczy musi sobie jakieś poglądy wyrobić, wyciągnąć jakieś wnioski z tego co widzi i słyszy, i jak każdy przedstawiciel polskiego elektoratu wiedzieć, jak zagłosowałby, na jaką partię i za jaką opcją polityczną. Obiektywizm jego czy jej dziennikarstwa nie polega na odgrywaniu bezpoglądowego chłopka - roztropka, unoszącego się swobodnie nad sceną i mrugającego oczkiem w dziele fraternizacji z mu podobnymi, czy arbitralnego sędziego rozstrzygającego gdzie leży absolutna prawda, lecz na tym, że zaprasza publiczność, aby dojrzała to, co i on, z jego, specyficznego punktu widzenia; stara się ją przekonać do tego, by również ten punkt widzenia przyjęła, pozostawiając jej wolność decydowania o sobie. Najwięcej propagandy, indoktrynacji oraz ordynarnego kłamstwa jest tam, gdzie własny punkt widzenia sprzedaje się jako absolutną i jedyną prawdę. Tymczasem dyskusja rozpętana za czasów premierostwa Jarosława Kaczyńskiego postawiła wszystko na głowie: dziennikarze przyznający się, że posiadają poglądy, i z ich punktu widzenia piszą, byli natychmiast bici przez obóz przeciwny po głowach jako funkcjonariusze znienawidzonego reżimu.

Po upadku rządu Jarosława Kaczyńskiego przez Gazetę Wyborczą przetoczyła się fala ekstazy i samozadowolenia, a przez teksty jej przeciwników - fala oskarżeń wypływających z głębokiego przekonania, że do upadku rządu Jarosława Kaczyńskiego przyczynił się czarny pijar i manipulacja "Wyborczej". Tylko czy publicyści Wyborczej rzeczywiście mają tytuł do samozadowolenia, a jej przeciwnicy - oburzenia?

Jak to więc było? Czy istotnie to kampania Gazety Wyborczej obaliła rząd Jarosława Kaczyńskiego, czy coś zupełnie innego?


*John Swinton, za: Labor's Untold Story, by Richard O. Boyer and Herbert M. Morais, published by United Electrical, Radio & Machine Workers of America, NY, 1955/1979

Józef Dajczgewand
Bogumiła Tyszkiewicz